Autokorekta - Etgar Keret

Kup ebooka

41.99 zł
36.95 zł (41,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

dla hamutal

 
 
świat bez kijków do selfie
 

Patrząc wstecz, myślę, że nie powinienem krzyczeć na Nie-Debbie. Sama Debbie zawsze mówiła, że krzyk niczego nie rozwiązuje. Ale co może zrobić człowiek, jeśli tydzień po pełnym łez rozstaniu na lotnisku ze swoją dziewczyną, która leciała do Australii na studia doktoranckie, natyka się na nią jak gdyby nigdy nic w Starbucksie na East Village?

Kiedy ją zobaczyłem w tej kawiarni, naprzykrzała się akurat kasjerce pytaniami o zamienniki mleczka do kawy, a gdy zapytałem, że jak to tak, wróciła do Nowego Jorku w ogóle mnie nie zawiadamiając - tylko wpatrzyła się we mnie nieobecnym wzrokiem i powiedziała niecierpliwie:

- Proszę pana, nie wiem, kim pan jest. Z pewnością myli mnie pan z kimś innym.

W tym momencie przepaliły mi się wszystkie bezpieczniki. Powiedzmy tak - po przeszło dwóch latach bycia razem oczekiwałem nieco większych względów, więc zamiast dyskutować, po prostu stanąłem na środku Starbucksa i głośno wymieniałem intymne szczegóły pozwalające ją zidentyfikować, łącznie z blizną na plecach po upadku w trakcie naszej wycieczki po Parku Yosemite oraz tłustawym owłosionym pieprzykiem pod lewą pachą. Nie-Debbie nie odpowiadała, patrzyła tylko w osłupieniu, podczas gdy dwóch pracowników kawiarni wyprowadzało mnie na zewnątrz.

Usiadłem na pobliskiej ławce i rozpłakałem się. Pięć tygodni wcześniej, kiedy Debbie powiedziała mi, że przenosi się do Australii, byłem zdruzgotany, ale zrozumiałem, że to rozstanie jest czymś silniejszym od nas: jej zaproponowano stypendium doktoranckie na uniwersytecie w Sydney, a ja akurat dostałem posadę szefa personelu w jednym z najlepszych start-upów w Nowym Jorku. Rozstanie naprawdę bolało, ale nie było w nim nic obraźliwego ani upokarzającego, jak w tym nieszczęsnym spotkaniu w Starbucksie.

Wstrząsany płaczem poczułem na ramieniu delikatny dotyk, a kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem obok siebie Nie-Debbie.

- Zrozum - szepnęła - może wyglądam jak ona, z tym pieprzykiem i w ogóle, ale nią nie jestem, naprawdę!

Usiedliśmy z Nie-Debbie w jakiejś innej, lekko przestylizowanej kawiarni przy Trzeciej Alei. Zamówiła słabą kawę z dużą ilością śmietanki, dokładnie jak Debbie, utkwiła we mnie badawcze spojrzenie, które również już znałem, i zaczęła snuć najbardziej zwariowaną opowieść, jaką kiedykolwiek słyszałem. Również Nie-Debbie, okazuje się, ma na imię Debora, ale przybyła do Nowego Jorku tego ranka nie z Australii, lecz z równoległego wszechświata. Nie żartuję, to jest to, co mi opowiedziała między jednym a drugim łykiem swojej słabej kawy. I nie, nie pojawiła się tutaj w wyniku ataku obcych czy nieudanych eksperymentów naukowych armii Stanów Zjednoczonych, lecz z powodu teleturnieju telewizyjnego o nazwie Przeżyj małą różnicę, najwyżej ocenianego programu w równoległym wszechświecie, z którego pochodzi.

W ramach teleturnieju Przeżyj małą różnicę pięciu uczestników programu zostaje wysłanych do innego wszechświata, który zawiera wszystkie składniki występujące w ich wszechświecie, z wyjątkiem jednego. I o to właśnie chodzi - zawodnicy mają znaleźć tę jedną jedyną rzecz, która istnieje w ich świecie, a której brak w nowym.

Ten, kto pierwszy odkryje, czym jest ten brakujący szczegół, i wypowie to na głos, wraca w tym samym momencie do studia telewizyjnego w świecie, z którego pochodzi, i otrzymuje wśród oklasków publiczności milion dolarów nagrody. A podczas gdy zwycięzca świętuje, pozostali uczestnicy muszą przeżyć resztę życia w równoległym wszechświecie, do którego zostali wysłani. Co brzmi jak cholernie wysoka cena dla przegranych, ale też dodaje teleturniejowi wiele napięcia. To jednak Nie-Debbie wcale nie przeszkadzało, ponieważ chłopaka nie miała, a z rodzicami nie rozmawiała już od lat.

Ta dziwna historia, którą mi opowiedziała Nie-Debbie, była zbyt naciągana nawet jak na kłamstwo, ale mówiła z taką szczerością, że musiałem uwierzyć. W poprzednim sezonie, zapewniała, wygrał cudzoziemski robotnik z Ghany, który zdołał odkryć, że tym, czego brakowało w równoległym świecie, był kijek do selfie.

- Czaisz? Pojęcia nie mam, jak na to wpadł.

Wypytywałem ją jeszcze trochę. Okazało się, że ona również, tak jak Debbie, studiowała psychologię kliniczną, ale nie chciała być terapeutką ani robić doktoratu i dlatego utknęła w administracji jakiegoś bogatego college'u na północy stanu. Opowiedziałem jej o moim rozstaniu z Debbie. Jak ją tydzień temu odprowadziłem na lotnisko i nie opuściłem terminalu, dopóki nie zobaczyłem, jak jej samolot odlatuje do Australii, a Nie-Debbie skinęła głową i powiedziała, że to jasne. Uczestnicy nigdy nie są wysyłani na tę półkulę, na której żyją ich odpowiedniki, i gdyby Debbie nie poleciała do Sydney, prawdopodobnie, zamiast znaleźć się w Nowym Jorku, Nie-Debbie wylądowałaby w Buenos Aires lub Auckland.

- Cieszę się, że wyjechała - uśmiechnęła się do mnie tym uśmiechem, który przed dwoma laty sprawił, że zakochałem się w Debbie. - Z całym szacunkiem dla Auckland, ale nie ma jak Nowy Jork.

Kiedy wypiliśmy kawę, Nie-Debbie uparła się, że zapłaci, i już mieliśmy się pożegnać, gdy zaproponowałem jej pomoc w wygraniu teleturnieju. Aby znaleźć to, czego w porównaniu z jej światem brakuje w tutejszym, Nie-Debbie powinna zebrać jak najwięcej informacji w możliwie najkrótszym czasie, a w tym, jako informatyk specjalizujący się w bazach danych i Big Data, jak najbardziej mógłbym jej pomóc. Spostrzegłem, że ma wątpliwości, więc od razu się wycofałem, mówiąc, że jeśli moja pomoc czy użycie komputera są wbrew zasadom teleturnieju, to... Ale Nie-Debbie uśmiechnęła się i przerwała mi.

- To nie to - powiedziała. - Po prostu nie chcę cię wciągać w całą tę historię i jej komplikacje. Nie jestem kimś przypadkowym, kogo nigdy nie znałeś.

Wyjaśniłem, że to żadne komplikacje. Wprawdzie byłem z Debbie dwa i pół roku, ale ona jest Nie-Debbie i spotkaliśmy się dopiero dzisiaj, i jeśli to jej pasuje, to chętnie pomogę odszukać tę brakującą rzecz. A kto wie, może nawet przy okazji zostanę gwiazdą telewizji w równoległym świecie (Nie-Debbie opowiadała, że zawodnicy są filmowani przez dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu, a widzowie mogą śledzić każdego z nich na specjalnym kanale).

 

O czwartej nad ranem, po dziewięciu godzinach nieustannych poszukiwań w dziedzinie technologii, geografii i kulinariów (w jednym z programów świat równoległy był światem bez syropu klonowego - możecie uwierzyć?), Nie-Debbie powiedziała, że nie jest już w stanie utrzymać otwartych oczu. Na jej cześć zmieniłem pościel na jedynym łóżku w mojej małej kawalerce i Nie-Debbie w sekundę zasnęła. Siedziałem i patrzyłem, jak śpi. To było dziwne, ale czułem, że w dziewięć godzin poznałem ją lepiej niż moją Debbie przez dwa lata z kawałkiem wspólnego mieszkania. Poszukiwania tego brakującego elementu pozwoliły dostrzec tak wiele z jej marzeń, tęsknot i lęków. I nie żeby nie była podobna do Debbie, ale istniały też różnice: otwartość, odwaga, coś hipnotyzującego i dzikiego. Nie za bardzo wiem, jak to nazwać, jeśli przytrafia się coś takiego z kimś, kto jest zarazem twoją byłą dziewczyną i równocześnie osobą, której nigdy wcześniej nie spotkałeś, ale zakochałem się. I w czasie kiedy Nie-Debbie spała u mnie w mieszkaniu i była tak blisko, że mogłem wdychać zapach jej szamponu do włosów, wyobrażałem sobie czterech pozostałych zawodników teleturnieju wciąż poszukujących latających kotów, elektrycznych patyczków do uszu, dezodorantów do brwi i co by tam jeszcze mogło się znaleźć, co istnieje w świecie ich pochodzenia, a czego brakuje tutaj. I wiedziałem, że wystarczy, by jednemu z nich się udało, żeby Nie-Debbie została tu ze mną na zawsze. Poczułem, że oczy mi się zamykają.

Nie-Debbie obudziła mnie o pierwszej po południu. Była trochę niespokojna i wyjaśniła, że średni czas na znalezienie rozwiązania, jakiego potrzebowali zawodnicy we wcześniejszych programach, to jedenaście godzin, a ona szuka już przeszło dobę.

- To będzie na tyle - powiedziała. - Z pewnością któryś z nich już na to wpadł.

Próbowałem ją pocieszyć. Przecież nigdy nie można być pewnym, może oni także kręcą się zagubieni po Manhattanie, czy gdzie tam dotarli, i ona wciąż jeszcze może wygrać.

- Może - przyznała Nie-Debbie i nagle się uśmiechnęła. - Ale prawda jest taka, że od chwili przystąpienia do programu fantazjowałam głównie o przegranej i rozpoczęciu nowego życia w świecie równoległym, życia lepszego i nie tak bolesnego jak tamto. Zamilkłem, a ona spojrzała na mnie czule, inaczej niż kiedykolwiek patrzyła na mnie Debbie.

- Szczerze? - spytała i dotknęła mojej dłoni. - Co za różnica, czego brakuje w tym świecie? Najważniejsze, że ty tu jesteś.

W łóżku zapytałem, czy bierze pigułki, a ona pokręciła głową i odpowiedziała, śmiejąc się, że byłaby bardzo rozczarowana, gdyby ze wszystkich możliwych równoległych światów wylądowała akurat w tym bez prezerwatyw. Żartowała, ale dostrzegłem, jak na sekundę przed dokończeniem zdania zawahała się z obawą, że to może jednak prawda i wystarczy, że ją wypowie, a cofną ją do jej świata i rozdzielą nas na zawsze. Po seksie zaproponowałem, żebyśmy sprawdzili bazy danych z astronomii, geopolityki i historii, ale ona wolała wrócić do seksu.

A potem poszliśmy na spacer do Central Parku i jedliśmy hot dogi. Nie-Debbie stwierdziła, że w świecie, z którego przybyła, jest wegetarianką ze względów ideowych, ale czuje, że tutaj, ponieważ to w ogóle nie jest jej świat, jedzenie hot dogów jest w porządku.

- Nie chcę wygrać - powiedziała, gdy przystanęliśmy nad jeziorem w parku. - Nie chcę wracać. Chcę być tutaj z tobą.

Resztę dnia spędziliśmy, pokazując sobie nawzajem nasze ulubione miejsca na Manhattanie.

Tak dotarliśmy w końcu do Kościoła Świętej Trójcy. Zapadł już zmierzch i oświetlony w jakiś czarodziejski sposób kościół nie wyglądał na prawdziwy, a raczej jakby był z filmu Walta Disneya. Opowiedziałem jej, że przypadkiem przechodziłem tędy dziesięć lat temu, gdy tylko przyjechałem do tego miasta, i jeszcze tego samego dnia przysiągłem sobie, że jeśli będę brał ślub, to tutaj. Nie-Debbie roześmiała się i powiedziała, że to dobrze, że kwestia kościoła jest już zamknięta i teraz pozostaje mi tylko znaleźć dziewczynę, która zgodzi się mnie w nim poślubić. Kościół był dość pusty i od chwili, gdy do niego weszliśmy, Nie-Debbie rozglądała się niespokojnie, jakby czegoś szukała. Spytałem, czy wszystko w porządku, odpowiedziała, że tak, tylko nie rozumie, gdzie on jest. Kiedy spytałem, kto, spojrzała na mnie, jakbym był jakimś głupkiem, i odpowiedziała:

- Pan Bóg. - A po chwili dorzuciła: - To kościół, nie?

Przytaknąłem, a ona powiedziała:

- Więc niemożliwe, żeby go tu nie było.

Próbowałem ją uspokoić. Powiedziałem, że ja osobiście nie wierzę w Boga, ale nawet ci, którzy wierzą, uważają, że nie można go zobaczyć. A Nie-Debbie powoli potrząsnęła głową i powiedziała:

- Wow, więc to jest ta różnica! W twoim świecie są kościoły, meczety i synagogi, wszystko dokładnie jak w moim, tylko tak naprawdę nie ma w nich Boga, rozumiesz? To świat bez Bo... - Nie zdołała dokończyć zdania, a przynajmniej nie w moim świecie.

 

Minęło już sześć lat, a ja nadal próbuję sobie wyobrazić, co przydarzyło się Nie-Debbie od tamtej chwili. Jak dotarła do rozświetlonego studia witana brawami publiczności oraz komplementami przymilnych prezenterów, którzy oznajmili, że wygrała milion dolarów. Kiedy tak to sobie wyobrażam, ona czasem jest zadowolona i łzy szczęścia płyną jej z oczu, ale przeważnie jest smutna, wodzi spojrzeniem po studiu, szuka mnie i nie znajduje. Serce może chciałoby ją widzieć szczęśliwą, ale ego, moje ego, uparcie wierzy, że ten dzień, który spędziliśmy razem, był dla niej tak samo znaczący jak dla mnie. Niecały rok po tym, gdy wymknęła mi się z rąk, ożeniłem się w Kościele Świętej Trójcy z Debbie. Życia w Sydney nie uznała za atrakcyjne i dwa miesiące po jej powrocie spontanicznie podjęliśmy decyzję, że się pobieramy. Seks z nią wprawdzie nie osiągnął takich szczytów, do jakich dotarłem z Nie-Debbie, ale był przyjemnie znajomy i urodziła nam się dwójka uroczych, ślicznych dzieci - Zak i Debora juniorka, które będą musiały nauczyć się żyć jak ja w świecie bez Boga.

 
 
gondola
 

Na jego profilu na Tinderze było napisane, że ma na imię Oszik, trzydzieści osiem lat, jest żonaty, bezdzietny i szuka poważnego związku. Dorit, która znała już świat aplikacji randkowych, nigdy dotąd nie natknęła się na tak dziwną wiadomość, ale to bezczelne sformułowanie w połączeniu z wydatnymi kośćmi policzkowymi i wielkimi niebieskimi oczami wystarczająco ją zaintrygowało, by zgodzić się na spotkanie.

Jedyny Oszik, jakiego kiedykolwiek spotkała, był wujem jej ojca oraz agentem ubezpieczeniowym z Netanii i pożarł go rekin. To była kiedyś głośna historia, a podczas pierwszych dni żałoby jakaś okropna reporterka telewizyjna napadła na Dorit i jej starszą siostrę Rotem i koniecznie chciała zrobić z nimi wywiad. Rotem powiedziała reporterce, że Oszik jest teraz aniołem i że nigdy o nim nie zapomną, a kiedy reporterka zapytała Dorit, co najlepiej zapamięta na temat wujka Oszika za dwadzieścia lat, Dorit wymamrotała, że zawsze będzie pamiętać to, że zjadł go rekin.

Na pierwszą randkę Oszik zaproponował cukiernię sieci Rolding o piątej po południu. Mężczyźni poznawani przez aplikację chcieli się zawsze spotykać w mieszkaniu - gdyby mogli, pierwszą randkę wyznaczaliby w sypialni - ale on nie tylko umówił się z nią po południu w kawiarni dla babć, lecz jeszcze ograniczył czas spotkania do godziny, gdyż wieczorem, jak wyjaśnił, wyjeżdżają z żoną na południe kraju na wesele.

Usiedli naprzeciwko siebie i popijali kawę z kubków. Dorit zastanawiała się, ile czasu zajmie im przejście do rzeczy, ale Oszik się nie spieszył. Czuła, że go pociąga i że jest tym lekko zmieszany. Zadawał jej rozmaite pytania jak dobry wujcio: o jej dzieciństwo, o jej największe lęki, jakiej muzyki najbardziej lubi słuchać w piątkowe popołudnia, kiedy cały świat wokół zaczyna zwalniać przed nadchodzącym szabatem, a rytm i atmosfera są bardziej jak z randek religijnej młodzieży z Bnei Akiva niż ze wstępnych flirtów z Tindera. To było dziwne, ale w niejasny sposób ta dziwność jej się podobała. Dużo przyjemniej było opowiadać Oszikowi o tym, że kiedy miała siedem lat, Rotem uczyła ją nie bać się robienia fikołków, niż odpowiadać na pytanie wytatuowanego hipstera, którego chwilę wcześniej przesunęła w prawo, o jej opinię w sprawie seksu analnego.

Ten Oszik naprawdę się nią interesował. Nie ot tak się interesował, a wręcz się zakochiwał. Miała trzydzieści dwa lata i po zbyt długim związku z egoistycznym, bucowatym informatykiem, który na nią i na świat patrzył jak na algorytm do rozwiązania, spodobał jej się teraz taki oto delikatny i wrażliwy Oszik. Delikatny, wrażliwy i żonaty.

 

Wygaszaczem ekranu jego komórki było zdjęcie z żoną w gondoli. Zapytany o nie Oszik wydukał, że to stare zdjęcie z wycieczki do Wenecji, i od razu zmienił temat. Kiedy poszedł do toalety, Dorit sfotografowała komórką ten jego wygaszacz i później w domu ponownie przyjrzała się zdjęciu. Żona Oszika była ładna, ładniejsza od niej. Miała kręcone brązowozłote włosy, długą szyję i promienną cerę, i nieważne, jak bardzo Dorit powiększała zdjęcie, nie zdołała znaleźć na tej twarzy choćby najmniejszej skazy czy pryszczyka. Żona ze zdjęcia uśmiechała się, odsłaniając białe zęby, a jej obrączka ślubna wyglądała na kosztowną. Oszik obok niej wyglądał na zamyślonego i nie miał obrączki. Także na spotkanie do kawiarni przyszedł bez obrączki. W gondoli obydwoje wyglądali na odprężonych, ale jakby nie razem. Lewa ręka Oszika spoczywała na ramieniu żony, ale nie było w tym dotyku niczego zmysłowego czy erotycznego, bardziej wyglądało to na uścisk kolegi z wojska niż na romantyczne przytulenie.

 

Ich drugie spotkanie również odbyło się w Rolding. Tym razem Dorit chciała zapłacić, ale Oszik nalegał. Zamówił sobie drożdżówkę z serem i opowiedział jej, że kiedy był żołnierzem, za każdym razem, gdy wzywano go do bazy, szedł do kantyny i pocieszał się drożdżówkami. Dorit zapytała, czy to często się zdarzało, a on potwierdził i prawie z dumą powiedział, że prawdopodobnie był najgorszym żołnierzem w historii Sił Obronnych Izraela.

Była to naprawdę sympatyczna rozmowa, a na koniec Oszik zaproponował, żeby poszli do niej. Starał się, by zabrzmiało to możliwie lekko, ale Dorit zorientowała się, że jest bardzo spięty. Powiedziała, że jest miły i że chętnie go do siebie zabierze, ale zanim dojdzie do czegokolwiek, musi zrozumieć, o co chodzi z jego żoną. Na Tinderze jest wielu żonatych, ale Oszik jest pierwszy, który na profilu napisał, że szuka poważnego związku.

- Co to dokładnie znaczy? - zapytała z uśmiechem. - Jak bardzo to może być poważne, skoro jesteś żonaty?

A Oszik skinął głową i powiedział:

- Kiedy tak to przedstawiasz, rzeczywiście wygląda to idiotycznie.

Dorit spytała, czy żona wie, że się z nią spotyka, a on wyjąkał, że nie, ale że oni i tak ze sobą nie sypiają, są bardziej jak przyjaciele.

- Naprawdę szukam poważnego związku - powiedział, ostrożnie głaszcząc grzbiet jej dłoni. - Ale też wiem, że prawdopodobnie nigdy jej nie zostawię, i to jest coś, co chciałbym, żeby było jasne. Żebyś nie poczuła nagle, że ci robię hiszpańskie śniadanie. Hiszpańskie od hiszpańskiej inkwizycji w Latającym Cyrku Monty Pythona (dlatego znaczenie pejoratywne), a śniadanie odnosi się do śniadania do łóżka - niespodzianki.

Dorit uśmiechnęła się, mówiąc, że akurat Hiszpanów bardzo lubi i że poza swoim dziadkiem nie zna nikogo, kto by używał takiego powiedzenia.

Seks z Oszikiem przypomniał jej seks z ogólniaka, w dobrym znaczeniu. Wszystko było ekscytujące w dziecinny niemal sposób. Oszik pieścił, całował i lizał każdą część jej ciała i cały czas wyglądał na szczęśliwego i wdzięcznego. Dorit przymknęła oczy, a przez głowę przelatywał jej milion rzeczy, również Gondola, tak w cichości ducha nazywała jego żonę. Nie czuła się w ogóle winna. Jego ciało podczas każdej wspólnej chwili dawało jej znać, jak bardzo spragnione jest dotyku, i jeśli nie dostaje tego w domu, nie ma żadnego powodu, by nie miało tego otrzymać od niej, zwłaszcza jeśli przy okazji pozwala jej odczuć, że jest najbardziej upragnioną kobietą na świecie.

Na początku Dorit widziała w tym przede wszystkim przygodę. Rodzaj trochę ekscentrycznego przerywnika w jej przecież dość uporządkowanym życiu, coś, o czym można będzie kiedyś opowiedzieć z uśmiechem: jak to spotykała się z facetem, który za każdym razem na nowo był poruszony, kiedy się całowali, a na randki przynosił jej drożdżówki, pralinki, lody w rożku i desery mleczne. Oszik może nie był najbardziej elokwentnym człowiekiem, jakiego znała, ale miał dobre serce, był dowcipny, interesujący i tak bardzo ją kochał, że coś z tej miłości przylgnęło do niej. A też rozmawiali o wszystkim. Prawie. Tylko nie o żonie. Gdy raz spróbowała go o nią zapytać, wyjaśnił, że kiedy idą z Dorit do łóżka, nie ma poczucia, że to zdrada, ale kiedy rozmawiają o żonie, to tak, i dlatego stara się nic o niej nie mówić, nawet jak ma na imię.

- Jej też nie mówię o tobie ani słowa - spróbował zażartować, ale Dorit to nie rozśmieszyło.

Oświadczyła Oszikowi, że kiedyś odpowiadało jej bycie kochanką - żyć teraźniejszością, niczego nie oczekiwać, a przede wszystkim, że nikt nie będzie od niej niczego oczekiwać. Ale po roku bycia razem to już jej nie wystarcza. Chciałaby więcej - żeby zamieszkali razem, żeby mieli dziecko, nie teraz, ale kiedyś, żeby do świątecznych posiłków siadali u jej rodziców. I jeśli jego związek z Gondolą jest rzeczywiście przyjacielski i oparty na wzajemnej troskliwości, jak utrzymuje, ona to zrozumie i pozwoli mu odejść. A Oszik popatrzył na nią swoimi wielkimi niebieskim oczami i wyglądało, że zaraz się rozpłacze.

- Więc chcesz, żebyśmy się rozstali, bo nie spędzam kolacji sederowej z twoimi rodzicami? - zapytał. - Knedle i kiepskie dowcipy wujka Morisa to jest to, czego brakuje nam do szczęścia?

- Tak - powiedziała Dorit - tak właśnie jest. Ze wszystkich kobiet na świecie trafiłeś na taką dziwaczkę, co kocha własnych facetów, a nie żonatych z inną.

- To nie fair - szepnął. - Już na pierwszym spotkaniu powiedziałem ci...

- To prawda - przerwała mu Dorit. - Powiedziałeś mi o hiszpańskim śniadaniu i wtedy brzmiało mi to w porządku. Ale teraz przyszedł moment, że musisz wybrać między mną a Hiszpanią.

Gdyby to zależało od Dorit, sprawa już wówczas zostałaby ucięta. Ale Oszik błagał, powiedział, że ma rację, że wszystko się zgadza, ale to skomplikowane i on potrzebuje czasu. Nie powiedział jej nawet: czasu na co - na przygotowanie Gondoli na rozstanie czy na podjęcie decyzji, którą z nich wybiera. W każdym razie Dorit uprzedziła, że gotowa jest jeszcze trochę wytrwać, do końca Chanuki, ale potem Oszik już będzie musiał zdecydować.

 

Po tej rozmowie coś się lekko między nimi popsuło. Popsuło nie z powodu obrażania się i kłótni, ale z powodu dystansu, niepotrzebnej ostrożności, zastanawiania się dwa razy przed podzieleniem się ze sobą nawzajem jakąś myślą czy uczuciem. Widywali się rzadziej, a kiedy już się spotkali, rzucona przez Dorit groźba rozstania unosiła się nad nimi jak klątwa, która może się spełnić. W głębi duszy Dorit wiedziała, że Oszik nie porzuci Gondoli, a jeszcze głębiej czuła doskonale, jak okropnie ciężko będzie jej się z nim rozstać.

Kiedyś, gdy jechali nad morze, Oszik pokazał jej budynek, w którym mieszka, wysoki, brzydki budynek obłożony marmurem, i rankiem, w dniu zapalania pierwszej chanukowej świeczki, Dorit znalazła się na ławce naprzeciwko tego domu i czekała. Nie żeby miała jakiś plan. Po drodze tam mówiła sobie, że chce tylko zobaczyć Oszika idącego ulicą razem z żoną, żeby zrozumieć, na czym stoi, ale po prawie godzinnym oczekiwaniu na ławce nagle zaczęła wyobrażać sobie, jak Gondola sama zmierza w stronę wejścia do budynku, niosąc torby z zakupami, i jak ona, Dorit, z nią rozmawia. Nie donosi ani jej nie napastuje, po prostu się z nią zaprzyjaźnia i umawiają się na spotkanie tak, żeby Oszik o tym nie wiedział. Po kolejnych dwudziestu minutach na ławce wyobrażała już sobie konfrontację z Oszikiem i Gondolą, tak po prostu na środku ulicy, podczas której robi mu scenę, a sobie wstyd. Ta myśl ją przeraziła. Wstała z ławki i autobusem wróciła do domu. Następnym razem, kiedy spotkała się z Oszikiem i skończyli się kochać, poprosiła go, żeby powiedział, jak Gondola ma na imię.

- Jordana - wyszeptał Oszik i wcisnął twarz w poduszkę. - Cili, Rut, Greta Garbo. Co to w ogóle ma za znaczenie?

Nazajutrz rano Dorit znowu pojechała pod dom Oszika. Tym razem kupiła sobie pączka i przysiadła z nim na ławce na wprost brzydkiego budynku. Jadła najwolniej, jak się dało. Skubała malutkie kęsy, lizała marmoladę. Zabrało jej to prawie pół godziny. W tym czasie żadna Gondola czy Oszik ani nie wyszli z budynku, ani do niego nie weszli, ale z jego lobby wyszła dziewczyna z wytatuowanym na szyi piórem i papierosem w dłoni, usiadła na ławce obok Dorit i zapaliła. Dorit poprosiła ją o papierosa. Tak naprawdę nie paliła, ale miała wrażenie, że papieros pozwoli jej zyskać jeszcze kilka minut oczekiwania bez poczucia klęski. Gdy tak razem paliły, wytatuowana zaczęła mówić. Powiedziała, że ma na imię Lian i studiuje terapię zajęciową w jakiejś szkole pomaturalnej, a pracuje tu, naprzeciwko, jako portierka w lobby budynku. Ludzie tam mieszkający, opowiadała, mają kupę kasy, ale są mili, przynajmniej niektórzy. W tym tygodniu niektórzy lokatorzy przynosili jej na Chanukę koperty z kartkami "Wesołych Świąt" i banknotami dwustuszeklowymi, a staruszka z penthouse'u dała jej banknot studolarowy. Takich pieniędzy nie dostała nawet na swoją bat micwę. Zapytała Dorit, czy pracuje gdzieś blisko, i Dorit, która na ogół nie kłamała, powiedziała, że jest dentystką i pracuje w okolicy, a po paru chwilach dodała, że przypadkowo przyjmuje pewne małżeństwo, które, jak sądzi, mieszka w tym budynku, nazywają się Oszik i... uciekło jej imię żony, ale nazwisko to Arbel, i są strasznie sympatyczni.

- Oszik Arbel? - zastanowiła się wytatuowana. - Znam. To taki trochę dziwny typ, ale rzeczywiście miły.

- Tak - powiedziała Dorit - zajmuję się nim i jego żoną...

- Jesteś pewna? - przerwała jej wytatuowana. - Znam Arbela, on nie jest żonaty. To taki raczej samotnik.

A kiedy Dorit wyciągnęła z kieszeni komórkę i pokazała jej zdjęcie Gondoli i Oszika, wytatuowana uśmiechnęła się i powiedziała:

- A, to Jordana, jego siostra. Mieszka w Berlinie, ale przyjeżdżają z mężem do kraju bardzo często.

 

Siódmego dnia Chanuki Oszik zadzwonił i z lekkim śmiechem zaproponował, żeby poszli do restauracji świętować wigilię jej ultimatum, ale kiedy Dorit odparła, że nie ma nastroju, od razu powiedział, że przyjedzie do niej i zamówią coś do domu. Było jasne, że ten wieczór najprawdopodobniej będzie ich ostatnim, a koniec końców lepiej, żeby smutne rozstania odbywały się w domu i bez publiczności. Oszik przyszedł z pudełkiem słodyczy, które dostał od jakiegoś klienta z Nazaretu, i zaproponował, żeby je zachować na później, kiedy już przyjedzie dostawca jedzenia. Całowali się i pieścili jak gdyby nigdy nic, a Dorit starała się zachowywać możliwie najbardziej nonszalancko. Myślała, że to będzie trudne, że będzie czuła złość i dystans, ale nawet teraz, gdy odkryła, że oszukiwał ją przez cały rok, wciąż to, że ją całował, zdawało się całkowicie naturalne. Gdyby było odwrotnie, gdyby odkryła, że jest z mężczyzną ukrywającym przed nią fakt, że jest żonaty, nie byłaby w stanie wybaczyć, ale było coś w kłamstwie Oszika, co nawet jeśli denerwowało, to gniewało nie aż tak bardzo. On najwyraźniej ją kochał, tylko ją jedną, a zarazem obawiał się, że bez jakiejś wyimaginowanej Gondoli żeglującej na horyzoncie będą ze sobą splątani 24/7 i zawłaszczą nawzajem swoje dusze.

 

Zjedli tajską smażeninę, która dotarła już trochę zimnawa.

- Weź - Oszik zamienił dania. - Moje jest akurat niezłe. Nie gorące, ale ciepłe. Prawda, że dobre?

Dorit jadła w milczeniu, również Oszik, pochłaniając zimny makaron z dania Dorit, słowem się nie odezwał. Kiedy skończyli, wymamrotał:

- Kocham cię. Kocham bardziej niż cokolwiek. Bardziej niż ją, bardziej niż siebie, bardziej niż drożdżówki w kantynie. Wierzysz mi?

Dorit chciała wyjść mu naprzeciw, powiedzieć, że już wystarczy, że wszystko wie, ale nic nie powiedziała, tylko skinęła głową.

- Jeśli to nasze ostatnie spotkanie - szepnął Oszik - to wolałbym, żebyśmy nie szli do łóżka. Wiem, że bzykanie na rozstanie to rzecz przyjęta, ale nie dam rady.

Dorit nadal milczała.

- Dobrze - powiedział Oszik - lepiej już pójdę.

Ale zamiast wstać, dalej siedział w fotelu, a po kilku chwilach zaczął płakać.

Jego płacz był prawdziwy. Ból, wszystko było prawdziwe, poza tą głupią historią z jego żoną. Dorit podeszła do fotela, usiadła mu na kolanach i pocałowała go w usta.

- Jeśli to ostatni raz... - szepnął ponownie - wolałbym nie...

- To nie - powiedziała. - To nie.

Po seksie powiedziała mu, że gotowa jest ciągnąć to dalej na dotychczasowych zasadach, ale chce mieć dziecko.

- Przecież wy z Gondolą nigdy nie będziecie mieć dzieci. Nie chciałbyś zostać ojcem?

A Oszik wzruszył ramionami i powiedział, że w zasadzie nie chce być ojcem, bo nie dość kocha samego siebie, ale gdy sobie wyobraża dziecko, które w połowie również jest jej, wydaje mu się to nagle niezłym pomysłem.

W dniu trzecich urodzin Nur polecieli wszyscy troje do Włoch. Żona Oszika była na jakimś szkoleniu w Bostonie, więc zaproponował, żeby to wykorzystali i też sobie zafundowali jakąś zagranicę. W Weronie poszli obejrzeć słynny balkon z Romea i Julii, koło Mediolanu odwiedzili uroczy park rozrywki pełen wróżek i jednorożców, a w Wenecji, jakżeby inaczej, popłynęli gondolą wąskimi kanałami przecinającymi miasto. Nur była szczęśliwa, śmiała się cały czas i chciała skakać do wody. Musieli z Oszikiem rzeczywiście mocno ją trzymać, żeby jednak nie wskoczyła.

- Ty moja rybko - powiedział Oszik i zmierzwił włosy Nur, która wiła się w jego ramionach.

Wyciągnął z kieszeni komórkę.

- Zanim nam znikniesz w wodzie, może zrobimy sobie na pamiątkę zdjęcie - ty, mama i ja - w gondoli?

Nur skrzywiła się i pokręciła głową.

- W porządku - uśmiechnął się Oszik i schował telefon do kieszeni. - Nie to nie.

[...]

 
 

Książka do nabycia na kulturalnysklep.pl, w formie ebooka i audiobooka na Publio.pl

Tytuł oryginału: Autocorrect

Redakcja: Ewelina Korostyńska

Redaktorka inicjująca: Dagmara Zandman

Korekta: Danuta Sabała

Projekt okładki: Kamil Rekosz

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

Copyright ? 2024, Etgar Keret All rights reserved

Copyright ? for Polish translation by Agnieszka Maciejowska, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-655-6

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej