Aż zabraknie nam gwiazd - Inma Rubiales

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Gwiazdozbiór Andromedy

1

Gwiaz­do­zbiór Andro­medy

Maia

W moim pokoju stoi jesz­cze puste łóżko.

Zostały także gwiazdy przy­kle­jone do sufitu. Mój ulu­biony gwiaz­do­zbiór, Andro­meda, znaj­duje się tuż nad moim łóż­kiem. Pamię­tam legendę o Andro­me­dzie, ponie­waż sio­stra opo­wia­dała mi ją każ­dej nocy, ale teraz sta­ram się o tym nie myśleć.

Jest dokład­nie 9.58 rano i za dwie minuty zadzwoni budzik. Tej nocy pra­wie nie spa­łam. Obu­dziły mnie pierw­sze pro­mie­nie słońca, które wci­snęły się mię­dzy zasłony, i od tam­tej pory wpa­truję się w sufit w ciszy, błą­dząc gdzieś myślami. Nie prze­staję się zasta­na­wiać, dla­czego nie zdję­łam tych gwiazd. Minęło już sie­dem mie­sięcy od tam­tego dnia, dzie­wią­tego sierp­nia, kiedy obie­ca­łam sobie, że to zro­bię.

Ale gwiazdy wciąż tu są.

Dowie­dzia­łam się dopiero z tele­wi­zyj­nych wia­do­mo­ści. Wypa­dek z udzia­łem wielu pojaz­dów, osiem osób zabi­tych, kil­ka­na­ście ran­nych. Ni­gdy nie byłam dobra z mate­ma­tyki, ale wie­dzia­łam, że mama i Deneb powinny już prze­je­chać ten odci­nek auto­strady, kiedy doszło do wypadku. Albo, co naj­wy­żej, obie są wśród ran­nych. Nie dopusz­cza­łam do sie­bie alter­na­tywy.

Dalej trzy­ma­łam się naj­ko­rzyst­niej­szych moż­li­wo­ści, nawet wtedy, gdy dosta­łam tele­fon ze szpi­tala.

Wzdy­cham i wycią­gam rękę, żeby wyłą­czyć budzik. Potem wstaję z łóżka i wlokę się do łazienki. Ponie­waż przed pój­ściem spać nie zmy­łam maki­jażu, wokół oczu mam czarne obwódki od tuszu, przez co wyglą­dam jak szop pracz. Myję twarz i zbie­ram włosy w kucyk. Moje mię­śnie są zmę­czone i bra­kuje mi sił, by nor­mal­nie się poru­szać.

Zasłonka do wanny leży na pod­ło­dze, bo mama zerwała ją tydzień temu i jesz­cze nie byłam w sta­nie zawie­sić jej ponow­nie. Nie ma już pasty do zębów, więc przed pracą będę musiała wysko­czyć do super­mar­ketu. Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz otwie­ra­łam lodówkę, ale liczę, że mamy cho­ciaż coś na śnia­da­nie, bo nie uśmie­cha mi się jechać na drugi koniec mia­sta z pustym żołąd­kiem.

Wra­cam do pokoju, żeby się ubrać i poście­lić łóżko. Wczo­raj zosta­wi­łam na biurku otwarty notat­nik, ale wolę nie wie­dzieć, co napi­sa­łam. Byłam taka zmę­czona, że wszyst­kie moje wspo­mnie­nia są nie­wy­raźne. Rzu­cam ostat­nie spoj­rze­nie na gwiazdy na sufi­cie i na łóżko, na któ­rym spała Deneb, i przed wyj­ściem robię głę­boki wdech. Chcia­łam odwlec ten moment naj­dłu­żej, jak się da, ale nie mogę wiecz­nie sie­dzieć w zamknię­ciu.

Witaj­cie w cudow­nym życiu Mai Allen.

Cho­ciaż zegar wska­zuje już dzie­siątą rano, dom jest pogrą­żony w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, ponie­waż ktoś zacią­gnął wszyst­kie zasłony. Ostroż­nie zamy­kam za sobą drzwi i włą­czam świa­tło na kory­ta­rzu. Sły­szę deli­katny szmer tele­wi­zora, a na ścia­nie w salo­nie widzę nie­bie­skie bły­ski. Wygląda to jak sce­ne­ria hor­roru, ale w pokoju dzien­nym nie czeka na mnie żaden ogromny mor­ski potwór, jak w legen­dzie o Andro­me­dzie, tylko moja matka.

Po wej­ściu do środka od razu otwie­ram okno i odsła­niam zasłony. Za moimi ple­cami mama wydaje z sie­bie jęk. Kiedy na nią patrzę, w gar­dle czuję ucisk, który pra­wie nie pozwala mi oddy­chać. Śpi na sofie w roz­mem­ła­nym ubra­niu i z potar­ga­nymi wło­sami. Na pod­ło­dze walają się torebki po fryt­kach i puszki po piwie. Ten widok spra­wia, że prze­wraca mi się w żołądku, a poczu­cie winy wci­ska się głę­boko do trzewi.

Wczo­raj pra­co­wa­łam do późna. W piąt­kowe wie­czory w barze są tłumy, więc do domu wró­ci­łam dopiero o trze­ciej nad ranem. Kiedy weszłam, mama była jesz­cze trzeźwa. Pró­bo­wa­łam ją nakło­nić, żeby poło­żyła się do łóżka, ale zapew­niła, że ma wszystko pod kon­trolą. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że kła­mie, bo ona ni­gdy nie ma niczego "pod kon­trolą", ale byłam zbyt zmę­czona, żeby się kłó­cić.

Powin­nam była bar­dziej nale­gać.

- Mamo - szep­czę, potrzą­sa­jąc nią deli­kat­nie. Wydaje jęk i zaci­ska powieki. - Chodź, zapro­wa­dzę cię do łóżka.

Nie otwie­ra­jąc oczu, przy­ta­kuje i pozwala sobie pomóc. Tak strasz­nie śmier­dzi alko­ho­lem, że aż pieką mnie oczy. Wkła­dam ramię pod jej kark i z tru­dem udaje mi się posa­dzić ją na sofie. Potem zbie­ram w sobie wszyst­kie siły, żeby ją pod­nieść. Całe szczę­ście, że jest chętna do współ­pracy. Zarzu­cam sobie jej rękę na ramiona i powoli cią­gnę ją w stronę kory­ta­rza. Teraz jest to dla mnie łatwiej­sze niż jesz­cze kilka mie­sięcy temu. Boli mnie myśl, że to może przejść w nawyk.

- Nie powin­naś spać na sofie. - Ganię ją po cichu, widząc, jak trudno jej iść. Na pewno mocno bolą ją plecy.

- Zasie­dzia­łam się - odpo­wiada i prze­żuwa ślinę, jakby zaschło jej w ustach. Kiedy prze­cho­dzimy obok mojego pokoju, patrzy na zamknięte drzwi. - Twoja sio­stra jest w środku? Chcę, żeby poszła do... super­mar­ketu, tak. Nie ma już piwa.

Czuję ukłu­cie w klatce pier­sio­wej. Jest gorzej, niż sądzi­łam. Mimo że bar­dzo się sta­ram, by łzy nie napły­nęły mi do oczu, nie daję rady ich powstrzy­mać. Mru­gam, żeby je ukryć, i oddy­cham z ulgą, kiedy wresz­cie wcho­dzimy do jej sypialni.

Mama opada na łóżko wyczer­pana, udaje mi się zdjąć jej buty, a potem przy­kry­wam ją kocem, by nie zmar­zła. Na chwilę wycho­dzę do kuchni po szklankę wody i tabletkę i obie rze­czy zosta­wiam na szafce noc­nej.

- Weź to po prze­bu­dze­niu - mówię jej.

Chcę już odejść, ale łapie mnie za rękę. Kiedy się odzywa, oczy ma już pra­wie zamknięte, a jej głos jest szep­tem.

- Dzię­kuję, Deneb.

Prze­ły­kam ślinę.

- Odpo­czy­waj, mamo.

Wycho­dzę z pokoju i zamy­kam za sobą drzwi. W klatce pier­sio­wej wciąż czuję bole­sny ucisk, ale nie mam już łez.

Myślę, że część mamy umarła w dniu wypadku. Ta druga część wciąż tu jest i użala się nad sobą. Wcze­śniej pra­co­wała jako kucharka w barze szyb­kiej obsługi, ale ją zwol­nili, a teraz chce, bym uwie­rzyła, że szuka pracy, pod­czas gdy obie wiemy, że tak nie jest. Całe dnie spę­dza w domu, żyjąc mię­dzy sofą a łóż­kiem. Cza­sem, kiedy sia­damy razem do kola­cji, opo­wiada mi o chło­paku, który dopro­wa­dził do wypadku.

Miał dopiero szes­na­ście lat. Wybrał się ze zna­jo­mymi na imprezę. Pił. Sądził, że jest na tyle trzeźwy, by usiąść za kół­kiem, i wyje­chał na drogę. Jego lek­ko­myśl­ność wpę­dziła do grobu jego i jego zna­jo­mych. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że mi przy­kro, bo miał przed sobą całe życie, ale nie czuję niczego. Ten chło­pak znisz­czył moją rodzinę.

Kiedy to się stało, moja sio­stra miała tylko dwa­dzie­ścia dwa lata. Ona też miała jesz­cze wszystko przed sobą.

Gdy zabie­ram się do sprzą­ta­nia salonu, trzęsą mi się ręce. Biorę worek na śmieci i wrzu­cam do niego wszyst­kie puszki po piwie i resztki prze­ką­sek. Wyłą­czam tele­wi­zor. Potem wra­cam do kuchni i ener­gicz­nie myję ręce, jak­bym mogła usu­nąć ze skóry wspo­mnie­nia z tego poranka i w ten spo­sób wyrzu­cić je z głowy, ale nie jest to moż­liwe.

Jak głosi legenda, Kasjo­peja, kró­lowa Etio­pii, była tak piękna i próżna, że uwa­żała się za lep­szą od mor­skich nimf. Wście­kły bóg Nep­tun posłał do jej kraju potwora. Jedy­nym spo­so­bem na zła­go­dze­nie jego gniewu było odda­nie potwo­rowi księż­niczki Andro­medy. Dziew­czynę przy­wią­zano do skały na plaży i zmu­szono do pod­da­nia się karze, na którą nie zasłu­żyła. Kiedy Andro­meda sądziła, że zbliża się jej koniec, usły­szała gło­śny szum wia­tru. Per­se­usz, pół­bóg, przy­był na swoim skrzy­dla­tym koniu, by ją ura­to­wać.

Przy­pusz­czam, że mama i ja przy­po­mi­namy Andro­medę i Kasjo­peję, tyle że ona ule­gła potwo­rowi i tylko ja mogę utrzy­mać ją na powierzchni. W praw­dzi­wym świe­cie nie ist­nieją pół­bo­go­wie. Nie ma też nikogo, kto przy­bę­dzie ci na ratu­nek.

Przed wyj­ściem biorę tele­fon, klu­cze i tro­chę pie­nię­dzy, szybko rzu­cam okiem na zawar­tość lodówki. Nie mia­łam ochoty wybie­rać się do super­mar­ketu, ale zmie­ni­łam zda­nie. Potrze­buję wyjść stąd jak naj­szyb­ciej. Pospiesz­nie scho­dzę po scho­dach z por­tyku i patrzę w niebo, które zapeł­niło się chmu­rami.

Kiedy pró­buję otwo­rzyć samo­chód, uświa­da­miam sobie, że w nocy zapo­mnia­łam go zamknąć, i prze­kli­nam pod nosem. Miesz­kamy w małym mia­steczku i znamy wszyst­kich sąsia­dów, ale nie lubię grze­szyć pew­no­ścią sie­bie. Wsia­dam i uru­cha­miam sil­nik. Kiedy patrzę w lusterko wsteczne, żeby ruszyć, zaczy­nam krzy­czeć tak gło­śno, że mój głos nie­sie się po całej oko­licy.

W moim samo­cho­dzie śpi jakiś chło­pak.

2. Poznając Liama Harpera

2

Pozna­jąc Liama Har­pera

Liam

Wzdy­cham i mocno ści­skam kie­row­nicę. Zapar­ko­wa­łem przed domem dwa­dzie­ścia minut temu i dziwne, że jesz­cze nikt nie przy­szedł, by mnie stąd wycią­gnąć. Muzyka gra tak gło­śno, że sły­szę ją nawet w aucie. Nie muszę się mar­twić o to, czy hałas prze­szka­dza sąsia­dom. Zna­jąc mamę, na pewno zapro­siła całe osie­dle.

Roz­świe­tla się ekran tele­fonu leżą­cego na sie­dze­niu pasa­żera. Adam od rana przy­syła mi wia­do­mo­ści. Nawet ich nie prze­czy­ta­łem. Tak naprawdę przez cały dzień nie korzy­sta­łem z tele­fonu. Rano go wyci­szy­łem, uprze­dza­jąc nie­uchronną lawinę powia­do­mień, która miała nadejść. Jestem pewien, że tysiące osób wspo­mniało o mnie na Twit­te­rze i Insta­gra­mie.

Liam Har­per obcho­dzi uro­dziny i jego obser­wu­jący wysy­łają mu życze­nia ze wszyst­kich stron świata.

A ja nie czuję nic.

Dzie­więt­na­ście lat to nic wyjąt­ko­wego. Kiedy mia­łem szes­na­ście, marzy­łem, żeby być peł­no­letni, bo sądzi­łem, że stanę się "doro­sły" i że moje życie zmieni się o sto osiem­dzie­siąt stopni. Będę miał wię­cej swo­body, będę się uma­wiał z dziew­czy­nami, cho­dził do dys­ko­tek i będę mógł pić alko­hol i palić papie­rosy zawsze, kiedy naj­dzie mnie na to ochota. Rzecz w tym, że teraz, kiedy już to wszystko robię, moje życie jest tak samo żało­sne jak wcze­śniej. Albo nawet jesz­cze bar­dziej.

W końcu posta­na­wiam odblo­ko­wać tele­fon po raz pierw­szy tego dnia. Dzięki zrzu­tom ekranu, które przy­słał mi Adam, prze­ko­nuję się, że fak­tycz­nie, moje nazwi­sko rzą­dzi na Twit­te­rze. Są setki twe­etów z życze­niami. Nie pamię­tam, ile ich dosta­łem w zeszłym roku, ale liczby musiały gwał­tow­nie spaść, bo Adam opa­trzył zdję­cie komen­ta­rzem peł­nym wyrzutu:

"Byłoby ich wię­cej, gdy­byś nie znik­nął na cały dzień".

Nie cier­pię tego, że on zawsze ma rację.

Adam wszedł do naszego życia, kiedy mama zatrud­niła w swo­jej fir­mie nowego dyrek­tora do spraw komu­ni­ka­cji. Jest pro­jek­tantką mody i jej marka jest już znana w Anglii i za gra­nicą. Kiedy czło­wiek znaj­duje się w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia, musi dbać o swój wize­ru­nek. Adam miał jej tylko dora­dzać, a osta­tecz­nie się z nią oże­nił.

Teraz jest moim ojczy­mem. Wciąż pełni także funk­cję naszego "agenta", a od kiedy wyro­bi­łem sobie nazwi­sko na YouTu­bie, nie ma spo­sobu, żeby zosta­wił mnie w spo­koju. Gdyby to ode mnie zale­żało, zacho­wał­bym swoją toż­sa­mość w tajem­nicy. Chciał­bym być zwy­czaj­nym chło­pa­kiem, który wrzuca do inter­netu różne głu­poty, ale raczej nie mogłem na to liczyć. Mama zoba­czyła we mnie szansę na posze­rze­nie grona swo­ich klien­tów i od kilku lat wszy­scy moi obser­wu­jący wie­dzą, że jestem jej synem. Poja­wiła się nawet w paru moich fil­mi­kach.

Każda plama na moim wize­runku wpły­nę­łaby nega­tyw­nie na jej wize­ru­nek. Wła­śnie dla­tego Adam cią­gle mi przy­po­mina, jak mam się zacho­wy­wać i czego ni­gdy, pod żad­nym pozo­rem, nie wolno mi robić. Ma taką obse­sję, że aż dziwne, że tak długo zwle­kał z wyrzu­ce­niem mi, że moje pro­file w mediach spo­łecz­no­ścio­wych są mar­twe od wielu godzin.

Szcze­rze mówiąc, uśmie­cha­nie się do kamery to ostat­nie, na co mam teraz ochotę. Wiem jed­nak, że nie mam innego wyj­ścia, więc prze­glą­dam się w lusterku wstecz­nym i mierz­wię dło­nią burzę loków. Potem włą­czam oświe­tle­nie wewnętrzne, biorę tele­fon i zaczy­nam nagry­wać.

Zaj­muje mi to tylko trzy­dzie­ści sekund. Jestem już tak przy­zwy­cza­jony, że wycho­dzi dobrze za pierw­szym razem. Witam się, dzię­kuję za wszyst­kie życze­nia i żegnam się z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Nagra­nie publi­kuję na moich sto­ries na Insta­gra­mie, a potem wcho­dzę na Twit­tera i laj­kuję kilka twe­etów od moich obser­wu­ją­cych. Wszyst­kie wydają się jed­na­kowe, więc nie zawra­cam sobie głowy czy­ta­niem do końca choćby jed­nego. Jeśli ktoś by się o tym dowie­dział, pomy­ślałby, że jestem dup­kiem. No cóż. Miałby rację. Jestem dup­kiem i co z tego? Tak wygląda życie w realu. Żadna z tych osób nie zna mnie naprawdę. Po co mieć miliony obser­wu­ją­cych w inter­ne­cie, skoro jak przy­cho­dzi co do czego, czuję się kom­plet­nie samotny?

Jesz­cze raz prze­glą­dam się w lusterku, popra­wiam koł­nie­rzyk bluzy, zmu­szam się do jed­nego z moich naj­lep­szych uśmie­chów i wysia­dam z samo­chodu. Miesz­kamy na pry­wat­nym osie­dlu w Lon­dy­nie, mury ota­cza­jące pose­sję są wyso­kie na ponad dwa metry. Wciąż się zasta­na­wiam, do czego służą, bo nie prze­szko­dziły w tym, żeby tego wie­czoru mój dom zapeł­nił się obcymi.

Nie­trudno jest mi prze­mknąć nie­zau­wa­żo­nym. Idę szybko mię­dzy ludźmi, nie patrząc na nikogo, i wzdy­cham z ulgą, gdy w tłu­mie dostrze­gam zna­jomą twarz. To atle­tycz­nie zbu­do­wana kobieta, któ­rej ramiona są trzy razy szer­sze od moich. Odpo­wiada za bez­pie­czeń­stwo na wszyst­kich impre­zach mamy. Ponie­waż jest ubrana w uni­form, bar­dzo wąt­pię, by przy­szła bawić się na przy­ję­ciu.

- Spóź­ni­łeś się - rzuca z poważną miną, kiedy pod­cho­dzę.

Posy­łam jej zaro­zu­miały uśmiech.

- Cze­ka­nie jest naj­lep­sze.

W środku muzyka gra gło­śniej. Gdy­bym to ja orga­ni­zo­wał tę imprezę, zała­twił­bym ekipę oświe­tle­niową, żeby stwo­rzyć lep­szy kli­mat. Mama wolała włą­czyć żyran­dole zwi­sa­jące z sufitu i nadać przy­ję­ciu bar­dziej wyra­fi­no­wany cha­rak­ter, co wyraź­nie poka­zuje, jakie są jej praw­dziwe inten­cje. Moje uro­dziny to tylko kolejna oka­zja, żeby zapro­sić part­ne­rów biz­ne­so­wych i influ­en­ce­rów, z któ­rymi mogłaby współ­pra­co­wać w przy­szło­ści.

Zasta­na­wiam się, czy nasi goście też uznają, że impreza jest nudna jak flaki z ole­jem. Nie dziwi mnie widok tele­fo­nów w górze. Zazwy­czaj spo­tka­nie z innymi oso­bi­sto­ściami zna­nymi z inter­netu jest rów­no­znaczne z nagry­wa­niem nawet naj­mniej­szych szcze­gó­łów, żeby potem wrzu­cić je do sieci. Roz­po­znaję twa­rze kilku zna­nych youtu­be­rów, do któ­rych Adam pew­nie pora­dziłby mi podejść, ale nie jestem w nastroju. Mój salon jest pełen ludzi, a nie widzę żad­nego z moich kum­pli.

Żadna z tych osób nie przy­szła do mnie.

Daw­niej wcale bym się tym nie prze­jął. Liam sprzed roku wszedłby tu, robiąc z sie­bie bła­zna, i w mig prze­ko­nałby do sie­bie wszyst­kich obec­nych. Potem wybrałby się z kum­plami do dys­ko­teki, a następ­nego poranka obu­dziłby się ska­co­wany w łóżku jakiejś pozna­nej w nocy dziew­czyny. Wró­ciłby do domu, żeby sta­nąć przed kamerą i gadać jakieś bzdury, a póź­niej cały pro­ces powta­rzałby się od początku. Dzień po dniu, dzień po dniu i tak dalej. Aż to wszystko stra­ci­łoby sens.

W tym roku moje dzie­więt­na­ste uro­dziny zbie­gły się w cza­sie ze zgro­ma­dze­niem dwu­na­stu milio­nów sub­skry­ben­tów na YouTu­bie. Adam zapro­po­no­wał, byśmy uczcili to w wiel­kim stylu, ale sta­now­czo odmó­wi­łem. Chcia­łem tylko, żeby przez kilka dni wszy­scy zosta­wili mnie w spo­koju, a zamiast tego dostaję tę imprezę.

Cho­ciaż pod­cho­dzi do mnie kilku zna­jo­mych, nawet się nie zatrzy­muję, tylko idę pro­sto na tylne patio. Wita mnie zimny podmuch, na nie­bie nie widać ani jed­nej gwiazdy. Biorę haust świe­żego powie­trza, jak­bym dusił się w środku.

- Teraz raczy­łeś się zja­wić? - Ktoś wzdy­cha za moimi ple­cami. - Palant. Tyle osób całuje ci dupę, że nie zamie­rzam skła­dać ci życzeń.

Po raz pierw­szy tego wie­czoru na moich ustach poja­wia się szczery uśmiech.

Evan jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Jeste­śmy jak bra­cia. Był przy mnie, kiedy otwo­rzy­łem swój kanał na YouTu­bie, poja­wił się w wielu moich fil­mi­kach, a potem posta­no­wił otwo­rzyć wła­sny. Nie­dawno dobił do sied­miu milio­nów sub­skry­ben­tów. Może i jego kanał nie rósł tak szybko jak mój, ale two­rzy naprawdę war­to­ściowe tre­ści i jest dumny ze swo­ich osią­gnięć. No i znacz­nie lepiej ode mnie radzi sobie z tą całą "popu­lar­no­ścią". Z każ­dym dniem nabie­ram coraz więk­szej pew­no­ści, że jest do tego stwo­rzony.

Odwra­cam się do niego i pozwa­lam, by uści­snął mnie tak, że nie­mal trzesz­czą mi kości. Potem odpy­cham go ze śmie­chem i w żar­tach wymie­niamy parę cio­sów.

- No i? Jak się czu­jesz jako dzie­więt­na­sto­la­tek? - pyta, po czym mie­rzy mnie wzro­kiem z góry na dół. - Jestem roz­cza­ro­wany, stary. Wyglą­dasz na takiego samego dupka co wczo­raj.

- Czuł­bym się lepiej, gdy­by­śmy mieli alko­hol.

- No jasne, że mamy alko­hol. - Łapie mnie za ramię i cią­gnie. Kiedy zauważa, że nie prze­staję roz­glą­dać się dookoła, dodaje z gry­ma­sem: - Wiesz, że bar­dzo sza­nuję twoją matkę, ale jej przy­ja­ciele mnie prze­ra­żają. Widzia­łem dziew­czynę ubraną jak papuga.

- One się przy­naj­mniej myją.

- Stary, prze­stań się już cze­piać.

Znowu się uśmie­cham. Kilka mie­sięcy temu Evan wymy­ślił sobie, że przez tydzień nie będzie brał prysz­nica, a potem nagrał fil­mik w takim sta­nie i wrzu­cił go do inter­netu. Oczy­wi­ście jego obser­wu­ją­cym nie­zbyt spodo­bał się ten pomysł.

- A skoro o mojej matce mowa, wiesz, gdzie ona jest? Nie da się jej zna­leźć w tym tłu­mie.

Przy­ja­ciel kręci głową.

- Nie, ale wcze­śniej widzia­łem Adama, jak roz­ma­wiał z Michelle.

- No tak - odpo­wia­dam i nagle się spi­nam. Evan zna mnie lepiej niż kto­kol­wiek inny, więc szybko zauważa zmianę mojego nastroju.

- Spró­buj myśleć o czymś innym, okej? Tylko dziś. - Zachęca, ude­rza­jąc mnie ramie­niem. - Baw się, stary. Nie co dzień koń­czy się dzie­więt­na­ście lat.

Przy­ta­kuję roz­tar­gniony i pozwa­lam, żeby popro­wa­dził mnie w stronę basenu. Evan nie prze­staje się uśmie­chać do gości. Poru­sza się swo­bod­nie, bo w takich sytu­acjach czuje się jak ryba w wodzie. Cie­szy się też więk­szą wol­no­ścią niż ja. Odkąd prze­pro­wa­dził się do Lon­dynu na stu­dia, jest panem swo­jego życia i sam podej­muje decy­zje. Naukę łączy z YouTube'em, bo to go uszczę­śli­wia. A przede wszyst­kim nikt nie kwe­stio­nuje każ­dej rze­czy, jaką posta­na­wia opu­bli­ko­wać, choćby była naj­bar­dziej absur­dalna.

Pod tym wzglę­dem się róż­nimy. Po pierw­sze dla­tego, że Adam tak mnie ciśnie, że nie mogę nawet ode­tchnąć. I także dla­tego, że w głębi duszy spo­dzie­wa­łem się, że mama się wściek­nie, kiedy jej powiem, że chcę rzu­cić naukę. Ale nie zro­biła tego. Prze­ciw­nie - nawet mnie do tego zachę­cała.

Idziemy w stronę sof przy base­nie, gdzie zwy­kle zale­gają moi kum­ple. Zazwy­czaj jest nas czte­rech, ale kiedy tam docie­ramy, widzimy tylko Maxa. Zrywa się na równe nogi i pod­cho­dzi do nas z uśmie­chem. Faj­nie, że się zja­wił, choć tak naprawdę nie łączą nas zbyt bli­skie rela­cje. Ale przy­naj­mniej wiem, że przy­szedł tu dla mnie.

- Sta­rze­jesz się, co? - mówi na powi­ta­nie.

- Dzie­więt­na­ście lat, stary - odpo­wiada Evan, kle­piąc mnie po ple­cach. - A wydaje się, jakby zale­d­wie wczo­raj wsa­dzał sobie ołówki do nosa.

Prze­wra­cam oczami, a Max uśmie­cha się szy­der­czo.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, Liam - mówi. - Przy­tu­lił­bym cię, ale nie przy ludziach.

Evan kiwa głową z poważną miną.

- Musimy dbać o naszą repu­ta­cję.

- Wal­cie się.

Obaj wybu­chają śmie­chem. Udaję, że się złosz­czę, ale tak naprawdę nie mogę powstrzy­mać uśmie­chu. Aku­rat wtedy, gdy zaczy­nam odzy­ski­wać nadzieję na ten wie­czór, odwra­cam się i zauwa­żam ją w tłu­mie.

Oto kolejny powód, dla któ­rego nie chcia­łem tu przy­cho­dzić.

Michelle i ja pozna­li­śmy się w zeszłym roku na pew­nym even­cie. Ona pro­wa­dziła rela­cję na żywo na Insta­gra­mie, a Eva­nowi i mnie strze­lił do głowy cudowny pomysł, by wydur­niać się za jej ple­cami. Jej obser­wu­jący osza­leli, kiedy popro­siła, bym do niej dołą­czył i powie­dział coś sen­sow­nego. Roze­szły się plotki, że ze sobą flir­tu­jemy, i Adam dostrzegł w tym szansę.

Michelle wyro­biła sobie markę w mediach spo­łecz­no­ścio­wych za sprawą cier­pli­wo­ści i cięż­kiej pracy. Chce być pro­jek­tantką, tak jak moja mama, i na razie zaj­muje się w inter­ne­cie pora­dami w kwe­stiach mody. Liczby nie kła­mią, jest dobra w tym, co robi. Pew­nego popo­łu­dnia Adam zapro­sił ją do domu i zapro­po­no­wał nam układ, na który ni­gdy nie powi­nie­nem był się zgo­dzić.

Żad­nych uczuć, żad­nego zaan­ga­żo­wa­nia. Pry­wat­nie mie­li­śmy być przy­ja­ciółmi, ale publicz­nie mie­li­śmy uda­wać parę i zyskać roz­po­zna­wal­ność dzięki popu­lar­no­ści tego dru­giego. Nasz plan miał wszystko, by się powieść. Mie­li­śmy zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać media spo­łecz­no­ściowe.

Ale się w niej zako­cha­łem.

A Michelle zaczęła się spo­ty­kać z jed­nym z moich naj­lep­szych kum­pli.

Kiedy widzę, że idzie w moją stronę w sukience według jed­nego z naj­now­szych pro­jek­tów mamy, czuję, jak żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Każdy zwró­ciłby uwagę na to, jak sukienka dopa­so­wuje się do jej cudow­nych kształ­tów, ale ja nie odry­wam wzroku od jej oczu. Staje przede mną z uśmie­chem.

- Wszystko mi jedno, ile masz lat, zawsze będziesz knyp­kiem. Wiesz o tym, prawda? - pyta w żar­tach.

Zakrawa na iro­nię, że mówi do mnie w taki spo­sób, bio­rąc pod uwagę, że jestem od niej wyż­szy o jakieś dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów. Ale nie wspo­mi­nam o tym.

- Jesteś tylko o rok star­sza, a już uwa­żasz się za doj­rzal­szą.

- O doj­rza­ło­ści poroz­ma­wiamy wtedy, gdy prze­sta­niesz walić pię­ściami w ścianę jak jakiś tro­glo­dyta.

Powstrzy­muję uśmiech.

- Wiesz, że tego nie robię.

- Wszy­scy to robi­cie.

Spo­dziewa się, że zaprze­czę, ale cho­ciaż nie ma racji, posta­na­wiam odpu­ścić.

- Prze­pra­szam, co powie­dzia­łaś? - pytam iro­nicz­nie, pod­no­sząc rękę do ucha. - Życzysz mi wszyst­kiego naj­lep­szego? Och, dzięki, Michelle, jesteś bar­dzo miła.

Popy­cha mnie ze śmie­chem.

- Nie potrze­bu­jesz wię­cej życzeń.

Wzru­szam ramio­nami.

- Życzeń ni­gdy za wiele.

Przez kilka chwil patrzymy na sie­bie w mil­cze­niu, aż w końcu ona się uśmie­cha i wyj­muje z torebki tele­fon. Odwra­cam wzrok, nagle czuję zakło­po­ta­nie. Dobrze wiem, co się zaraz wyda­rzy.

- Insta­gram? - suge­ruje Michelle. Udaję, że mnie to nie rusza, i zacho­wuję się jak gdyby ni­gdy nic.

- Tylko żebym ład­nie wyszedł.

Oczy­wi­ście. Michelle jest praw­dziwą eks­pertką. Staje obok mnie, kła­dzie moją rękę na swo­ich ramio­nach i daje mi buziaka w poli­czek, by zro­bić zdję­cie. Uśmie­cham się, nie patrząc w kamerę, żeby wyglą­dało natu­ral­niej. Kiedy już jest gotowe, odsuwa się, nie odry­wa­jąc wzroku do tele­fonu.

- Przy­stoj­niak - mówi żar­to­bli­wym tonem. Pisze coś, a potem poka­zuje mi fotkę. - Jest okej?

Sta­ram się, żeby moja mina nie zdra­dziła hura­ganu emo­cji, które miaż­dżą moją klatkę pier­siową. Po pro­stu przy­ta­kuję i usi­łuję nie przy­wią­zy­wać wagi do tego, co napi­sała u góry, bo wiem, że tak naprawdę wcale tak nie czuje.

"Szczę­śli­wej dzie­więt­nastki, skar­bie. Kocham cię".

Wtedy zja­wia się Max i obej­muje ją od tyłu. Michelle się wzdryga i ner­wowo roz­gląda dookoła, czy przy­pad­kiem ktoś na nas nie patrzy. Jestem cie­kaw, jak on się z tym wszyst­kim czuje. To nie może być nic przy­jem­nego, kiedy twoja dziew­czyna udaje, że spo­tyka się z jed­nym z two­ich kum­pli. Muszą trzy­mać swój zwią­zek w tajem­nicy, bo gdyby to wyszło na jaw, zro­biłby się wielki skan­dal. "Tylko u nas: Liam Har­per zdra­dzony przez swoją dziew­czynę i przez naj­lep­szego przy­ja­ciela!"

Oni idą razem do domu, a ja sia­dam z Eva­nem, który świet­nie mnie zna i od razu podaje mi drinka. Wypi­jam jed­nym hau­stem i krzy­wię się, gdy alko­hol prze­la­tuje mi przez gar­dło. Potem roz­glą­dam się i uświa­da­miam sobie, że oszu­kuję samego sie­bie. Nie mogę już dłu­żej.

To wszystko, moje życie, to prze­sada. Impreza, moja matka, Adam, Michelle, Max, dwa­na­ście milio­nów sub­skry­bu­ją­cych, któ­rzy ocze­kują, że codzien­nie będę wrzu­cał fil­miki, zdję­cie, na któ­rym Michelle kła­mie, pisząc, że mnie kocha, tysiące twe­etów z życze­niami, któ­rych i tak jest za mało, to, że brak mi pomy­słów, a przede wszyst­kim świa­do­mość tego, że w niczym nie przy­po­mi­nam już chło­paka, który rok temu uśmie­chał się do kamery.

Speł­ni­łem wszyst­kie swoje marze­nia.

I jestem cho­ler­nie nie­szczę­śliwy.

To, co wcze­śniej było moją pasją, zamie­niło się w kosz­mar.

Evan jest jedyną osobą, z którą się żegnam przed wyj­ściem z ogrodu. Idę do kuchni i biorę butelkę wódki. Po chwili flaszka leży na tyl­nym sie­dze­niu auta, a ja po pro­stu jadę przed sie­bie. Wybiorę się do jakie­goś hotelu. Albo gdzie­kol­wiek. Byle tylko z dala od świata. Evan ma rację: powi­nie­nem o wszyst­kim zapo­mnieć i dobrze się bawić, przy­naj­mniej tego wie­czoru.

Życie Liama Har­pera może zacze­kać do jutra.

Osta­tecz­nie nie co dzień koń­czy się dzie­więt­na­ście lat.

3. Intruz

3

Intruz

Maia

No to świet­nie. Może on nie żyje.

Przy­kle­jam nos do szyby i sta­ram się coś doj­rzeć. Wysia­dłam z samo­chodu tak szybko, że nie przyj­rza­łam się intru­zowi. Tak się wystra­szy­łam, że teraz serce wali mi jak młot i mam przy­spie­szony oddech. Pró­buję się uspo­koić, bo w miarę moż­li­wo­ści muszę dzia­łać roz­sąd­nie.

Nie chcę się chwa­lić, ale mam mocne płuca, więc mój krzyk musiał był sły­szalny w całej oko­licy. Dla­tego dzi­wię się, że koleś nawet nie drgnął. Przy­cho­dzą mi do głowy tylko dwie moż­li­wo­ści: albo nie żyje, albo jest nie­przy­tomny, i szcze­rze mówiąc, nie wiem, która z nich jest gor­sza. Mar­twe ciało zna­le­zione w samo­cho­dzie w sobotni pora­nek to jak scena wyjęta pro­sto z hor­roru, zgoda, ale co, jeśli się obu­dzi i okaże się nie­bez­pieczny?

Szyby są matowe i widzę tylko samą postać. Wygląda nor­mal­nie, nie jest ani zbyt krępy, ani wyjąt­kowo chudy, na pewno dość wysoki, bo jest oparty o prze­ciw­le­głe okno, a jego dłu­gie nogi zaj­mują całe sie­dze­nie. Nie rusza się ani o mili­metr i moż­liwe, że nie oddy­cha. Wcze­śniej myśla­łam o tym, by zadzwo­nić na poli­cję, ale miesz­kam w małej miej­sco­wo­ści i nie wiem, ile zająłby im przy­jazd. Szkoda, że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Oko­lica jest pusta. Przy­pusz­czam, że sąsie­dzi dalej śpią. Kto to wie.

Prze­ły­kam ślinę i wizu­ali­zuję sobie to, co zamie­rzam zro­bić.

Sta­ra­jąc się nie hała­so­wać, otwie­ram drzwi samo­chodu. Chło­pak poru­sza się we śnie. Wstrzy­muję oddech. Na szczę­ście od razu zaczyna chra­pać, jak gdyby ni­gdy nic. Jestem tak przy­zwy­cza­jona do tego zapa­chu, że wyczu­wam go dopiero po dłuż­szej chwili. On nie jest nie­przy­tomny, a tym bar­dziej mar­twy. Po całych nocach ser­wo­wa­nia drin­ków woń wódki roz­po­znam wszę­dzie.

Koleś jest pijany jak bela.

Nachy­lam się, by przyj­rzeć mu się dokład­niej, i prze­ły­kam ślinę. Cho­lera. Na pewno jeste­śmy w podob­nym wieku. W sierp­niu skoń­czy­łam osiem­na­ście lat, a ten chło­pak jest co naj­wy­żej rok albo dwa lata ode mnie star­szy. Każdy by zauwa­żył, jaki jest przy­stojny. Na gło­wie ma pełno ciem­nych, dzi­kich loków, które opa­dają mu na czoło, przez co nie mogę zoba­czyć oczu; ma pro­sty nos i ostre rysy.

Masa emo­cji zagnież­dża się w moim brzu­chu. Szybko odwra­cam wzrok. Dobra, powin­nam sku­pić się na tym, co ważne.

Jak, do cho­lery, ten koleś zna­lazł się w moim samo­cho­dzie?

Oraz, co jest jesz­cze pil­niej­sze: jak mam go stąd wycią­gnąć?

Ten chło­pak o wzro­ście metr osiem­dzie­siąt, który nie prze­staje chra­pać w moim samo­cho­dzie, kom­plet­nie pokrzy­żo­wał mi plany. Powin­nam już być w super­mar­ke­cie. Patrzę na niego, przy­gry­za­jąc wargę, i zasta­na­wiam się, czy mam go obu­dzić, czy nie. Ma na sobie dżinsy, które ide­al­nie leżą na bio­drach, i bluzę z kap­tu­rem. Ale to, że podoba mi się jego styl ubie­ra­nia (i że jest przy­stojny), wcale nie ozna­cza, że jest nie­szko­dliwy.

Przy­su­wam się, żeby lepiej mu się przyj­rzeć. Wtedy znaj­duję odpo­wiedź na wszyst­kie moje pyta­nia, mam ją tuż przed moimi oczami: jego tele­fon.

Zasnął, trzy­ma­jąc go w dłoni. Jego ręka jest uło­żona w taki spo­sób, że tele­fon leży na zagłówku. Naj­lo­gicz­niej byłoby wyjąć go od strony bagaż­nika, ale zamek zaczął szwan­ko­wać w zeszłym tygo­dniu, więc nie chcę ryzy­ko­wać. Zaci­skam usta. To fatalny pomysł, ale nie mam innego wyj­ścia. Tak czy ina­czej, chyba ma twardy sen. Przy odro­bi­nie szczę­ścia nie obu­dzi się.

Dam radę.

Nie zasta­na­wiam się dłu­żej i wsa­dzam nogę do środka. Nabie­ram powie­trza i odpy­cham się, aż znaj­duję się na sie­dze­niu. Umiesz­czam kolano mię­dzy jego roz­ło­żo­nymi nogami i naka­zuję sercu, by się uspo­ko­iło, bo zaraz wyrwie mi się z piersi, a jed­no­cze­śnie wycią­gam się, jak tylko mogę, żeby dosię­gnąć tele­fonu. Kiedy muskam go opusz­kami pal­ców, zdaje mi się, że sły­szę chór śpie­wa­jący Hal­le­lu­jah.

Nagle Pan Pijany poru­sza się we śnie, a jego ręka opada pod wła­snym cię­ża­rem i ląduje obok mojego kolana. Pod­ska­kuję tak, że ude­rzam głową o sufit samo­chodu. Choć zro­bi­łam sobie krzywdę, ledwo czuję ból, bo w tej chwili nie myślę jasno. Jestem uwię­ziona mię­dzy jego koń­czy­nami i wpa­dam w panikę. Muszę się stąd wydo­stać. Natych­miast. Cofam się nie­zdar­nie, opie­ra­jąc rękę gdzie popad­nie, bez zasta­no­wie­nia. Kiedy wresz­cie mam nogi na ziemi, zamy­kam drzwi z hukiem.

Czuję, że serce zaraz wysko­czy mi z piersi.

Cho­lera, cho­lera, cho­lera.

Wszystko przez głupi tele­fon.

Daję sobie kilka chwil na zła­pa­nie odde­chu, a potem włą­czam urzą­dze­nie. Trzęsą mi się ręce. Wyska­kuje powia­do­mie­nie, bo ma pra­wie dwa­dzie­ścia nie­ode­bra­nych połą­czeń, ale nie będę mogła spraw­dzić, kto dzwo­nił, dopóki nie wstu­kam hasła. Muszę zna­leźć kon­takt pod nazwą "mama" albo "tata", żeby zadzwo­nić i zapy­tać, kto to w ogóle jest i dla­czego zna­lazł się w moim samo­cho­dzie.

Pró­buję kilku absur­dal­nych kom­bi­na­cji, jak poczwórne zero albo "jeden, dwa, trzy, cztery". Wszyst­kie są nie­po­prawne i w końcu blo­kuję kartę. Klnę. Cze­kam nie­cier­pli­wie, aż minie dwa­dzie­ścia pięć sekund, kiedy nagle ekran staje się czarny.

Pró­buję włą­czyć ponow­nie, ale to na nic. Bate­ria roz­ła­do­wana. Eks­tra.

Gdyby nie wyglą­dał na drogi, rzu­ci­ła­bym tym zło­mem o ścianę.

Zaci­skam powieki i pró­buję zacho­wać spo­kój. Znowu przy­trzy­muję przy­cisk zasi­la­nia, modląc się, żeby zadzia­łał. Aku­rat wtedy sły­szę stu­ka­nie w szybę i ze stra­chu tele­fon o mało nie wyla­tuje mi z rąk. Odwra­cam się z ser­cem w gar­dle.

Już nie śpi.

Panika miaż­dży mi płuca. Cofam się kilka kro­ków, nie spusz­cza­jąc wzroku z auta. Znowu stuka w szybę, coraz bar­dziej pona­gla­jąco, ale ja się nie ruszam - jedy­nie prze­ły­kam ślinę. Pod­czas gdy on może mnie dokład­nie widzieć, ja z tru­dem dostrze­gam jego twarz. Pró­buje otwo­rzyć drzwi, ale nie udaje mu się to, a ja zaczy­nam prze­kli­nać samą sie­bie. Nie pamię­tam, żebym go zamy­kała.

Naj­pierw w moim samo­cho­dzie był śpiący chło­pak, a teraz jest uwię­ziony.

Sytu­acja robi się coraz gor­sza.

On powoli opusz­cza szybę.

- Wypu­ścisz mnie?

Wzdry­gam się, sły­sząc jego głos.

Jest głę­boki i szorstki. Czuję, że żołą­dek wywraca mi się na drugą stronę, ale docho­dzę do wnio­sku, że to przez tę całą absur­dalną sytu­ację. Jego duże nie­bie­skie oczy patrzą na mnie z nie­cier­pli­wo­ścią. Choć otwie­ram usta, nie mam poję­cia, co powie­dzieć, i tylko potrzą­sam głową. On wzdy­cha. Dosłow­nie chwilę potem odpy­cha się rękami, żeby wyjść przez okno.

O. Mój. Boże.

Cofam się tak szybko, na ile pozwa­lają mi nogi. To zwinny chło­pak, ale jest jesz­cze pod wpły­wem alko­holu. Kiedy sta­wia stopy na ziemi, zata­cza się i chwyta się samo­chodu, żeby się nie prze­wró­cić. Zgina się wpół i kła­dzie sobie dło­nie na skro­niach. Boli go głowa. Innymi słowy: ma kaca.

- Kim jesteś? - wypa­lam bez zasta­no­wie­nia.

Nie wiem, jakim cudem wydu­si­łam te słowa. Nie chcę, by wie­dział, że mnie onie­śmiela, więc zakła­dam ręce na piersi i marsz­czę czoło, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Pan Pijany patrzy na mnie z gry­ma­sem.

- Co?

Zaczy­nam się coraz bar­dziej nie­cier­pli­wić.

- Zapo­mnia­łeś, jak się nazy­wasz?

- My się znamy? - pyta, pro­stu­jąc się z tru­dem.

Rze­czy­wi­ście, jest ode mnie wyż­szy o jakieś dzie­sięć cen­ty­me­trów. Brodę na­dal trzy­mam wysoko, aby poka­zać pew­ność sie­bie. Nie prze­staję tupać nogą, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia może tego nie zauważy.

- Spa­łeś w moim samo­cho­dzie - przy­po­mi­nam mu, wska­zu­jąc głową pojazd. - Tak więc to ja zadaję tu pyta­nia.

Tak mocno marsz­czy czoło, że cała jego twarz się ściąga. Patrzy na auto, a potem na mnie i powta­rza tę sekwen­cję kilka razy.

- W twoim samo­cho­dzie? - dziwi się. Przy­ta­kuję, jakby to było oczy­wi­ste, a on łapie się za głowę. - Szlag, co ja, do cho­lery, robi­łem w nocy?

Posta­na­wiam opu­ścić nieco gardę. Wydaje się tak zdez­o­rien­to­wany, że trudno mi uznać go za zagro­że­nie. Obser­wuję go w mil­cze­niu, aż opusz­cza ręce i pyta:

- Byłaś ze mną?

- Nie, nawet nie wiem, kim jesteś.

Przy­ta­kuje, nie zwra­ca­jąc na mnie więk­szej uwagi.

- Możesz mi powie­dzieć, gdzie jeste­śmy?

Dla­czego wcze­śniej na to nie wpa­dłam? On nie jest stąd. Znam wszyst­kich miesz­kań­ców tego zadu­pia. Gdyby miesz­kał tu ktoś choćby w naj­mniej­szym stop­niu do niego podobny, przy­po­mnia­ła­bym sobie.

- Miln­row. - Nie reaguje, więc dodaję: - Anglia.

- Raczej trudno byłoby mi wyje­chać z kraju.

Wku­rzam się, bo to był sar­kazm. Prze­wra­cam oczami i usi­łuję zacho­wać dystans. On tym­cza­sem prze­szu­kuje kie­sze­nie. Klnie pod nosem.

- Zgu­bi­łem tele­fon.

- Tutaj jest.

Igno­ruję jego spoj­rze­nie, w któ­rym widać mie­szankę dez­orien­ta­cji i wyrzutu, i podaję mu go. Jego palce przy­pad­kowo muskają moje, co spra­wia, że natych­miast się odsu­wam. Na szczę­ście jest zbyt skon­cen­tro­wany na włą­cze­niu tele­fonu, by to zauwa­żyć. Szybko się prze­ko­nuje, że jest roz­ła­do­wany, i pry­cha wku­rzony.

Powin­nam mu powie­dzieć, że ma ze dwa­dzie­ścia nie­ode­bra­nych połą­czeń, ale nie chcę, by wie­dział, że węszy­łam.

- Szlag. - Pod­nosi wzrok. - Nie masz przy­pad­kiem łado­warki?

Ucie­kam wzro­kiem, bo nie czuję się swo­bod­nie, patrząc mu w oczy. Ale tylko pogar­szam sytu­ację, bo nagle zer­kam na jego sze­ro­kie ramiona, a kiedy moje spoj­rze­nie wędruje dalej w dół i napo­tyka pasek w dżin­sach, które nie­bez­piecz­nie przy­le­gają do jego bio­der, czuję, że mam sucho w ustach.

Wzdry­gam się i pospiesz­nie myślę o czymś innym. Mój głos staje się jesz­cze bar­dziej oschły, o ile to w ogóle moż­liwe.

- Nawet nie wiem, kim jesteś. Masz mi wyja­śnić, co, do cho­lery, robi­łeś w moim samo­cho­dzie.

Obser­wuje mnie w mil­cze­niu przez kilka dłu­gich sekund i oba­wiam się, że zauwa­żył, jak lustro­wa­łam go od stóp do głów. Ale tylko potrząsa głową.

- Niczego nie pamię­tam. - Nagle na jego twa­rzy poja­wia się zdzi­wie­nie i chło­pak marsz­czy czoło. - Chwila, co powie­dzia­łaś?

- Zapy­ta­łam, co robi­łeś w moim samo­cho­dzie.

- Nie, wcze­śniej.

- Chcę wie­dzieć, kim jesteś.

Teraz wygląda na jesz­cze bar­dziej zasko­czo­nego.

- Nie wiesz, kim jestem? - pyta, przy­swa­ja­jąc tę wia­do­mość ze zdu­mie­niem, a potem kręci głową, jakby nie dopusz­czał takiej moż­li­wo­ści. - Słu­chaj, jeśli uda­jesz, że mnie nie znasz, żeby mnie nie prze­stra­szyć, to lepiej, żebyś wie­działa, że...

Zauważa zmianę w moim wyra­zie twa­rzy i nie koń­czy zda­nia. Patrzę na niego z nie­do­wie­rza­niem. O co mu cho­dzi?

- Udaję? - powta­rzam. Wydaje mi się to tak sur­re­ali­styczne, że trudno mi w to uwie­rzyć. Mogli­by­śmy dalej tak dys­ku­to­wać, ale po co? Wysiadł już z mojego samo­chodu. Już nic wię­cej od niego nie potrze­buję. - Wiesz co? Nie­ważne. Tylko tracę przez cie­bie czas.

Roz­ma­wiamy zale­d­wie kilka minut, a już jestem w złym humo­rze. Oczy­wi­ście traci na atrak­cyj­no­ści, gdy tylko otwo­rzy usta. Posta­na­wiam, że to absur­dalne zda­rze­nie musi się tu zakoń­czyć, i omi­jam go, idąc do drzwi od strony kie­rowcy.

Kiedy łapie mnie za ramię, serce zaczyna mi walić jak młot.

- Cze­kaj - prosi, cią­gnąc mnie, abym się odwró­ciła. - Potrze­buję pomocy, okej? Nie wiem, gdzie jestem ani jak się tu dosta­łem. Mam roz­ła­do­wany tele­fon i...

- To nie mój pro­blem.

Szar­pię ramie­niem, żeby mnie puścił. Na dziś już mi wystar­czy. On jed­nak nie zamie­rza się pod­dać. Otwie­ram drzwi samo­chodu, a on zamyka je ponow­nie.

- Potrze­buję tylko łado­warki. Wyko­nam jeden tele­fon i spa­dam.

Mam złe prze­czu­cia. Musi wyczu­wać, że znowu odmó­wię, bo pod­nosi ręce i dodaje:

- Jestem nie­groźny. Możesz mnie prze­szu­kać, jeśli chcesz.

Tak jak myśla­łam, to dupek.

- Wypró­buj ten numer na moich sąsia­dach. Na pewno będziesz miał wię­cej szczę­ścia.

Im szyb­ciej odjadę, tym szyb­ciej dotrę do super­mar­ketu, a potem będę mogła znowu zamknąć się w swoim pokoju. Otwie­ram drzwi, ale on znowu je zamyka. Moja cier­pli­wość jest na wyczer­pa­niu. Odwra­cam się do niego, powstrzy­mu­jąc chęć roz­wa­le­nia mu głowy o szybę. On jed­nak nic sobie z tego nie robi. Podaje mi rękę.

- Jestem Liam. - Milk­nie. - Har­per.

Nie wiem, czy ocze­kuje, że zare­aguję w jakiś szcze­gólny spo­sób, ale zakła­dam ręce na piersi i tylko patrzę na jego wycią­gniętą dłoń.

- Pro­szę - dodaje ciszej.

Czuję ukłu­cie lito­ści. To jasne, że ani myśli się pod­da­wać, i cho­ciaż działa mi na nerwy, skoń­czymy to wcze­śniej, jeśli prze­sta­niemy prze­rzu­cać się sło­wami. Przy­ta­kuję i podej­muję decy­zję, choć wiem, że będę jej żało­wać.

- Dzie­sięć minut. - W końcu ustę­puję. - I ani minuty wię­cej.

Kiedy na niego spo­glą­dam, widzę, że na jego twa­rzy coś się zmie­niło. Nie wiem, kim on jest, ale zasta­na­wiam się, czy ist­nieją gwiaz­do­zbiory inspi­ro­wane takim uśmie­chem jak ten jego.

4. Nazwa gwiazdy

4

Nazwa gwiazdy

Liam

Do głowy przy­cho­dzą mi tylko dwa wyja­śnie­nia tego, co się dzieje: albo ta dziew­czyna świet­nie gra, albo nie ma zie­lo­nego poję­cia, kim jestem.

Sta­now­czo odrzu­cam myśl, że może cho­dzić o to dru­gie.

Cze­kam w mil­cze­niu, pod­czas gdy ona wal­czy z zam­kiem w drzwiach swo­jego domu, i korzy­sta­jąc z oka­zji, że na mnie nie patrzy, przy­glą­dam się jej uważ­nie. To drobna bru­netka z wło­sami obcię­tymi na wyso­ko­ści ramion. Wcze­śniej byłem zbyt zaspany, żeby zwró­cić na to uwagę, ale kiedy wresz­cie udaje jej się otwo­rzyć drzwi, wcho­dzi pierw­sza i wska­zuje, bym ruszył za nią - wtedy wle­piam w nią wzrok i nagle uznaję, że nie tylko jest cał­kiem nie­zła. Jest wię­cej niż świetna.

- Pospiesz się z łaski swo­jej - wypala, nie patrząc na mnie.

Jej wrogi ton zmu­sza mnie do rusze­nia z miej­sca.

Dom jest mały i pach­nie środ­kiem dezyn­fe­ku­ją­cym, jakby ktoś wła­śnie zro­bił tu grun­towne porządki. Za bar­dzo boli mnie głowa, bym zwra­cał uwagę na szcze­góły, ale na pierw­szy rzut oka widać, że to miej­sce w niczym nie przy­po­mina naszej willi. Jak ona powie­działa - że gdzie jeste­śmy? Nie przy­po­minam sobie, bym kie­dy­kol­wiek sły­szał nazwę tego zadu­pia.

Szlag. Co ja, do cho­lery, robi­łem w nocy?

Pamię­tam, że widzia­łem Michelle i Maxa razem na impre­zie i że potem wsia­dłem do samo­chodu z butelką wódki. Poje­cha­łem za mia­sto, zapar­ko­wa­łem na jakiejś pustej działce i zaczą­łem pić, aż wszystko wokół zro­biło się zama­zane. To, co się stało póź­niej, to jedna wielka zagadka. W jakiś spo­sób wylą­do­wa­łem w samo­cho­dzie nie­zna­jo­mej z nie­złym cha­rak­ter­kiem, która teraz pro­wa­dzi mnie, jak sądzę, do swo­jego pokoju.

Pomiesz­cze­nie jest dość spore, bio­rąc pod uwagę wiel­kość reszty domu. Są tu dwa iden­tyczne łóżka sto­jące przy bocz­nych ścia­nach, ale - pod­czas gdy jedno jest nie­za­słane - wydaje się, że na tym dru­gim od dawna nikt nie spał. Jed­nak ogól­nie rzecz bio­rąc, panuje tu porzą­dek, co z jakie­goś powodu w ogóle mnie nie zaska­kuje. Pod­no­szę wzrok na sufit i uświa­da­miam sobie, że jest pełen pla­sti­ko­wych gwiazd.

Wow. Nie­zła eks­cen­tryczka.

- Przy­tul­nie - rzu­cam, bo chcę być miły.

Odbur­kuje coś w odpo­wie­dzi. Zostaję przy drzwiach, a ona prze­szu­kuje szu­flady szafki noc­nej. Nie chcę kusić losu, więc trzy­mam oczy z dala od niej. Żeby zająć się czymś innym, wyglą­dam na kory­tarz. Są tu jesz­cze dwa pokoje, ale oba zamknięte i wszę­dzie panuje cisza jak makiem zasiał. Zasta­na­wiam się, czy mieszka sama.

Ile może mieć lat? Wystar­cza­jąco, żeby się unie­za­leż­nić? Dociera do mnie, że nie znam też jej imie­nia. Szlag, nie jestem nawet pewien, czy jest peł­no­let­nia. Dla dobra nas obojga będzie lepiej, jak się wresz­cie sku­pię.

- Mam. - Jej głos przy­wraca mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Podaje mi białą łado­warkę. Patrzę na dziew­czynę i widzę jej ciemne oczy, zapad­nięte policzki i te pełne wargi. Przy­gląda mi się nie­cier­pli­wie, więc pospiesz­nie biorę łado­warkę.

- Dzięki.

Wska­zuje jakiś punkt za mną.

- Tam możesz pod­łą­czyć.

Pod­łą­czyć. No jasne. Łado­warki się pod­łą­cza.

- Masz aspi­rynę? - pytam ledwo żywy. - Zaraz pęk­nie mi głowa.

To ryzy­kowny krok, ale nie mogę już dłu­żej wytrzy­mać. Ona zakłada ręce na piersi i patrzy na mnie podejrz­li­wie.

- Potrze­buję cze­goś, co pomoże na kaca. - tłu­ma­czę.

- Wystar­czy nie pić.

- Bar­dzo śmieszne.

- Miało być dzie­sięć minut, zostało ci już tylko sie­dem - przy­po­mina mi oschłym tonem.

Nie cier­pię prze­gry­wać na argu­menty, ale trzy­mam gębę na kłódkę. Muszę się jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć, w jaki spo­sób się tu zna­la­złem, a przede wszyst­kim, jak wró­cić. Adam pew­nie odcho­dzi od zmy­słów. Zni­kam w swoje uro­dziny bez słowa wyja­śnie­nia? W jego oczach to tak, jak­bym popeł­nił zbrod­nię.

Odwra­cam się w poszu­ki­wa­niu gniazdka i opie­ram się poku­sie, by na nią spoj­rzeć, gdy sły­szę jakiś szmer za ple­cami. Potem wyj­muję z kie­szeni tele­fon i pró­buję go pod­łą­czyć. Wygląda jed­nak na to, że dziś rano los obró­cił się prze­ciwko mnie, bo łado­warka się nie nadaje.

Mam prze­srane.

Co ja teraz zro­bię?

Zasła­niam gniazdko cia­łem i udaję, że uży­wam tele­fonu, tylko po to, żeby zyskać na cza­sie, cho­ciaż ona wcale na mnie nie patrzy. Wbija wzrok w gwiazdy na sufi­cie. Jeśli chcę, żeby mi pomo­gła, muszę szybko coś wymy­ślić, bo zaraz po pro­stu wyrzuci mnie stąd na kopach. Wku­rza się za każ­dym razem, gdy otwie­ram usta.

- No i? - pyta po kilku sekun­dach.

Biorę się w garść, a potem się odwra­cam i oddaję łado­warkę.

- Nie pasuje.

Na początku jest zasko­czona, ale wyraz jej twa­rzy ulega zmia­nie, kiedy widzi mój tele­fon. I nagle, zamiast zło­ści, dostrze­gam zawsty­dze­nie, jakby to była jej wina, że nie ma spe­cjal­nej łado­warki do tele­fonów z naj­wyż­szej półki.

Jej głos brzmi jed­nak rów­nie lodo­wato i sar­ka­stycz­nie jak wcze­śniej:

- Szkoda. Wygląda na to, że nie będę mogła ci pomóc.

- Nie mam dokąd pójść. - Brzmię tak despe­racko, że współ­czuję sam sobie. Kiedy na mnie spo­gląda, w jej oczach dostrze­gam waha­nie. Tym­cza­sem w skro­niach na­dal czuję prze­szy­wa­jący ból. - Potrze­buję aspi­ryny. Pro­szę.

Na szczę­ście ustę­puje. Poka­zuje, żebym usiadł, a sama wycho­dzi z pokoju. Kiedy po chwili wraca z tabletką i szklanką wody, wymyka mi się wes­tchnie­nie ulgi. Łykam bez zasta­no­wie­nia.

- Lepiej?

Zanim zadziała, musi minąć tro­chę czasu, ale i tak odpo­wia­dam:

- Dzięki.

- Przy­kro mi, że moja łado­warka się nie nadaje. Mam tylko taką.

Bie­rze ode mnie szklankę, sta­wia ją na szafce noc­nej i siada na łóżku w bez­piecz­nej odle­gło­ści. Moż­liwe, że jest skłonna pomóc mi bar­dziej, niż mi się wydaje.

- Możesz mi przy­po­mnieć, jak się nazywa ta miej­sco­wość? - pytam.

- Miln­row.

- Gdzie to dokład­nie jest? - pytam z zamknię­tymi oczami. Pod­no­szę ręce do skroni i bła­gam, by aspi­ryna zadzia­łała jak naj­szyb­ciej.

- Pół godziny jazdy z Man­che­steru i jakieś czte­ry­sta kilo­me­trów od sto­licy.

Gwał­tow­nie pod­no­szę głowę.

- Co? Ile kilo­me­trów od Lon­dynu?

Jak ja się, do cho­lery, tu zna­la­złem?

Nie­zna­joma chyba czyta w moich myślach, bo jej twarz się spina.

- Jecha­łeś auto­stradą pra­wie czte­ry­sta kilo­me­trów po pijaku? - Jej głos jest pełen wyrzutu. Wygląda tak, jakby za chwilę miała mnie wal­nąć pię­ścią w twarz.

- Gdy­bym przy­je­chał wła­snym samo­cho­dem, nie wylą­do­wał­bym w twoim.

To jest tak logiczna odpo­wiedź, że dziew­czyna się uspo­kaja. Chowa pazury, choć na­dal jest podejrz­liwa.

- Co dwa dni jeź­dzi tędy nocny auto­bus. Przy­sta­nek jest kilka ulic dalej. Chyba udało nam się roz­wią­zać zagadkę.

Czuję, że wszystko wokół wiruje. Nie pamię­tam, żebym wsia­dał do czy­je­goś samo­chodu, ale nie pamię­tam też, żebym kupo­wał bilet na auto­bus. O czym ja myśla­łem? Cóż, okej, tak naprawdę wiem, o czym myśla­łem: chcia­łem się zna­leźć moż­li­wie naj­da­lej od matki, Adama i reszty mojego życia.

Nie sądzi­łem, że Pijany Liam potrak­tuje to aż tak dosłow­nie.

- Skoro miesz­kasz w Lon­dy­nie, a zna­la­złeś się tutaj, to powi­nie­neś zadzwo­nić do swo­ich rodzi­ców. Pew­nie się mar­twią - odzywa się nie­zna­joma.

Nie­mal śmieję się gorzko. Mama się o mnie mar­twi? A to dobre. Adam na pewno teraz histe­ry­zuje, ale nie dla­tego, że go obcho­dzę, tylko dla­tego, że nie może mnie pil­no­wać i ma świa­do­mość, że każde z moich dzia­łań moje zaszko­dzić wize­run­kowi matki. W każ­dym razie ona ma rację. Powi­nie­nem do nich zadzwo­nić i choć raz w życiu mogliby zadać sobie trud bycia rodzi­cami.

Kło­pot w tym, że nie wiem, jak im wyja­śnić, co się stało. Nie mogę im prze­cież powie­dzieć, że w nocy wypi­łem tyle, że wsia­dłem do auto­busu jadą­cego doni­kąd. Osza­le­liby. A poza tym wcale ich nie potrze­buję. Nauczy­łem się sam roz­wią­zy­wać swoje pro­blemy. Znajdę jakiś spo­sób, żeby wró­cić. I skon­tak­to­wać się z Eva­nem, żeby mnie krył.

- Możesz mnie pod­rzu­cić na przy­sta­nek? - pytam. - Powi­nie­nem jak naj­szyb­ciej wró­cić.

Mruga, jak­bym sobie z niej żar­to­wał.

- Już ci powie­dzia­łam, auto­bus jeź­dzi co dwa dni. Jeste­śmy na zadu­piu. I jest sobota. Nikt nie chce przy­jeż­dżać do Miln­row w zwy­kły dzień, a co dopiero w week­end.

Jej odpo­wiedź jest jak cios w brzuch.

- To co mam zro­bić? Cze­kać tu, aż przy­je­dzie następny auto­bus?

- Mowy nie ma. Miało być dzie­sięć minut, a sie­dzisz tu już pięt­na­ście. Robię ci przy­sługę. - Znowu ten wrogi ton. Chyba zauważa, że nie jestem w nastroju do kłótni, bo milk­nie, a potem odzywa się łagod­niej­szym gło­sem. - W każ­dym razie po co tu przy­je­cha­łeś? Ucie­ka­łeś przed czymś? Masz pro­blemy z rodzi­cami?

Obser­wuję ją przez chwilę. Na jej twa­rzy szu­kam oznak, że kła­mie, ale nie znaj­duję niczego. A więc to wszystko na serio?

- Naprawdę nie wiesz, kim jestem?

Moje pyta­nie kolejny raz wytrąca ją z rów­no­wagi.

- Wiem tylko tyle, że masz na imię Sean.

- Liam.

- Nie­ważne.

- Har­per. Nazy­wam się Liam Har­per. - Liczę, że zare­aguje, sły­sząc nazwi­sko mojej matki, ale ona pozo­staje nie­wzru­szona. Wzdy­cham zmę­czony. - Wygląda na to, że na zadu­pie nie dociera też inter­net.

Mój nagły atak ją zaska­kuje.

- Tylko ja mogę się cze­piać mojego mia­steczka - mówi ostrze­gaw­czo.

- Raczej wio­ski.

- Mogło być gorzej.

Patrzę na nią i się nad tym zasta­na­wiam.

- Tak, masz rację.

Cisza. Nie odwraca wzroku, ale umiem wyczuć, kiedy dener­wuję jakąś dziew­czynę, i cho­ciaż ona pró­buje to ukryć, jest jasne, że moja obec­ność ją drażni. Mimo to twier­dzi, że nie ma poję­cia, kim jestem. To może być moja prze­waga, więc posta­na­wiam zaosz­czę­dzić sobie szcze­gó­łów:

- Nie ucie­kam. Nawet nie wiem, jak tu dotar­łem. Ale muszę wró­cić do domu, zanim rodzice się dowie­dzą, że mnie nie ma. Mówisz, że przez naj­bliż­sze dwa dni nie będzie żad­nego auto­busu, a nie zamie­rzam tyle cze­kać, więc jako jedyna możesz mi pomóc.

Unosi brwi. Okej, jesz­cze mnie nie wywa­liła, więc gra­tu­luję sobie krót­kiej, lecz sku­tecz­nej prze­mowy.

- Ja? - Dziew­czyna dziwi się, nie wie­dząc, do czego zmie­rzam.

- Chcę, żebyś zawio­zła mnie do Lon­dynu.

Bez­po­śred­nio i bez znie­czu­le­nia. Odpo­wiada auto­ma­tycz­nie:

- Nie.

- No weź, nie mam jak wró­cić - mówię i wstaję, ale wciąż zacho­wuję dystans.

- To nie mój pro­blem. Mam coś do zała­twie­nia, a przez cie­bie tylko tracę czas.

Szlag. Muszę ją prze­ko­nać, zanim powie, że mam sobie iść. Szybko roz­glą­dam się po pokoju w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji, ale jedyne, co widzę, to notat­niki na biurku.

- Wyna­gro­dzę ci to. - Pró­buję dalej, choć jesz­cze nie wiem, jak miał­bym jej się odwdzię­czyć.

- Nie jestem zain­te­re­so­wana.

- Mogę zapła­cić.

Pro­po­nuję to nie­mal auto­ma­tycz­nie, bo już się prze­ko­na­łem, że ludzie dla pie­nię­dzy zro­bią wszystko. Patrzy na mnie podejrz­li­wie.

- Nie opłaci mi się, jeśli pokry­jesz tylko koszty paliwa.

- Dał­bym ci wię­cej. Pie­nią­dze to nie pro­blem.

Czuję odro­binę nadziei, widząc waha­nie w jej oczach. Zasta­na­wiam się, na co prze­zna­czy te pie­nią­dze. Pozwoli sobie na jakąś zachciankę czy naprawdę potrze­buje tej kasy?

- Ile? - pyta.

- A ile chcesz?

- Czte­ry­sta.

- Trzy­sta pięć­dzie­siąt.

- Mógł­byś zamó­wić tak­sówkę i jesz­cze by ci zostało.

- Bie­rzesz czy nie?

- Czte­ry­sta. - Upiera się przy swo­jej stawce, zakła­da­jąc ręce na piersi. - Albo przez naj­bliż­sze dwa dni będziesz spał na przy­stanku.

Ocze­kuje, że będę pro­te­sto­wał, ale mam zwią­zane ręce. Więc cho­wam dumę do kie­szeni i się zga­dzam.

- W porządku, niech będzie czte­ry­sta.

Nie wygląda jed­nak na zbyt prze­ko­naną. Daję jej kilka sekund na zasta­no­wie­nie. Kiedy przy­gryza wargę, mój wzrok pada na jej usta, a potem prze­suwa się niżej. Nie przy­po­mina Michelle, ale podoba mi się. Nie umiał­bym powie­dzieć, czy jest w moim typie, bo chyba nie mam żad­nego okre­ślo­nego typu, ale każdy by zauwa­żył, że jest ładna. Wygląda naprawdę świet­nie. Zmu­szam się do odwró­ce­nia wzroku tylko dla­tego, że wymaga tego sytu­acja.

- Muszę wró­cić do domu przed nocą - mówi po dłuż­szym namy­śle.

- Poje­dziemy od razu do Lon­dynu. Zdą­żysz.

- Okej. Umowa stoi.

Uf, kamień z serca. Może przy odro­bi­nie szczę­ścia zdo­łam ją jesz­cze prze­ko­nać, żeby poży­czyła mi tele­fon, bym mógł zadzwo­nić do Evana. Wszystko idzie jak po maśle, ale jest jedna kwe­stia.

- Masz prawko? - pytam.

- Słu­cham?

- Wiem, że wiele szes­na­sto­la­tek jeź­dzi bez.

- Mam osiem­na­ście lat, dupku - wypala. - I ni­gdy nie pro­wa­dzi­ła­bym bez doku­men­tów.

Ukry­wam uśmiech. Świet­nie. Jest peł­no­let­nia.

Patrzy mi pro­sto w oczy, ale po chwili się odwraca i szuka swo­jego tele­fonu oraz klu­czy. Chyba naprawdę się przy mnie dener­wuje. Mil­czę, aż ponow­nie odwraca się w moją stronę.

- Powin­ni­śmy już jechać - mówi, nie patrząc wprost na mnie.

- A ty powin­naś powie­dzieć mi, jak masz na imię. Jeśli mnie porwiesz i cię zła­pią, poli­cja będzie chciała infor­ma­cji.

Chcia­łem ją roz­ba­wić, ale jesz­cze się opiera. Przy­gląda mi się nie­uf­nie i odpo­wiada:

- Mam na imię Maia.

Maia. Podoba mi się.

- To nazwa gwiazdy - zauwa­żam.

- Lubisz astro­no­mię? - pyta zasko­czona.

Kilka mie­sięcy temu Michelle adop­to­wała kotkę i poma­ga­łem jej wybrać imię. Prze­ko­pa­łem cały inter­net w poszu­ki­wa­niu tych naj­ład­niej­szych i "Maia" znaj­do­wała się wśród moich pro­po­zy­cji. Nie będę jej opo­wia­dał całej histo­rii, więc tylko wzru­szam ramio­nami.

- Coś w tym stylu - odpo­wia­dam krótko.

Nie pamię­tam, jakie imię wybrała w końcu Michelle, ale mam nadzieję, że nie to. Za każ­dym razem, gdy je usły­szę, na pewno będę przy­po­mi­nał sobie o tej dziew­czy­nie.

5. Podróż

5

Podróż

Liam

- Zapnij pas.

- Tak jest, sier­żan­cie.

Maia prze­wraca oczami. Robię, jak mówi, choć nie ukry­wam uśmie­chu. Jestem dobry we wku­rza­niu ludzi, powie­dział­bym, że to jedna z moich zalet. Ona ma cha­rak­te­rek i myślę, że będę się świet­nie bawił, wbi­ja­jąc jej szpilki przez całą drogę.

Posta­na­wiam jed­nak zacze­kać z tym, aż znaj­dziemy się na auto­stra­dzie i nie będzie już mogła wyko­pać mnie z auta. Zanim wyje­cha­li­śmy, minęło pra­wie pół godziny, bo jesz­cze nie była do końca prze­ko­nana. Wytrzy­ma­łem bez narze­ka­nia jak praw­dziwy mistrz, choć nie rozu­mia­łem, co ją tak mar­twi, prze­cież będzie z powro­tem co naj­wy­żej późno w nocy. Okej, to wiele godzin jazdy, ale zamie­rzam dobrze jej zapła­cić. Wydaje mi się, że to uczciwy układ.

A mimo to wciąż zacho­wuje się tak, jakby to była dla niej tor­tura.

Przed wyjaz­dem dowie­dzia­łem się też, że nie mieszka sama. Weszła do jed­nego z pokoi, żeby poże­gnać się z matką, która jesz­cze spała. Maia chyba nie powie­działa jej zbyt wiele, a ona o nic nie dopy­ty­wała, co spra­wia, że już mamy coś wspól­nego. Pozwa­lasz córce wsiąść do samo­chodu z nie­zna­jo­mym i nawet cię nie inte­re­suje, dokąd jedzie? Cóż, brzmi jak coś, co zro­bi­łaby też moja matka.

Maia jedzie do wyjazdu z Miln­row. Ja patrzę przez okno, roz­ko­ja­rzony. Teraz, gdy aspi­ryna zadzia­łała, nie boli mnie już głowa, ale ten gru­chot jest tak nie­wy­godny, że nie wiem, jak wytrzy­mam tu pra­wie cztery godziny. Moje nogi są za dłu­gie na to sie­dze­nie. Wiercę się nie­spo­koj­nie, a ona prze­staje na chwilę patrzeć na drogę, by spoj­rzeć na mnie.

- A więc bogaty dzie­ciak nie jest przy­zwy­cza­jony do małych samo­cho­dów, co?

Prze­wra­cam oczami. Nazywa mnie tak, odkąd powie­dzia­łem, że pie­nią­dze to nie pro­blem.

- Jesteś wrogo nasta­wiona, Maia. Można by pomy­śleć, że mnie pod­ry­wasz.

- Przy­kro mi, ale nie jesteś w moim typie.

- Ta, jasne.

- Faceci, któ­rzy udają twar­dzieli, są dla mnie śmieszni.

Powstrzy­muję uśmiech.

- Pró­bu­jesz zra­nić moje ego?

- Prawda boli.

- Uwa­żasz, że udaję twar­dziela. Cóż, nie jest źle. - Tak naprawdę uwa­żam, że to inte­re­su­jące. Odchy­lam się na opar­cie i uśmie­cham kpiąco. Ponie­waż ona nie odpo­wiada, posta­na­wiam jej jesz­cze tro­chę dogryźć. - Powiedz, robi­łaś mi zdję­cia, kiedy spa­łem? Na pewno obkle­isz nimi swój pokój.

- Nie, a gdy­bym je zro­biła, to po to, żeby poka­zać poli­cji.

Znowu to samo.

- Spę­dzimy razem dużo czasu. Byłoby dobrze, gdy­byś prze­stała trak­to­wać mnie jak prze­stępcę.

- Nie wiem, czy nim jesteś, czy nie.

To już naprawdę mnie wku­rza. Widzę, że mocno ści­ska kie­row­nicę i nie prze­staje ner­wowo zer­kać w lusterko wsteczne. Jest spięta, odkąd wyje­cha­li­śmy. A więc to przeze mnie? Wyobra­żam sobie, że woń alko­holu nie­zbyt pomo­gła mi wywrzeć pozy­tywne wra­że­nie, no i od wczo­raj nie bra­łem prysz­nica. Nie było publicz­nej toa­lety w tym prze­klę­tym auto­bu­sie, do któ­rego musia­łem wsiąść pijany i który zosta­wił mnie pośrodku niczego.

Gdy o tym teraz myślę, uzmy­sła­wiam sobie, że nie prze­glą­da­łem się też. Opusz­czam osłonę prze­ciw­sło­neczną, żeby przej­rzeć się w lusterku, ale w tej samej chwili Maia skręca, gwał­tow­nie zjeż­dża­jąc z drogi, i zatrzy­muje samo­chód na polnej ścieżce. Serce wali mi jak młot. Co, do cho­lery...?

Zanim zdążę zapy­tać, wysiada z auta i okrąża je, żeby otwo­rzyć drzwi z mojej strony. Zaczy­nam myśleć, że mnie tu zostawi, ale ona wypala:

- Ty pro­wa­dzisz.

- Co? - mam­ro­czę oszo­ło­miony.

- Ty pro­wa­dzisz. No już, ruszaj się.

Nie reaguję, więc cią­gnie mnie za ramię.

- Liam, pro­szę.

Widząc jej despe­ra­cję, reaguję i wysia­dam. Maia bły­ska­wicz­nie zaj­muje moje miej­sce. Potem zamyka drzwi i czeka z rękami zało­żo­nymi na piersi, aż wsiądę. Daję sobie kilka sekund, żeby prze­two­rzyć to, co się wła­śnie stało. Ta dziew­czyna ma nie­równo pod sufi­tem.

Tak czy ina­czej wsia­dam do samo­chodu.

- W porządku. - Wzdy­cham i zapi­nam pas. Moje nogi są za dłu­gie, więc szu­kam uchwytu pod fote­lem, żeby go prze­su­nąć.

Maia na mnie nie patrzy. Jest blada i ner­wowo wbija sobie paznok­cie w ramiona. Jesz­cze chwilę wcze­śniej pomy­ślał­bym, że to z mojej winy, ale wąt­pię, żeby pozwo­liła mi pro­wa­dzić, gdyby myślała, że zro­bię jej krzywdę. Tak bar­dzo boi się jeź­dzić? Ja też byłem zestre­so­wany, kiedy zro­bi­łem prawo jazdy, ale ni­gdy do tego stop­nia.

- Dobrze się czu­jesz? - pytam.

Wzdryga się na dźwięk mojego głosu. Wygląda tak, jakby zaraz miała dostać ataku paniki. Prze­łyka ślinę i kiwa głową, choć wiem, że robi to tylko po to, żebym prze­stał dopy­ty­wać.

- Jedź ostroż­nie - prosi.

- Jasne.

Strasz­nie dziwna dziew­czyna.

Nie mówię nic wię­cej i manew­ruję autem, żeby wró­cić na drogę. Mil­czymy przez kolejne pięć minut. Maia tylko patrzy przez okno, spięta, z rękami wciąż zało­żo­nymi na piersi, a ja rzu­cam jej ukrad­kowe spoj­rze­nia i ner­wowo bęb­nię pal­cami w kie­row­nicę. Trudno mi się sku­pić, kiedy sie­dzi obok. Zanim wyszli­śmy z jej domu, ledwo ufała mi na tyle, żeby pozwo­lić mi wsiąść do swo­jego samo­chodu, a teraz chce, żebym pro­wa­dził. Cokol­wiek się z nią dzieje, musi to być coś poważ­nego.

I nie sądzę, żeby cisza poma­gała.

- Byłaś kie­dyś w Lon­dy­nie?

Spina się jesz­cze bar­dziej. Patrzę na nią kątem oka, a potem znowu sku­piam się na dro­dze.

- Nie - odpo­wiada krótko.

- No to powin­naś. Na pewno ci się spodoba. - Patrzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem. - Wszyst­kim się podoba - dodaję.

Scep­tycz­nie mlasz­cze języ­kiem, ale popra­wia się na sie­dze­niu i przy­suwa się nieco bli­żej.

- Sły­sza­łam, że to bar­dzo smutne mia­sto.

- Cóż, z doświad­cze­nia wiem, że nie warto wie­rzyć plot­kom.

Tym przy­ku­wam jej uwagę. Na szczę­ście chyba już prze­stała myśleć o tym, co - jak mi się wydaje - ją mar­twi.

- Śmiało. - mówię zachę­ca­jąco, rzu­ca­jąc jej szyb­kie spoj­rze­nie. - Pytaj, o co chcesz. Pro­wa­dzę twój samo­chód, a ty nawet nie wiesz, ile mam lat.

- Nie obcho­dzi mnie to. - Kła­mie szybko w obron­nym geście.

- Nie uda­waj twar­dzielki, Maia. Przej­rza­łem cię.

Spo­dzie­wam się, że znowu się najeży, ale ona tylko wzdy­cha zre­zy­gno­wana.

- Ile masz lat? - pyta.

- Dzie­więt­na­ście.

- Wystar­cza­jąco, żeby pójść do wię­zie­nia za porwa­nie - rzuca gorzko.

Tym razem się nie uśmie­cham.

- To ty nale­ga­łaś, żebym usiadł za kół­kiem.

Natych­miast wyła­puje pyta­nie ukryte w moich sło­wach. Popra­wia się na sie­dze­niu, jakby nagle poczuła się nie­zręcz­nie.

- Nie jestem przy­zwy­cza­jona do dłuż­szych tras.

- Jako kie­rowca? - Zga­duję tylko. Wyobra­żam sobie, że wie­lo­krot­nie podró­żo­wała z rodzi­cami.

- Ogól­nie. - Milknę, żeby mówiła dalej. To chyba ją roz­luź­nia. - Codzien­nie jeż­dżę do Man­che­steru tam i z powro­tem, ale to się nie liczy. To tylko pół godziny drogi.

- Pra­cu­jesz tam?

- Nie. Cóż, mniej wię­cej.

- Ale pra­cu­jesz, prawda?

- Jestem kel­nerką.

- Cie­kawe, co?

- To, że pra­cuję w barze, nie ozna­cza, że lubię zada­wać się z pija­kami - wypala oschle.

Z tru­dem powstrzy­muję śmiech. Szybko zała­pała żart.

- Stu­diu­jesz? - pytam dalej.

- Nie.

Nie chcę, żeby to wyglą­dało jak prze­słu­cha­nie, więc mówię:

- Ja też nie. Nie posze­dłem na uni­we­rek, bo chcia­łem się poświę­cić wyłącz­nie temu, co robię.

Sta­ram się wzbu­dzić w niej cie­ka­wość, ale ona tylko wzru­sza ramio­nami, zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wana moimi spra­wami. Nie­zły cios dla mojego ego. Tak naprawdę wiem, że lepiej, by nie wie­działa, kim jestem, na dłuż­szą metę przy­spo­rzy mi to mniej pro­ble­mów. Ale trak­tuje mnie jak zwy­kłego dupka, a jakaś część mnie nie może się docze­kać, by powie­dzieć prawdę, tylko po to, żeby jej zaim­po­no­wać.

- Żału­jesz, że nie posze­dłeś na uni­wer­sy­tet? - podej­muje po chwili. - Gdy­bym ja miała taką szansę, nie zmar­no­wa­ła­bym jej.

- Domy­ślam się. Zre­zy­gno­wa­łem, żeby robić to, co naprawdę mnie uszczę­śli­wia.

Dzi­wię się, że moje kłam­stwo brzmi tak wia­ry­god­nie.

- To jest w porządku - odpo­wiada.

- Dla­czego nie możesz stu­dio­wać?

- Pra­cuję. Nie dała­bym rady tego połą­czyć. Poza tym może w twoim świe­cie ludzie się nad tym nie zasta­na­wiają, ale stu­dia są dro­gie.

Myślę o tym, co powie­działa, i przy­ta­kuję. Ni­gdy nie przy­szło mi to do głowy.

- Masz rację - zga­dzam się. - W moim świe­cie nikt się nad tym nie zasta­na­wia.

Teraz, gdy mam tego świa­do­mość, widzę, że to dość smutne. I nie­spra­wie­dliwe. Maia obej­muje się ramio­nami i patrzy w drugą stronę.

- Wła­śnie.

- A co byś stu­dio­wała? - pytam. Chcę zmie­nić temat, żeby nie przyj­mo­wała cią­gle postawy obron­nej. Poza tym nie mogę zaprze­czyć, że jestem cie­kaw.

Jak na kogoś, kto z powodu "swo­jego świata" ni­gdy nie pla­no­wał stu­dio­wać, Maia nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści.

- Dzien­ni­kar­stwo.

- Dla­tego masz tyle notat­ni­ków? Piszesz?

Nie wiem, kto jest teraz bar­dziej zasko­czony: czy ona, orien­tu­jąc się, że zwró­ci­łem na to uwagę, czy ja, gdy uświa­da­miam sobie, że rze­czy­wi­ście to zro­bi­łem.

- Skąd wiesz, że mam tyle notat­ni­ków?

- Leżały na twoim biurku. Jestem dobrym obser­wa­to­rem.

- I dla­tego możesz być prze­stępcą.

Bie­rze mnie z zasko­cze­nia i nie mogę powstrzy­mać śmie­chu. Moja reak­cja spra­wia, że Maia sztyw­nieje, ale na jej ustach osta­tecz­nie maluje się nie­śmiały uśmiech. To zachęca mnie do kon­ty­nu­owa­nia roz­mowy.

- Tak naprawdę nie wiem nic na temat astro­no­mii. Twoje imię zna­la­złem na stro­nie z imio­nami dla kotów.

Teraz to ona się śmieje. Nie mogę się oprzeć, by znów na nią nie spoj­rzeć, choć znowu szybko sku­piam się na dro­dze. Bar­dzo ład­nie się śmieje.

- Wie­dzia­łam, że to kłam­stwo. Nie wyglą­dasz mi na astro­no­micz­nego nerda.

- Mówisz tak dla­tego, że jestem przy­stojny?

- Dla­tego, że wyglą­dasz na kre­tyna.

Przy­kła­dam rękę do klatki pier­sio­wej, jakby tra­fiła mnie pro­sto w serce.

- Ranisz mnie.

- Na pewno.

Wymyka mi się uśmiech. Ani myślę przy­zna­wać tego na głos, ale mimo wszystko chyba tro­chę ją lubię.

- Twoi rodzice wie­dzieli, że Maia to nazwa gwiazdy?

- Tata uwiel­biał astro­no­mię. Zawsze powta­rzał mamie, że ożeni się z nią tylko pod warun­kiem, że pozwoli mu nadać dzie­ciom takie imiona, jakie zechce. On wybrał też imię dla mojej sio­stry. - Robi pauzę i na mnie patrzy. - Ma na imię Deneb. To naj­bar­dziej odda­lona od Ziemi gwiazda znana czło­wie­kowi.

Zalega krę­pu­jąca cisza. Maia przy­suwa się do drzwi i wygląda na to, że się w sobie zamyka. Odchrzą­kuję.

- To na pewno fajny facet. Twój ojciec - rzu­cam.

- Nie żyje.

Szlag. Serce wali mi tak mocno, że o mało nie wypa­damy z drogi.

- Przy­kro mi - mówię bez tchu.

Pospiesz­nie odpo­wiada, tak jakby wła­śnie uświa­do­miła sobie, jak szorstko zabrzmiało to, co powie­działa.

- W porządku. Zmarł, kiedy mia­łam dzie­sięć lat. Nie mogłeś wie­dzieć.

Znowu mam wra­że­nie, jakby cisza miała nas wchło­nąć.

- Ja też nie mam ojca - wyznaję. Nie wiem, dla­czego tak bar­dzo chcę jej o tym opo­wie­dzieć. - Zmył się, kiedy skoń­czy­łem dwa­na­ście lat. Wycho­wy­wała mnie matka.

Za bar­dzo przy­pu­dro­wa­łem sytu­ację, ale nie musi wie­dzieć nic wię­cej na temat mojej rodziny. Wyobra­żam sobie, że powie, że jej przy­kro, jak wszy­scy, ona jed­nak rzuca tylko:

- Do dupy.

A ja się śmieję, bo ma cał­ko­witą rację.

- Nie podo­bało mu się, że moja mama odnio­sła więk­szy suk­ces niż on.

Ni­gdy nie mógł znieść tego, że tak dobrze sobie radzi. Kiedy jej nazwi­sko zaczęło być znane w kraju, kłót­nie w domu stały się tak czę­ste, że cią­gle sie­dzia­łem w swoim pokoju. Potem się roz­wie­dli i mój ojciec po pro­stu znik­nął bez słowa. Już wię­cej się z nim nie widzie­li­śmy i wcale tego nie potrze­bu­jemy. Adam jest nudzia­rzem, ale trak­tuje mamę znacz­nie lepiej.

Na kolejne czter­dzie­ści minut zapada cisza, która nie jest już taka krę­pu­jąca. Maia nuci pio­senki, które lecą w radiu, i podzi­wia kra­jo­braz za oknem. Po dłu­gim namy­śle posta­na­wiam zje­chać na MOP. Par­ku­jemy obok kawiarni, w któ­rej chyba nie ma zbyt wielu klien­tów.

- A więc jed­nak pla­no­wa­łeś mnie porwać... - mówi cicho, roz­glą­da­jąc się wokół.

- Zapra­szam cię na kawę. Muszę się pobu­dzić.

Wysia­dam, nie pozwa­la­jąc jej odpo­wie­dzieć. Po kilku sekun­dach ona robi to samo.

- Tego nie było w umo­wie - przy­po­mina, patrząc na mnie ponad dachem samo­chodu.

Uśmie­cham się i rzu­cam jej klu­czyki.

- Nie ma nic złego w zapro­sze­niu ład­nej dziew­czyny na coś do picia.

Ona łapie je w locie.

- Nie flir­tuj ze mną - ostrzega.

- Nie flir­tuję, Maia. Możesz sobie o mnie fan­ta­zjo­wać, jak będziesz szła spać.

Uśmie­cham się i ruszam w stronę kawiarni. Ona idzie za mną nie­chęt­nie. Kiedy otwie­ram jej drzwi, zakłada ręce na piersi i czeka, aż wejdę pierw­szy. Przy­pusz­czam, że pró­buje mnie wku­rzyć, ale prawda jest taka, że jej cha­rak­te­rek nawet mnie bawi. Wcho­dzi za mną i wydaje mi się, że widzę, jak się uśmie­cha, gdy myśli, że nie patrzę.

Z ulgą stwier­dzam, że w kie­sze­niach mam pie­nią­dze. Byłoby bar­dzo nie­grzecz­nie zapro­sić ją na coś do picia, za co musia­łaby zapła­cić sama.

- Kawa? - pro­po­nuję, kiedy sta­jemy w kolejce. Przed nami jest tylko dwoje klien­tów. Pra­cow­nicy obsłu­gują bar­dzo spraw­nie.

- Cze­ko­lada. Nie lubię kawy.

- Chyba się nie doga­damy.

- Na pewno.

Znowu się uśmie­cham. Kiedy jed­nak przy­pad­kowo wymie­niam spoj­rze­nie z dziew­czyną sie­dzącą w głębi, bru­tal­nie zde­rzam się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Szlag.

Jak mogłem nie pomy­śleć o tym wcze­śniej?

Szlag. Szlag. Szlag.

Maia wciąż stoi obok mnie zamy­ślona, bo nor­malny czło­wiek ni­gdy nie zwró­ciłby uwagi na to, czy ktoś obser­wuje go z dru­giego końca kawiarni. Dziew­czyna sztur­cha łok­ciem swoje kole­żanki i wszyst­kie zaczy­nają się na mnie gapić. Udaję, że tego nie zauwa­żam. Po chwili wyj­mują swoje tele­fony. Po kry­jomu zaczy­nają robić mi zdję­cia, jakby potrze­bo­wały dowo­dów na to, że mnie widziały. Że ist­nieję i tu jestem.

Muszę się nimi zająć, zanim sytu­acja się pogor­szy.

- Daj mi chwilę - mówię do Mai, a ona przy­ta­kuje, nie zwra­ca­jąc na mnie więk­szej uwagi, bo grze­bie w swoim tele­fo­nie. Zapi­suję sobie w gło­wie, że póź­niej będę musiał ją popro­sić, żeby pozwo­liła mi zadzwo­nić do Evana.

Modląc się, by nie widziała, dokąd odcho­dzę, ruszam w stronę dziew­czyn. Ich oczy otwie­rają się jesz­cze sze­rzej, kiedy widzą, że kie­ruję się wła­śnie do nich, i zaczy­nają się dener­wo­wać. Z ulgą stwier­dzam, że przy­naj­mniej odło­żyły tele­fony. Dobrze. Na oko oce­niam, że mają jakieś pięt­na­ście lat.

- Jesteś Liam Har­per - odzywa się jedna z nich piskli­wym gło­sem. Led­wie może oddy­chać. - Ten praw­dziwy?

Przy­ta­kuję, a potem wybu­cha chaos.

Cichy chaos, dzięki nie­bio­som.

Roz­ma­wiamy przez chwilę i zga­dzam się, kiedy pro­szą mnie o zdję­cie. Nale­gam, żeby wyka­so­wały te, które zro­biły mi wcze­śniej z Maią, ale wiem, że nie mam jak spraw­dzić, czy fak­tycz­nie to zro­bią. Jedna z nich prosi mnie nawet o auto­graf. To, że jestem do tego wszyst­kiego "przy­zwy­cza­jony", nie ozna­cza, że nie wydaje mi się to sur­re­ali­styczne. Mieć miliony obser­wu­ją­cych w inter­ne­cie to coś zupeł­nie innego niż sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz i prze­ko­nać się, że ist­nieją naprawdę.

Żegnam się z dziew­czy­nami i wra­cam do Mai. Dalej szep­czą i ten cały szum zwraca uwagę innych klien­tów. Na pewno teraz wielu zechce wie­dzieć, kim jestem, i zaży­czą sobie ze mną zdjęć - nawet jeśli mnie nie znają - tylko dla­tego, że zoba­czyli reak­cję tam­tych.

Przy­pusz­czam, że będziemy musieli szybko wra­cać do samo­chodu.

- Tamta dziew­czyna popro­siła cię o auto­graf - szep­cze Maia, kiedy do niej wra­cam.

Nie pró­buję zaprze­czyć, bo i tak nie dam rady już zbyt długo tego przed nią ukry­wać.

- Tak - odpo­wia­dam, nie udzie­la­jąc żad­nych wyja­śnień.

Za wszelką cenę uni­kam jej spoj­rze­nia. Ona przy­gląda mi się z zacie­ka­wie­niem. Aku­rat kiedy nad­cho­dzi nasza kolej, zadaje pyta­nie, któ­rego się spo­dzie­wam, odkąd obu­dzi­łem się w jej samo­cho­dzie:

- Kim jesteś?

A ja nie odpo­wia­dam. Nie wiem, jak jej wytłu­ma­czyć, że już sam tego nie wiem.

6. Jestem youtuberem

6

Jestem youtu­be­rem

Liam

Po tym, jak te dziew­czyny zro­biły sobie ze mną zdję­cia, reszta klien­tów nie spusz­cza nas z oka. To oczy­wi­ste, że Maia nie jest przy­zwy­cza­jona do zwra­ca­nia na sie­bie uwagi tak jak ja, bo skrę­po­wana zakłada ręce na piersi. Pro­po­nuję, byśmy wyszli, niczego nie zama­wia­jąc.

Zosta­wiam ją w samo­cho­dzie, a potem zamy­kam się w kawiar­nia­nej toa­le­cie. Opie­ram ręce o umy­walkę i patrzę w lustro. Mam nadzieję, że żadne z tych zdjęć nie ujrzy świa­tła dzien­nego, bo wyglą­dam gorzej, niż sądzi­łem. Mam wygnie­cione ubra­nie, roz­czo­chrane włosy i fio­le­towe cie­nie pod oczami, które wyraź­nie wska­zują na gów­nianą poprzed­nią noc.

Myję twarz i pal­cami pró­buję dopro­wa­dzić włosy do ładu. Nie mogę się docze­kać, kiedy wrócę do domu i się prze­biorę. Śmier­dzę alko­ho­lem. Rzu­cam ostat­nie spoj­rze­nie w lustro i docho­dzę do wnio­sku, że wyglą­dam w miarę nie­źle. Potem zakła­dam kap­tur i wycho­dzę z toa­lety. Opusz­czam lokal ze spusz­czoną głową.

Jakaś część mnie oba­wiała się, że Maia wyko­rzy­sta tę szansę, by odje­chać i zosta­wić mnie na lodzie, ale samo­chód na­dal stoi tam, gdzie go zosta­wi­li­śmy.

Nie muszę jej pytać, czy chce pro­wa­dzić, bo zajęła już miej­sce pasa­żera. Odpa­lam sil­nik, opusz­czamy MOP i wra­camy na auto­stradę. Maia cały czas zerka na mnie z ukosa. Pew­nie myśli, że tego nie zauwa­żam, ale robi to dość bez­czel­nie. Jesz­cze jej nie wyja­śni­łem tego, co zaszło w kawiarni. I nie rozu­miem, dla­czego tak bar­dzo podoba mi się fakt, że wzbu­dzi­łem jej zain­te­re­so­wa­nie.

Ona jed­nak nie naci­ska ani nie zarzuca mnie pyta­niami, jak zro­bi­łaby to każda inna osoba na jej miej­scu. Mil­czymy dłuż­szą chwilę, aż włą­cza radio, w któ­rym leci wła­śnie pio­senka zespołu, któ­rego nie znam. Zwy­kle nie słu­cham tego rodzaju muzyki, ale nie jest taka zła.

Maia pod­śpie­wuje roz­tar­gniona, obser­wu­jąc kra­jo­braz za oknem, a ja muszę się wysi­lić, żeby wciąż patrzeć przed sie­bie.

- Dobrzy są - komen­tuję, żeby prze­rwać ciszę.

- Tak. To mój zespół tygo­dnia. - Robię minę, która zachęca ją do mówie­nia dalej. - Co tydzień szu­kam nowego zespołu i słu­cham ich nagrań przez sie­dem dni. Wła­śnie w ten spo­sób odkry­łam wielu z moich ulu­bio­nych arty­stów. Brzmi głu­pio, ale dzięki temu znaj­duję inspi­ra­cję do pisa­nia.

Nie uwa­żam, że to głu­pie. Myślę nawet, że to cie­kawa tech­nika, którą być może wyko­rzy­stam w przy­szło­ści, ale nie mówię tego na głos.

- Co takiego piszesz? - pytam zamiast tego.

- Tek­sty. Ale to nic nad­zwy­czaj­nego. Robię to od czasu do czasu, kiedy chcę odre­ago­wać. Podobno nie­do­brze jest trzy­mać w sobie różne rze­czy.

Kiedy koń­czy, zaci­ska usta i patrzy w drugą stronę, jakby uznała, że powie­działa za dużo. Cze­kam, aż powie coś wię­cej. Zain­te­re­so­wał mnie ten temat i chciał­bym dalej jej słu­chać, ale znowu się w sobie zamknęła.

- Super - odpo­wia­dam. Nie przy­cho­dzi mi do głowy nic innego.

- Tak, chyba.

Jestem już zmę­czony wymy­śla­niem tema­tów do roz­mowy, więc posta­na­wiam pro­wa­dzić w mil­cze­niu.

Jeste­śmy w dro­dze od ponad dwóch godzin, gdy zbliża się pora obiadu. Od wczo­raj­szego wie­czoru nie mia­łem nic w ustach, więc jestem głodny jak wilk. I cho­ciaż nie boli mnie już głowa, wciąż czuję zmę­cze­nie w mię­śniach. W tym sta­nie raczej nie dam rady prze­je­chać stu kilo­me­trów, jakie zostały do Lon­dynu. Nie zasta­na­wiam się dłu­żej i zjeż­dżam do naj­bliż­szego MOP-u. Musimy myśleć o tym samym, bo Maia wzdy­cha z ulgą.

- Całe szczę­ście, bo umie­ram z głodu - przy­znaje, pro­stu­jąc się na sie­dze­niu i roz­glą­da­jąc wokół.

Par­kuję przy sta­cji ben­zy­no­wej. Nie­opo­dal jest przy­drożna restau­ra­cja, która nie wydaje się zbyt uczęsz­czana. Gaszę sil­nik i spo­glą­dam na Maię, która wyj­muje port­fel ze swo­jego ple­caka. Chcę już zare­ago­wać, bo wcze­śniej umó­wi­li­śmy się, że ja sta­wiam, ale uci­sza mnie gestem.

- Lepiej nie wysta­wiaj swo­jej słyn­nej twa­rzy z samo­chodu. Powiedz, co chcesz, i ci kupię. Możesz tu na mnie zacze­kać.

W porządku, to ma sens, zwłasz­cza jeśli chcemy unik­nąć powtórki sytu­acji z kawiarni.

Ale tak czy ina­czej nie zamie­rzam pozwo­lić, by pła­ciła. Szybko obma­cuję kie­sze­nie w poszu­ki­wa­niu pie­nię­dzy, ale ona wzdy­cha i wysiada, zosta­wia­jąc mnie w pół słowa. Cho­lera. Nawet nie zdą­ży­łem jej powie­dzieć, co chciał­bym zjeść.

Ruszam i jadę na tył budynku. Jest tam zie­lona strefa ze sto­li­kami, gdzie można zjeść na powie­trzu. Cho­ciaż w pobliżu stoi wiele samo­cho­dów, wszyst­kie sto­liki są puste. Wysia­dam, cho­wam klu­czyki i zaj­muję ten naj­dal­szy. Niebo jest zachmu­rzone, ale jest bar­dzo gorąco. Zdej­muję bluzę i zostaję w samej koszulce.

Mam nadzieję, że Maia mnie znaj­dzie. Kiedy mija kwa­drans, a ona wciąż nie przy­cho­dzi, zamie­rzam po nią iść, ale wtedy dostrze­gam ją z torebką z jedze­niem. W miarę jak się zbliża, widzę, że dość bez­czel­nie się na mnie gapi; zdra­dzają ją oczy. Prze­łyka ślinę, kiedy jej wzrok wbija się w moje ramiona.

Jak na faceta, który nie jest "w jej typie", chyba poświęca mi sporo uwagi.

Wzdryga się, gdy dostrzega, że to zauwa­ży­łem, i odwraca głowę, ale jest już za późno. Z tru­dem powstrzy­muję uśmiech.

- To jedyne, co mają. - Rzuca mi kanapkę zawi­niętą w ser­wetkę. - Inna opcja to pul­pety, ale szcze­rze mówiąc, wyglą­dały podej­rza­nie.

Za wszelką cenę pró­buje ukryć zde­ner­wo­wa­nie. Przy­ta­kuję, choć myślę o czymś zupeł­nie innym, a mia­no­wi­cie o tym, co się wła­śnie stało. Uśmiech na mojej twa­rzy jest coraz szer­szy.

- Uma­wia­li­śmy się, że ja sta­wiam - przy­po­mi­nam, by zmu­sić ją do mówie­nia.

- Na pewno znaj­dziesz inny spo­sób, by mi to wyna­gro­dzić.

O mało nie dła­wię się kęsem kanapki.

Pro­szę, pro­szę, to się robi coraz cie­kaw­sze.

- Co masz na myśli?

- Może prze­sta­niesz być taki tajem­ni­czy i opo­wiesz mi, co zaszło wcze­śniej? Tamte dziew­czyny pro­siły cię o zdję­cie. Jesteś sławny czy coś takiego?

Wzru­szam ramio­nami, nie przy­wią­zu­jąc do tego wagi. Wygląda na to, że nie myśle­li­śmy o tym samym.

- Coś takiego - odpo­wia­dam.

- Kim tak naprawdę jesteś? Pio­sen­ka­rzem, akto­rem, pił­ka­rzem...? - Patrzy na mnie z góry na dół. - Pra­cu­jesz w agen­cji modeli?

Drwiący uśmiech wraca na moje usta.

- A więc myślisz, że mógł­bym być mode­lem? Widzę, że masz o mnie wyso­kie mnie­ma­nie, Maia.

Ale ona potrafi świet­nie ripo­sto­wać.

- Marki odzie­żowe są ostat­nio bar­dzo inklu­zywne. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby zatrud­niali także dup­ków.

- Strasz­nie śmieszne.

- Mówię serio. Czym się zaj­mu­jesz? Jesteś spor­tow­cem? Komi­kiem?

- Nie­zu­peł­nie. - Robię pauzę, żeby prze­żuć. - Jestem youtu­be­rem.

Zaczyna się tak mocno śmiać, że pra­wie się dławi. Mru­gam powie­kami. Nie wiem, jakiej reak­cji ocze­ki­wa­łem, ale z pew­no­ścią nie takiej.

- Nie mówisz poważ­nie. - Dalej się śmieje i kręci głową. Kiedy zauważa, że na nią patrzę, robi wiel­kie oczy. - Cho­lera, ty jed­nak mówisz poważ­nie. Bar­dzo cię prze­pra­szam.

- Co cię tak bawi? - pytam nieco wku­rzony.

- Nic - odpo­wiada pospiesz­nie. - Tylko mnie to... zasko­czyło. I tyle.

- To poważna praca, okej? Nie polega tylko na sta­wa­niu przed kamerą i gada­niu głu­pot. Jest jesz­cze mnó­stwo innych rze­czy.

- Jasne. - Kilka razy kiwa głową.

Popsuł mi się nastrój. To chyba dla mnie typowe. Cią­gle narze­kam na mój świat, ale dąsam się, kiedy kry­ty­kuje go ktoś inny. Jestem pie­przo­nym hipo­krytą.

Widząc, że na­dal na nią nie patrzę, Maia wzdy­cha.

- Liam, nie mia­łam złych inten­cji. Prze­pra­szam, jeśli cię ura­zi­łam. - Przy­ta­kuję, bo brzmi szcze­rze. Roz­luź­nia ramiona i po kilku sekun­dach mil­cze­nia dodaje: - Jakiego typu fil­miki nagry­wasz? Rzadko korzy­stam z inter­netu.

Sta­ram się nie oka­zać zbyt dużego zasko­cze­nia, choć nie znam zbyt wielu osób w naszym wieku, które nie sie­dzia­łyby bez prze­rwy w sieci.

- Róż­nie. Cza­sem opo­wia­dam o grach wideo, ale zwy­kle mówię o róż­nych spra­wach i roz­śmie­szam ludzi. Ostat­nio robię też dużo live'ów.

"A przy­naj­mniej tak było wcze­śniej. Myślę, że teraz robię to tylko dla­tego, że wszy­scy tego ode mnie ocze­kują".

- A więc twoi obser­wu­jący uwa­żają, że jesteś śmieszny? - pyta roz­ba­wiona. - Wow, gra­tu­la­cje. Świet­nie uda­jesz przed kamerą.

Nie mogę się nie uśmiech­nąć. We wbi­ja­niu mi szpi­lek jest naprawdę dobra.

- Są też i tacy, któ­rzy uwa­żają, że wcale nie jestem śmieszny - przy­znaję, a ona się śmieje.

- Mój ojciec powta­rzał, że czło­wiek zawsze będzie miał wro­gów, nawet jeśli podej­muje wła­ściwe decy­zje. Nie da się zado­wo­lić wszyst­kich.

- Ale raczej nie można być pew­nym, czy postę­pu­jesz słusz­nie, no nie? Przez całe życie możesz wie­rzyć, że idziesz we wła­ści­wym kie­runku, ponie­waż nie znasz nic innego. - Nagle orien­tuję się, że uważ­nie mi się przy­gląda. Odchrzą­kuję skrę­po­wany. - Twój ojciec miał rację. Wszy­scy moi zna­jomy mają hej­te­rów. Czło­wiek się w końcu przy­zwy­czaja.

- I co wam piszą? Nie przy­cho­dzi mi do głowy zbyt wiele spo­so­bów na kry­ty­ko­wa­nie kogoś, kogo zna się tylko z inter­netu.

- Nie­któ­rzy cze­piają się mojego wyglądu, inni moich mono­lo­gów i jako­ści fil­mi­ków. Zda­rzają się nawet tacy, któ­rzy zakła­dają ano­ni­mowe pro­file, żeby obra­żać moich przy­ja­ciół i moją rodzinę. I są jesz­cze ci, któ­rzy myślą, że robię to wszystko dla sławy i pie­nię­dzy, a nie dla­tego, że naprawdę mnie to inte­re­suje.

Skoń­czy­li­śmy już jeść. Maia marsz­czy czoło zamy­ślona i mil­czy chwilę, tra­wiąc moje słowa.

- Domy­ślam się, że nie robisz tego z tych powo­dów.

- Nie wiem. Jestem na YouTu­bie prak­tycz­nie od zawsze.

- Nie znasz nic innego - mówi, jakby do sie­bie.

Nic o niej nie wiem, a mimo to mam wielką chęć o wszyst­kim jej opo­wie­dzieć. Może skła­nia mnie do tego wła­śnie fakt, że Maia nie wie, kim jestem, ani nie zna mojej histo­rii. Nie ma świa­do­mo­ści, jak nie­wiele mam wspól­nego z Lia­mem, który uśmie­cha się do kamery. Zatrzy­my­wa­nie moich pro­ble­mów dla sie­bie na nic mi się nie zdało, w takim razie po co robić to dalej? A poza tym wąt­pię, żeby­śmy się jesz­cze kie­dyś spo­tkali.

- Na początku mi się podo­bało - przy­znaję. - Nagry­wa­łem wygłupy z moim naj­lep­szym kum­plem i mie­li­śmy nie­zły ubaw, jak widzie­li­śmy reak­cje ludzi w inter­ne­cie. Zanim się zorien­to­wa­łem, mnó­stwo osób cze­kało na kolejne fil­miki. Kiedy publicz­ność ma wobec cie­bie ocze­ki­wa­nia, zaczy­nasz zasta­na­wiać się nad wszyst­kim, co robisz, bo nie chcesz nikogo roz­cza­ro­wać. - Prze­ły­kam ślinę. Teraz, kiedy o tym myślę, to ego­istyczne, że narze­kam na swoje ide­alne życie, nie zna­jąc jej sytu­acji. - Prze­pra­szam - dodaję zakło­po­tany. - Nie mam prawa się skar­żyć. Nie mam praw­dzi­wych pro­ble­mów.

Czę­sto sobie powta­rzam, że w mojej sytu­acji nikt nie ma prawa czuć się źle, a to spra­wia, że czuję się jesz­cze gorzej, bo nie rozu­miem, dla­czego jestem tak nie­za­do­wo­lony ze swo­jego życia. Każdy chciałby się zna­leźć na moim miej­scu. Mam nadzieję, że Maia się ze mną zgo­dzi, tak jak wszy­scy, ale ona zaprze­cza.

- Nie możemy oce­niać pro­ble­mów innych ludzi. To, co mnie wydaje się nie­zna­czące, dla kogoś innego może być wszyst­kim i to jest okej. - Patrzy mi w oczy. - Myślę, że powi­nie­neś zaj­mo­wać się tym, co cię uszczę­śli­wia, Liam.

Powi­nie­nem ją zapew­nić, że to jest YouTube, ale nie mam już powo­dów, żeby kła­mać.

- Łatwo powie­dzieć - odpo­wia­dam krótko.

- Ledwo się znamy, ale to oczy­wi­ste, że masz dostęp do wielu moż­li­wo­ści. Nie zmar­nuj ich. Nie­któ­rzy mogą jedy­nie poma­rzyć o takim życiu jak twoje.

To spra­wia, że myślę o niej. Zasta­na­wiam się, jak wygląda jej życie. Mówi, że jest kel­nerką, ale czy zdo­łała ukoń­czyć liceum? Czy oszczę­dza na stu­dia? Co z jej rodziną? Nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc? Wcze­śniej uzmy­sło­wi­łem sobie, że ni­gdy nie myśla­łem o tym, że muszę pra­co­wać. Moje życie od uro­dze­nia toczy się gładko. Ni­gdy nie mia­łem pro­ble­mów finan­so­wych.

Tak więc myli się. Nie mam prawa narze­kać. Nie wtedy, gdy mam wszystko, co trzeba, żeby być szczę­śli­wym.

- Musimy się zbie­rać. - Jej głos przy­wraca mnie do rze­czy­wi­sto­ści. - Zaczyna padać.

Mru­gam powie­kami, kiedy kilka kro­pel spada mi na twarz. Maia już wstała i pospiesz­nie zbiera nasze rze­czy. Poma­gam jej, a potem wkła­dam bluzę, żeby nie zmok­nąć. Pada coraz moc­niej. Bie­giem ruszamy do samo­chodu. Maia ma na sobie tylko cienką koszulkę z dłu­gimi ręka­wami i kiedy wsia­damy, trzę­sie się z zimna. Mokre włosy ma przy­le­pione do czoła, a kro­ple wody błysz­czą jej na rzę­sach. Powi­nie­nem był zapar­ko­wać bli­żej naszego sto­lika.

- Nie masz nic na zmianę? - pytam.

Zaci­ska zęby i kręci głową, zbie­ra­jąc włosy w kucyk.

- Jest okej.

Nie zasta­na­wiam się dwa razy i zdej­muję bluzę. Na szczę­ście moja koszulka jest sucha.

- Włóż to - naka­zuję, poda­jąc jej bluzę.

Ona się wzdryga i odwraca się do mnie.

- Jest mokra.

- Od środka jest sucha - odpo­wia­dam, ale ona nie wygląda na prze­ko­naną. Wzdy­cham znie­cier­pli­wiony. - Została nam co naj­mniej godzina jazdy, a ten grat raczej nie ma ogrze­wa­nia. Możesz prze­stać być tak uparta i prze­brać się z tyłu?

Choć led­wie mnie zna, musi chyba wie­dzieć, że nie zamie­rzam się pod­dać, bo wzdy­cha i wyrywa mi bluzę z rąk. Liczę, że przy­naj­mniej podzię­kuje, ale ona tylko bur­czy coś pod nosem.

- Jak będziesz się gapił, utnę ci jaja.

- Mam lep­sze rze­czy do roboty.

Ponie­waż samo­chód jest malutki, musi się nagim­na­sty­ko­wać, by dostać się na tylne sie­dze­nie. Kiedy prze­cho­dzi obok mnie, wcale się nie sta­ram, by nasze ramiona się nie otarły. Prze­ły­kam ślinę i sta­ram się sku­pić na kra­jo­bra­zie. Mam nadzieję, że się pospie­szy, bo trudno mi się oprzeć poku­sie, by na nią nie spoj­rzeć. Posta­na­wiam dać jej parę minut prze­wagi, a póź­niej patrzę w lusterko wsteczne. Wła­śnie się ubrała.

Jej oczy spo­ty­kają się z moimi w lusterku.

- Dupek - syczy i wraca na swoje miej­sce.

W mojej blu­zie wygląda na jesz­cze mniej­szą. Noszę duży roz­miar, więc dla niej jest wię­cej niż za wielka. Rękawy zasła­niają jej dło­nie, kiedy obej­muje się, żeby się roz­grzać. Póź­niej pod­ciąga kolana, ramio­nami ota­cza nogi i pociera kostki, nie prze­sta­jąc się trząść. Zmu­szam się do odchrząk­nię­cia i prze­staję na nią patrzeć.

Nie po to tutaj jestem. Myślę więc o Michelle. Deszcz mocno ude­rza w przed­nią szybę.

- Dasz radę pro­wa­dzić w takich warun­kach? - pyta, a ja przy­ta­kuję.

- Jasne. W każ­dym razie nie­długo powinno przejść.

Chcę, żeby czuła się bez­piecz­nie, więc naj­pierw posta­na­wiam się upew­nić, czy wszystko jest w porządku. Kiedy jed­nak pró­buję uru­cho­mić sil­nik, pojazd szar­pie, a my aż pod­ska­ku­jemy na sie­dze­niach. Następ­nie widzimy, jak z maski wydo­bywa się dym.

Szlag.

- Mój samo­chód! - krzy­czy Maia, odwra­ca­jąc się gwał­tow­nie w moją stronę. - Coś ty, do cho­lery, zro­bił?!

- Pew­nie coś z sil­ni­kiem. Rzucę okiem.

Sta­ram się nie tra­cić cier­pli­wo­ści, bo nie chcę znowu się z nią kłó­cić. Maia wzdy­cha i zakłada ręce na piersi. Patrzy na mnie spod oka, a ja wyobra­żam sobie, że będę prze­mo­czony do suchej nitki.

- Znasz się na mecha­nice? - pyta scep­tycz­nie.

- Nie.

Znowu wzdy­cha z nie­do­wie­rza­niem.

- Wie­dzia­łam, że to był fatalny pomysł.

Wysia­dam z samo­chodu, żeby nie myśleć o tym, jak bar­dzo wku­rzył mnie jej komen­tarz.

Deszcz moczy mi ubra­nie, chłód prze­szywa całe ciało. Bie­gnę do przed­niej czę­ści pojazdu, a kiedy pod­no­szę maskę, kłąb dymu bucha mi w twarz. Kaszlę, pró­bu­jąc roze­gnać dym ręką. Nie trzeba znać się na mecha­nice, by wie­dzieć, że mamy prze­rą­bane. Mocno prze­rą­bane.

Dobrze, że Maia mieszka tak daleko od Lon­dynu, bo po tym wszyst­kim na pewno będzie chciała przy­je­chać i mnie zabić.

- No i? - Opusz­cza szybę, żebym ją usły­szał.

Nabie­ram powie­trza i zamy­kam maskę.

- Sil­nik padł. Przy­kro mi.

- Jaja sobie robisz?!

No tak. Chyba jest zła.

- Wyna­gro­dzę ci to, okej?

Oboje wiemy, że to nie była moja wina, ale przy­pusz­czam, że to mini­mum, co mogę zro­bić. Maia jed­nak mnie nie słu­cha. Wysiada i pospiesz­nie idzie w stronę restau­ra­cji, przy­trzy­mu­jąc kap­tur bluzy, by nie zmok­nąć. Klnę pod nosem i ruszam za nią.

- Ej, dokąd to? - Idzie zaska­ku­jąco szybko jak na tak krót­kie nogi. Wyprze­dzam ją i zagra­dzam jej drogę. - Prze­cież wiesz, że nie mogę tam wejść.

Cho­ciaż pró­buje mnie minąć, jestem od niej szyb­szy. Jej cier­pli­wość chyba się wyczer­puje, bo war­czy sfru­stro­wana.

- Idę zamó­wić tak­sówkę, żeby wró­cić do domu.

Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła.

- A co ze mną?

Nasze oczy wresz­cie się spo­ty­kają. Wydaje się tak wście­kła, że powstrzy­muje się, by mi nie przy­ło­żyć.

- Gówno mnie obcho­dzi, co się z tobą sta­nie! Nie powin­nam była się zga­dzać z tobą jechać! Stra­ci­łam trzy godziny mojego życia, a teraz jestem uwię­ziona pośrodku niczego i na doda­tek nie mam samo­chodu! - Zde­ner­wo­wana prze­suwa dłońmi po twa­rzy i nabiera powie­trza, żeby się uspo­koić. Nie prze­staje się trząść. - Ty... nie rozu­miesz tego. Potrze­buję samo­chodu. Codzien­nie jeż­dżę do Man­che­steru i... Po pro­stu zostaw mnie w spo­koju, okej?

Prze­ły­kam ślinę, nie jestem w sta­nie wydu­sić słowa. Rzuca mi ostat­nie spoj­rze­nie, po czym omija mnie, żeby wejść do restau­ra­cji. Przez chwilę jestem zde­cy­do­wany pozwo­lić jej odejść, ale w ostat­niej sekun­dzie zmie­niam zda­nie. Łapię ją za nad­gar­stek, żeby się do mnie odwró­ciła, a ona wzdryga się, gdy jej doty­kam. Jest zimna.

- Zajmę się twoim samo­cho­dem - obie­cuję.

Wyrywa się z mojego uści­sku.

- Nie potrze­buję two­jej łaski.

- To nie łaska. Jesteś tutaj przeze mnie. Pozwól mi to napra­wić. - Przy­trzy­muję jej wzrok, by wie­działa, że mówię serio. Przy­gląda mi się przez kilka chwil i wresz­cie przy­ta­kuje. Wzdy­cham z ulgą. - Mogę zadzwo­nić do kum­pla, żeby po nas przy­je­chał, jeśli poży­czysz mi tele­fon. Do Lon­dynu już nie­da­leko.

Zaci­ska usta i patrzy za sie­bie, w stronę restau­ra­cji.

- Muszę iść do toa­lety. Zacze­kaj na mnie w aucie.

Taa, jasne. Czy ona sądzi, że uro­dzi­łem się wczo­raj?

- Maia - mówię.

- Trzy­maj. Możesz zadzwo­nić do swo­jego przy­ja­ciela. - Wyj­muje z kie­szeni tele­fon i mi go podaje. Żadne z nas o tym nie wspo­mina, ale wiem, że robi to dla­tego, by mi udo­wod­nić, że nie uciek­nie.

Wzdy­cham i w końcu pozwa­lam jej wejść do środka.

Potem wra­cam do samo­chodu, tak jak uzgod­ni­li­śmy. Sia­dam za kie­row­nicą i odblo­ko­wuję tele­fon. Nie ma hasła. Kusi mnie, żeby przej­rzeć zawar­tość, ale nie jestem takim dup­kiem. Mimo to nie mogę nie zwró­cić uwagi na tapetę. Maia uśmie­cha się do apa­ratu, sie­dząc na ramio­nach dziew­czyny, która jest do niej dość podobna. To musi być jej sio­stra. Zdję­cie na pewno jest stare, bo tam­ten uśmiech Mai w ogóle nie przy­po­mina tego obec­nego.

Zabie­ram się do roboty i szu­kam w jej apli­ka­cjach Insta­grama. Choć twier­dzi, że rzadko korzy­sta z inter­netu, przy­naj­mniej zain­sta­lo­wała Insta­gram. Wstu­kuję moją nazwę użyt­kow­nika i hasło i nagle tele­fon zaczyna wibro­wać tak mocno, że o mało nie wypusz­czam go z rąk. Klnę.

Włą­czam tryb samo­lo­towy i wyci­szam dźwięki. Dzięki temu, kiedy znowu łączę się z inter­ne­tem, mogę wejść do apli­ka­cji i nie wyska­kują mi tysiące powia­do­mień. Mam mnó­stwo komen­ta­rzy i nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści, ale nie zwra­cam na nie więk­szej uwagi. Po tym, co stało się w nocy, dziw­nie jest wcho­dzić na moje konto. Odno­szę wra­że­nie, jak­bym ostat­nie godziny spę­dził w czymś w rodzaju świata rów­no­le­głego, w któ­rym prze­sta­łem być Lia­mem Har­pe­rem, żeby być tylko... no cóż, Lia­mem Har­pe­rem.

Ale czas już wró­cić.

Wcho­dzę na pro­fil Evana i nagry­wam wia­do­mość gło­sową, szybko stresz­cza­jąc mu sytu­ację. Nie podaję zbyt wielu szcze­gó­łów, bo wolę, żeby nie zamę­czał mnie pre­ten­sjami. Wyja­śniam mu, gdzie jeste­śmy, i wysy­łam wia­do­mość. Mam nadzieję, że szybko ją odsłu­cha. Może ma tele­fon na oku, w razie gdyby dostał ode mnie jakieś wie­ści. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby jako jedyny naprawdę się o mnie mar­twił.

A Michelle? Czy zauwa­żyła moje znik­nię­cie? Spo­dziewa się, że zadzwo­nię, by ją zapew­nić, że wszystko jest w porządku?

Mógł­bym to zro­bić teraz. Wystar­czy­łoby wci­snąć przy­cisk. Ale nie robię tego. Nie wiem za bar­dzo dla­czego. Tak samo jak nie rozu­miem, dla­czego nie sko­rzy­sta­łem z pie­nię­dzy, które mam w kie­sze­niach, i nie zadzwo­ni­łem po tak­sówkę, która zabra­łaby mnie do Lon­dynu, a Maię odwio­złaby do domu.

7. Muzyka

7

Muzyka

Maia

Kata­strofa. Totalna kata­strofa.

Wbie­gam do restau­ra­cji i szybko znaj­duję toa­lety. Na szczę­ście są poje­dyn­cze. Zamy­kam drzwi na zasuwkę i opie­ram się o nie. Ledwo mogę oddy­chać, a serce wali mi jak młot. Zaci­skam powieki, żeby się nie roz­pła­kać. Pod sto­pami czuję lepką pod­łogę. Zimno prze­nika mnie do szpiku kości.

Wszystko się schrza­niło.

Wzdy­cham spa­zma­tycz­nie i wycie­ram łzy, które wymknęły mi się z oczu. "Prze­stań zacho­wy­wać się jak dziecko", naka­zuję sobie, ale to nie działa. Odkrę­cam kran, żeby umyć twarz, a potem wycie­ram się ręcz­ni­kiem papie­ro­wym. Kiedy patrzę w lustro, prze­ko­nuję się, że mam mokre i splą­tane włosy, które przy­kle­jają mi się do czoła. Roz­wią­zuję kucyk, żeby prze­cze­sać je pal­cami, a potem znowu je zwią­zuję. Prze­ły­kam ślinę, gdy mój wzrok pada na bluzę Liama.

Zgo­dzi­łam się ją przy­jąć tylko dla­tego, że już pra­wie zama­rza­łam i na pewno dzięki temu nie naba­wię się zapa­le­nia płuc. W środku jest sucha, więc szybko się roz­grza­łam, ale nie mogę zigno­ro­wać faktu, że pach­nie nim. A raczej jego per­fu­mami. A to ani tro­chę mi się nie podoba, ponie­waż odkąd mam ją na sobie, nie mogę prze­stać o tym myśleć.

Dobra. Ukry­wam dło­nie w ręka­wach i biorę głę­boki wdech. Wbi­jam wzrok w lustro. Dam radę. Mogę sta­wić temu czoła.

Ale od razu uświa­da­miam sobie, że to nie­prawda.

Tylko ja zara­biam w naszym domu. Odkąd mama została zwol­niona, utrzy­mu­jemy się dzięki oszczęd­no­ściom i nie­wiel­kiej sumie, którą dostaję za pracę w barze i która zde­cy­do­wa­nie nie wystar­cza na opła­ce­nie rachun­ków. Wcze­śniej mia­ły­śmy inny samo­chód, ale został znisz­czony w wypadku. Całe szczę­ście, że od razu zabrano go do warsz­tatu. Nie mogła­bym na niego patrzeć, nie przy­po­mi­na­jąc sobie tego, co się stało.

Dla­tego tak bar­dzo mnie bolało, kiedy wszyst­kie moje oszczęd­no­ści musia­łam wydać na uży­wany samo­chód. Pamię­tam, jak trudno było mi wsiąść do niego po raz pierw­szy. Chwy­cić kie­row­nicę, wci­snąć pedały i jeź­dzić. Serce biło mi tak szybko, jakby miało wysko­czyć z piersi. Do dziś nie zapo­mnia­łam uczu­cia nie­po­koju, tego, że nie mogłam oddy­chać, tego, że muszę cały czas uwa­żać, żeby nie doszło do kolej­nego nie­szczę­ścia. Żeby moje życie znowu nie roz­biło się na kawałki.

Wcze­śniej, przy Lia­mie, znowu to poczu­łam. Dla­tego popro­si­łam go, żeby popro­wa­dził.

Ni­gdy nie odwa­ży­łam się poko­nać wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć kilo­me­trów, które prze­jeż­dżam każ­dego dnia. Na samą myśl o tym, że do Lon­dynu zostało jesz­cze sto, kręci mi się w gło­wie.

Podob­nie jak na myśl o tym, że będę musiała wró­cić sama.

Kiedy zda­rzył się wypa­dek, wra­cały wła­śnie stam­tąd. Deneb stu­dio­wała fizykę na Uni­wer­sy­te­cie Lon­dyń­skim. Mama poje­chała po nią bez uprze­dze­nia, żeby­śmy mogły razem uczcić moje uro­dziny, ale tam­tego dnia żadna z nich nie wró­ciła do domu. To było na tym samym odcinku drogi, w nocy, pra­wie o tej samej porze. A teraz będę musiała poko­nać go sama.

Pod warun­kiem, że Liam zdoła napra­wić samo­chód, który pochło­nął wszyst­kie moje oszczęd­no­ści.

Nie powin­nam była się zga­dzać na ten wyjazd.

No ale teraz tu jestem. I nie mogę tak sie­dzieć całą wiecz­ność. Myśląc o tym, zbie­ram się na odwagę i wycho­dzę z łazienki. Na zewnątrz coraz moc­niej pada. Wtu­lam się w bluzę i bie­gnę do samo­chodu. Dopiero teraz się orien­tuję, że zosta­wi­łam tele­fon, klu­czyki i auto w rękach kom­plet­nie obcego czło­wieka, który mógłby zwiać. Dla­tego czuję wielką ulgę, kiedy otwie­ram drzwi i widzę, że Liam wciąż tu sie­dzi.

- Evan przy­je­dzie za parę godzin - infor­muje mnie, kiedy sia­dam na fotelu pasa­żera. Poka­zuje mi mój tele­fon jako dowód, że skon­tak­to­wali się przez Insta­gram.

Nie zwra­cam na niego więk­szej uwagi. Zakry­wam sobie kolana jego bluzą i obej­muję nogi, aby zacho­wać cie­pło. Deszcz prze­mo­czył mnie do suchej nitki. Choć na niego nie patrzę, czuję, że obser­wuje każdy mój ruch, a to dener­wuje mnie bar­dziej, niż bym chciała.

- Zimno ci? - pyta, widząc, że się trzęsę.

- Wszystko gra - kła­mię.

- Jeśli chcesz, możesz zacze­kać w środku. Tam będzie ci znacz­nie wygod­niej.

Znowu patrzę na niego podejrz­li­wie.

- Ale ty nie możesz tam wejść.

Krzywi się.

- Oba­wiam się, że nie. Chyba że chcemy, żeby się na nas rzu­cili.

- Nie zamie­rzam cię tu zosta­wiać - mówię, a on unosi brwi, więc dodaję pospiesz­nie: - No bo mógł­byś mi ukraść samo­chód czy coś.

To byłoby dość trudne, zwa­żyw­szy, że jest zepsuty, ale na szczę­ście Liam chyba nie zała­pał. Nieco spięta odwra­cam wzrok.

- Dzwo­ni­łeś do swo­ich rodzi­ców? - pytam, żeby zmie­nić temat.

Nagle robi się nie­swój i kuli się na sie­dze­niu. Patrzę na niego z ukosa.

- Nie. Wąt­pię, żeby w ogóle zauwa­żyli, że mnie nie ma.

A minęło już - ile? Dwa­na­ście godzin?

- Rozu­miem cię - odpo­wia­dam bez zasta­no­wie­nia.

Liam spo­gląda na mnie zdez­o­rien­to­wany.

- Zwy­kle to ja mar­twię się o to, żeby moja matka wró­ciła bez­piecz­nie do domu - wyja­śniam.

Nie wiem, dla­czego to powie­dzia­łam. Milk­niemy i, choć moż­liwe, że to tylko moje wra­że­nie, czuję, że patrzy na mnie jakoś ina­czej. Może ze współ­czu­ciem? Nie podoba mi się to, więc udaję, że tego nie zauwa­żam, i mam nadzieję, że to wszystko się nie­długo skoń­czy.

- Jak przy­je­dzie Evan, zadzwo­nimy po lawetę, żeby zabrali twój samo­chód do naj­lep­szego warsz­tatu w Lon­dy­nie. Pokryję wszyst­kie koszty, okej? A potem zapłacę ci tyle, na ile się uma­wia­li­śmy.

Nie podoba mi się, że czuję się jak przed­miot jego dobro­czyn­no­ści. Zresztą nie­wiele bra­kuje, bym unio­sła się dumą i odmó­wiła, ale mam już dość. Gdyby nie on, teraz nie sie­dzia­ła­bym pośrodku niczego w zepsu­tym samo­cho­dzie, pod­czas gdy na zewnątrz leje jak z cebra, a ja nie mam jak wró­cić do domu. Zawsze sta­ram się podej­mo­wać roz­sądne decy­zje, a ta w żad­nym wypadku taka nie była.

- W porządku - odpo­wia­dam, patrząc w drugą stronę.

I powta­rzam sobie w duchu, że nie obcho­dzi mnie, co się z nim sta­nie. To nie mój pro­blem. Powin­nam była zosta­wić go na pastwę losu, żeby zna­lazł sobie inny spo­sób na powrót do Lon­dynu. Posta­no­wi­łam mu pomóc tylko dla pie­nię­dzy. Bo musimy opła­cić rachunki. Nic innego nie miało wpływu na moją decy­zję.

- A więc to, że chcesz stu­dio­wać dzien­ni­kar­stwo, ma coś wspól­nego z tym, że co tydzień słu­chasz pio­se­nek nowego zespołu? - pyta po kilku minu­tach ciszy.

Spo­glą­dam na niego zdzi­wiona. Nie wiem, skąd to pyta­nie. Liam obser­wuje mnie swo­imi dużymi nie­bie­skimi oczami i czeka na odpo­wiedź.

- Dla­czego tak myślisz?

- To tylko przy­pusz­cze­nie.

- Przy­pusz­cze­nie?

- Jestem dobrym obser­wa­to­rem.

- Taa.

- Piszesz, lubisz odkry­wać nowe zespoły muzyczne i chcesz być dzien­ni­karką. Wszystko wska­zuje na to, że dała­byś się pokroić za pracę w radiu. Mylę się?

To, że wydaje się taki pewny sie­bie, zaska­kuje mnie i, cho­ciaż nie­chęt­nie to przy­znaję, spra­wia też, że mam ochotę się uśmiech­nąć. Na zewnątrz leje, więc wciąż sły­szymy bęb­nie­nie desz­czu o szyby.

- Lubisz robić ludziom psy­cho­ana­lizę? - odpo­wia­dam pyta­niem.

Liam wzru­sza ramio­nami.

- Jestem w tym dobry. Wszy­scy trzy­mają się pew­nego wzorca.

- Lubię pro­gramy radiowe. Myślę, że radio to jedno z naj­bar­dziej... szcze­rych mediów. Kiedy kogoś słu­chasz, oce­niasz go na pod­sta­wie jego spo­sobu myśle­nia i wyra­ża­nia się, a nie wyglądu. To nie jest takie powierz­chowne. Nie wiem, radio mi się po pro­stu podoba i tyle - mówię, wzru­sza­jąc ramio­nami. Moż­liwe, że odbie­głam od tematu.

On jed­nak dalej patrzy na mnie z zacie­ka­wie­niem.

- Nada­wa­ła­byś się na pre­zen­terkę.

- Nawet mnie nie znasz.

- Nie, ale widać, że byś to lubiła. Faj­nie, jak czło­wiek zaj­muje się tym, co go pasjo­nuje.

Nie chcę, żeby znowu zapa­dła cisza, więc z koniecz­no­ści kręcę głową i odpo­wia­dam:

- To takie głu­pie marze­nie. Bar­dzo nie­wielu oso­bom udaje się zajść daleko. Pró­bo­wa­nie byłoby tylko stratą czasu.

Kiedy tak mnie obser­wuje, abso­lut­nie nie mogę unik­nąć jego wzroku.

- Myślę, że ty też powin­naś zaj­mo­wać się tym, co się uszczę­śli­wia, Maia.

- Nie­ważne.

Zakła­dam ręce na piersi. Nie lubię, gdy ktoś udziela mi moich wła­snych rad. Pocho­dzimy z kom­plet­nie róż­nych świa­tów. Jego życie jest zupeł­nie inne od mojego. Ma setki moż­li­wo­ści poda­nych na tacy. Może popeł­niać błędy albo iść nie­wła­ściwą ścieżką, bo zawsze ktoś będzie na niego cze­kał, żeby popro­wa­dzić go tą wła­ściwą. Ale ja nie. Ja nie mam niczego ani nikogo takiego.

Nie cze­kam, aż ktoś da mi szanse. Sama się o nie sta­ram. I dla­tego muszę być realistką.

Znowu pozwa­lamy, żeby pochło­nęła nas cisza. Liam wykrzy­wia usta i ner­wowo prze­cze­suje ręką włosy. Zdaje się, że roz­pacz­li­wie szuka cze­goś, co mógłby powie­dzieć.

- Może puścisz mi wię­cej pio­se­nek two­jego zespołu tygo­dnia? - pro­po­nuje nagle, a mnie aż serce pod­ska­kuje, choć nie rozu­miem zbyt dobrze dla­czego.

- Serio? - Nie mogę ukryć zdu­mie­nia.

- Czasu mamy aż nadto, prawda?

Waham się przez chwilę, ale w końcu docho­dzę do wnio­sku, że jeśli mamy pogrą­żyć się w tej nie­zręcz­nej ciszy do czasu przy­jazdu jego przy­ja­ciela, to zde­cy­do­wa­nie wolę włą­czyć muzykę. Szu­kam tele­fonu w kie­sze­niach, aż sobie przy­po­mi­nam, że mu go poży­czy­łam. Patrzę na niego docie­kli­wie i wtedy pospiesz­nie oddaje mi komórkę. Jego palce muskają moje, a ja powstrzy­muję się, by jak naj­szyb­ciej nie cof­nąć ręki.

Pró­bu­jąc nie myśleć o tym, że na mnie patrzy, szu­kam jed­nej z moich ulu­bio­nych pio­se­nek i zwięk­szam gło­śność. Swe­ater Weather The Neigh­bo­ur­hood prze­dziera się przez dźwięk bęb­nią­cego o szyby desz­czu. Udaję, że mnie to nie obcho­dzi, ale obser­wuję reak­cję Liama, który zaczyna poru­szać głową w rytm pio­senki.

- Znasz 3 A.M.?

Jego głos prze­bija się przez muzykę. Natych­miast się do niego odwra­cam.

- Żar­tu­jesz? To jeden z moich ulu­bio­nych zespo­łów.

Wygląda na zasko­czo­nego. Unosi brew.

- Ulu­biona pio­senka?

- Tego zespołu? - upew­niam się, a on wzru­sza ramio­nami, więc odpo­wia­dam: - Bez­sen­ność, bez dwóch zdań.

- Liczy­łem na twój dobry gust. Serce na­dal bije to naj­lep­sze, co mają.

- Dasz wiarę, że ni­gdy jej nie sły­sza­łam?

- Każda sza­nu­jąca się przy­szła pre­zen­terka musi ją znać. No już, dawaj.

Wyciąga rękę, żebym podała mu tele­fon. Kilka sekund póź­niej roz­brzmiewa melan­cho­lijna pio­senka. Na początku myślę, że to nie dla mnie, że jest zbyt wolna, ale pozwa­lam, by wybrzmiała do końca, ponie­waż wcze­śniej on wysłu­chał tej, którą ja wybra­łam.

I całe szczę­ście. Bo szybko się w niej zako­chuję.

Liam odchyla głowę na zagłó­wek i zamyka oczy, żeby delek­to­wać się muzyką. Ma zadzi­wia­jąco ładny pro­fil; wyraź­nie zary­so­waną szczękę i pro­sty nos. Kilka kasz­ta­no­wych loków opada nie­dbale na czoło, tak jakby nie przy­wią­zy­wał dużej wagi do swo­jego wyglądu. To z pew­no­ścią tylko fasada. Znam takich chło­pa­ków. Bar­dziej przej­mują się dba­niem o wygląd niż oddy­cha­niem.

Cho­ciaż przy­pusz­czam, że to jest uspra­wie­dli­wione, kiedy jesteś kimś zna­nym. Okej, nie wiem, ilu ma sub­skry­ben­tów, ale widzia­łam błysk w oczach tam­tych dziew­czyn, kiedy robiły sobie z nim zdję­cie. Zacho­wy­wały się tak, jakby poznały jed­nego ze swo­ich idoli, a sądząc po spo­koj­nej reak­cji Liama, takie sytu­acje przy­tra­fiają mu się dość czę­sto.

Zasta­na­wiam się, co by pomy­śleli jego fani, gdyby się dowie­dzieli, że ich ulu­biony youtu­ber spał pijany w samo­cho­dzie nie­zna­jo­mej.

Kiedy mój wzrok prze­suwa się niżej po jego ciele, czuję się tak, jak­bym nagle miała pustkę w gło­wie. Myślę jedy­nie: "O kur­czę". Ponie­waż poży­czył mi swoją bluzę, teraz ma na sobie tylko białą koszulkę, która opina mię­śnie klatki pier­sio­wej i ramion w nie­mal bole­sny spo­sób. Ma duże ręce i sze­ro­kie barki. W brzu­chu czuję przy­jemne łasko­ta­nie, sta­ram się więc myśleć o czymś innym, ale to nie działa.

Nagle pio­senka się koń­czy i Liam otwiera oczy. Wtedy natyka się na mój wzrok, ponie­waż na­dal mu się przy­glą­dam, i cho­ciaż na początku wygląda na zasko­czo­nego, na jego ustach szybko poja­wia się uśmiech. Wzdry­gam się i pospiesz­nie patrzę gdzie indziej, zde­ner­wo­wana i wście­kła zarówno na niego, jak i na samą sie­bie.

Serce wali mi jak młot. Nie po to tutaj jestem.

"Maia, skup się".

Przez dłuż­szy czas na zmianę włą­czamy różne pio­senki. Pusz­cza mi kawałki swo­ich ulu­bio­nych zespo­łów, a potem słu­chamy moich. I cho­ciaż nie zga­dzamy się co do wielu z nich, to nie mogę zaprze­czyć, że Liam ma dobry gust. Wola­ła­bym, żeby­śmy tylko słu­chali muzyki, ale on upiera się, żeby roz­ma­wiać. W końcu gadamy o fil­mach, seria­lach i książ­kach. To ostat­nie zaska­kuje mnie szcze­gól­nie, bo przyj­mo­wa­łam za pew­nik, że... no cóż, że nie umie czy­tać.

Pra­wie godzinę póź­niej Evan przy­syła nam wia­do­mość z prośbą o mój numer tele­fonu, żeby mógł zadzwo­nić. Uwa­żam, że to nie jest dobry pomysł, ale Liam upiera się, że ina­czej nie będzie mógł mu dobrze wytłu­ma­czyć, gdzie jeste­śmy. Ponow­nie daję mu więc tele­fon, a on, korzy­sta­jąc z tego, że prze­stało padać, wysiada z auta, by z nim poroz­ma­wiać.

Posta­na­wiam zro­bić to samo, żeby roz­pro­sto­wać nogi. Wciąż jest zimno, więc jestem mu wdzięczna za bluzę. Mam jesz­cze mokre włosy, co ozna­cza, że na pewno zła­pię prze­zię­bie­nie. Liam szybko się roz­łą­cza i prze­ka­zuje mi, że jego przy­ja­ciel nie­długo tu będzie.

Chwilę potem widzimy, jak jego samo­chód zjeż­dża z auto­strady. Liam zaczyna do niego machać, a ja mru­gam z nie­do­wie­rza­niem. Nie wiem, ile lat ma ten cały Evan, ale ta bryka musi kosz­to­wać wię­cej niż cały mój dom. Par­kuje obok mojego zepsu­tego auta i nie­mal wsty­dzę się tego, jak nie­wiele mam.

Kiedy wysiada z samo­chodu, aż otwie­ram usta ze zdzi­wie­nia. To młody chło­pak, co naj­wy­żej dwu­dzie­sto­la­tek, ma ciemną skórę i włosy pełne malut­kich, sprę­ży­stych loków. Jest atle­tycz­nie zbu­do­wany, choć szczu­plej­szy i tro­chę niż­szy od Liama. Ma dość oso­bliwy ubiór: koszulkę z krót­kimi ręka­wami zało­żoną na wielką bluzę, a do tego dżinsy pełne dziur.

Na nasz widok uśmie­cha się sze­roko i zakłada oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Ale... po co? Prze­cież jest pochmur­nie.

- W tym mie­siącu już czwarty raz ratuję ci tyłek.

Kiedy zatrzy­muje się naprze­ciwko nas, Liam się uśmie­cha i przy­bija z nim żół­wika. Ja tym­cza­sem nie mogę ode­rwać wzroku od Evana. Wygląda tak, jakby wła­śnie wyszedł z tablicy na Pin­te­re­ście.

- Dzięki, że przy­je­cha­łeś, stary. Jestem twoim dłuż­ni­kiem - odpo­wiada Liam, a tam­ten kręci głową, tak jakby to nie było wystar­cza­jące.

- Żadne dzięki, do cho­lery. Nie możesz prze­żyć tygo­dnia bez pako­wa­nia się w tara­paty? Stre­su­jesz mnie, a od stresu dostaję zmarsz­czek. Pie­przony cym­bał.

Brzmi dość agre­syw­nie, ale Liam nie przy­wią­zuje do tego wagi.

- A więc chcesz wie­dzieć, jak się czuję? - pyta iro­nicz­nie. - Fan­ta­stycz­nie, dzięki. Żad­nych obra­żeń fizycz­nych ani psy­chicz­nych, któ­rymi nale­ża­łoby się mar­twić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki