OD AUTORA
W roku tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym trafiliśmy z przyjaciółmi na zastanawiającą notatkę w czasopiśmie Akademii Nauk
"Przyroda". Pisano tam drobną czcionką, że nad rzeką Kołymą w trakcie
prac wykopaliskowych została znaleziona podziemna tafla lodu - zamarły
prehistoryczny potok - a w niej zamarznięte (kilkadziesiąt tysięcy lat
temu) okazy fauny kopalnej. Ryby te, czy może płazy, zachowały się tak
dobrze, wydawały się tak świeże - informował uczony korespondent - że
obecni przy tym, po rozbiciu lodu, zjedli je zaraz z ochotą.
Nielicznych swoich czytelników pismo zapewne wprawiło w niemałe
zdziwienie wiadomością o tym, jak długo można rybie mięso trzymać w lodzie. Ale tylko niewielu z nich mogło wniknąć w iście epicki sens
ryzykownej notatki.
Myśmy zrozumieli od razu. Cała scena zarysowała się nam ostro, do
najdrobniejszych szczegółów: jak owi obecni z pośpieszną zawziętością
rąbali lód, jak mając za nic szlachetne cele ichtiologii i roztrącając
się łokciami, wyrywali sobie kęsy tysiącletniego ścierwa i wlekli je do
ogniska, aby tam odtajało i aby można się było nim nasycić.
Zrozumieliśmy to od razu, ponieważ sami należeliśmy do tych obecnych,
do tego jedynego w świecie, niezliczonego plemienia zeków, które było
zdolne zjeść z ochotą płaza.
Kołyma zaś była największą i najdalej słynącą wyspą, okrutnym biegunem
tego zadziwiającego kraju GUŁag, który wolą geografii rozdarty był na
kształt archipelagu, ale psychologia spajała go w kontynent - kraju
prawie niewidzialnego, prawie nieuchwytnego dla zmysłów, tego właśnie,
który zamieszkiwał lud zeków.
Archipelag ten rozrzutem swoich plam pobryzgał i upstrzył kraj, z którego się wynurzył, werżnął się w granice jego miast, zasmużył cieniem
jego drogi, a jednak ten i ów w ogóle nie domyślał się jego istnienia,
bardzo wielu coś ledwie słyszało, a wszystko wiedzieli tylko ci, co tam
niegdyś byli.
Ale milczeli tak, jakby na wyspach Archipelagu utracili mowę.
Nieoczekiwany zwrot w naszych dziejach sprawił, że ujawniła się jakaś
drobna, znikomo mała część prawdy o Archipelagu. Jednak te same ręce,
które nakładały nam kajdany, teraz wykonują pojednawcze gesty: "Nie
trzeba!... Dajcie spokój przeszłości!... Kto starą złość wspomni, bodaj oko
stracił!" Ale to porzekadło ma ciąg dalszy: "A kto ją zapomni, bodaj obu
nie miał!"
Mijają dziesięciolecia... i niepowrotnie zlizują blizny i szramy
przeszłości. Niejedna wyspa przez ten czas rozpadła się, rozpłynęła,
polarny ocean zapomnienia przetacza się nad nią. I kiedyś, w wiekach, co
nadejdą, Archipelag ten, jego aura i kości jego mieszkańców wmarznięte w taflę lodu, wydadzą się potomkom resztkami jakiegoś nieprawdopodobnego
płaza.
Nie ośmielę się pisać tu historii Archipelagu: nie udało mi się dotrzeć
do dokumentów. Ale czy ktokolwiek zdoła je kiedykolwiek przeczytać?...
Ci, co to nie mają chęci na wspomnienia, dość już mieli (i mieć
jeszcze będą) czasu, aby zniszczyć je do szczętu.
Te lat jedenaście, które tam spędziłem, rozumiem nie jako hańbę, nie
jako przeklęty sen; nie, zdążyłem polubić prawie ten pokraczny świat,
teraz zaś na dobitkę stałem się przez szczęśliwy przypadek powiernikiem
wielu późniejszych opowiadań i przekazów pisemnych. Może zatem potrafię
dowlec do innych choć trochę tych kości i mięsa, zresztą żywego, bo i płaz jeszcze dziś jest żywy.
Napisanie tej książki przekraczało siły jednego człowieka. Prócz tego,
co wyniosłem z Archipelagu sam - w oczach i uszach, w pamięci, na
własnej skórze - materiał dali mi w postaci opowiadań, wspomnień i listów
(tu następuje spis 227 nazwisk).
Nie wyrażam im tu prywatnej wdzięczności: to ma być wspólnie przez nas
wzniesiony pomnik dla wszystkich zamęczonych i zabitych.
W tym spisie chciałbym szczególnie wyróżnić tych, którzy wiele się
napracowali, pomagając mi, aby ta rzecz oparta była na bibliograficznych
danych z książek już dawno usuniętych ze współczesnych bibliotek i zniszczonych, tak że odnalezienie zachowanego jakoś egzemplarza wymagało
wielkiej wytrwałości; jeszcze bardziej zaś tych, którzy pomogli ukryć
ten rękopis w trudnych momentach, a później go przepisać.
Ale jeszcze nie nadszedł czas, w którym ośmieliłbym się wymienić ich
nazwiska.
Dawny więzień sołowiecki, Dymitr Piotrowicz Witkowski, miał być
redaktorem tej książki. Jednak pół życia, które tam spędził (jego
wspomnienia obozowe tak są też zatytułowane: Pół życia), odbiło się na
nim w postaci przedwczesnego paraliżu. Już pozbawiony mowy, mógł
przeczytać tylko kilka zakończonych rozdziałów i przekonać się, że o wszystkim będzie powiedziane.
A jeśli długo jeszcze nie przetrze się światło wolności w naszym kraju,
to i przekazywanie tej książki z rąk do rąk będzie bardzo niebezpieczne
- tak że również przyszłym czytelnikom powinienem się pokłonić z wdzięcznością w imieniu tych, co zginęli.
Kiedy zaczynałem pisać tę książkę w 1958 roku, nie znałem jeszcze
niczyich wspomnień ani utworów literackich o obozach. W ciągu lat pracy,
zakończonej w 1967 roku, stopniowo poznałem Opowiadania kołymskie
Warłama Szałamowa i wspomnienia D. Witkowskiego, J. Ginzburg oraz O.
Adamowej-Sliozberg, na które powołuję się w książce, jako na fakty
literackie ogólnie znane (tak też koniec końców będzie!).
Wbrew swoim zamiarom, wbrew własnej chęci, dostarczyli nieocenionych
materiałów do tej książki, dali pojęcie o wielu ważnych faktach, a nawet
cyfrach, i wreszcie o atmosferze, którą oddychali: czekista M.
Sudrab-Łacis; N. W. Krylenko, naczelny oskarżyciel publiczny w ciągu
długich lat; i jego następca A. J. Wyszyński ze swoimi wspólnikami
prawnikami, wśród których nie sposób nie wyróżnić J. L. Awerbacha.
Materiałów do tej książki dostarczyło także trzydziestu sześciu
sowieckich pisarzy z Maksymem Gorkim na czele - autorów haniebnej
książki o Kanale Białomorskim, pierwszego w rosyjskiej literaturze
dzieła sławiącego pracę niewolniczą.
I
ARESZTOWANIE
Jak trafia człowiek na ten tajemniczy Archipelag? O każdej porze dnia
lecą tam samoloty, płyną okręty, turkoczą pociągi, ale żaden napis na
nich nie wskazuje, dokąd zmierzają. A kasjerzy na dworcach i pracownicy
agencji Sowturist i Inturist będą zdumieni, jeżeli poprosicie ich o odpowiedni bilecik. Ani Archipelagu w ogólności, ani żadnej z jego
niezliczonych wysepek ci ludzie nie znają, nie słyszeli o niczym.
Ci, którzy jadą na Archipelag, żeby nim rządzić - trafiają tam poprzez
uczelnie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Ci, którzy jadą, żeby Archipelagu pilnować - trafiają tam z poboru,
przez komendy uzupełnień.
Ci zaś, którzy jadą tam umierać, tak jak my, czytelniku - ci trafiają
tam wyłącznie i koniecznie poprzez aresztowanie.
Aresztowanie! Czy warto mówić, że to chwila, co łamie całe twoje życie?
Że to piorun, co z nóg wali? Że to wstrząs duchowy nie do pojęcia, z którym nie każdy może się oswoić i często nabawia się pomieszania
zmysłów?
Wszechświat ma właśnie tyle punktów centralnych, ile w nim żywych istot.
Każdy z nas jest osią świata i świat rozpada się na kawałki, gdy
człowiek słyszy syknięcie: "Jesteście aresztowani!"
Skoro ciebie już aresztowano, to czy w ogóle coś się uchowało w tym
trzęsieniu ziemi?
Ale nie potrafiąc zaćmionym nagle umysłem pojąć rozmiarów tego
przewrotu, zarówno najprzemyślniejsi, jak najbardziej prostoduszni z was
nie umieją w tej chwili wycisnąć z całego zapasu swoich doświadczeń nic
więcej niż te oto słowa:
- Ja?! Za co?!
Pytanie to miliony i miliony razy już było zadawane i nie doczekało się
odpowiedzi.
Aresztowanie to nagły i rażący przerzut, przewarstwienie, przeskok z jednego życia do całkiem innego.
Po długiej, krętej ulicy naszego życia pędziliśmy szczęśliwie albo
brnęliśmy smutno wzdłuż jakichś płotów, płotów, płotów ze zgniłych
desek, suchej gliny, wzdłuż murów z cegieł, betonu, żelaza. Nie
zastanawialiśmy się, co kryje się za nimi. Ani okiem, ani domysłem nie
staraliśmy się ich przeniknąć... a tam właśnie zaczynał się kraj GUŁag,
ręką dotknąć, dwa metry stąd. A ponadto nie dostrzegaliśmy w tych
płotach niezliczonego mnóstwa szczelnie dopasowanych, dobrze
zamaskowanych drzwiczek, furtek. Wszystkie, wszystkie te furtki czekały
na nas! I oto szybko otworzyła się jedna z nich, ta fatalna, i cztery
białe, męskie dłonie, nie zgrubiałe od pracy, ale chwytliwe, łapią nas
za nogę, za rękę, za kołnierz, za czapkę, za ucho i wciągają jak tłumok,
a furtka za naszymi plecami, furtka do dawnego życia, zatrzaskuje się na
zawsze.
To wszystko. Jesteś aresztowany!
I niczego innego nie umiesz wymyślić w odpowiedzi prócz jagnięcego
beknięcia:
- Jaa??? Za co???
Oto, czym jest aresztowanie: to blask oślepiający i cios, które
sprawiają, że teraźniejszość nagle staje się przeszłością, to zaś, co
niemożliwe, zaczyna być pełnoprawną codziennością.
I to wszystko. I niczego więcej nie jesteś w stanie pojąć - ani w ciągu
pierwszej godziny, ani nawet w trakcie całej pierwszej doby.
Jeszcze tylko błyśnie ci w twojej desperacji cyrkowy, papierowy księżyc:
"To pomyłka! Zaraz się połapią!"
Cała zaś reszta, która składa się teraz na tradycyjny i literacki
poniekąd obraz aresztowania, zgromadzi się i ułoży już nie w twojej
zmąconej pamięci, tylko w pamięci twojej rodziny i sąsiadów.
To ostry nocny dzwonek albo szorstkie pukanie do drzwi. To dziarskie
postukiwanie niewycieranych butów czujnych agentów operacyjnych. To
przestraszony świadek za ich plecami. (A po co ten świadek? Ofiary ani o tym pomyślą, agenci już nie pamiętają, ale przewidziane to jest w instrukcji, więc musi facet całą noc przesiedzieć, a rano złożyć podpis.
Dla wyrwanego z pościeli świadka to też męka: noc po nocy chodzić i pomagać w aresztowaniu swoich sąsiadów i znajomych).
Tradycyjne aresztowanie to także zbieranie drżącymi rękoma rzeczy dla
porywanego: zmiana bielizny, kawałek mydła, coś do jedzenia, i nikt
jeszcze nie wie, co potrzeba, co wolno, jaka odzież najlepsza, agenci
zaś poganiają i przeszkadzają: "Niczego nie trzeba. Tam go nakarmią. Tam
ciepło". (Wszystko łgarstwo. A poganiają na postrach).
Tradycyjne aresztowanie to jeszcze później, już po zabraniu nieboraka,
wielogodzinne gospodarowanie w mieszkaniu szorstkiej, obcej, przemożnej
siły. To wyłamywanie, patroszenie, ściąganie i zrywanie ze ścian,
wyrzucanie na podłogę z szaf i szuflad, wytrząsanie, rozsypywanie,
rwanie... i góry rzeczy nagracone na ziemi, i chrzęst pod podeszwami. I nic świętego podczas rewizji! Przy aresztowaniu maszynisty Inoszyna
stała w pokoju trumienka z jego dopiero co zmarłym dzieckiem. Stróże
prawa wyrzucili dziecko z trumny, tam też szukali. Wyrzucają również
chorych z pościeli, zdejmują bandaże.1
I nic w trakcie rewizji nie może być uznane za głupstwo! U historyka
amatora Czetwieruchina zabrano "tyle a tyle arkuszy carskich dekretów",
a mianowicie: dekret o zakończeniu wojny z Napoleonem, o zawarciu
Świętego Przymierza i tekst litanii przeciw cholerze z 1830 roku. U naszego najlepszego znawcy Tybetu, Wostrikowa, skonfiskowano bezcenne
starożytne rękopisy tybetańskie (uczniowie zmarłego zdołali wydostać je
z czeluści KGB
dopiero po 30 latach!). Przy aresztowaniu orientalisty Newskiego zabrano
manuskrypty tanguckie (a po 25 latach za ich odcyfrowanie Newski
otrzymał Nagrodę Leninowską pośmiertnie). Z Kargera zaharapczono
archiwum jenisejskich Ostiaków, zakazano stosowania ułożonego przezeń
alfabetu i elementarza... i tak już musiał się cały ludek obejść bez
piśmiennictwa.
W języku inteligentów wszystko to wymagałoby długich jeszcze opisów, a nasz lud tak powiada o rewizji: tego szukają, co nieschowane.
Skonfiskowane rzeczy wywożą, a czasem każą nieść aresztowanemu -
Nina Aleksandrowna Palczyńska musiała nieść na plecach wór z papierami i listami swego niestrudzonego męża, nieżyjącego już wielkiego inżyniera i Rosjanina - im w paszczę, na zawsze, niepowrotnie.
A dla tych, co zostają w domu, długa kolej porujnowanych, spustoszonych
dni. I próby przekazywania paczek. Ale ze wszystkich okienek tylko
poszczekiwania: "Nie ma w rejestracji", "Nie ma tu takiego!" A jeszcze
zanim podejdzie się do okienka, trzeba - jak to było w Leningradzie, w złą godzinę - przez pięć dni i nocy tłoczyć się w kolejce. I dopiero
może za pół roku czy za rok sam aresztant się odezwie. Albo też ci
powiedzą: "Bez prawa korespondencji", a to już prawie na pewno znaczy,
że rozstrzelany.
Słowem, "żyjemy w przeklętych warunkach, w których człowiek może zginąć
bez wieści i najbliżsi mu ludzie, żona i matka [...] całe lata nie
wiedzą, co się z nim stało". Prawda to? A może nie? Napisał to zaś Lenin
w 1910 roku w nekrologu Babuszkina. Tylko trzeba rzec jasno: Babuszkin
wiózł transport broni dla celów powstania, za to też został
rozstrzelany. Wiedział, co ryzykuje. Nie da się tego powiedzieć o nas,
nieszczęsnych królikach.
Tak wyobrażamy sobie zwykle aresztowanie.
I rzeczywiście, nocne aresztowania opisanego tu typu przeprowadza się u nas najchętniej, bo mają one ważne zalety. Wszyscy obecni w mieszkaniu
obezwładnieni są przez strach już od pierwszego dzwonka. Przyszły
aresztant wyrwany jest z ciepłej pościeli, cały jest jeszcze w mocy
półsennego bezwładu, rozsądek jego jest przyćmiony. Przy nocnym
aresztowaniu agenci mają przewagę liczebną: przyjeżdża ich kilku, są
uzbrojeni, a mają przeciw sobie pojedynczego człowieka w niedopiętych
portkach; podczas rewizji i przygotowań do drogi na pewno nie zbierze
się pod bramą tłum ewentualnych stronników ofiary. Niespieszna
stopniowość tych wizyt - naprzód w jednym mieszkaniu, potem w drugim,
jutro w trzecim i czwartym - daje możliwość racjonalnego wykorzystania
kadry operacyjnej i umieszczenia pod kluczem liczby obywateli
wielokrotnie większej od całej tej kadry razem wziętej.
Jeszcze tę zaletę mają nocne aresztowania, że ani sąsiednie domy, ani
miejskie ulice nie widzą, ilu w ciągu nocy wywieziono. Najbliższych
sąsiadów postraszono, a dla dalszych rzecz nie miała miejsca. Jak gdyby
nigdy nic. Tą samą asfaltową trasą, którą nocą śmigały karetki
więzienne, suki - za dnia kroczy młode pokolenie ze sztandarami i kwiatami, śpiewając pełne pogody pieśni.
Ale ci, którzy łapią, ci, których praca polega tylko na
przeprowadzaniu aresztowań, dla których objawy strachu u aresztowanych
są czymś nudnym i dokuczliwym, mają o wiele szersze pojęcie o całej
operacji. Mają całą swoją teorię; nie trzeba naiwnie sądzić, że jej nie
ma. Aresztowanie to ważny rozdział w kursie wiedzy więziennej i ma za
podstawę pewną solidną teorię społeczną. Istnieje klasyfikacja zatrzymań
według rozmaitych cech: są nocne i dzienne, są domowe, służbowe i drogowe, są pierwiastkowe
i powtórne, są indywidualne i grupowe. Aresztowania różnią się zależnie
od stopnia pożądanego zaskoczenia, od stopnia oczekiwanego oporu (ale w dziesiątkach milionów wypadków żaden opór nie był oczekiwany ani go też
nie było). Aresztowania różnią się zależnie od ważności zaplanowanej
rewizji; zależnie od konieczności (czy jej braku) spisania
skonfiskowanych przedmiotów, opieczętowania izby lub całego mieszkania;
zależnie od potrzeby uwięzienia również żony w ślad za mężem i oddania
dzieci do sierocińca, zesłania całej reszty najbliższej rodziny albo
wreszcie wtrącenia do obozu także dziadków.
A jeszcze istnieje osobna Rewizjologia (udało mi się przeczytać
broszurę dla adeptów studium zaocznego z Ałma Aty). Bardzo tam chwalą
tych prawników, którzy przy rewizji nie lenili się i przetrząsnęli dwie
tony nawozu, sześć metrów polan, dwa wozy siana, oczyścili ze śniegu
całą działkę przyzagrodową, rozebrali kaflowy piec, rozgrzebali
gnojówkę, skontrolowali miski klozetowe, spenetrowali psie budy, kurniki
i domki dla szpaków, poprzekłuwali materace, zrywali plastry z ran, a nawet wyrywali metalowe zęby, żeby znaleźć w nich mikrodokumenty.
Studentom radzi się gorąco, aby zaczynali od rewizji osobistej i nią też
sprawę kończyli (bo a nuż rewidowany coś capnął w trakcie) i aby jeszcze
raz odwiedzili to samo mieszkanie, ale o innej porze... i powtórzyli
rewizję.
O, nie, nie, aresztowania są bardzo różnorodne w formie. Irma Mendel,
Węgierka, dostała któregoś dnia w biurze Kominternu (1926) dwa bilety do
Teatru Wielkiego, do pierwszych rzędów. Śledczy Klegel zalecał się do
niej, więc go zaprosiła. Całe przedstawienie minęło im na czułych
spojrzeniach, po czym Klegel zawiózł Irmę... prosto na Łubiankę. A jeśli
chcecie wiedzieć, dlaczego pewnego promiennego czerwcowego dnia w 1927
roku na moście Kuźnieckim krągłolicej, rudowłosej i pięknej Annie
Skrypnikowej, która dopiero co kupiła sobie materiał na granatową
suknię, jakiś młody frant grzecznie pomógł wsiąść do dorożki (a dorożkarz już się połapał i cały się chmurzy: Organy nie zapłacą mu
za kurs), to musicie zrozumieć, że nie chodzi o randkę, że to też jest
aresztowanie: za chwilę skręcą na Łubiankę i wjadą w czarną czeluść
bramy. Jeśli zaś (22 wiosny później) komandor podporucznik Borys
Burkowski, w białym frenczu marynarskim i pachnący drogą wodą kolońską,
będzie kupował
w cukierni tort dla pewnej panienki, to nie sądźcie, że tort trafi do
rąk tej panny, bo w istocie zaraz zostanie posiekany nożami przy rewizji
i w tym stanie wniesiony przez komandora do jego pierwszej celi.
Nie, nigdy nie był u nas w pogardzie żaden sposób zatrzymania, ani w biały dzień, ani w podróży, ani wśród tłumu. Idzie to gładko i - tu
właśnie trzeba się dziwić! - same ofiary w świętej zgodzie z agentami
zachowują się jak najtaktowniej, tak żeby pozostali przy życiu nie
zwrócili nawet uwagi na zagładę upatrzonego.
Nie każdego można aresztować w domu, po sakramentalnym zapukaniu do
drzwi (a jeśli już kto puka, to "z administracji", "listonosz"), nie
każdego można aresztować w miejscu pracy. Jeśli przyszły aresztant jest
człowiekiem przebiegłym, to lepiej wziąć go w oderwaniu od jego
zwykłego otoczenia - rodziny, kolegów, stronników, z dala od możliwych
schowków; nie powinien zdążyć niczego zniszczyć, ukryć, przekazać.
Ludziom ze szczytów wojskowych czy partyjnych czasem dawano jakieś nowe
stanowisko, podstawiano salonkę na dworzec i aresztowano w drodze.
Zwykły zaś, szary śmiertelnik - ogłuszony masowymi aresztowaniami i już
od tygodnia zgnębiony złowróżbnymi spojrzeniami zwierzchników - wzywany
bywał naraz do miejscowej organizacji związkowej, gdzie mu z ciepłym
uśmiechem wręczano skierowanie do sanatorium w Soczi. Królik wpadał w rozczulenie: obawy okazały się bezpodstawne! Wyraża zatem wdzięczność i triumfalnie wraca do domu, żeby spakować walizkę. Do pociągu wszystkiego
dwie godziny, więc łaje żonę za opieszałość. Jest nareszcie na dworcu!
Ma jeszcze trochę czasu.
W poczekalni albo przy kiosku z piwem kłania mu się jakiś przemiły młody
człowiek: "Nie poznajecie mnie, Piotrze Iwanyczu?" Piotr Iwanycz ma
chwilę wahania: "Chyba nie... Chociaż..." Młodzian tryska braterską
sympatią: "Ależ, jak to, jak to, ja wam przypomnę...", i z szacunkiem
kłania się żonie Piotra Iwanycza: "Proszę wybaczyć, my z małżonkiem
tylko na minutkę..." Żona nie ma nic przeciwko temu, nieznajomy zaś,
trzymając Piotra Iwanycza konfidencjonalnie za łokieć, uprowadza go - na
zawsze albo na dziesięć lat.
A dworzec wiruje dookoła i niczego nie widzi... Obywatele podróżni!
Nie zapominajcie, że na każdym większym dworcu jest posterunek GPU
i kilka cel.
Natarczywość tych rzekomych znajomków jest tak zaczepna, że człowiek
pozbawiony obozowej, wilczej wprawy jakoś nie potrafi się opędzić.
Nie myśl, że będąc nawet pracownikiem amerykańskiej ambasady,
nazwiskiem, dajmy na to, Aleksander Dołgan, nie zostaniesz aresztowany w biały dzień na ulicy Gorkiego, obok centralnego telegrafu. Nieznajomy
twój przyjaciel rzuci się w twoją stronę, przepychając się przez tłum
i szeroko otwierając zaborcze ramiona. "Sasza! - krzyknie, z niczym się
nie kryjąc. - Stary byku! Ileż to lat, ile zim!... A chodźmyż na bok, żeby
ludziom nie włazić w paradę". A na boku, przy samym chodniku, już
zatrzymuje się auto... (Minie kilka dni i TASS z gniewem stwierdzi we
wszystkich gazetach, że koła zbliżone nic nie wiedzą o zniknięciu Aleksandra Dołgana). A co to za sztuka? Nasi mołojcy łapali w ten sposób ludzi w Brukseli (tak schwytano Żorę Blednowa), cóż dopiero w Moskwie!
Trzeba jednak wyrazić Organom zasłużone uznanie: podczas gdy dziś
przemówienia i sztuki teatralne wydają się - podobnie jak konfekcja
damska - dziełem jednej sztancy, rodzaje aresztowań cieszą swoją
rozmaitością.
Odprowadzają cię na bok w fabrycznej portierni, gdzie dopiero co
pokazałeś przepustkę... i już jesteś złapany; biorą cię ze szpitala
wojskowego z temperaturą 39° (Ans Bernsztejn) i lekarz nie sprzeciwia
się temu (a spróbowałby się sprzeciwić!); biorą cię wprost ze stołu, po
operacji rany żołądka (N. M.
Worobiew, inspektor okręgowego wydziału oświaty, 1936), i ledwie żywego,
okrwawionego, pakują do celi (wspomnienia Karpunicza); starasz się
(Nadia Lewicka) o widzenie ze skazaną już matką, dają ci je! - a okazuje
się, że to konfrontacja i aresztowanie! Zapraszają cię w sklepie
Gastronom do działu zamówień i tam cię aresztują. Zostajesz aresztowany
przez wagabundę, który na wszystkie świętości zaklinał cię, żebyś mu
pozwolił przenocować pod twoim dachem; zostajesz aresztowany przez
montera, który przyszedł
sprawdzić licznik; aresztuje cię rowerzysta, który potrącił cię na
ulicy, konduktor w pociągu, kierowca taksówki, rachmistrz kasy
oszczędności i bileter w kinie - każdy z nich cię aresztuje i dopiero
poniewczasie możesz sobie obejrzeć głęboko schowaną legitymację koloru
bordo.
Niekiedy aresztowanie wydaje się jakąś grą - tyle zainwestowano w nie
zbędnej pomysłowości i sytej energii, a przecież ofiara i tak nie
stawiałaby oporu. Czy agenci operacyjni chcą w ten sposób uzasadnić
potrzebę swoich funkcji i swojej liczebności? Jak się zdaje,
wystarczyłoby rozesłać wszystkim upatrzonym króliczkom po wezwaniu, a już one same o wyznaczonej godzinie, co do minuty, pokornie staną z tłumoczkiem pod czarną bramą urzędu bezpieczeństwa, aby zająć swoją
część powierzchni mieszkalnej we wskazanej celi. (Zresztą, kołchoźników
tak właśnie bierze się pod klucz.
Czy to warto jechać nocą i szukać jakiejś chaty po bezdrożach? Wzywa się
jednego z drugim do rady gromadzkiej i tam go się już zabiera, jak
swojego. Czarnoroboczych wzywa się do fabrycznego kantoru).
Rzecz jasna, każda maszyna ma swoją przepustowość, nie przełknie więcej,
niż potrafi. W trakcie pękających w szwach od nadmiaru lat
1945-1946, kiedy ciągnęły jeden za drugim kolejowe eszelony het, z Europy, i trzeba było je wszystkie naraz pochłonąć i wyprawić do GUŁagu,
nie było już miejsca na tę luksusową grę, sama teoria porządnie
wyleniała, powyłaziły rytualne piórka i uwięzienie dziesiątków tysięcy
wyglądało jak mizerny apel: stoją sobie ichmoście ze spisami, z jednego
pociągu wywołują, pakują do drugiego... i to wszystko.
W ciągu kilku dziesięcioleci aresztowania polityczne miały u nas tę
osobliwą cechę, że podlegały im osoby, które nie dopuściły się żadnej
winy - i właśnie dlatego nie myślały o żadnym oporze. Wytworzyło się
powszechne poczucie osaczenia, szerzyło się przekonanie (w warunkach
systemu paszportów i meldunków dosyć słuszne zresztą), że przed GPU-NKWD nie sposób uciec. I nawet kiedy epidemie aresztowań sięgały
zenitu, kiedy ludzie, idąc do pracy, co dzień żegnali się z rodziną, bo
nie byli nigdy pewni, czy wrócą wieczorem - nawet wtedy prawie nie
próbowali uciekać (w rzadkich tylko wypadkach wybierali samobójstwo).
O to właśnie chodziło. Bezrogi baran wilkowi najmilszy.
Powodem tego było też niezrozumienie mechanizmu epidemii. Organy nie
miały zwykle ściślejszych kryteriów wyboru - kogo aresztować, kogo
oszczędzić; chodziło tylko o wykonanie planu ilościowego. Wykonać go
można było w zawczasu przewidzianym trybie, można też było korzystać z zupełnego przypadku. W 1937 roku do kancelarii NKWD w Nowoczerkasku
przyszła jakaś kobieta z pytaniem, co zrobić z nienakarmionym
niemowlęciem - dzieckiem jej aresztowanej sąsiadki. "Poczekajcie tu,
obywatelko - powiedziano jej - zaraz wyjaśnimy". Po dwóch godzinach
czekania zabrano ją z kancelarii do celi: trzeba było osiągnąć
zaplanowaną liczbę, nie starczało już agentów na rozjazdy po mieście, a ta się sama zgłasza! I odwrotnie: po Andrzeja Pawło, Łotysza
mieszkającego pod Orszą, przyszło NKWD. Pawło nie otworzył, wyskoczył
przez okno, udało mu się uciec i pojechał prosto na Syberię. I chociaż
mieszkał tam pod własnym nazwiskiem, a z dokumentów wynikało jasno, że
meldowany jest w Orszy, nigdy nie siedział, nigdy nie był wzywany przez
Organy, nigdy nie padło nań podejrzenie. Istnieją przecież trzy zakresy
ścigania: ogólnopaństwowy, republikański i okręgowy. Prawie połowa
aresztowanych w trakcie epidemii nie doczekałaby się rozesłania
listów gończych dalej niż do granic okręgu. Człowiek włączony do planu z przyczyn przypadkowych, np. w wyniku sąsiedzkiego donosu, łatwo mógł być
zastąpiony przez kogoś innego. Jak Andrzej Pawło, tak samo inni, którzy
przypadkiem natrafili na obławę albo na kocioł w czyimś
mieszkaniu, a mieli dość odwagi, by zaraz uciec, jeszcze przed pierwszym
przesłuchaniem, nigdy nie byli ścigani ani pociągani do
odpowiedzialności. Kto zaś czekał sprawiedliwości, nie ruszając się z miejsca, ten dostawał
wyrok. I prawie wszyscy - przytłaczająca większość - tak się właśnie
zachowywali: małodusznie, bezradnie, jak skazańcy.
Z drugiej strony jest prawdą, że NKWD pod nieobecność poszukiwanego
dawało jego bliskim zakaz wyjazdu; nic nie kosztowało, rzecz jasna, zaliczyć sobie obecnych w zamian za tego, co uciekł.
Powszechny brak winy rodzi powszechną bezczynność. A może cię wcale nie wezmą? Może jakoś cię to ominie? A. I. Ładyżyński był
wychowawcą klasy w szkole w prowincjonalnym miasteczku Kołogriw.
W 1937 roku podszedł do niego na rynku jakiś chłop i przekazał mu czyjeś
słowa takiej treści: "Aleksandrze Iwanowiczu, wyjedź stąd, jesteś na liście!" Ale Ładyżyński został; przecież cała szkoła na mnie się trzyma
i ich dzieci u mnie się uczą - jak mogą mnie aresztować?... (Po kilku
dniach już był za kratą). Nie każdemu jest dane, jak Wani Lewickiemu,
rozumieć już w wieku lat 14, że "Każdy uczciwy człowiek powinien pójść w końcu do więzienia. Teraz siedzi tatuś, a jak dorosnę, to mnie też
wsadzą". (Wsadzili go, gdy miał 23 lata). Większość gnuśnieje wpatrzona
w iskierkę nadziei. Skoro jesteś niewinny, to za co mogą cię w ogóle
wsadzić? To byłaby omyłka! Już cię wloką za kołnierz, a ty wciąż
sam się zaklinasz: "To omyłka! Na pewno się zorientują... i wypuszczą
mnie!" Innych wsadzają w masie, to też zdaje się nie mieć sensu, ale i tu u każdego jest miejsce na podejrzenia: "A może tamten właśnie
trafił
nie z przypadku...?" Bo ty to już bezwzględnie jesteś bez winy! Wciąż
jeszcze uważasz Organy za instytucję podporządkowaną ludzkiej logice:
jak się zorientują, to wypuszczą.
Po co więc próbować ucieczki?... Na co więc opór?... Przecież pogorszysz
tym tylko swoją sytuację, sam im nie pozwolisz pojąć ich omyłki.
Co tam opór! Nawet ze schodów zbiegasz na paluszkach, bo tak ci kazano,
żeby sąsiedzi nie słyszeli.
Jak to potem w obozie człowieka piekło: A co, gdyby każdy agent, idąc
nocą łapać ludzi, nie był pewien, czy wróci żywy, i musiał zawsze żegnać
się z rodziną? Gdyby podczas masowych obław, na przykład w Leningradzie,
kiedy za kraty szło ćwierć miasta, ludzie nie siedzieli po swoich
norach, mdlejąc z lęku przy każdym trzaśnięciu bramy, przy każdym kroku
na schodach, lecz zrozumieli, że teraz nie mają już nic do stracenia, i zabrali
się żwawo do urządzania w sieniach swoich domów zasadzek: z siekierami,
młotkami, pogrzebaczami, z czym popadło? Wiadomo przecież, że te nocne
gacki nie przychodzą w dobrych zamiarach - więc nie omyli się człowiek,
dając w łeb zbójowi. Albo taka suka z samotnym szoferem, co już czeka
na ulicy - odstawić by ją jak najdalej albo przebić gumy.
I wreszcie, czemu tu się właściwie sprzeciwiać? Że zabrano ci pasek?
Albo że kazano stanąć w kącie? Albo że musisz wyjść za próg swojego
domu? Aresztowanie składa się z drobnych wypadeczków, z rozlicznych
drobnostek - żadna z nich nie jest jakby warta sporu (a nadto myśli
aresztowanego krążą dookoła wielkiego problemu: "Za co?") - a dopiero
wszystkie te drobnostki razem składają się nieubłaganie na proces
aresztowania.
Zresztą, bo to mało się dzieje w duszy świeżego aresztanta! Już to jedno
warte jest całej księgi. Mogą tam być uczucia, których nigdy byśmy się
nie domyślili. Kiedy w 1921 roku aresztowano dziewiętnastoletnią Eugenię
Dojarenko i trzech młodych czekistów grzebało w jej pościeli i w komodzie z bielizną, dziewczyna zachowywała się spokojnie: nic tam nie
ma, więc niczego nie znajdą. I nagle wzięli do rąk jej intymny
pamiętnik, którego nawet matce nie mogłaby pokazać. Otóż czytanie jej
zwierzeń przez obcych, wrogo nastawionych chłopaków boleśniej ją zraniło
niż cała Łubianka z jej kratami i lochami. I u wielu innych ludzi te
prywatne uczucia i skłonności, którym aresztowanie zadaje cios, mogą się
okazać silniejsze niż lęk przed więzieniem albo względy polityczne.
Człowiek, nieprzygotowany wewnętrznie na gwałt, zawsze jest słabszy od
gwałciciela.
Nieliczni tylko mają tyle rozumu i śmiałości, aby się zorientować z punktu. Dyrektor Instytutu Geologicznego Akademii Nauk Griegoriew, gdy
przyszli po niego w 1948 roku, zabarykadował się i dwie godziny palił
papiery.
Czasami aresztowany czuje przede wszystkim ulgę i nawet... radość,
ale to zdarzało się głównie w okresie epidemii aresztowań; kiedy naokoło
zabierają, jednego po drugim, takich jak ty, a ciebie omijają, wciąż
jakoś zwlekają, to wyczerpuje, to dręczy człowieka - i nie tylko wątłego
duchem - gorzej od wszelkiego więzienia.
Organy rychło nie doliczyłyby się kupy agentów i środków transportu...
i wbrew najlepszym chęciom Stalina, przeklęta maszyna musiałaby się
zatrzymać! Zasłużyliśmy sobie po prostu na wszystko, co
później nastąpiło.
Wasilij Własow, nieustraszony komunista, którego tu nieraz jeszcze
wymienimy, odmówił ucieczki, jaką mu proponowali jego bezpartyjni
pomocnicy, a zadręczał się tym, że wyaresztowano już całe kierownictwo
kadyjskiego powiatu (1937), on zaś wciąż jeszcze jest wolny, wciąż
wolny.
Mógł wytrzymać tylko cios frontalny; cios nastąpił i Własow zaraz się
uspokoił, a przez kilka pierwszych dni w więzieniu czuł się doskonale.
Ojciec Iraklij Boczarow w 1934 roku wyjechał do Ałma Aty, żeby tam nieść
pociechę zesłanym wiernym. W tym czasie agenci trzykrotnie nachodzili
jego mieszkanie w Moskwie z nakazem aresztowania. Kiedy wrócił,
parafianki czekały już na dworcu z ostrzeżeniem. Osiem lat przerzucali
go wierni z jednej kryjówki do drugiej. To koczowanie tak zadręczyło
popa, że kiedy go nareszcie w 1942 roku aresztowano, zaczął z radości
głośno chwalić Pana.
W tym rozdziale wciąż mówimy o podstawowej masie, o królikach nie
wiadomo za co wsadzanych za kraty. Ale w tej książce będziemy musieli
jeszcze poruszyć sprawę tych, którzy także w naszym ustroju mogli być
uznani za politycznych. Wiera Rybakowa, studentka
socjaldemokratka, marzyła na wolności o więzieniu izolacyjnym w Suzdalu: jedynie tam mogła liczyć na spotkanie ze starszymi towarzyszami
(nikogo już nie było na swobodzie) i lepsze ugruntowanie swojego
światopoglądu. Eserka Katarzyna Olickaja w 1924 roku uważała się nawet
za niegodną siedzenia w więzieniu; przeszli przez nie przecież
najlepsi ludzie Rosji, ona zaś była wciąż młoda i nic jeszcze dla Rosji
nie zdążyła zrobić. Ale wolność także już jej nie wabiła. Tak też
obie one poszły do więzienia - z dumą i radością.
"A gdzie opór? Czemużeście się nie opierali?" - robią teraz wyrzuty
ofiarom ci, których zostawiono w spokoju.
A tak, sprzeciw powinien był zacząć się od razu, od samego aresztowania.
Ale się nie zaczął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki