Rozdział pierwszy "Trzymać się, cholera, jak najdalej od tej pieprzonej sprawy"
Richard Helms, Lyndon B. Johnson i Richard Nixon
W swojej tymczasowej kwaterze głównej, zlokalizowanej w apartamencie na 38. piętrze nowojorskiego hotelu Pierre, z panoramicznym widokiem na Central Park, Richard M. Nixon przygotowywał się do objęcia stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych. Był piątek, 15 listopada 1968 roku. Nixon przebywał w gronie najbliższych doradców, spotykał się z kandydatami na członków gabinetu, spiskował i zastanawiał się, jak by tu zgiąć kark waszyngtońskiego establishmentu. Prezydent elekt zachowywał się "niczym generał, który lada chwila obejmie okupacją nieprzyjacielskie miasto - pisał Thomas Powers - przynosząc ze sobą instynktowną niechęć i podejrzliwość wobec biurokracji federalnej [...], ponieważ w jego charakterze leżało poczucie wiecznego otoczenia przez wrogów, wichrzycieli i sabotażystów"13. Co dziwne, w oczach Nixona idealnym ucieleśnieniem waszyngtońskiej elity - owych wrogów, wichrzycieli i sabotażystów - był nie kto inny, jak właśnie człowiek, którego do siebie wezwał, czyli dyrektor CIA Richard Helms.
Trudno sobie wyobrazić partnerstwo skazane na większe niepowodzenie, relację silniej rozdartą intrygami i wzajemną podejrzliwością niż związki Helmsa i Nixona. Helms uosabiał CIA; dwa lata wcześniej Lyndon B. Johnson awansował go na szefa agencji. Nixon tymczasem nie przestawał kipieć złością na CIA z powodu roli, jaką odegrała w jego porażce wyborczej w roku 1960. Żywił przekonanie, że to wywiad podsunął JFK koncepcję "różnicy w potencjale atomowym" między Sowietami a Ameryką. Nixon nie zamierzał pozwolić, aby Helms o tej urazie zapomniał. Co gorsza, zdaniem prezydenta szef agencji należał do "kliki z Georgetown", ekskluzywnej koterii, która spędzała wieczory na sączeniu martini i nabijaniu się z prezydenta elekta. (Faktycznie, Helms bywał na salonach waszyngtońskiej socjety, ale jednocześnie nie zapominał podkreślać, że nigdy nie mieszkał w Georgetown).
Jeśli chodzi o maniery i sposób ubierania się, mężczyźni ci stanowili skrajne przeciwieństwo. Helms nosił garnitury marki Savile Row z poszetką, był zapalonym tenisistą i uwielbiał taniec towarzyski. (Urodził się z dziewięcioma palcami u stóp, więc w Londynie, gdzie mieszkał w latach 30. XX wieku, szyto mu specjalne buty). Nixon natomiast był człowiekiem niezgrabnym, społecznie upośledzonym i tak kompletnie zagubionym pod względem stroju, że na spacer po plaży wkładał najelegantsze trzewiki.
Gdy tylko Helms zjawił się w hotelu, został wprowadzony do apartamentu prezydenta. Tam powitali go sam Nixon oraz John Mitchell. Ten drugi, z obwisłym podbródkiem i nadwagą, wspólnik w kancelarii prawnej Nixona, a od niedawna także powiernik nowo wybranej głowy państwa, miał objąć tekę prokuratora generalnego - następnie zaś wylądować w więzieniu z powodu roli, jaką odegrał w aferze Watergate. Po wymianie wstępnych uprzejmości prezydent elekt oznajmił Helmsowi, że chce, aby ten został na stanowisku dyrektora CIA. Helms podziękował i wyszedł, obiecawszy nie wyjawiać nikomu tej propozycji, dopóki nie padnie ona publicznie. Miesiąc później, 18 grudnia 1968 roku, Richard Nixon ogłosił ponowne mianowanie Helmsa szefem Centralnej Agencji Wywiadowczej.
Nixon musiał mieć ku temu swoje powody. Prawdopodobnie uległ namowom LBJ, aby zatrzymać Helmsa jako człowieka uczciwego i bezstronnego. "Nie mam pojęcia, jak głosował w różnych wyborach, nigdy też nie pytałem go o poglądy polityczne - powiedział Johnson prezydentowi elektowi. - Wobec mnie zawsze był w porządku, jako dyrektor wykonywał solidną robotę. Polecam ci go"14. Niewątpliwie oprócz wiarygodności Helmsa w grę wchodziły też inne względy, rodzące się w owładniętym spiskową manią umyśle Nixona. Umyśle, którego dyrektor nigdy nie potrafił ogarnąć. "Nie mógł rozgryźć Nixona - wspominała wdowa po Helmsie, jego druga żona Cynthia Helms. - Po prostu nie umiał się domyślić, co ten Nixon knuje". A Nixon knuł, co można wywnioskować bez większego trudu, jak by tu wybrać takiego dyrektora CIA, którego dałoby się szantażować i tym sposobem zmusić go do realizacji własnej woli.
Z pewnością każdy, kto w świecie wywiadu obracał się tak długo jak Helms, musiał mieć coś do ukrycia, wykazywać się umiejętnością lawirowania albo posiadać miękkie podbrzusze. "Ochroniliśmy Helmsa przed mnóstwem cholernie trudnych kwestii"15, mówił Nixon na nagraniach z Białego Domu, które wyszły później na jaw. Wynikało z nich, jakoby utrzymywał on w tajemnicy przed opinią publiczną kompromitujące informacje, że Helms był mu coś winien, i właśnie w ten sposób prezydent ów dług odebrał. Czy Nixon i jego poplecznicy dysponowali jakimiś materiałami na Helmsa, jakimś sekretem, który zmusił go do ubrudzenia sobie rąk w aferze Watergate? Od odpowiedzi na to pytanie zależała cała prezydentura Nixona.
Richard Helms nie zawsze chciał być szpiegiem. Urodzony w Main Line, na przedmieściu Filadelfii, najpierw uczył się w szkole z internatem w Szwajcarii, a potem studiował w Williams College. W roku 1936, jako 23-letni dziennikarz agencji United Press przyzwoicie posługujący się francuskim i niemieckim, wylądował na zjeździe partii nazistowskiej w Norymberdze, gdzie stał obok samego Adolfa Hitlera. "Z bezpośredniej odległości Hitler sprawia wrażenie niższego i mniej imponującego - pisał Helms w depeszy dla UP. - Ma gęste, ciemnobrązowe włosy, z przodu nieco zaniedbane, na ciemieniu lekko siwiejące, błękitne oczy, szorstką skórę o różowawym odcieniu"16. Demagogiczny narcyzm Hitlera bulwersował Helmsa. Spodobał mu się natomiast spokojny i skromny gwiazdor bieżni, Amerykanin Jesse Owens, którego poznał w trakcie rejsu przez Atlantyk na statku Queen Mary, już po zwycięstwie sportowca na igrzyskach olimpijskich.
Po ataku na Pearl Harbor Helms wstąpił do Sił Rezerwowych Marynarki Wojennej. Dwa lata przed klęską nazistów powołano go do Biura Służb Strategicznych (OSS) w Waszyngtonie. Ówczesny wywiad, prekursor CIA, potrzebował osoby mówiącej po francusku i niemiecku, która mieszkała kiedyś w Europie i pracowała tam jako dziennikarz.
OSS zostało stworzone przez Williama "Dzikiego Billa" Donovana, człowieka pełnego werwy, który stanął na czele eklektycznej grupy złożonej z intelektualistów, żądnych przygód bojówkarzy, szpiegów tudzież sabotażystów. Działali oni na tyłach wroga, czyli nazistów, dowodzeni z centrali w Londynie. Helmsa najpierw skierowano do stanu Maryland na szkolenie (walka nożem, walka wręcz, maskowanie się), a potem wysłano do stolicy Anglii. Tam zgłosił się do rozczochranego porucznika marynarki wojennej, niejakiego Williama J. Caseya, odpowiedzialnego za rekrutację do służb wywiadowczych w Europie.
Nerwowy, niezmordowany i genialny Casey, który po latach miał zostać mianowany przez Ronalda Reagana dyrektorem CIA, był równie nieokrzesany, jak Helms ułożony; w trakcie posiłków wpadał w taką ekscytację, a jego maniery przy stole pozostawiały tak wiele do życzenia, że często nieświadomie żuł własny krawat. Dwaj młodzi adepci OSS zamieszkali w jednym pokoju, skąd rozsyłali szpiegów po okupowanej Europie aż do poddania się Niemców.
W roku 1943 Helms zdążył już porzucić dziennikarskie ambicje (kiedyś chciał mieć własną gazetę) na rzecz kariery w wywiadzie. "Zdałem sobie wtedy sprawę, że jestem uzależniony od szpiegostwa", zanotował po latach w pamiętniku zatytułowanym A Look over My Shoulder. Wyczuwał, iż OSS albo agencja do niego podobna okaże się niezbędna także po wojnie: "Potrzeba skutecznej służby wywiadowczej w niespokojnym i wcale nie łagodnym okresie po zakończeniu konfliktu światowego zdawała się rzeczą oczywistą"17. Ale Helms nie pożegnał się jeszcze z Hitlerem. Po zakończeniu wojny, gdy Trzecia Rzesza leżała w gruzach, podczas misji rozpoznawczej w Berlinie skorzystał z okazji i zakradł się do kancelarii Führera. Tam poczęstował się kilkoma sztukami zastawy stołowej, które cudem ocalały - a także osobistymi kartkami okolicznościowymi Hitlera. Na jednej z nich Amerykanin napisał liścik do kilkuletniego syna w Wirginii:
Kochany Dennisie,
człowiek, do którego należała ta kartka, panował kiedyś nad Europą - zaledwie trzy lata temu, kiedy się urodziłeś. Dziś jest martwy, potępiony, a jego kraj leży w gruzach. Wykazywał żądzę władzy, pogardę dla jednostki i strach przed intelektualną uczciwością. Pełnił na tym świecie służbę u diabła. Jego śmierć, jego klęska - to dobrodziejstwo dla ludzkości. By tak się stało, zginęły tysiące. Cena za usunięcie zła ze społeczeństwa zawsze jest wysoka.
Z miłością
Tata18
W tamtym okresie zarówno Helms, jak i Casey koncentrowali się na nowym słudze zła, którego uważali za zagrożenie nie mniejsze od Trzeciej Rzeszy. Zmagania z sowieckim komunizmem, które rozpoczęły się w Europie Wschodniej i rozciągnęły na cały świat, miały wpływać na wybory moralne dokonywane także później, kiedy pracowali i zarządzali CIA. Obaj sądzili, że etycznej strony stosowanych metod nie należy postrzegać bez kontekstu, jakim była cała działalność przeciwnika, czyli KGB (Helms nie lubił klasycznej powieści Johna le Carrégo Ze śmiertelnego zimna, z jej półcieniami, kompromisami i cynicznym, zmęczonym życiem głównym bohaterem). Świat przyszłego dyrektora CIA był czarno-biały: szpiedzy z jego agencji to ludzie honoru, którzy walczą ze złem.
Właśnie podczas pobytu w Londynie Casey powiedział Helmsowi o pomyśle Billa Donovana, aby utworzyć służbę wywiadowczą czasów pokoju, która powstałaby na pozostałościach OSS. Biuro rozwiązano w roku 1945, a potem bez większego zaangażowania próbowano ożywiać jego kolejne wersje - Strategic Services Unit (SSU), Office of Special Operations (OSO) oraz Central Intelligence Group (CIG). Centralna Agencja Wywiadowcza narodziła się dopiero w roku 1947, na podstawie ustawy o bezpieczeństwie narodowym (National Security Act) prezydenta Harry'ego Trumana.
Pierwszy dyrektor Wywiadu Centralnego (DCI) został jednak mianowany dwa lata wcześniej. Tytuł pioniera służby przypadł kontradmirałowi Sidneyowi Souersowi; na cześć tej nominacji Truman wydał uroczysty obiad, na którym każdemu gościowi wręczył czarną pelerynę, czarny kapelusz i drewniany sztylet. Souers był też pierwszym z czterech zapomnianych, przeciętnych dyrektorów CIA, których ściągnięto ze struktur wojskowych. Szybko po nim sukcesję objęli: generał broni Hoyt Vandenberg, admirał marynarki wojennej Roscoe Hillenkoetter oraz generał Walter Bedell Smith. Dopiero w lutym 1953 roku Eisenhower mianował pierwszego cywilnego szefa CIA, Allena Dullesa.
W ciągu następnych ośmiu lat, w sojuszu ze swoim wpływowym bratem, sekretarzem stanu Johnem Fosterem Dullesem, Allen przekształcił CIA w potężne narzędzie, młot na komunizm; agencja obaliła rządy w Iranie i Gwatemali, służyła też Ike'owi za tajną armię w zimnowojennych zmaganiach.
Helms, obecny przy narodzinach agencji, miał znajdować się w jej jądrze przez trzy kolejne dekady, wtajemniczony we wszelkie sekrety, obserwujący jej triumfy i klęski. W tamtym okresie CIA zasadniczo robiła, co chciała, a Kongres wolał odwracać wzrok. Gdy nadchodził moment uchwalenia nowego budżetu dla agencji, dyrektor składał wizytę senatorowi Richardowi Russellowi, przewodniczącemu Komisji Kontroli Budżetowej. Pewien doświadczony oficer operacyjny wspominał: "Russell pytał: "Ile potrzebujecie?", a on [dyrektor] odpowiadał: "No cóż, kwoty zapisałem tutaj". Russell na to: "Dobra, a może taka kwota?". I to było wszystko". Przyjmowano wtedy, że szpiedzy to osoby tajemnicze, które kryją się w mroku, działają w cieniu. Wkrótce wszystko to miało się zmienić.
Niewielu lepiej od Helmsa potrafiło poruszać się po korytarzach władzy w Waszyngtonie. "Jak żadna ze znanych mi osób umiał działać na poziomie politycznym, odważnie i umiejętnie", mówił emerytowany analityk CIA Charles Allen. Człowiek ten, legenda agencji, który wstąpił do służby w 1958 roku, został później oficerem Wywiadu Wewnętrznego (NIO) ds. Wczesnego Ostrzegania, a następnie wicedyrektorem ds. rekrutacji (ADCI). (W tym miejscu należałoby uściślić część stosowanej w CIA terminologii: "agent" lub "atut" to z definicji cudzoziemiec, którego pozyskano na szpiega za granicą, natomiast pracowników agencji określa się mianem "oficerów". Ci z kolei dzielą się na "operacyjnych" i "analityków", w zależności od przydziału). Allen nie znał nikogo, kto miałby lepiej od Helmsa wyrobiony instynkt samozachowawczy. Gdy Helms nabierał doświadczenia w Dyrekcji Planowania (DP), jak nazywano wówczas wydział operacji specjalnych, na jego biurko trafiały informacje o najbardziej tajnych misjach, sam jednak nigdy nie został obarczony winą za te, które poniosły fiasko. Umiejętność unikania odpowiedzialności za nieudane operacje zapewniła mu przydomek "Teflonowego Ryśka" (Ducky Dickie); jako dobry oficer operacyjny Helms rzadko pozostawiał po sobie odciski palców.
Akcja, która zakończyła się porażką CIA, znana też jako inwazja w Zatoce Świń, to klasyczny przykład sytuacji, z której Helms potrafił się wyłgać, choć przecież mogłaby ona przekreślić całą jego karierę. Pomógł mu w tym szczęśliwy zbieg okoliczności. W roku 1958 Helms był kandydatem numer jeden na stanowisko zastępcy szefa Dyrekcji Planowania (DDP), tajnej ekspozytury CIA przemianowanej później na Dyrekcję Operacyjną (DO). Niestety dyrektor Allen Dulles wolał wybrać na to miejsce Richarda Bissella. Bissell, genialny technokrata, kierował przełomowymi pracami badawczo-rozwojowymi nad samolotem szpiegowskim U-2. Jego awans stanowił dla Helmsa potworny cios, wkrótce jednak miał się okazać szczęściem w nieszczęściu - ponieważ to Bissellowi, jako dyrektorowi DP, przypadło w udziale zaplanowanie niesławnej inwazji, która stała się największą w dziejach katastrofą CIA. Wyczuwając, że rzecz zakończy się fiaskiem, Helms - zamiast ostrzegać przed operacją - robił wszystko, by nie brać w niej udziału. Zawiązała się nawet pula biurowych zakładów: kiedy wreszcie Helms wybierze się na spotkanie dotyczące inwazji na Kubę? Nigdy do tego nie doszło.
Helms starał się nie wychylać, zachowywać dyskretnie. Jeździł staromodnymi czarnymi samochodami, które nie rzucały się w oczy. O sposobie jego zarobkowania nie wiedział nawet jego syn. "Nie było większego mistrza w unikaniu odpowiedzi na pytania niż mój ojciec - wspomina Dennis Helms, w chwili pisania książki 77-letni rzecznik patentowy w Princeton w stanie New Jersey. - Gdy ktoś go pytał, która godzina, opowiadał o pogodzie. Hołdował zasadzie, zgodnie z którą nie mówiąc nic, nie powie się niczego niewłaściwego". Opowieści o lakoniczności Helmsa jest całe mnóstwo. Jego druga żona, Cynthia, pamięta, jak w przeddzień ślubu w 1968 roku zadzwoniła do niej Alice Acheson, małżonka byłego sekretarza stanu Deana Achesona. "Powiedziała: "Ani się waż za niego wychodzić!". "Dlaczego?", zapytałam. Odparła: "Przecież on się w ogóle nie odzywa!"".
Mimo tej przypadłości Helms przemieszczał się bez najmniejszego trudu od znanych lokali gastronomicznych przez różne ambasady po salony dam z najlepszego towarzystwa, takich jak Katharine Graham, wydawczyni "Washington Post". "Był niczym prawdziwy James Bond - mówił Robert Gates, młody analityk CIA, który po latach został dyrektorem agencji. - W tamtych czasach ludzie ciągle palili papierosy. On również palił i popijał martini; grzeczny, ujmujący, nie pozostawiał wątpliwości, że jest w tym mieście głównym rozgrywającym". Helms puszczał z dymem dwie paczki chesterfieldów dziennie, ale jeśli chodzi o drinki, to ograniczał się do jednego bardzo wytrawnego martini. Kiedy ów arcyszpieg pojawiał się w jakimś salonie, gromadzili się wokół niego waszyngtońscy dziennikarze, wśród nich James "Scotty" Reston z "New York Timesa" i felietonista Stewart Alsop, również popijający martini. "Biegaj za Ryśkiem"19, powiedział pewien redaktor "New York Timesa" znanemu dziennikarzowi śledczemu tej gazety, Seymourowi Hershowi (ku jego konsternacji). Helms jednak rzadko pozostawał na imprezach dłużej. "Świetnie wiedział, gdzie w każdej ambasadzie w Waszyngtonie znajduje się wyjście", wspominała Cynthia.
W swym skromnym podmiejskim domu w Chevy Chase w stanie Maryland Helms urządzał własne przyjęcia, synkretyczne zgromadzenia złożone ze szpiegów, z profesorów, żurnalistów i dyplomatów (raczej nie polityków). "Przychodzili w sylwestra, dużo starszych facetów w czarnych krawatach, i bawili się w szarady - relacjonuje Dennis, mając na myśli grę salonową, w której jedna drużyna musi odgrywać powszechnie znane powiedzonka, a przeciwnicy muszą je odgadywać. - Koledzy taty byli całkiem niegłupim stadkiem: dwóch rektorów Williams College, wiele osób po Yale".
Regularnym gościem na wspomnianych przyjęciach bywał człowiek legenda CIA, szczupły, kanciasty okularnik, absolwent Yale o szelmowskim uśmiechu i zagadkowym sposobie bycia. Nałogowy palacz, hodował rzadkie gatunki orchidei, projektował też wyrafinowane muchy wędkarskie. Na uniwersytecie wydawał magazyn literacki i przyjaźnił się z poetą Ezrą Poundem. Fraza, którą wybrał do szarady - według wspomnień Dennisa - pochodziła z utworu T.S. Eliota: "Czosnek i szafiry w błocie, oblepiają oś ugrzęzłą"20. "Nie muszę dodawać, że tej zagadki nikt nie odgadł, więc moja matka zakrzyknęła: "Czas minął!"". Człowiekiem wykluczonym przez nią z kolejnych rebusów był szef kontrwywiadu CIA, James Jesus Angleton.
W latach powojennych Angleton przyprawiał nie tylko Helmsa, ale też całą agencję o nieustanny ból głowy. Jednak bezpośrednio po fiasku inwazji w Zatoce Świń Helms miał inne, pilniejsze problemy: za tę klęskę dyrektor agencji Allen Dulles został przez Kennedy'ego zwolniony z funkcji (w jego miejsce prezydent wyznaczył Johna McCone'a), podobnie zresztą jak Bissell. Awantura trwała jednak dalej, ponieważ rozwścieczony prokurator generalny Bobby Kennedy pragnął zemsty za upokorzenie głowy państwa z winy generalicji i szpiegów. "Po Zatoce Świń Bobby'ego Kennedy'ego ogarnęła obsesja na tle zabicia Castro, co oznaczało, że obsesji tej uległ również Jack Kennedy", mówił Burton Gerber, oficer operacyjny, który służył na Bliskim Wschodzie i w Rosji. Helms i jego współpracownicy otrzymali polecenie, aby jak najszybciej pozbyć się Fidela - właściwie od razu, przy użyciu wszelkich niezbędnych środków.
Rozkaz ten wcale nie był nowy. Skrytobójcze plany CIA przeciwko Castro istniały już za kadencji Dwighta Eisenhowera. Ich opracowanie powierzono mało znanemu wydziałowi ochrony CIA, który realizował ściśle tajne operacje i na którego czele stała barwna postać Williama Harveya. Harvey, pulchny były agent FBI, skłócony z dyrektorem J. Edgarem Hooverem, odznaczał się uporem i determinacją, rzadko też pozwalał, aby jakieś zasady przeszkadzały mu w realizacji misji. Stale nosił za paskiem naładowany pistolet. Wysłany do Niemiec, przeprowadził tam ambitną tajną akcję: jego ludzie wykopali pod murem berlińskim tunel i dobrali się do sowieckich kabli. Niestety całe przedsięwzięcie upadło z powodu rosyjskiego kreta w strukturach CIA. Pewnego dnia Harveya zaproszono do Gabinetu Owalnego na spotkanie z Johnem Kennedym, który uwielbiał tandetne powieści szpiegowskie. "Podobno jest pan najbliższy postaci Jamesa Bonda wśród naszych ludzi"21, zażartował prezydent.
Ale Helms tak nie uważał. Jeśli ktoś podzielał ów pogląd, to "albo nigdy nie czytał książek Iana Fleminga, albo nie widział filmu z Bondem lub samego Harveya [...], który nigdy nie wygrał batalii z własnym brzuchem". Ponadto Harvey był "celowo nadmiernie szczery i otwarty, które to cechy - w połączeniu ze skłonnością do picia - miały stać się w końcu najbardziej dlań charakterystyczne"22. Właśnie tego uzbrojonego, gwałtownego gadułę-alkoholika CIA wybrała, aby dokonał zabójstwa przywódcy innego kraju. Czy coś mogło pójść nie tak?
Harvey sięgnął po niezwykle kreatywny pomysł: uznał, że warto wykorzystać ludzi, którzy mordowaniem zarabiają na życie - na przykład szefa mafii Sama Giancanę i jego prawą rękę Johnny'ego Rosellego (kochanka Giancany, Judith Exner, miała romans z JFK, choć prawdopodobnie Harvey o tym nie wiedział). Czy mafiosi byliby zainteresowani współpracą z CIA w celu obalenia Fidela Castro? W operacji ZR/RIFLE, jak nazwano projekt Harveya, planowano użycie wszelkiego typu gadżetów, nawet tych najdziwniejszych: zatrutych cygar, zabójczego sprzętu do nurkowania czy eksplodujących muszli morskich (większość z nich nigdy nie wyszła poza laboratoria CIA). Rosellemu udało się przemycić do Hawany słój z zatrutymi tabletkami, ostatecznie jednak ZR/RIFLE okazała się farsą, czymś w rodzaju wspólnego filmu Petera Sellersa i grupy Monty Python: żaden wyznaczony zabójca nawet się do Fidela nie zbliżył.
Helms utrzymywał, że o operacji ZR/RIFLE dowiedział się dopiero w 1962 roku, kiedy zastąpił Bissella na stanowisku DDP, wcześniej zaś nie miał o niej pojęcia. "Gdy zajrzałem w akta, kazałem Billowi Harveyowi - który całkowicie się ze mną zgodził - sprawę zamknąć"23, zapisał później. Dowody wskazują jednak, iż Helms zaaprobował projekt Harveya i utrzymywał go w tajemnicy przed tymi, którzy nie musieli wiedzieć. W ten sposób postępowano ze wszystkimi skrytobójczymi atakami we wczesnym okresie działalności agencji; prezydenci - a nawet dyrektorzy CIA - zapewniali sobie możliwość wiarygodnego zaprzeczania faktom. Helms najwyraźniej utrzymywał swojego szefa, dyrektora Johna McCone'a, poza kręgiem wtajemniczonych. McCone, żarliwy katolik, dowiedziawszy się po latach o spisku na Castro, wyraził zbulwersowanie.
"Nie ma łatwych rozstrzygnięć, jeśli chodzi o kwestię skrytobójstwa - pisał Helms. - Rzecz jasna, gdyby Hitlera załatwiono od razu, uniknęlibyśmy morza cierpień [...]. Jednakże w czasach pokoju mordowanie osób sprawiających problemy jest moralnie i operacyjnie nieuzasadnione"24. Mimo oddalenia mafijnych płatnych zabójców presja wywierana na Helmsa, aby "pozbyć się Castro", jeszcze się wzmogła. Bobby Kennedy był bezwzględny. "[Robert] Kennedy tak bardzo chciał likwidacji Castro, że przysparzał ogromnych kłopotów - wspominała Cynthia Helms, która wiele lat później nasłuchała się sporo na ten temat od męża. - Robert Kennedy nie pracował w agencji, ale miał na jej punkcie obsesję. Dick mówił: "Może nie widać blizn po cięgach na moich plecach, ale one tam są"".
Bobby Kennedy nie przestawał wysuwać żądań wobec CIA, aby ta zabiła Fidela. Helms posłusznie kiwał głową, a potem robił, co do niego należało, to znaczy próbował obalić rząd kubański innymi metodami. Nie był to pierwszy ani ostatni raz, kiedy w obliczu niezgodnego z prawem rozkazu wolał udawać, że go realizuje, w rzeczywistości zwlekając. "Ilekroć władze życzyły sobie inwazji na Kubę albo eliminacji Castro, on przyjmował postawę typu: "O Boże!"", mówi Thomas Powers, autor biografii Helmsa zatytułowanej The Man Who Kept the Secrets. "Bardzo się temu wszystkiemu sprzeciwiał - dodaje Cynthia, mając na myśli spiski wymierzone w Fidela. - Któregoś dnia powiedział mi: "Nigdy nie zamierzałem realizować tego rozkazu. My nigdy nie zamierzaliśmy go realizować". Ale właśnie dlatego tamci zmienili jego życie w koszmar".
Operacja ZR/RIFLE stanowiła element innej akcji, zwanej operacją Mangusta (termin ukuty przez prezydenckiego asystenta Richarda Goodwina). Jej celem było obalenie Castro - w drodze sabotażu, działań propagandowych i prób wzniecenia narodowego powstania. Realizowało ją 600 etatowych pracowników CIA oraz 500 kontraktowych, a także najlepsi eksperci od tłumienia rewolt: generał Maxwell Taylor i Edward Lansdale. "Ci faceci oczarowali braci Kennedych - mówił Frank Wisner junior, syn i imiennik legendarnego kolegi Helmsa z CIA. - Udawali Zielone Berety, Johna Wayne'a z jego tekstem: "Poślijcie tam paru dobrych chłopaków". W tle gra muzyka, tubylcy wychodzą na ulice i załatwiają znienawidzonych komunistów". W oczach Helmsa był to przede wszystkim show; wiedział, że cała inicjatywa spełznie na niczym. Operacja Mangusta umocniła w nim sceptyczne nastawienie wobec prezydentów (i prokuratorów generalnych), którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym, co CIA może zrobić.
Potwierdziły się też poglądy Helmsa, zgodnie z którymi każda tajna akcja była w istocie niebezpieczną grą hazardową. I nie chodziło wyłącznie o "zasłużoną klęskę" w Zatoce Świń. Zdaniem Helmsa nawet udane zamachy stanu (z inspiracji CIA) w Iranie i Gwatemali - pod kryptonimami odpowiednio: AJAX i PBSUCCESS - powiodły się tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Uważał je za rzecz wyjątkową, możliwą jedynie w idealnych warunkach, gdy wszystko przebiega zgodnie z planem. "Większość najlepszych znanych mi oficerów od tajnych zadań wyznawała identyczny pogląd - mówił Bob Gates. - Nie wiem, czy jakieś kariery zostały przetrącone z powodu błędów szpiegowskich, ale jeśli chodzi o operacje niejawne, takich zniszczonych karier było wiele". Operacje niejawne, pisał Helms, nie powinny być "traktowane jako instrument wszechstronnego użytku, coś w rodzaju piły łańcuchowej. Należy je stosować tak, jak stosuje się niezwykle ostry skalpel, po mistrzowsku, niezbyt często, dyskretnie, aby ostrze się nie stępiło"25.
W roku 1962 CIA zmierzyła się ze swoim największym i ostatecznym wyzwaniem: próbą zapobieżenia armagedonowi. Nowy dyrektor agencji, John McCone, był zdaniem Helmsa "odpowiednim człowiekiem"26 do zastąpienia Dullesa. Ten bogaty konserwatysta, wcześniej przewodniczący Komisji Energii Atomowej, odznaczał się inteligencją i agresywnym usposobieniem, nie wahając się udzielać prezydentowi niekoniecznie przyjemnych rad. A pod koniec lata JFK bardzo ich potrzebował. Na Kubie działo się coś dziwnego: w tamtejszych portach cumowało osiem sowieckich okrętów, na wyspie przebywały tysiące rosyjskich specjalistów wojskowych, a samolot szpiegowski CIA U-2 wykrył plac budowy, gdzie Sowieci umieścili dwa pociski rakietowe typu ziemia-powietrze (SAM).
Establishment realizujący politykę zagraniczną był jednomyślny: sekretarz generalny KPZS Nikita Chruszczow nie ryzykowałby instalowania ofensywnej broni jądrowej tak blisko Florydy. Ruch ten byłby pochopny i prowokacyjny, mógłby wywołać III wojnę światową. I tylko jedyny w całej administracji McCone żywił przekonanie, że Sowietom właśnie o to chodzi. Naciskał w tej sprawie na prezydenta nawet podczas miesiąca miodowego ze swoją drugą żoną, który spędzał na południu Francji. Fotografie dostarczone przez U-2 wykazały, że McCone się nie pomylił, że miał nosa. I ostatecznie to on - dzięki relacjom naocznych świadków z wyspy oraz wykradzionym rosyjskim instrukcjom obsługi rakiet międzykontynentalnych (dostarczonych przez dezertera Olega Pieńkowskiego) - przekonał Kennedy'ego do zagrania z Chruszczowem w otwarte karty. W ten sposób CIA przyczyniła się do zapobieżenia wojnie nuklearnej.
W dniu 22 listopada 1963 roku Helms i McCone jedli lunch w niewielkim pomieszczeniu tuż obok gabinetu dyrektora, gdy nagle drzwi się otworzyły i do środka wpadł jeden z pracowników z wiadomością, że w Dallas zastrzelono prezydenta Kennedy'ego. McCone złapał kapelusz i wybiegł, aby spotkać się z Bobbym Kennedym w jego domu w pobliskim Hickory Hill w stanie Wirginia. Helms poszedł zaś do swojego biura pilnować spraw na miejscu.
Napisał później: "Nie widzę żadnych powodów, choćby najbardziej naciąganych czy opartych na wyobraźni, które by w jakikolwiek sposób zmieniały moje przekonanie, że Lee Harvey Oswald zamordował Kennedy'ego bez udziału innych spiskowców"27. Autor tych słów nie był szczery - w rzeczywistości żywił ogromną obawę, iż Oswald wykonał na prezydencie wyrok z nadania obcych sił.
Przecież bracia Kennedy z całych sił starali się zlikwidować Fidela Castro; czyżby ich uprzedził? "Dick sądził... i chyba wcale nie przesadzam - mówiła Cynthia - że Robert Kennedy miał po śmierci brata wyrzuty sumienia, ponieważ brał udział w spiskach nastających na życie kubańskiego przywódcy. Bobby do końca nie wiedział [...], nigdy się właściwie nie dowiedział, jak ta sprawa była wtedy rozgrywana". Poczucie winy u Bobby'ego Kennedy'ego w związku z zamachami na Castro mogłoby wyjaśniać, dlaczego pierwsze pytanie, jakie zadał McCone'owi w Hickory Hill, brzmiało: czy w zabójstwo JFK jest zamieszany Fidel? McCone odpowiedział, że CIA nie dysponuje na to żadnymi dowodami.
Helms odrzucał koncepcję spisku uknutego przez Kubańczyków z wykorzystaniem Oswalda jako wytwór chorej wyobraźni, zwykłe hasło foliarzy. Rzecz przedstawiała się natomiast zupełnie inaczej, jeśli chodzi o Rosję. "Znacznie rozsądniej będzie przyjąć, że Oswalda przysłali Rosjanie"28, powiedział Helms pewnemu historykowi z CIA, nie rozwinął jednak tematu. Wydaje się, że bardzo niepokoił go możliwy udział Moskwy w zamachu.
Na początku lat 90. XX wieku Helms zaprosił na kolację (jego dom znajdował się w północno-wschodniej dzielnicy Waszyngtonu) emerytowanego szefa KGB Wadima Bakatina. "Moim zadaniem było zajmowanie się jego żoną", wspominała Cynthia. Gdy kobiety rozmawiały, Helms zabrał rosyjskiego arcyszpiega do gabinetu. "Dick chciał sprawdzić pewne rzeczy, nie mam co do tego wątpliwości - ciągnęła Cynthia, która starała się podsłuchać ich rozmowę. - Poruszył kilka tematów, na wyjaśnieniu których naprawdę mu zależało. Na przykład temat Algera Hissa. I otrzymał potwierdzenie". Bakatin przyznał, że Hiss, eksgwiazda Departamentu Stanu, szpiegował dla sowieckiego GRU. "Kolejną zagadkę [...] stanowił Oswald". Niestety nie wiadomo, co były szef KGB powiedział Helmsowi o relacji Sowietów z tym człowiekiem. Sam zainteresowany nigdy o owym spotkaniu nie pisał ani o nim nie wspominał.
Podejrzenie, że Oswald był narzędziem w ręku Rosjan, poskutkowało głęboką, dziesięcioletnią rozprawą wewnętrzną w CIA, gorzkimi rozliczeniami, które nieomal sparaliżowały agencję i zniweczyły wiele dobrze zapowiadających się karier. Odpowiedzialność za ten dramat ponosił tajemniczy szef kontrwywiadu, James Angleton. W książce Wilderness of Mirrors David Martin opisuje panującą wówczas atmosferę: "Angleton. Samo nazwisko sugerowało, że kryje się w nim gmatwanina spisków. Sylwetkę miał zgarbioną, przechyloną na jedną stronę; świadczyła ona nie tylko o deformacji ciała - jakby spaczonego machinacjami - lecz także o skłonności do knucia, ponieważ zdawał się stale nadstawiać ucha ku szeptanym sekretom"29.
Angleton miał gabinet na pierwszym piętrze kwatery głównej CIA, gdzie przesiadywał za biurkiem, spowity dymem papierosowym. Żaluzje pozostawały zasłonięte, pokój oświetlał tylko nikły blask zielonej lampy biurowej. Kiedyś wielka gwiazda agencji, po latach służby Angleton miał się stać kimś w rodzaju Gwiazdy Śmierci - wciągał ludzi w orbitę swego oddziaływania i niszczył im kariery. A Helms, zaślepiony podziwem i lojalnością, przeżywał rozterki, nie bardzo wiedząc, jak sobie z nim radzić.
Kłopoty zaczęły się wraz z dezercją rosyjskiego majora nazwiskiem Anatolij Golicyn. 15 grudnia 1961 roku pracujący w ambasadzie sowieckiej w Helsinkach Golicyn wybrał Stany Zjednoczone i zorganizował dramatyczną eskapadę: w towarzystwie żony i córki przejechał pociągiem granicę fińsko-szwedzką. Stamtąd poleciał do Ameryki, gdzie już czekali Angleton i jego koledzy z kontrwywiadu (CI).
Golicyn powiedział Angletonowi, że CIA została spenetrowana przez rosyjskich szpiegów, i to na najwyższym szczeblu. Zasugerował, aby szukać oficerów, w których nazwisku znajduje się litera "k". Co gorsza, sowieccy dezerterzy tak naprawdę byli wtyczkami KGB, końmi trojańskimi, które miały siać na Zachodzie dezinformację; stanowiło to element wyrafinowanego, diabolicznego planu sowieckiej kampanii zwodzenia. Angleton nie zignorował ostrzeżeń Golicyna, wprowadził je nawet do Planu Generalnego. Odtąd traktował każdego dezertera, a także wielu oficerów CIA, jako osoby podejrzane o szpiegostwo na rzecz Sowietów, dopóki nie udowodnili swej niewinności.
"Nazywaliśmy to spaczonym myśleniem", mówił Gerber, weteran służby operacyjnej, którego przyjaźń z Helmsem została narażona na szwank przez działania Angletona. Konspiracyjne koncepcje szefa jego krytycy w CIA nazywali Spiskiem Monstrualnym. Z zawiłą logiką kierownika kontrwywiadu nie dawało się spierać, uważał Gerber. "Ja stwierdzałem: "Mamy tutaj to i to, moje zdanie na ten temat jest takie i takie", a on odpowiadał: "Dobra, rozumiem, że tak mówisz na podstawie tego, co wiesz, ale gdybyś tylko miał tę wiedzę, co ja!". Moja reakcja: "W takim razie podziel się nią ze mną". On: "No cóż, nie mogę". Nabrałem przekonania, że zmienił się w Czarnoksiężnika z Oz, że teraz wszystko skrywa się za zasłoną".
Jednak zakwestionowanie autorytetu Angletona po prostu nie wchodziło w grę. Autorytet i władzę wykorzystał on do zainicjowania kampanii przeciwko jednemu z najcenniejszych informatorów CIA, sowieckiemu dezerterowi nazwiskiem Jurij Nosenko. Po zabójstwie Kennedy'ego Nosenko, podpułkownik KGB, ciągle jeszcze pracujący dla Rosjan, podczas urlopu w Genewie spotykał się potajemnie z oficerami prowadzącymi z CIA - zapewniał ich, że Sowieci nie mieli z Oswaldem nic wspólnego. Angleton nie wierzył ani jednemu słowu Nosenki, upierał się, że kłamie i jest wtyczką KGB. Czyż Golicyn nie ostrzegał go przed takimi ludźmi?
Po ucieczce do Stanów Zjednoczonych Nosenko został na osobiste polecenie Angletona umieszczony w izolatce - przez prawie dwa lata zamęczano go ostrymi przesłuchaniami. Podejrzenia szefa kontrwywiadu nigdy się nie potwierdziły i w końcu Nosenkę przeniesiono do innego rejonu kraju. Ale był to dopiero początek paranoicznych rządów Angletona: z powodu bezpodstawnych oskarżeń dotyczących szpiegowania na rzecz Rosji pracę straciło kilkunastu oficerów CIA - brutalnie uśmiercił ich kariery. "Nie ulega wątpliwości, że zniszczył życie wielu ludziom z agencji - mówi o Angletonie Richard Kerr, długoletni analityk, który ostatecznie został wicedyrektorem CIA. - Podejrzliwość wobec wszystkiego i wszystkich była niczym choroba, niczym infekcja".
Gdy agencja pozostawała owładnięta ową Angletonowską infekcją, Helms, wówczas DDP, nie tylko nie miał ochoty stopować starego kumpla, lecz wręcz trzymał jego stronę. "To była kwestia lojalności - twierdził Burton Gerber, współczesny Helmsowi ekspert od spraw rosyjskich. - Te starsze chłopaki dobrze się znały. W jego pamiętnikach widać, że kiedy pisze o Angletonie, nie czuje się z tym zbytnio w porządku". Każdy wywiad, głosił Helms, "funkcjonuje tylko tak dobrze, jak jego kontrwywiadowczy składnik"30. A najlepszym oficerem kontrwywiadu CIA był przecież Angleton. Żona Helmsa, Cynthia, pamięta ważną rozmowę poświęconą ich dziwnemu, specyficznemu znajomemu: "Któregoś dnia Dick kazał mi najpierw usiąść, nieczęsto to robił, i dopiero potem oznajmił: "Musisz coś zrozumieć. Będziesz broniła mojej postawy względem Angletona, więc powinnaś wiedzieć, że podjąłem taką, a nie inną decyzję, ponieważ obecność Angletona gwarantowała brak wszelkich kretów. A to było dla mnie najważniejsze"".
Bez wątpienia Angleton miał wyczucie co do obcych agentów w strukturach CIA i umiał prowadzić kontrwywiad. Jedyny problem polegał na tym, że niemalże ironicznym zrządzeniem losu sam został wyprowadzony w pole przez najsławniejszego rosyjskiego kreta wszech czasów.
Harold Adrian Russell Philby, znany też jako Kim, był wschodzącą gwiazdą brytyjskiego wywiadu MI6, elokwentnym bon vivantem, który w zdumiewający sposób przeniknął do samego jądra amerykańskich służb. Philby poznał Angletona w Bletchley Park w Anglii, brytyjskiej centrali łamania szyfrów w czasie wojny, potem zaś natknął się nań w Rzymie. Jako brytyjski łącznik z CIA i FBI w Waszyngtonie ów szpieg Zjednoczonego Królestwa nawiązał bliską, podlewaną alkoholem przyjaźń z szefem amerykańskiego kontrwywiadu, pielęgnowaną zwłaszcza na zakrapianych lunchach. Angleton często latał ze swoją żoną Cicely do Londynu, gdzie niańczyli dzieci Philby'ego, kiedy ten włóczył się po Europie.
Przez cały czas Anglik działał jako sowiecki szpieg, pozyskany jeszcze w latach 20. na Uniwersytecie w Cambridge. Gdy CIA dodała w końcu dwa do dwóch i w 1951 roku namierzyła Philby'ego, został on - na wyraźne żądanie agencji - wezwany do Londynu. Philby odszedł z MI6, ale Brytyjczycy wcale go nie aresztowali (nikt nie chciał przeżywać wstydu związanego z tak skandaliczną wpadką) - znalazł pracę jako korespondent zagraniczny w "The Economist". W roku 1963, w mieszkaniu w Bejrucie, pewien oficer MI6 przedstawił mu dokumentację zdrady. Nazajutrz Philby uciekł do Moskwy, gdzie spędził resztę życia, chełpiąc się swoją wiarołomnością wobec Zachodu. Zmarł jako bohater Związku Sowieckiego w 1988 roku.
Angleton był załamany. Bliski przyjaciel, bratnia dusza z kontrwywiadu nie tylko zrobił z niego durnia, lecz także wydał sowieckim mocodawcom wielu amerykańskich i brytyjskich agentów, których gremialnie postawiono przed sądem i stracono. Po zdradzie Philby'ego Angleton zmienił się bezpowrotnie; pił coraz więcej, coraz głębiej wikłał się też w paranoję kłamstw. Tak długo jednak, jak Helms miał coś do powiedzenia, Angleton pozostawał szefem kontrwywiadu CIA. (Kilkadziesiąt lat później, w 2007 roku, podczas uroczystej kolacji w waszyngtońskim hotelu Willard autor niniejszej książki został posadzony obok eleganckiej, drobnej kobiety po dziewięćdziesiątce. "Byłam żoną Jamesa Jesusa Angletona", oświadczyła z dumą, kiedy zapytałem ją o nazwisko. "Mój Boże, więc musiała pani znać Kima Philby'ego!", zawołałem. Cicely Angleton zamilkła na chwilę, a potem odparła: "No cóż, jak widać, nie dość dobrze!").
Któregoś dnia w 1965 roku prezydent Lyndon B. Johnson wezwał do Gabinetu Owalnego Helmsa, ówczesnego DPP. Od czasu zamordowania Kennedy'ego LBJ nie poświęcał agencji zbyt wielkiej uwagi, teraz jednak gotów był wprowadzić pewne zmiany. "John McCone właśnie zrezygnował - oznajmił Helmsowi - i postanowiłem w jego miejsce mianować nowym DCI admirała Williama Raborna. Zna go pan?" "Nie, panie prezydencie", odparł Helms. "W takim razie go pan pozna. Pana awansujemy na wicedyrektora. Chcę, aby chodził pan z admirałem na każde spotkanie, zarówno tutaj, jak i w mieście. Pan zna agencję, Red nie"31.
Wiceadmirał William "Red" Raborn został wybrany na szefa CIA zapewne dlatego, że Johnsonowi bardzo podobał się jego sposób zarządzania programem Polaris Missile. Ale agencja nie była jedyną rzeczą, na której Raborn się nie znał - mało wiedział również o geografii. Na jednym z posiedzeń, które stało się później przedmiotem wewnętrznych plotek, nowy dyrektor zapytał oficera prowadzącego odprawę o Libię: "Czy to kraj bez dostępu do morza?". Oficer odpowiedział: "W większości tak". Raborn podał się do dymisji po roku i dwóch miesiącach; 30 czerwca 1966 roku nowym szefem Centralnej Agencji Wywiadowczej LBJ mianował Richarda Helmsa.
W ciągu dwóch lat sprawowania funkcji dyrektorskiej w okresie prezydentury Johnsona Helms podchodził do przełożonego zarówno z pewną dozą admiracji, jak i nieskrywanej złości. Zdecydowanie podziwiał LBJ, jeśli chodzi o realizację marzenia o wspaniałym społeczeństwie, wściekała go natomiast jego nieustępliwość w kwestii Wietnamu. "Naprawdę podziwiał Johnsona - mówiła Cynthia. - I naprawdę uważał, że Johnson wiele przez Wietnam wycierpiał. Widok prezydenta siedzącego z głową schowaną w dłoniach robił na nim wstrząsające wrażenie". Sam Helms nie lubił się zadręczać myślami; jeśli chodzi o Wietnam, był "najchłodniejszym rzecznikiem własnego stanowiska - jak ujął to jego biograf Powers - przedstawiającym poglądy agencji na piśmie, broniącym ich na piśmie, zachowującym się jak papierowy generał na papierowej wojnie"32. A jednak Wietnam oznaczał krwawą klęskę, a dla Helmsa stał się "koszmarem śnionym przez dobre dziesięć lat. Demonem, od którego [...], jak się zdaje, nigdy się nie uwolnię"33.
Po wspieranym przez Amerykanów przewrocie politycznym z 1963 roku, który obalił Ngô Đ?nh Di?ma, wojna zaczęła przybierać jeszcze gorszy obrót. Zaledwie trzy tygodnie przed zabójstwem Kennedy'ego do Sali Roosevelta, w której prezydent odbywał spotkanie z doradcami, wpadł jeden z jego współpracowników z informacją o śmierci Di?ma. Władzę w Wietnamie przejęła klika generałów. Kennedy zbladł i szybko wyszedł z pokoju.
Nie wiadomo, czy czuł się odpowiedzialny za zamordowanie Di?ma - którego Stany Zjednoczone uważały za przeszkodę w prowadzeniu wojny - z pewnością jednak dał zielone światło realizatorom zamachu. Helms podkreślał, że akurat w tej kwestii sumienie ma czyste. "Wykonywaliśmy rozkazy, robiliśmy tylko to, co do nas należało - powiedział po latach. - Ale żadnej większej roli tam nie odegraliśmy [...]. To sami Wietnamczycy się skrzyknęli i wykończyli Di?ma [...]. Nieprawda, zwykła nieprawda, że agencja miała [z tym] coś wspólnego"34. Brakuje dowodów, aby CIA spiskowała w celu usunięcia Di?ma, choć zarazem nie ulega wątpliwości, że Stany Zjednoczone zachęcały zbuntowanych generałów do przeprowadzenia zamachu stanu.
Początkowo Helms nie miał wstępu do wewnętrznego kręgu otaczającego Lyndona B. Johnsona. Po zakończeniu odprawy z prezydentem i jego doradcami na prośbę Johnsona zbierał swoje papiery i grzecznie wychodził z gabinetu. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, ponieważ uważał się za osobę neutralną, wiernego wykonawcę poleceń, który chętnie zachowuje poglądy polityczne dla siebie. "Moim zadaniem jest sprawić, żeby ta gra toczyła się na uczciwych zasadach"35, mówił. Ale w roku 1967, po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, jego pozycja w otoczeniu LBJ nagle wzrosła.
Jesienią poprzedniego roku Izraelczycy ostrzegli USA, że bez amerykańskiej pomocy czeka ich klęska w konfrontacji z wrogimi Arabami. Helms zapewniał prezydenta, że wręcz przeciwnie. Zdaniem CIA Izrael nie tylko był zdolny pokonać arabskich sąsiadów, lecz mógł to zrobić w mniej niż tydzień. Prognoza okazała się prorocza, ponieważ Żydzi faktycznie odnieśli błyskawiczne zwycięstwo w tak zwanej wojnie sześciodniowej. Helms z dumą podkreślał: "wywiadowcze bingo mojej kadencji"36. Wkrótce potem Lyndon B. Johnson, pozostający pod wrażeniem przenikliwości dyrektora CIA, zaprosił Helmsa na lunch. Odtąd miał się on stać regularnym gościem słynnych wtorkowych obiadów u prezydenta, w trakcie których nieodłącznym tematem rozmów była kwestia Wietnamu.
Podczas gdy życie zawodowe Helmsa koncentrowało się na wojnie, jego relacje prywatne wyglądały nieciekawie. Coraz bardziej oddalał się od swojej pierwszej żony, Julii. "Chciała od niego czegoś więcej, a on nie miał zbyt wiele do zaoferowania - wspominał ich syn, Dennis. - Zaczynał pracę kwadrans po ósmej, siedział w biurze do dziewiętnastej piętnaście, w sobotę do południa". Helms często bywał podenerwowany. W roku 1965, podczas jakiejś kolacji, poznał Cynthię McKelvie, brytyjską emigrantkę, która miała się wkrótce rozwieść. Cynthia charakteryzowała się uporem, ciekawością i żądzą przygód; podczas II wojny światowej jako 18-latka wstąpiła do Wrens (Strzyżyków), Women's Royal Naval Service, pomocniczej kobiecej formacji marynarki wojennej, gdzie sterowała portowymi statkami, nierzadko pod niemieckim ostrzałem. Helms rozwiódł się z Julią za zgodą LBJ (czuł się zobligowany, by o nią poprosić). Pobrali się z Cynthią w 1968 roku.
Miał teraz kobietę, która podzielała jego zamiłowanie do tenisa i tańca towarzyskiego. Po latach, za kadencji Nixona, oboje zatańczyli walca na parkiecie w Białym Domu, tuż obok Freda Astaire'a i jego partnerki Farah Pahlawi, olśniewającej szachbanu, czyli irańskiej cesarzowej. "Dick na tym samym parkiecie co Fred Astaire, no istne spełnienie marzeń!", wspominała Cynthia. Helms, absolutny milczek w towarzystwie innych osób, powierzał nowej żonie niemal wszystkie informacje, których nie sklasyfikowano jako tajne - zwłaszcza dzielił się z nią swoimi frustracjami związanymi z Lyndonem B. Johnsonem oraz wojną.
W roku 1966, gdy Helms został DCI, w Wietnamie walczyło 200 tysięcy żołnierzy amerykańskich z ponad dwóch milionów, które miały wziąć udział w tej przegranej sprawie. LBJ desperacko pragnął przekazać im jakieś dobre wieści i ciągle wzywał Helmsa, by mu je przyniósł. "Musisz dać im jakąś nadzieję - błagał prezydent. - To mniej więcej tak jak podczas meczu futbolowego: jest połowa, oni przegrywają dwadzieścia jeden do zera, ale ty mówisz: "Cholera, chłopaki, dacie radę, a ja wam powiem jak! Do dzieła!". Taka sama jest moja rola. I w tej mierze muszę polegać na tobie"37.
Usiłując zmusić północnych Wietnamczyków, aby zasiedli do negocjacji, LBJ zainicjował operację Rolling Thunder (Dudniący Grom) - masowe bombardowania północnej części kraju przy użyciu maszyn typu B-52. Czy ruch ten zastraszył Hanoi i zmienił serca i umysły rządzących tam ludzi? Helms odpowiedział stanowczo: nie! Co więcej, CIA doszła do następujących wniosków: "Nie obserwujemy żadnych oznak świadczących o tym, by naloty wpłynęły na stabilność reżimu [...]. Wietnam Północny, przynajmniej w najbliższej perspektywie, raczej nie wykaże woli rozpoczęcia negocjacji"38. Analityk Richard Kerr wspominał: "Spływające do nas raporty pozostawały negatywne, jeśli chodzi o skuteczność bombardowań oraz pytanie, czy ten naród da się pokonać".
Więcej nawet: Helms oznajmił Johnsonowi, że wola walki u przeciwnika tylko się spotęgowała, a analitycy CIA donosili, iż zdolność Wietnamu Północnego do przerzucania oddziałów i zapasów szlakiem Ho Chi Minha, główną trasą zaopatrzeniową na Południe, zwiększyła się pięciokrotnie. W liczącym 250 stron studium zatytułowanym Nieustępliwy opór wietnamskich komunistów czytamy: "Od połowy roku 1966 wietnamscy komuniści nie odnotowali żadnej porażki, a to wystarczy, by nie chcieli przestać walczyć"39. Dzięki obronie ciągle pesymistycznych analiz CIA Helms, który sam był kiedyś oficerem operacyjnym i awansował w strukturach agencji, zyskał sobie szacunek jej analityków.
Dyrektor musiał też odgrywać rolę sędziego w sporze rywalizujących ze sobą obozów wewnątrz CIA, które postrzegały ów konflikt w sposób diametralnie odmienny. Oficerowie operujący na miejscu, w Sajgonie - w tym przyszły dyrektor William Colby - stali zasadniczo na stanowisku, że wojnę da się wygrać. Z natury byli wojowniczy, praktyczni, pozytywnie nastawieni, a przynajmniej woleli zawiesić na kołku swoją niewiarę w powodzenie. Prawem kontrastu analitycy w Langley odznaczali się głębokim pesymizmem, żywiąc przekonanie, że na końcu tego tunelu nie widać żadnego światełka, jak brzmiała ich ulubiona metafora (lub że światełko to rzuca reflektor nadciągającego pociągu towarowego). Helms wolał inną przenośnię. Próbując zapanować nad zwaśnionymi stronami, przypominał "cyrkowca jadącego na dwóch koniach, z których [...] każdy zmierza w przeciwnym kierunku"40.
Trzecim koniem był Pentagon i tamtejsze Dowództwo Wsparcia Militarnego Wietnamu, czyli MACV. Gdy amerykańscy żołnierze masowo ginęli - blisko 300 tygodniowo - CIA i MACV wdały się w ostry spór na temat potęgi nieprzyjaciela. Kość niezgody stanowiły liczebność i struktura wrogich sił oraz oszacowanie ich zdolności bojowych. Według MACV w skład oddziałów północnowietnamskich wchodziło około 250 tysięcy ludzi, natomiast CIA dodawała do tego "żołnierzy nieregularnych" - walczących co jakiś czas, partyzantów itp. - wskutek czego liczebność ta zwiększała się dwukrotnie, do około pół miliona.
George Carver, specjalny asystent Helmsa ds. konfliktu wietnamskiego, raportował, że generał William Westmoreland, dowódca wojsk interwencyjnych, po prostu nakazał MACV ignorowanie danych szacunkowych CIA.
Nasza misja jest jak dotąd frustrująco nieproduktywna ze względu na obstrukcję ze strony MACV, niewątpliwie wywołaną rozkazami [...]. Należy wyciągnąć nieunikniony wniosek, że generał Westmoreland [...] wydaje instrukcje równoznaczne z bezpośrednim poleceniem, aby uznać siły [nieprzyjaciela] za nieprzekraczające 300 tysięcy. Powodem tego postępowania wydaje się założenie, że każda większa liczba mogłaby wywołać ze strony prasy krytykę wykraczającą poza akceptowalny poziom. Rozkaz ten sprawia, że MACV nie jest w stanie zaangażować się w poważne i sensowne dyskusje o dowodach, które by te szacunki potwierdzały41.
Ostatecznie Helmsowi udało się wypracować z MACV kompromis - zdawał sobie sprawę, że CIA nie wygra z Pentagonem sporu co do sił przeciwnika. Przynajmniej powiedział o tym Johnsonowi prosto z mostu. "Szczerze przedstawiałem swój punkt widzenia i umiałem się mu postawić - niezbyt mnie rugał"42.
Z czasem stało się jasne, że prezydent po prostu nie słuchał. Helms nigdy nie uległ życzeniom Johnsona, by dostarczać mu samych dobrych informacji - ale też nie przesadzał ze złymi. "Wypracował pewną metodę: taką, że podczas porannych briefingów, a także codziennej odprawy z prezydentem po prostu zwlekaliśmy z podawaniem danych o Wietnamie - mówił analityk Kerr. - Nie szastaliśmy negatywnymi, napastliwymi informacjami, ponieważ byłoby to przeciwskuteczne". Helms wiedział, że złe wiadomości tylko rozzłoszczą LBJ. Prezydent wykazywał fiksację na punkcie rosnącej liczby zabitych nieprzyjaciół, jaką przekazywał mu Pentagon, zwanej rejestrem ofiar. Cynthia dobrze zapamiętała frustrację męża: "Rejestr ofiar stanowił poważną bolączkę - kogo liczyć, jak ustalać tożsamość. To były syzyfowe prace, a on czuł, że koncentrują się na czymś, na czym nie powinni".
Helms sądził, że trzeba ponownie rozważyć podstawowe przesłanki stojące za prowadzeniem tej wojny. Credo doradców LB było twierdzenie, że upadek Wietnamu Południowego spowoduje lawinowe załamywanie się rządów w krajach sąsiednich, aż wreszcie cała Azja Południowo-Wschodnia znajdzie się pod panowaniem komunizmu. Określano to "teorią domina". Czy była ona jednak zasadna? W roku 1965, na kluczowym spotkaniu najwyższych rangą doradców prezydenta, pomysłodawca konfliktu, kontrowersyjny sekretarz obrony Robert McNamara, posługiwał się płomienną argumentacją: "Stawką w tej grze jest honor naszego narodu. Jeśli się wycofamy, komuniści zaczną sięgać mackami coraz dalej. A wtedy stracimy całą Azję Południowo-Wschodnią"43. W sierpniu 1967 roku Helms z własnej inicjatywy zwrócił się z prośbą do jednego z analityków o symulację, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone, uznawszy wojnę za przegraną, po prostu spakowały manatki i zabrały swoich żołnierzy do domu.
Powstało 33-stronicowe memorandum, datowane na 11 września, pod tytułem Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie. Rozważano w nim efekt "uporządkowanego wycofania się" wojsk amerykańskich z Wietnamu:
W większości debat dotyczących wojny wietnamskiej na pewnym etapie rodzą się pytania w rodzaju: jakich konsekwencji powinny oczekiwać Stany Zjednoczone, gdyby nie udało się im zrealizować założonych celów? Czy rzeczywiście chodzi tam o nasze kluczowe interesy narodowe? Czy rezygnacja z tej kampanii mogłaby wywołać inne poważne zagrożenia dla państwa?
I przyznawano, że pewne ryzyko istnieje:
Należy dopuścić ewentualność panicznej ucieczki [mieszkańców] z kraju, zaciekły opór izolowanych grup społecznych, akty zemsty, a także powstanie terroru komunistycznego. Gdyby doszło do tego najgorszego scenariusza, wówczas kompromitacja Stanów Zjednoczonych, przez wielu postrzegana nie tylko w kategoriach politycznych, lecz także moralnych, okazałaby się znacznie poważniejsza [...].
Gdyby jedno lub więcej państw Azji Południowo-Wschodniej znalazło się pod kontrolą komunistów [...], region padłby ofiarą długotrwałego zastoju gospodarczego i niepokojów społecznych. A to z kolei stanowiłoby istotne zagrożenie dla celów polityki amerykańskiej, aczkolwiek - w naszej ocenie - nie dla samego bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.
Wniosek końcowy brzmiał:
Jeżeli niniejsza analiza ma się przyczynić do intensyfikacji dyskusji na omawiany temat, należy zasugerować, że wspomniane ryzyko jest prawdopodobnie mniejsze i łatwiejsze do kontrolowania, niż zdają się wskazywać bieżące spory44.
Dokument zawierał szereg zastrzeżeń, ale Helms rozumiał, że w swej istocie jest niebezpieczny; biorąc pod uwagę ostrą debatę o wojnie, samo jego istnienie mogło doprowadzić do politycznego wybuchu. Cynthia zapamiętała obawy męża przed pokazaniem memorandum Johnsonowi: "Powiedział mi, że zamierza zostać po wtorkowym obiedzie, porozmawiać z prezydentem i dać mu to opracowanie. Uważał ten ruch za trochę ryzykowny, nie wiedział, czy powinien tak zrobić. Ale naprawdę głęboko przeżywał traumę LBJ. I naprawdę sądził, że Johnson powinien się z Wietnamu wycofać".
Helms wręczył Johnsonowi memorandum w zapieczętowanej kopercie. I czekał. Po latach napisał, że prezydent nie skomentował dokumentu ani jednym słowem: "Prezydent Johnson nigdy mi o nim nie wspomniał; o ile mi też wiadomo, nie rozmawiał o tym opracowaniu z żadną inną osobą"45. Trudno nie podejrzewać, że Helms mija się tu z prawdą - może stara się po prostu dotrzymać złożonej głowie państwa obietnicy. "Czy LBJ przeczytał to memorandum?", zapytałem Cynthię. "Och, tak - odparła. - I o nim dyskutowali. Dick twierdził, że jeśli prezydent wycofa się z Wietnamu, nie grożą mu żadne reperkusje w kraju. Jak przypuszczam, można to interpretować jako obronę agencji, ale on naprawdę chciał Johnsonowi pomóc". Cynthia Helms nie wiedziała, jak LBJ na to wszystko zareagował.
Czy któryś z doradców prezydenta albo członek jego Gabinetu Wojennego zapoznał się z opisywanym dokumentem? Był on przeznaczony dla Johnsona oraz jego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, Walta Rostowa. Rostow nigdy nie przyznał, że widział memorandum, jednak Cynthia uważała, że je przeczytał - a potem zniszczył, zdawszy sobie sprawę, że jego ujawnienie byłoby bardzo niebezpieczne dla wysiłku wojennego Stanów Zjednoczonych. Rostow "wyrzucił to za burtę", dodała.
Wiele lat później w domu Cynthii, w którym przebywała samotnie, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i usłyszała głos McNamary, który właśnie prowadził kwerendę do swoich pamiętników In Retrospect: The Tragedy and Lessons of Vietnam. Książka ta, opublikowana w roku 1995, stała się sensacją z powodu dramatycznego wyznania win, bicia się w pierś. Autor pisał, że w bezsensownej wojnie niepotrzebną śmierć poniosło 58 tysięcy Amerykanów i niezliczone rzesze Wietnamczyków.
Ponad 20 lat po klęsce Stanów Zjednoczonych McNamara powiedział pani Helms przez telefon, że przed chwilą skończył swoją pierwszą lekturę opracowania zatytułowanego Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie. Znalazł ów dokument, odtajniony w 1993 roku, w archiwach biblioteki Lyndona B. Johnsona. McNamara przeżył wstrząs, że nie dane mu było zapoznać się z nim wcześniej. "Dlaczego nikt mi go nie pokazał? - pytał zdenerwowany. - Bardzo by mi wtedy pomógł! Powinienem był wiedzieć!" "Krzyczał na mnie do słuchawki - opowiadała Cynthia. - Wpadł w prawdziwą furię".
W pamiętnikach McNamara pisał: "Nakazanie wysokiemu rangą funkcjonariuszowi, aby przedstawił opracowanie kwestionujące fundamentalne przesłanki, na których kraj oparł działania wojenne, a potem uniemożliwienie mu przedyskutowania go ze współpracownikami to niewłaściwy sposób sprawowania rządów"46. Helms podzielał boleść McNamary, jeśli chodzi o ocenę procesu decyzyjnego u Johnsona - utrzymywanie wielu spraw w tajemnicy przed innymi ludźmi u steru, nastawianie jednych doradców przeciwko drugim, przymilanie się im albo ich tyranizowanie. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że przecież prezydenta nie można zmienić, a dyrektorzy CIA nawet nie powinni tego próbować.
"Każda głowa państwa będzie prowadzić swoją politykę w sposób, który jej odpowiada - podzielił się refleksją lata później. - Ktoś powie: no dobrze, ale powinna sama siebie trzymać w ryzach. Tak nigdy się nie dzieje. Prezydenci postępują tak, jak chcą postępować. Nawet jeśli się ich przekona do alternatywnego ruchu, można to zrobić wyłącznie raz [...], bo potem wracają do poprzednich praktyk"47.
Helms nie podnosił głosu, rzadko zdradzał irytację bądź zadowolenie. Zdarzyło się jednak, że gdy analityk CIA Jack Smith wpadł nagle do jego gabinetu, dyrektor mocno się zdenerwował. Dlaczego, zaczął gniewnie Smith, prezydent przed chwilą zatwierdził inicjatywę wojenną, którą CIA ostro skrytykowała w niedawnym studium? "Dick wbił we mnie jadowity wzrok", wspominał analityk. "Skąd niby mam wiedzieć, dlaczego podjął taką decyzję? - parsknął Helms. - W jaki sposób prezydenci je podejmują? Może Lynda Bird opowiedziała się za? Albo przekonał go jeden ze starych kumpli? Może przeczytał coś, co go do tej decyzji skłoniło? Nie każ mi wyjaśniać mechaniki działania prezydenckiego umysłu!"48
Mimo wszystko Helms uważał, że pojmuje rozumowanie Johnsona. Dlaczego LBJ zmienił zdanie i postanowił wyplątać Stany Zjednoczone z wietnamskiej matni? Zdaniem Helmsa wyłącznie z jednego powodu: nie mógł znieść myśli, że stanie się pierwszym prezydentem Ameryki, który przegrał wojnę.
Latem 1967 roku Johnson zmusił Helmsa do ścigania wrogów nawet w ich domowych pieleszach. LBJ oraz ludzie z jego wewnętrznego kręgu byli przekonani, mimo braku jednoznacznych dowodów, że przywódcy ruchu antywojennego są kontrolowani i kierowani przez komunistyczne potęgi. Prezydent chciał, aby Helms i CIA potwierdzili te podejrzenia, uciekając się do wszelkich niezbędnych metod. Konkretnie chodziło o inwigilację sprzeciwiających się wojnie wietnamskiej aktywistów w ich miejscach zamieszkania.
Należało się spodziewać, że to właśnie Helms - przede wszystkim on - zaprotestuje i z miejsca odmówi: regulamin CIA zakazywał agencji angażowania się w politykę wewnętrzną, a każda akcja związana z inwigilacją amerykańskich obywateli wymagała uzyskania nakazu sądowego. Gdy dyrektor spróbował się opierać, Johnson natychmiast mu przerwał: "Jestem tego absolutnie świadom. Życzę sobie, abyś zajął się tą sprawą i zrobił wszystko, co konieczne"49. Nazajutrz Helms powołał do życia Specjalną Grupę Operacyjną (SOG); w ten sposób narodził się też program MHCHAOS (prefiks "MH" oznaczał operacje o zasięgu globalnym). W trakcie realizacji programu (lata 1966-1973) CIA w sposób niezgodny z prawem wytworzyła akta 7200 Amerykanów, infiltrując ugrupowania antywojenne, a nawet niezwiązane z nimi organizacje - od ruchu wyzwolenia kobiet po żydowską B'nai B'rith.
Dlaczego Helms uległ naciskom LBJ? Miał do Johnsona słabość; wrażliwym punktem dyrektora było współczucie, jakie żywił dla prezydenta w związku z jego udręką na tle wojny wietnamskiej. Poza tym uznał, iż nie ma innego wyboru, jak tylko polecenie wykonać. "Johnson nigdy nie mówił do mnie: "Zrób X, Y, Z" - wyjaśniał Helms. - Wolał powiedzieć, że czegoś potrzebuje. Dlatego program MHCHAOS stanowił próbę znalezienia realnego rozwiązania dla jego problemów"50. Zapytałem Cynthię, dlaczego jej mąż nie wytyczył Johnsonowi jakiejś granicy. "Czemu nie rzucił po prostu: "Panie prezydencie, przykro mi, to niezgodne z prawem. Nie możemy tego zrobić"?". "No cóż, myślę, że wytyczył - odparła. - Mówił, że nie chce tego realizować. I próbował nie realizować, starał się nie łamać prawa. Niestety złamał. Czuł, że LBJ potrzebuje pomocy".
Podobnie jak w przypadku operacji Mangusta, której celem był Castro, Helms stał na stanowisku, że najlepszym sposobem zminimalizowania zagrożenia albo utrzymania go pod kontrolą będzie prowadzenie działań pod osobistym nadzorem. Tłumaczył po latach: "Ponieważ prezydent polecił nam poruszać się na samej granicy prawa, chciałem wyłączyć tę akcję spod wpływu innych wydziałów operacyjnych i mieć ją zdecydowanie pod swoją kontrolą"51. Prawda była jednak taka, że Helms nie poruszał się na granicy prawa, ale ją bezczelnie przekraczał. Jakiś czas później program MHCHAOS został ujawniony przez dziennikarza "New York Timesa" Seymoura Hersha.
Helms pozwolił, aby jego sympatia i współczucie dla prezydenta wypaczyły mu perspektywę, którą był zobowiązany zachowywać jako dyrektor agencji; złamał prawo i regulamin CIA. Podobne wyzwanie, a nawet gra o wyższą stawkę, czekały go również za kadencji Richarda Nixona.
Oświadczenie wygłoszone przez Johnsona w marcu 1968 roku, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję, zszokowało niemal wszystkich. Nie zaskoczyło jednak Helmsa, który widział, jak wojna odciska potężne piętno na człowieku "mającym się kiedyś za niezmordowanego"52 (LBJ zaczął mieć problemy kardiologiczne). Sam dyrektor agencji też wykazywał oznaki zmęczenia, ale chciał pozostać na stanowisku - życzenie to spełniło się wraz z nominacją udzieloną przez Nixona. W ciągu kolejnych paru lat nie brakowało mu okazji do rozmyślań, czy jednak nie powinien był odejść na emeryturę razem z Johnsonem.
Na samym początku Helms rzadko widywał się z nowym prezydentem. "Nixon po prostu nie lubił spotkań w cztery oczy, jak Johnson - wspominał dyrektor CIA. - Wolał załatwiać sprawy za pośrednictwem swojego personelu. To były dwie bardzo odmienne osobowości"53. Helms usłyszał, że ma się kontaktować przez Henry'ego Kissingera, despotycznego i apodyktycznego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego, który dostarczał prezydentowi podsumowania danych zgodnie z własnym widzimisię. Co więcej, briefy PDB - tradycyjnie prezentowane przez ludzi agencji w obecności głowy państwa - najpierw szły do Kissingera oraz zespołu bezpieczeństwa. Nixon ich nie czytał. Aby dolać oliwy do ognia, zastępcami Helmsa mianował dwóch swoich przybocznych: byli to generał Robert E. Cushman, doradca wojskowy Nixona, gdy ten był jeszcze wiceprezydentem, oraz Vernon Walters, emerytowany generał wojsk lądowych, który kiedyś pracował jako jego tłumacz. Helms szybko zdał sobie sprawę, że ci dwaj mają za zadanie go szpiegować.
Nixon nie krył się z tym, że lekceważy dyrektora CIA. Na spotkaniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) często mu przerywał - czasami niepotrzebnie - lubił też czepialsko poprawiać Helmsa w kwestiach faktograficznych czy geograficznych. Widać było wyraźnie, że Nixon ma o pracownikach CIA bardzo złe zdanie. "Co robią ci wszyscy idioci z McLean? - zastanawiał się głośno prezydent. - Siedzi tam ich czterdzieści tysięcy i czyta sobie gazety"54. Helms ignorował te impertynencje; wiedział, jak się pracuje dla prezydenta, już kiedyś przyjmował różne obelgi pod swoim adresem. "Dalej, nie przejmować się!" - brzmiało jego ulubione zawołanie (a także rada dla następców, którzy mieli się znaleźć w ogniu krytyki). Samego Nixona uważał za postać zagadkową i dziwną. Opowiadał Cynthii, że jest mu żal żony prezydenta, Pat Nixon. Pewnego dnia widział, jak pani Nixon wysiada z samochodu, potyka się i upada twarzą na chodnik. Prezydent nie wykonał najmniejszego ruchu, aby jej pomóc.
Nixon był przekonany, że CIA ma mnóstwo brudu za uszami, zwłaszcza w kwestii Kennedych; podejrzewał, że Helms i ludzie jego pokroju kryją obu braci. Bliski współpracownik i doradca prezydenta ds. wewnętrznych, John Ehrlichman, skompletował zespół ekscentrycznych śledczych, tak zwanych hydraulików. Określenie to wzięło się od głównego zadania grupy, polegającego na uszczelnianiu przecieków groźnych dla bezpieczeństwa państwa. Otrzymali oni rozkaz znajdowania haków na wrogów i przeciwników politycznych Nixona - a gdyby się to nie udało, ich fabrykowania.
Jeden z owych hydraulików, długoletni były pracownik CIA Howard Hunt, sprokurował fałszywy telegram, depeszę nadaną jakoby z Białego Domu, która wskazywała na udział prezydenta Kennedy'ego w zamordowaniu Di?ma. Pewnego dnia w 1971 roku Ehrlichman zadzwonił do Helmsa z prośbą, by ten przekazał mu dokumenty agencji dotyczące Zatoki Świń oraz śmierci prezydenta Wietnamu. Helms odparł, że tego rodzaju wniosek może składać jedynie sam prezydent. Wtedy Ehrlichman zaaranżował spotkanie Helmsa z Richardem Nixonem.
Tuż przed nim Nixon i Ehrlichman wdali się w nieroztropną rozmowę, która została nagrana na tak zwanych taśmach Białego Domu. Z ożywieniem rozprawiali o wszystkich trupach, jakie ich zdaniem musiały się znajdować w szafach CIA. "Helms śmiertelnie boi się tego całego Hunta, którego przeciągnęliśmy na naszą stronę, ponieważ on wie, gdzie pogrzebano wiele zwłok - mówił Ehrlichman Nixonowi. - Jak dostaniemy cały materiał na temat Di?ma, to przypuszczam, że będzie w nim coś, co da nam kwity na Teddy'ego albo na cały klan Kennedych [...]. Wtedy je wykorzystamy"55. Nixon zgodził się z entuzjazmem.
Lecz było to tylko myślenie życzeniowe - panowie nie znaleźli żadnej sekretnej pałki, którą mogliby uderzyć w Kennedych, ani też powodów do ataku na Helmsa za Zatokę Świń. Wszystko to stanowiło jedynie wytwór wyobraźni Nixona (podobnie jak inne prezydenckie mniemanie, ponad 40 lat później, jakoby serwer Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej został niepostrzeżenie zabrany na Ukrainę).
Na spotkanie w Gabinecie Owalnym Helms przyniósł przeróżne akta, raczej niebudzące wątpliwości, a związane z Zatoką Świń. "Zapytałem: "Potrzebuje pan tych dokumentów? Są tu pewne problemy, że tak powiem". - Tak wspominał swoją rozmowę z prezydentem. - Nixon odparł: "Ale przecież ta sytuacja nie miała miejsca za pańskiej kadencji" [...], po czym zaczął mnie zapewniać, że choć chce mieć te papiery, to nie wykorzysta ich przeciwko CIA"56. Helms zgodził się wydać akta. Nixon skarżył się potem, że dokumentacja dotycząca Zatoki Świń była "niekompletna".
Kilka lat później w jednym ze sprawozdań Kongresu skrytykowano Helmsa za to, że przekazywał cokolwiek Nixonowi; przyszli dyrektorzy CIA, głosił ów raport, powinni dysponować własnym zapleczem politycznym albo pewnymi niezależnymi instrumentami, dzięki którym mogliby się oprzeć naciskom prezydentów. Helms wpadł we wściekłość. "Co za bzdury, żeby szef służby musiał posiadać jakieś osobiste moce albo wielką bazę polityczną, bo inaczej zabraknie mu jaj, żeby powiedzieć prezydentowi "nie" - kipiał. - Opierałem się Nixonowi, opierałem się też Johnsonowi, a jeśli ktoś zechce mi wskazać, kiedy tego nie zrobiłem, to chętnie się dowiem"57.
Wojna w Wietnamie szalała, więc Helmsowi nie brakowało okazji, by się Nixonowi postawić. Prezydent obiecywał opracowanie "tajnego planu" zakończenia konfliktu, lecz żadnego planu nie miał, jedynie bardzo mętną koncepcję wycofania się tak, by nie wyglądało to na klęskę. Helms uważał, że szanse na odniesienie sukcesu przez Nixona są równe tym, jakie miał wcześniej Johnson, ale dalej robił to, co do niego należało: dostarczał prezydentowi informacji, których ten nie chciał słyszeć. "Czynił to w sposób nienagannie uprzejmy, a zarazem bezpośredni, bez owijania w bawełnę - wspomina Charlie Allen, analityk weteran. - Może dzięki wieloletniemu doświadczeniu dziennikarskiemu, obracaniu się w kręgach politycznych, w Europie, może dzięki swojej znajomości innych kultur i języków". O ile jednak w oficjalnych gabinetach Helms był nienagannie powściągliwy, o tyle w obecności Cynthii pozwalał sobie na szczerość. "Poszliśmy na jakąś uroczystą kolację - opowiadała wdowa po dyrektorze CIA. - Świetnie ją pamiętam. Kissinger wstał i rzucił: "Pokój jest w zasięgu ręki"". A potem wygłosił przemówienie. Kiedy wychodziliśmy stamtąd korytarzem, Dick odezwał się do mnie: "Do jasnej cholery! Nie będzie żadnego pokoju!"".
Tymczasem katastrofa, wskutek której Richard Helms stał się osobą powszechnie znaną i która stanowiła dlań bolesny, osobisty cios, miała się rozegrać bliżej kraju. W roku 1970 Salvador Allende, lewicowy kandydat na prezydenta Chile, był murowanym faworytem do zwycięstwa, co groziło znacjonalizowaniem przemysłu i konfiskatą majątku należącego do cudzoziemców. Ów nieoczekiwany rozwój wypadków Nixon odebrał fatalnie, ponieważ bał się, że cała Ameryka Południowa - od Kuby po Chile - może się zmienić w "krainę czerwonych". Od 1960 roku CIA zajmowała się prowadzeniem antysowieckiej kampanii propagandowej w Chile, łożyła też pieniądze na kandydatów centrowych w tym państwie. Podobna sytuacja miała miejsce tuż przed wyborami roku 1970.
Nawet w kontekście zimnej wojny Allende nie stanowił poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych; Kissinger żartował sobie po latach, że "Chile jest niczym sztylet wymierzony w serce Antarktydy"58. Jednakże sama możliwość przejęcia przez tego człowieka władzy postawiła na nogi amerykańskie korporacje, w tym International Telephone & Telegraph (ITT) i Pepsi-Colę. "Tak naprawdę USA nie miały tam większych interesów, poza biznesowymi - mówił Burton Gerber, oficer służący kiedyś w Rosji. - To one napędzały wszystkie działania". A także jeszcze jeden czynnik. Jak ujął to Helms: "Wcześniej Truman utracił Chiny, Kennedy utracił Kubę, a teraz Nixon mógł stracić Chile"59.
CIA przewidywała, że wybory wygra kandydat centrowy. Tymczasem zwyciężył Allende, wprawdzie ledwie, ale to on zdobył większość głosów. Wyniki zatwierdził chilijski parlament i do objęcia prezydentury pozostało niewiele ponad miesiąc. Biały Dom zareagował wściekłością.
Na pospiesznie zwołanym zebraniu, w którym uczestniczyli Kissinger i Helms, Nixon z furią zaatakował dyrektora agencji, przeświadczony, że CIA znowu zawiodła. Przecież Helms miał zrobić wszystko, żeby uniemożliwić Allendemu objęcie urzędu, wołał Nixon. Gdy prezydent kipiał złością, Helms sporządzał notatki:
Szanse może 1 na 10, ale ratowanie Chile warte wydatków
nieprzewidziane ryzyka
nie angażować ambasady
10 milionów dolarów do dyspozycji, więcej niż potrzeba
zadanie pełnowymiarowe - dla naszych najlepszych ludzi
plan gry
niech gospodarka zadrży w posadach
48 godzin na plan działań60
Świetnie rozumiał, co te hasła miały oznaczać: "Prezydent Nixon polecił mi doprowadzić do wojskowego zamachu stanu w Chile, jak dotąd kraju demokratycznym"61. Nie widział możliwości, by rozkaz zignorować albo zwlekać z jego realizacją. Po latach pisał w tonie defensywnym: "Jakimże to prawem miałbym wyjść z Białego Domu i uznać, że prezydent wcale nie mówił serio?"62. Najbardziej jednak niepokoiły Helmsa nie same instrukcje, lecz niemożność ich szybkiego wykonania; zablokowanie objęcia władzy przez Allendego wymagało czasu, a tego CIA brakowało.
Ostatecznie Allende urząd objął, ale tylko po to, by za chwilę go stracić w wyniku wojskowego przewrotu, w którym agencja niewątpliwie maczała wszystkie palce. Prezydent Chile prawdopodobnie popełnił samobójstwo, a krajem przez kolejne dekady miał rządzić opresyjny wojskowy reżim.
Dla Helmsa dzień rozrachunku przyszedł kilka lat później. Składając pod przysięgą zeznania przed Kongresem, pytany, czy CIA podejmowała próby obalenia rządu chilijskiego, znalazł się między młotem a kowadłem: z jednej strony jako dyrektor agencji poprzysiągł dochowanie tajemnicy państwowej, z drugiej musiał odpowiadać zgodnie z prawdą (o puczu w Chile oraz o doniosłych zeznaniach Helmsa traktuje rozdział drugi).
Zarówno sytuacja w Chile, jak i inne wyzwania stojące przed prezydentem miały zostać przyćmione przez najważniejszy dramat w całej kadencji Nixona. Rozpoczynając kampanię reelekcyjną, 37. prezydent dysponował miażdżącą przewagą sondażową nad ewentualnymi rywalami z Partii Demokratycznej, wolał jednak nie ryzykować. Uważał, że jego polityczni wrogowie są gotowi na wszystko, byle tylko zwyciężyć. Sam również nie wahał się podejmować wszelkich koniecznych działań.
Wczesnym rankiem 17 czerwca 1972 roku Helmsa obudził telefon. Dzwonił szef ochrony CIA z informacją, że w kompleksie Watergate aresztowano pięciu mężczyzn, którzy zakładali podsłuch w siedzibie Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Helms wziął głęboki wdech. "Mów dalej", rzucił do słuchawki. Szef ciągnął:
- To czterech Kubańczyków oraz niejaki Jim McCord.
- McCord? Ten emeryt z waszego działu?
- Tak. Od dwóch lat na emeryturze.
- Co to za Kubańczycy [...]? Znamy ich?
- W tej chwili nie potrafię odpowiedzieć.
- I to tyle?
- Nie, to dopiero początek. Wygląda na to, że w sprawę zamieszany jest również Howard Hunt63.
O ile Helms się orientował, włamanie do siedziby partii w Watergate nie było operacją prowadzoną przez CIA, lecz przecież Hunt działał na rzecz agencji w Gwatemali, Meksyku i w Europie, wchodził też w skład Sił Zadaniowych podczas inwazji w Zatoce Świń. Dyrektor wiedział, że Hunt pracował jako konsultant ds. bezpieczeństwa w Białym Domu, nie wiedział natomiast, że w lipcu 1971 roku Ehrlichman zatelefonował do jego zastępcy, Roberta Cushmana, z następującą wiadomością: Hunt potrzebuje pomocy i chce krycia ze strony CIA.
Nie informując Helmsa o niczym, Cushman się zgodził, a nawet wyposażył Hunta w "sprzęt operacyjny": perukę, urządzenie do zmieniania głosu i kilka fałszywych dowodów osobistych. Gdy kilka miesięcy później ten zgłosił się z ponownymi żądaniami - aby przydzielić mu sekretarkę oraz automat do nagrywania rozmów telefonicznych - Cushman się przestraszył. Nie zgodził się, a następnie wtajemniczył Helmsa (sprzęt wypożyczony Huntowi użyto w innym, spartaczonym włamaniu: do gabinetu psychiatry leczącego Daniela Ellsberga w Los Angeles - człowieka, który przekazywał Pentagon Papers).
Kiedy szef ochrony agencji opowiadał o wydarzeniach w Watergate, Helms musiał brać jeden głęboki wdech za drugim.
- Czy coś może wskazywać na nasze zaangażowanie w tę sprawę? - zapytał.
- Zupełnie nic - odparł funkcjonariusz64.
Helms kazał mu trzymać rękę na pulsie i zapowiedział, że spotkają się w poniedziałek rano.
Przez następne dwa tygodnie, kiedy w mediach i w politycznym plotkarskim młynie Waszyngtonu dominowała afera Watergate, instrukcje Helmsa dla personelu agencji sprowadzały się do praktycznych wskazówek: "Zachować spokój, nie dać się wciągnąć w żadne spekulacje, nie udzielać informacji i trzymać się, cholera, jak najdalej od tej pieprzonej sprawy".
Lecz "pieprzona sprawa" nie chciała się trzymać z daleka od Helmsa.
Nixon i jego pomagierzy uknuli pewien plan: jeśli włamanie przedstawi się jako tajną operację CIA, a nie intrygę przeprowadzoną w ramach kampanii wyborczej prezydenta, to Biały Dom może wyjść z opresji obronną ręką. Bądź co bądź trzech spośród włamywaczy z Watergate - James McCord, Frank Sturgis i Bernard Barker - kiedyś w CIA pracowało. A dyrektor FBI, Patrick Gray, od samego początku podejrzewał, że w sprawę była zamieszana agencja.
H.R. Haldeman, szef personelu Białego Domu u Nixona, nie przestawał wydzwaniać na prywatny telefon Helmsa. Cynthia nigdy nie słyszała, aby jej mąż podnosił głos, a tym bardziej krzyczał, ale "z Haldemanem to się kłócili, zdecydowanie". Haldeman wywierał na Helmsa nieustanny nacisk - chciał, by szef CIA pomógł prezydentowi i jego ludziom wykaraskać się z trudnego położenia. Pozostawał niezwykle drażliwy problem, jak zapłacić włamywaczom z Watergate za milczenie. Czy Helms nie mógłby wyasygnować środków z "funduszu nierejestrowanego" CIA? Helms odpowiedział stanowczo, że nie. "Jeśli prezydent naprawdę tego chce, to niech zatelefonuje do mnie osobiście! - krzyknął do słuchawki. - Bo sam NIE PODEJMĘ takiej decyzji!"
23 czerwca, niecały tydzień po włamaniu, Haldeman wezwał Helmsa i jego zastępcę Vernona Waltersa do Białego Domu. Kiedy tam dotarli, na miejscu był inny bliski doradca prezydenta, Ehrlichman. Haldeman zjawił się chwilę później. "Co łączy agencję z tym włamaniem?", zapytał dyrektora CIA. "CIA nie ma nic wspólnego z incydentem w Watergate", odparł Helms chłodno. Haldeman zignorował tę wypowiedź i przeszedł do istoty rzeczy. "Prowadzone [przez FBI] śledztwo na temat pewnych powiązań meksykańskich - oznajmił Helmsowi i Waltersowi - może narazić na szwank tamtejsze akcje CIA. Dlatego postanowiono, że generał Walters uda się na spotkanie z [dyrektorem FBI] Patem Grayem i powie mu, że kontynuowanie dochodzenia w Meksyku mogłoby doprowadzić do ujawnienia najcenniejszych agentów oraz kanałów przerzutu pieniędzy"65.
Następnie Haldeman wygłosił zawoalowaną groźbę. Na jaw mogłyby wyjść jeszcze gorsze rzeczy, oświadczył grobowym tonem. "Prezydent prosił mnie, aby was poinformować, że cała ta afera może być powiązana z inwazją w Zatoce Świń i jeśli zostanie rozdmuchana, kto wie, co ujrzy światło dzienne [...]".
Helms pochylił się w fotelu. Mrużąc oczy, wpatrywał się w Haldemana. "Cholerna Zatoka Świń nie ma z tą sprawą zupełnie nic wspólnego - powiedział. - A poza tym wszystkie informacje na temat inwazji zostały już upublicznione". Ehrlichman pomyślał, że Helms reaguje, "jakby go oblano wrzątkiem"66, natomiast Haldeman podejrzewał, że pełna oburzenia postawa szefa CIA wskazuje, iż ten coś ukrywa. Sam Helms zapamiętał to inaczej: "Wcale nie krzyczałem w Białym Domu, również we własnym gabinecie raczej nie zdarzało mi się podnosić głosu"67.
Cynthia wspominała, że jej mąż był zaskoczony opowieścią Haldemana o operacjach CIA w Meksyku, nie miał też pojęcia, do czego odnoszą się czynione przez ludzi Nixona aluzje dotyczące Zatoki Świń. "O co prezydentowi chodzi, do diabła?" Dopiero po powrocie do domu, w obecności żony, dał upust swojemu zaniepokojeniu. Następnie zadzwonił do szefa ochrony CIA. "Jest coś na rzeczy? - zapytał. - Wydaje mi się, że nie prowadzimy żadnej innej operacji w Ameryce Południowej. Sprawdź wszystkie nasze wydziały, całą agencję, bo nie mam pojęcia, o czym gadają ludzie prezydenta. Groził mi. Sądzę, że bezpodstawnie".
Groził Helmsowi, ale czym? Nawiązując do Zatoki Świń, Haldeman napisał po latach, że Nixon "zamierzał chyba przypomnieć dyrektorowi CIA, niekoniecznie uprzejmie, o tuszowaniu faktów dotyczących [...] [spisku przeciwko] Fidelowi Castro - operacji CIA, która mogła stanowić praprzyczynę tragicznej śmierci Kennedy'ego, a którą Helms desperacko pragnął zataić"68. Prawda była jednak taka, że Nixon i Haldeman nie mieli na Helmsa nic poza bezpodstawnymi podejrzeniami o machlojki.
Haldeman całkowicie błędnie odczytał dyrektora CIA; za tę redutę Helms był po prostu gotów umrzeć. Jedno pozostawało jasne: jeśli przyjmie rozkaz zablokowania śledztwa Graya, narazi zarówno siebie, jak i całą agencję. A przecież nie mógł skończyć w więzieniu. Wypłacenie środków włamywaczom z Watergate wystarczyłoby, żeby zagrozić istnieniu CIA. "Mogliśmy zdobyć te pieniądze - dumał po latach. - Ale to by w ostatecznym rozrachunku oznaczało koniec agencji. Gdybym zgodził się na to, czego chciał od nas Biały Dom, powędrowałbym za kratki, a wiarygodność naszej instytucji zostałaby pogrzebana na zawsze"69.
W trakcie swojej kariery w wywiadzie, która trwała przecież trzy dekady, Helms niejednokrotnie zatwierdzał operacje budzące spore wątpliwości, przy innych zaś odwracał wzrok, naruszał regulamin CIA, a nawet jawnie łamał prawo. Nie zamierzał jednak pozwolić Nixonowi uczynić z agencji kozła ofiarnego, na który Biały Dom mógłby zrzucić winę - ani przeszkadzać wymiarowi sprawiedliwości w jego działaniach tylko po to, żeby ocalić tę prezydenturę.
Co na to Walters? W Białym Domu uważano, że na zastępcę Helmsa można liczyć, ponieważ wypełni on każdy rozkaz. "Walters to beton - mówił Nixon do Haldemana na nagraniach z Gabinetu Owalnego. - Walters jest lojalistą absolutnym. Całkowicie wierzy w prezydenta. Zgodzisz się ze mną?"70 I rzeczywiście, Walters spotkał się z dyrektorem FBI Grayem, aczkolwiek nie przekazał mu, że powinien zakończyć dochodzenie.
Tymczasem Helms, który miał zaplanowaną podróż do Australii, nie zamierzał pozostawiać niczego ślepemu przypadkowi. Cynthia wspominała: "Zadzwonił do Waltersa i powiedział: "Ani się waż podejmować jakichkolwiek decyzji pod moją nieobecność". Wrzeszczał na niego jak na dwulatka: "Nie wolno ci robić nic, czego zażyczą sobie prezydent albo Haldeman, kiedy mnie nie będzie w kraju! Rozumiesz? Nic! Daruj sobie wszelkie decyzje!".
Dochodzenie prowadzone przez FBI trwało. W miarę jak śledczy zacieśniali pętlę, Nixon postanowił zintensyfikować działania, kierując się przeczuciem, którym dwa lata wcześniej podzielił się z Haldemanem: "Może trzeba zrobić jedno: pozbyć się tego Helmsa"71.
2 lutego 1973 roku Helms został wezwany na spotkanie z prezydentem do Camp David, miejsca wypoczynku głowy państwa. Zakładał, że Nixon chce rozmawiać o budżecie CIA. Kiedy stawił się w Aspen Lodge, prezydent, któremu towarzyszył Haldeman, ruchem ręki kazał Helmsowi usiąść. Nixon od razu przeszedł do sedna. Otóż nadeszła pora na "świeżą krew", to znaczy mianowanie nowego DCI. Gdy wezwany przetrawiał informację o zwolnieniu go ze stanowiska, Nixon zapytał, czy Helms nie wolałby zostać ambasadorem: "Na przykład w Moskwie?"72. Wciąż oszołomiony Helms odparł, że miasto, w którym znajduje się centrala KGB, to lekka przesada, jeśli chodzi o eksdyrektora CIA; już bardziej odpowiedni byłby chyba Teheran.
Kiedy wrócił do domu i podzielił się tą sensacyjną wiadomością z żoną, Cynthia poszła do sypialni i się rozpłakała, zdruzgotana nie tylko wyrzuceniem męża z pracy, lecz również świadomością, że pozostawi w kraju wszystkich przyjaciół. Spytałem syna Helmsa, Dennisa, czy kiedykolwiek rozmawiał z ojcem o tamtym dniu. "Nie, nie, nie - odrzekł. - Poruszanie tego tematu nie byłoby w jego stylu. Nigdy nie przytaczał żadnych rozmów z prezydentem".
Dwa lata później, 5 sierpnia 1974 roku, na podstawie wyroku Sądu Najwyższego (który zapadł stosunkiem głosów osiem do zera), upubliczniono zapisy konwersacji Nixona nagranych na taśmach Białego Domu. Znajdowała się wśród nich rozmowa prezydenta z Haldemanem, odbyta sześć dni po sławetnym włamaniu i zaledwie kilka godzin przed zjawieniem się Helmsa oraz Waltersa w siedzibie głowy państwa.
Haldeman: Tę sprawę możemy rozwiązać tylko tak [...], żeby zmusić Waltersa do złożenia wizyty u Pata Graya. Niech mu powie: "Trzymaj się od tego z daleka, do cholery [...], bo, hm, nie chcemy, żebyś więcej niuchał" [...]. Trzeba wezwać Helmsa i tego całego... jak mu tam? Waltersa?
Prezydent Nixon: Waltersa.
Haldeman: Proponuję, żebyśmy Ehrlichman i ja do niego zadzwonili.
Prezydent Nixon: W porządku, dobrze [...]. Tylko jak go skłonisz do pomocy? To znaczy, właściwie... przecież to my ochroniliśmy Helmsa przed mnóstwem cholernie trudnych kwestii.
Haldeman: To samo mówi Ehrlichman.
Prezydent Nixon: Oczywiście ten [...] Hunt [...] odkryje sporo, bardzo dużo - jak się zedrze ten strup, to pod spodem jest, u diabła, dużo różnych spraw. Naszym zdaniem to byłoby bardzo szkodliwe, gdyby sytuacja się posunęła do przodu. Chodzi o tych Kubańczyków, Hunta i mnóstwo innych przekrętów, które nie mają z nami nic wspólnego [...].
Rozmowa trwała dalej:
Prezydent Nixon: Jak będziesz rozmawiać z tymi ludźmi [...], powiedz im tak: "Słuchajcie, problem polega na tym, że wyjdzie na jaw to wszystko, cała kwestia Zatoki Świń, a zdaniem prezydenta po prostu [...] powinno się wezwać FBI i oznajmić, że dla dobra kraju śledztwo ma się w tym punkcie zakończyć". Kropka73.
Był to gwóźdź do trumny w procesie impeachmentu i usuwania Nixona ze stanowiska, dowód na to, że prezydent mataczył i utrudniał pracę wymiarowi sprawiedliwości. Niemal w ciągu jednej nocy opuścili go nawet najzagorzalsi zwolennicy, a postawienie w stan oskarżenia oraz wyrok skazujący jawiły się jako nieuniknione. W Gabinecie Owalnym złożyła wizytę delegacja prezydium Senatu, na czele z Barrym Goldwaterem z Arizony, aby oznajmić Nixonowi, że nadszedł czas rezygnacji.
Helmsa najbardziej uderzała arogancja prezydenta, a także pogarda dla ludzi, którzy mu służyli. "Stale wszystkich dyskredytował [...]. Pracowników Departamentu Stanu opisywał jako bandę wazeliniarzy w garniturach, którzy wcale nie dbają o interesy Ameryki, [...] z czego wypływał wniosek, że jedynym naprawdę mądrym facetem w tym towarzystwie jest sam Nixon [...]. Ale potem wybuchła afera Watergate, w której on sam zasługiwał na najsurowszy wyrok na świecie. Dla mnie to było niczym ironiczna odpłata ze strony jego administracji. Miał się za takiego bystrego człowieka, a dopuścił się najgłupszego oszustwa, jakiego mógłby się dopuścić każdy, i przez to stracił prezydenturę"74.
Nie był to ostatni raz, gdy prezydencka obsesja na punkcie osobistych wrogów przywiodła głowę państwa na skraj katastrofy. Ponad cztery dekady później przeświadczenia Donalda Trumpa, jakoby padł on ofiarą uknutego na Ukrainie spisku, miały spowodować wstrzymanie pomocy zagranicznej do czasu przeprowadzenia dętego śledztwa dotyczącego mitycznych serwerów Partii Demokratycznej i szukania kwitów na przeciwników politycznych.
Helms poświęcił stanowisko dyrektorskie, aby ratować CIA, ale kłopoty agencji dopiero się zaczynały; niebawem wyważono drzwi, otwarto archiwa i ujawniono wiele jej sekretów. Świat wywiadu zmienił się na zawsze, związany nowymi zasadami i nadzorem parlamentarnym. Samego Helmsa zaciągnięto przed oblicze Kongresu, aby zeznawał o roli, jaką CIA odegrała w Chile.
O to wszystko były szef agencji nie obwiniał mediów, zgromadzenia narodowego ani nawet KGB, lecz swoich następców: Jamesa Schlesingera i Williama Colby'ego.
13 T. Powers, The Man Who Kept the Secrets: Richard Helms and the CIA, Alfred A. Knopf, New York 1979, s. 228-229.
14 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder: A Life in the Central Intelligence Agency, Ballantine, New York 2003, s. 376.
15 OVAL 741-002, 23 czerwca 1972, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Biblioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.
16 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 24.
17 Tamże, s. 67.
18 R. Helms, list do syna Dennisa, 8 maja 1945, Muzeum CIA, McLean, Wirginia.
19 S. Hersh, Reporter: A Memoir, Alfred A. Knopf, New York 2018, s. 173.
20 T.S. Elliot, Cztery kwartety. Burnt Norton, II, tłum. Czesław Miłosz (przyp. tłum.).
21 D.C. Martin, Wilderness of Mirrors, Ballantine, New York 1980, s. 129.
22 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 152.
23 Tamże, s. 202.
24 Tamże, s. 170.
25 Tamże, s. 183.
26 Tamże, s. 191.
27 Tamże, s. 229.
28 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez M. McAuliffe, Biuro Historyczne CIA, 19 czerwca 1989.
29 D.C. Martin, Wilderness of Mirrors..., s. 204.
30 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 34.
31 Tamże, s. 246.
32 T. Powers, The Man Who Kept the Secrets..., s. 203.
33 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 308.
34 R.W. Weber, Spymasters: 10 CIA Directors in Their Own Words, Scholarly Resources, New York 1999, s. 243.
35 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 306.
36 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 3 czerwca 1982.
37 Rozmowa telefoniczna R. Helmsa i prezydenta L.B. Johnsona, 6 września 1967, Richard M. Helms Papers, zbiór nr 1, skrzynka 10, teczka 73, Georgetown University Library Booth Family Center for Special Collections, Waszyngton.
38 Memorandum The Effectiveness of the Rolling Thunder Program in North Vietnam, listopad 1966, Biblioteka Johnsona, National Security File, Country File, Vietnam, 3 H (1), Appraisal of Bombing of NVN.
39 Memorandum The Vietnamese Communists Will to Persist, 25 sierpnia 1966, Zarząd Wywiadu CIA, https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/DOC_0001169545.pdf.
40 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 310.
41 Memorandum Carvera dla DCI: 1967 Order of Battle Cables, 28 listopada 1975. (S). "GAC Files (SAVA-NIO)", teczka 9, archiwa CIA.
42 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, Biuro Historyczne CIA, 29 września 1982, s. 9.
43 C. Clifford, R. Holbrooke, Serving the President 1 - The Vietnam Years, "New Yorker", 28 kwietnia 1991.
44 Opracowanie pt. Skutki niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Wietnamie, 11 września 1967, https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/DOC_0001166443.pdf.
45 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 315.
46 R. McNamara, In Retrospect: The Tragedy and Lessons of Vietnam, Vintage, New York 1995, s. 294.
47 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 3 czerwca 1982.
48 J.R. Smith, The Unknown CIA: My Three Decades with the Agency, Potomac Books, Washington D.C. 1989, s. 187.
49 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 280.
50 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez R.J. Smitha, Biuro Historyczne CIA, 4 kwietnia 1983.
51 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 280.
52 Tamże, s. 333.
53 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, s. 46.
54 C. Andrew, For the President's Eyes Only, HarperCollins, New York 1995, s. 350.
55 OVAL 587-007a, 8 października 1971, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Biblioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.
56 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J.K. McDonalda, s. 46.
57 Tamże.
58 A. Horn, Kissinger: 1973, the Crucial Year, Simon & Schuster, New York 2010, s. 197.
59 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 404.
60 CIA, Job 80B01285A, DCI Helms Files, DCI Miscellaneous Papers on Chile, 1 stycznia 1970-31 grudnia 1972.
61 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 405.
62 Tamże.
63 Tamże, s. 3.
64 Tamże.
65 Tamże, s. 9.
66 J. Ehrlichman, Witness to Power: The Nixon Years, Simon & Schuster, New York 1982, s. 350.
67 Tamże.
68 H.R. Haldeman, J. Di Mona, The Ends of Power, Times Books, New York 1978, s. 40.
69 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez S.I. Kutlera, 14 lipca 1988, Wisconsin Historical Archives, skrzynka 15, teczka 16.
70 OVAL 916-007, 11 maja 1973, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.
71 OVAL 587-007a, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.
72 R. Helms, W. Hood, A Look over My Shoulder..., s. 411.
73 OVAL 741-002, 23 czerwca 1972, taśmy z Białego Domu, Muzeum i Bilbioteka Prezydencka Richarda Nixona, Yorba Linda, Kalifornia.
74 Wywiad z R. Helmsem przeprowadzony przez J. Brossa, Biuro Historyczne CIA, 14 grudnia 1982.