Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - Ian C. Esslemont

-
Proszę czekać

Dramatis personae

Szczęście Pani

Kyle: praw­dziwe imię Kylar­ral-ten, pocho­dzi z Baelu na połu­dnie od Assail

Tulan Orbed: kapi­tan Szczę­ścia Pani

Reuth: nawi­ga­tor statku, bra­ta­nek Tulana

Sto­rval: pierw­szy ofi­cer

Gren: ster­nik

Na północy

Orman: syn Ormana Bre­gina

Stary Niedź­wiedź: legen­darny czło­wiek z gór

Keth i Kas­son: bra­cia Red­di­no­wie

Ger­run: znany też jako Krótka Goleń

Król Ronal: znany też jako król Ronal Bękart

Lotji Bain: bra­ta­nek Jor­gana Baina

Z Włości Krwi Lodu

Mówiący

Buri: legen­darny sta­rzec z klanu

Jaochim: pan klanu

Yrain: pani klanu

Vala: sio­stra Yrain

Jass: syn Vali

Ber­nal Ciężka Ręka: sługa klanu albo straż­nik ogni­ska domo­wego

Piętowie

Cull Pięta: znany też jako Cull Dobry

Yul­lveig: żona Culla, znana też jako Yul­lveig Wojow­ni­cza

Erta: córka Culla i Yul­lveig

Baran: syn Culla i Yul­lveig

Poszukiwacze złota nadciągający drogą lądową

Mar­sza­łek Cyra­neczka: lethe­ryj­ski ary­sto­krata

Enguf Sze­roki: gena­bac­kań­ski pirat

Malle z Gris: mala­zań­ska ary­sto­kratka

Hol­den z Cawn: użyt­kow­nik magii wła­da­jący Serc

Alca z Kota: użyt­kow­niczka magii wła­da­jąca Telas

Poszukiwacze złota nadciągający drogą morską

Morski Atak

Burl Tar­din: kapi­tan

Whel­len: pierw­szy ofi­cer

Gaff: drugi ofi­cer

Srebrny Świt

Jute Her­nan: kapi­tan

Ieleen: nawi­ga­torka, żona Jute'a

Lur­jen: ster­nik

Buen: pierw­szy ofi­cer

Letita: zbroj­mi­strzyni

Dulat: mary­narz

Nieustępliwy

Tyvar Gen­da­rian: dowódca Nie­bie­skich Tarcz i Śmier­telny Miecz Togga

Haagen Van­tall: zarządca Nie­bie­skich Tarcz

Utkany Szmatami

Car­the­ron Crust: kapi­tan

Oro­thos: pierw­szy ofi­cer

Błagalnik

Tim­mel Oro­senn: znana też jako pro­to­plastka, wład­czyni wyspy Umryg

Vel­mar: kapłan i sługa pani Oro­senn

T'lan Imassowie

Kerluhma

Ut'el Anag

Lanas Tog: rzu­ca­jąca kości

Ifayle'a

Tolb Bell'al: rzu­ca­jący kości

Krona

Pran Chole: rzu­ca­jący kości

Karmazynowa Gwardia

K'azz D'Avore: dowódca

Blask: prawa ręka dowódcy

Blues: nowy kapi­tan Dru­giej Kom­pa­nii

Krata: znany też jako Żela­zna Krata, daw­niej z Czwar­tej Kom­pa­nii

Cze­piec: wielki mag i mistrz skry­to­bójca

Gwynn: mag

Pła­tek: mag

Czarny Star­szy

Czarny Mniej­szy

Sept

Cole

Amatt

Chuda

Stępka

Tur­gal

Czwarta Kompania Karmazynowej Gwardii

Cal-Brinn: kapi­tan i mag

Jup Alat: porucz­nik

Waw­rzyn

Leena

Z Pozdrowień Maela

Ghe­lath Keer: kapi­tan

Havvin: pilot statku

Levin: uczeń pilota

Inni

Srebrna Lisica: "Wzy­wa­jąca", stwo­rzona, by poło­żyć kres woj­nom T'lan Imas­sów

Luthal Canar: przed­sta­wi­ciel domu han­dlo­wego Canar z Letheru

Lyan: tar­czow­niczka z pół­noc­nej Gena­bac­kis

Dor­rin: wygnany król Anklos, pod­opieczny Lyan

Rybak kel Tath: bard, który wiele podró­żo­wał

Jethiss: roz­bi­tek Tiste Andii

Kilava: sta­ro­żytna żyjąca rzu­ca­jąca kości Imas­sów

Mgła: cza­ro­dziejka

Gniew i Szał: syno­wie Mgły

Shar­ro­wie: rodzina magów

She­ero­wie: rodzina magów

Giana Jalaz: była porucz­nik w armii mala­zań­skiej

Prolog

Północne terytoria nowej krainy Ogarniętej jaghuckimi wojnami Siódme stulecie Dwunastej Kampanii Lamatathańskiej 33421 lat przed snem Pożogi

Kobieta bie­gła mia­ro­wym, nie­śpiesz­nym kro­kiem. Oddy­chała powoli, wcią­ga­jąc powie­trze przez usta i wypusz­cza­jąc je przez sze­ro­kie noz­drza. Przód i tył jej koszuli z koź­lej skóry pociem­niały od potu, a moka­syny ude­rzały bez­gło­śnie o kamie­nie oraz poła­cie odsło­nię­tej, piasz­czy­stej gleby. Pra­wie cały dzień bie­gła w górę sze­ro­kiego ska­li­stego stoku, co świad­czyło o jej nad­zwy­czaj­nej sile i wytrzy­ma­ło­ści. Omi­jała wysmu­kłe młode sosny, świerki białe oraz brzozy. Prze­ska­ki­wała nad gła­zami i wdra­py­wała się z wysił­kiem na strome żwi­rowe osy­pi­ska. Wie­działa, że może być szyb­sza od ści­ga­ją­cych, ale ni­gdy się od nich nie uwolni. Mimo to bie­gła dalej.

Zda­wała też sobie sprawę, że dopadną ją, gdy już znużą się pości­giem. Dostrze­gała iro­nię w fak­cie, że to samo roz­pacz­liwe pra­gnie­nie prze­trwa­nia, które nią kie­ro­wało, rów­nież ich skła­niało do nie­ubła­ga­nego pościgu, mimo że już dawno wyrze­kli się życia.

Na­dal jed­nak pięła się w górę. Została jej jesz­cze jedna, roz­pacz­liwa nadzieja. Nie na prze­ży­cie. Wie­działa, że nie ma na nie szans od chwili, gdy ujrzała nie­sa­mo­wite, pra­dawne syl­wetki ści­ga­ją­cych. Pozo­stała jed­nak nie­wielka szansa na zemstę.

Ostre jak noże kra­wę­dzie spę­ka­nych skał kale­czyły jej palce, gdy szu­kała uchwytu, i prze­ci­nały moka­syny. Na ota­cza­ją­cym ją stro­mym osy­pi­sku zima skoń­czyła się nie­dawno. Resztki lodu na­dal utrzy­my­wały się mię­dzy żwi­rem i kamie­niami oraz w cie­niu wyso­kich gła­zów. Widziała też zaspy brud­nego śniegu, nie­mal nie­odróż­nial­nego od żwiru. Chłód wyso­kich gór doda­wał jej wigoru. Wie­działa, że jest cał­ko­wi­cie natu­ralny i nie ma nic wspól­nego z przy­wo­ła­nymi przez magię lodow­cami. Skryła się w sosno­wym gaju i odwa­żyła spoj­rzeć za sie­bie. Na stoku poni­żej nie poru­szało się nic poza małym sta­dem wapiti, kie­ru­ją­cych się ze stu­ko­tem kopyt w dół. Z pew­no­ścią to ona je spło­szyła.

Wie­działa jed­nak, że nie jest tu sama. Ści­ga­jący nie musieli się poka­zy­wać, by ją dogo­nić. Miała jed­nak nadzieję, że pozwolą jej przy­naj­mniej na ten mały gest.

Zza moreny wyło­niła się samotna postać, jakby to ucie­ki­nierka przy­wo­łała ją aktem wła­snej woli. Na nie­wia­ry­god­nie chu­dej syl­wetce łopo­tały wystrzę­pione resztki skó­rza­nego stroju. Ciemne, wysu­szone obli­cze skie­ro­wało się ku niej. Skóra bia­łego niedź­wie­dzia, którą miał na gło­wie i na ramio­nach, była tak samo wysu­szona od wia­tru i upływu lat, jak jej wła­ści­ciel. Oboje patrzyli sobie w oczy przez dzie­lące ich kilka mil, a także przez znacz­nie szer­szą prze­paść mię­dzy nimi.

Tak daleko za mną? -?zadała sobie pyta­nie. Potem zro­zu­miała i natych­miast padła na zie­mię.

Coś ude­rzyło z trza­skiem o skały tuż obok. Krze­mienne odpry­ski, cień­sze niż ostrza noży, prze­biły koźlą skórę i wnik­nęły w ciało pod spodem.

Zerwała się na nogi i znowu popę­dziła w górę. Dotarła do grani odcho­dzą­cej od stoku znacz­nie wyż­szej, wyszczer­bio­nej turni, pię­trzą­cej się ku niebu. Tam zatrzy­mała się zmę­czona. Jej płuca pra­co­wały ciężko, wcią­ga­jąc lodo­wate powie­trze.

Krzyk­nęła, gdy włócz­nia prze­biła nagle jej udo, przy­szpi­la­jąc ją do nagiej kamien­nej powierzchni. Osu­nęła się na skałę i zła­pała za ciemne, gła­dzone drzewce, by je wycią­gnąć. Szkie­le­towa dłoń odtrą­ciła jej rękę.

Zawi­sła nad nią ta sama zmu­mi­fi­ko­wana twarz, która przed­tem przy­cią­gnęła jej wzrok. Spod gni­ją­cego łba bia­łego tun­dro­wego niedź­wie­dzia kie­ro­wały na nią spoj­rze­nie puste, ciemne oczo­doły. Na szyi postaci wisiały naszyj­niki z pożół­kłych pazu­rów -?zapewne pocho­dzą­cych od tego samego zwie­rzę­cia, co futro, a podra­pana skóra zdarta z przed­nich koń­czyn bestii zakry­wała ramiona syl­wetki aż po łapy przy­tro­czone do dłoni wła­ści­ciela. Spod wyschnię­tej skóry tuło­wia ster­czały pociem­niałe od wieku żebra stwo­rze­nia. Pod niedź­wie­dzim futrem były widoczne kawałki koź­lej skóry, powią­zane ze sobą licz­nymi rze­mie­niami. U pasa istoty zwi­sał długi, kre­mo­wo­brą­zowy nóż z łupa­nego krze­mie­nia, o ostrzu owi­nię­tym w skórę.

-?Dla­czego wybra­łaś to miej­sce, Jaghutko? -?zapy­tał Imass.

-?Ucie­kam przed znisz­cze­niem -?odpo­wie­działa gło­sem wysi­lo­nym z tłu­mio­nego bólu.

Po grani zbli­żała się reszta Imas­sów. Kości ich stóp stu­kały o skałę niczym kamie­nie.

-?Jaski­nie na górze, Ut'el -?ode­zwał się jeden z nich, uno­sząc krze­mienny szty­let.

Imass znowu spoj­rzał na nią.

-?Chcia­łaś nas zwa­bić w pułapkę -?oznaj­mił.

-?Skoro tak mówisz.

-?Jestem roz­cza­ro­wany. Ścią­gnę­łaś zgubę rów­nież na swych pobra­tym­ców. - Spoj­rzał na jed­nego z człon­ków grupy. -?Wyślij zwia­dow­ców. Czy jaski­nie są zamiesz­kane?

Imass pochy­lił czaszkę, z któ­rej odpa­dły już spore kawałki ciała i wło­sów.

-?Tak, rzu­ca­jący kości.

Rzu­ca­jący kości! -?zdu­miała się kobieta. Mag albo sza­man ich rasy! Dopro­wa­dze­nie go do zguby z pew­no­ścią byłoby warte wysiłku.

Ut'el ponow­nie spoj­rzał na nią. Wyczu­wała w nim roz­cza­ro­wa­nie.

-?Myśla­łem, że oka­żesz się cen­niej­szym łupem -?wyszep­tał z nie­za­do­wo­le­niem.

-?Podob­nie jak my liczy­li­śmy na war­to­ściow­szych następ­ców.

-?Jedyną miarą war­to­ści jest zwy­cię­stwo, Jaghutko.

-?Jak zawsze zapew­niają sie­bie zwy­cięzcy.

Mar­twiak wzru­szył wymow­nie ramio­nami.

-?Cho­dzi o to, kto będzie ist­niał. My albo wy.

Osu­nęła się na skałę, jakby czuła się cał­ko­wi­cie poko­nana.

-?Masz na myśli eli­mi­na­cję wszyst­kich, któ­rzy nie są wami. To wła­śnie naj­gor­sza wada waszej rasy. Może­cie pozwo­lić żyć wyłącz­nie waszej rodzi­nie, a w naj­lep­szym razie ple­mie­niu.

-?To samo można powie­dzieć o wszyst­kich.

-?Nie­prawda. Po pro­stu nie jeste­ście w sta­nie tego dostrzec.

-?Posłu­chaj, Jaghutko. Surowe prawa natury uczą nas...

Szept Ut'ela umilkł nagle. Imass uniósł twarz, spo­glą­da­jąc w górę stoku.

-?Jak się mają twoi zwia­dowcy, rzu­ca­jący kości? -?zapy­tała, nie potra­fiąc ukryć trium­fal­nego uśmie­chu.

-?Znik­nęli -?odparł i znowu spoj­rzał na nią. -?Tam są inni. -?Potrzą­snął szkie­le­tową głową z podzi­wem, a wyda­wało się jej, że nawet z prze­ra­że­niem. -?Wybacz, Jaghutko -?rzekł. -?Ni­gdy nie przy­szłoby mi na myśl, że jakie­kol­wiek jeste­stwo odwa­ży­łoby się... -?Wycią­gnął krze­mienny nóż. -?Despe­ra­cja ode­brała ci rozum. Dopro­wa­dzi­łaś do zguby nas wszyst­kich, a nawet wię­cej.

-?Tylko odpła­cam wam pięk­nym za nadobne.

Zebrani wojow­nicy Imas­sów wzdry­gnęli się jak uką­szeni i wycią­gnęli cien­kie niczym brzy­twy mie­cze z krze­mie­nia.

-?Kup­cie nam tyle czasu, ile tylko zdo­ła­cie -?rzekł im bez ogró­dek Ut'el, nie odwra­ca­jąc od niej pociem­nia­łej od taniny twa­rzy.

Wojow­nicy pochy­lili głowy.

-?Żegnaj -?odpo­wie­dział jeden z nich. Potem wszy­scy znik­nęli w obło­kach pyłu.

Z wylo­tów jaskiń na górze wypa­dały szare jak kamień syl­wetki, poru­sza­jące się na nogach wypo­sa­żo­nych w stawy w dziw­nych miej­scach, a cza­sami nawet na czte­rech koń­czy­nach.

-?Kusi mnie, żeby zosta­wić cię na ich pastwę, ale Imas­so­wie nie są okrutni -?oznaj­mił Ut'el.

-?Tak wła­śnie tłu­ma­czy­cie się już od stu­leci. Szczę­śli­wie się składa, że Jaghuci nie są skłonni do osą­dów.

Szarp­nęła się do tyłu, jed­nym ruchem wyszarp­nęła grot i spa­dła ze skal­nej półki z włócz­nią w dłoni.

Ude­rzył mie­czem, ale chy­bił. Zle­ciała z wąskiej półki i runęła w głę­boką na tysiąc stóp prze­paść.

-?Zosta­wiam cię... -?zawo­łała jesz­cze, nim znik­nęła mu z oczu.

-?Na ich pastwę, Ut'elu Anag, rzu­ca­jący kości T'lan Imas­sów Ker­luhma - dokoń­czył za nią, po czym odwró­cił się ku wyso­kiemu sto­kowi.

Szara fala istot pochło­nęła już jego wojow­ni­ków i teraz zmie­rzała ku niemu.

W tej wła­śnie chwili, którą uwa­żał za swą ostat­nią, uniósł miecz ku twa­rzy. Przy­glą­dał się chmu­rom, odbi­ja­ją­cym się w faset­kach łupa­nego krze­mie­nia niczym zmarszczki na gład­kiej tafli jeziora.

Nie. To jesz­cze nie koniec. Przy­się­gam.

Wkro­czył do kró­le­stwa Tel­lann w tej samej chwili, w któ­rej pierw­sze chciwe dło­nie zaci­snęły się w miej­scu, gdzie nie­dawno się znaj­do­wał.

Hel'eth Jal Im (Pogrom Białego Rogacza) Pięćdziesiąta Pierwsza Wojna Jaghucka 6031 lat przed snem Pożogi

Stoki opa­da­jące ku brze­gowi morza pokry­wał wiecz­nie zie­lony las. Przy­brzeżne ptaki polo­wały na kraby i chrząsz­cze w base­nach pły­wo­wych i na pokry­tych czar­nym pia­skiem pla­żach. Więk­sze ptaki dra­pieżne sie­działy na gałę­ziach i na skal­nych wypię­trze­niach, obser­wu­jąc uważ­nie swych mniej­szych pobra­tym­ców, a także małe rybki pły­wa­jące na pły­ci­znach.

Nad zatoką wisiała poranna mgła. Powie­trze było nie­ru­chome i dźwięki nio­sły się mię­dzy brze­gami po obu stro­nach. Postać, która wyło­niła się spomię­dzy pokry­tych wodo­ro­stami gła­zów, paso­wała do tej sce­ne­rii. Z wyschnię­tych, zmu­mi­fi­ko­wa­nych bar­ków i bio­der opa­dały strzępy skó­rza­nego stroju. Ciem­no­brą­zowy krze­mienny miecz zwi­sał ze sple­cio­nego nie­zgrab­nie z krę­co­nych wło­sów pasa ota­cza­ją­cego pozba­wioną ciała talię. Na gło­wie, na któ­rej odsło­nięta, zbrą­zo­wiała powierzch­nia czaszki mie­szała się z kępami strą­ko­wa­tych wło­sów, tkwiła czapka z sza­rej, gar­bo­wa­nej skóry stwo­rze­nia pasu­ją­cego raczej do ską­pa­nej w bla­sku słońca sawanny niż do pół­noc­nego lasu o umiar­ko­wa­nym kli­ma­cie.

Przy brzegu poja­wiały się jedna po dru­giej podobne posta­cie. Zebrały się wokół pierw­szego przy­by­sza. Choć zmu­mi­fi­ko­wane ciała, wła­ści­wie same kości pokryte cienką jak papier powłoką wyschnię­tych tka­nek, utrud­niały okre­śle­nie płci, ta pierw­sza istota była kobietą. Nazy­wała się Shalt Li'gar z T'lan Imas­sów Ifayle'a.

-?Co to za kra­ina? -?zapy­tał jeden z człon­ków grupy, J'arl. W odpo­wie­dzi unio­sła głowę, jakby chciała poczuć zapach ziemi przez odsło­nięte dziury noz­drzy.

-?Nie mam poję­cia -?przy­znała. -?Nie podzie­lono się ze mną żadną rela­cją z tego miej­sca. Ani z tymi, z któ­rymi ja wymie­nia­łam infor­ma­cje.

-?Z pew­no­ścią inni zna­leźli ją przed nami -?stwier­dził kolejny jej towa­rzysz, Guth.

-?I co się z nimi stało? -?zapy­tała w odpo­wie­dzi Shalt, przy­glą­da­jąc się z namy­słem dru­giemu brze­gowi osło­nię­tej zatoki.

Pozo­stałe zmu­mi­fi­ko­wane twa­rze rów­nież zwró­ciły się w tam­tym kie­runku. Wszy­scy umil­kli i zapa­dli w bez­ruch tak głę­boki, że w pew­nej chwili orzeł prze­le­ciał nad ich gło­wami i opadł na wodę, muska­jąc powierzch­nię szpo­nami. Gdy wzbił się w górę, trzy­mał w nich sza­mo­czącą się rybę. Usiadł na gałęzi pobli­skiej, na wpół uschnię­tej jodły i zaczął roz­szar­py­wać posi­łek.

Imas­so­wie obra­cali głowy, śle­dząc trasę lotu ptaka.

-?Dobra wróżba czy zła? -?zapy­tał J'arl, prze­ry­wa­jąc prze­cią­ga­jącą się ciszę.

-?Jeste­śmy pta­kiem czy rybą? -?dodał ktoś inny.

Shalt wska­zała uschniętą ręką na zatokę.

-?Nie tylko ptaki łowią -?oznaj­miła.

Naj­pierw z mgły wyło­niły się dzioby skó­rza­nych czó­łen, wycią­gnię­tych na pas czar­nej żwi­ro­wej plaży, szybko prze­cho­dzą­cej w strome, ska­li­ste zbo­cze pokryte lasem. Spo­mię­dzy drzew wzno­siły się smugi dymu. Shalt obrzu­ciła spoj­rze­niem solidną, zbu­do­waną z kłód budowlę wysoko na stoku. Pro­wa­dzącą w dół ścieżką zbie­gały jakieś posta­cie, uzbro­jone we włócz­nie o kamien­nych gro­tach oraz kamienne maczugi przy­wią­zane do drew­nia­nych uchwy­tów. Miały na sobie brudne, wyszy­wane pacior­kami stroje oraz płasz­cze z nie­wy­pra­wio­nych skór.

-?Ludzie -?zauwa­żył z roz­cza­ro­wa­niem Guth. -?Musimy wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia w głąb lądu.

-?Szkoda, że nie chcą roz­ma­wiać -?zauwa­żył Shalt. -?Poszu­kamy z dala od brzegu.

J'arl wycią­gnął uschniętą rękę, zło­żoną tylko ze ścię­gien i kości.

-?Zacze­kajmy chwilę. Jest tu coś...

Spoj­rzała na niego, prze­chy­la­jąc nad­gry­zioną zębem czasu głowę.

-?Obec­ność?

-?Coś -?powtó­rzył ostroż­nie, jakby nie chciał powie­dzieć wię­cej.

Tubylcy usta­wili się w sze­reg, zagra­dza­jąc im drogę w głąb lądu. Krzy­czeli i potrzą­sali bro­nią. Shalt przyj­rzała się im. Byli znacz­nie żywsi niż ona i jej Imas­so­wie. Mieli wydatne żuchwy i wiel­kie zęby. Wszy­scy wyglą­dali podob­nie, być może wywo­dzili się z niewiel­kiej popu­la­cji wyj­ścio­wej. W daw­nych cza­sach to czę­sto zda­rzało się wśród jej pobra­tym­ców.

Człon­ko­wie jej grupy zaczęli zni­kać jeden po dru­gim, gdy nagle któ­ryś z tubyl­ców wydał okrzyk, który zro­zu­miała.

-?Odejdź­cie stąd, demony z dale­kich stron!

Wszy­scy Imas­so­wie, któ­rzy jesz­cze zostali na miej­scu, odru­chowo wycią­gnęli mie­cze. Tuby­lec krzy­czał w języku Jaghu­tów. Shalt pode­szła bli­żej.

-?Skąd zna­cie ten język? -?zapy­tała w tej samej mowie.

-?Jest nam znany od dawna, demo­nie -?odpo­wie­dział z szy­der­czym uśmie­chem stary męż­czy­zna.

Znany? -?pomy­ślała ze zdzi­wie­niem. Jak to moż­liwe?

-?Ostrze­gano nas przed takimi jak wy -?kon­ty­nu­ował. -?Zabie­raj­cie się stąd. Nie jeste­ście tu mile widziani.

Shalt unio­sła pod­bró­dek. Z jed­nej strony jej żuchwy ciało dawno już odpa­dło. Znowu powę­szyła. Zachwiała się, czu­jąc uno­szącą się w powie­trzu woń. Gdyby nie była z Imas­sów, mogłaby zemdleć, wstrzą­śnięta wyzwa­niem, jakie rzu­cono samemu sednu jej jaźni.

-?Plu­ga­stwo... -?wydy­szał J'arl, wypusz­cza­jąc zimny podmuch.

Nie! -?zawo­łała w myślach Shalt. To ludzie! Nie możemy wkro­czyć na tę ścieżkę! Ona powie­dzie nas ku zagła­dzie!

J'arl ruszył naprzód i Shalt zadzia­łała bez namy­słu. Jej miecz prze­szył krę­go­słup w miej­scu, gdzie szyja łączy się z bar­kami. J'arl osu­nął się na zie­mię, choć wie­działa, że nie skoń­czyła z nim cał­ko­wi­cie.

Wśród zebra­nych na plaży Imas­sów zapa­no­wał chaos. Wszy­scy wal­czyli ze sobą. Krze­mienne mie­czy ude­rzały o sie­bie z gło­śnym trza­skiem. Prze­ra­żone ptaki zerwały się do lotu. Część grupy zgro­ma­dziła się wokół Shalt. Usta­wiła ich w sze­reg, naka­zu­jąc im bro­nić kłę­bią­cych się bez­ład­nie tubyl­ców.

-?Ucie­kaj­cie z plaży! -?zawo­łała do nich, paru­jąc jed­no­cze­śnie ude­rze­nie Gutha. - Ucie­kaj­cie!

-?Nie zdo­łają się ukryć -?zapew­nił Guth, nie prze­sta­jąc jej ata­ko­wać. - Jeśli my ich nie znaj­dziemy, zro­bią to inni.

Jego rów­nież powa­liła. Łkała, ale nie zaprze­stała walki. Towa­rzy­szył jej od wielu lat.

Przyj­rzała się uważ­niej walce i ogar­nęła ją roz­pacz. Napast­nicy znacz­nie prze­wyż­szali liczeb­no­ścią obroń­ców. Nie bez powodu jed­nak uczy­niono ją pierw­szą grupy i wal­czyła dalej, nawet gdy wszy­scy sojusz­nicy padali wokół niej. Wkrótce została sama. Cofała się zasy­py­wana cio­sami, odci­na­ją­cymi kawałki wyschnię­tego ciała z jej koń­czyn i prze­ci­na­ją­cymi zbu­twiałą, nie­wy­pra­wioną skórę okry­wa­jącą ramiona. Znacz­nie prze­ra­stała umie­jęt­no­ściami prze­ciw­ni­ków, pada­ją­cych jeden po dru­gim pod cio­sami jej dwu­ręcz­nego mie­cza o klin­dze tak cien­kiej, że była pół­prze­zro­czy­sta. Obra­cała się i robiła uniki. Zgrab­nie jak zie­lona gałązka.

Wresz­cie otrzy­mała cios w głowę. Ostrze prze­biło poty­licę po pra­wej stro­nie. Choć jej czaszka została roz­trza­skana, Shalt zdo­łała powa­lić ostat­niego z ata­ku­ją­cych, zawo­dząc gło­śno z roz­pa­czy, albo­wiem był to Bruj'el, silny jak byk wojow­nik i kuzyn jej part­nera, któ­rego stra­ciła przed wielu stu­le­ciami.

Zwró­ciła się w stronę ludzi. Czuła, że oży­wia­jący ją duch opusz­cza uszko­dzoną powłokę cie­le­sną. Tra­ciła daną przez Tel­lann zdol­ność widze­nia i stop­niowo ota­czała ją ciem­ność. Wypu­ściła miecz, by wes­przeć się na jed­nej ręce, i wydy­szała swe ostat­nie słowa do przy­glą­da­ją­cych się jej z bojaź­nią ludzi.

-?Ukryj­cie się...

Rozdział I

Kyle sie­dział na swym zwy­cza­jo­wym miej­scu w mary­nar­skiej tawer­nie w Kevil w połu­dnio­wej Kobyle, zasta­na­wia­jąc się nad fak­tem, że jego zapas monet się wyczer­puje i pora zwie­wać z cho­ler­nego zadu­pia, jakim był Korel. Ta kra­ina sły­nęła z wro­go­ści wobec cudzo­ziem­ców. Gdyby miej­scowi zna­leźli ewi­dent­nego obco­kra­jowca takiego jak on, ran­nego na ulicy, wielu zada­łoby sobie trud, żeby go sko­pać i opluć.

Zwłasz­cza że nosił rynsz­tu­nek znie­na­wi­dzo­nych Mala­zań­czy­ków.

Zamó­wił kufel piwa. Po pew­nym cza­sie przy­nie­siono mu go, choć tylko dla­tego, że udo­wod­nił, że ma czym zapła­cić. To jed­nak mogło wkrótce się skoń­czyć. Zapewne mógłby sobie pozwo­lić na krótką podróż przez Cie­śninę Czar­nej Wody do leżą­cego na kon­ty­nen­cie Styggu. Wtedy pozo­sta­łaby mu jedy­nie krótka droga na połu­dnie, przez Wiel­kie Lodowe Pust­ko­wia, do Stra­temu, czyż nie tak? Na to z pew­no­ścią star­czy mu pie­nię­dzy. Zawsze mógł też wstą­pić do koby­lań­skiej mary­narki. Oni przy­naj­mniej szu­kali rekru­tów. Nie przy­ję­liby jed­nak cudzo­ziemca, a już zwłasz­cza cho­ler­nego byłego Mala­zań­czyka, uczest­nika bitwy mor­skiej, w któ­rej wiele sław­nych koby­lań­skich galer puścili z dymem mala­zań­scy najeźdźcy i ich sojusz­nicy.

Popi­jał piwo, prze­kli­na­jąc kata­kań­skiego kapi­tana, któ­rego wyna­jął. Gdy tylko Pięść znik­nął za hory­zon­tem, skur­wy­syn zawró­cił! Powi­nien był przy­sta­wić mu miecz do gar­dła i zmu­sić go do pły­nię­cia na wschód. Zapewne nie zdo­łałby ter­ro­ry­zo­wać całej załogi przez dwa tygo­dnie, ale przy­naj­mniej wydo­stałby się z tej okrop­nej wyspy.

Cier­pli­wo­ści, Kylar­ralu-tenie, synu Tula z Ludu Wia­tru -?powie­dział sobie. Tra­fią się inne oka­zje.

Na Otchłań, może zjawi się tu jakiś cudzo­ziem­ski kupiec, który będzie musiał uzu­peł­nić stan załogi. Zasta­na­wiał się, jak długo będzie musiał na to cze­kać i czy wystar­czy mu pie­nię­dzy, gdy nagle ktoś usiadł na krze­śle naprze­ciwko.

-?Szu­kasz statku -?stwier­dził nie­zna­jomy, krzy­żu­jąc ramiona na piersi.

Miał na sobie płó­cienną koszulę, wystrzę­pioną i poła­taną, oraz spodnie o podob­nym wyglą­dzie. Twarz ogo­rzała mu od wia­tru i słońca, przy­bie­ra­jąc typową dla koby­lań­skich mary­na­rzy ciem­no­brą­zową barwę. U jego pasa wisiał na sznurku utka­nym z wło­sów szty­let o ręko­je­ści z poroża. W ciem­nych oczach męż­czy­zny Kyle dostrze­gał dez­apro­batę i led­wie skry­waną wro­gość, z reguły kie­ro­waną prze­ciwko niemu, ponie­waż krój jego skó­rza­nego stroju, pas, pochwa oraz buty świad­czyły, że jest jed­nym z nie­daw­nych najeźdź­ców.

Ski­nął ostroż­nie głową.

-?Ale bez powo­dze­nia.

-?Repre­zen­tuję Tulana Orbeda, kapi­tana Szczę­ścia Pani. Jest zain­te­re­so­wany tym, co opo­wia­da­łeś o kra­inach leżą­cych na wschód stąd, za Oce­anem Krwa­wej Kobyły.

Twarz i ton męż­czy­zny świad­czyły jed­nak jasno, że on nie podziela tego zain­te­re­so­wa­nia.

-?Te kra­iny leżą tak bli­sko, że Ocean Krwa­wej Kobyły powinno się zwać cie­śniną.

Mary­narz pochy­lił się ku niemu nad okrą­głym sto­li­kiem, wysu­wa­jąc do przodu pokrytą zaro­stem żuchwę.

-?Posłu­chaj, Mala­zań­czyku. Koby­la­nie to naj­lepsi żegla­rze epoki. Gdyby jakiś ląd leżał tak bli­sko nas, już dawno zostałby naszą kolo­nią.

Nie, jeśli masz na myśli ląd, na który pra­gnę dotrzeć, przy­ja­cielu, odpo­wie­dział mu w myśli Kyle. Nie wspo­mniał też o tym, że połą­czone floty Mala­zań­czy­ków i Nie­bie­skich Moran­thów poko­nały Koby­lan i mogłyby mieć coś do powie­dze­nia na temat tego, czyi żegla­rze są naj­lepsi. Pozwo­lił jed­nak sobie tylko na lek­kie wzru­sze­nie ramion.

-?Co ma do powie­dze­nia kapi­tan Tulan Orbed?

Mary­narz odsu­nął się, krzy­wiąc się z nie­za­do­wo­le­niem. Kiedy roz­cią­gnął twarz, bli­zny na jego policz­kach i pod­bródku zro­biły się upior­nie białe.

-?Pra­gnie spo­tkać się z tobą, by o tym poga­dać. Chce, żebyś przy­szedł na pokład.

-?Kiedy?

-?Dziś w nocy. Jutro. Kiedy będziesz miał ochotę -?odpo­wie­dział, powta­rza­jąc obo­jętne wzru­sze­nie ramion Kyle'a.

-?W porządku. W takim razie przyjdę dziś w nocy.

-?Będzie wyma­gał zapłaty, zanim odbi­jemy od brzegu -?ostrzegł go mary­narz, ponow­nie wysu­wa­jąc żuchwę.

Kyle wstał i rzu­cił monetę na blat.

-?To już sprawa mię­dzy mną a twoim kapi­ta­nem.

Opu­ścił tawernę, nie oglą­da­jąc się. Mary­narz nawet nie pró­bo­wał ukry­wać dez­apro­baty. Nie mieli o czym roz­ma­wiać. Ruszył w stronę nabrzeża, czy raczej serii nabrzeży. Prze­ko­nał się, że Kevil, podob­nie jak wszyst­kie mia­sta Koby­lan, jest wła­ści­wie tylko maga­zy­nem i bazą remon­tową dla ich nad­zwy­czaj­nych i ponoć nie­za­ta­pial­nych galer.

Może i nie da się ich zato­pić, ale Moran­tho­wie z pew­no­ścią udo­wod­nili, że można je spa­lić, pomy­ślał.

Szedł po nie­rów­nym bruku głów­nego nabrzeża. Wid­niały na nim kole­iny pozo­sta­wione przez stu­le­cia ruchu pie­szego i koło­wego. Zewnętrzna powłoka wielu kamieni wytarła się, odsła­nia­jąc kre­mo­wo­brą­zowy krze­mień kry­jący się wewnątrz. Choć nad­szedł już wie­czór, a niebo prze­sła­niały chmury, dym oraz mgła, dostrze­gał maja­czące syl­wetki cumu­ją­cych naj­bli­żej stat­ków. Wszyst­kie dum­nie uno­siły galiony wyrzeź­bione na kształt fal, del­fi­nów i oczy­wi­ście nie­unik­nio­nych w tej sytu­acji kobiet.

No cóż... może teraz już nie były takie dumne.

Usły­szał za sobą powłó­cze­nie nogami, świad­czące, że nie­sym­pa­tyczny mary­narz podąża za nim. Rozej­rzał się i wypa­trzył chło­paka wyle­gu­ją­cego się pośród skrzyń i bel. Pod­szedł bli­żej, ale chło­pak zigno­ro­wał go osten­ta­cyj­nie. Kyle odchrząk­nął.

-?Szu­kam Szczę­ścia Pani.

Mło­dzie­niec omiótł Kyle'a leni­wym, posęp­nym spoj­rze­niem. Potem odwró­cił wzrok.

-?Jej pierw­szy ofi­cer jest o rzut noża za tobą.

-?A gdzie jest jego sta­tek?

Chło­pak uśmiech­nął się pogar­dli­wie, skrzy­żo­wał ramiona na piersi i uło­żył się wygod­niej.

Spo­kój, Kyle -?powie­dział sobie. Spo­kój. Warto się na to nara­zić, by wresz­cie uciec z tej kra­iny zaścian­ko­wych igno­ran­tów.

Ruszył przed sie­bie.

Nagle dostrzegł po lewej jakieś poru­sze­nie. Pod­szedł do niego pierw­szy ofi­cer. Kyle posta­no­wił, że da mu jesz­cze jedną szansę.

-?Tędy, jak sądzę?

Męż­czy­zna mil­czał.

Mam rację czy nie?

Posta­no­wił, że jeśli dotrą w ten spo­sób do końca nabrzeża, wrzuci skur­czy­byka do wody.

Kyle miał wra­że­nie, że mil­czący spa­cer cią­gnie się bez końca. Wresz­cie pierw­szy ofi­cer wska­zał głową w bok.

-?Szczę­ście Pani -?wymam­ro­tał z nie­chę­cią.

Gdy sław­nych koby­lań­skich galer nie wycią­gano na ląd celem remontu, każda cumo­wała przy wła­snym sli­pie, obok pirsu umoż­li­wia­ją­cego łatwy dostęp do tych dłu­gich, smu­kłych jed­no­stek. Tego typu nabrzeże, dłu­gie na kilka mil, przy­po­mi­nało sze­reg potęż­nych zębów, goto­wych wgryźć się w wody zatoki.

Na wyso­kim pokła­dzie rufo­wym dostrzegł poma­rań­czowy blask pło­ną­cego pie­cyka. Wszedł na długi sta­tek, minął sze­reg wąskich sie­dzeń dla wio­śla­rzy, dotarł do cen­tral­nej schodni i wszedł na górę po sied­miu wąskich stop­niach pro­wa­dzą­cych na otwarty pokład rufowy. Pierw­szy ofi­cer cały czas podą­żał za nim.

Ujrzał tam dwóch męż­czyzn, sta­rego i mło­dego. Obaj otu­lili się futrami, dla ochrony przed zimo­wym chło­dem, i pie­kli nad pie­cy­kiem nadziane na patyki kawałki mięsa.

Star­szy męż­czy­zna był potęż­nie zbu­do­wany, jak ody­niec. Głowę pora­stały mu gęste, czarne, krę­cone włosy, a broda w niczym im nie ustę­po­wała. Przy­glą­dał się Kyle'owi, obli­zu­jąc kolejno palce jeden po dru­gim. Jego sma­głą twarz pokry­wały bli­zny po wielu latach walk oraz ślady po nara­że­niu na słońce i deszcz. Młod­szy miał bladą, gładką twarz. Kyle pomy­ślał, że jeśli pły­wał już kie­dyś po morzu, to z pew­no­ścią krótko. Chło­pak prze­niósł spoj­rze­nie ze star­szego męż­czy­zny -?może był on jego ojcem -?na pierw­szego ofi­cera, potem na Kyle'a, aż wresz­cie znowu spoj­rzał na star­szego towa­rzy­sza.

-?Jesteś tym cudzo­ziem­cem, który opo­wiada o kra­inach na wscho­dzie? - zapy­tał bro­dacz.

-?Tak.

-?Ja jestem Tulan Orbed, kapi­tan Szczę­ścia Pani. -?Wska­zał wielką łapą na chło­paka. -?A to jest mój bra­ta­nek Reuth.

-?Kyle.

-?A ta czarna chmura burzowa za tobą to pierw­szy ofi­cer Sto­rval.

-?Już się spo­tka­li­śmy.

-?Ha! Wnio­skuję z two­jego tonu, że z pew­no­ścią mówisz prawdę. Jest tak ponury, że nazy­wamy go Czar­nym Sto­rva­lem. -?Przy­wo­łał Kyle'a gestem. - Chodź. Usiądź, pro­szę. Bar­dzo rzadko oglą­damy tu cudzo­ziem­ców. Opo­wiedz nam o świe­cie poza Pię­ścią. Widzia­łeś odle­głe brzegi na wscho­dzie?

Kyle'a zasko­czyło to kosmo­po­li­tyczne podej­ście. Usiadł wygod­nie, ale nieco z boku, by nie odwra­cać się ple­cami do nie­przy­jem­nego pierw­szego ofi­cera. Tulan zachi­cho­tał na ten widok i mru­gnął zna­cząco.

-?Jesz­cze jeden róg i wię­cej ale, Sto­rval -?ode­zwał się nagle.

Męż­czy­zna skrzy­wił się jesz­cze bar­dziej, ale ski­nął głową.

-?Tak jest, kapi­ta­nie -?odparł i ruszył w dół po scho­dach.

Tulan podał Kyle'owi patyk. Ten przy­jął go, nadział na niego kawa­łek mięsa i uniósł je nad roz­grza­nymi węgiel­kami pie­cyka.

-?Widzia­łem.

Kapi­tan zer­k­nął na bra­tanka.

-?Zaiste. A jak się nazywa ta kra­ina?

-?Jej połu­dniową część nie­któ­rzy nazy­wają Baelem. Pół­nocna zaś jest znana jako... -?Prze­rwał na chwilę, zasta­na­wia­jąc się, czy w ogóle wymie­nić cho­lerną, okrytą złą sławą nazwę. Do licha z tym, pomy­ślał jed­nak. I tak nikt w Korelu jej nie zna. -?Assail. -?Kapi­tan raz jesz­cze zer­k­nął na chło­paka. Ten jed­nak obser­wo­wał z uwagą cudzo­ziemca. Na twa­rzy Kyle'a poja­wił się lekki uśmie­szek. Uświa­do­mił sobie, że już o tym wie­dzieli. Po pro­stu chcieli spraw­dzić, czy ich okła­mie. -?Coś jesz­cze?

-?Gdzie byłeś? W por­cie? Wysze­dłeś na ląd?

Kyle ski­nął głową, jedząc kawa­łek gorą­cego mięsa. Wró­cił Sto­rval. Przy­niósł trzeci róg i wielki bukłak.

-?W mie­ście na wschod­nim wybrzeżu. Nazywa się Kurzan.

Tulan ponow­nie zer­k­nął na bra­tanka, a ten ski­nął głową.

Kyle omiótł spoj­rze­niem nie­przy­cią­ga­ją­cego uwagi chło­paka o kro­sto­wa­tej twa­rzy.

-?Byłeś tam? -?zapy­tał.

Mło­dzie­niec zaczer­wie­nił się mocno. Jego twarz nie­mal się zaświe­ciła. Potrzą­snął głową.

-?Reuth jest uczo­nym -?wyja­śnił Tulan. -?Ale szcze­gól­nego rodzaju. Zapła­ci­łem for­tunę, żeby mógł prze­glą­dać zaku­rzone tomy w Jas­sto­nie i w Jouri­la­nie. Prawda, Reuth?

Chło­pak poki­wał ener­gicz­nie głową.

Tulan wziął bukłak i wyci­snął do rogu stru­mień ale, po czym podał go Kyle'owi.

-?Jego pasją jest kar­to­gra­fia. Znasz tę gałąź wie­dzy?

Kyle przy­jął róg i ski­nął głową.

-?Cho­dzi o mapy.

-?Zaiste. Czuje się szczę­śliwy tylko wtedy, gdy ślę­czy nad zaku­rzo­nymi kar­tami. -?Kapi­tan zer­k­nął na mło­dzieńca. -?W Jouri­la­nie mają wielki, tajny skład map, skon­fi­sko­wa­nych z każ­dego statku, który kie­dy­kol­wiek przy­bił tam do brzegu albo się roz­bił. Zga­dza się, Reuth?

Chło­pak pochy­lił się ku niemu z żywym zain­te­re­so­wa­niem.

-?Tak. Nie mówisz z mala­zań­skim akcen­tem -?cią­gnął, zwra­ca­jąc się do Kyle'a. -?Skąd pocho­dzisz? Z Sied­miu Miast?

Kapi­tan uniósł rękę, jakby chciał zdzie­lić chło­paka na odlew.

-?Nie teraz, niech cię grób Pani!

Mło­dzie­niec sku­lił się trwoż­nie.

-?Wybacz -?wark­nął do Kyle'a Tulan. -?Chło­pak za dużo czasu spę­dza nad zwo­jami i zapi­skami, a za mało w towa­rzy­stwie załogi. Nie­któ­rzy ludzie mogą nie być zado­wo­leni z pytań o prze­szłość.

Kyle uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

-?Lubię cie­ka­wość. Działa... odświe­ża­jąco.

Tulan roze­śmiał się chrzą­kli­wie.

-?W tych oko­li­cach to zro­zu­miałe! -?Wytarł zatłusz­czone dło­nie o futro. -?Przejdźmy do rze­czy. Ile czasu potrzeba, żeby tam dopły­nąć, według two­jej oceny?

-?Pro­sto na wschód? Myślę, że co naj­mniej dwa tygo­dnie. Przy sprzy­ja­ją­cych wia­trach.

Kapi­tan ponow­nie zer­k­nął na bra­tanka, który odpo­wie­dział mu krót­kim ski­nie­niem głowy.

-?Zna­ko­mi­cie. Koby­lań­skim żegla­rzom taki rejs nie sprawi trud­no­ści.

Ale żaden z was tego nie pró­bo­wał, pomy­ślał Kyle. Z dru­giej strony może i byli tacy, co pró­bo­wali, tylko po pro­stu nie wró­cili. Pocią­gnął łyk ale i skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Oka­zało się jesz­cze gor­sze, niż się tego spo­dzie­wał.

-?Co jest waszym celem? Tylko eks­plo­ra­cja?

Tulan ponow­nie ryk­nął śmie­chem, po czym odsło­nił zęby w poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chu i pochy­lił się ku niemu.

-?Nie gadaj, przy­ja­cielu -?rzekł cichym gło­sem. -?Sam fakt, że pra­gniesz dotrzeć do wschod­nich krain, dowo­dzi, że sły­sza­łeś pogło­ski.

-?Pogło­ski?

Kapi­tan usiadł pro­sto i zmarsz­czył brwi.

-?Nie musisz być taki skryty. Jeste­śmy Koby­la­nami. Kup­cami i poszu­ki­wa­czami skar­bów. Zaiste, na pokła­dzie swego statku mogę przy­znać, że rów­nież łupież­cami i rabu­siami. Nie musisz przede mną uda­wać.

Kyle nie miał poję­cia, o czym mówi bro­dacz. Zakrę­cił reszt­kami ale w rogu, zasta­na­wia­jąc się, czy nie wylać go za burtę. Pogło­ski? Zawsze krą­żyło mnó­stwo pogło­sek o Assail, ale wszyst­kie raczej skła­niały do omi­ja­nia tego miej­sca. Pokrę­cił głową, nie spusz­cza­jąc spoj­rze­nia z bro­dacza.

-?Wybacz, kapi­ta­nie, nie sły­sza­łem żad­nych nowych pogło­sek.

Tulan ponow­nie ski­nął owło­sioną dło­nią na bra­tanka.

-?Na cudzo­ziem­skich bogów, czło­wieku! Nawet Reuth sły­szał je w Kor! We wszyst­kich por­tach aż od nich kipi!

Kyle na­dal krę­cił głową.

Mło­dzie­niec odchrząk­nął.

-?Słówko, stryju, jeśli można?

-?Słu­cham? -?wark­nął poiry­to­wany Tulan.

-?Nasz przy­ja­ciel jest tu obcy, tak? Nikt nie chciałby z nim roz­ma­wiać na żaden temat, nie wspo­mi­na­jąc już o dzie­le­niu się naj­now­szymi wie­ściami czy choćby plot­kami dla zabi­cia czasu.

Gęste brwi kapi­tana unio­sły się, gdy zasta­na­wiał się nad sło­wami chło­paka. Wal­nął rogiem w beczkę słu­żącą mu jako sto­lik.

-?Oczy­wi­ście! Nikt nie prze­ka­załby takich wie­ści cho­ler­nemu cudzo­ziem­cowi... wybacz, nie chcia­łem cię obra­zić. -?W ramach prze­pro­sin się­gnął po bukłak z ale i Kyle był zmu­szony nad­sta­wić róg. -?Za nasz rejs! -?zawo­łał ze śmie­chem Tulan. Płyn prze­lał się przez brzegi i spły­nął na pokład. -?To ofiara dla nowych bogów, któ­rzy nadejdą. Choć po doświad­cze­niach z Panią wszy­scy tutaj mają chyba dość bogów.

-?Co to za wie­ści?

Tulan uniósł róg w toa­ście. Reuth podą­żył za jego przy­kła­dem i Kyle zro­bił to samo, choć wzdry­gał się na myśl o sło­na­wym pły­nie.

-?Za korzystne, hmm... przed­się­wzię­cie, przy­ja­cielu. Wszy­scy powta­rzają, że w górach na pół­nocy kra­iny leżą­cej za Morzem Krwa­wej Kobyły odkryto złoto. Wiel­kie, sze­ro­kie, zło­to­no­śne pola. Tyle bogac­twa, że może nas wszyst­kich uczy­nić kró­lami.

Te słowa zdu­miały Kyle'a tak bar­dzo, że odru­chowo pocią­gnął łyk i był zmu­szony prze­łknąć paskudny płyn. Bogo­wie! Złoto w pół­noc­nym Assail? Taka wia­do­mość przy­cią­gnie tysiące poszu­ki­wa­czy ze wszyst­kich krain. Zwłasz­cza że dotarła nawet do izo­lo­wa­nego, zain­te­re­so­wa­nego wyłącz­nie wła­snymi spra­wami Korelu.

-?Kiedy doko­nano tego odkry­cia? -?zapy­tał, po czym odchrząk­nął i zaka­słał.

Tulan zakrę­cił rogiem.

-?Muszę przy­znać, że minęło tro­chę czasu, nim wie­ści dotarły do nas. Naj­wy­raź­niej przy­nie­śli je ludzie ze statku, który roz­bił się na jouri­lań­skim wybrzeżu. Pocho­dzili z jakie­goś zaco­fa­nego kraju zwa­nego Lethe­rem. Dowie­dzieli się tego z pierw­szej ręki od załogi uszko­dzo­nego statku, na który się natknęli i go... hmm... ura­to­wali.

Kyle potrzą­snął głową z nie­do­wie­rza­niem.

-?Opo­wia­dali bajki, żeby rato­wać wła­sną skórę.

Tulan mru­gnął do niego.

-?Też bym tak pomy­ślał. Ale podobne wie­ści przy­niósł sta­tek, który zatrzy­mał się w celu remontu na pół­noc­nym wybrzeżu Pię­ści. Pocho­dził z Falaru, na pół­noc od Malazu. Znasz ten kraj?

-?Znam. Falar­czycy to zna­ko­mici żegla­rze.

-?Tak. Opo­wia­dali, że dotarli do wyspy odda­lo­nej o rzut kamie­niem od sta­łego lądu Assail i prze­ko­nali się, że pra­wie wszy­scy miesz­kańcy znik­nęli. Całe wio­ski opu­sto­szały. Poga­dali ze sta­rusz­kami, któ­rzy zostali na miej­scu, a oni im opo­wie­dzieli, że w Assail odkryto złoto. Wszy­scy porzu­cili domy i wyru­szyli go szu­kać.

-?W takim razie jest już za późno -?stwier­dził Kyle, roz­po­ście­ra­jąc sze­roko dło­nie. -?Po kilku mie­sią­cach od odkry­cia wszyst­kie warte eks­plo­ata­cji działki są już zajęte.

Kapi­tan znowu mru­gnął do niego. Ten ujmu­jący gest miał, zdaje się, ozna­czać: "Tak powia­dają, ale obaj jeste­śmy bywa­łymi ludźmi i wiemy lepiej...". Kyle poczuł sym­pa­tię do sta­rego pirata. Sam w końcu przy­znał, że tym wła­śnie jest.

-?Ale to jest Assail -?kon­ty­nu­ował Tulan, nakła­da­jąc na patyk kolejny kawa­łek mięsa. -?Wszy­scy znamy opo­wie­ści o tej kra­inie. -?Pew­nie, że znamy, odpo­wie­dział bez­gło­śnie Kyle i potrzą­snął głową na myśl o tym, jakie są strasz­liwe. -?Czyż nie tak? Tylko nie­liczni dotrą żywi do pól, zga­dza się? A jeśli cho­dzi o kwe­stie wła­sno­ści... no cóż...

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

Kyle wie­dział, że to wszystko prawda. Jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom, nie ist­niała tam żadna wła­dza pań­stwowa, która mogłaby przy­zna­wać prawa wła­sno­ści do dzia­łek albo pil­no­wać ich prze­strze­ga­nia. Z pew­no­ścią pano­wał tam cał­ko­wity chaos. Jedyną wła­dzą były uzbro­jone bandy, odpo­wia­da­jące wyłącz­nie przed sobą. Jeśli zaś cho­dzi o tych, któ­rzy miesz­kali w tych oko­li­cach przed­tem -?wataż­ków na małą skalę albo kie­szon­ko­wych tyra­nów nie­ustan­nie toczą­cych ze sobą wojny -?fala poszu­ki­wa­czy złota może ich zalać. Nie zdo­łają zabi­jać intru­zów tak szybko, by powstrzy­mać nawałę, która wkrótce dotrze do ich brze­gów.

Omal nie wylał reszty trunku, ale powstrzy­mał się na czas. Spoj­rzał na uśmiech­nię­tego kapi­tana pira­tów.

-?Masz zamiar zna­leźć bogatą działkę, opróż­nić ją, a potem prze­bić się z powro­tem do Szczę­ścia Pani?

Tulan dmuch­nął na gorące mięso, a potem zdjął je zębami z patyka.

-?Nic tak bez­po­śred­niego -?odpo­wie­dział. -?Na krew bogów, czło­wieku, w two­ich ustach to brzmi pra­wie jak ciężka praca. -?Mru­gnął do bra­tanka i pocią­gnął łyk z rogu. -?Nic w tym rodzaju. Zasta­nów się. Nie mamy zamiaru grze­bać w ziemi! Niech biedni pechowcy męczą się z prze­sie­wa­niem, płu­ka­niem, trans­por­tem i tak dalej. My będziemy cze­kać bli­sko wybrzeża. W końcu wszy­scy zapra­gną się wydo­stać z tego zapo­mnia­nego przez bogów zadu­pia. -?Roz­po­starł sze­roko ręce dla pod­kre­śle­nia oczy­wi­sto­ści swo­ich słów. -?A wtedy zabie­rzemy im złoto.

-?Ach, rozu­miem. Zgrabny plan.

Tulan uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

-?Dzię­kuję, przy­ja­cielu.

-?To zna­czy, że masz ekipę.

-?Tak. Piękną bandę mor­der­ców i najem­ni­ków. Mamy nawet dzie­się­ciu Sztor­mo­wych Gwar­dzi­stów, któ­rzy są... Jak by to ująć...? Nie­za­do­wo­leni z obec­nego reżimu.

To zanie­po­ko­iło Kyle'a. Naj­wy­raź­niej nie udało mu się ukryć swej reak­cji, bo kapi­tan uniósł uspo­ka­ja­jąco rękę.

-?Rozu­miem twoje obawy. Jesteś Mala­zań­czy­kiem. Nie przej­muj się. To wszystko już prze­szłość, tak? Teraz jeste­śmy braćmi, wypra­wia­ją­cymi się po to, by zdo­być bogac­two, tak?

Kyle roz­cią­gnął usta w ostroż­nym uśmie­chu.

-?Oczy­wi­ście. -?Nagle nasu­nęła mu się nowa myśl. Spoj­rzał na Reu­tha. - Zatem znasz wybrzeże...

Chło­pak zaczer­wie­nił się i opu­ścił wzrok. Tulan pogła­skał się po gło­wie i uśmiech­nął ze stry­jow­ską dumą.

-?Jestem pewien, że mamy naj­lep­sze mapy poza Assail.

Reuth odwa­żył się rzu­cić mu spoj­rze­nie.

-?Nazwy -?wyszep­tał. -?Nie rozu­miem tych nazw. Znasz je?

Kyle ski­nął głową. Te nazwy wypeł­niały histo­rie opo­wia­dane mu za mło­dych lat. Wszyst­kie mówiły o duchach.

-?Gniew... Znisz­cze­nie... Strach... Czarna Jama... Wybrzeże Cier­pie­nia.

Tulan odchrząk­nął ze zro­zu­mie­niem.

-?Jesteś młody, Reuth -?stwier­dził i uniósł nad pie­cy­kiem kolejny kawa­łek mięsa. -?Możemy być ciem­nymi pro­win­cju­szami, mój drogi Kyle, ale znam tro­chę opo­wie­ści. Sły­sza­łem o kra­inach, w któ­rych nadaje się dzie­ciom imiona takie jak "Dureń", "Wesz", nawet "Roz­sz­cze­piony Nos". Wiesz, dla­czego są tacy okrutni dla swo­ich dzieci?

-?Żeby odwró­cić od nich uwagę bogów -?odparł z uśmie­chem Kyle. -?Albo demo­nów.

-?W rze­czy samej. Powiedz mi, mój drogi Kyle, gdy­byś chciał wła­dać jakimś miej­scem, jak byś je nazwał?

Uśmiech prze­ro­dził się w krzywy gry­mas.

-?Pew­nie Raj. Albo Obfi­tość.

-?Zga­dza się. A gdy­byś chciał, żeby wszy­scy trzy­mali się od niego z daleka?

Tulan skie­ro­wał pyta­jące spoj­rze­nie na bra­tanka.

Chło­pak poki­wał głową.

-?Rozu­miem.

-?A może rze­czy­wi­ście są okropne -?zasu­ge­ro­wał Kyle.

-?Może i tak, przy­ja­cielu -?odparł Tulan i ryk­nął gło­śnym śmie­chem, po czym znowu wytarł dło­nie o już zatłusz­czone futra i skóry.

-?Będziesz noco­wał na Szczę­ściu Pani?

Kyle ski­nął dło­nią na znak, że nie ma nic prze­ciwko temu.

-?Masz ekwi­pu­nek? Mogę wysłać po niego Sto­rvala.

-?Dzię­kuję. Nie potrzeba.

Kapi­tan wska­zał na niego.

-?Potrze­bu­jesz nowego mie­cza? Mamy mnó­stwo.

Kyle nie potra­fił się powstrzy­mać przed się­gnię­ciem do pasa, u któ­rego wisiał owi­nięty w skóry miecz.

-?Nie. Ten jest cał­kiem w porządku. Napra­wię go.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

-?Jak sobie życzysz. Sto­rval wskaże ci koję. Odpły­wamy jutro z wie­czor­nym odpły­wem, jasne?

Kyle wstał.

-?W porządku. Dzię­kuję.

Pokło­nił się kapi­ta­nowi. Zauwa­żył, że Reuth nie może ode­rwać spoj­rze­nia od owi­nię­tego w skóry mie­cza u jego boku.

Zszedł na pokład dla wio­śla­rzy.

-?Sto­rval! Ruszaj swój leniwy tyłek! -?ryk­nął Tulan. -?Znajdź dla niego koję.

Pierw­szy ofi­cer prze­cią­gnął się i potarł powieki. Kyle zatrzy­mał się, trzy­ma­jąc dło­nie na zama­sko­wa­nym mie­czu. Zasta­na­wiał się, czy ci dwaj znają opo­wie­ści o woj­nie prze­ciw Pani. Opo­wie­ści o najeź­dzie i o bun­cie. O mala­zań­skim dowódcy Sza­rej Grzy­wie, zwa­nym Kamien­nym Wojow­ni­kiem, o jego cudzo­ziem­skim towa­rzy­szu i o dwóch mie­czach, sza­rym oraz bia­łym. Szary znik­nął. Trwał tylko w legen­dach. Na­dal jed­nak krą­żyły pogło­ski o noszo­nym przez cudzo­ziem­skiego wojow­nika mie­czu barwy kości sło­nio­wej. Mie­czu, który mógł prze­ciąć wszystko. Sły­szał opo­wie­ści, w któ­rych zwano go Bia­łym Ostrzem. Powia­dano, że to oręż godny boga.

Te opo­wie­ści były bliż­sze prawdy, niż wyda­wało się tym, któ­rzy je powta­rzali. Kyle otrzy­mał ten miecz z rąk samego Króla Nieba Osserca i zaczy­nał podej­rze­wać, jaka może być jego praw­dziwa natura. Te moż­li­wo­ści go prze­ra­żały. Dla­tego ni­gdy nie spusz­czał mie­cza z oczu i nikomu go nie poka­zy­wał. To brze­mię było klą­twą. Cho­lerną klą­twą. Tak wła­śnie mówił Szara Grzywa o swym kamien­nym mie­czu. Teraz Kyle rozu­miał go dosko­nale.

Przy­ci­snął owi­nięty w skóry oręż moc­niej do boku. Sto­rval wska­zał zdaw­kowo na schody pro­wa­dzące w dół, do maga­zynu o niskim sufi­cie.

-?Możesz dzi­siaj tu spać -?wark­nął, a potem uśmiech­nął się jak wilk. - Ale od jutra będziesz musiał wio­sło­wać, cudzo­ziem­cze. Co ty na to?

Kyle wzru­szył ramio­nami.

-?Lep­sze to niż ląd.

Pierw­szy ofi­cer uśmiech­nął się z szy­der­czym nie­do­wie­rza­niem i wska­zał na schody.

***

Blask nie chciała tego robić, ale dwa mie­siące po powro­cie z wyczer­pu­ją­cej, choć zakoń­czo­nej suk­ce­sem wyprawy do prze­klę­tej kra­iny Jacu­ruku roz­ka­zała kilku wybra­nym ofi­ce­rom z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii spo­tkać się z nią w lesie na pół­noc od Przy­stani w Stra­te­mie.

Uświa­do­miła sobie, że ta decy­zja wzbie­rała w niej już od pew­nego czasu. Ostat­nie mie­siące nie­zde­cy­do­wa­nia i bier­no­ści ze strony K'azza tylko ją przy­śpie­szyły. Cal-Brinn i Czwarta Kom­pa­nia na­dal byli uwię­zieni w Assail i nie podej­mo­wano żad­nych kro­ków, żeby ich ura­to­wać. K'azzowi powie­dziano nawet, że w tam­tym regio­nie można zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie o przy­szłość Gwar­dii. Mimo to na­dal nic nie robił. Nie wyna­jęto żad­nych okrę­tów ani nie pod­jęto prób ich zbu­do­wa­nia. Ich dowódca po pro­stu znowu znik­nął gdzieś w dzi­kim inte­rio­rze Stra­temu.

To dopro­wa­dzało ją do furii. A także zasmu­cało. Nie zosta­wił jej wyboru. Musiała dzia­łać. To leżało w inte­re­sie Gwar­dii.

Zacho­wała jed­nak wystar­cza­jąco wiele zdol­no­ści do auto­re­flek­sji, by pomy­śleć: "Tak przy­naj­mniej sobie wma­wiam".

Nie­mniej kosz­to­wało ją to mie­siąc nie­prze­spa­nych nocy. Wąt­pli­wo­ści i wyrzuty sumie­nia nie chciały odejść. W czym była lep­sza od Oprawcy? On rów­nież dawał wyraz nie­za­do­wo­le­niu z przy­wódz­twa K'azza, acz­kol­wiek w znacz­nie bar­dziej bez­po­średni i sta­now­czy spo­sób.

Pocho­wał swego dowódcę żyw­cem, by usu­nąć go z drogi. Zada­wała sobie jed­nak pyta­nie, czy jej plan rze­czy­wi­ście jest lep­szy. Uzur­pa­cja zawsze pozo­staje uzur­pa­cją.

Tro­chę opty­mi­zmu, powie­działa sobie. Mogą mnie prze­szyć mie­czem, gdy tylko sobie uświa­do­mią, co pro­po­nuję.

***

Gdy zna­la­zła się na pola­nie, Blues już tam był. Stał samot­nie wśród wyso­kiego ziel­ska. Noc była bez­chmurna. Niebo znowu pociem­niało. Szlak Bogów prze­ci­nał jego grzbiet, jak zawsze w cza­sach przed przy­by­ciem Gościa, z jego dłu­gim, łuko­wa­tym ogo­nem z pło­mieni. Słaby wiatr koły­sał suchą trawą i muskał z szu­mem liście.

Na nie­bie­skim napań­skim obli­czu Blu­esa malo­wało się coś wię­cej niż nie­po­kój. Stra­cił na wadze. Korel­rij­ska eks­pe­dy­cja była bar­dzo trudna, choć ona rów­nież zakoń­czyła się suk­ce­sem. Zna­le­ziono Kratę i przy­wró­cono go do Kom­pa­nii.

Przy­niósł też kolejne wie­ści o Assail. Kiedy się roz­stali, Cal-Brinn i jego kom­pa­nia ucie­kali na pół­noc. Ucie­kali. Cal-Brinn był jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych magów w Kom­pa­nii. Adep­tem Rashan i zna­ko­mi­tym szer­mie­rzem. Towa­rzy­szyło mu około trzy­dzie­stu Zaprzy­się­żo­nych. A mimo to zmu­szono ich do ucieczki.

Blues nie ode­zwał się ani sło­wem, choć przy­wi­tał ją ski­nie­niem głowy. Zauwa­żyła, że coś podej­rzewa. Czy rzuci jej wyzwa­nie? Na jej twa­rzy poja­wił się zgryź­liwy uśmie­szek. Uświa­do­miła sobie, że oboje mają broń. Blues zawsze miał gdzieś ukryte pałki, noże, bliź­nia­cze mie­cze i nie wia­domo co jesz­cze. Na bogów, był zbroj­mi­strzem Kom­pa­nii. Nawet ryba byłaby śmier­tel­nie groźna w jego rękach.

Blask, rzecz jasna, miała na ple­cach skryty w pochwie biczo­miecz. Dwu­ręczna ręko­jeść wysta­wała zza jej lewego ramie­nia. Uświa­do­miła sobie, że może być jedyną pozo­stałą przy życiu osobą po mistrzow­sku wła­da­jącą tą bro­nią.

Wkrótce zja­wił się Pła­tek. Jego przy­by­cie nie prze­gnało kwa­śnego uśmie­chu z twa­rzy pierw­szego męż­czy­zny.

Wie­działa, że Blues widzi w Płatku maga lojal­nego wobec Oprawcy. Wyko­ny­wał inne zada­nie i nie wędro­wał z nimi przez dżun­glę Jacu­ruku. Nie doświad­czył tego, co ona i Pła­tek. Bra­cia i sio­stry, któ­rzy wyru­szyli na wygna­nie z Oprawcą, będą słu­chali gru­bego maga. Musiała zbu­do­wać most nad prze­pa­ścią podejrz­li­wo­ści dzie­lącą go od Blu­esa.

Następny zja­wił się Tar­khan i tym razem to Blask zaci­snęła usta.

Ni­gdy go nie lubiła. Zawsze był czło­wie­kiem Czepca, a teraz Cze­piec wró­cił... choć tylko w ciele. Na Kap­tura, uwię­ził go Dom Azath! Kto wie­dział, co mogło się dziać w jego sza­lo­nym umy­śle? Jed­nakże to on był klu­czem do lojal­no­ści Pierw­szej Kom­pa­nii. Musiała go jakoś pozy­skać.

Przy­sa­dzi­sty Wic­ka­nin przy­cup­nął na skraju polany. W pół­mroku nie spo­sób było wyczy­tać cze­go­kol­wiek z jego sze­ro­kiej, pła­skiej twa­rzy. Gdy prze­niósł wzrok z niej na Blu­esa i Płatka, w jego oczach poja­wiły się bły­ski. On rów­nież przy­szedł uzbro­jony. U jego bio­der wisiały dwa krzywe noże, tra­dy­cyjny oręż jego ludu.

Blask wzięła się w garść i wyszła na polanę. Myszy polne ucie­kały spod jej stóp, gdy prze­dzie­rała się przez gęstą trawę i kol­cza­ste krzewy. Gdzieś mię­dzy drze­wami zahu­czała sowa, pod­eks­cy­to­wana tą masową ucieczką zdo­by­czy.

Gdy wszy­scy czworo spo­tkali się pośrodku polany, żadne z nich się nie odzy­wało. Nie było takiej potrzeby. Blask wyczy­tała z ich twa­rzy, że domy­ślili się, w jakim celu ich tu wezwała. Z bólem ujrzała roz­cza­ro­wa­nie w zasę­pio­nej minie Blu­esa. Miała wra­że­nie, że drwiący uśmie­szek Tar­khana mówi: "A ty powąt­pie­wa­łaś w moją lojal­ność?". Pła­tek splótł dło­nie na potęż­nym brzu­chu i opu­ścił wzrok, jakby nie chciał spoj­rzeć jej w oczy.

Niech to szlag! Czyżby już ich utra­ciła? Czy nikt jej nie poprze? Co jej w takim razie pozo­stało? Wygna­nie?

Omal ich wtedy nie ode­słała. Mogła już tylko zatrzy­mać się w poło­wie drogi. Po pro­stu dać wyraz nie­po­ko­jowi. Zagrać rolę zatro­ska­nej pod­ko­mend­nej.

Z pew­no­ścią jed­nak zauwa­ży­liby, że zabra­kło jej odwagi, i zatrzy­mała się na progu. Utra­ci­łaby resztki ich sza­cunku. Dowio­dłaby, że jest nie tylko nie­lo­jalna, lecz rów­nież tchórz­liwa. Na myśl o tak wiel­kiej utra­cie zapra­gnęła zaczerp­nąć tchu, ale na widok pią­tej, nie­za­pro­szo­nej postaci, która poja­wiła się na pola­nie, zaci­snęła mocno usta.

Cze­piec miał na sobie swój podarty strój. Posu­wał się naprzód dziar­skim kro­kiem, a na jego twa­rzy wid­niał iry­tu­jący, prze­mą­drzały uśmie­szek. Bli­zny na jego szyi, pozo­sta­wione przez samego Tan­ce­rza, wyglą­dały, jakby świe­ciły w ciem­no­ści. Czarne, roz­czo­chrane włosy opa­dały mu na twarz, ciem­niej­sze niż cie­nie nocy. Obda­rzył wszyst­kich sza­lo­nym uśmie­chem.

-?Nie ma dla cie­bie miej­sca na tym spo­tka­niu -?wark­nęła Blask. -?Odejdź.

Wielki mag i dowódca skry­to­bój­ców Gwar­dii spra­wiał wra­że­nie, że jej nie usły­szał. Roz­glą­dał się po łące, jakby wybrał się na nocną prze­chadzkę.

-?To godne pie­śni -?ode­zwał się nagle, cał­kiem od rze­czy.

Nagle powró­ciło wra­że­nie, że coś jej cho­dzi po skó­rze. Zawsze to czuła, gdy Cze­piec był bli­sko.

-?Czego chcesz? -?wark­nęła. Nabrała odwagi, gdy zauwa­żyła, że Tar­khan prze­su­nął się lekko i potarł ramiona na widok swego daw­nego dowódcy.

-?Nie jeste­śmy daleko od miej­sca, gdzie kie­dyś zdjęto inne maski - odparł non­sza­lancko.

-?Co masz na myśli?

-?To, moja droga Blask, że jeste­śmy bli­sko miej­sca, w któ­rym Oprawca i ja prze­sta­li­śmy uda­wać, że poszu­ku­jemy K'azza, i posta­no­wi­li­śmy prze­jąć dowódz­two nad Gwar­dią.

Blask ści­snęło w gar­dle tak mocno, że nie była w sta­nie wykrztu­sić ani słowa. Skur­wy­syn! Co chciał osią­gnąć? Rów­nie dobrze mógł wbić jej nóż i zakoń­czyć sprawę.

-?Nie wie­rzę, by Blask mogła pla­no­wać coś tak rady­kal­nego -?wychry­piał Blues. W jego gło­sie poja­wiła się nuta ostrze­że­nia. Przy­mru­żył powieki, spo­glą­da­jąc na nią. -?Przy­naj­mniej Blask, którą zna­łem.

-?Masz rację -?przy­znała. -?Ale nie mogę też przy­glą­dać się temu bier­nie. Obo­wią­zek i lojal­ność mówią mi, że moją powin­no­ścią jest zwró­ce­nie uwagi na fakt, że K'azz zanie­dbuje swe obo­wiązki.

Cze­piec ryk­nął szy­der­czym śmie­chem. Blask z tru­dem oparła się pra­gnie­niu wycią­gnię­cia biczo­mie­cza i pozo­sta­wie­nia na jego szyi nowych śla­dów.

-?Cisza -?wark­nął Blues i spoj­rzał na Blask. -?Podzie­lam twój nie­po­kój. Co ty na to, Tar­khan?

Wic­ka­nin pochy­lił głowę na znak zgody.

-?Ja też tak sądzę. Jeste­śmy armią, ale nie zawie­ramy żad­nych kon­trak­tów. Pogrą­żamy się w bez­czyn­no­ści. W takim razie, kim naprawdę jeste­śmy?

-?A ty, Pła­tek? -?zapy­tała Blask.

Masywny męż­czy­zna pocią­gnął się z namy­słem za mię­si­stą dolną wargę. Zaczer­wie­nił się, widząc skie­ro­wane na sie­bie spoj­rze­nia, i pochy­lił głowę.

-?Przy­sze­dłem tu tylko jako obser­wa­tor -?wyszep­tał. -?Nie mam prawa gło­so­wać nad żadną z tych spraw.

-?Nad niczym nie gło­su­jemy -?odparł pośpiesz­nie Blues. -?Przy­naj­mniej w tej chwili. -?Popa­trzył na Blask. -?Co pro­po­nu­jesz?

Spoj­rze­nie zbroj­mi­strza prze­szyło ją aż do szpiku kości. Zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić. To było tak, jakby cze­kał na jej choć naj­drob­niej­szy błąd, na jedno nie­wła­ściwe słowo. Poczu­łaby jego miecz wbi­ja­jący się w jej serce, nim zauwa­ży­łaby, że się poru­szył. Gar­dło Blask wypeł­niła suchość. Obli­zała wargi, żeby je zwil­żyć.

-?Muszę ofi­cjal­nie posta­wić pyta­nie, czy K'azz jest w sta­nie wyko­ny­wać obo­wiązki dowódcy -?zaczęła, czu­jąc się, jakby wyda­wała na sie­bie wyrok śmierci.

Dło­nie Blu­esa, spo­czy­wa­jące bli­sko zatknię­tych za pas pałek, nie unio­sły się. Spoj­rze­nie czar­nych oczu Tar­khana, błysz­czą­cych niczym obsy­dian, prze­nio­sło się z niej na zbroj­mi­strza prze­su­wa­ją­cego palce wzdłuż pasa. Pła­tek prze­stał się cią­gnąć za wargę i znie­ru­cho­miał, zaci­ska­jąc ją mię­dzy pal­cami.

Po pola­nie poniósł się echem prze­cią­gły i powolny drwiący śmiech. Blask skie­ro­wała spoj­rze­nie na Czepca, wiel­kiego maga Gwar­dii. Pozo­stali rów­nież.

-?Cisza -?ostrzegł go Blues po raz drugi.

Męż­czy­zna pokło­nił się w odpo­wie­dzi.

-?Wybacz. Pro­szę, mów dalej, moja droga Blask. Czy pro­po­nu­jesz, byśmy uczy­nili cię peł­niącą obo­wiązki dowódcy, ponie­waż K'azz, hmm, porzu­cił swe obo­wiązki?

-?Nie pro­po­nuję niczego w tym rodzaju.

Z twa­rzy Czepca znik­nął jado­wity uśmie­szek. Prze­chy­lił głowę ze zdzi­wie­niem.

-?Nie? Naprawdę?

-?Nie. Pro­po­nuję, żeby obo­wiązki dowódcy prze­jął Blues.

Napań­ski wojow­nik uniósł gwał­tow­nie brwi.

-?Chwi­leczkę, niech to Trake prze­klnie.

-?Nie mam nic prze­ciwko temu -?ode­zwał się pośpiesz­nie Tar­khan i uśmiech­nął się zło­śli­wie, jakby zmie­sza­nie Blu­esa spra­wiło mu wielką przy­jem­ność.

-?Ale ja mam -?wark­nął Blues. -?Nie zga­dzam się. Zresztą to i tak nic nie zmieni.

Blask zmarsz­czyła brwi. Nie była pewna, co chciał przez to powie­dzieć, wyczuła jed­nak prawdę w jego sło­wach. Przy­po­mi­nały jej coś, co usły­szała w Jacu­ruku.

-?Co masz na myśli? -?zapy­tała z namy­słem, bli­ska stra­chu.

Wska­zał na Czepca.

-?To, z czego śmieje się ten sza­kal. Nie wła­dasz magią, Blask. Nie rozu­miesz tego. Nie ma zna­cze­nia, kogo uczy­nimy dowódcą. Tego nie da się zro­bić.

-?W końcu to zro­zu­mia­łem -?wyszep­tał Cze­piec. Jego uśmiech ponow­nie się posze­rzył. -?Śluby są wią­żące.

Śluby? -?zdzi­wiła się. Co on...? Niech to szlag! Przy­się­ga­li­śmy K'azzowi! On nam roz­ka­zuje... dopóki wszyst­kich nas nie spo­tka kres? Nie ma ucieczki? Jeste­śmy... bez­radni? Dziw­nie zakrę­ciło się jej w gło­wie. Przed oczami poja­wiły się mroczki. Pod­trzy­mała ją czy­jaś ręka. Blu­esa. Podzię­ko­wała mu ski­nie­niem głowy.

-?W takim razie nic nie możemy zro­bić -?rze­kła led­wie sły­szal­nym gło­sem. Te słowa nio­sły ze sobą roz­pacz. Nie było dla nich nadziei.

-?Przy­go­tuj wszystko, Blask -?rzekł łagod­nym tonem Blues. -?Zro­bimy to. Wyru­szymy do Assail.

-?Kto powi­nien uczest­ni­czyć w wypra­wie?

-?Ja muszę -?ode­zwał się Cze­piec. Na jego twarz powró­cił sza­lony uśmiech.

-?W takim razie ja rów­nież to zro­bię -?stwier­dził Blues, łypiąc ze zło­ścią na wiel­kiego maga.

-?I ja -?dodała Blask, po czym spoj­rzała zapra­sza­jąco na Płatka.

Uniósł brwi z zasko­cze­niem.

-?Zro­bię to, jeśli mogę. Suge­ro­wał­bym też Gwynna.

-?Krata musi być z nami, oczy­wi­ście -?oznaj­mił Blues. -?A co z tobą, Tar­khan?

Czło­wiek z rów­nin prze­su­nął się na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, wyraź­nie zakło­po­tany.

-?Jeśli wszy­scy odje­dzie­cie, K'azz z pew­no­ścią znowu prze­każe mi dowódz­two w Stra­te­mie. -?Przy­gła­dził wąsy i skrzy­wił się z nie­sma­kiem. - Tak to wygląda. Nie powie­rzy dowódz­twa ani tobie, ani Blask. Przy­pad­nie ono mnie, choć go nie chcę i nie pro­si­łem o ten zaszczyt.

-?Przy­kro mi, Tar­khan -?ode­zwała się Blask. -?Ale z dru­giej strony ulżyło mi.

Wic­ka­nin prych­nął lek­ce­wa­żąco.

-?Musimy zabrać wię­cej ludzi -?kon­ty­nu­ował Blues. -?Jesz­cze co naj­mniej dzie­się­ciu.

Blask przy­tak­nęła.

-?To zna­czy dwa ostrza. Ty weź­miesz jedno, ja dru­gie.

-?Świet­nie.

-?A co z K'azzem? -?spy­tał Pła­tek, na­dal trzy­ma­jąc dłoń przy war­dze.

Blues zbył te słowa mach­nię­ciem ręki.

-?Może wyru­szyć z nami albo nie. Jak sobie życzy. Nie zosta­wimy Cala na pastwę losu.

***

Miesz­kańcy połu­dnio­wego wybrzeża zwali ją Zjawą, Obcą albo Tą, Która Roz­ma­wia Z Wia­trem. Wie­dziano o niej tylko tyle, że poja­wiła się na tym odcinku wybrzeża parę lat temu i doszło wów­czas do strasz­li­wej bitwy. Umarli wstali z gro­bów i wal­czyli ze sobą cały dzień i całą noc. Wszy­scy odtąd uni­kali tego miej­sca. Prze­klęto je nazwą Mar­twy Brzeg.

Z cza­sem szczęk oręża i krzyki wal­czą­cych wró­ciły, by nękać oko­licę. Czy to za dnia, czy w nocy miesz­kańcy kryli się w cha­tach i padali na twarz przed ołta­rzami, pro­sząc bogów i demony, by zosta­wili ich w spo­koju.

Jed­nym z tych miesz­kań­ców był Suma­ran, syn Jirela. Był ryba­kiem. Pew­nego dnia, gdy wiatr zaniósł jego łódź z pły­wa­kiem zbyt daleko od brzegu, ujrzał kobietę na wła­sne oczy. Wędro­wała sama po wydmach, jak opo­wia­dali inni. Dotąd wąt­pił w ich słowa, ale teraz sam ją zoba­czył. Jej dłu­gie włosy powie­wały na wie­trze od lądu, a wystrzę­pione szaty łopo­tały gwał­tow­nie. Nagle znie­ru­cho­miała. Miał wra­że­nie, że zwró­ciła twarz ku niemu i zaczęła poru­szać ustami, jakby coś mówiła, mimo że nikogo przy niej nie było. A może rzu­cała na niego zaklę­cie. Uniósł rękę do serca i wyko­nał gest chro­niący przed złem, a potem powio­sło­wał tak szybko, jak tylko mógł.

Dzi­siaj wiatr rów­nież porwał jego łódź i wyraź­nie pra­gnął znowu zanieść ją na Mar­twy Brzeg. Obni­żył maszt i wio­sło­wał wście­kle, ale nasi­la­jący się wicher cią­gle popy­chał go w kie­runku pod­wod­nych skał strze­gą­cych tego frag­mentu wybrzeża. Wyglą­dało to tak, jakby jakiś zło­śliwy bóg albo demon posta­no­wił uczy­nić ten dzień jego ostat­nim. Zadał sobie pyta­nie, czym wła­ści­wie wywo­łał ich gniew, i uświa­do­mił sobie, że to mogło być cokol­wiek. Poznał już kapry­śność bogów, a demony i duchy z wybrzeża były jesz­cze gor­sze od nich. Przy­szło mu nawet na myśl, że to może być zemsta Zjawy za to, że zła­mał tabu i widział ją przez moment.

Łódź ugrzę­zła na ska­łach i Suma­ran wypadł za burtę. Fale ciskały nim gwał­tow­nie, aż prze­stał się orien­to­wać, gdzie jest góra. Zra­nił się w bark, ude­rza­jąc o skałę. Pierś wypeł­niał mu ogień. Bez­chmurne niebo patrzyło na niego zło­wrogo. Zaczerp­nął głę­boko tchu i fale znowu wcią­gnęły go pod powierzch­nię. Ude­rzył ręką o piasz­czy­ste dno i zdo­łał wstać. Kasłał, trzy­ma­jąc się za zra­niony bark.

Powlókł się ku brze­gowi, mimo że wie­dział, iż z pew­no­ścią nie czeka go tam nic dobrego. To był Mar­twy Brzeg, któ­rym wła­dali umarli. Musiał stąd ucie­kać. Zerwał się do biegu, dysząc ciężko. Stopy grzę­zły mu w wil­got­nym pia­sku, bark prze­szy­wał ból, a dłoń miał lepką od krwi.

Powta­rzał modli­twy oraz bła­ga­nia skie­ro­wane do bogów oraz duchów wybrzeża. "Pro­szę, pozwól­cie mi stąd uciec! Pro­szę, odwróć­cie wzrok!". Jeśli dożyje świtu, złoży bogom w ofie­rze połowę dzi­siej­szego połowu!

Wkrótce bła­ga­nia prze­szły w łzy oraz prze­kleń­stwa. Jego stopy zro­biły się cięż­kie i poty­kał się co chwilę. Oddech palił mu gar­dło. Widział nie­wy­raź­nie. Wstał po raz kolejny i powlókł się naprzód. Nagle poja­wiła się przed nim jakaś postać, jakby stwo­rzona z samej nocy. Rzu­cił się w bok, wrzesz­cząc z prze­ra­że­nia. Z góry spo­glą­dała na niego wyschnięta twarz samej śmierci. Nie pamię­tał nic wię­cej.

***

Obu­dziły go krzyki mor­skich pta­ków. Słońce wsta­wało. Leżał na pia­sku. Przed nim wid­niały resztki ogni­ska. Poczuł ucisk i poma­cał klatkę pier­siową. Owią­zano mu mocno bark kawał­kiem tka­niny. Rozej­rzał się prze­ra­żony. Gdzie się podziała śmierć? Myślał, że po niego przy­szła. Być może to był tylko kosz­mar.

Ktoś poja­wił się nagle wśród wydm. Suma­ran naprę­żył mię­śnie, gotowy ucie­kać, lecz nogi odmó­wiły mu posłu­szeń­stwa. Spa­ra­li­żo­wał go strach. To była Zjawa. Wiatr tar­gał jej dłu­gimi, splą­ta­nymi wło­sami. Miała na sobie koszulę i spodnie z nie­wy­pra­wio­nej skóry. Narzu­ciła na nie podarte futro, łopo­czące gło­śno w podmu­chach bryzy. Zauwa­żył, że jest stara i ma pomarsz­czoną twarz. Nosiła naszyj­nik z wygła­dzo­nych kamy­ków, zie­lo­nych i nie­bie­skich. Spoj­rzała na niego z góry. W czar­nych oczach o twar­dym wyra­zie nie dostrze­gał współ­czu­cia.

-?Lepiej się czu­jesz? -?zapy­tała z dziw­nym, archa­icz­nym akcen­tem.

Przy­po­mniał sobie, z kim ma do czy­nie­nia, i pośpiesz­nie opu­ścił wzrok.

-?Czego ode mnie chcesz? -?wyją­kał.

-?Nie chcę od cie­bie niczego. Nie musisz się mnie bać. Nie skrzyw­dzę cię.

Nie wie­dział, jak na to zare­ago­wać. Co powi­nien jej powie­dzieć?

-?Dzię­kuję za ura­to­wa­nie życia -?wyszep­tał, na­dal opusz­cza­jąc wzrok.

-?Nie ma za co. Jeśli odzy­ska­łeś już siły, możesz odejść. Jesteś z jed­nej z wio­sek leżą­cych na wscho­dzie, zga­dza się?

Prze­łknął ślinę, by zwil­żyć gar­dło.

-?Tak.

-?I jak mnie tam nazy­wają?

Nie odwa­żył się powie­dzieć jej prawdy. Zasta­na­wiał się nad jakimś wia­ry­god­nym zamien­ni­kiem, aż wresz­cie Zjawa zachi­cho­tała.

-?Aż tak źle? -?Pochy­lił głowę, jesz­cze bar­dziej prze­ra­żony. -?Mniej­sza z tym -?kon­ty­nu­owała. -?Rozu­miem. To nie ma zna­cze­nia. Powi­nie­neś wró­cić, zanim...

Prze­rwała nagle, jakby dopadł ją ból.

Suma­ran odwa­żył się na nią zer­k­nąć. Wpa­try­wała się w hory­zont. Przez chwilę odno­sił wra­że­nie, że boi się bar­dziej od niego. Omal wtedy nie zapy­tał, co zauwa­żyła, ale za bar­dzo oba­wiał się jej gniewu.

Wstał, poma­ga­jąc sobie zdrową ręką. Na­dal nie uno­sił spoj­rze­nia.

-?W takim razie... już sobie pójdę. Jesz­cze raz dzię­kuję.

-?Nie ma za co.

Ośmie­lił się jesz­cze raz zer­k­nąć na cza­row­nicę. Na­dal spo­glą­dała w bok, mru­żąc oczy. Jej usta wykrzy­wiły się w gry­ma­sie nie­po­koju. Przez moment Suma­ran odno­sił dziwne wra­że­nie, że to jeste­stwo wcale nie stra­szy na brzegu, ale go strzeże. Ruszył przed sie­bie, uty­ka­jąc lekko, ta myśl spra­wiła jed­nak, że się odwró­cił i spoj­rzał na nią.

-?Czy mogę cię zapy­tać, jak masz naprawdę na imię?

Na­dal gapiła się w stronę morza. Wiatr tar­gał jej sta­rym, poła­ta­nym futrem.

-?Możesz mnie zwać Srebrną Lisicą -?odpo­wie­działa.

Gdy już odda­lił się na wystar­cza­jącą odle­głość, zary­zy­ko­wał jesz­cze jedno, poże­gnalne spoj­rze­nie. Kobieta na­dal stała w tym samym miej­scu. Spo­glą­dała na wzbie­ra­jące fale oce­anu, spla­ta­jąc dło­nie za ple­cami. Wydała mu się jesz­cze bar­dziej samotna i smutna niż przed­tem. Coś w niej przy­cią­gało jego serce, gdy nagle zauwa­żył, że nie jest już sama. Oto­czyły ją inne posta­cie. Były mroczne, a ich zarysy wyda­wały się nieco zatarte. Dziwne syl­wetki spo­wi­jały grube futra, a wokół nich powie­wały dłu­gie, wystrzę­pione, zwie­rzęce skóry. Jedna miała na gło­wie sękate poroże.

Na ten widok rybaka prze­szył zimny, ata­wi­styczny dreszcz. Cof­nął się. Znowu ogar­nęło go prze­ra­że­nie. Umarli. Jest smutną kró­lową umar­łych. Tylko pomy­śleć, że gdyby uto­nął, stałby tam teraz z nimi!

Odwró­cił się i uciekł. Musi ostrzec wszyst­kich! Nie spo­sób już było wąt­pić, że to naprawdę jest Mar­twy Brzeg!

***

Burl Tar­din wie­dział, że z pew­no­ścią nie jest pierw­szym wśród nie­zli­czo­nych kor­sa­rzy, roz­bój­ni­ków i zwy­czaj­nych pira­tów na połu­dnio­wym wybrzeżu Gena­bac­kis oraz archi­pe­lagu zwa­nym Kon­fe­de­ra­cją Wol­nych Miast, który usły­szał o odkry­ciu boga­tych złóż złota na legen­dar­nych pół­noc­nych zie­miach Assail. Zda­wał też sobie sprawę, że z pew­no­ścią nie jest pierw­szym, który wyru­szy na połu­dnie, nara­ża­jąc się na sztormy Morza Gala­tań­skiego, a potem wypły­nie na wpół mityczne Morze Nie­na­wi­ści, jak zwano je w daw­nych opo­wie­ściach. Wie­dział też, że z pew­no­ścią nie będzie pierw­szym, któ­remu uda się dotrzeć do celu, mimo wiel­kich kosz­tów i rów­nie wiel­kiego ryzyka. Z pew­no­ścią będzie to osią­gnię­cie godne pie­śni.

Upew­nił się w tym, mija­jąc wraki gena­bac­kań­skich stat­ków na czymś, co w tych samych sta­rych pie­śniach i opo­wie­ściach zwano "Wybrze­żem Mor­skich Roz­bój­ni­ków".

Podej­rze­wał jed­nak, że może być jed­nym z pierw­szych, któ­rym udało się dotrzeć do wąskiego przej­ścia mię­dzy ska­łami zna­nymi jako Straż­nicy. Te skały i kręty szlak wio­dący mię­dzy nimi, zwany Groź­nym Kory­ta­rzem, zamy­kały dostęp do śród­lą­do­wego Strasz­nego Morza, zwa­nego też nie­kiedy Morzem Stra­chu. Był prze­ko­nany, że jest pierw­szym spo­śród swych roda­ków, który doko­nał tego praw­dzi­wego cudu nawi­ga­cji.

A teraz jego sta­tek Mor­ski Atak stał unie­ru­cho­miony przez flautę na bla­dych, mlecz­nych wodach Strasz­nego Morza. Rzecz jasna, cała załoga zła­pała za wio­sła, ale trudno było oce­nić, jak szybko posu­wają się naprzód w nie­mal nie­ustan­nej mgle, która nocą zasła­niała gwiazdy, a za dnia ukry­wała nie­zna­jomy brzeg. Wielu pro­po­no­wało, by zacze­kać, aż się roz­pro­szy, ale Burl Tar­din podej­rze­wał, że w tej nie­zwy­kłej kra­inie zda­rza się to bar­dzo rzadko. Co wię­cej, gdy tylko przy­bi­jali do brzegu, by uzu­peł­nić zapasy wody albo upo­lo­wać tro­chę zwie­rzyny, byli ata­ko­wani przez wrogo nasta­wio­nych tubyl­ców. Ich włócz­nie pozba­wiły życia czte­rech człon­ków jego załogi.

Ławice gęstej mgły uno­szą­cej się w powie­trzu niczym dym wycią­gały ku nim lep­kie ramiona. Mieli wra­że­nie, że w gęstych opa­rach maja­czą jakieś syl­wetki. Mogły to być inne statki, które rów­nież zgu­biły drogę. Ludzie na bocia­nim gnieź­dzie wołali do nich, ale odpo­wia­dały im jedy­nie echa wła­snych gło­sów. Tak przy­naj­mniej sądził Burl, choć powra­ca­jące głosy dziw­nie przy­po­mi­nały krzyki w obcych języ­kach, wyra­ża­jące ostrze­że­nie. Być może nawet panikę.

-?Potwór mor­ski! -?ostrzegł pew­nego ranka obser­wa­tor na bocia­nim gnieź­dzie.

Burl omal nie roz­ka­zał nie­szczę­śni­kowi zejść na dół, ponie­waż wzrok naj­wy­raź­niej wpro­wa­dził go w błąd, ale inni rów­nież zaczęli krzy­czeć, wycią­ga­jąc ręce za lewą burtę. Coś się do nich zbli­żało. We mgle poru­szała się długa i wysoka syl­wetka.

Na wiel­kiego boga morza, smok mor­ski! -?zaklął w myślach zdu­miony kapi­tan.

Mgła roz­pa­dła się na skłę­bione kosmyki.

-?Uwaga! Lód! -?dobiegł z bocia­niego gniazda prze­ra­żony głos.

-?Ode­pchnij­cie sta­tek wio­słami! -?ryk­nął Burl.

Załoga po pra­wej bur­cie zaczęła wcią­gać wio­sła na pokład, pod­czas gdy ci po lewej unie­śli swoje i się przy­go­to­wali. O cien­kie drew­niane kije otarł się ogromny frag­ment szma­rag­do­wego lodu. Drewno pękało, a wio­śla­rze stę­kali i krzy­czeli z bólu, gdy ude­rzały ich odłamki wio­seł. Her­nen padł na pokład z roz­trza­skaną czaszką, kiedy odła­many frag­ment ude­rzył go w skroń z przy­pra­wia­ją­cym o mdło­ści wil­got­nym trza­skiem.

Mor­ski Atak zachwiał się nagle ude­rzony z boku. Kadłub zatrzesz­czał, a wszy­scy ludzie na pokła­dzie zwa­lili się na deski. Na pokład posy­pały się okru­chy lodu. Buchały z nich obłoki pary.

-?Sprawdź­cie stan kadłuba! -?roz­ka­zał Burl, pod­no­sząc się. -?I usuń­cie ten lód.

-?Tak jest -?odpo­wie­dział pierw­szy ofi­cer Whel­len.

Lodowy gigant na­dal pły­nął, nawet nie­tknięty koli­zją. Burl obser­wo­wał, jak ogromna góra lodowa w nie­sa­mo­wi­tym mil­cze­niu pogrąża się z powro­tem we mgle.

-?Kadłub jest w porządku -?zamel­do­wał pierw­szy cie­śla.

Burl ski­nął z ulgą głową.

Ich uwagę nagle przy­cią­gnął krzyk bólu dobie­ga­jący ze śród­o­krę­cia. Whel­len zamarł, gapiąc się na swe dło­nie.

-?Bogo­wie, co się stało? -?zapy­tał Burl, pod­bie­ga­jąc do niego.

Pierw­szy ofi­cer patrzył na swoje ręce, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem.

-?Gadaj, czło­wieku! -?wark­nął kapi­tan.

Męż­czy­zna uniósł wzrok i Burl wzdry­gnął się przed tym, co zoba­czył w jego oczach. Wyda­wały się cał­ko­wi­cie pozba­wione świa­do­mo­ści.

-?To parzy -?wyszep­tał z bojaź­nią męż­czy­zna. -?Ten lód parzy.

Osu­nął się na mokry pokład.

Burl roz­ka­zał owi­nąć go w koce i zapo­mniał o nim. Musiał spraw­dzić stan statku i zająć się załogą. Roz­ka­zał wcią­gnąć na pokład zapa­sowe wio­sła i zosta­wić te, które można było jesz­cze napra­wić. Nie mieli już kom­pletu i nawet gdy załoga wróci do wio­sło­wa­nia, będą się posu­wać naprzód wol­niej niż dotąd.

Następ­nego dnia zauwa­żyli sta­tek. W pierw­szej chwili był tylko nie­ru­chomą syl­wetką maja­czącą we mgle. Kapi­tan roz­ka­zał zbli­żyć się do niego ostroż­nie. Połowa załogi, która nie była zajęta wio­sło­wa­niem, pobie­gła po broń. Kiedy się zbli­żyli, ujrzeli coś, czego Burl ni­gdy dotąd nie widział, podob­nie jak nikt z jego załogi.

Długi i wąski sta­tek był galerą, podob­nie jak Atak, ale więk­szą i o zamknię­tym kadłu­bie, nie otwar­tym. Stał zatrzy­many przez flautę, a żagle na jego jedy­nym masz­cie zwi­sały bez­wład­nie. Na Burlu spra­wiał wra­że­nie opusz­czo­nego.

-?Hej, sta­tek! -?zawo­łał.

Gdy nikt nie odpo­wia­dał, roz­ka­zał pod­pły­nąć bli­żej i przy­go­to­wać mały oddział abor­da­żowy. Miał nim dowo­dzić drugi ofi­cer, Gaff. Whel­len na­dal leżał na koi, dotknięty jakąś tajem­ni­czą cho­robą.

Atak dotknął śród­o­krę­cia dru­giej jed­nostki i ludzie Gaffa weszli na pokład. Burl i reszta załogi przy­glą­dali się im uważ­nie, trzy­ma­jąc broń w pogo­to­wiu. Nie musieli cze­kać długo. Grupa wró­ciła nie­mal natych­miast. Zsu­wali nogi z wyż­szej burty dłu­giego statku albo po pro­stu ska­kali w dół. Burl szu­kał wzro­kiem Gaffa. Wszy­scy byli cisi, a twa­rze mieli pobla­dłe. Wresz­cie zna­lazł dru­giego ofi­cera i omiótł go spoj­rze­niem od stóp do głów.

-?Słu­cham?

Gaff tylko potrzą­snął głową. Nie był w sta­nie nic powie­dzieć. To było nie­po­ko­jące. Burl przy­po­mniał sobie reak­cję Whel­lena na dotknię­cie lodu. Drugi ofi­cer z drże­niem otarł ręka­wem błysz­czące od potu czoło i poru­szył grdyką, jakby pró­bo­wał prze­łknąć żółć.

-?Jest pusty -?zdo­łał wykrztu­sić. -?Wszy­scy ode­szli.

Burl prze­su­nął spoj­rze­niem po koły­szą­cym się na falach statku. Na jego linii wod­nej nagro­ma­dziło się mnó­stwo wodo­ro­stów i pąkli, jakby galera stała tu od wielu lat.

-?Nie żyją? Jak zgi­nęli?

-?Nie zgi­nęli, kapi­ta­nie. Ode­szli. Nie ma tam nikogo, żywego ani mar­twego. To sta­tek widmo.

-?Coś się z nimi stało? Jakiś wypa­dek?

Drugi ofi­cer potarł ramiona, jakby zmarzł. Na­dal nie spusz­czał spoj­rze­nia z dru­giego statku.

-?Nie, kapi­ta­nie. To wyglą­dało tak, jakby cała załoga po pro­stu wstała i opu­ściła sta­tek. Na wpół zwi­nięte zwoje lin. Posiłki na stole. Jesz­cze świeże.

-?Świeże? Jak to moż­liwe? Był jakiś dzien­nik?

Gaff potrzą­snął głową.

-?Nie spraw­dza­li­śmy, kapi­ta­nie.

-?Nie spraw­dza­li­ście? Bogo­wie i demony, czło­wieku! Wra­caj­cie na pokład i znajdź­cie dzien­nik pilota.

Gaff pokrę­cił głową.

-?Nie, kapi­ta­nie. Ten sta­tek jest prze­klęty. Musimy stąd odpły­nąć.

Burl miał ochotę kazać im wra­cać po zapasy i wodę pitną, zauwa­żył jed­nak, że wszy­scy poki­wali gło­wami, wspie­ra­jąc słowa dru­giego ofi­cera. Zauwa­żył, że nie­któ­rzy wyko­nują znaki chro­niące przed złem. I dostrzegł w ich oczach coś w rodzaju ata­wi­stycz­nego stra­chu. Sam był mary­na­rzem i wie­dział, że takie prze­sądy potra­fią się zako­rze­nić bar­dzo głę­boko. Zda­wał też sobie sprawę, że dowo­dzi nimi tylko dzięki ich zgo­dzie. Dla­tego ski­nął pogar­dli­wie ręką i wymam­ro­tał:

-?Pro­szę bar­dzo. Jak sobie życzy­cie.

Gaff ski­nął sta­now­czo głową i odwró­cił się ku swoim ludziom.

-?Niczego ze sobą nie przy­nie­śli­ście, tak? Bar­dzo dobrze. Nie możemy się nara­żać na klą­twę. Odpły­wamy! -?zawo­łał do reszty załogi. -?Łapać za wio­sła!

-?A co to za klą­twa, Gaff? -?zapy­tał Burl, gdy cudzo­ziem­ski sta­tek znik­nął we mgle niczym widmo.

-?Morze Stra­chu, kapi­ta­nie. Podobno dopro­wa­dza ludzi do sza­leń­stwa.

Burl sły­szał podobne opo­wie­ści i pie­śni. Histo­rie o stat­kach porzu­co­nych z tajem­ni­czych powo­dów. Pozba­wio­nych załogi sko­ru­pach uno­szą­cych się na falach. Do tej pory trak­to­wał je z lek­kim nie­do­wie­rza­niem. Dla­czego załoga mia­łaby porzu­cić nie­usz­ko­dzony sta­tek? Z pew­no­ścią przy­pły­nął z jakie­goś pobli­skiego portu. Być może urwał się z cum. Nie­moż­liwe, by cała załoga sko­czyła nagle do wody!

Sły­szał jed­nak, że jego ludzie szep­czą mię­dzy sobą. Powta­rzali stare, krą­żące od nie­pa­mięt­nych cza­sów histo­rie o klą­twach. Cią­gle powta­rzali szep­tem: "Straszne Morze", "Morze Stra­chu", "Strasz­liwe Morze".

Ten strach zawisł nad stat­kiem niczym ota­cza­jąca ich gęsta mgła. Przy­szło mu na myśl, że może już być za późno. Moż­liwe, że wystar­czy jedno przy­pad­kowe spo­tka­nie z nie­zwy­kło­ścią, żeby ska­zić umysł i wyobraź­nię. I na tym wła­śnie pole­gała klą­twa.

***

Syn Ormana Bre­gina uwa­żał, że ma szczę­ście, że żyje. Dora­stał nie­opo­dal Loku, w zim­nym cie­niu Wło­ści Krwi Lodu. Jedy­nym, co znał, była ciężka harówka na nie­uro­dzaj­nej, kamie­ni­stej gle­bie. On, jego rodzina i sąsie­dzi, a także wszy­scy miesz­kańcy Loku. Wie­dział, że wysocy miesz­kańcy Wiel­kich Domów na gór­skich sto­kach nazy­wają ich pogar­dli­wie ludźmi z nizin. Sami tak mówili o tych, któ­rzy miesz­kali w nad­mor­skich kró­le­stwach. Wszyst­kie te gór­skie lasy i doliny, aż po łań­cuch Gór Soli, były dla nich zaka­zane. Klany Krwi Lodu zazdro­śnie strze­gły swych Wło­ści i nie­ustan­nie wal­czyły mię­dzy sobą o gra­nice. Intru­zów, ludzi z nizin takich jak on, ich człon­ko­wie po pro­stu zabi­jali, nie zada­jąc żad­nych pytań.

Rzecz jasna, jego rodacy rów­nież toczyli wojnę, sta­ra­jąc się ode­przeć ataki prze­klę­tej Krwi Lodu i znisz­czyć ją cał­ko­wi­cie.

Jego lud wygry­wał tę walkę. Tak przy­naj­mniej mówiono "Pod Białą Łanią". Mia­steczka rosły, a ich miej­scowy baron, P'tar Dłu­go­ręki, rezy­do­wał bez­piecz­nie w swym dłu­gim domu.

Tak przy­naj­mniej wyglą­dało to przed ostat­nim ata­kiem. Orman omal się do niego nie przy­łą­czył. Więk­szość jego przy­ja­ciół tak zro­biła. Dłu­go­ręki oso­bi­ście dowo­dził akcją. Pra­wie pięć­dzie­się­cioro uzbro­jo­nych męż­czyzn i kobiet wyru­szyło na wyprawę, by wytro­pić Klany Krwi Lodu i puścić z dymem ich Wiel­kie Domy.

Wró­ciło tylko dwu­na­stu ludzi. Dłu­go­ręki był wśród nich, choć odniósł poważne rany. Żaden z przy­ja­ciół Ormana nie oca­lał. "Pod Białą Łanią" wiele mówiono przy­ci­szo­nymi gło­sami o magii Krwi Lodu. Miesz­kańcy gór poru­szali się w lesie nie­po­strze­że­nie niczym duchy i wal­czyli jak tchó­rze, ata­ku­jąc tylko nocą i zni­ka­jąc bez śladu.

Baron nie opusz­czał teraz swego domo­stwa i prze­zwano go Krót­ko­rę­kim. Orman spo­dzie­wał się, że wkrótce zastąpi go nowy władca. Zawsze tak było. Gdy tylko miej­scowy król, kró­lowa albo baron tra­cili siły i nie byli już w sta­nie utrzy­mać tego, co zdo­byli, przy­cho­dził ktoś inny i odbie­rał im wła­dzę.

Może będzie to król Ronal Bękart z Opoń­czy. Orman sły­szał, że prze­kro­czył on Stru­mień Kata i zbu­do­wał nową osadę z drewna wyso­kich sosen z Wło­ści Bainów. Mówiono też, że trzyma na stole słój z zama­ry­no­waną głową Shii Baina, wodza klanu.

Orman raz jesz­cze pogra­tu­lo­wał sobie, że żyje. W ostat­nich latach od mia­steczka do mia­steczka wędro­wały wie­ści o boga­tych zło­żach złota odkry­tych wysoko w Górach Soli, głę­boko we Wło­ściach Krwi Lodu.

Z początku wszy­scy, któ­rych znał, trak­to­wali te pogło­ski z nie­do­wie­rza­niem. Jezioro na połu­dnie od nich nazy­wano Morzem Złota i z pew­no­ścią stąd wzięło się całe to zamie­sza­nie. Starcy powia­dali, że to już się kie­dyś zda­rzyło. Jakiś debilny cudzo­zie­miec zauwa­żył nazwę jeziora na sta­rej, zaku­rzo­nej mapie i nagle cała zgraja cho­ler­nych dur­niów przy­była tu, sądząc, że wystar­czy im wycią­gnąć rękę, by zdo­być wiel­kie bogac­twa.

Potem jed­nak dotarły do nich wie­ści o cudzo­ziem­cach przy­by­wa­ją­cych na połu­dniowe wybrzeże. Począt­kowo był to tylko wąski stru­myk. Garstka jasno­wło­sych igno­ran­tów, któ­rych łatwo można było się pozbyć. Potem zaczęły się zja­wiać całe bandy. Nie­któ­rzy nawet wyru­szyli w głąb lądu, igno­ru­jąc wszel­kie ostrze­że­nia. Nie­któ­rzy wró­cili jako głowy prze­rzu­cone przez stru­mie­nie albo nadziane na paliki przy leśnych ścież­kach.

Teraz jed­nak mówiono, że do nizin­nych kró­lestw przy­by­wają całe statki wyła­do­wane obco­kra­jow­cami. W jedną noc na brze­gach Morza Złota wyro­sły dwa nowe mia­steczka. Sły­szał też opo­wie­ści, że gra­nice Pół­wy­spu Kości zamknięto przed intru­zami i wybu­chła praw­dziwa wojna.

Pew­nego dnia późną nocą zja­wił się Ger­run Krótka Goleń, przy­siadł się do Ormana na ławie "Pod Białą Łanią" i zaczął powta­rzać pogło­ski o zło­cie. Orman słu­chał tych bzdur przez pewien czas -?Ger­run, ze swymi zło­tymi kol­czy­kami i fil­co­wymi koszu­lami naby­tymi od kup­ców z nizin­nych kró­lestw, sta­now­czo za bar­dzo lubił ale.

Orman lek­ce­wa­żył jego słowa do tego stop­nia, że minęło sporo czasu, nim w pełni dotarło do niego zna­cze­nie tego, co usły­szał. Ger­run i bra­cia Red­di­no­wie wyru­szali na wyprawę ze Sta­rym Niedź­wie­dziem. Czy zechciałby się do nich przy­łą­czyć?

Każ­dej innej nocy zigno­ro­wałby to głu­pie gada­nie. Jed­nakże imię Sta­rego Niedź­wie­dzia skło­niło go do zasta­no­wie­nia. To był jeden z ostat­nich pozo­sta­łych przy życiu myśli­wych polu­ją­cych w gór­skich doli­nach. Ponoć swo­bod­nie wędro­wał po Wło­ściach Krwi Lodu. Powia­dano, że przed laty - kiedy jesz­cze miał dwoje oczu -?słu­żył jako wyna­jęty włócz­nik Kla­nowi Pięt. Bra­cia Red­di­no­wie -?Keth i Kas­son -?byli wśród jede­na­stu ludzi, któ­rzy wró­cili żywi z wyprawy z Dłu­go­rę­kim. Obaj byli poważni i tak mało­mówni, że tylko nie­wielu wie­działo, który jest który.

-?Dla­czego ja? -?zapy­tał krótko Orman, wspie­ra­jąc przed­ra­miona na stole po obu stro­nach skó­rza­nego kufla.

Ger­run poru­szył gwał­tow­nie głową, poj­mu­jąc sens tego pyta­nia. Pocią­gnął pośpiesz­nie łyk ale i otarł usta.

-?Stary Niedź­wiedź mówi, że znał two­jego ojca. Oto powód. Powie­dział nawet, że cie­bie też spo­tkał.

Orman ski­nął głową. To było wiele lat temu. Jego ojciec był zaprzy­się­żo­nym sługą poprzed­niczki Dłu­go­rę­kiego, Eusty. Zwano ją Eustą Chorą, ponie­waż cią­gle coś jej dole­gało. Był straż­ni­kiem gra­nicz­nym i cza­sami zapusz­czał się nawet na Wło­ści Krwi. Parę razy zabrał ze sobą Ormana.

Opo­wia­dał mu o duchach. Już pierw­szej nocy, gdy kulili się razem przy nie­wiel­kim ogni­sku, wyja­śnił mu, że Wło­ści Krwi Lodu są ich pełne. Stra­szyły tu duchy zmar­łych przod­ków wszyst­kich kla­nów -?Pię­tów, Bainów, Mówią­cych i tak dalej. Cza­sami, szep­tał ojciec, pochy­la­jąc się ku niemu z wielką włócz­nią zwaną Dzi­czym Zębem na kola­nach, jeśli ktoś wytę­żył słuch, mógł je usły­szeć.

Póź­niej Orman rze­czy­wi­ście je usły­szał. A przy­naj­mniej tak mu się zda­wało. Wzy­wa­jące go głosy, dobie­ga­jące z samej ziemi. Wło­ści Krwi Lodu mówiły do niego. Teraz, gdy cof­nął się myślą o jakieś pięć lat, zada­wał sobie pyta­nie, czy to wszystko mogło być wytwo­rem jego wyobraźni. Być może wyda­wało mu się, że je sły­szy, ponie­waż ojciec mu to zasu­ge­ro­wał.

Zażar­to­wał sobie z podat­nego na wpływy chło­paka.

Przy­po­mi­nał sobie, że pod­czas jed­nej z tych wypraw spo­tkał Sta­rego Niedź­wie­dzia. Zawdzię­czał on to prze­zwi­sko wiel­kiej kudła­tej skó­rze, w którą się odzie­wał. Głowę zwie­rza nosił na swo­jej niczym kap­tur. Gni­jąca nie­wy­pra­wiona skóra cuch­nęła już wtedy. Lepiej sobie nie wyobra­żać, jak śmier­działa teraz. Chyba że stary dureń zna­lazł sobie nową.

Miał wra­że­nie, że rozu­mie, co chciał mu powie­dzieć Niedź­wiedź. Wie­dział, że ojciec opro­wa­dził Ormana po niżej poło­żo­nych doli­nach Wło­ści. I prze­ka­zał mu to tak, że jego posła­niec, Ger­run, nie miał poję­cia, o co cho­dzi.

Pocią­gnął długi, powolny łyk, by dać sobie czas na zasta­no­wie­nie. Rozej­rzał się po mrocz­nym wnę­trzu obe­rży. Było już późno i ogień na kamien­nym kominku tlił się słabo. "Pod Białą Łanią" zostali tylko regu­larni klienci, garstka tych, któ­rzy zapła­cili za przy­wi­lej spę­dze­nia nocy na pokry­tej słomą pod­ło­dze razem z szu­ka­ją­cymi odpad­ków psami. O ile potra­fił to oce­nić, nikt nie zwra­cał szcze­gól­nej uwagi na nich dwóch.

Stary Niedź­wiedź zbie­rał grupę, która wyru­szy na poszu­ki­wa­nie złota. Ale po co mu grupa? Świet­nie zna­jący góry wete­ran mógł z łatwo­ścią dotrzeć tam w poje­dynkę. Być może z upły­wem lat udało mu się zna­leźć tro­chę samo­rod­ków... z pew­no­ścią odkrył bogate złoże warte kopa­nia.

Nagle go olśniło. Stary Niedź­wiedź spo­dzie­wał się kon­ku­ren­cji. Sądził, że już nie­długo, być może z nadej­ściem wio­sny, wśród wzgórz zaroi się od poszu­ki­wa­czy złota -?miesz­kań­ców nizin i cudzo­ziem­ców, łupież­ców i pospo­li­tych zło­dziei. Wszy­scy będą wal­czyć ze sobą o działki, samo­rodki i złoty pył.

Lepiej zja­wić się tam przed nimi. Wszy­scy oni -?Orman, bra­cia Red­di­no­wie i Stary Niedź­wiedź -?odwie­dzali już Wło­ści Krwi Lodu. Z pew­no­ścią nie był to przy­pa­dek. Wszy­scy poza Krótką Gole­nią. A może on rów­nież? Zer­k­nął ukrad­kiem na Ger­runa, nie prze­sta­jąc się roz­glą­dać po pra­wie już opu­sto­sza­łych ławach obe­rży. Krót­kiej Goleni ni­gdy nie bra­ko­wało pie­nię­dzy na ale, choć nie miał wła­snej ziemi ani nie pra­co­wał dla innych. A co z jego zło­tymi kol­czy­kami? I z grubą skrę­coną bran­so­letą ze złota na jego nad­garstku? Jeśli się nad tym zasta­no­wić, jak to moż­liwe, że było go stać na takie rze­czy? Być może znał pewne gór­skie stru­mie­nie, w któ­rych kilka dni prze­sie­wa­nia mogło zapew­nić utrzy­ma­nie na wiele lat.

Odchrząk­nął, splu­wa­jąc w dłoń.

-?Zgoda -?wyszep­tał. -?Gdzie się spo­tkamy?

Ger­run uśmiech­nął się i pocią­gnął długi łyk, po czym otarł pianę z wąsów.

-?Znasz obo­zo­wi­sko pod Skałą Poroża? Za Sosno­wym Mostem?

-?Tak.

-?Zatem jutro.

Orman ski­nął głową i dokoń­czył ale. Kiedy wstał, Ger­run ski­nął na obe­rży­stę, Osta, zama­wia­jąc kolejny kufel.

Droga do gospo­dar­stwa stryja była długa i zimna. Jemu i matce pozwo­lono tam zamiesz­kać po śmierci ojca. Sią­pił lodo­waty desz­czyk. Śnieg pod butami był twardy. Nocą wszystko zamar­zło. Nocne niebo znowu prze­ci­nał Wielki Lodowy Most, świe­cący groź­nym bla­skiem. Ostat­nio przy­ćmie­wało go świa­tło Cudzo­ziemca, czy może Intruza, jak zwali go nie­któ­rzy. Ludzie zapew­niali, że zwia­stuje to koniec Kla­nów Krwi Lodu, ale to bło­go­sła­wień­stwo ich nie spo­tkało. Idąc po zamar­z­nię­tym bło­cie, zasta­na­wiał się, czy teraz wszy­scy uznają to wyda­rze­nie za omen gorączki złota i zmiaż­dże­nia kla­nów przez hordę cudzo­ziem­ców, o ile rze­czy­wi­ście dotrą tak daleko na pół­noc. W tym sen­sie można to było rze­czy­wi­ście uznać za omen, bez względu na to, co się wyda­rzy.

Otwo­rzył drzwi prze­wiew­nej chaty, którą z nie­chę­cią oddał im stryj, po czym pod­szedł do skrzyni usta­wio­nej pod tylną ścianą. Usu­nął z wieka zbie­ra­jące się na nim ślady codzien­nego życia -?tro­ciny, stare kawałki juty, wełny i płótna, które jego matka zszy­wała i cero­wała, żeby zro­bić ubra­nia. W drew­nia­nej misce, którą sam wystru­gał, postu­ki­wały teraz guziki, haczyki, szy­dła oraz igły, wyko­nane przez niego z kości bądź poroża. Potem otwo­rzył skrzy­nię i wydo­był z niej skó­rzany strój ojca, zwi­nięty i zwią­zany pasami.

Noz­drza wypeł­niła mu silna woń ojca -?zwie­rzęcy tłuszcz i dym pomie­szane z sosnową żywicą i zie­mią. Zapach gór­skiego lasu.

-?Odcho­dzisz -?dobiegł go zza ple­ców głos matki.

Odwró­cił się.

Matka leżała pod stertą koców. Jej dłu­gie, siwe włosy lśniły w bla­sku księ­życa, wpa­da­ją­cym do środka przez okno z mocno nacią­gnię­tej owczej skóry.

-?Tak.

-?Kiedy?

-?Jutro.

-?Rozu­miem. Dokąd się wybie­rasz?

Ści­snął w dło­niach ciężką skó­rzaną koszulę i spodnie, a potem odchrząk­nął.

-?Do przy­brzeż­nych kró­lestw. Może przy­łą­czę się do Ronala Bękarta.

Matka umil­kła na dłuż­szą chwilę.

-?Weź Dzi­czy Ząb -?ode­zwała się wresz­cie.

Wypro­sto­wał się zasko­czony. Dzi­czy Ząb był włócz­nią jego ojca. Wisiał teraz nad kamien­nym komin­kiem w pokoju stryja.

-?Jal uznał go za swoją wła­sność.

-?Nie zgo­dzi­łam się na to, ale nic wtedy nie powie­dzia­łam. Byłeś za młody. -?Jej błysz­czące w świe­tle księ­życa oczy skie­ro­wały się w stronę domu stryja. -?Idź teraz. Wszy­scy śpią.

Wsa­dził rękę pod pas i zarzu­cił tobo­łek na plecy. Wie­dział, że w środku znaj­dzie wyso­kie moka­syny. Ojciec zawsze zawią­zy­wał je rze­mie­niami aż do kolan. Matka rów­nież wstała. W dłu­giej, bia­łej koszuli wyglą­dała jak duch. Ormana prze­szyło prze­czu­cie śmierci.

-?Idź cicho -?powie­działa mu, sta­jąc przy drzwiach.

-?Jak ojciec -?odpo­wie­dział. Uśmiech­nęła się, lecz dostrze­gał w tym uśmie­chu nutę smutku. Poczuł chłodne dotknię­cie wil­goci, gdy poca­ło­wała go w poli­czek.

-?Żegnaj.

Nikt z kuzy­nów stryja ani wyna­ję­tych przez niego zbroj­nych nie rzu­cił mu wyzwa­nia, gdy wdra­pał się na pagó­rek i wszedł do domu. Psy przy­wi­tały go rado­śnie. Trą­cały go nosami, doma­ga­jąc się sma­ko­ły­ków. Pogła­skał wszyst­kie i uci­szył, a potem pod­szedł do kominka z jego gzym­sem z gła­dzo­nych nad­rzecz­nych kamieni. Wycią­gnął rękę i zdjął włócz­nię z drew­nia­nych pod­sta­wek. Miała grube jesio­nowe drzewce i sze­roki grot w kształ­cie liścia, nie­zwy­kły, ponie­waż wyko­nano go z jakie­goś nie­zna­nego kamie­nia. Wyda­wała mu się lżej­sza, niż gdy ostat­nio wziął ją w rękę, przy sto­sie pogrze­bo­wym ojca.

Poko­nał już połowę drogi do wyj­ścia, gdy nagle zatrzy­mał go kobiecy głos.

-?Orman! To nie twoja wła­sność!

Odwró­cił się. Raina, żona Jala, stała owi­nięta w koc w drzwiach do ich sypialni.

-?Jal! Obudź się, ty głą­bie! Twój bra­ta­nek to nie­wdzięczny zło­dziej!

Nie cze­kał, aż cały dom zerwie się na nogi. Prze­ni­kliwe krzyki Rainy ści­gały go w dół wzgó­rza.

-?Orman! Nazy­wamy cię zło­dzie­jem! Nikt nie da ci schro­nie­nia! Banita! Dości­gniemy cię jak psa!

Przy­śpie­szył kroku, kie­ru­jąc się do lasu. Jego oddech zamie­niał się w parę. Dzi­czy Ząb wyda­wał mu się lekki jak gałązka wierzby. Grot z kre­mo­wo­brą­zo­wego kamie­nia zda­wał się śpie­wać, gdy prze­szy­wał powie­trze.

Miał przed sobą serię lesi­stych sto­ków, pro­wa­dzą­cych aż do Gór Soli. Ich ośnie­żone szczyty lśniły sła­bym srebr­nym bla­skiem w świe­tle księ­życa. Nie­prze­li­czo­nymi milami cią­gnęły się tam Wło­ści Krwi Lodu. Wzy­wała go ta dzika kra­ina, pełna nie­prze­bra­nych moż­li­wo­ści. To była obiet­nica, którą przed laty zło­żył mu ojciec.

Rozdział II

Doszła do wnio­sku, że jej życie jest jedy­nie serią pora­żek. Kata­stro­fal­nych pora­żek. Jedna nastę­po­wała po dru­giej. Tak wielu poświę­ciło tak wiele, by umoż­li­wić jej prze­ję­cie dzie­dzic­twa. Rhi­vij­skie ple­miona, mala­zań­ska pie­chota mor­ska, oby­wa­tele Daru­dży­stanu -?hono­rowi i mniej hono­rowi -?wal­czyli boha­ter­sko, by pomóc jej stać się tym, kim miała się stać: Srebrną Lisicą, Wzy­wa­jącą sta­ro­żyt­nych, nie­śmier­tel­nych T'lan Imas­sów, któ­rzy sami sie­bie prze­klęli.

Matka poświę­ciła życie, by ją wykar­mić; Rhi­vij­czycy zno­sili wyrze­cze­nia i pono­sili masowe straty pod­czas swych migra­cji; jeden z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych mala­zań­skich ofi­ce­rów oddał za nią życie; a teraz, gdy nazwano ją Wzy­wa­jącą T'lan Imas­sów, która wró­ciła, sami Imas­so­wie mogli dopro­wa­dzić ją do zguby. Uro­dziła się po to, by zwo­łać wszyst­kie klany T'lan Imas­sów na wiel­kim zgro­ma­dze­niu, mają­cym unie­waż­nić rytuał Tel­lann, ska­zu­jący ich na wieczną wojnę z Jaghu­tami, choć utra­ciła ona wszel­kie zna­cze­nie już przed nie­zli­czo­nymi tysiąc­le­ciami, gdy z tego obcego gatunku pozo­stały jedy­nie izo­lo­wane jed­nostki, nie­wy­ka­zu­jące zain­te­re­so­wa­nia spra­wami Imas­sów czy ludzi.

Jed­nakże nie wszy­scy Imas­so­wie uwa­żali wojnę za skoń­czoną. W Assail tliła się jesz­cze ostat­nia pozo­sta­łość tego kon­fliktu. Roz­dzie­ra­jące duszę dzie­dzic­two, zagra­ża­jące nawet jej sym­pa­tii do tego sta­ro­żyt­nego ludu.

Spę­dzała dnie i noce na nie­ustan­nym czu­wa­niu na wybrzeżu, na które grota, czy może kró­le­stwo Tel­lann, przy­cią­gała Imas­sów z powodu tej upar­cie się utrzy­mu­ją­cej obec­no­ści. Tu wła­śnie zna­leźli swą Wzy­wa­jącą, a także coś innego. Coś, czego nikt z nich nie ocze­ki­wał ani nawet sobie nie wyobra­żał.

***

Gdy popa­dała w naj­gor­szy moż­liwy nastrój, Pran Chole odwie­dzał ją, by dotrzy­my­wać jej towa­rzy­stwa przez pewien czas. A może chciał ją mieć na oku, na wypa­dek gdyby posta­no­wiła pod­jąć dra­styczne kroki mające poło­żyć kres jej cier­pie­niom. Nie zde­cy­do­wała jesz­cze, czy jego mil­cząca obec­ność pocie­sza ją, czy raczej iry­tuje. W pew­nej chwili oznaj­mił, że zgo­dzi się zostać bez­bron­nym celem dla jej gniewu, furii oraz obu­rze­nia na nie­spra­wie­dliwy los, na jaki ją ska­zano. Zasy­py­wała go cio­sami niczym kowal walący w kowa­dło. Z cza­sem uświa­do­miła sobie jed­nak, że to był dar dla niej, zro­dzony z miło­ści. Cho­dziło mu o to, by wyła­do­wała złość na nim, a nie na sobie.

Teraz nie była już pewna, co czuje do pra­sta­rego rzu­ca­ją­cego kości. Poza nim nie miała nikogo, kto choć w naj­mniej­szym stop­niu przy­po­mi­nałby ojca. Gdy popa­dała w naj­gor­szy moż­liwy nastrój, potra­fił w jakiś spo­sób to wyczuć. Przy­by­wał do jej namiotu na wydmach i wcho­dził do środka, odchy­la­jąc połę i pochy­la­jąc zwień­czoną poła­ma­nym poro­żem głowę, jakby był żywą istotą, po czym przy­glą­dał się jej w mil­cze­niu. To było ostat­nie, co mógł jej zaofe­ro­wać. Swoje towa­rzy­stwo.

W takie noce, gdy wiatr zawo­dził prze­raź­li­wie, a fale tłu­kły o brzeg, jakby zamie­rzały uni­ce­stwić go do cna, cza­sami sia­dała ze skrzy­żo­wa­nymi nogami przy swym małym ogni­sku, a cały namiot z nie­wy­pra­wio­nych skór drżał i łopo­tał wokół niej. W takich chwi­lach Pran Chole czę­sto zatrzy­my­wał się przed wej­ściem, jakby nie był pewien, czy będzie tu mile widziany. Nie czuła się skrę­po­wana jego bli­sko­ścią. W grun­cie rze­czy wcale nie sku­piał na niej uwagi. Puste oczo­doły cią­gle kie­ro­wał w bok, ku wybrzeżu. Sta­rał się wyczuć nowych przy­by­szów.

Rzecz jasna, nie musiał sobie zawra­cać głowy tą krę­pu­jącą demon­stra­cją przy­jaźni. Srebrna Lisica z pew­no­ścią ni­gdy nie była sama. Taka była jej natura. Taką ją stwo­rzono. I uwa­żała to za klą­twę. Byto­wały w niej cztery jeste­stwa. Pran Chole był jed­nym z tych, któ­rzy połą­czyli je w całość, w nadziei, że staną się pierw­szą żyjącą rzu­ca­jącą kości oraz Wzy­wa­jącą T'lan Imas­sów od wielu tysiąc­leci. Udało mu się. Potężne istoty, mar­twe bądź umie­ra­jące, zszyto z jej duszą za pomocą okrwa­wio­nych ścię­gien oraz wyschnię­tych korzeni. Tat­ter­sail, potężny mala­zań­ski mag kadrowy. Jej moc była tak wielka, że uwa­żano ją za poten­cjal­nego wiel­kiego maga. Bel­lur­dan, olbrzymi The­lo­men za życia i wielka dusza po śmierci, naj­bar­dziej zamknięty przed nią z nich wszyst­kich. Night­chill, cza­ro­dziejka z Impe­rium Mala­zań­skiego. Za życia wszy­scy troje przez pewien czas słu­żyli Kel­la­nve­dowi, pierw­szemu cesa­rzowi, po śmierci jed­nak zgo­dzili się słu­żyć dziecku, Srebr­nej Lisicy, któ­rej prze­zna­czone było uwol­nić T'lan Imas­sów z wię­zów, jakie sami na sie­bie nało­żyli.

A gdy jej nastrój osią­gał nadir, jak tej nocy, nie mogło umknąć jej uwagi, że dło­nie, któ­rymi poru­szała doga­sa­jące węgielki, są pokryte głę­bo­kimi bruz­dami i star­czymi pla­mami. Zostały z nich led­wie ścię­gna i kości. To nie były dło­nie mło­dej kobiety, jaką była, przy­naj­mniej w latach. Zgod­nie z ich upły­wem nie osią­gnęła jesz­cze peł­nej doj­rza­ło­ści. Jed­nakże cel, dla któ­rego ją stwo­rzono, obja­wił się wcze­śnie. Cena była strasz­liwa, i to nie tylko dla niej. Naj­pierw pochło­nął jej matkę, która mogła prze­żyć jesz­cze wiele dzie­się­cio­leci. A teraz robił to samo z nią.

Poru­szyła dłońmi, żeby je ogrzać, a potem wró­ciła do prze­su­wa­nia węgiel­ków paty­kiem z kru­chego wyrzu­co­nego na brzeg drewna. Pran Chole obser­wo­wał to wszystko. W bla­sku led­wie się tlą­cego ognia jego twarz miała brą­zowy odcień, a puste oczo­doły kryły się w cie­niu nakry­cia głowy z wyschnię­tego, poła­ma­nego poroża. Ile podob­nych scen już widział? Doszła do wnio­sku, że bli­skość ognia dobrze mu zrobi.

Jej myśli skie­ro­wały się ku innej przed­sta­wi­cielce tego ludu, z którą nie­raz dzie­liła podobne noce po dru­giej stro­nie morza Gena­bac­kis. Srebrna Lisica uwa­żała ją za swą naj­lep­szą przy­ja­ciółkę wśród Imas­sów. Lanas Tog z T'lan Imas­sów Ker­luhma, która przy­nio­sła wie­ści o woj­nie w Assail.

Wes­tchnęła, przy­glą­da­jąc się swym bez­wład­nym, bez­u­ży­tecz­nym dło­niom. Pran Chole, który znał ją bar­dzo dobrze, wresz­cie prze­rwał ciszę.

-?Była prze­ko­nana, że musi to zro­bić, dziecko.

Srebrną Lisicę poiry­to­wało, że tak łatwo ją przej­rzeć.

-?Nie powinna była kła­mać -?wark­nęła.

-?Nie kła­mała. Można powie­dzieć, że powie­działa tylko pół­prawdę. To, co jej zda­niem miało nas skło­nić do przy­by­cia tutaj.

-?Musiała wie­dzieć, że się do niej nie przy­łą­czymy.

Sta­ro­żytny, nie­śmier­telny wojow­nik udzie­lił jej odpo­wie­dzi opar­tej na zgro­ma­dzo­nej w ciągu tysiąc­leci mądro­ści.

-?Domy­ślała się, że nie­któ­rzy to zro­bią.

Srebrna Lisica poczuła wzbie­ra­jącą w niej furię. Zdra­dzono ją! Bel­lur­dan dono­śnym rykiem wyra­ził swój wstrzą­sa­jący górami gniew na tych, któ­rzy ośmie­lili się jej sprze­ci­wić. Nato­miast Night­chill wypo­wie­działa zim­nym szep­tem ostrze­że­nie: "Ni­gdy nie zapo­mi­naj i niczego nie wyba­czaj". Jed­nakże Srebrna Lisica i Tat­ter­sail nie potra­fiły uwie­rzyć, że znajdą się tacy, któ­rzy na pierw­szym miej­scu posta­wią sta­ro­żytną wro­gość. Nawet po naucz­kach pły­ną­cych z Gena­bac­kis i po bło­go­sła­wień­stwie Odku­pi­ciela, który przy­wró­cił T'lan Imas­som moż­li­wość nadziei. To wła­śnie upo­rczywe trzy­ma­nie się prze­szło­ści naj­bar­dziej kło­po­tało jej młodą duszę.

-?Wszystko to jest cał­ko­wi­cie zbędne -?wyszep­tała, przy­glą­da­jąc się doga­sa­ją­cym węgiel­kom.

Pran Chole nie odpo­wie­dział. Po chwili unio­sła wzrok i zoba­czyła, że została sama.

Po jej ple­cach prze­biegł dreszcz pew­no­ści. Bogo­wie, nie. Nie znowu to samo. Nie mogę dłu­żej tego zno­sić. Nie mogę znowu być świad­kiem. Ten widok roz­dzie­rał jej serce, ale miała obo­wią­zek patrzeć. Jeśli jej słowa prze­ko­nają choć jed­nego...

Odsu­nęła połę namiotu z nie­wy­pra­wio­nej skóry i pobie­gła ku spie­nio­nym falom ude­rza­ją­cym o brzeg za wyso­kimi wydmami.

Pran Chole stał po kolana w spie­nio­nej wodzie, zwra­ca­jąc twarz ku pustemu oce­anowi.

-?Kto nad­cho­dzi? -?zapy­tała, prze­krzy­ku­jąc zawo­dze­nie wichru.

-?Nie wiem -?odpo­wie­dział, fleg­ma­tyczny jak zawsze.

Przyj­rzała się wodom, ciem­nym i pokry­tym pianą, widocz­nym w bla­dym świe­tle gwiazd. Po nie­bie prze­su­wały się szybko nie­sione wia­trem chmury. Potem z fal wyło­niły się mroczne syl­wetki -?zdru­zgo­tane czaszki oraz spę­kane czapki z kości i wypra­wio­nej skóry, wyszczer­bione kamienne groty włóczni, zgar­bione ramiona okryte skó­rami. Z mor­skich fal wynu­rzyło się kil­ku­na­stu mar­twia­ków.

-?To T'lan Imas­so­wie Ker­luhma -?mruk­nął Pran Chole bez­barw­nym gło­sem i wszedł w fale.

Choć tego wła­śnie się oba­wiała, zaci­snęła pię­ści na ten widok i unio­sła jedną z nich do piersi. Bogo­wie, nie! Znowu oni. Czy ni­gdy nie prze­staną się tu scho­dzić? Czemu nie inni?

Pran Chole uniósł dłoń, zło­żoną z kości i stward­nia­łej skóry.

-?Witaj­cie, Imas­so­wie Ker­luhma! -?zawo­łał. -?Jestem Pran Chole z Imas­sów Krona. Oka­zu­jemy wam sza­cu­nek.

-?Jestem Othut Kho -?odpo­wie­dział jeden z nich. -?Odda­jemy honor Kro­nowi. -?Z jego szkie­le­to­wych ramion zwi­sał wystrzę­piony płaszcz pozszy­wany z nie­wy­pra­wio­nych zwie­rzę­cych skór. Zwró­cił się w stronę Srebr­nej Lisicy i opadł w falach na jedno kolano. -?Wzy­wa­jąca - wyszep­tał rów­nie cicho jak Pran. -?My rów­nież oka­zu­jemy ci sza­cu­nek.

Unio­sła rękę, pro­sząc o prze­rwę. Wie­działa, że musi roz­ka­zy­wać, choć wszyst­kie instynkty skła­niały ją ku bła­ga­niu.

-?Dzię­kuję, Othut. Jeśli rze­czy­wi­ście mnie sza­nu­je­cie, muszę was pro­sić o powstrzy­ma­nie się od wszel­kiej akcji, zanim wszystko wam wytłu­ma­czę.

Jego zmu­mi­fi­ko­wana twarz zmarsz­czyła się jesz­cze bar­dziej, a na nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wio­nym ciała czole poja­wiły się bruzdy.

-?Wytłu­ma­czysz? -?wyszep­tał. Jego puste oczo­doły skie­ro­wały się na pół­noc. -?To prawda, że dopiero nie­dawno wró­ci­li­śmy do świata. Zosta­li­śmy zasko­czeni pod­czas przej­ścia przez Aga­dal i pochło­nął nas lód. A kiedy spa­li­śmy uwię­zieni, lodowa rzeka zanio­sła nas zaiste bar­dzo daleko. Obu­dzi­łem się na brzegu nie­zna­nego morza i uwol­ni­łem tylu towa­rzy­szy, ilu zdo­ła­łem zna­leźć. Potem usły­sze­li­śmy Wezwa­nie...

-?Wysłu­chaj mnie, Othut -?prze­rwała mu, prze­ma­wia­jąc z całą mocą, by prze­krzy­czeć huk fal. -?Jeśli mnie sza­nu­jesz, musisz wysłu­chać mojego roz­kazu. A ja naka­zuję poło­żyć kres woj­nie. Wojna się skoń­czyła, Othut. Zbie­rzemy się tutaj i uwol­nię was wszyst­kich. Rozu­miesz, Othut? Słu­chasz mnie?

Prze­gniła głowa T'lan Imassa, pokryta pla­mami taniny czaszka gdzie­nie­gdzie upstrzona zmu­mi­fi­ko­wa­nym cia­łem, skie­ro­wała się w stronę Prana. Uniósł szkie­le­tową rękę i wska­zał na pół­noc.

-?Czy traf­nie to wyczu­wam? -?zapy­tał. Srebrna Lisica usły­szała w jego gło­sie zna­jomą nutę zdu­mie­nia.

Pran odpo­wie­dział mu powol­nym, sta­now­czym ski­nie­niem głowy.

-?Tak. T'lan Imas­so­wie Krona oznaj­miają, że zna­leźli się poza gra­nicą Rytu­ału.

Srebrna Lisica stała w miej­scu, zaci­ska­jąc pię­ści u boków. Lekko drżała ze stra­chu.

Wie­działa, że oni nie potra­fią uda­wać ani ukry­wać swych inten­cji. To wyda­rzy się teraz.

-?T'lan Imas­so­wie Ker­luhma nie zga­dzają się z tym -?odpo­wie­dział Othut, jesz­cze ostrzej­szym i bar­dziej ury­wa­nym gło­sem.

-?Nie! -?krzyk­nęła jak zawsze, ale znowu nic to nie dało.

Fale zaki­piały wokół niej i wojow­nicy Krona wynu­rzyli się z nich. Obie grupy starły się ze sobą ze stu­kiem i zgrzy­tem mie­czy. Pran sta­nął przed nią, by ją osła­niać, choć pod­czas wszyst­kich sto­czo­nych tu bitew ni­gdy się nie zda­rzyło, by któ­ryś z Imas­sów spró­bo­wał ją zaata­ko­wać.

Osu­nęła się na kolana i skryła twarz w dło­niach. Woda się­gała jej do piersi. Porażka! Po raz kolejny cał­ko­wita klę­ska! Zale­wały ją zimne fale. Po chwili ota­cza­jący ją chaos walki ucichł.

-?Już po wszyst­kim -?oznaj­mił nie­po­trzeb­nie Pran Chole. -?Ucie­kli. Moi wojow­nicy ich ści­gają.

Unio­sła wzrok. Po jej zim­nych policz­kach spły­wały gorące łzy.

-?Jest was coraz mniej, Pran. Pew­nego dnia zjawi się ich zbyt wielu i poko­nają was. I co wtedy?! -?zawo­łała. -?Co wtedy!

-?Nic ci nie grozi.

Zerwała się na nogi. Mokre skóry zafa­lo­wały, omal nie zbi­ja­jąc jej z nóg. Unio­sła rękę, jakby chciała go ude­rzyć w twardą jak kamień twarz.

-?Nie mówię o sobie! -?Wska­zała pal­cem na pół­noc. -?Mówię o nich! O nich! Co się sta­nie z tysią­cami...? Jest ich tak wielu. Takiej zbrodni nie spo­sób sobie wyobra­zić, Pran! I to Imas­so­wie będą jej winni. Masowe mor­der­stwo...

Zakrę­ciło się jej w gło­wie od tej strasz­li­wej wizji. Nie była w sta­nie mówić dalej.

-?Omtose Phel­lack na­dal jest aktywna na pół­nocy. Nie prze­staje ich osła­niać.

-?Jak długo jesz­cze?! -?odwark­nęła. -?Słab­nie. Wiesz o tym! Wyczu­łam to, choć spę­dzi­łam tu nie­wiele czasu.

Pran mógł odpo­wie­dzieć jedy­nie bez­słow­nym gestem tych, któ­rzy żyli wystar­cza­jąco długo w obo­jęt­nym świe­cie, lek­kim unie­sie­niem ramion mówią­cym "kto wie?".

***

Rybak kel Tath ostatni raz odwie­dził Pół­wy­sep Kości bar­dzo dawno temu, ale prze­ko­nał się, że nic się tu nie zmie­niło. Na­dal pozo­stał dziki, zaścian­kowy i pełen nie­bez­pie­czeństw. Kie­szon­kowe pań­stwa-mia­sta nie­ustan­nie wal­czyły ze sobą o pry­mat. Każ­demu z nich kolejno uda­wało się prze­chwy­cić go na chwilę, po czym tra­ciło go na rzecz nowego soju­szu swych sąsia­dów, który wkrótce roz­pa­dał się w nie­uchron­nej serii zdrad i mor­derstw. I tak w kółko. Bez końca. Ciąg nie­ustan­nie powta­rza­ją­cych się wyda­rzeń, z któ­rych naj­wy­raź­niej nikt ni­gdy nie wycią­gał żad­nych wnio­sków. Znie­chę­ciło go to i znie­sma­czyło jesz­cze bar­dziej niż w cza­sach, gdy był tu po raz pierw­szy.

Ale wró­cił. Przy­cią­gnęły go nie tyle zatoczki o stro­mych brze­gach i lesi­ste gór­skie stoki, które tak mocno odci­snęły się na jego mło­do­ści, ile wróżby wyczy­tane z Talii Smo­ków, krą­żące tu i ówdzie pogło­ski, a wresz­cie instynkt mówiący mu, że w Assail, tak bar­dzo sta­ro­żyt­nym i od nie­pa­mięt­nych cza­sów trzy­ma­ją­cym się zwy­cza­jów opar­tych na rodzi­nach, kla­nach i wen­de­tach, wkrótce doj­dzie do zmiany.

Zatrzy­mał się w Ostro­krze­wie, na samym czubku górzy­stego pół­wy­spu. To było jedno z poło­żo­nych naj­da­lej na pół­noc przy­brzeż­nych kró­lestw. Na wybrzeżu nazy­wano je kró­lestwami, choć w innych oko­li­cach ucho­dzi­łyby za baro­nie albo pań­stwa-mia­sta. Spę­dził w tym miej­scu sporo czasu, ponie­waż po przy­by­ciu prze­ko­nał się, że czeka tam na niego horda cudzo­ziem­ców. Wszy­scy wyszli na ląd ze stat­ków tło­czą­cych się w maleń­kim por­cie rybac­kim wypo­sa­żo­nego w skromną for­tecę mia­steczka.

Naj­wy­raź­niej -?mimo że kon­tak­to­wał się z sub­tel­nymi inter­pre­ta­to­rami talii, opła­cał zna­nych pro­ro­ków, a nawet poświę­cił tro­chę czasu na wku­pie­nie się w łaski pew­nej kapłanki Kró­lo­wej Snów, by dowie­dzieć się od niej cze­goś na temat przy­szłych wyda­rzeń -?umknęły jego uwa­dze znane wszyst­kim wie­ści o zło­cie odkry­tym w górach w pół­noc­nym Assail.

Nie wie­dział, czy powi­nien to uwa­żać za swój błąd, czy raczej za smutne świa­dec­two umie­jęt­no­ści wszyst­kich tych jasno­wi­dzą­cych. Tak czy ina­czej, miał teraz stałe miej­sce w tawer­nie czę­sto odwie­dza­nej przez cudzo­ziem­ców i powszech­nie uwa­żano go za jed­nego z nich. Przy kapi­tań­skim stole two­rzono tam stra­te­gię.

Walono przy tym pię­ściami w blat, wykrzy­ki­wano obe­lgi i się­gano ukrad­kiem do szty­le­tów, pod­czas gdy ich wła­ści­ciele -?najem­nicy i zwy­kli zbrojni -?łypali na sie­bie nawza­jem podejrz­li­wie.

-?Musimy wszy­scy razem poma­sze­ro­wać drogą lądową. -?To był mar­sza­łek Cyra­neczka z Letheru, wysoki, chudy jak tyka męż­czy­zna o kwa­śnym obli­czu, dys­po­nu­jący naj­licz­niej­szymi siłami -?minia­tu­rową armią zło­żoną z czter­dzie­stu poszu­ki­wa­czy skar­bów. Zapewne wszy­scy byli kie­dyś żoł­nie­rzami. Kazał się tytu­ło­wać mar­szał­kiem, choć Rybak nie przy­po­mi­nał sobie, by w lethe­ryj­skiej armii znano taką rangę.

-?Droga lądowa jest zbyt wolna. -?To był Enguf zwany Sze­ro­kim, męż­czy­zna będący cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem lethe­ryj­skiego dowódcy o bla­dych war­gach. Przy­sa­dzi­sty pirat z połu­dnio­wej Gena­bac­kis miał pło­mien­no­rude włosy i dowo­dził grupą dwu­dzie­stu chu­dych, wygło­dzo­nych rębaj­łów. -?Ci, któ­rzy popłyną śród­lą­do­wym morzem, zgarną wszystko.

-?Nie mamy czasu na takie prze­py­chanki -?stwier­dziła trze­cia z sie­dzą­cych przy stole dowód­ców, mala­zań­ska ary­sto­kratka Malle z Gris, posta­rzała, żyla­sta kobieta odziana w wiele warstw zdob­nych stro­jów, jakie były modne w Uncie dwa­dzie­ścia lat temu. Grube srebrne bran­so­lety lśniły na jej nad­garst­kach niczym kaj­dany. Kohl, któ­rym zdo­biła oczy, upo­dab­niał ją do sowy. -?Fakt, że tu wylą­do­wa­li­ście, jasno świad­czy o waszych inten­cjach.

-?To zna­czy? -?zapy­tał Enguf, by­naj­mniej nie onie­śmie­lony wynio­słym zacho­wa­niem kobiety.

Zbyła go mach­nię­ciem szczu­płej dłoni.

-?Wszy­scy troje z pew­no­ścią widzie­li­śmy mapy albo sły­sze­li­śmy rela­cje o nie­bez­pie­czeń­stwach czy­ha­ją­cych na śród­lą­do­wym morzu. Wielu zwie je Morzem Stra­chu. Albo Wybrze­żem Cier­pie­nia. Czyż wszy­scy nie posta­wi­li­śmy na to, że nie­wiele stat­ków dotrze do śród­lą­do­wego Morza Złota? Lepiej przejść przez pod­stawę pół­wy­spu, nie­praw­daż? Choć prze­łę­cze w Górach Kości z pew­no­ścią też są pełne nie­bez­pie­czeństw.

-?Zga­dza się, Malle -?wtrą­cił mar­sza­łek Cyra­neczka. -?Poma­sze­ru­jemy ku począt­kowi Cie­śnin Demo­nów. Do osady zna­nej jako Zatoka Znisz­cze­nia.

-?To nie­zbyt zachę­ca­jąca nazwa -?mruk­nął Enguf.

-?Nie przej­muj się -?odparła Malle, roz­cią­ga­jąc usta w dra­pież­nym, pozba­wio­nym weso­ło­ści uśmie­chu. -?To zapewne tylko opis tego, co czeka głup­ców, któ­rzy spró­bują prze­do­stać się przez cie­śniny.

-?Zatem zde­cy­do­wane? -?zapy­tał Cyra­neczka i ski­nął na swego zastępcę, który wydo­był z sakwy pustą kartę papieru. -?Pod­pi­su­jemy zgodę -?zaczął dyk­to­wać -?na równy podział zysków pozo­sta­łych po odli­cze­niu wszel­kich wydat­ków zwią­za­nych z naszą wyprawą, mającą na celu pozy­ska­nie zaso­bów mine­ral­nych w Górach Soli.

Gdy jego zastępca skoń­czył pisać, mar­sza­łek umie­ścił pod doku­men­tem swój pod­pis, a następ­nie pod­su­nął go razem z gęsim pió­rem Malle. Ta rów­nież zło­żyła pod­pis, po czym prze­ka­zała doku­ment Engu­fowi, który łyp­nął ze zło­ścią na papier i na dwoje towa­rzy­szy.

-?Czy muszę? -?wark­nął z nie­sma­kiem.

-?Han­dlowe doku­menty trzeba pod­pi­sy­wać przy świad­kach -?nie ustę­po­wał Cyra­neczka.

Enguf wziął w rękę świecę i uniósł ją do doku­mentu.

-?Całe to macha­nie papie­rem i bazgra­nie to tylko czcze wygłupy. Ważne jest słowo męż­czy­zny albo kobiety.

-?Nie­mniej nale­gam... -?wyszep­tała Malle.

Wosk skap­nął na papier i Enguf odci­snął w sty­gną­cej kro­pli swój pier­ścień. Następ­nie prze­ka­zał papier Cyra­neczce.

-?Pro­szę bar­dzo. Choć to tylko próżny gest.

-?W bar­ba­rzyń­skich kra­jach być może -?przy­znał mar­sza­łek. Jego zastępca zwi­nął doku­ment i zabrał go. -?Ale w Lethe­rze sza­nuje się rządy prawa.

Enguf pogła­skał gęstą, rudą brodę.

-?Ach, prawda. Zapo­mnia­łem, że cywi­li­za­cja polega na tym, że two­rzy się prawa, które sprzy­jają cywi­li­zo­wa­nym, szko­dząc jed­no­cze­śnie wszyst­kim poza nimi.

Cyra­neczka odpo­wie­dział mu bez­kr­wi­stym uśmie­chem.

-?Przy­ja­cielu, jeśli uwa­żasz, że prawo ci prze­szka­dza, z samej defi­ni­cji jesteś prze­stępcą.

-?Widzę, że zga­dzasz się ze mną.

Malle unio­sła rękę, pro­sząc o ciszę.

-?Nie zba­czajmy z tematu. Suge­ruję, byśmy wyru­szyli jutro.

Cyra­neczka przy­tak­nął.

-?Oczy­wi­ście. Dzię­kuję, Malle z Gris.

-?Słu­cham? -?ode­zwał się z nie­do­wie­rza­niem Enguf. -?Nikt nie wypije za naszą umowę? Musimy się napić. Każdą umowę powinno się przy­pie­czę­to­wać toa­stem.

Cyra­neczka zaci­snął usta jesz­cze moc­niej. Na jego policz­kach uwy­dat­niły się mię­śnie.

-?Skoro musimy -?odparła Malle. -?Oso­bi­ście wolę likiery. Naj­le­piej z pio­łunu albo z krwi dhen­ra­biego.

Enguf uniósł wysoko brwi. Był pod wra­że­niem.

-?Hmm. Wąt­pię, żeby mieli tu tak rzad­kie trunki. Ale możemy spró­bo­wać. - Kla­snął w dło­nie. -?Obe­rży­sto! Hej! Na demony i bogów, czyżby uciekł?

Wska­zał na swą załogę. Dwóch męż­czyzn pod­nio­sło się i powle­kło na zaple­cze. Rybak pomy­ślał, że tam zapewne ukrywa się wła­ści­ciel, wystra­szony tłu­mem cudzo­ziem­ców, któ­rzy nagle wypeł­nili jego lokal.

Zauwa­żył chło­paka cza­ją­cego się przy tyl­nych drzwiach. Przy­gry­zał wargę i prze­stę­po­wał z nogi na nogę, wyraź­nie zanie­po­ko­jony. Pod­szedł do niego.

-?Co się stało, chłop­cze?

Ten pode­rwał się wyraź­nie zasko­czony.

-?Nie mówisz dziw­nie.

Rybak prze­klął w myślach swoją pomyłkę.

-?Wiele podró­żo­wa­łem -?wymam­ro­tał.

-?Ojciec pole­cił mi prze­ka­zać wia­do­mość, ale nie wiem, z kim mam poroz­ma­wiać.

-?Mógł­byś prze­ka­zać ją mnie? Powtó­rzę ją komu trzeba.

Chło­pak powe­se­lał. Naj­wy­raź­niej to wła­śnie miał nadzieję usły­szeć.

-?Zna­leź­li­śmy kolej­nego cudzo­ziemca wyrzu­co­nego na brzeg. Dostar­czy­li­śmy go tutaj, ale nie wiemy, co z nim zro­bić. Ludzie hra­biny go nie chcą.

Iren, hra­bina Ostro­krzewu. Na pół­noc stąd zaczy­nało się Wybrzeże Mor­skich Roz­bój­ni­ków. Tylko bogo­wie wie­dzieli, ile zmie­rza­ją­cych w te strony stat­ków roz­biło się na zdra­dziec­kich ska­łach i mie­li­znach. Miesz­kańcy uwa­żali, że każ­dego cudzo­ziemca można obra­bo­wać i zamor­do­wać. W grun­cie rze­czy było to dla nich jedyne źró­dło zysków.

-?Po co go tu przy­pro­wa­dzi­łeś? -?zapy­tał Rybak. Zasta­na­wiał się, dla­czego ojciec chło­paka nie obra­bo­wał przy­by­sza i nie wrzu­cił go do wody. Zapewne robił to już bar­dzo wiele razy.

W oczach chło­paka poja­wił się wyraz ostroż­no­ści zmie­sza­nej ze stra­chem.

-?On... dziw­nie wygląda.

-?Mówisz, że dziw­nie? Przyj­rzyjmy się mu.

Chło­pak poki­wał głową z wdzięcz­no­ścią oraz ulgą i wska­zał za sie­bie.

-?Lepiej chodźmy tędy.

-?Mamy wyjść tyłem? Dla­czego?

-?Hmm. Są powody.

Z kuchni wyszedł jeden z ludzi Engufa.

-?Ni­gdzie nie widzę obe­rży­sty! -?ryk­nął.

Rybak przyj­rzał się solid­nym deskom drzwi wej­ścio­wych. Jeśli się nad tym zasta­no­wić, już od dłuż­szego czasu nikt nie wcho­dził ani nie wycho­dził. Ski­nął na chło­paka.

-?Idź pierw­szy.

Chło­pak wypro­wa­dził go przez nie­do­pa­so­wane, krzywo zwi­sa­jące na zawia­sach tylne drzwi, po czym natych­miast przy­cup­nął za stertą drewna na opał. Rybak dołą­czył do niego.

-?Mamy towa­rzy­stwo? -?wyszep­tał.

-?Ludzie hra­biny obsa­dzili wszyst­kie ścieżki wokół obe­rży.

-?A ty nie uzna­łeś za sto­sowne podzie­lić się tą infor­ma­cją?

Chło­pak popa­trzył na niego jak na głupka.

-?Nikt mi nie kazał.

Popę­dził w stronę znaj­du­ją­cego się za tawerną budynku. Rybak podą­żył za nim, pochy­la­jąc się nisko. Gdy zna­leźli się na ścier­ni­sku, jego prze­wod­nik zatrzy­mał się nagle. Rybak zauwa­żył, że zagro­dził mu drogę jeden ze zbroj­nych hra­biny. Męż­czy­zna miał na sobie za dużą skó­rzaną kurtkę wysa­dzaną żela­znymi ćwie­kami, lśnią­cymi w bla­sku księ­życa. Celo­wał do nich z kuszy.

-?Wra­caj­cie -?wark­nął.

-?On nie jest z nami -?odparł Rybak, wska­zu­jąc na chło­paka.

-?Nic mnie to nie obcho­dzi. Wra­caj­cie do środka. Aresz­tu­jemy was wszyst­kich.

-?Za co? -?zapy­tał Rybak, nie­malże par­ska­jąc śmie­chem z tego głu­piego pyta­nia.

Nie udało mu się jed­nak zyskać na cza­sie. Męż­czy­zna splu­nął w bok i uśmiech­nął się pod nie­chlujną brodą.

-?Za to, że jeste­ście cho­ler­nymi cudzo­ziem­cami.

Rybak uniósł powoli ręce. W obu nagle poja­wiły się monety. Były duże i lśniły w pro­mie­niach księ­życa kolo­rem innym niż srebrny. Zbrojny obli­zał wargi i rozej­rzał się. Zdjął dłoń ze spu­stu kuszy i ski­nął nią, naka­zu­jąc, by rzu­cono mu monety. Rybak naj­pierw cisnął jedną, a potem drugą, i popchnął chło­paka otwartą dło­nią do przodu. Męż­czy­zna igno­ro­wał ich. Uniósł monety do księ­ży­co­wego bla­sku i przyj­rzał się im naj­pierw jed­nym okiem, a potem dru­gim.

Chło­pak poty­kał się i co chwila oglą­dał.

-?Idź naprzód -?wyszep­tał Rybak.

Gdy zbrojny został z tyłu, nie­do­ro­stek skrzy­wił się i przy­gar­bił.

-?Nie pro­si­łem cię, żebyś wyda­wał pie­nią­dze -?poskar­żył się.

Zapewne bał się, że Rybak zażąda zwrotu długu od jego rodziny.

-?Nie przej­muj się -?odpo­wie­dział spo­koj­nie. -?To lethe­ryj­skie monety. Bez­war­to­ściowe. War­stewka złota pokry­wa­jąca mosiądz zna­czy tyle, co hoj­ność Lethe­ryj­czy­ków. A oni jej nie znają.

Dzie­ciak zmarsz­czył brwi, na­dal nie­pewny.

-?Hmm... -?mruk­nął po chwili. -?W takim razie w porządku.

Rybak wle­pił spoj­rze­nie w noc. Grunt przed nimi opa­dał ku brze­gowi.

-?Pro­wa­dzisz mnie do portu.

-?Tak. Jest w naszej łodzi.

-?Rozu­miem.

Chło­pak zapro­wa­dził go nie do rybac­kich nabrzeży, lecz dalej, za por­towe budynki, ku miej­scu, gdzie fale tłu­kły o czarne skały, a powierzch­nia pod ich sto­pami stała się śli­ska i zdra­dziecka. Tam, na posęp­nych wodach, koły­sał się maleńki skif, nie­mal zupeł­nie nie­wi­doczny z brzegu. Kiedy się zbli­żyli, zza sfa­ty­go­wa­nej, peł­nej wyżło­bień burty wychy­liła się blada twarz. Chło­pak był jesz­cze młod­szy od pierw­szego, a w jego sze­roko otwar­tych oczach malo­wał się strach.

-?Tylko was dwóch? -?mruk­nął zasko­czony Rybak.

-?Tak.

Był zdu­miony, że przy­wle­kli tu cudzo­ziemca, zamiast po pro­stu wyrzu­cić go za burtę i mieć to z głowy. Coś z jego myśli z pew­no­ścią uwi­docz­niło się na twa­rzy, bo chło­pak zje­żył się i wysu­nął pod­bró­dek.

-?Kazano nam dostar­czyć go na brzeg! -?Wzru­szył ramio­nami. Gniew nagle go opu­ścił. -?Poza tym ojciec powie­dział, że nie chce, by jego duch stra­szył nas po nocach.

Jego duch? Zain­try­go­wany Rybak zszedł ostroż­nie po śli­skich ska­łach do miej­sca, gdzie młod­szy z braci trzy­mał się łodzi. Noc była bez­chmurna i w bla­sku księ­życa oraz gwiazd ujrzał wysoką syl­wetkę owi­niętą w szmaty i tka­ninę wor­kową. Męż­czy­zna leżał na dnie łodzi.

-?Jest wysoki -?zauwa­żył Rybak.

-?Ale to nie wszystko -?dodał chło­pak i ski­nął głową do brata, który uklęk­nął i ścią­gnął nakry­cie z głowy leżą­cego.

Rybak omal nie wpadł do zim­nej wody, gdy ujrzał w mroku czarną, pocią­głą twarz Tiste Andii.

***

Nie miał poję­cia, jak długo wpa­try­wał się przy­kuc­nięty w twarz nie­zna­jo­mego. Wie­dział tylko, że stra­cił czu­cie w nogach i musiał poru­szać się ostroż­nie, by przy­wró­cić w nich krą­że­nie. Drwiący bogo­wie! Andii na tych brze­gach! Co go tu spro­wa­dziło? Z pew­no­ścią nie szu­kał złota.

Nagle zauwa­żył, że od leżą­cej postaci pły­nie mgła, a owi­ja­jącą ją tka­ninę pokrywa szron. Wska­zał na to, nie mogąc wykrztu­sić ani słowa.

-?Pytasz o to? -?zapy­tał star­szy chło­pak. -?To nic. Kiedy wrzu­ci­li­śmy go do łodzi, cały był pokryty lodem.

Ryba­kowi trudno było w to uwie­rzyć.

-?Mówisz lodem? A co z jego stat­kiem? Z wra­kiem?

Bra­cia popa­trzyli na sie­bie ze zdzi­wie­niem. Star­szy pogła­skał się po pod­bródku w geście zupeł­nie nie­pa­su­ją­cym do kogoś tak mło­dego.

-?Tej nocy nie było żad­nego statku. Może wypadł za burtę.

Rybak raczej w to wąt­pił. Zauwa­żył, że chłopcy od pew­nego czasu wle­piają w niego ponure spoj­rze­nia, na­dal prze­po­jone stra­chem, który pró­bo­wali masko­wać ner­wową agre­syw­no­ścią.

-?I jak? -?zapy­tał star­szy.

-?Co jak?

-?Zabie­rzesz go od nas?

Męż­czy­zna omal nie roz­dzia­wił ust z zasko­cze­nia.

-?Tak... tak, z pew­no­ścią.

Bra­cia wypu­ścili z ulgą powie­trze z płuc, a nawet uśmiech­nęli się do sie­bie z zado­wo­le­niem. Z pew­no­ścią bali się klą­twy czar­no­skó­rego demona z dale­kich kra­jów. Rybak wska­zał na nie­przy­tom­nego męż­czy­znę i dwóch chło­pa­ków z wysił­kiem pod­nio­sło skrę­po­wane ciało. Prze­rzu­cił je sobie przez ramię. W tej samej chwili o mało co nie zwa­lił się w mor­skie fale, prze­wra­ca­jąc ich rów­nież. Spod szmaty słu­żą­cej Andii jako kap­tur wypa­dła masa skłę­bio­nych, pro­stych wło­sów. Zmienny wiatr tar­gał nimi na wszyst­kie strony. Były czarne, tu i ówdzie upstrzone bia­łymi smuż­kami.

Andii z kosmy­kami srebr­nych wło­sów! Rybak zachwiał się na nogach. Na drwią­cych bogów! Czy to mógł być... on? Z pew­no­ścią nie. To na pewno ktoś inny. Zda­rzali się też inni, któ­rych włosy przy­bie­rały srebrną barwę, prawda?

Chło­paki popchnęli go naprzód, z rado­ścią uwal­nia­jąc się od śmier­tel­nej klą­twy, jaką mógł na nich rzu­cić nie­sa­mo­wity demon zna­le­ziony nocą w morzu. Choć Rybak był bar­dzo sil­nym męż­czy­zną, chwiał się na nogach, nio­sąc nie­zna­jo­mego do mia­steczka. Wybrał małą sto­dołę znaj­du­jącą się w bez­piecz­nej odle­gło­ści od innych budyn­ków, otwo­rzył kop­nia­kiem drzwi i zło­żył w środku swe brze­mię. Potem poszedł poszu­kać cze­goś, co pozwo­li­łoby mu roz­pa­lić ogień i ogrzać nie­zna­jo­mego.

Po chwili wró­cił z pie­cy­kiem zabra­nym spod innego domu. Nocną ciszę zmą­ciły odgłosy walki. Gniewne krzyki i dźwięki towa­rzy­szące strze­la­niu z kusz mie­szały się ze szczę­kiem żelaza oraz jękami bólu. Pośrodku mia­steczka wybuchł wielki pożar. Kłęby dymu buch­nęły pod niebo, prze­sła­nia­jąc gwiazdy. Impulsy magii prze­szyły noc, eks­plo­du­jąc niczym poci­ski Moran­thów. Rybak roz­po­znał groty Serc i Telas. Zasta­na­wiał się, która z trzech grup przy­pro­wa­dziła tu tak potęż­nych użyt­kow­ni­ków magii.

Usiadł na stołku przed wej­ściem, pod­czas gdy jego pod­opieczny ogrze­wał się pod kocami przy pie­cyku. Wkrótce z mroku wyło­nili się lethe­ryj­scy żoł­nie­rze. Wyco­fy­wali się, patrząc za sie­bie ze zło­ścią, zatrzy­my­wali się, by wystrze­lić z kusz, a potem bie­gli dalej. Ludzie mar­szałka Cyra­neczki.

Za nimi podą­żała grupa rabu­siów Engufa. Truch­tali ulicą z topo­rami albo mie­czami w rękach. Trzy­mali się bli­sko ścian, oglą­da­jąc się czuj­nie. Gdy ujrzeli Rybaka, garstka odłą­czyła się od reszty.

-?On jest z nami, do cho­lery! -?roz­legł się dono­śny głos.

Rabu­sie potruch­tali dalej. Wielu odnio­sło lek­kie rany. Rybak wyjął z ust fajkę, by się jej przyj­rzeć. Pod­biegł do niego Enguf, sapiąc ciężko.

-?Zasta­na­wia­łem się, gdzie się podzia­łeś, bar­dzie -?wydy­szał. - Myśla­łem, że możesz obe­rwa­łeś mie­czem pod­czas tego zamie­sza­nia.

-?Co się wyda­rzyło na spo­tka­niu?

Pirat scho­wał gniew­nym gestem miecz do pochwy.

-?To była mon­stru­alna głu­pota. Durni ludzie hra­biny spró­bo­wali nas aresz­to­wać! -?Ta myśl wyraź­nie go obu­rzała. -?Mam listy kaper­skie! Cer­ty­fi­katy z Elin­gar­thu! Ręczę, że wszyst­kie są cał­ko­wi­cie legalne.

-?Jestem tego pewien -?odparł Rybak. Enguf prze­su­nął pal­cami po bro­dzie i wpa­trzył się w noc. -?Ale teraz ucie­ka­cie.

-?Ucie­kamy! -?powtó­rzył z urazą bro­daty męż­czy­zna. -?Ech, zasko­czyli nas, tak? Nie przy­by­li­śmy tu, żeby ich złu­pić. Jazda! Ruszać się! - zawo­łał do swo­ich ludzi.

-?Bez łupów? -?wark­nęła z pogardą jakaś kobieta.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna spoj­rzał na Rybaka i wzru­szył prze­pra­sza­jąco ramio­nami.

-?I tak mie­li­śmy stąd odejść.

-?Aresz­to­wać? -?powtó­rzył Rybak.

Do Engufa wró­ciło obu­rze­nie.

-?Na mar­twą rękę Kap­tura, tak! Ta wysu­szona mala­zań­ska sta­ru­cha przy­pro­wa­dziła dwójkę magów! To cho­ler­nie wielki wyda­tek.

Rybak wska­zał fajką na ludzi Engufa, któ­rzy otwie­rali kop­nia­kami drzwi i wrzu­cali zapa­lone pochod­nie bądź lampy do skle­pów oraz domów.

-?A pożary?

Enguf pocią­gnął się za brodę, jesz­cze bar­dziej obu­rzony.

-?Oni zaczęli, tak? Pod­pa­lili nasze statki.

-?Rozu­miem.

Gena­bac­ka­nin mach­nął ręką.

-?To ich spo­wolni. Musimy ruszać. -?Spoj­rzał za plecy Rybaka i trą­cił go łok­ciem, uśmie­cha­jąc się lubież­nie. -?Zna­la­złeś sobie dziew­czynę?

-?Nie. To roz­bi­tek.

Enguf chrząk­nął z roz­cza­ro­wa­niem.

-?Cho­lerni mor­scy roz­bój­nicy. Chęt­nie bym wszyst­kich powy­wie­szał.

-?To Andii.

Pirat uniósł rude, krza­cza­ste brwi.

-?Naprawdę? To cho­ler­nie rzad­kie. Ale oni dobrze wal­czą. Jeśli mają ochotę.

Nagle padł na nich blask pło­mieni. Enguf odwró­cił się z prze­kleń­stwem na ustach i popę­dził przed sie­bie, wrzesz­cząc:

-?Jesz­cze nie! Co z Mala­zań­czy­kami?! Oni jesz­cze... Na cho­lerne jaja Maela!

Rybak scho­wał fajkę i wstał. Pora poszu­kać jakie­goś trans­portu. Cze­goś, czego jesz­cze nikt nie zabrał. Nie zdzi­wiło go, że lethe­ryj­scy żoł­nie­rze i Gena­bac­ka­nie prze­ko­nali się, że z tubyl­cami nie pój­dzie im tak łatwo, jak się spo­dzie­wali. Byli w Assail. A w głębi lądu będzie jesz­cze gorzej.

***

Póź­niej Rybak podą­żył za Cyra­neczką, Malle i Engu­fem krętą ścieżką przez las, wspi­na­jącą się na przy­brzeżny łań­cuch Gór Kości. Jego osioł cią­gnął włóki, do któ­rych bez­piecz­nie przy­wią­zano na­dal nie­przy­tom­nego Andii. Za nimi wid­niała krwawa łuna pło­ną­cego Ostro­krzewu z tuma­nami bucha­ją­cego w górę dymu. Zbrojni hra­biny mieli teraz na gło­wie więk­sze pro­blemy niż nie­wielka armia cudzo­ziem­ców, która naje­chała ich mia­steczko. Rybak z zado­wo­le­niem zauwa­żył, że tylko nie­wielu żoł­nie­rzy i łupież­ców odnio­sło rany. Naj­wy­raź­niej ich dowódcy wie­dzieli, że lepiej uni­kać walki, jeśli nie jest konieczna. Być może prze­gnano ich z Ostro­krzewu, ale przy­naj­mniej nie mar­no­wali wysiłku na pla­no­wa­nie zemsty.

Cze­kała na niego jedyna z całej grupy osoba jadąca wierz­chem, Malle z Gris. Sie­działa w dam­skim sio­dle na ośle mogą­cym być bliź­nia­kiem tego, któ­rego zna­lazł Rybak. Ota­czała ją straż zło­żona z zapra­wio­nych w bojach mala­zań­skich wete­ra­nów, odzia­nych w skóry i kol­czugi. Zro­bili mu przej­ście. Podej­rze­wał, że każdy z nich nosił kie­dyś opa­skę sier­żanta.

-?A więc to jest nasz tajem­ni­czy Andii -?ode­zwała się i ruszyła za włó­kami. -?Czy ock­nął się choć na chwilę?

-?Jesz­cze nie.

-?Aha. No cóż, może jutro.

-?Tak. A ty, pani? Czy mogę cię o coś zapy­tać?

Była odziana w wiele warstw czar­nej tka­niny. Posi­wiałe włosy opa­dały jej na plecy niczym żela­zne druty. Pomy­ślał, że przed laty musiała być bar­dzo atrak­cyjna. Jej strój uzu­peł­niały czarne ręka­wice do kon­nej jazdy, zro­bione z owczej skóry. Uśmiech­nęła się i zbyła prośbę Rybaka mach­nię­ciem ręki.

-?Zapy­tać? A o co?

-?Co cię skło­niło do wybra­nia się na tę nie­bez­pieczną eks­pe­dy­cję?

Unio­sła dłoń do ust, by zama­sko­wać cichy śmiech.

-?Nie­bez­pieczną? Widzę, że rze­czy­wi­ście jesteś bar­dem. Nie ma w tym nic nie­bez­piecz­nego. I nie jest to eks­pe­dy­cja. Po pro­stu podróż w inte­re­sach... zdo­by­cie kapi­tału inwe­sty­cyj­nego. Nic wię­cej. W grun­cie rze­czy to dość nudne.

-?A co to za inwe­sty­cja, jeśli można zapy­tać?

Znowu mach­nęła ręką w dwor­skim geście.

-?Zapew­niam, że nie warto o tym opo­wia­dać. Ale skoro pytasz... -?Popra­wiła rękawy na chu­dych, żyla­stych ramio­nach.

Jest twarda jak żelazo, pomy­ślał Rybak. Jak wdowa, która prze­żyła mnó­stwo mężów.

-?Pocho­dzę z dum­nej, sta­ro­żyt­nej rodziny -?zaczęła, gdy wspi­nali się na wznie­sie­nie ze skały i ubi­tego błota, które miało ich zapro­wa­dzić na pierw­szy z przy­brzeż­nych sto­ków. -?Ale pod rzą­dami Impe­rium for­tuna nam nie sprzy­jała. Potrze­bu­jemy fun­du­szy, by zacząć od nowa. Nie wiem, czy znasz się na poli­tyce, bar­dzie, ale wszystko opiera się na pie­nią­dzach. Można dzięki nim kupić lojal­ność, wpły­wać na głosy, zapew­nić sobie miej­sca w radach i w miej­sco­wych sena­tach. Po to tu jestem. Pra­gnę, by moja rodzina odzy­skała pre­stiż i wła­dzę, jakie miała kie­dyś.

Ścieżka sta­wała się coraz bar­dziej stroma. Las napie­rał na nich z obu stron. Rybak poświę­cił chwilę na spraw­dze­nie rów­no­wagi włók oraz ich pasa­żera. Malle jechała za nim. Spod licz­nych warstw jej spód­nic wysta­wały krót­kie, czarne buty.

-?A co to za rodzina, dobra pani? -?zapy­tał.

Jej wysku­bane brwi unio­sły się w wyra­zie szoku i zasko­cze­nia.

-?Nie wiesz tego? -?Prze­chy­liła głowę, zasta­na­wia­jąc się. -?Nie. Skąd miał­byś wie­dzieć? Śpie­waku, jestem Malle. Nie tylko pocho­dzę z Gris. Gris to ja.

Rybak pochy­lił głowę.

-?Aha. To dla mnie zaszczyt.

Po raz kolejny mach­nęła od nie­chce­nia ręką, zby­wa­jąc tę kwe­stię.

-?Gris utra­ciło nie­za­leż­ność dawno temu. -?Wes­tchnęła, zaci­ska­jąc urę­ka­wicz­nione dło­nie na luźno zwi­sa­ją­cych skó­rza­nych wodzach osła. - Teraz jeste­śmy tylko oby­wa­te­lami Impe­rium i wolno nam zabie­gać o poprawę naszej pozy­cji.

-?Oczy­wi­ście.

Stara kobieta prze­szyła go ostrym spoj­rze­niem.

-?A co z tobą? Co cię tu spro­wa­dziło?

Wzru­szył ramio­nami, suge­ru­jąc, że to powinno być oczy­wi­ste.

-?Chcia­łem zoba­czyć na wła­sne oczy, co się wyda­rzy -?odparł z nieco łotrzy­kow­skim uśmie­chem. -?A poza tym płacą mi zło­tem.

To raczej nie zaim­po­no­wało Malle. Jej wpa­trzone w niego oczy nie zmie­niły wyrazu. Gdy prze­su­nęła wzrok ku przo­dowi kolumny, ogar­nęła go ulga. Spo­tkał dotąd mnó­stwo spryt­nych i potęż­nych męż­czyzn bądź kobiet, ta jed­nak spra­wiała wra­że­nie wyjąt­kowo prze­bie­głej. Zada­wał sobie pyta­nie, po co tak naprawdę tu przy­była. Fakt, można tu było zna­leźć złoto, za które kupi sta­tus oraz wpływy, ale byli w Assail i krą­żyło mnó­stwo opo­wie­ści o nie­bez­pie­czeń­stwach cza­ją­cych się w mgli­stych gór­skich lasach. Wie­dział, że w sercu tych histo­rii kryje się prze­ra­ża­jąca prawda. Naga moc.

Być może wła­śnie jej szu­kała ta kobieta ze sta­ro­żyt­nej, dum­nej rodziny, w nadziei, że pozwoli jej ona odzy­skać wła­dzę.

Malle ski­nęła do niego głową na poże­gna­nie i pogo­niła osła naprzód. Towa­rzy­sząca jej straż -?około dzie­się­ciu męż­czyzn i kobiet -?podą­żyła za nią. Przed niego wysu­nął się męż­czyzna w sta­rych, poła­ta­nych łachach, spla­mio­nych w licz­nych podró­żach. Uty­kał i musiał poma­gać sobie laską. Jego twarz pokry­wała siatka blizn, nos był jedy­nie gru­złem tkanki, a usta wykrzy­wiały się w cią­głym gry­ma­sie. Rybak uświa­do­mił sobie, że go zna. To był Hol­den z Cawn, mag wła­da­jący Serc, a w dodatku impe­rialny szpon, tajny agent w służ­bie tronu.

Hol­den rów­nież go roz­po­znał.

-?Rybak -?przy­wi­tał go z uśmie­chem. -?Chcesz obej­rzeć przed­sta­wie­nie, tak? Zawsze wiesz, gdzie dzieje się coś cie­ka­wego.

Rybak rzu­cił spoj­rze­nie na Malle.

-?Impe­rium nie­ustan­nie ma na oku swych pro­mi­nent­nych oby­wa­teli.

-?E tam. -?Męż­czy­zna splu­nął, a potem skrzy­wił się jesz­cze moc­niej, jakby trudno mu było nadą­żyć za kolumną. -?Prze­sze­dłem w stan spo­czynku. Przy­mu­sowo. Jak powie­dzieli "przez lata wzo­ro­wej służby zasłu­ży­łem na to z nawiązką". -?Wska­zał na swą znisz­czoną twarz. -?Ja uwa­żam, że po pro­stu byłem zbyt sfa­ty­go­wany, by się do cze­go­kol­wiek nada­wać.

-?Ale jesteś tu z nami -?zauwa­żył Rybak, uśmie­cha­jąc się pobłaż­li­wie.

-?Robota to robota. A ta może się oka­zać cho­ler­nie opła­calna, czyż nie tak?

Rybak nie powie­dział już nic wię­cej. Hol­den z pew­no­ścią do niczego się nie przy­zna. O ile w ogóle było do czego się przy­znawać. Mag wska­zał na włóki.

-?A jak brzmi jego opo­wieść?

-?Jesz­cze nie wiem. -?Przy­wo­łał Hol­dena gestem. Ni­gdy nie zaszko­dzi spraw­dzić. -?Znasz go?

Męż­czy­zna pokuś­ty­kał do niego i pochy­lił się nad nie­przy­tom­nym Tiste.

-?Nie. Ma srebrne nitki we wło­sach. To chyba u nich rzad­kie. Choć co tak naprawdę wiemy o Andii?

Miał rację. Ich spo­łe­czeń­stwo i zwy­czaje były obce dla ludzi. A Rybak świet­nie wie­dział, co zna­czy obcość. Wypro­sto­wał pod­ska­ku­jące na kamie­niach włóki.

-?Lepiej, żeby­śmy wkrótce urzą­dzili postój. Chyba że nasz samo­zwań­czy przy­wódca chce zamę­czyć nas na śmierć.

-?Nie. To tylko szybki marsz, żeby odda­lić się od Ostro­krzewu. Myślę, że wkrótce się zatrzy­mamy. -?Potarł nogę, krzy­wiąc się z bólu. - Przy­naj­mniej mam taką nadzieję. Nogi cho­ler­nie mnie bolą, a to dopiero począ­tek.

Włóki omal się nie prze­wró­ciły, gdy jedna z gałęzi wspi­nała się na wielki głaz. Rybak uświa­do­mił sobie, że musi bar­dziej na nie uwa­żać. Poże­gnał Hol­dena ski­nie­niem głowy.

-?Mam nadzieję, że trafi się oka­zja, by gdzieś usiąść i poga­dać dłu­żej.

-?No to do zoba­cze­nia -?odparł mag.

Rybak szedł przy włó­kach, przy­glą­da­jąc się nie­przy­tom­nemu męż­czyź­nie.

Andii szar­pał więzy, utrzy­mu­jące go na miej­scu.

Kim jesteś, przy­ja­cielu? Co, jeśli ni­gdy nie odzy­skasz świa­do­mo­ści? Sły­szał o przy­pad­kach męż­czyzn i kobiet bli­skich uto­nię­cia, któ­rzy już się wię­cej nie ock­nęli i powoli umarli z głodu. Ile dni powi­nien cze­kać, nim skróci męki nie­zna­jo­mego, zamy­ka­jąc mu dło­nią nos i usta?

Lepiej nie każ mi cze­kać, aż znu­dzą mi się poetyczne spe­ku­la­cje, przy­ja­cielu.

***

Oka­zało się to znacz­nie łatwiej­sze, niż spo­dzie­wała się Blask. Po pro­stu wydała roz­kazy, a inni je wyko­nali. Począt­kowo miała przed tym opory. Jej ton i wybór słów nie koja­rzyły się z roz­ka­zami. Wyda­jąc je, omal się nie zająk­nęła, jakby się spo­dzie­wała, że ktoś się sprze­ciwi albo rzuci jej wyzwa­nie.

Te obawy nie speł­niły się jed­nak. Wszy­scy zasa­lu­to­wali i zro­bili, co im kazała. Nikt nie zapy­tał, gdzie jest K'azz ani dla­czego nie zja­wił się, by oso­bi­ście wydać roz­kazy. Jed­nakże gdy kolejni Gwar­dzi­ści odpo­wia­dali: "Tak jest, dowódco", tylko z naj­więk­szym wysił­kiem powstrzy­my­wała się przed spoj­rze­niem za sie­bie, jakby spo­dzie­wała się tam go zna­leźć.

Blues prze­pły­nął przez Morze Dzwon­ków i udał się do dru­giej z głów­nych for­tec Gwar­dii, Samotni, by przy­go­to­wać oddział do drogi. Blask zor­ga­ni­zo­wała wszystko w Przy­stani. Miała do dys­po­zy­cji swój dawny oddział, Drugą Kom­pa­nię, ale na­dal nie była do końca pewna Pierw­szej Kom­pa­nii, nie­gdyś dowo­dzo­nej przez Oprawcę i wyłą­czo­nej ze Ślu­bów przez K'azza. Chcąc zade­mon­stro­wać, że nie ma do nikogo żalu, wyzna­czyła na swego towa­rzy­sza Czar­nego Mniej­szego. To dało mu oka­zję do spo­tka­nia z dawno nie­wi­dzia­nym bra­tem, Czar­nym Star­szym. Ich prze­wod­ni­kiem miał być Krata z oddziału Cal-Brinna. Pierw­szą Kom­pa­nią dowo­dziła teraz Hia­cynt, daw­niej porucz­nik Oprawcy. Zosta­nie na miej­scu, by wspie­rać Tar­khana.

Z magów, któ­rzy im pozo­stali, zabie­rze ze sobą Płatka i Gwynna. Rzecz jasna, Blues rów­nież był magiem, bie­gle wła­da­ją­cym D'riss, grotą kamie­nia i ziemi. Pozo­sta­wał też Cze­piec, który ongiś był wiel­kim magiem Gwar­dii, wie­działa jed­nak, że raczej nie może na niego liczyć. Mara, Lor-Sinn, Czer­wony, Shell i Kwa­śny zostaną na miej­scu. To upewni ją, że Stra­tem jest dobrze bro­niony. Wie­działa też, że Blues zamie­rza powie­rzyć dowódz­two w Samotni Pal­cza­kowi. To nieco ją nie­po­ko­iło. Ni­gdy nie ufała mu zbyt­nio. Wyprawa do Korelu tylko zwięk­szyła jego... eks­cen­trycz­ność. Ale decy­zja nale­żała do Blu­esa, więc się nie sprze­ci­wiała.

Cią­gle wysy­łała kolej­nych posłań­ców do roz­le­głego inte­rioru Stra­temu, by odna­leźli K'azza i poin­for­mo­wali go o ich pla­nach, ale odpo­wiedź na­dal nie nad­cho­dziła. Spró­bo­wała też zawia­do­mić go poprzez Bra­cisz­ków, pole­głych braci i sio­stry z Gwar­dii, lecz upar­cie nie odpo­wia­dał. Jej nie­po­kój nara­stał z każ­dym dniem. Czy mieli wyru­szyć bez niego? Co wię­cej, nawet naj­lep­szy sta­tek, jaki udało się im zna­leźć, nie był zbyt odpo­wiedni. Ocię­żała kupiecka krypa nada­wała się raczej do prze­wo­że­nia drewna albo dzba­nów z winem. Nie mieli jed­nak wyboru. Kazała zała­do­wać ekwi­pu­nek i pro­wiant.

Do wyru­sze­nia w drogę został tylko jeden dzień, a K'azz na­dal się nie zja­wiał. Nocą Blask roz­ło­żyła na stole zapa­sowy kol­czy płaszcz i naoli­wiła go sta­ran­nie. Potem zro­biła to samo z biczo­mie­czem. Przy­go­to­wy­wali się do rejsu przez ocean. Gdy już znajdą się na miej­scu, będzie musiała wró­cić do pia­sku i innych podob­nych środ­ków walki z rdzą.

Pra­co­wała do póź­nej nocy. Drzwi kuźni Przy­stani były sze­roko otwarte, by wpusz­czać do środka nocny chłód. Usta­wione wokół niej łojowe świece już się dopa­lały. Dawały rów­nie mało świa­tła, co doga­sa­jące węgielki w kowal­skim piecu. Zawi­nęła płaszcz w naoli­wioną skórę i nagle usły­szała dobie­ga­jący z mroku głos.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki