Wojciech Nowicki
Pamięć i przypadek
Austerlitz jest lekturą, do której się wraca. Doświadczam tego od lat. Wszystko wydaje się tam nadzwyczaj jasne: narrator zlewający się w jedno z bohaterem mnoży wyliczenia, jakby chciał mieć pewność, że opisze wydarzenia z precyzją rysunku technicznego. Jednak przejrzysta proza Sebalda niepostrzeżenie meandruje, zwodzi, zapuszcza się w przeszłość i przyszłość, w majaki łączące światy, rzeczywisty i wyobrażony: "Całkiem niedawno, tuż przed obudzeniem, zajrzałem w głąb takiego terezińskiego budynku", powiada Austerlitz. Wszystko to falującymi zdaniami, które same wchodzą w ucho (w znakomitym polskim przekładzie Małgorzaty Łukasiewicz), porywają i nie wypuszczają do końca ani nawet potem.
Na swój cichy, przesycony melancholią i ironią sposób ostatnia proza Sebalda należy do najważniejszych książek minionych dekad. Zawdzięcza to literackiej klasie, owej frazie, zdolnej unieść jej główne tematy: Zagładę, zagłady, niemożność dopasowania i pragnienie odosobnienia, potrzebę pamięci i niepamięć, świat ludzi wrogich wobec, jak uważają, istot niższych - ras podległych i zwierząt; te ostatnie Sebald przedstawia jako często zmartwiałe lub od dawna już martwe preparaty, podobnie zresztą jak ludzi, których nagrobki, kości i duchy pozbawione widomego znaku, porzucone, spalone, zwidują się bohaterowi książki. Taki zespół nieodległych od siebie tematów szczególnie dziś jest trudny do udźwignięcia, kiedy każdy z nich, nadużywany, po trosze się zdewaluował. Zagłada stała się polem badań nieoszczędzających nikogo, również tych, którzy dotąd stali poza wszelkim podejrzeniem, ale i pożywką dla kultury popularnej, malowniczą scenografią dla produktów z odległych kresów literatury, byle jakiego non-fiction czy filmu. Tymczasem Austerlitz jest jakby poza czasem, to precyzyjna machina literacka, która wciąga czytelnika pewnością frazy tak doskonałej, jakby wysnuła się z piany od razu gotowa, a zarazem tak przejmującej, że miażdży tego czytelnika nawałem opowiedzianych nieszczęść; w najlepszym przypadku obchodzi się z nim bezlitośnie.
Choć u podwalin tej książki stoi doskonała organizacja słowa i - co rzadkie w literackiej fikcji - materiału wizualnego (wzorców, a przynajmniej podobieństw, doszukiwać się można w Nalocie na Halberstadt 8 kwietnia 1945 Alexandra Klugego), to dość prędko się okazuje, że narrację tworzy w równej mierze przypadek: jego potrzeba i piękno. On właśnie często sprawia, że znajduje się jakieś rozwiązanie, począwszy od zawarcia znajomości bohatera i narratora, ich nieplanowanego spotkania w "tak zwanej salle des pas perdus antwerpskiej Centraal Station" i od dziwnie swobodnej rozmowy dwóch nieznajomych po całą, coraz bardziej nieprawdopodobną serię spotkań, które nieraz dzielą długie lata. Zdarzają się przypadkowe odkrycia i chwilowe zbłądzenia, jak wizyta w ladies waiting room na dworcu przy Liverpool Street, która wywołuje z pamięci Austerlitza wspomnienie jego dzieciństwa u pastorostwa Eliasów, moment zwrotny, piorun wzbudzający poczucie, że musi dążyć dalej drogą poszukiwania, jak jeszcze wówczas sądzi, siebie.
Gra luster, odbijających obrazy z przyszłości, a więc późniejszych fragmentów książki, jak i z przeszłości, tej Austerlitza, jest z początku ledwie przeczuwalna, z upływem czasu - jasno widoczna. On sam, naukowiec o ścisłym i lotnym umyśle, nie ma pojęcia o licznych znakach, które defilują przed jego oczami, przechodzi obojętnie obok zapowiedzi, jakby wypierał prawdę, niemal w pełni widomą, zapewne z obawy, że będzie musiał porzucić dotychczasowe życie i unieważnić swoje zajęcia. Ignoruje biblijne obrazy, arkę w masońskiej loży, obozowisko na kartach Biblii dla dzieci, podpowiadające jego żydowskie korzenie. W gruncie rzeczy jest, okaże się dalej, podobny do swojej matki, która, choć była świadoma zbliżającego się końca, opóźniała opuszczenie Pragi, żyjąc na kurczącym się skrawku przestrzeni, w coraz podlejszych warunkach, aż ostatecznie wyjazd stał się niemożliwy. W geście rozpaczy oddała jeszcze syna, wysłała go pociągiem z nadzieją, że przeżyje.
On, o niczym nie wiedząc, tak to odczytuje po drugiej stronie czasu: "Widzę jeszcze siebie [...] jak półgłosem, niczym mamrocząc magiczne zaklęcie, wciąż na nowo sylabizuję historię Mojżesza [...] - i znów sobie przypominam, jakim lękiem napawało mnie miejsce, gdzie mowa o tym, że kobieta z rodu Lewiego plecie koszyk z trzciny, uszczelnia go żywicą i smołą, a potem wkłada dziecko i spuszcza koszyk między trzciny u brzegu wody". Na rycinie, którą ogląda, w historii Mojżesza zapisane są dzieje jego rodu, wygnanie i pustynia, oraz jego los własny. Gdzie indziej, na długo przed oświeceniem, powiada, że w trakcie studiów nad architekturą dworcową nigdy nie opuszcza go myśl "o męce rozstania i strachu przed obczyzną". Wiedza świtała, ale niejasno.
Narrator Sebalda wypowiada się we własnym imieniu, lecz tak często oddaje głos Austerlitzowi i pozostaje przy tym tak przezroczysty, że można ich ze sobą pomylić. Nie dość tego, jeśli spojrzeć uważnie, przez lupę, widać, że narrator bywa niemal tożsamy z Sebaldem, autorem: ich życiorysy są spójne, daty wyjazdów Sebalda do Niemiec zgadzają się z wyjazdami narratora. To jego, Sebalda, niewyraźne odbicie, rozpoznawalne dzięki charakterystycznej fryzurze, widnieje w szybie Antikos Bazar w Terezinie, na zdjęciu wykonanym przez Austerlitza. Bohater wędruje specyficznym, wypranym z radości światem: to ziemia usiana miejscami zbrodni i śmierci, obszarami bez najmniejszej wagi, terrains vagues, postaciami zapomnianymi przez ludzi. Jeśli wędrówka prowadzi ulicami miasteczka, pałęta się na nich jedynie bełkoczący wariat i cienie, niekoniecznie z teraźniejszości. Kiedy podróż biegnie przez miasto - a Austerlitz jest księgą europejskich miast - ukazane jest ono od rzadko oglądanej strony: są tam opisy Pałacu Sprawiedliwości w Brukseli, jednej z wielkich skaz na ciele stolicy Belgii, gigantycznego pomnika głupoty, twierdzy Breendonk, miejsca kaźni; są także wizyty w miejscach zupełnie zwyczajnych, niewartych wspomnienia, choćby w McDonaldzie. Cała Praga mieści się w archiwum państwowym, jednym mieszkaniu i wzdłuż tras poznanych w dzieciństwie; w każdym razie te wędrówki bohater i narrator odbywają w samotności albo w poczuciu pełnej anonimowości, jaką zapewniają dworcowy tłum lub czytelnia wielkiej biblioteki. Wędrówka prowadzi ich obu po zasnutych pajęczyną, ciemnych i pokrytych sadzą wyniosłych przestrzeniach czy budowlach symbolizujących upadłą władzę królestw znanych z kolonialnej przeszłości. Austerlitz relacjonuje także wizyty w kolejnych twierdzach zmagazynowanej i ukrytej przed światem wiedzy, bibliotekach, archiwach prywatnych i państwowych. Sam również jako badacz i znawca twierdz oraz dziewiętnastowiecznej architektury dworcowej tworzy uwidocznione na fotografii archiwum. Przypomina ono jednak składowisko makulatury, jest malowniczą graciarnią wypełnioną książkami i papierzyskami, choć zapewne ich porządek jest doskonale jasny dla tego, kto je tam ułożył.
Z czasem okazuje się, że podróże i spotkania Austerlitza, uzależnione od jedynego pewnika w jego życiu, przypadku, koniec końców dokądś go prowadzą: do następnych przypadków, kolejnych wskazówek, a ostatecznie do rozwiązania - pamięci. Dzięki przypadkom dowiaduje się, kim jest, skąd pochodzi, poznaje jedną z najważniejszych osób w swoim życiu, dawną opiekunkę, jedyne żywe świadectwo jego prawdziwego dzieciństwa, pełnego czułości, w przeciwieństwie do tego, które czekało nań w walijskiej twierdzy, częściowo opustoszałej i zimnej. Wykwitają z niego zapomniane języki, zrazu opornie, z upływem czasu już żwawiej: to znak, że odradza się w nim pamięć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki