Szaleństwo za Bidena... i normalność za Trumpa
Kwiecień 2023
Paweł Lisicki: Koniec marca 2023 roku to czas swoistego apogeum szaleństwa ideologii gender. W chrześcijańskiej szkole w mieście Nashville w stanie Tennessee doszło do masakry. Dwudziestoośmioletnia kobieta uzbrojona w pistolet maszynowy zamordowała troje uczniów i troje członków kadry pedagogicznej. Morderczyni uważała, że jest mężczyzną. Z jej wypowiedzi wynikało, że chciała dokonać zemsty na chrześcijanach: sama chodziła właśnie do tej szkoły i pragnęła odegrać się za to, że nauczano tam tradycyjnych wartości. Jakby tego było mało, dokładnie kilka dni po tej tragedii prezydent Joe Biden wziął udział w obchodach genderowego "święta": Dnia Widzialności Osób Transpłciowych. Wszystko to razem robi wrażenie przerażającego koszmaru. Zastanawiam się, jak Pan może jeszcze wytrzymać w Ameryce?
Wojciech Cejrowski: W Polsce też trudno wytrzymać, kiedy władza zajmuje się promocją satanizmu. Bo to jest właśnie sekta satanistyczna: bawią się w Pana Boga. Bóg ustalił dwie płcie. Więcej nie ma. Ktoś może mieć wadę genetyczną i jego organizm nie jest w stanie się zdecydować, czy iść w lewo, czy w prawo - to się zdarza. Nie zmienia to faktu, że istnieją dwie płcie, bo tak to ustanowił Pan Bóg. Jeżeli masz w głowie inne warianty niż te dwa, które nadał Pan Bóg, to jesteś wariatem. Masz coś nie tak z klepkami. Mówisz sobie: "Ja jestem wprawdzie facet, ale wsadzę sobie w tyłek pióra, bo chcę wyglądać jak kobieta". No dobra, jesteś świrnięty, nie mieszaj mnie w to. Nie bez powodu powiedziałem, że ludzie, którzy to promują, to jest sekta satanistyczna. To szatan uzurpował sobie boskie prerogatywy. Na świecie są różne sekty, na przykład mormońska albo jehowicka, ale one nie próbują odbierać Panu Bogu władzy. Mówiąc w skrócie, źle studiują Pismo Święte. Z sektą satanistów jest inaczej. Chcą przejąć władzę nad naturą. W tej sekcie satanistycznej są zarówno klimatolodzy, którzy chcą kontrolować klimat, jak i tacy, którzy chcą kontrolować płeć. Nie dziwię się, że ci ludzie atakują niewiniątka chrześcijańskie. Satanistom chrześcijaństwo przeszkadza. Buntują się przeciwko niemu, bo chrześcijanie - katolicy czy baptyści, obojętnie - mówią, że Pan Bóg dał tylko dwie płcie i nikt nie może nic z tym zrobić. Sataniści nie chcą tego zaakceptować i twierdzą, że jak facet obetnie sobie ptaszka, to się zrobi kobietą. Otóż nie. Dalej będziesz facetem, tylko z obciętym ptaszkiem.
P.L.: Mnie najbardziej szokuje to, że te absurdalne czy wręcz satanistyczne poglądy przeniknęły do centrum amerykańskiego życia. Gdyby takie rzeczy funkcjonowały tylko gdzieś na marginesie, a zwolennicy tego wariactwa dokonywali swoich eksperymentów i szaleństw w jakiejś piwnicy, oddzieleni murem od społeczeństwa, to pewnie nikt nie zwracałby na to większej uwagi. Problem w tym, że ten obłęd jest gorąco wspierany przez obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena, a także przez wielu najważniejszych polityków Partii Demokratycznej. Zastanawiam się, jak to możliwe, że to, co powinno być kompletnie zmarginalizowane, nagle znalazło się w głównym nurcie życia politycznego - do tego stopnia, że Joe Biden bierze udział w "święcie" transpłciowców.
W.C.: Żeby to wyjaśnić, potrzebny byłby dłuższy wywód. To jest związane z problemem, który pokazuje lista Epsteina. Cała masa wysoko postawionych ludzi jest uzależniona od zboczonego seksu. Nie wiem, jak oni docierają do tego punktu: może najpierw uzależniają się od pornografii, później od coraz mocniejszych rzeczy, jak ze wszystkim. Ktoś pali jednego jointa na miesiąc przy okazji jakiejś imprezy, a kończy, dając sobie w żyłę albo wciągając w nos kokainę. Uzależnienia zawsze eskalują. W każdym razie ludzie z listy Epsteina robią bardzo złe rzeczy. W tle jest również pedofilia. Nie wiem, czy Joe Biden był tego uczestnikiem. Wiemy za to na pewno, że jest sługą tego systemu. Jego syn, Hunter Biden, został wychowany w katolickim domu - tyle że Biden jest katolikiem proaborcyjnym, czyli żadnym. Huntera wychował na dziwkarza i narkomana. Joe Biden mówił do tej pory, że Hunter to najlepszy i najbardziej inteligentny człowiek, jakiego zna. Tymczasem na laptopie miał zboczone sceny. Facet filmował się na golasa w wannie z prostytutkami, kiedy wciągał kreskę.
P.L.: Dodatkowo opowiadał, że jest Bogiem. Na jednej ze scen krzyczał, powołując się rzekomo na swojego ojca, że jest tak potężny jak Bóg. To rzeczywiście szaleństwo.
W.C.: Z takiego środowiska wywodzi się Joe Biden i cała ta spółka. Stany Zjednoczone to najpiękniejszy projekt w historii świata, ufundowany na wartościach płynących od Boga. Kiedy czyta się Deklarację niepodległości czy amerykańską konstytucję, to wszędzie są odwołania do Boga. Jeżeli człowiek ma jakieś prawa, których nie można mu odebrać, to dlatego, że nadał je Pan Bóg. Nigdy w historii nie było lepszego pomysłu i lepszego państwa. Nic dziwnego, że taki projekt jest atakowany przez diabły - i to nie byle jakie, ale najmocniejsze. Piekło chce zakończyć historię USA, bo to jest chrześcijańska i najpiękniejsza sprawa.
P.L.: Obaj dorastaliśmy mniej więcej w tym samym czasie. Wtedy w świadomości Polaków Stany Zjednoczone uchodziły za ideał wolności, obrony prawa natury. Czytaliśmy pewnie wiele książek, które opisywały funkcjonowanie amerykańskiej demokracji, równowagę władz, otwartość, fundamentalne zasady... W ostatnich latach jesteśmy jednak coraz częściej bombardowani przez informacje, które - wydawałoby się - po prostu nie mogą być prawdziwe. Przyznam, że jestem tym w pewnym sensie zasmucony. Naprawdę żałuję, że Stany Zjednoczone przeżywają tak wielki kryzys. Przecież to, od czego zaczęliśmy rozmowę, to są historie z domu wariatów. Tymczasem można mieć wrażenie, że nie ma siły, która potrafi nas przed tym obronić.
W.C.: Pan Bóg musiałby to posprzątać, nie ma innej rady. Może Pan Bóg podeśle nam Donalda Trumpa i nastąpi jakieś przebudzenie. Tyle że uzależnienia od złych rzeczy są długotrwałe. Nie da się z tego wyjść z dnia na dzień. Tak jak z alkoholizmem. Kto miał nieszczęście to przeżyć i teraz liczy swoje dni bez flaszki, ten wie, jak to działa: to uzależnienie psychiczne i chemiczne. Cały organizm pracuje zgodnie, żeby człowieka cofnąć do nałogu. Tak samo jest z uzależnieniami związanymi ze sferą seksualną. Dlatego teraz cała Ameryka musiałaby zdobyć się na walkę z uzależnieniem. To będzie bardzo trudny proces, może nawet niewykonalny. Słuchałem niedawno znanego komentatora Glenna Becka, który mówił o upadku Ameryki. Jeżeli wierzymy w Pana Boga, to musimy uznać, że wszystkie rzeczy mają na Ziemi skończony czas. Umiera każdy człowiek i każda roślina, umierają też cywilizacje. Być może skończył się także czas tego pięknego projektu, jakim były Stany Zjednoczone - i właśnie obserwujemy ich śmierć.
P.L.: Projekt amerykański od samego początku był zbudowany na uznaniu istnienia Boga i odwołaniach do prawa naturalnego. Ta idea była związana z koncepcją, która przyświecała również osiemnastowiecznej Wielkiej Brytanii, uchodzącej za kolebkę zachodniej demokracji. Mam wrażenie, że także w tym kraju szaleństwo narasta w podobnym tempie i przybiera analogiczne rozmiary. Przeczytałem niedawno, że brytyjski parlament przyjął ustawę, która zakazuje modlitwy w odległości 150 metrów od klinik aborcyjnych - czyli miejsc, gdzie zabija się dzieci nienarodzone. Co kluczowe, zakazano nawet modlitwy myślnej - czyli we własnej głowie! Ktoś, kto milcząco stoi i się modli, łamie prawo... To jest tak chora ustawa i tak głęboko sprzeczna ze wszystkim, co dawniej konstytuowało samo pojęcie Zachodu, że nawet nie wiem, jak to skomentować. Wygląda na to, że Wielka Brytania po prostu zamieniła się w Sowiety.
W.C.: To prawda: mamy przestępstwo myśli. To wszystko zaczęło się od konkretnego przypadku, kiedy pewna kobieta, pani Isabel Vaughan-Spruce, modliła się bezgłośnie, a jakiś policjant miał o to problem. Czepię się jednak jeszcze czegoś. Powiedział Pan: "klinika aborcyjna". Tak to się dzisiaj określa, ale klinika jest do leczenia. To, o czym mówimy, służy do zabijania ludzi. To jest jakiś obóz koncentracyjny albo krematorium. Tam się wykonuje wyroki śmierci - zgodne z prawem i na życzenie. To tak, jakbym ja zażyczył sobie, żeby wykonać wyrok śmierci na kimś, kogo nie lubię. Państwo wysłałoby lekarza, który na życzenie jednej osoby musiałby wykonać taki wyrok. Miejsce, w którym zabija się niewinne dzieciątka, nie ma nic wspólnego z kliniką. Podkreślam, że ja Pana nie atakuję za użycie tego zwrotu, mówię po prostu do naszych odbiorców. Natomiast co do meritum, to rzeczywiście Wielka Brytania to już są Sowiety. Jeżeli nie można używać niektórych słów ani nie można się pomodlić... Przypomina się Archipelag Gułag Sołżenicyna, gdzie dostawało się wieloletni wyrok za użycie złego słowa w jakimś kontekście. W Londynie jest Hyde Park, gdzie można było przyjść i powiedzieć wszystko. To się skończyło.
P.L.: To prawda. Co więcej, brytyjska ustawa mówi o 150 metrach. To bardzo daleko. W Polsce jest prawo, które zabrania handlować alkoholem w odległości stu metrów od kościoła. Kiedy je wprowadzano, rozgorzała ostra debata: przepisy miały doprowadzić do bankructwa wielu restauracji czy kawiarni. Teraz w Wielkiej Brytanii trzeba będzie wyznaczyć jakieś kręgi wokół tych mordowni. Konieczny będzie system kontrolny, kamery, drony, funkcjonariusze. Jeżeli ktoś pojawi się w promieniu 150 metrów, trzeba będzie go chyba zatrzymać i pytać, o czym myśli. Bo gdyby się przypadkiem modlił za zabijanie dzieci... Tylko jak udowodnić, o czym człowiek myślał? To jest kompletny absurd.
W.C.: To wcale nie ma być logiczne. To ma Panu wysłać taki komunikat: "Uważaj, bo jak będziesz podskakiwać, to my ci zrobimy krzywdę". Ja przecież mógłbym przyjechać do Londynu z różańcem w ręku. Idę ulicą, modlę się. Nie wiem, gdzie jest takie miejsce, w którym zabijają dzieci. Akurat przechodzę obok. Skoro nie wiedziałem, że jest tam mordownia, to pewnie modliłem się w innej intencji: na przykład żeby nie było pandemii. To wolno mi czy nie? Pewnie też nie wolno, bo sataniści nie chcą, żeby człowiek modlił się do Pana Boga. Albo jeżeli ja bym mieszkał 80 metrów od tego miejsca? To wolno mi wieczorem odmówić pacierz? A jeżeli się z mamusią umówię na wspólny różaniec latem i będzie słychać przez okno, że się modlimy? Jakie są przepisy wykonawcze w takiej sytuacji? Moim zdaniem to oznacza, że tam nie wolno się w ogóle modlić. Nawet krzyża nie wolno powiesić na ścianie, bo będzie widać przez okno - i już jest Pan przestępcą.
P.L.: A co, jeśli w obrębie tych 150 metrów byłby kościół?
W.C.: Zburzyć - bo te przepisy to jest kult szatana. Nawet jeżeli kościół był tam wcześniej, na przykład od XVIII wieku. Ta ustawa nie jest przemyślana. Zaznaczam, to nie jest spójna, logiczna koncepcja. Chodzi o zastraszenie.
P.L.: Moją uwagę przykuwa fakt, że brytyjski parlament przyjął te rozwiązania przytłaczającą większością głosów. Mówimy o miejscach, w których zabija się dzieci - i choćby z tego powodu taka większość to coś wstrząsającego. Jest jednak jeszcze aspekt praktyczny. Przepisy są przecież absurdalne: nie da się ich zrealizować, bo należałoby w zasadzie całkowicie zakazać życia religijnego wokół takich miejsc, w tym życia "wewnętrznego", myślnego, które jest z natury ukryte i niewidzialne.
W.C.: Spodziewam się, że po cichu biją temu brawo muzułmanie, w Londynie bardzo liczni. Cieszą się, że trochę się usunie chrześcijan. Gwarantuję Panu, że muzułmanom nikt nie zabroni się modlić tam, gdzie chcą. Gdyby blisko takiej mordowni przyszedł imam, to policjant zrobi sobie patrol w innym miejscu. Ta ustawa jest skierowana przeciwko chrześcijaństwu. Nie musi być logiczna ani sensowna, ma po prostu uderzać. To będzie rodzić męczenników. Kościół wiele razy w swojej historii ocalał tylko dlatego, że byli męczennicy. Nasze modlitwy byłyby mniej skuteczne, gdyby nie oni. Krew męczenników powoduje, że Pan Bóg jest bardziej łaskawy.
P.L.: Pierwszy raz tak to przedstawił Tertulian, teolog z przełomu II i III wieku. Mówił, że krew męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan. To jak z rzucaniem ziarna - dzięki męczennikom Kościół po prostu rośnie.
W.C.: Dał nam przykład sam Pan Jezus, jak zwyciężać mamy. Umarł męczeńsko na krzyżu, przelewając krew, która nas odkupiła. Dlatego musimy zawsze znajdować męczenników, w każdym kryzysie i w każdym czasie. Gdybyśmy mieli w Polsce odważnych księży, takich jak kardynał Stefan Wyszyński, to łatwiej byłoby nam znieść czas pandemii. Księża mogli się postawić. Jeżeli władza chce wyganiać z kościoła, to niech wygania - nam nie wolno! Musieliby być gotowi na męczeństwo. Pogodzić się z tym, że w razie czego pójdą siedzieć - ale nie zamkną kościoła, bo mają obowiązek udzielać sakramentów. Wystarczyłaby gotowość do takiego małego męczeństwa: przecież tu nie zapadały wyroki śmierci, tylko kary finansowe lub ewentualnie więzienie. Taka odwaga pozwoliłaby ocalić Kościół w pandemii przed upadkiem. Tymczasem odwagi zabrakło, do upadku doszło i coraz mniej ludzi chodzi do kościoła. Kardynał Wyszyński postąpił inaczej. Poszedł na męczeństwo. Nie wiedział, co z nim zrobią. To były czasy stalinowskie, mogli mu wpakować kulkę w tył głowy. Godził się z tym, że zginie śmiercią męczeńską. Wcześniej mieliśmy ojca Maksymiliana Kolbe, który poszedł do bunkra śmierci z pełną świadomością tego, co go czeka. Był męczennikiem, uratował jedno życie. Zasiew z tego był jednak o wiele większy, na wiele lat do przodu. Kolejny przykład to ksiądz Jerzy Popiełuszko. Wielu ludzi wróciło dzięki niemu do Kościoła. Na jego mszy pogrzebowej był milion ludzi. To są przykłady męczenników! Gdyby w Anglii pojawili się męczennicy, którzy w imię wolności obywatelskich i swobód religijnych nie poddadzą się przepisom i zaczną modlić się pod kliniką aborcyjną, godząc się z więzieniem - to Kościół zacząłby rosnąć, a sam przepis trzeba byłoby zlikwidować. Męczenników jednak nie ma.
P.L.: Męczenników nie ma, a w naszej zwariowanej epoce, w której Joe Biden fetuje wszystkie możliwe szaleństwa, naprawdę by się przydali.
Styczeń 2025
Wojciech Cejrowski: Mam wrażenie, że dziennikarze nie będą mogli nadążyć za Trumpem. Przez cztery lata nikt się nie wyśpi. Tuż po zaprzysiężeniu Donald Trump podpisał dwieście dekretów! Od razu zrealizował całą masę obietnic wyborczych. Te dekrety musiały być wcześniej przygotowane. Trump miał cały sztab ludzi, który na to pracował. Jeszcze nie zaczął urzędować, a już zrobił robotę.
Paweł Lisicki: Wreszcie widzę sprawczość. Ludzie wybierają polityków po to, żeby coś zrobili. Zwykle jednak nic nie robią. Tak jest w Europie: wielkie głosowania, oczekiwanie zmiany, a później wszystko po staremu. Niby chcą, ale albo nie wychodzą im przygotowania, albo muszą zawrzeć kompromis. Efekt jest ten sam, ostatecznie nic się nie udaje. Donald Trump pokazuje, że można inaczej. Przedstawił obietnice, został wybrany - i realizuje to, co zapowiedział.
W.C.: Takie też było przemówienie inauguracyjne Trumpa. Przedstawił konkretną agendę rzeczy do wykonania i ludzie są przekonani, że rzeczywiście to zrobi. Niech Pan dla odmiany pokaże w Polsce kogokolwiek, kto spodziewa się, że kandydat w wyborach zrealizuje po ewentualnym zwycięstwie swoje zapowiedzi. Nikogo takiego Pan nie znajdzie, bo my nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Coś takiego jak zrealizowana obietnica w Polsce nie występuje.
P.L.: To prawda, politycy zabili wiarę w ich szczerość.
W.C.: Zdarza się, że polityk zrealizuje jakąś obietnicę wyborczą, ale zwykle tylko w ograniczonym zakresie. Mówi, że chciał zrobić tak, jak zapowiadał, ale się, prawda, nie dało... Politycy gadają, że zrobią, ale nie zastanawiają się jak. Zaprosiłem do swojej kajuty Sławomira Mentzena, który ubiegał się o urząd prezydencki. Zapunktował, bo dokładnie przeczytał, jakie prezydent ma uprawnienia. Zorientował się, że o niektórych rzeczach nie powinien mówić, bo i tak nie może tego zrealizować. Inni niestety nie mają tej świadomości albo takich oporów. Siada taki na stołku i myśli: "O cholera, naobiecywałem ludziom różnych rzeczy, ale nie mam tego jak zrobić. Obiecałem im 500+, ale nie ma pieniędzy" - i tak dalej. W przypadku Donalda Trumpa jest zupełnie inaczej. Dokładnie wyliczył, co może zrobić. W Stanach Zjednoczonych jest oczywiście tak, że dekrety prezydenckie można dość łatwo odwrócić. Następny prezydent ma swobodę ich skreślenia. Trump zresztą też z tego skorzystał - skreślił 78 dekretów Joe Bidena, bardzo szkodliwych dla Ameryki. To dotyczyło między innymi Zielonego Ładu.
P.L.: Zielony Ład przydałoby się skreślić również w Polsce...
W.C.: Polacy już protestują przeciwko tym wszystkim restrykcjom. Mają dosyć, bo to jest coś, co rozumieją - Zielony Ład po prostu dotyka ich codzienności. Tak też było w Ameryce. Joe Biden wprowadził Zielony Ład kilkoma dekretami, ale nie utrwalił tego w Kongresie. Dekret jest w USA prawem tymczasowym, można go zmienić jednym podpisem. Dla prezydenta to wygodne, jeżeli chce coś szybko zrobić: podpisał i dla jego urzędników to jest świętość, od razu muszą wykonać. Jeżeli to ma być jednak stałe prawo, to prezydent musi iść na Kapitol i poprosić Kongres, żeby to utrwalili. Dekret to element władzy wykonawczej, ale władzę ustawodawczą ma Kongres. Prezydent może w ramach inicjatywy zaproponować jakąś ustawę i Kongres albo to przeprowadzi, albo nie. Skreślenie 78 dekretów Bidena przez Trumpa to jest realizacja obietnicy wyborczej. Oprócz Zielonego Ładu Trump odrzucił też wszystkie te idiotyzmy, które Pan nazywa genderyzmem.
P.L.: No, ja nie jestem autorem tego pojęcia.
W.C.: W naszych rozmowach tak Pan mówi.
P.L.: Tak się przyjęło to określać. W tej kwestii Donald Trump rzeczywiście dokonuje zmiany. Za prezydentury Joe Bidena ideologia gender była nieomal oficjalną ideologią państwa. Tymczasem w przemówieniu inauguracyjnym prezydent USA ogłosił, że istnieją tylko dwie płcie! Pomyślałem: "Na Boga, wreszcie wraca rozum i normalność! Wreszcie wraca zdrowy rozsądek. To koniec szaleństwa".
W.C.: Fraza "zdrowy rozsądek" też padła w tym przemówieniu. Bo rzeczywiście wcześniej mieliśmy do czynienia z szaleńcami. Donald Trump tak nie określił swojego poprzednika, ale wobec jego ludzi padło wiele bardzo ostrych słów. Biden tego wszystkiego słuchał, a przynajmniej był na miejscu - bo jak zwykle przysypiał w swoich pieluszkach. Obok niego byli jednak autorzy wszystkich szaleństw. Genderyzm zniszczył na przykład sport kobiecy. Student college'u wie, że za dobre wyniki w zawodach pływackich są stypendia sportowe. Jest jednak kiepskim pływakiem. Dlatego idzie do dziekanatu i oświadcza, że jest dziewczyną. Tak poczuł i już, ma do tego prawo, bo tak mówi genderyzm! W związku z tym zostaje przepisany do żeńskiej drużyny i tam nagle ma dobre wyniki. Inny zboczeniec może sobie wymyślić, że jest wprawdzie bogaty, więc jemu stypendium niepotrzebne, ale chętnie popatrzy sobie na dziewczyny w szatni i pod prysznicem. Więc ogłasza, że jest kobietą i wchodzi do damskiej przebieralni. Dziewczyny w ręcznikach chowają się po szafach, a ten się śmieje. Takie rzeczy zostały przez Trumpa zlikwidowane.
P.L.: Trump zlikwidował w sprawie gender jeszcze jedną rzecz. Przypomniał, do czego służy wojsko. Armia to nie jest organizacja, która ma promować transpłciowe szaleństwa. Tęczowe wariactwo nie powinno mieć żadnego wstępu do wojska, bo wojsko musi odstraszać przeciwników. Trump podkreślił, że jego celem jest uniknąć nowych wojen - ale żeby ten cel zrealizować, to trzeba mieć armię, która wzbudza prawdziwy strach. Jak przeciwnicy USA mają bać się wojska, które lata tęczowym helikopterem? A taki helikopter załatwił dla wojska właśnie Joe Biden. Wprowadzał też do wojska regularnych genderowych politruków.
W.C.: To wszystko już wyjechało, zakończone jednym podpisem. Z dnia na dzień skończył się cyrk, w którym faceci przebierali się za baby i zostawali generałami. Teraz tacy ludzie zamiast do armii pójdą tam, gdzie ich miejsce, czyli do psychiatry. Mają się liczyć umiejętności, zresztą nie tylko w wojsku, bo to jest szerszy problem. Na przykład w pożarnictwie w Kalifornii pozatrudniali na głównych stanowiskach jakieś lesbijki. Chcieli wypełnić standardy, które sami wprowadzili w ramach swojego szaleństwa. Żeby to zrobić, musieli zwolnić doświadczonych facetów. Tymczasem kiedy wybuchły wielkie pożary, te kobiety po prostu sobie nie poradziły. Nie wiedziały, co mają robić. Parytet w kategorii "lesbijki" kosztował Kalifornię wymierne straty. Strażak musi być silny: gość z nadwagą na czwartym piętrze padł nieprzytomny i trzeba go znieść. Tego nie załatwi lesbijka. Tak samo jest w wojsku: trzeba wziąć kolegę na plecy i wynieść z linii frontu. Natury się nie oszuka: nieważne, ile by trenowała, Gośka nigdy nie wyćwiczy takich mięśni, jakie ma jej kolega Rysiek.
P.L.: Bardzo istotne jest to, że Trump otwarcie odwołuje się do Boga. W swoim przemówieniu mówił, że ocalał cudem - dlatego że ma coś do zrobienia. Patrzy zatem na swój urząd jako na instrument w rękach Opatrzności.
W.C.: Tak, Trump uważa, że Bóg ocalił go przed kulą w czoło, żeby teraz on mógł ocalić Amerykę. Mówił o tym otwartym tekstem, zresztą nie pierwszy już raz. Dobrze, że tego nie unika. Przecież jego przemówienia inauguracyjnego słuchał cały świat.
P.L.: Warto to porównać z wystąpieniami polskich i europejskich przywódców. Kiedy słyszą słowo "Bóg", to ze strachu uciekają od razu do kąta...
W.C.: Czyli to są diabły, proszę Pana. Takie zachowanie świadczy, że mają jakiś kompleks. Boją się Boga, bo są w porozumieniu z szatanem. Rachunek jest prosty. Gdyby Pan wierzył na przykład w krasnale, to ja bym w ogóle się o to nie czepiał. Co mnie to obchodzi? Mam to gdzieś, bo ja w krasnale nie wierzę. Uważam, że nie istnieją, więc się ich nie boję. Jeżeli jednak Rafał Trzaskowski zdejmuje krzyże ze ścian, to znaczy, że jemu moja wiara w krzyż przeszkadza. Skoro mu przeszkadza, to oznacza, że on też wierzy, że krzyż to jest prawda - tylko że nie chce się z Bogiem zgodzić. Przecież gdyby Trzaskowski uważał, że ten facet na krzyżu to jakaś tam wątpliwa postać, może nawet niehistoryczna, to dlaczego miałby coś robić? Doszedłby do wniosku, że chrześcijanie mogą sobie wierzyć w swoje gusła, to nie jego sprawa. A jednak mu to przeszkadza; reaguje nerwowo, kiedy słyszy o Bogu, tak samo jak podobni mu politycy. Wniosek jest prosty: oni wierzą w Boga, tylko współpracują ze stroną przeciwną. Wiara chrześcijańska Donalda Trumpa była kiedyś płytka. Po zamachu zrobiła się jednak głębsza. Trump rozumie, że Bóg z jakiegoś powodu go ocalił - śmierć minęła go o kilka milimetrów.
P.L.: Decyzje Trumpa są w efekcie swoistą fangą w nos wymierzoną światowemu i amerykańskiemu lewactwu.
W.C.: Ja bym tak tego nie określił. Ludzie zagłosowali na Trumpa, bo zapowiedział powrót zdrowego rozsądku, czyli koniec chorego szaleństwa. To nie jest prawicowy czy lewicowy program, to jest po prostu normalność. On nie dał prztyczka w nos światowej lewicy, tylko odsunął od władzy bandę szaleńców. Kiedy starej babci jest zimno w tyłek, bo władza wprowadza Zielony Ład, to nie ma to żadnych barw politycznych. Ona po prostu marznie.
P.L.: Trump wycofał Stany Zjednoczone z Porozumienia paryskiego, które demonizuje emisję dwutlenku węgla. Pokazał prawdziwą siłę charakteru, bo powiedział "stop" narracji, zgodnie z którą Ziemia szybko nagrzewa się wskutek działalności człowieka.
W.C.: Chińczycy i tak budują nowe kopalnie węglowe. To drugie mocarstwo na kuli ziemskiej, a kopią, jak trzeba.
P.L.: Tyle że w Chinach udają, że jest inaczej. Robią to, co Pan powiedział, ale publicznie twierdzą, że wprowadzają różne zielone rozwiązania. Polski premier powiedział kiedyś, że klimatyzm to jest religia w Unii Europejskiej, w związku z tym on nie może mu się sprzeciwić. Donald Trump też wie, że to jest religia czy właściwie sekta, ale jednak potrafił się sprzeciwić. Na tym polega prawdziwa polityka. Wrażenie zrobił na mnie jeszcze jeden element przemówienia Trumpa, a mianowicie to, jak mocno podkreślał znaczenie wolności. Nowy prezydent mówił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by nie było tak jak za czasów Joe Bidena, kiedy ludziom odbierano swobody, uniemożliwiano wygłaszanie własnych opinii i tak dalej. Dotyczy to także pandemii. Trump ogłosił, że przywraca do służby wszystkich, których zawieszono ze względu na sprzeciw wobec restrykcji związanych z COVID-19. Ci, którzy wykazali się siłą charakteru i odpornością na dziką propagandę Big Pharmy, wrócą w aureoli zwycięzców. To jest coś pięknego.
W.C.: Wśród wojskowych były wiwaty, bo ich koledzy z osiągnięciami na polu chwały wrócą do służby - i to na takich zasadach, by zrekompensować im utracony czas, w tym niezdobyte gwiazdki czy awanse.
P.L.: Tego wszystkiego słucha się jak jakiejś bajki, w której człowiek przechodzi próbę. Wszystko traci - ale na końcu zostaje doceniony i odzyskuje to, co mu odebrano. Wydawałoby się, że w prawdziwym życiu to się nie zdarza - a tu proszę bardzo! Trump zafundował nam powrót do klasycznej idei sprawiedliwości. Przetrwałeś, nie ugiąłeś się - zostaniesz wynagrodzony.
W.C.: Przeszliśmy w Ameryce przez strasznie ciemną dolinę. Cztery lata Bidena były jak w piosence Kaczmarskiego: rzeka drąży wąwóz, a jego ściany zamykają się nad naszymi głowami. Tak właśnie było. Okropny, czarny okres. Z Białego Domu wychodziły coraz gorsze dokumenty. Człowiek się dowiadywał, że musi pozbyć się swojego sprawdzonego, taniego pick-upa, bo będzie musiał za kilka lat kupić nowy, elektryczny samochód. W Europie ten wąwóz cały czas się pogłębia i zamyka, nie ma żadnego światła. W Ameryce się udało, być może dlatego, że system polityczny na to pozwala. W 2015 roku Donald Trump wszedł do wyścigu o prezydenturę spoza Partii Republikańskiej. Zjechał po swoich schodach w złotym budynku i ogłosił, że będzie kandydować. W Ameryce nie trzeba się nigdzie zapisywać, wystarczy oświadczenie woli. Dzięki temu można wedrzeć się do partii i ją przejąć, jeżeli zdobędzie się poparcie. Na początku establishment partyjny był przeciwko Trumpowi, ale Trump pokazał, że warto na niego postawić. Przecież Marco Rubio, który został teraz sekretarzem stanu, był jego kontrkandydatem, kłócili się w debatach o różne rzeczy. Teraz razem pracują. W Polsce takie rzeczy są niemożliwe.
P.L.: Trump jest silny, bo ma za sobą ludzi. Z kolei ludzie mają za sobą rzeczywistość. W Polsce i Europie lud nie może się przebić. Ilekroć wyłoni w wyborach swoich przedstawicieli, ci go zdradzają. Ledwie tylko obejmują władzę, okazuje się, że z obietnic wyborczych nici: tego się nie da, tamtego nie wolno, tu zmieniły się warunki. Politycy wygłaszają jałowe przemówienia, bo muszą ukrywać swoją bezsilność. Trump może mówić wprost, bo jego strategia jest jednoznaczna: wszystko, co robi, ma służyć interesowi państwa i narodu.
W.C.: Kategoria narodu jest kluczowa. Trump często mówi, że robi coś dla Amerykanów. Wie, że państwo to jest twór stworzony przez ludzi dla ludzi. Schodzi na niższy poziom niż politycy w Polsce, którzy często robią coś dla państwa, a raczej dla systemu. Chodzi im o to, żeby system dalej działał. Nie zastanawiają się, jak to wpłynie na życie obywateli. Trump nie interesuje się systemem samym w sobie, schodzi niżej, jego zajmuje naród. Jeżeli państwo działa sprawnie, ale krzywdzi obywatela, to trzeba ten fragment państwa zlikwidować. Tak właśnie będzie teraz w Ameryce, bo Trump zapowiedział likwidację wielu ustaw. Obiecał, że jeżeli wprowadzi jeden nowy przepis, to usunie dziesięć innych. W pierwszej kadencji to było 1 : 2. Jeżeli wprowadzał jedną regulację prawną, która utrudnia życie obywatelom, to w zamian skreślał dwie inne, tak żeby to życie ułatwić. Priorytetem Trumpa jest to, żeby Amerykanom lepiej się żyło. Mają lepiej zarabiać, a dzięki temu poprawi się stan całego państwa. Taka to jest filozofia.
P.L.: Kiedy Donald Tusk zapowiada jakieś działania, to na końcu jest zawsze jeden cel: wzmocnienie Europy. Mówi o tym jasno, jakby to było ważne samo w sobie. Ja bardzo przepraszam, ale co mnie obchodzi wzmacnianie Europy? Najważniejszym zadaniem polskiego polityka jest wzmocnienie polskiego państwa i troska o polskich obywateli. Tymczasem Tusk zachowuje się tak, jakby to w ogóle nie było ważne, bo jedyne, co się liczy, to Europa. To wskazuje na kompletne oderwanie Tuska i ludzi jego pokroju od ludu, który ich wybrał. Politycy mają psi obowiązek reprezentować naród, tymczasem zostają przejęci albo po prostu przekupieni przez elity, którym później służą. Wielkość Donalda Trumpa polega na tym, że jest prawdziwym trybunem ludowym, autentycznym reprezentantem narodu.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.