Autobiografia. Daniel C. Dennett - Daniel C. Dennett

Kup ebooka

99.90 zł
71.93 zł (69,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

SZCZĘ­ŚCIARZ DAN

Przez całe ży­cie mia­łem tyle szczę­ścia, że pra­wie uwie­rzy­łem w prze­zna­cze­nie.

- Tom Stop­pard, 1986, w li­ście do matki

Ni­gdy nie uwa­ża­łem się za szczę­ścia­rza, je­stem tchó­rzem. Dla­tego nie mógł­bym być ha­zar­dzi­stą. Ale ciężko pra­cuję. Im cię­żej pra­cuję, tym wię­cej mam szczę­ścia!

- Alex Bird (słynny bry­tyj­ski "ty­per", czyli ha­zar­dzi­sta)

W dniu 24 paź­dzier­nika 2006 roku ka­retka po­go­to­wia prze­wio­zła mnie bły­ska­wicz­nie z mo­jego ga­bi­netu na Uni­wer­sy­te­cie Tu­fts na ostry dy­żur do Kli­niki La­hey, gdzie le­ka­rze od­kryli, w czym tkwił pro­blem: we­wnętrzna i ze­wnętrzna war­stwa mo­jej aorty roz­dzie­liły się - na­zywa się to roz­war­stwie­niem aorty - i mo­głem umrzeć w każ­dej chwili, gdyby tylko krew z mo­jego serca eks­plo­do­wała do jamy klatki pier­sio­wej. Dzień wcze­śniej by­łem w Za­toce Ma­kreli na Wy­spie Ła­bę­dzia w Ma­ine, na mo­jej ża­glówce Xan­thippe. Był to ostatni rejs se­zonu, a to­wa­rzy­szył mi mój przy­ja­ciel ze Szwe­cji, Bo Dahl­bom, i jego syn Fre­de­rik, a gdy wolno wy­cią­ga­łem ciężką ko­twicę, po­czu­łem słaby ból w klatce pier­sio­wej, przy­po­mi­na­jący ból, który po­czu­łem sie­dem lat wcze­śniej, gdy mia­łem "ci­chy za­wał serca", po któ­rym wsz­cze­piono mi trzy baj­pasy. Z sil­nym wia­trem czo­ło­wym po­pły­nę­li­śmy z po­wro­tem do Blue Hill, za­cu­mo­wa­li­śmy łódź, zdję­li­śmy cięż­kie ża­gle, umo­co­wa­li­śmy dmu­chany pon­ton na da­chu mo­jego sa­mo­chodu i wró­ci­li­śmy na farmę, za­nim uda­łem się na krótką wy­cieczkę do miej­sco­wego szpi­tala, gdzie po­wie­dziano mi, że nie mia­łem ataku serca, ale po­wi­nie­nem umó­wić się z moim kar­dio­lo­giem tak szybko, jak to tylko moż­liwe. Dzień póź­niej po­je­cha­li­śmy do Tu­fts, gdzie za­py­ta­łem wy­dzia­łową se­kre­tarkę, czy ma pa­ra­ce­ta­mol, a ona za­miast tego roz­sąd­nie za­dzwo­niła po ka­retkę.

Jed­nym ze mniej zna­nych skut­ków ubocz­nych ope­ra­cji na otwar­tym sercu są mi­kro­udary, spo­wo­do­wane za­tka­niem na­czyń krwio­no­śnych w mó­zgu przez resztki ma­te­riału wy­ko­rzy­sta­nego pod­czas ope­ra­cji, a mój kar­dio­log wy­raź­nie ostrzegł ze­spół ope­ra­cyjny, że skoro mój umysł to moje ży­cie, to po­winni po­sta­rać się, aby nie uczy­nić ze mnie ko­lej­nej "pom­po­głowy" [ang. pum­phead] - to brzyd­kie okre­śle­nie uży­wane przez kar­dio­chi­rur­gów w pry­wat­nych roz­mo­wach w od­nie­sie­niu do osób, któ­rych mó­zgi zo­stały uszko­dzone przez sztuczne płuco-serce. Po ope­ra­cji, za­nim odłą­czyli mnie od ma­szyny, od­wró­cili kie­ru­nek prze­pływu krwi do mo­jego mó­zgu, wy­sy­ła­jąc ją do żył z tęt­nic, li­cząc na to, że wy­płu­czą w ten spo­sób cały ma­te­riał ope­ra­cyjny, który mógłby uszko­dzić moją res co­gi­tans, moją rzecz my­ślącą (czyli mój mózg, a nie, jak chciał Kar­te­zjusz, od­rębną i nie­ma­te­rialną sub­stan­cję). Tak więc, cał­kiem do­słow­nie, prze­sze­dłem pra­nie mó­zgu. Czy od­nio­sło za­mie­rzony sku­tek? Gdy tylko mo­głem już usiąść po ope­ra­cji na szpi­tal­nym łóżku, się­gną­łem po mo­jego sta­rego do­brego lap­topa i na­pi­sa­łem krótki tekst, aby prze­ko­nać się, czy nie bra­kuje mi pią­tej klepki. Uka­zał się na Edge.org, gdzie zwró­cił uwagę wielu czy­tel­ni­ków. I jak my­ślisz?

Do­brze się stało! (2 li­sto­pada 2006 roku)

W oko­pach nie ma ate­istów, jak głosi stare, choć dys­ku­syjne po­wie­dze­nie, ist­nieją jed­nak aneg­do­tyczne i prze­ma­wia­jące za nim prze­słanki, w po­staci słyn­nych ate­istów, któ­rzy do­świad­czyli wła­snej śmierci, aby na­stęp­nie ob­wie­ścić wszem i wo­bec, że zmie­nili zda­nie. Sto­sun­kowo świe­żym przy­kła­dem jest tu­taj bry­tyj­ski fi­lo­zof sir A.J. Ayer, który zmarł w 1989 roku. A oto ko­lejna aneg­dota do roz­wa­że­nia.

Dwa ty­go­dnie temu ka­retka za­wio­zła mnie po­śpiesz­nie do szpi­tala, gdzie po ba­da­niu to­mo­gra­fem kom­pu­te­ro­wym stwier­dzono, że mam "roz­war­stwie­nie aorty" - wy­ściółka głów­nego na­czy­nia krwio­no­śnego, przez które prze­pływa krew z mo­jego serca, zo­stała ro­ze­rwana, wsku­tek czego w miej­scu prze­wodu jed­no­ko­mo­ro­wego po­wstał prze­wód dwu­ko­mo­rowy. Mia­łem szczę­ście dla­tego, że po­mo­sto­wa­nie aor­talno-wień­cowe, które prze­sze­dłem sie­dem lat temu, praw­do­po­dob­nie oca­liło mi ży­cie, gdyż plą­ta­nina blizn, któ­rymi, ni­czym blusz­czem, po­kryło się moje serce w ciągu kilku lat po tej ope­ra­cji, wzmoc­niła aortę, za­po­bie­ga­jąc ka­ta­stro­fal­nemu w skut­kach wy­cie­kowi z po­wsta­łego w niej roz­dar­cia. Po dzie­wię­cio­go­dzin­nej ope­ra­cji, pod­czas któ­rej cał­ko­wi­cie za­trzy­mano moje serce, a moje ciało i mój mózg schło­dzono do około 45 stopni [Fah­ren­he­ita, tj. ok. 7 stopni Cel­sju­sza - przyp. tłum.], aby za­po­biec uszko­dze­niu mó­zgu spo­wo­do­wa­nemu bra­kiem tlenu, do­póki nie uru­cho­miono sztucz­nego płuco-serca, je­stem te­raz dum­nym po­sia­da­czem no­wej aorty, cią­gną­cej się aż do łuku aorty, wy­ko­na­nej z trwa­łego da­kronu, wszy­tej na swoje miej­sce i we wła­ści­wym kształ­cie przez chi­rurga, a na­stęp­nie pod­pię­tej do mo­jego serca wraz z za­wo­rem z włókna wę­glo­wego, który z każ­dym ude­rze­niem mo­jego serca wy­daje z sie­bie pod­no­szące na du­chu klik­nię­cie.

Te­raz, gdy wkra­czam w de­li­katny okres re­kon­wa­le­scen­cji, mam sporo rze­czy do prze­my­śle­nia, do­ty­czą­cych za­równo tego wstrzą­sa­ją­cego prze­ży­cia, jak i mo­rza wy­ra­zów wspar­cia, które do­sta­łem, gdy ro­ze­szła się wieść o mo­jej ostat­niej przy­go­dzie. Przy­ja­ciele z nie­po­ko­jem chcieli do­wie­dzieć się, czy mia­łem do­świad­cze­nie śmierci, a je­śli tak, to jak wpły­nęło ono na mój dłu­go­trwały już i gło­szony pu­blicz­nie ate­izm. Czy mia­łem epi­fa­nię? Czy za­mie­rza­łem pójść w ślady Ay­era (który od­zy­skał wiarę we wła­sne siły i kilka dni póź­niej stwier­dził zde­cy­do­wa­nie, że "po­wi­nie­nem był po­wie­dzieć, że moje do­świad­cze­nie osła­biło nie moje prze­ko­na­nie, że nie ist­nieje ży­cie po śmierci, lecz moje nie­ugięte sta­no­wi­sko wzglę­dem tego prze­ko­na­nia"), a może mój ate­izm po­zo­stał nie­tknięty i nie­zmie­niony?

Tak, mia­łem epi­fa­nię. Do­strze­głem, wy­raź­niej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej w moim ży­ciu, że gdy mó­wię: "Do­brze się stało!" [ang. Thank go­od­ness], to nie jest to je­dy­nie eu­fe­mizm na "Dzięki Bogu!" (My ate­iści nie wie­rzymy, że ist­nieje ja­kiś Bóg, któ­remu można po­dzię­ko­wać). Na­prawdę mam na my­śli, że do­brze się stało! Na tym świe­cie jest mnó­stwo do­bra, a każ­dego dnia jest go jesz­cze wię­cej, i tak na­prawdę to ta wspa­niała, stwo­rzona przez czło­wieka i do­sko­nała struk­tura spra­wiła, że wciąż żyję. Owa do­sko­nała struk­tura jest wła­ści­wym ad­re­sa­tem wdzięcz­no­ści, którą dziś czuję, i chciał­bym za­chwa­lić ten fakt tu i te­raz.

Wo­bec kogo mam więc te­raz dług wdzięcz­no­ści? Wo­bec kar­dio­loga, który przez lata utrzy­my­wał mnie przy ży­ciu i na cho­dzie i który szybko i pew­nie od­rzu­cił pierw­szą dia­gnozę, zgod­nie z którą mia­łem co naj­wy­żej za­pa­le­nie płuc. Wo­bec chi­rur­gów, neu­ro­lo­gów, ane­ste­zjo­lo­gów i per­fu­zjo­ni­sty, któ­rzy utrzy­my­wali moje układy w ru­chu w ar­cy­trud­nych oko­licz­no­ściach. Wo­bec około tu­zina asy­sten­tów me­dycz­nych oraz wo­bec pie­lę­gnia­rek, fi­zjo­te­ra­peu­tów, tech­ni­ków ra­dio­lo­gów i ma­łej ar­mii fle­bo­to­mi­stów tak zręcz­nych, że po­bie­ra­nie krwi było nie­mal nie­zau­wa­żalne, a także wo­bec lu­dzi, któ­rzy po­da­wali mi po­siłki, utrzy­my­wali mój po­kój w czy­sto­ści, ro­bili ogromne ilo­ści pra­nia, czego wy­ma­gał tak pa­skudny przy­pa­dek, wo­zili mnie na wózku na prze­świe­tle­nia, i tak da­lej. Lu­dzie ci po­cho­dzili z Ugandy, Ke­nii, Li­be­rii, Ha­iti, Fi­li­pin, Chor­wa­cji, Ro­sji, Chin, Ko­rei, In­dii - a także, oczy­wi­ście, ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych - i ni­gdy jesz­cze nie wi­dzia­łem bar­dziej im­po­nu­ją­cego wza­jem­nego sza­cunku, gdy po­ma­gali so­bie na­wza­jem i na­wza­jem spraw­dzali swoją pracę. Lecz mimo ca­łej ich pracy ze­spo­ło­wej ta lo­kalna ekipa nie mo­głaby wy­ko­nać swo­ich obo­wiąz­ków bez ogrom­nego i po­zo­sta­ją­cego w tle wspar­cia in­nych. Z wdzięcz­no­ścią się­gam pa­mię­cią do mo­jego zmar­łego przy­ja­ciela i ko­legi z Tu­fts, fi­zyka Al­lana Cor­macka, który był jed­nym z lau­re­atów Na­grody No­bla za wy­na­le­zie­nie to­mo­grafu kom­pu­te­ro­wego. Al­lan - po­śmiert­nie oca­li­łeś ko­lejne ży­cie, ale kto bę­dzie w sta­nie je wszyst­kie zli­czyć? Świat jest lep­szy dzięki two­jej pracy. Do­brze się stało. Idąc da­lej, mamy cały sys­tem me­dyczny, za­równo na­ukę, jak i tech­no­lo­gię, bez któ­rego na­wet po­dej­mo­wane z naj­lep­szymi in­ten­cjami wy­siłki jed­no­stek by­łyby, ogól­nie rzecz bio­rąc, bez­u­ży­teczne. Dla­tego też je­stem wdzięczny ra­dom re­dak­cyj­nym i re­cen­zen­tom, tak by­łym, jak i obec­nym, "Science", "Na­ture", "Jo­ur­nal of the Ame­ri­can Me­di­cal As­so­cia­tion", "Lan­cet" i wszyst­kim in­nym in­sty­tu­cjom na­uki i me­dy­cyny, które nie­ustan­nie wpro­wa­dzają ko­lejne udo­sko­na­le­nia, a także wy­kry­wają i po­pra­wiają błędy.

Czy ota­czam kul­tem me­dy­cynę? Czy na­uka jest moją re­li­gią? Oczy­wi­ście, że nie; nie ma żad­nego aspektu współ­cze­snej me­dy­cyny czy na­uki, który zwol­nił­bym z ko­niecz­no­ści pod­da­nia się naj­bar­dziej dro­bia­zgo­wej ana­li­zie, i z ła­two­ścią mogę wska­zać wiele po­waż­nych pro­ble­mów, które wciąż na­leży roz­wią­zać. Rzecz ja­sna, bę­dzie to ła­twe dla­tego, że światy me­dy­cyny i na­uki już te­raz za­an­ga­żo­wane są w naj­bar­dziej ob­se­syjne, in­ten­sywne i po­korne pro­cesy sa­mo­oceny, z ja­kimi ludz­kie in­sty­tu­cje miały kie­dy­kol­wiek stycz­ność, a wy­niki owej sa­mo­oceny ogła­szane są pu­blicz­nie i re­gu­lar­nie. Co wię­cej, to wła­śnie ta bez­po­śred­nia, ra­cjo­nalna kry­tyka, mimo wszyst­kich swych nie­do­sko­na­ło­ści, sta­nowi se­kret za­dzi­wia­ją­cych suk­ce­sów owych przed­się­wzięć czło­wieka. Każ­dego dnia do­ko­nuje się mie­rzalny po­stęp. Gdyby moja aorta ro­ze­rwała się de­kadę temu, nie miał­bym naj­mniej­szych szans na prze­ży­cie. Rów­nież i dzi­siaj nie zda­rza się to by­naj­mniej ru­ty­nowo, ale moje szanse na prze­ży­cie były wła­ści­wie cał­kiem nie­złe (obec­nie około 33% osób, u któ­rych do­szło do roz­war­stwie­nia aorty, umiera w ciągu pierw­szych dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin po tym zda­rze­niu, je­śli nie zo­stali pod­dani wła­ści­wemu le­cze­niu, a z każdą ko­lejną go­dziną ich szanse ma­leją jesz­cze bar­dziej).

Jedna rzecz szcze­gól­nie mnie ude­rzyła, gdy po­rów­na­łem świat me­dy­cyny, od któ­rego za­le­żało te­raz moje ży­cie, z in­sty­tu­cjami re­li­gij­nymi, które w ostat­nich la­tach do­kład­nie ba­da­łem. Je­den z bar­dziej sub­tel­nych i po­zy­tyw­nych wąt­ków po­ja­wia­ją­cych się w każ­dej re­li­gii (o ile mi wia­domo) to idea, zgod­nie z którą tak na­prawdę li­czy się to, co masz w sercu: je­śli masz szczytne za­miary i je­śli sta­rasz się czy­nić to, co (we­dług Boga) jest słuszne, nie można od cie­bie wy­ma­gać wię­cej. W przy­padku me­dy­cyny jest ina­czej! Je­śli się my­lisz - a zwłasz­cza, gdy po­wi­nie­neś do­my­ślić się, że się my­lisz - twoje szczytne za­miary nie­mal w ogóle się nie li­czą. A pod­czas gdy dzia­ła­nie mo­ty­wo­wane wiarą, bez do­kład­nego roz­wa­że­nia wszyst­kich do­stęp­nych moż­li­wo­ści, jest czę­sto przed­mio­tem po­chwały re­li­gij­nej, w me­dy­cy­nie uwa­żane jest ono za "grzech ciężki". Le­karz, któ­rego gor­liwa wiara we wła­sne ob­ja­wie­nia do­ty­czące po­stę­po­wa­nia w przy­padku roz­war­stwie­nia aorty spo­wo­do­wa­łaby roz­po­czę­cie przez niego nie­za­twier­dzo­nych eks­pe­ry­men­tów na lu­dziach, otrzy­małby su­rową re­pry­mendę, a być może na­wet zo­stałby wy­da­lony z za­wodu. Oczy­wi­ście, zda­rzają się wy­jątki. To­le­ruje się kilku zu­chwa­łych i po­dej­mu­ją­cych ry­zyko pio­nie­rów, któ­rzy (je­śli mają ra­cję) są na­wet na­gra­dzani, lecz mogą to być je­dy­nie rzad­kie wy­jątki od stan­dardu sys­te­ma­tycz­nego uczo­nego, skru­pu­lat­nie eli­mi­nu­ją­cego al­ter­na­tywne teo­rie, za­nim za­sto­suje wła­sną. Szczytne za­miary i in­spi­ra­cja po pro­stu nie wy­star­czą.

In­nymi słowy, pod­czas gdy re­li­gie mogą słu­żyć przy­zwo­itym ce­lom, po­zwa­la­jąc wielu lu­dziom czuć się kom­for­towo z ta­kim stan­dar­dem mo­ral­nym, który są w sta­nie osią­gnąć, żadna re­li­gia nie wy­maga od swo­ich wy­znaw­ców po­stę­po­wa­nia zgod­nego z wy­so­kimi stan­dar­dami od­po­wie­dzial­no­ści mo­ral­nej, które na­rzuca świecki świat me­dy­cyny i na­uki! I nie mam tu­taj na my­śli je­dy­nie tych stan­dar­dów, które obo­wią­zują "na sa­mym szczy­cie" - wśród chi­rur­gów i le­ka­rzy, któ­rzy każ­dego dnia po­dej­mują de­cy­zje do­ty­czące czy­je­goś ży­cia lub śmierci. Mam na my­śli stan­dardy su­mien­no­ści apro­bo­wane rów­nież przez tech­ni­ków la­bo­ra­to­ryj­nych oraz osoby przy­go­to­wu­jące po­siłki. Tra­dy­cja ta po­kłada wiarę w ni­czym nie­ogra­ni­czone za­sto­so­wa­nie ro­zumu i ba­dań em­pi­rycz­nych, nie­ustan­nego spraw­dza­nia oraz w na­wyk cią­głego za­py­ty­wa­nia: "A je­śli się mylę?". Od­wo­ła­nia do wiary lub przy­na­leż­no­ści do ja­kie­goś klubu ni­gdy nie są to­le­ro­wane. Wy­obraź so­bie, z jaką re­ak­cją spo­tkałby się na­uko­wiec, który twier­dziłby, że inni nie mogą od­two­rzyć wy­ni­ków jego ba­dań po pro­stu dla­tego, że nie po­dzie­lają wiary lu­dzi pra­cu­ją­cych w jego la­bo­ra­to­rium! I, wra­ca­jąc do mo­jego głów­nego wątku, do­bru tej wła­śnie tra­dy­cji ro­zumu i nie­skrę­po­wa­nych do­cie­kań dzię­kuję dziś za to, że żyję.

Co jed­nak po­wiem tym moim wie­rzą­cym przy­ja­cio­łom (tak, mam cał­kiem sporo wie­rzą­cych przy­ja­ciół), któ­rzy byli na tyle od­ważni i szcze­rzy, że po­wie­dzieli mi, iż mo­dlili się o mnie? Z przy­jem­no­ścią im wy­ba­czy­łem, gdyż nie­wiele sy­tu­acji iry­tuje mnie bar­dziej niż brak moż­li­wo­ści przyj­ścia z bez­po­śred­nią po­mocą tym, któ­rych ko­chamy. Przy­znaję, że ża­ło­wa­łem, iż nie mo­głem mo­dlić się (szcze­rze) za mo­ich przy­ja­ciół i człon­ków ro­dziny, gdy tego po­trze­bo­wali, dla­tego też do­ce­niam tę po­trzebę, mimo że w pełni zdaję so­bie sprawę z jej da­rem­no­ści. Z ła­two­ścią tłu­ma­czę uwagi mo­ich wie­rzą­cych przy­ja­ciół na tę czy inną wer­sję słów za­sły­sza­nych od in­nych świa­tłych [ang. bri­ghts] (słowo, które ja, a także i inni pró­bu­jemy roz­po­wszech­nić jako ter­min od­no­szący się do nie­wie­rzą­cych; zo­bacz roz­dział 27): "my­śla­łem o to­bie i z ca­łego serca ży­czy­łem ci - ko­lejny nie­sku­teczny przy­kład braku umiaru, któ­remu jed­nak trudno się oprzeć - abyś wy­szedł z tego cało". Fakt, że ci moi dro­dzy przy­ja­ciele my­śleli o mnie w ten spo­sób i pod­jęli wy­si­łek po­wie­dze­nia mi o tym, sam w so­bie, bez po­trzeby do­da­wa­nia do niego wątku nad­przy­ro­dzo­nego, wspa­niale pod­nosi na du­chu. W moim przy­padku te wia­do­mo­ści spły­wa­jące od człon­ków ro­dziny i od przy­ja­ciół z ca­łego świata do­słow­nie krze­piły serce i je­stem wdzięczny za owo pod­nie­sie­nie mo­jego mo­rale, do któ­rego się przy­czy­niły (oba­wiam się, że w do­prawdy osza­ła­mia­ją­cym stop­niu!). Lecz nie żar­tuję już, gdy po­wiem, że mu­sia­łem wy­ba­czyć moim przy­ja­cio­łom, któ­rzy po­wie­dzieli, że mo­dlili się za mnie. Opar­łem się po­ku­sie, aby od­po­wie­dzieć im: "Dzięki, do­ce­niam to, ale czy zło­ży­łeś też w ofie­rze ko­zła?". Czuję się w ta­kich sy­tu­acjach tak samo, jak czuł­bym się, gdyby któ­ryś z nich po­wie­dział: "Wła­śnie za­pła­ci­łem ka­pła­nowi vo­odoo, aby rzu­cił czar, który ma cię uzdro­wić". Ja­każ by­łaby to na­iwna strata pie­nię­dzy, które można by­łoby prze­zna­czyć na waż­niej­sze cele! Nie ocze­kuj ode mnie wdzięcz­no­ści ani na­wet obo­jęt­no­ści. Do­ce­niam uczu­cie i wiel­ko­dusz­ność, które cię mo­ty­wo­wały, lecz chciał­bym, abyś zna­lazł bar­dziej roz­sądny spo­sób na ich wy­ra­że­nie.

Czy aby nie je­stem zbyt su­rowy? Z pew­no­ścią prze­cież ni­komu nie dzieje się krzywda, gdy ci, któ­rzy są to w sta­nie szcze­rze uczy­nić, mo­dlą się za mnie! Nie, wcale nie je­stem tego taki pe­wien. Po pierw­sze, je­śli na­prawdę chcie­liby zro­bić coś przy­dat­nego, to mo­gliby ten czas i wy­si­łek, które prze­zna­czyli na mo­dli­twę, prze­zna­czyć na ja­kieś nie­cier­piące zwłoki przed­się­wzię­cie, w przy­padku któ­rego mogą coś uczy­nić. Po dru­gie, mamy te­raz dość so­lidne prze­słanki (np. opu­bli­ko­wane ostat­nio ba­da­nie Ben­sona z Ha­rvardu), aby stwier­dzić, że mo­dli­twa wsta­wien­ni­cza po pro­stu nie działa. Każdy, kto w swej prak­tyce wzru­sza ra­mio­nami na ta­kie ba­da­nia, sub­tel­nie pod­waża sza­cu­nek wzglę­dem do­bra, wo­bec któ­rego je­stem wdzięczny. Je­śli na­le­gasz, aby utrzy­mać przy ży­ciu mit o sku­tecz­no­ści mo­dli­twy, to w świe­tle tych prze­sła­nek wi­nien nam je­steś uza­sad­nie­nie. W ocze­ki­wa­niu na ta­kie uza­sad­nie­nie wy­ba­czę ci to, że po­stę­pu­jesz zgod­nie ze swą tra­dy­cją; wiem, jak wiel­kie po­cie­sze­nie zna­leźć można w tra­dy­cji. Chciał­bym jed­nak, abyś zwró­cił uwagę, jak w naj­lep­szym przy­padku mo­ral­nie pro­ble­ma­tyczne jest to, co czy­nisz. Je­śli przy­naj­mniej roz­wa­żył­byś po­zew o po­peł­nie­nie błędu me­dycz­nego skie­ro­wany prze­ciwko le­ka­rzowi, który po­my­lił się, gdy cię le­czył, lub po­zew prze­ciwko fir­mie far­ma­ceu­tycz­nej, która nie prze­pro­wa­dziła wszyst­kich wy­ma­ga­nych te­stów, za­nim sprze­dała ci lek, który ci za­szko­dził, to mu­sisz za­uwa­żyć, że mil­cząco do­ce­niasz wy­so­kie stan­dardy ra­cjo­nal­nych ba­dań, które wy­zna­cza so­bie świat me­dy­cyny, a mimo to wciąż od­da­jesz się prak­tyce, dla któ­rej nie spo­sób zna­leźć ja­kie­go­kol­wiek ra­cjo­nal­nego uza­sad­nie­nia, a w do­datku uwa­żasz, że coś w ten spo­sób wno­sisz. (Spró­buj wy­obra­zić so­bie swe obu­rze­nie, gdyby firma far­ma­ceu­tyczna w od­po­wie­dzi na twój po­zew stwier­dziła bez­tro­sko: "Prze­cież mo­dli­li­śmy się długo i żar­liwe, aby ten lek za­dzia­łał! Czego jesz­cze chcesz?").

Naj­lep­sze w mó­wie­niu "do­brze się stało" za­miast "dzięki Bogu" jest to, że jest na­prawdę wiele spo­so­bów na spła­ce­nie długu wo­bec do­bra - po­przez pod­ję­cie się trudu wy­two­rze­nia go w jesz­cze więk­szej ilo­ści, tak aby inni mo­gli sko­rzy­stać z niego w przy­szło­ści. Do­bro ist­nieje w wielu for­mach, nie tylko me­dy­cyny i na­uki. Do­brze się stało, że ist­nieje mu­zyka, po­wiedzmy, Randy'ego New­mana, która nie mo­głaby ist­nieć bez wszyst­kich tych wspa­nia­łych for­te­pia­nów i stu­diów na­gra­nio­wych, nie wspo­mi­na­jąc już o mu­zycz­nym do­robku wszyst­kich wiel­kich kom­po­zy­to­rów, od Ba­cha przez Wa­gnera po Scotta Jo­plina i Be­atle­sów. Do­brze się stało, że woda z kranu na­daje się do pi­cia i że mamy co po­ło­żyć na stole. Do­brze się stało, że są uczciwe wy­bory i rze­telne dzien­ni­kar­stwo. Je­śli chcesz wy­ra­zić swą wdzięcz­ność do­bru, to mo­żesz za­sa­dzić drzewo, na­kar­mić sie­rotę, ku­pić książki dziew­czyn­kom wy­cho­wu­ją­cym się w is­lam­skim świe­cie lub też na ty­siąc róż­nych spo­so­bów przy­czy­nić się do wy­raź­nej po­prawy ja­ko­ści ży­cia na tej pla­ne­cie, te­raz i w nie­od­le­głej przy­szło­ści.

Albo też mo­żesz po­dzię­ko­wać Bogu - lecz po­mysł spłaty długo wo­bec Boga jest w swej isto­cie nie­do­rzeczny. Jaki po­ży­tek mia­łaby wszech­wie­dząca i wszech­po­tężna Istota (Czło­wiek, Który Ma Wszystko) z twej mi­zer­nej spłaty? (A poza tym, zgod­nie z chrze­ści­jań­ską tra­dy­cją, Bóg umo­rzył już ów dług aż po wsze czasy, po­świę­ca­jąc wła­snego syna. Spró­buj spła­cić taki kre­dyt!). Tak, wiem, tych kwe­stii nie na­leży ro­zu­mieć do­słow­nie; mają wy­miar sym­bo­liczny. Przy­znaję to, ale w ta­kiej sy­tu­acji po­mysł, zgod­nie z któ­rym dzię­ku­jąc Bogu, tak na­prawdę czy­nisz do­bro, rów­nież musi być ro­zu­miany sym­bo­licz­nie. Praw­dziwe do­bro przed­kła­dam nad do­bro sym­bo­liczne.

Mimo to wy­ba­czam tym, któ­rzy mo­dlą się za mnie. Po­strze­gam ich ni­czym nie­ustę­pli­wych na­ukow­ców, któ­rzy opie­rają się do­wo­dom prze­ma­wia­ją­cym za nie­lu­bia­nymi przez nich teo­riami jesz­cze długo po tym, gdy na­le­ża­łoby z gra­cją ustą­pić. Chylę czoła wa­szej wier­no­ści wzglę­dem zaj­mo­wa­nego przez was sta­no­wi­ska - lecz pa­mię­taj­cie: wier­ność tra­dy­cji nie wy­star­czy. Mu­si­cie za­py­tać sa­mych sie­bie: "A je­śli się mylę?". My­ślę, że na dłuż­szą metę od lu­dzi wie­rzą­cych można ocze­ki­wać za­cho­wa­nia zgod­nego z tym sa­mym stan­dar­dem mo­ral­nym, który do­ty­czy osób świec­kich, które zaj­mują się na­uką i me­dy­cyną.

W ciągu szes­na­stu lat po tam­tej ope­ra­cji opu­bli­ko­wa­łem sie­dem ksią­żek i dzie­siątki ar­ty­ku­łów, a w cza­sie do­dat­ko­wym, który otrzy­ma­łem dzięki tym, któ­rzy byli wo­kół mnie, prze­ży­łem tak wiele przy­gód na ca­łym świe­cie, że można by nimi wy­peł­nić nie­jedno ży­cie. Ileż można mieć szczę­ścia?

Uczest­ni­czy­łem kie­dyś w week­en­do­wym spo­tka­niu nie­zwy­kle by­strych uczniów szkół śred­nich w Se­at­tle, zor­ga­ni­zo­wa­nym, aby za­in­spi­ro­wać ich do wiel­kich osią­gnięć. Były wśród nas same gwiazdy, w tym kilku lau­re­atów Na­grody No­bla, po­wie­ścio­pi­sarka Amy Tan, chło­paki z Go­ogle, Ser­gey Brin i Larry Page, rzeź­biarz w szkle Dale Chi­huly i inni no­ta­ble. W pięt­na­sto­mi­nu­to­wych wy­stą­pie­niach, które każdy z nas przy­go­to­wał dla tej uważ­nej mło­dzieży, ude­rzyło mnie to, że więk­szość z nich kon­cen­tro­wała się na roli szczę­ścia: po pro­stu udało nam się być w od­po­wied­nim miej­scu i w od­po­wied­nim cza­sie, mie­li­śmy wła­ści­wych men­to­rów, pod­ję­li­śmy w ciemno kilka uda­nych de­cy­zji. Owa duża skrom­ność miała ich uspo­koić, ale czy nie miała nie­po­żą­da­nego skutku ubocz­nego? "Nie myśl, że ist­nieje nie­za­wodna ścieżka do wiel­ko­ści. Po pro­stu im­pro­wi­zuj, a je­śli ci się uda, skoń­czysz tak jak my!". Czy był to tylko zjazd osób, które wy­grały los na lo­te­rii i które po­wta­rzały in­nym, że za ich suk­ce­sem nie kryje się żadna ta­jem­nica?

Nie­dawno do­sta­łem ma­ila od Pe­tera God­freya-Smi­tha, wiel­kiego fi­lo­zofa, nurka i ba­da­cza ośmior­nic:

Cześć, Dan,

czy­tam wła­śnie stos prac Mike'a Le­vina, "mo­jego ko­legi z Tu­fts, z któ­rym nie­dawno na­pi­sa­łem ar­ty­kuł".

Jak Ty to ro­bisz, że za­wsze tak szybko zwra­casz uwagę na to, co sza­le­nie in­te­re­su­jące??

Ro­bisz tak już od wielu de­kad.

Z naj­lep­szymi ży­cze­niami,

Pe­ter

Tak się składa, że roz­my­śla­łem nad pewną wer­sją tego sa­mego py­ta­nia, gdy kom­po­no­wa­łem ni­niej­sze wspo­mnie­nia. Szczę­ście, rzecz ja­sna, od­grywa dużą rolę, zwłasz­cza na po­czątku, gdy czę­ściowo po­lega na prze­ku­ciu po­cząt­ko­wego szczę­ścia w jesz­cze wię­cej szczę­ścia - bo­gaci stają się jesz­cze bo­gatsi, jak to się mówi. Py­ta­nie Pe­tera - szczę­śli­wie dla mnie - su­ge­ro­wało od­po­wiedź, którą do­piero nie­dawno w pełni do­ce­ni­łem: nie pyta o to, w jaki spo­sób wy­my­śli­łem sza­le­nie in­te­re­su­jące rze­czy; pyta, w jaki spo­sób tak szybko zwró­ci­łem na nie uwagę. Je­stem zbie­ra­czem, sroką, która za­wsze po­szu­kuje przy­dat­nych cie­ka­wo­stek. "To kie­dyś może się przy­dać", my­ślę so­bie, gdy do mo­jej nie­ustan­nie po­więk­sza­ją­cej się ko­lek­cji róż­no­ści, ga­dże­tów i na­rzę­dzi prze­cho­wy­wa­nych w moim do­mo­wym warsz­ta­cie do­daję po­rzu­cone przez ko­goś urzą­dze­nie lub kor­bo­wód, lub inną ma­szy­ne­rię. Moja ma­szyna my­śląca - mój mózg - jest w po­dobny spo­sób wy­po­sa­żony w wiele uży­tecz­nych rze­czy, na które zwró­ci­łem uwagę. Prze­gląd po­nad sie­dem­dzie­się­ciu z nich prze­pro­wa­dzi­łem w Dźwi­gniach wy­obraźni i in­nych na­rzę­dziach do my­śle­nia (2015). Uwiel­biam na­pra­wiać różne rze­czy, uży­wa­jąc do tego wszyst­kiego, co tylko moż­liwe, i przez wszyst­kie te de­kady za­wsze chcia­łem do­wie­dzieć się, w jaki spo­sób dzieją się te "czary". Lu­bię w tym miej­scu cy­to­wać frag­ment wspa­nia­łej książki Lee Sie­gela o ulicz­nej ma­gii in­dyj­skiej pt. Net of Ma­gic: Won­ders and De­cep­tions in In­dia (1991):

"Pi­szę książkę o cza­rach", tłu­ma­czę i sły­szę py­ta­nie: "O praw­dzi­wych cza­rach?". Przez praw­dziwe czary lu­dzie mają na my­śli cuda, czar­no­księ­stwo i moce nad­przy­ro­dzone. "Nie", od­po­wia­dam, "O sztucz­kach ma­gicz­nych, a nie o praw­dzi­wych cza­rach". Praw­dziwe czary, in­nymi słowy, od­no­szą się do cza­rów, któ­rych tak na­prawdę nie ma, pod­czas gdy czary, które są, ta­kie, któ­rymi na­prawdę można się zaj­mo­wać, nie są praw­dzi­wymi cza­rami (s. 425).

Wiele osób, w ten czy w inny spo­sób, gor­li­wie broni "praw­dzi­wych cza­rów" i wiele z nich uważa zaj­mo­wa­nie się fi­lo­zo­fią za ide­alny za­wód dla ko­goś, kto chce pod­jąć się tego przed­się­wzię­cia. Po­wie­dział­bym, że jest to wy­róż­nia­jąca się ce­cha w przy­padku pew­nego ro­dzaju fi­lo­zo­fów. Lecz ist­nieją rów­nież an­ty­fi­lo­zo­fo­wie, któ­rzy wi­dzą ba­ła­gan zo­sta­wiony przez in­nych i mó­wią do sie­bie, "Do dia­bła! Spró­buję to wszystko wy­ja­śnić!". Mo­imi prze­wod­ni­kami i bo­ha­te­rami byli lu­dzie - na­ukowcy i fi­lo­zo­fo­wie - któ­rzy mieli prze­czu­cia, w jaki spo­sób wy­ko­ny­wane są owe triki, w jaki spo­sób po­wstają te ilu­zje. Nie są to je­dy­nie scep­tycy i de­ma­ska­to­rzy, lecz rów­nież kon­struk­tywni in­ter­pre­ta­to­rzy, któ­rzy po omacku szu­kają mo­deli i teo­rii bę­dą­cych w sta­nie za­stą­pić przy­jęte z góry prawdy fi­lo­zo­fów ta­kimi po­my­słami, które można spraw­dzić.

Już w mo­jej roz­pra­wie dok­tor­skiej z 1965 roku do­strze­głem, że naj­lep­sza - i je­dyna - droga do zro­zu­mie­nia umy­słu i świa­do­mo­ści wie­dzie przez dzia­ła­jącą na wielu po­zio­mach ewo­lu­cję drogą do­boru na­tu­ral­nego. Za­czą­łem wtedy kre­ślić wy­ja­śnie­nia, w jaki spo­sób mo­głoby to wy­glą­dać. A fi­lo­zo­ficzne sprzeczki zo­sta­wi­łem w tle. Moje po­dej­ście ude­rzyło w czułą strunę uczo­nych w kilku róż­nych dys­cy­pli­nach. Zro­zu­mieli to, w ten czy w inny spo­sób, i za­uwa­żyli, jak mo­gliby do­dać kilka ele­men­tów do mo­jego ob­razu, który wła­śnie po­wsta­wał, a także jak mo­gliby na­pra­wić parę błę­dów w ich wła­snej pracy. Za­pro­sili mnie jako przy­jaź­nie na­sta­wio­nego roz­mówcę. Nie mu­sia­łem do nich iść, wcie­la­jąc się w rolę fi­lo­zofa, i py­tać, czy mogę im coś na siłę do­ra­dzić; sami mnie zna­leźli.

W ja­kiś spo­sób udało mi się stwo­rzyć (lub, do­kład­niej rzecz bio­rąc, prze­wod­ni­czyć w two­rze­niu) in­te­lek­tu­al­nego ma­gnesu, który po pro­stu wcią­gał w moją or­bitę su­per­in­te­li­gent­nych lu­dzi[1]. Przy­zwy­cza­iłem się do tego, że je­stem oto­czony ludźmi, któ­rzy wie­dzą znacz­nie wię­cej ode mnie, i za­wsze z za­do­wo­le­niem uczy­łem się od nich, zwłasz­cza gdy się z nimi nie zga­dza­łem. Nie­które z mo­ich ulu­bio­nych ar­gu­men­tów i przy­kła­dów wy­ku­łem w go­rą­cych spo­rach z my­śli­cie­lami, któ­rych sta­no­wi­ska co do za­sady od­rzu­cam, z po­wo­dów, które te­raz ro­zu­miem le­piej niż wtedy, gdy zo­sta­łem z nimi skon­fron­to­wany po raz pierw­szy. Fi­zyk Wol­fgang Pauli w słyn­nych sło­wach zdys­kwa­li­fi­ko­wał po­my­sły in­nego fi­zyka, twier­dząc, że "na­wet nie są błędne", a ja opor­tu­ni­stycz­nie sta­ra­łem się po­pra­wić nie­które błędne po­my­sły au­tor­stwa, mię­dzy in­nymi, fi­zyka Ro­gera Pen­rose'a, lin­gwi­sty No­ama Chom­sky'ego, neu­ro­bio­loga Chri­stofa Ko­cha i bio­lo­gów ewo­lu­cyj­nych Ste­phena Jaya Gou­lda i Da­vida Slo­ana Wil­sona. Idąc da­lej, mamy moje dłu­go­trwałe już spory z in­nymi fi­lo­zo­fami, ta­kimi jak Tho­mas Na­gel, Jerry Fo­dor, John Se­arle i Da­vid Chal­mers. Gdzie był­bym te­raz, gdyby nie te ge­nialne błędy, które mo­głem po­pra­wić, za po­mocą mo­ich na­rzę­dzi do my­śle­nia? (Przy­kła­dowo, wspa­niałą "Grę w ży­cie" Johna Hor­tona Con­waya wy­ko­rzy­sta­łem do tego, aby od­na­leźć kom­pro­mis po­mię­dzy nie­atrak­cyj­nym "re­ali­zmem o prze­my­sło­wej sile" Fo­dora i rów­nie nie­prze­ko­nu­ją­cym "eli­mi­na­ty­wi­zmem" Paula Chur­chlanda w Real Pat­terns [1991]). Nie mam tu­taj miej­sca, aby roz­wo­dzić się nad wszyst­kimi istot­nymi szcze­gó­łami, lecz w przy­pi­sach koń­co­wych znaj­dują się od­nie­sie­nia, z któ­rych można sko­rzy­stać, aby rzu­cić okiem na moje po­prawki i wy­ro­bić so­bie o nich opi­nię[2].

(Do tej pory) wio­dłem ży­cie speł­nione i nad­zwy­czaj ob­fite w przy­gody, znacz­nie wy­kra­cza­jące poza naj­śmiel­sze na­wet ma­rze­nia z mo­jej mło­do­ści - a by­łem nie­zwy­kle wręcz pew­nym sie­bie mło­dym czło­wie­kiem o nie­po­ha­mo­wa­nej am­bi­cji. Jak to się stało? Czy mia­łem po pro­stu szczę­ście lub "ko­nek­sje", czy też mogę przy­pi­sać so­bie tro­chę za­sługi za to, że zna­la­złem się w moim obec­nym, szczę­śli­wym sta­nie? Czy w ja­kimś sen­sie za­słu­guję na do­bro­dziej­stwa, któ­rych te­raz do­świad­czam?

Wie­rzę w wolną wolę, w tym nie­ma­gicz­nym sen­sie, który tak na­prawdę się li­czy. My­ślę, że ci, któ­rzy czy­nią w świe­cie do­bro, za­słu­gują na po­chwałę i na­grody, a ci, któ­rzy czy­nią zło, za­słu­gują na kary, je­śli tylko są ludźmi kom­pe­tent­nymi, ob­da­rzo­nymi sa­mo­kon­trolą. Wie­rzę rów­nież, że temu ro­dza­jowi wol­nej woli nie za­graża de­ter­mi­nizm, a obro­nie tego po­cząt­kowo kontr­in­tu­icyj­nego twier­dze­nia po­świę­ci­łem trzy książki i dzie­siątki ar­ty­ku­łów. De­ter­mi­nizm to teza, zgod­nie z którą "w każ­dym mo­men­cie ist­nieje tylko jedna moż­liwa przy­szłość", lecz nie po­ciąga to za sobą nie­uchron­no­ści[3]. My, tak jak i inne pod­mioty au­to­no­miczne, każ­dego dnia uni­kamy pew­nych rze­czy. De­ter­mi­nizm nie "wiąże ci rąk" ani też nie unie­moż­li­wia ci po­dej­mo­wa­nia, a póź­niej po­now­nego roz­pa­try­wa­nia de­cy­zji, roz­po­czę­cia no­wego roz­działu, ucze­nia się na wła­snym błę­dach. De­ter­mi­nizm nie jest lal­ka­rzem, który spra­wuje nad tobą kon­trolę. Je­śli je­steś ty­pową osobą do­ro­słą, to masz wy­star­cza­jącą sa­mo­kon­trolę, aby za­cho­wać swą au­to­no­mię i co za tym idzie - od­po­wie­dzial­ność, w świe­cie peł­nym po­kus i dys­trak­cji. Lecz na­wet je­śli mam ra­cję, gdy twier­dzę, że de­ter­mi­nizm nie za­graża od­po­wie­dzial­no­ści czy au­to­no­mii, to nie roz­strzyga to jesz­cze kwe­stii, czy je­stem czy też nie je­stem osobą ob­da­rzoną nie­na­tu­ral­nym wręcz szczę­ściem, któ­rej udało się w pełni wy­ko­rzy­stać wła­sną po­myśl­ność.

Wła­ści­wie to nie udało mi się go w pełni wy­ko­rzy­stać. Ktoś o sil­niej­szym cha­rak­te­rze mógłby uczy­nić znacz­nie wię­cej. Mam w so­bie tro­chę le­nia, je­stem nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym czy­tel­ni­kiem, któ­rego ła­two roz­pro­szyć, i mam nie­ogra­ni­czony wręcz ape­tyt na mar­no­tra­wie­nie czasu, czy­ta­jąc ko­miksy w ga­ze­tach, roz­wią­zu­jąc krzy­żówki, gra­jąc w Scrab­ble (i w coś jesz­cze lep­szego: Fri­gate Bird, dy­na­miczną grę, w któ­rej używa się pły­tek ze Scrab­ble, ale bez plan­szy), w su­doku i ukła­da­jąc kostkę Ru­bika. Mój ge­nialny przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa tak uza­leż­nił się od bry­dża, że wy­le­ciał ze stu­diów, a i ze mną mo­gło być tak samo, gdy­bym w złym mo­men­cie zna­lazł do­brego part­nera. Na Ha­rvar­dzie pra­wie po­peł­ni­łem błąd po­le­ga­jący na nie­za­pi­sa­niu się na za­ję­cia, które prze­szka­dza­łyby mi w mo­jej przed­po­łu­dnio­wej se­sji bi­lar­do­wej, od­by­wa­ją­cej się w póź­nych go­dzi­nach po­ran­nych w Ha­sty Pud­ding Club! Co ja so­bie wtedy my­śla­łem?!

Gdy wra­cam pa­mię­cią do mo­men­tów, gdy w ostat­niej chwili udało mi się wyjść cało z opre­sji, za­sługę za to przy­pi­suję tej wła­śnie skłon­no­ści do re­flek­sji, która nie­rzadko i w samą porę mnie oca­lała. Jej, a także mo­jej go­to­wo­ści zmie­rze­nia się z trud­nym dy­le­ma­tem mo­ral­nym po­pro­sze­nia i po­kie­ro­wa­nia się ra­dami mo­ich przy­ja­ciół, a przede wszyst­kim Su­san, która od sześć­dzie­się­ciu lat jest moją żoną.

Są pewne wnio­ski, które można wy­cią­gnąć z tego, w jaki spo­sób po­ra­dzi­łem so­bie z wła­snym wy­kształ­ce­niem i w jaki spo­sób zo­sta­łem tak do­brym my­śli­cie­lem. (Fi­lo­zof Don Ross po­wie­dział kie­dyś o mnie: "Dan uważa, że skrom­ność to cnota, którą na­leży za­cho­wać na wy­jąt­kowe oka­zje"). Nie pi­sał­bym tej książki, gdy­bym nie my­ślał, że mam coś po­ży­tecz­nego do prze­ka­za­nia moim czy­tel­ni­kom - taj­niki mo­jego suk­cesu, moje uży­teczne sztuczki i za­sady, moje spo­soby ra­dze­nia so­bie z ludźmi i pro­ble­mami. Ist­nieje wielu mą­drzej­szych ode mnie fi­lo­zo­fów, znacz­nie lep­szych ode mnie uczo­nych, bar­dziej bły­sko­tli­wych w ar­gu­men­ta­cji, znacz­nie spraw­niej­szych ode mnie w tech­nicz­nych za­bie­gach, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla fi­lo­zo­fów. Oni sami ci tak po­wie­dzą, a ja się z nimi zgo­dzę. Lecz, jak po­wie­dział kie­dyś mo­jemu ko­le­dze Gil­bert Ryle, pro­mo­tor mo­jego dok­to­ratu na Oks­for­dzie, gdy jesz­cze w la­tach 60. w Sal­zburgu sie­dzie­li­śmy przy pi­wie: "Są znacz­nie mą­drzejsi fa­ceci od Den­netta, ale on ma w so­bie ten en­tu­zjazm". Już od po­nad pół wieku wspie­ram się tymi sło­wami.

Jak wi­dzisz, nie je­stem skromny, lecz nie je­stem rów­nież zbyt pewny sie­bie, jak nie­któ­rzy ze zna­nych mi my­śli­cieli. John Se­arle, je­den z mo­ich naj­za­cie­klej­szych kry­ty­ków, jest w grun­cie rze­czy bar­dzo po­dobny do mnie: pewny sie­bie, znie­cier­pli­wiony fi­lo­zo­fami cze­pia­ją­cymi się szcze­gó­łów, skłonny pięt­no­wać sza­no­wane szkoły my­śle­nia, okre­śla­jąc je nie­do­rzecz­nymi. Gdy na­tra­fia na ar­gu­ment fi­lo­zo­ficzny lub sta­no­wi­sko, które trudno mu zro­zu­mieć, pa­ra­fra­zuje je, uży­wa­jąc wła­snych ter­mi­nów - ter­mi­nów, które on sam ro­zu­mie. Sam ro­bię do­kład­nie tak samo. Lecz gdy owa pa­ra­fraza Se­arle'a okaże się dla niego ab­sur­dalna, w ten wła­śnie spo­sób ją okre­śla, i to sta­now­czo. Ja tak nie ro­bię. Po­wstrzy­muję się przed wy­da­niem sądu. Za­sta­na­wiam się: ci lu­dzie, któ­rzy bro­nią tego po­glądu, nie wy­dają się głup­cami; może źle ich zro­zu­mia­łem. Wra­cam do ich prac, aby spraw­dzić, czy mogę zna­leźć lep­szą wer­sję ich po­glądu. Nie­kiedy nie mogę tego zro­bić i wtedy staję się kry­ty­kiem tak su­ro­wym, jak Se­arle. Ale nie­kiedy - a wła­ści­wie to zwy­kle - znaj­duję lep­szą wer­sję am­bit­nego po­my­słu i sam się cze­goś uczę. Świat Se­arle'a pe­łen jest fi­lo­zo­ficz­nych ma­toł­ków; mój pe­łen jest fi­lo­zo­fów, któ­rzy są uczeni, in­te­li­gentni, pra­co­wici, lecz czę­sto nie­umie­jęt­nie wy­ja­śniają oni swe wła­sne i to naj­lep­sze na­wet po­my­sły. Czy kto­kol­wiek chciałby zo­stać fi­lo­zo­fem, je­śli fi­lo­zo­fo­wie, co do za­sady, są tak głupi, jak zdaje się my­śleć Se­arle? (Sir Karl Pop­per to inny fi­lo­zof, któ­rego nie­po­chlebna opi­nia na te­mat tych, któ­rzy się z nim nie zga­dzają, skło­niła mnie do za­sta­no­wie­nia się, jak zno­sił on to, że jest fi­lo­zo­fem).

Nie za­wsze by­łem tak pewny sie­bie jak dzi­siaj w od­nie­sie­niu do za­gad­nień, któ­rymi się zaj­muję. W grun­cie rze­czy prze­cho­dzi­łem dłu­gie i straszne okresy, gdy za­sta­na­wia­łem się, czy w ogóle na­daję się do tej pracy, i na po­waż­nie roz­wa­ża­łem po­rzu­ce­nie fi­lo­zo­fii i po­trak­to­wa­nie rzeź­biar­stwa jako cze­goś wię­cej niż tylko hobby. Póź­niej opo­wiem tro­chę o tych okre­sach prze­stoju. Te­raz, za­nim za­cznę opo­wieść o mo­jej aka­de­mic­kiej dro­dze, chcę wy­po­wie­dzieć dwa ogól­niki na te­mat fi­lo­zo­fów. Każdy, kto jest fi­lo­zo­fem i ni­gdy nie miał żad­nych au­ten­tycz­nych wąt­pli­wo­ści, czy to mą­dry wy­bór ży­ciowy, nie jest bar­dzo do­brym fi­lo­zo­fem. Każdy, kto ni­gdy nie wątpi we wła­sne fi­lo­zo­ficzne umie­jęt­no­ści, nie jest bar­dzo do­brym fi­lo­zo­fem. Tak, są dzie­siątki, setki, "sza­no­wa­nych" fi­lo­zo­fów, któ­rzy nie prze­ja­wiają (we­dług mnie) naj­mniej­szych na­wet oznak ta­kich nie­pew­no­ści, lecz moim zda­niem ich do­ko­na­nia są na ogół po­wierz­chowne i tylko z po­zoru war­to­ściowe - to osza­ła­mia­jące roz­strzy­gnię­cia do­ty­czące kwe­stii po­zba­wio­nych więk­szego zna­cze­nia. Na­zy­wam to do­cho­dze­niem do "prawd wyż­szego rzędu o szma­chach"[4]. "Szma­chy" to moje okre­śle­nie na pewną wa­ria­cję na te­mat sza­chów, w przy­padku któ­rej król może po­ru­szyć się o dwa pola w każ­dym kie­runku. Praw­do­po­dob­nie nikt w nią jesz­cze nie za­grał i praw­do­po­dob­nie nie warto w nią za­grać, i na­wet nie warto tego spraw­dzać. Do­cho­dze­nie do prawd o szma­chach to bez wąt­pie­nia wy­zwa­nie nie mniej­sze niż do­cho­dze­nie do prawd o sza­chach, ale jest też znacz­nie mniej istotne. Ni­kogo to nie ob­cho­dzi ani też nie po­winno to ni­kogo ob­cho­dzić. Neu­rop­sy­cho­log Do­nald Hebb za­uwa­żył kie­dyś: "Je­śli nie warto się tym zaj­mo­wać, to nie warto się tym zaj­mo­wać do­brze". Wiele za­po­mnia­nych za­kąt­ków uczelni - nie tylko fi­lo­zo­fii - wy­lud­ni­łoby się, gdyby sta­now­czo za­sto­so­wano za­sadę Hebba, ale sta­now­czo twier­dzę, że nikt nie ma kom­pe­ten­cji, aby roz­strzy­gnąć, któ­rych in­te­lek­tu­al­nych dą­żeń nie warto to­le­ro­wać ani na­wet fi­nan­so­wać, więc naj­le­piej po­go­dzić się z tym, że uczel­nia jest w ja­kiś stop­niu nie­sły­cha­nie zbyt­kow­nym przed­się­wzię­ciem, utrzy­mu­ją­cym przy ży­ciu ty­siące pro­jek­tów, które ni­gdy w wi­doczny spo­sób "na sie­bie nie za­ro­bią". Nie mo­żemy po­zwo­lić, aby uczel­nia stała się po pro­stu ko­lej­nym po­li­go­nem, na któ­rym przy­szli pra­cow­nicy będą ćwi­czyć to, co może być od nich wy­ma­gane w przy­szło­ści. Niech roz­kwit­nie ty­siąc kwia­tów, ale pa­mię­taj, że wiele z nich zmar­nieje lub uschnie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy koń­cowe

Wstęp
[1] The Phi­lo­so­phi­cal Le­xi­con jest czę­ścią za­so­bów Tu­fts Di­gi­tal Li­brary.
[2] Do Lob­sters Have Free Will? obej­rzeć można na YouTube lub Vi­meo na pro­filu au­tora tych słów.
[3] Książka Od bak­te­rii do Ba­cha. O ewo­lu­cji umy­słów (From Bac­te­ria to Bach and Back) w tłu­ma­cze­niu Mar­cina Mił­kow­skiego wy­dana zo­stała przez Co­per­ni­cus Cen­ter Press w roku 2017.
[4] Do Lob­sters Have Free Will?
[5] Cy­tat z książki, którą czy­ta­cie.
[6] Ta kla­syczna po­zy­cja nie do­cze­kała się (jesz­cze) pol­skiego prze­kładu.
[7] Za­pi­sem wy­bra­nych wnio­sków jest esej The co­un­ter­po­int of spe­cies z roku 1997, do zna­le­zie­nia na stro­nie Ka­lvos & Da­mian New Mu­sic Ba­zaar.
[8] Frag­ment ar­cy­cie­ka­wej roz­mowy Scott John­son: The Cul­tu­ral Ver­sion of DNA Mi­xing, którą Frank J. Oteri prze­pro­wa­dził dla New Mu­sic USA.
[9] Pol­skie tłu­ma­cze­nie Bre­aking the Spell: Re­li­gion as a Na­tu­ral Phe­no­me­non miało dwa wy­da­nia - z roku 2008 i 2013. Oba za­wdzię­czamy Pań­stwo­wemu In­sty­tu­towi Wy­daw­ni­czemu.
[10] Za­pis kon­certu wy­dała wy­twór­nia pły­towa Tza­dik w roku 2018.
[11] Pu­bli­ka­cja Ho­rvitza za­ty­tu­ło­wana On the ho­ri­zon: In­te­rac­tive and com­po­si­tio­nal de­ep­fa­kes znaj­duje się m.in. w ba­zie arXiv.
[12] Roz­mowa How to live a happy life, from a le­ading athe­ist uka­zała się w "New York Ti­me­sie" 25 sierp­nia 2023 roku.
[13] Do Lob­sters Have Free Will?
[14] Spo­wiedź Bel­ze­buba - na­sza roz­mowa po­świę­cona m.in. temu wy­da­rze­niu uka­zała się w ty­go­dniku "Po­li­tyka" w paź­dzier­niku roku 2017.
[15] Cy­tat z filmu Do Lob­sters Have Free Will?
[16] Ofi­cjalna, kon­tro­lo­wana przez neu­tralny Bank Ga­lak­tyczny, wa­luta Re­pu­bliki Ga­lak­tycz­nej, Im­pe­rium Ga­lak­tycz­nego, No­wej Re­pu­bliki i Ga­lak­tycz­nej Fe­de­ra­cji Nie­za­leż­nych So­ju­szów.
Pro­log
[1] Każdy, kto zaj­muje się ko­gni­ty­wi­styką, bę­dzie zie­lony z za­zdro­ści, gdy zo­ba­czy, kim byli moi do­radcy, kry­tycy i współ­pra­cow­nicy. Są wśród z nich, z grub­sza w ko­lej­no­ści, w ja­kiej zna­leźli się w moim ży­ciu: Do­nald Mac­Kay, Mi­chael Ar­bib, Mi­chael Gaz­za­niga, Ri­chard Gre­gory, Ma­rvin Min­sky, Ste­ven Pin­ker, Al­len Ne­well, John McCar­thy, Do­uglas Ho­fstad­ter, Oli­ver Sel­fridge, Ri­chard Daw­kins, Geo­rge Wil­liams, John Hol­land, Lynn Mar­gu­lis, An­thony Mar­cel, Mar­cel Kins­bo­urne, Ni­cho­las Hum­ph­rey, Ray Jac­ken­doff, Owen Fla­na­gan, Pa­tri­cia i Paul Chur­chlan­do­wie, Dan Lloyd, Ulric Ne­is­ser, Jo­na­than Mil­ler, Da­vid Pre­mack, Rod­ney Bro­oks, Ruth Mil­li­kan, Kim Ste­relny, Sta­ni­slas De­ha­ene, Jean-Pierre Chan­geux, Dan Sper­ber, Da­vid Haig, Ter­rence De­acon, Deb Roy, Tho­mas Met­zin­ger, Ad­rian Owen, Mi­chael Le­vin, Anil Seth, Sean Car­roll i cała ekipa z Santa Fe In­sti­tute. Na­stęp­nie są to osoby, które pra­co­wały ze mną w Cen­trum Ba­dań nad Po­zna­niem w Tu­fts: Ka­th­leen Akins, Ce­ci­lia Heyes, Evan Thomp­son, Alva Noë, Ryan McKay, Diana Raf­f­man, Rosa Cao, Bryce Hu­eb­ner i Krys Do­lega oraz wielu in­nych. Je­śli w ta­kim to­wa­rzy­stwie nie znaj­dziesz cze­goś ul­tra­in­te­re­su­ją­cego, to zna­czy, że po pro­stu nie uwa­żasz!

[2] W do­datku do tych przy­pi­sów koń­co­wych do­stępne jest ar­chi­wum z opcją wy­szu­ki­wa­nia, w któ­rym znaj­dują się linki do po­nad trzy­dzie­stu wy­wia­dów na­gra­nych na wi­deo, które prze­pro­wa­dził ze mną Enoch Lam­bert, mój post­dok, w któ­rych za­głę­biam się bar­dziej w wątki i mo­tywy obecne w mo­ich ba­da­niach, co za­in­te­re­suje przede wszyst­kim fi­lo­zo­fów i ko­gni­ty­wi­stów. Strona in­ter­ne­towa (https://si­tes.tu­fts.edu/cog­stud/ive-been-thin­king-ar­chive/) po­daje rów­nież linki do:

na­gra­nego przeze mnie do­ku­mentu, któ­rego ni­gdy nie wy­emi­to­wano, przed­sta­wia­ją­cego sym­po­zjum na te­mat SI i ewo­lu­cji, z udzia­łem Ma­rvina Min­sky'ego, Sey­mo­ura Pa­perta, Mur­raya Gell-Manna, Da­vida Ha­iga, Johna Hol­landa, Karla Simsa, Pat­tie Maes, Sherry Tur­kle, Ke­vina Kelly'ego, Rod­ney'a Bro­oksa, Oli­vera Sel­fridge'a, i Bruce'a Ma­zli­sha;

Mo­on­li­ght Waltz (mo­jej wer­sji Brahmsa w stylu co­un­try; zo­bacz roz­dział 2);

dzie­siąt­ków na­grań wi­deo z wy­stą­pie­niami i wy­wia­dami;

wszyst­kich mo­ich ar­ty­ku­łów, które uka­zały się w XXI wieku.

W do­datku do mo­ich opu­bli­ko­wa­nych prac moja ko­re­spon­den­cja, za­równo tra­dy­cyjna poczta, jak i ma­ilowa, po­cząw­szy od roku 1965 aż do chwili obec­nej, jest zar­chi­wi­zo­wana na Tu­fts i za moją zgodą jest do­stępna dla ba­da­czy.

[3] P. van In­wa­gen, An Es­say on Free Will, Cla­ren­don Press, Oxford 1983, s. 3.
[4] D. Den­nett, Dźwi­gnie wy­obraźni i inne na­rzę­dzia do my­śle­nia, Co­per­ni­cus Cen­ter Press, Kra­ków 2015, roz­dział 76.

WSTĘP

Ty­siąc i je­den den­net­tów

Dwa­dzie­ścia ksią­żek, setki pu­bli­ka­cji na­uko­wych, nie­zli­czone roz­mowy - wiele im­po­nu­ją­cych li­czeb­ni­ków okre­śla do­ro­bek Da­niela C. Den­netta, lecz jed­nym z naj­wspa­nial­szych jego osią­gnięć - i to ist­nie­ją­cym w jed­nym tylko eg­zem­pla­rzu - jest Lek­sy­kon fi­lo­zo­ficzny[1].

Dan po­wo­łuje go do ży­cia w roku 1969. Daje za­czyn, uzu­peł­nia przez ja­kiś czas, po czym opiekę nad tym klu­czo­wym dla dzie­jów fi­lo­zo­fii dziele prze­ka­zuje in­nym. Lek­sy­kon, jak sama na­zwa wska­zuje, gro­ma­dzi ter­miny nie­zbędne każ­dej oso­bie pra­gną­cej funk­cjo­no­wać w świe­cie współ­cze­snej na­uki i nie na­ra­żać się na za­rzut igno­ran­cji.

Znaj­dziemy w nim, na przy­kład, ca­sta­nedę. Rze­czow­nik ten ozna­cza skom­pli­ko­wany in­stru­ment mu­zyczny, po po­ru­sze­niu wy­da­jący po­gma­twany dźwięk (przy­kład uży­cia: "Ory­gi­nalny te­mat zo­stał za­głu­szony dźwię­kiem ca­sta­nedy"). Do­strze­żemy der­ridę, słowo po­cho­dzące z bez­sen­sow­nej fran­cu­skiej przy­śpiewki: "Hey nonny der­rida, nonny nonny der­rida I'alala". Jest też fo­ucalt, rze­czow­nik, sy­no­nim ba­bola, sza­lo­nego błędu. Nie­długo po nim na­stę­puje he­ideg­ger, czyli nie­zgrabne urzą­dze­nie do wier­ce­nia przez grube war­stwy sub­stan­cji (do uży­cia choćby w na­stę­pu­ją­cym zda­niu: "To tkwi tak głę­boko, że mu­simy użyć he­ideg­gera"). I tak da­lej.

Bez­pod­stawne są po­dej­rze­nia, że w Lek­sy­ko­nie au­tor daje upust swo­jemu scep­ty­cy­zmowi wo­bec do­robku in­nych fi­lo­zo­fów. Den­nett jest - wbrew opi­niom kry­ty­ków - osobą sa­mo­kry­tyczną. Oto przy­kłady z ży­cia wzięte, dwa z wielu.

Wcze­sną je­sie­nią roku 2015 wspól­nie re­ali­zu­jemy po­świę­cony mu nie­długi do­ku­ment Czy ho­mary mają wolną wolę?[2]. Rok póź­niej pro­po­nuję, by roz­wi­nąć go do formy peł­nego por­tretu. "To wy­daje się czymś po­tęż­nie nar­cy­stycz­nym, no i mar­twię się, że był­bym spę­tany pro­jek­tem re­ali­zo­wa­nym poza moją kon­trolą (a prze­cież nie po­wi­nien być pod moją kon­trolą - to by było naj­gor­sze!)", od­po­wiada Dan. Skoń­czył wła­śnie pracę nad Od bak­te­rii do Ba­cha. O ewo­lu­cji umy­słów[3]. Jej wą­tek po­ja­wia się w dal­szej czę­ści li­stu: "Może po­win­ni­śmy za­cze­kać i spraw­dzić, czy moja nowa książka zo­sta­nie po­chwa­lona, czy uznana za "je­den most za da­leko"! Wi­dzi mi się, że nie­któ­rzy lu­dzie uznają, że DCD wy­sko­czył za swo­imi ide­ami za burtę, sta­jąc się ka­ry­ka­turą sa­mego sie­bie".

Parę mie­sięcy póź­niej do pol­skich kin do­ciera zre­ali­zo­wany przez Pi­xar Ani­ma­tion Stu­dios film W gło­wie się nie mie­ści (In­side Out). Jest to do łez wzru­sza­jąca hi­sto­ria dziew­czynki imie­niem Ri­ley, z tru­dem że­gna­ją­cej się z ar­ka­dią dzie­ciń­stwa. Więk­szość ak­cji roz­grywa się na mostku ka­pi­tań­skim jej umy­słu, w któ­rym trudną ko­ha­bi­ta­cję upra­wia pięć pod­sta­wo­wych uczuć - Ra­dość, Smu­tek, Strach, Obrzy­dze­nie oraz Złość - per­so­ni­fi­ko­wa­nych przez uro­kliwe ani­mo­wane stwo­rze­nia. Ten po­zor­nie nie­winny ob­raz utrwala, nie­stety, upar­cie obecną w po­wszech­nych roz­wa­ża­niach ideę te­atru kar­te­zjań­skiego, z pa­sją de­mon­to­waną przez Den­netta.

"Naj­sil­niej­sza chyba i naj­bar­dziej uwo­dzi­ciel­ska jest kon­cep­cja, że gdzieś w na­szych gło­wach ma miej­sce ja­kiś wielki spek­takl", mówi przed ka­merą[4]. "Ko­lory i kształty, dźwięki, swę­dze­nia i mro­wie­nia, wszyst­kie kłę­bią się na ja­kiejś wy­jąt­ko­wej, pry­wat­nej, su­biek­tyw­nej sce­nie. A my je­ste­śmy pu­blicz­no­ścią, każdy z nas jest wi­dzem tej zbitki zja­wisk, po­zo­rów i od­wzo­ro­wań. To miej­sce nie ist­nieje", wy­ro­kuje Dan. Prze­zna­czony dla dzieci film ogląda jed­nak z za­in­te­re­so­wa­niem. "Jak wspo­mnia­łeś", pi­sze po­tem w ma­ilu, "to ra­czej bru­talny ma­ni­pu­la­tor uczuć. Choć ob­ja­wiło mi się, że po­wi­nie­nem za­sta­no­wić się, czy aby nie jest tak, że kiedy to mnie uda się wy­my­ślić ja­kąś fry­mu­śną ana­lo­gię cze­goś zło­żo­nego za­cho­dzą­cego w mó­zgu, to wtedy wszystko jest w po­rządku. Ale kiedy udaje się to ko­muś in­nemu, staję się nie­spo­kojny i hi­per­kry­tyczny".

Wra­ca­jąc do Lek­sy­konu: uwzględ­nia on też ha­sło den­nett. To, zda­niem au­to­rów, cza­sow­nik ozna­cza­jący od­da­wa­nie się przy­jem­no­ści wy­naj­dy­wa­nia sensu na­zwisk, a także sztuczny en­zym sto­so­wany do wa­rze­nia mleka ludz­kiej in­ten­cjo­nal­no­ści. Nuda, prawda? Spró­bujmy więc to ha­sło przede­fi­nio­wać.

*

Może w na­stę­pu­jący spo­sób: den­nett (przy­kład: w uży­ciu, nie­for­mal­nie, "po­le­cieć den­net­tem" lub "za­koń­czyć den­net­tem") to rze­czow­nik ozna­cza­jący cha­rak­te­ry­styczny za­śpiew, który w par­ty­tu­rze przy­biera kształt or­ga­niczny, musz­lo­po­dobny, cza­sem po­dobny do wąsa czep­nego wi­no­blusz­czu. Aku­stycz­nie - an­ty­teza dźwięku wy­da­wa­nego przez ca­sta­nedę.

Me­lo­dia den­netta wabi ni­czym sy­reni śpiew, ale pro­wa­dzi nie do zguby, a do oświe­ce­nia. Nie do ogłu­pie­nia, a do od­cza­ro­wa­nia. Dan używa go, by wzmac­niać prze­kaz swo­ich teo­rii. Ale nie jak he­ideg­gera, a jak dłutka, któ­rym Mi­chał Anioł cy­ze­lo­wał szcze­góły Piety. Ję­zyk, któ­rym się wy­sła­wia, jest - i był to efekt za­mie­rzony - na tyle kla­rowny, że tra­fia i do spe­cja­li­stów, i do la­ików ("Och, wy fi­lo­zo­fo­wie, je­śli bę­dzie­cie roz­ma­wiać tylko z in­nymi fi­lo­zo­fami, to ni­gdy nie zmie­ni­cie swo­jego ste­reo­typu mą­drali, który nic nie wie!"[5]). Choćby do Scotta John­sona.

Dar­win's Dan­ge­rous Idea: Evo­lu­tion and the Me­anings of Life[6], książka wy­dana w roku 1995, rzuca tego zmar­łego nie­dawno, zna­ko­mi­tego kom­po­zy­tora ame­ry­kań­skiego na ko­lana (sam tak to opi­sał). Od­po­wiada na wiele py­tań, które on sam so­bie za­daje, ba­da­jąc ewo­lu­cję mu­zyki[7]. Dla­czego jedne idee sztuki kwitną, a inne za­mie­rają? W jaki spo­sób lu­dzie zbi­jają się w stada o po­dob­nych po­glą­dach? Ewo­lu­cja kul­tury, po­dob­nie jak na­tury, to gra sił dzie­dzi­cze­nia rze­czy sta­rych i wy­naj­dy­wa­nia no­wych, od­po­wia­dają zgod­nie John­son i Den­nett.

A że ma Den­nett nie lada den­netta, Scott to twór­czo wy­ko­rzy­stuje. Już od lat 70. - jesz­cze za­nim Steve Re­ich uczy­nił z tego swój znak roz­po­znaw­czy - eks­pe­ry­men­to­wał z uży­wa­niem mowy ludz­kiej jako cen­tral­nego mo­tywu swo­ich kom­po­zy­cji. "Głos Den­netta był wspa­nia­łym ge­ne­ra­to­rem me­lo­dii, być może naj­lep­szym źró­dłem mowy do sam­plo­wa­nia, na jaki kie­dy­kol­wiek się na­tkną­łem", mówi Scott[8].

Wplata więc den­net­tow­skie za­śpiewy w mu­zykę do Czy ho­mary mają wolną wolę?, a wy­kład fi­lo­zofa na te­mat ko­lej­nej jego książki - za­ty­tu­ło­wa­nej Od­cza­ro­wa­nie. Re­li­gia jako zja­wi­sko na­tu­ralne[9] - staje się fun­da­men­tem Mind out of Mat­ter", 74-mi­nu­to­wej me­dy­ta­cji, jak mówi Scott, "na te­mat ludz­kiej świa­do­mo­ści zdol­nej do stop­nio­wego od­sła­nia­nia wła­snej ge­nezy w fi­zycz­nym Wszech­świe­cie". Wy­ko­na­nie or­kie­stry ka­me­ral­nej Alarm Will So­und, jed­nej z naj­ory­gi­nal­niej­szych grup na ame­ry­kań­skiej sce­nie mu­zyki współ­cze­snej, zbiera fan­ta­styczne re­cen­zje[10].

Ale może den­nett jest czymś in­nym?

*

W fil­mo­wym por­tre­cie Den­nett mówi, wy­jąt­kowo esen­cjo­nal­nie: "Gdy­bym miał dać na­grodę za naj­lep­szy po­mysł w hi­sto­rii, do­stałby ją Dar­win - przed New­to­nem, Ein­ste­inem i całą resztą. Dar­wi­now­ska kon­cep­cja se­lek­cji na­tu­ral­nej jed­no­czy świat przy­czyny, ma­te­rii, fi­zyki ze świa­tem zna­cze­nia, celu, świa­do­mo­ści. Całe spek­trum ży­cia za­leży od po­łą­cze­nia oży­wio­nego z nie­oży­wio­nym, zna­czą­cego z po­zba­wio­nym zna­cze­nia, ce­lo­wego z za­le­d­wie me­cha­nicz­nym i za­le­d­wie fi­zycz­nym".

Z wy­po­wie­dzi tej może pły­nąć wnio­sek, że den­netta ro­zu­mieć na­leży jako uni­wer­salną za­sadę na­czelną. Ja­kimi pra­wami rzą­dzi się roz­wój po­pu­la­cji pan­to­felka? Den­nett (w sen­sie: den­nett). Jaką re­gułą opi­sy­wany jest roz­wój tech­no­lo­gii? Den­nett. Jak ciągi elek­trycz­nych im­pul­sów w sie­ciach neu­ro­nów ge­ne­rują świa­do­mość? Den­nett. Jak w ludz­kich zbio­ro­wi­skach nie­uchron­nej po­la­ry­za­cji ule­gają po­glądy na każdy nie­mal te­mat? Den­nett. Lee Smo­lin, po­rów­ny­wany do Ein­ste­ina fi­zyk z ka­na­dyj­skiego Pe­ri­me­ter In­sti­tute, jest au­to­rem teo­rii o ewo­lu­cji wie­lo­świata ko­smo­lo­gicz­nego. Wia­domo, co za nią stoi. I ostat­nie py­ta­nie: Skąd bie­rze się wiara w byty nad­przy­ro­dzone? Den­nett.

Ta pro­ce­sja py­tań i od­po­wie­dzi może na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nać po­pu­larną nie­gdyś za­bawę w po­mi­dora. Gra w den­netta nie ma jed­nak na celu roz­śmie­sze­nie osoby zwa­nej po­mi­do­rem, a wzbu­dze­nie za­chwytu pod­szytą pro­stym pra­wem zło­żo­no­ścią. Urze­cze­nie cu­dow­no­ścią czy ma­gicz­no­ścią - Dan nie waha się uży­wać ta­kich słów - Wszech­świata.

*

Nie­wy­klu­czone jed­nak, że den­nett nie jest za­sadą, a miarą - wskaź­ni­kiem au­ten­tycz­no­ści. Gdyby tylko wy­na­le­ziono sto­sowny test na czło­wieka, coś w kontrze do te­stu Tu­ringa, który zdaje tylko ma­szyna nie­odróż­nialna od istoty ludz­kiej, taki bench­mark byłby jak zna­lazł. Da­nowi ten po­mysł mógłby się spodo­bać.

Ro­dzą się bo­wiem nie­mal jed­no­cze­śnie - on oraz ma­te­ma­tyczna idea sztucz­nego neu­ronu, opi­sana przez Wal­tera Pit­tsa i War­rena McCul­lo­cha. Do­ra­stają, roz­wi­jają się wspól­nie. Za­sad­ni­czy przed­miot za­in­te­re­so­wań Dana, umysł, jest prze­cież tym, co mo­de­lo­wały neu­ro­nauki ob­li­cze­niowe. Od wielu już lat zdaje so­bie sprawę, że efek­tem tych do­cie­kań będą al­go­rytmy, któ­rych efekty dzia­ła­nia staną się nie­odróż­nialne od spo­sobu, w jaki na ze­wnątrz ma­ni­fe­stują się we­wnętrzne światy czło­wieka. Ma­wia, że mamy du­szę, zro­bioną z mnó­stwa ma­leń­kich ro­bo­tów - ob­da­rzo­nych wła­sną "tak jakby" agendą ko­mó­rek, a wśród nich neu­ro­nów. Prze­wi­duje od dawna, że duże mo­dele AI będą "tak jakby" tro­chę my­śleć i będą "tak jakby" tro­chę świa­dome. Wita te osią­gnię­cia z en­tu­zja­zmem, ale i - pre­cy­zyj­nie zde­fi­nio­wa­nymi - oba­wami. Czę­sto się nimi dzieli, de­kady przed tym, nim staje to się modne.

Przy­po­mina słowa Erica Ho­rvitza, szefa na­uko­wego Mi­cro­so­ftu[11], o tym, że wkra­czamy do świata po­ste­pi­ste­micz­nego, w któ­rym nikt nie wie, co się dzieje, bo po­tężne sys­temy sztucz­nej in­te­li­gen­cji po­zwa­lają na two­rze­nie al­ter­na­tyw­nych rze­czy­wi­sto­ści. Al­ter­na­tyw­nych i po­zba­wio­nych fun­da­mentu, który zwie się za­ufa­niem. To ono bo­wiem spra­wia, że nie mu­simy wie­dzieć wszyst­kiego, bo mo­żemy wie­rzyć na słowo tym, któ­rzy w da­nej dzie­dzi­nie wie­dzą le­piej. To ono spaja that­che­row­skie wolne elek­trony jed­no­stek w spo­łe­czeń­stwa. Tym­cza­sem "za­ufa­nie jest dziś po­waż­nie za­gro­żone przez re­pli­ka­cyjną moc AI i przez fał­szywe in­te­rak­cje", mówi Dan w jed­nym z ostat­nich wy­wia­dów[12]. Igno­ro­wa­nie tego faktu by­łoby z na­szej strony nie bła­hym fo­ucal­tem, a po­ten­cjal­nie śmier­tel­nym za­nie­dba­niem.

Gdyby więc ludzka praw­dzi­wość, ro­zu­miana li­te­ral­nie, była mie­rzalna, można by ją po­da­wać w den­net­tach. W skali od 1 dla ter­mo­statu do 100.

*

A może - to nie­zwy­kle praw­do­po­dobna in­ter­pre­ta­cja - den­nett jest jed­nostką do­brze, do cna prze­ży­tego ży­cia? Ziem­skie by­to­wa­nie więk­szo­ści z nas, lu­dzi można by po­wie­dzieć sze­re­go­wych, składa się na uła­mek jed­nego den­netta, ba, wręcz mi­kro­den­netta. Jed­nost­kom wy­bit­nym, ta­kim jak Al­bert Ein­stein lub Ca­me­ron Diaz (wy­ja­śnie­nie znaj­dzie­cie w au­to­bio­gra­fii), udaje się osią­gnąć osiem­dzie­siąt, dzie­więć­dzie­siąt pro­cent tej jed­nostki. Tylko Den­net­towi udaje się wy­żyć jed­nego den­netta, a może na­wet ciut wię­cej.

"Że­gnaj, wind­sur­fingu - ko­cha­łem cię, do­póki tylko mo­głem", pi­sze Dan w Au­to­bio­gra­fii, ale tę samą de­kla­ra­cję mógłby praw­do­po­dob­nie po­czy­nić w sto­sunku do wielu in­nych hap­tycz­nych spo­so­bów in­te­rak­cji ze świa­tem. Do rzeź­bie­nia ("w mo­ich ar­ty­stycz­nych wy­sił­kach do­sze­dłem do punktu, w któ­rym po­ka­zy­wa­łem swoje prace w ga­le­riach, bra­łem udział w kon­kur­sach i cał­kiem nie­źle mi szło, ale od­kry­łem, że nie zno­szę światka ar­ty­stycz­nego", mówi[13]). Do gry na for­te­pia­nie w klu­bach jaz­zo­wych (z dużo póź­niej­szym, ma­low­ni­czym, opi­sa­nym w trzy­ma­nej przez Was książce epi­zo­dem im­pro­wi­za­cji z Do­ugiem Ho­fstad­te­rem i Ma­rvi­nem Min­skym). Do że­glo­wa­nia, któ­remu od­daje się z iście so­kra­tej­ską pa­sją. Do wy­robu cy­dru. Do maj­stro­wa­nia przy sta­rych gar­bu­sach ("Uwiel­biam rze­mio­sło i po­my­sło­wość wiel­kich rę­ko­dziel­ni­ków z XIX wieku, two­rzą­cych na­rzę­dzia pre­cy­zyjne", nie bez po­wodu wy­znaje w au­to­bio­gra­fii). Klu­czem fran­cu­skim po­słu­guje się rów­nie spraw­nie jak na­rzę­dziami wy­obraźni.

Jest w sto­sunku do ży­cia - zjed­no­cze­nia ma­te­rii i fi­zyki ze zna­cze­niem i świa­do­mo­ścią - żar­łoczny. Li­te­ral­nym do­wo­dem tego ape­tytu mo­głoby być wchło­nię­cie, ku mo­jemu prze­ra­że­niu, mon­stru­al­nych roz­mia­rów kaczki po ży­dow­sku, po­da­wa­nej przy lu­bel­skim rynku (wy­da­rze­nie miało miej­sce pod­czas wi­zyty w Pol­sce w roku 2017, kiedy to okrzyk­nięto go "Bel­ze­bu­bem"[14]). Ale pew­nie lep­szą eg­zem­pli­fi­ka­cją bę­dzie to, jak prze­mie­rza­jąc ogród krzy­żu­ją­cych się ście­żek wie­dzy, łą­czy lu­dzi, spaja in­sty­tu­cje, na­kłada na sie­bie roz­dzie­lone wcze­śniej śro­do­wi­ska, sta­jąc się wę­złem roz­le­głej, wie­lo­wy­mia­ro­wej sieci. Tylko w ten spo­sób może wie­dzieć wię­cej.

*

Nie­wy­klu­czone jed­nak - i to już ostat­nia pro­po­zy­cja, jaka przy­cho­dzi mi do głowy - że jest jesz­cze lep­sze wy­ja­śnie­nia ha­sła den­nett. Dan sam pod­suwa tę in­ter­pre­ta­cję. W 2008 roku pi­sze wspo­mniane już wy­żej Od­cza­ro­wa­nie. Nie robi tego z po­trzeby serca. We wspo­mnie­niach no­tuje: "Była to praca z obo­wiązku, i wiele mnie kosz­to­wała w naj­waż­niej­szej wa­lu­cie ży­cia: cza­sie".

W paź­dzier­niku roku 2015, sie­dząc w sa­lo­nie, któ­rego wiel­kie jak ściana okno wy­cho­dziło na wody ob­le­wa­jące Lit­tle Deer Isle, mówi: "My­ślę, że ży­cie jest cenne, wła­śnie dla­tego, że nie ma żad­nego ży­cia po ży­ciu. Nie schrzań więc tego. Masz tylko jedną szansę. Je­stem tak bar­dzo wdzięczny, że ją do­sta­łem"[15]. Su­san, z którą Dan przez 62 lata trzy­mał rzadko wśród par spo­ty­kaną sztamę obej­mu­jącą ab­so­lut­nie wszyst­kie sfery ży­cia, z pew­no­ścią sły­szy te wy­zna­nia nie po raz pierw­szy, ale i tak się uśmie­cha.

Może więc den­nett jest jed­nostką tej wła­śnie wa­luty. In­nej jed­nak niż ta­lar, do­lar, ru­pia, peso czy stan­dar­dowe kre­dyty ga­lak­tyczne[16] - bo je­dy­nej w swoim ro­dzaju: bez­cen­nej i nie­wy­mie­nial­nej.

Ka­rol Ja­ło­chow­ski