Rozdział 1
Początek drogiArmida
Pamiętam, jak od najmłodszych lat często czułam dziwne mrowienie w dłoniach. Wtedy nie wiedziałam, że to coś więcej niż zwykła przypadłość. Dodatkowo moje dłonie prawie zawsze były zimne.
Bardzo długo wydawało mi się, że to tylko zwykłe problemy z krążeniem krwi w organizmie. Do czasu. Był epizod, gdy miałam około siedmiu lat.
To właśnie wtedy po raz pierwszy zdarzyło mi się....coś niezwykłego. To właśnie wtedy po raz pierwszy udało mi się, w sposób niekontrolowany, użyć... zdolności leczenia dotykiem. Wyleczyłam wtedy drobną rankę, którą miał ktoś z moich bliskich, wyłącznie dotykając jej ręką.
Od tamtego czasu minęło już prawie czternaście lat... a ja dalej nie wiedziałam, jak to się wtedy stało, bo to było zupełnie bez mojej kontroli. Przez czternaście ostatnich lat takie coś zdarzyło mi się jeszcze tylko dwa razy, znowu bez mojej kontroli. I od czternastu lat zastanawiałam się, czy ja w ogóle jestem w stanie jakkolwiek to kontrolować, czy to już zawsze będzie się działo tak samo z siebie w najmniej oczekiwanym momencie.
Jednak lata mijały, a odpowiedź nie nadchodziła. A ja za dwa miesiące kończyłam dwadzieścia jeden lat. I miałam wrażenie, że jeżeli teraz nie poznam odpowiedzi na swoje pytania to nie poznam ich już nigdy.
Wiedziałam jednak, że sama ich nie poznam. Ktoś w poszukiwaniu tych odpowiedzi musiał mi pomóc. I ja już nawet wiedziałam, kto mógłby to być.
Była u nas w mieście taka kobieta; mieszkająca na skraju lasu starsza zielarka imieniem Faustyna. Niektórzy nazywali ją wiedźmą; u niektórych wzbudzała strach. Ja jednak nie bałam się jej zupełnie, nawet już kilkukrotnie z nią rozmawiałam i wydała mi się uroczą osobą.
Podejrzewałam, że jeżeli ktoś będzie znał odpowiedzi na moje pytania to będzie to właśnie ona. Postanowiłam więc niezwłocznie do niej pójść. Choć droga była nieco przydługa, ja mieszkałam bowiem w centrum miasta, ona na skraju lasu a więc na absolutnych peryferiach.
A ja szłam tam na pieszo, bo samochodem dojechać się nie dało. Miałam niezwykłe szczęście, że pomimo zimowej pory roku o tej porze dnia było jeszcze stosunkowo jasno. Cóż..."Uroki" tego, że przyszłam na świat zimą, akurat w dzień przesilenia zimowego, musiały być...Chociażby takie, że im bliżej było do moich urodzin tym wcześniej na dworze robiło się ciemno i zimno.
Miałam jeszcze o tyle wiele szczęścia, że śnieg nie padał. Bo z padającym z nieba białym puchem ta podróż mogła być miliard razy trudniejsza. W końcu jednak po kilku godzinach podróży na piechotę dotarłam na skraj lasu.
Szybko zlokalizowałam chatkę Faustyny i skierowałam się pod nią. Była to stara, drewniana chatka porośnięta mchem, do której przylegał ogród w którym Faustyna hodowała zioła lecznicze na różne napary i inne takie. Sama chatka zaś pozbawiona była jakichkolwiek nowoczesnych udogodnień...No może oprócz łazienki.
Zapukałam do drzwi i...czekałam. Na szczęście jednak niedługo, bowiem już po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich Faustyna. Kobieta miała pokryte siwymi kosmykami włosy, splecione w grube warkocze, jej twarz zdobiły już liczne zmarszczki, ale oczy były wciąż błyszczące i pełne życia.
Ubierała się w tradycyjne, długie stroje z naturalnych materiałów, które to stroje sama sobie szyła. Na szyi nosiła amulet ziołowy, a na palcach pierścienie z naturalnymi kamieniami. Nosząc amulety, bransoletki i naszyjniki z naturalnych materiałów i ziół, Faustyna emanowała silną energią związaną z naturą.
Jej twarz odzwierciedlała doświadczenie i wewnętrzną siłę. Miała łagodny uśmiech, ale jednocześnie w oczach widać było głęboką tajemnicę i mądrość. Na drewnianej lasce, której używała do spacerowania, znajdowały się wyryte rzeźby przedstawiające rośliny.
W ręku trzymała prawie zawsze zielarski kosz pełen ziół. Wokół Faustyny unosiła się za każdym razem aura tajemnicy, jakby była w jedności z naturą i magią. Jej postawa i ruchy były powolne i pewne, emanując spokojem i zrozumieniem dla sił przyrody.
- Dzień dobry, Faustyno. - powiedziałam radośnie uśmiechając się do "babuni" jak to lubiłam na nią mówić.
- Dzień dobry, dzień dobry kochanie. Nie spodziewałam się ciebie dziś, ale wiesz, że kto jak kto ale ty jesteś u mnie zawsze mile widziana. Wejdź, wejdź, prędziutko. Ciemno się robi i zimno, nie będziesz na zewnątrz stała, przeziębisz się jeszcze.
Weszłam więc do chatynki. We wnętrzu, jak to w chacie zielarki, wszędzie było pełno ziół. Było też palenisko, dzięki któremu zimą w środku było ciepło.
I był też kot. Dachowiec przygarnięty przez Faustynę przed laty imieniem Heban. Pasowało to do niego, nie ukrywajmy, bowiem to urocze kocisko było całe czarne. Jedynie oczy miał zielone.
I pewnie stąd również nazywali Faustynę wiedźmą i czarownicą bo przecież to właśnie takowym przeważnie towarzyszyły czarne koty. Jednak Hebek, jak lubiłam zdrabniać jego imię, nie był taki straszny jak go malowali. Bardzo lubił wskakiwać na moje kolana, gdy tylko odwiedzałam Faustynę i nieustannie dopraszał się o głaskanie.
Tak też było i tym razem. Kiedy tylko ja i Faustyna usiadłyśmy przy palenisku to Hebek natychmiast podszedł do mnie, wgramolił mi się na kolana i zaczął miauczeć domagając się pieszczot. Nie potrafiłam mu odmówić toteż moja ręka bardzo szybko zaczęła przesuwać się po kocim grzbiecie.
W tym samym czasie odezwałam się do Faustyny mówiąc
- Wiesz, co? Mówiłam Ci kiedyś o moich niekontrolowanych epizodach leczenia ludzi dotykiem, prawda?
- Tak, kochanie, tak. Wspominałaś.
- No właśnie. I dalej mnie zastanawia, dlaczego potrafię to robić. I czy to jest jedyne, co potrafię robić...Czy drzemią we mnie jeszcze jakieś moce... i przede wszystkim czy one muszą pozostać niekontrolowane już na zawsze czy jestem w stanie nauczyć się używać ich kiedy tylko zechcę...
- Cóż...To jest faktycznie interesujące. Zwłaszcza, że wspominałaś mi, że w twojej rodzinie nikt inny tego nie potrafi. Tak więc musi to być jakaś twoja cecha indywidualna. Jeżeli zechcesz mogę spróbować pomóc Ci to zrozumieć, jednak nie mogę obiecać, że to się uda bo to jest chyba pierwszy raz w moim długim życiu, gdy widzę taki przypadek.
- Rozumiem...Ale i tak dziękuję za chęć pomocy.
- Wiesz, kochanie. Ty urodziłaś się w przesilenie zimowe, prawda?
- Tak. Dokładnie dwudziestego drugiego grudnia dwa tysiące trzeciego roku.
- Hm... I wiesz, co? Ja myślę, że to może mieć dużo wspólnego z twoimi zdolnościami. Bowiem temu dniu, właśnie dniu przesilenia zimowego, już starożytni przypisywali magiczną moc, więc osoby urodzone w tym dniu też uważali za obdarzone pewną magią, przychylnością odpowiednich Bogów, w zależności od kultury.
- I Myślisz, Faustyno, że moja data urodzenia ma z tymi moimi dziwnymi mocami coś wspólnego?
- Cóż, kto wie...
- A jest jakiś sposób, aby dowiedzieć się tego na pewno? I znaleźć odpowiedzi na resztę moich pytań?
- Cóż...Mam pewną znajomą w Kanadzie, jest jasnowidzką i też ma pewne parapsychologiczne zdolności. Mogę ją tu ściągnąć aby ona fachowym okiem spojrzała na to wszystko, na ciebie w sensie. Może ona będzie znała odpowiedź. Jednak jak wiesz nie mam tutaj nowoczesnych technologii, z przyjaciółką komunikuję się jedynie listownie. A i ściągnięcie jej tutaj może trochę zająć. Alternatywnie to ty możesz polecieć do niej do Kanady i sama ją o to wszystko spytać.
To była ciężka decyzja. Oba warianty miały przecież zarówno swoje plusy jak i minusy. Głównie czasowo-logistyczne.
Po chwili powiedziałam jednak do Faustyny
- Dobra. Powiedz no mnie wszystko o tej Jasnowidzce. Jak ma na imię, ile ma lat, gdzie mieszka, a sama ją w tej Kanadzie znajdę choćbym rok miała szukać!
- Cóż, będziesz musiała pokierować się do miasta Wolstenholme daleko na północ Kanadyjskiej prowincji Quebec. Gdy już tam będziesz to po prostu spytaj miejscowych o Elorę Simon, można powiedzieć że jest dość znana, więc adres zdobędziesz łatwo.
- No dobra. Dziękuję za radę.
Rozdział 2
Podróż w nieznaneArmida
Stałam przed okienkiem na lotnisku, trzymając w dłoni bilet, który miał odprowadzić mnie w podróż, otwierając drzwi do nieznanych mi światów i prowadząc do odpowiedzi na pytania, które od dawna dręczą moje myśli. Chowając swoje blond kosmyki w kaptur kurtki czekałam na swój samolot. W końcu przyleciał i, po odbyciu całej odprawy, mogłam wsiąść na pokład i zacząć podróż w nieznane.
Byłam mimo wszystko nieco zestresowana, to była bowiem moja pierwsza samodzielna podróż w życiu. Sama podróż samolotem z Poznania do Montrealu miała trwać ponad jedenaście godzin. A jeszcze z Montrealu musiałam dotrzeć do Wolstenholme, również samolotem, co miało trwać kolejne prawie sześć i pół godziny.
Miałam więc spędzić w podróży ponad siedemnaście godzin! Miałam jednak nadzieję, że odpowiedzi na moje pytania będą tego warte.
Swoimi oczami, o bardzo nietypowym odcieniu niebieskiego, który wszyscy zawsze komentowali, wpatrywałam się w okno samolotu. Świat z tej wysokości wyglądał niesamowicie, wszystko wydawało się być takie maleńkie.
W końcu po ponad jedenastu długich godzinach zakończyłam pierwszy z etapów swojej podróży. Dotarłam do Montrealu. Teraz pozostawało mi jedynie dotrzeć do Wolstenholme...
A to mogło być trudne, bo tutaj już śnieg sypał na całego, nie to co u mnie w kraju! Byłam tym lekko poddenerwowana, bo to mogło wydłużyć moją podróż. Zwłaszcza, że wydawało mi się, iż z każdą sekundą sypie coraz mocniej.
- Ech! Że też musiałam do Montrealu trafić w środku jakiejś śnieżycy stulecia! I weź tu leć na północ prowincji, gdzie na północy jeszcze zimniej, więc pewnie sypie jeszcze gorzej, drogi pewnie zasypane, w dodatku pewnie dotrę tam po zmroku i wyjdzie na to, że w nieskończoność tej jasnowidzki będę szukać! - wyraziłam werbalnie swoją frustrację. Jednak nie miałam innego wyboru. Kupiłam więc szybko bilet na najbliższy samolot lecący do Wolstenholme i gdy ów samolot nadleciał po prostu do niego wsiadłam i ruszyłam dalej.
Te sześć i pół godziny ciągnęło mi się w nieskończoność, dodatkowo cały czas denerwowała mnie śnieżyca, która cały czas przybierała na sile. W takich warunkach to równie dobrze w ogóle mogłam nie dotrzeć do celu. Miałam nadzieję, że ta jasnowidzka naprawdę da mi odpowiedzi na wszystkie pytania i będę mogła szybko wrócić do kraju.
W końcu lot skończył się. Wysiadłam z samolotu. Niestety śnieżyca dalej trwała w najlepsze.
- No. To teraz tylko znaleźć tę jasnowidzkę... Elora Simon...Mam nadzieję, że szybko pójdzie.
Akurat przechodził ktoś miejscowy, toteż spytałam grzecznie, gdzie panią Elorę znajdę... I dostałam odpowiedź jakiej nie oczekiwałam. Choć oczekiwać powinnam, bo miasto znajdowało się w górach kurczaki... A szanowna Pani mieszkała na nierównym terenie, na klifach tam gdzie morze zbiegało się z lądem.
Ale podobno nawet jeśli uda mi się tam dojść to nie było pewne, czy uda mi się z nią pogadać, bo jako najlepsza jasnowidzka w tej części kraju była podobno obłożona wizytującymi ją ludźmi, którzy prosili o pomoc w rozwiązaniu problemów, dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku!
- Biednemu zawsze wiatr w oczy! Zawsze! Przyleciałam załatwić jedną sprawę to miesiąc będę tu siedzieć, żeby w ogóle się do szanownej pani jasnowidzki dostać! Ale skoro już tu przyleciałam to przecież nie zrezygnuję!
Znowu wyraziłam swoją frustrację drogą werbalną. Ale na szczęście nikt tego nie słyszał. Miałam jednak inny problem.
Teraz bowiem oprócz śniegu zaczął... wzmagać się wiatr.
- No co jest?! Co za anomalia pogodowa mi się trafiła do jasnej anielki?!
Pomimo tego, że świat jakby sprzysiągł się przeciwko mnie w tej podróży postanowiłam iść dalej i szukać. W końcu dotarłam do jakiejś chatynki otoczonej klifami, położonej na terenie, gdzie zbiegały się może i ląd.
- Dobra. Miejmy nadzieję, że pani Elora jest w domu...
To powiedziawszy zapukałam do drzwi i...czekałam. W końcu otworzyły się. Stanęła w nich kobieta. Była dokładnie w wieku Faustyny, czyli starsza...ale nie było po niej tego widać!
Była to kobieta szczupła, z delikatnymi rysami twarzy, wyglądająca na osobę dojrzałą, ale jednocześnie emanującą spokojem.
Jej włosy miały jasnokasztanowy kolor, sięgały jej do ramion, nosiła je po prostu jako rozpuszczone lekkie fale. Cerę miała naturalnie jasną, delikatnie jednak opaloną przez wieloletnie przebywanie na słońcu. Zaś jej oczy, którymi lustrowała mnie od góry do dołu gdy tylko otworzyła mi drzwi, były intensywnie zielone, z nutą tajemniczości. Nosiła też lekkie "szaty" o stonowanych kolorach, które pasowały do atmosfery miejsca, w którym mieszkała. Jej sylwetka i wyraz twarzy wydawały mi się lekko się enigmatyczne.
- Pani Elora Simon? - spytałam z lekka niepewnie.
- Tak, tak. Kochana. We własnej osobie. Wiedziałam, że przyjdziesz, wszystkie znaki na niebie i ziemi mi o tym mówiły. Ale teraz poczekaj proszę chwilkę, bo jestem zajęta. Ale rozgość się, rybeńko. Przyjaciele Faustyny to również moi przyjaciele. Jak tylko skończę rozmowę, którą aktualnie prowadzę; i być może jeszcze jedną, chyba że się inaczej dogadacie, to już do ciebie idę... - powiedziała to wszystko na jednym wdechu, więc zaczęłam wierzyć w to, że musi być naprawdę zapracowana... Po chwili zniknęła za drzwiami jednego z pomieszczeń chatynki. Ja zaś usiadłam sobie wygodnie na kanapie w "korytarzyku".
Poza mną siedziała tam jeszcze dwójka ludzi, chyba para; którzy też najprawdopodobniej czekali na rozmowę z jasnowidzką. Pewnie byli tu prędzej niż ja, a więc postanowiłam dać im pierwszeństwo. A przy okazji postanowiłam im się co nieco przyjrzeć.
Mężczyzna był w wieku około 45 lat, co sprawiało, że w mojej opinii emanował dojrzałością i pewnością siebie. Był wysoki i szczupłi, a postawa sugerowała pewną elegancję i zdecydowanie. Miał gęste, krótkie czarne, choć delikatnie już podsiwiałe włosy, które dodawały mu pewnego uroku. Jego spojrzenie było inteligentne, głębokie, a oczy wydawały się być barwy niebiesko-szarej. Ubierał się z widoczną klasą, nosząc eleganckie ubrania, które podkreślały jego domniemaną przeze mnie pewność siebie.
Kobieta zaś, jego towarzyszka, miała na moje oko około 40 lat, nie brakowało jej więc pewnej dojrzałości ale też jakiegoś takiego wdzięku. Była kobietą o zgrabnej sylwetce, która emanowała w mojej opinii pewnością siebie. Miała długie, ciemne włosy, które zdobiły jej twarz układając się w delikatne fale.
Jej skóra była jasna, co podkreślało jej naturalną urodę. Posiadała wyraziste rysy twarzy, które nadawały jej enigmatycznego wyglądu. Jej oczy były koloru brązowego, co dodawało jej uroku i tajemniczości.
Styl ubierania miała równie elegancki co jej towarzysz, ale z nutą nonszalancji, co podkreślało jej domniemany przeze mnie silny charakter.
Mimo tej wewnętrznej pewności siebie, którą dało się od nich wyczuć, teraz wydawali się zdenerwowani i to chyba jeszcze bardziej niż ja w trakcie całego długiego siedemnastogodzinnego lotu. Postanowiłam więc, dla rozluźnienia atmosfery po obu stronach, wdać się z parą w miłą pogawędkę.
- Witam, jestem Armida Przyleciałam z Polski do Kanady pierwszy raz w życiu, jestem tu z polecenia przyjaciółki, bo muszę skonsultować z panią Elorą pewną...pewną sprawę. A państwo?
- Miło poznać, Prince jestem, a to moja partnerka, Ligia. My akurat tutejsi, nie pierwszy raz u Elory, ale też chcieliśmy skonsultować z nią pewną ważną dla nas sprawę. - powiedział do mnie mężczyzna, a jego partnerka tylko przytaknęła.
Wydawali się bardzo sympatyczną parą. Nie chciałam jednak wnikać w szczegóły ich wizyty, wydawało mi się bowiem, że to mogło być coś bardzo osobistego, a ja nie byłam taka, żeby nos w cudze sprawy wtykać. Pozwoliłam sobie tylko na jedno pytanie
- A który to już raz tutaj jesteście? Bo coś wspomniałeś, że nie pierwszy...
- Ja wiem? Z dwudziesty? - odparł krótko Prince. Teraz jeszcze bardziej stwierdziłam, że nie powinnam pytać...
Rozdział 5
Pierwszy krok na ścieżce do harmoniiArmida
Śnieżny poranek w Montrealu przywitał mnie niewypowiedzianym spokojem, gdy postanowiłam, że nadszedł czas na odkrywanie potencjału, który tkwił gdzieś głęboko w moim wnętrzu. Prince powiedział kilka dni temu, że skontaktuje się ze swoją przyjaciółką, która być może będzie w stanie pomóc mi w treningu. I tego właśnie dnia powiedział
- Dobra, przyjaciółka powiedziała mi, że chętnie z tobą pogada na temat twoich zdolności, ale nic nie obiecuje.
- No i świetnie.
- Ale powiedz mi jeszcze tylko, bo prosiła aby spytać...jesteś bardzo religijna?
- Eh...Nie, jakoś nie bardzo, w sensie wiesz... wierząca jestem...ale nie jakoś tak fanatycznie. A co to ma do rzeczy?
- Bo można powiedzieć, że styl życia mojej przyjaciółki...nie wszystkim osobom wierzącym się podoba...
Zaciekawiło mnie to, więc postanowiłam spytać
- Tak? A to dlaczego?
- Cóż...nie mogę ci powiedzieć. Jak się z nią spotkasz to sama się zorientujesz.
- No okej, czaję. A jak owa przyjaciółka ma na imię? I gdzie mieszka?
- Ma na imię Willow, mieszka tu niedaleko. Kilka minut drogi.
Poszliśmy więc. I rzeczywiście, po kilku minutach drogi doszliśmy do jakiejś...niewielkiej chatynki. Wyglądała ona z pozoru zwyczajnie.
Jedynym, co ją odróżniało od innych w otoczeniu był znak na drzwiach. Kojarzyłam ten znak. Była to Triquetra[1].
-Ech...Prince?
- Tak?
- Willow jest Wiccanką, prawda?
- Ta. Jak zgadłaś?
- Symbol na drzwiach znajomy.
- Cóż. W środku tych symboli jest więcej... W tym jeden katolikom kojarzący się...niezbyt dobrze, tak to nazwijmy, choć całkowicie niesłusznie, bowiem jego pierwotne znaczenie było niegroźne całkiem.
- Masz na myśli pentagram? Z tego, co wiem w niektórych Wikkańskich tradycjach pojawia się wiara w pięć klasycznych żywiołów, jednakże w przeciwieństwie do antycznej Grecji, są one postrzegane symbolicznie, nie dosłownie - innymi słowy, są to reprezentacje faz materii. Pięć żywiołów może być przywoływane poprzez magiczne rytuały, przy użyciu magicznego kręgu. Są nimi - powietrze, ogień, woda, ziemia i eter; akaśa, "tchnienie" albo "duch", jednoczący pozostałe cztery. Pojawiało się podobno na przestrzeni wieków wiele analogii by wytłumaczyć koncepcję pięciu elementów - na przykład, wiccanka Ann-Marie Gallagher objaśniała posługując się metaforą drzewa, składającego się z ziemi na której rośnie i z materii której składają się części stałe, wody- żywica i wilgoć, ognia- poprzez fotosyntezę, powietrza-przetwarzanie dwutlenku węgla na tlen), zaś wszystkie cztery są zjednoczone duchem. W tradycji gardneriańskiej dodatkowo; jak czytałam, każdy z żywiołów został połączony z kierunkiem głównym na kompasie - powietrze ze wschodem, ogień z południem, woda z zachodem, ziemia z północą, zaś duch, ze środkiem. Jednak niektórzy wiccanie, jak Frederic Lamond, twierdzili, że powiązanie żywiołów z kierunkami świata jest właściwe tylko dla południowej Anglii, w której Wicca ewoluowała, jak również, że każdy wiccanin powinien samemu dokonać dopasowania, które najlepiej oddaje charakterystykę jego regionu. Mieszkaniec wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej powinien kojarzyć wodę raczej ze wschodem, Atlantykiem, niż zachodem. Inne grupy dokonują zgoła jeszcze innych połączeń - Clan of Tubal Cain, Roberta Cochrane'a, prócz odmiennego szeregowania, oddał strony świata i żywioły we władanie różnych bóstw, dzieci Rogatego Boga i Bogini. Pięć żywiołów jest symbolizowane przez pięć kątów pentagramu, najwyraźniejszego symbolu Wicca.
- No, no. Dużo wiesz, młoda. Ale tak. Masz rację. W domu Willow na ścianie jest wymalowany pentagram. Ale dla Wiccan ten znak nie jest symbolem zła, tylko łączności z naturą, z początkami.
- Aha... Opowiedz mi coś więcej.
- Wielu wiccan wierzy w magię, lub inną siłę, którą można manipulować poprzez czarostwo lub zaklęcia Wielu wiccan zgadza się z definicjami oferowanymi przez magów ceremonialnych, jak Crowley, twierdzący, że magia jest "nauką i sztuką czynienia zmian w zgodzie z wolą", czy MacGregor Mathers, zakładający, że jest ona "nauką kontroli sekretnych sił przyrody". Wielu wiccan uważa, że magia jest prawem przyrody, niedocenionym i niezrozumiałym przez współczesną naukę, i jako taką nie uważają jej za ponadnaturalną, lecz jako część "niezwykłych mocy ulokowanych w naturze", jak twierdził Leo Martello. Niektórzy wiccanie wierzą, że magia jest po prostu pełnym użyciem wszystkich pięciu zmysłów, dającym zaskakujące rezultaty, podczas gdy inni nie zarzekają się, że magia działa, ponieważ widzieli ją w akcji.
- Aha... I dlatego mówiłeś, że Willow może pomóc mi w treningu, ale nic nie obiecuje?
- Tak.
- Ehe... Mów mi dalej, zainteresowałeś mnie.
[1] Jul (ang. Yule, Yuletide) - święto zimowe, kojarzone z przesileniem zimowym, obchodzone w północnej Europie od czasów starożytnych. Po przyjęciu chrześcijaństwa, święto znane było pod nazwą "Boże Narodzenie", stanowiąc połączenie tradycji i symboliki Jul z nałożoną na całość historią narodzin Jezusa z Nazaretu. Tradycje Jul obejmują przystrajanie jodły, kładzenie w palenisku odpowiednio przygotowanej kłody drewna, wieszanie w domostwach jemioły i ostrokrzewu, dawanie prezentów oraz ogólnie rozumiane świętowanie.
[2] Koło roku - osiem świąt wikańskich, tzw. sabatów, związanych z porami roku. Gardnerianie, aleksandryjczycy oraz wikanie eklektyczni świętują osiem sabatów, podczas gdy grupy związane z "Tradycyjnym Czarostwem" (ang. Traditional Witchcraft), takie jak Clan of Tubal Cain, obchodzą tylko cztery sabaty, zaś jeszcze inne, jak kornwalijska Ros an Bucca obchodzą sześć. Cztery sabaty wspólne dla wszystkich grup to większe sabaty - są to dni "w pół drogi" między przesileniami i równonocami. Ich korzenie leżą w festiwalach organizowanych przez Celtów oraz inne ludy Europy. Margaret Murray, w książkach "Kult wiedźm w zachodniej Europie" (ang. The Witch-Cult in Western Europe; 1921) oraz "Bóg wiedźm" (ang. The God of the Witches; 1933), w których rozważała hipotezę pierwotnego kultu wiedźm, zauważyła, iż opisywane cztery święta przetrwały chrystianizację i były obchodzone przez pogańskie kulty Europy. Konsekwentnie, kiedy wicca była rozwijana od początku lat 30. do 60. XX wieku, wiele ze wczesnych grup, jak Clan of Tubal Cain Roberta Cochrane'a, czy kowen Bricket Wood Geralda Gardnera zaadaptowało wspomniane przez Murray praktyki. Gardner dodatkowo posłużył się angielskimi nazwami świąt: "cztery wielkie sabaty to Candlemas, May Eve, Lammas oraz Halloween". Cztery pozostałe mniejsze sabaty, zwane też "dniami ćwierciowymi" (ang. quarter days), przypadają na przesilenia i równonoce. Po raz pierwszy celebrował je kowen Gardnera w 1958 roku, nim zostały przyswojone przez inne koweny tej tradycji, a następnie inne tradycje jak wicca aleksandryjska i wicca dianiczna. Nazwy tych świąt są powszechnie używane dzisiaj i pochodzą w większości z wierzeń Germanów i Celtów. Ich wygląd nie jest, w większości tradycji, próbą rekonstrukcji dawnych zwyczajów, a raczej czerpaniem z form uniwersalistycznych. Dlatego też rytuały mogą zawierać w sobie elementy zarówno święta, którego nazwę przyjmują, jak i całkowicie niezwiązane elementy kultur obcych.