Ten dzień był już na etapie, w którym jedyne, co mogło go uratować, to cud. Albo kolacja. A najlepiej jedno i drugie, ponadto z dużą ilością alkoholu. Więc kiedy Aiden (mój czasem-się-spotykamy-ale-nikomu-się-do-tego-nie-przyznajemy) napisał:
AIDEN: Może wyskoczymy na coś dobrego?
Spojrzałam na telefon jak na objawienie.
Aiden był... cóż. Miły. Wysoki. Elegancki. I miał problem, który brzmiał jak wymówka z pornobloga. Podobno miał tak... przerośniętą łopatę, że bał się nią ogarniać ogródek. Za każdym razem, gdy o tym mówił, miałam ochotę wręczyć mu medal za paradoks roku.
Ale był miły i zawsze płacił rachunek. W dzisiejszym stanie emocjonalno-finansowym to brzmiało jak luksus.
ELLIE: Okej. Za godzinę?
Poniedziałek uratowany. Przynajmniej pół.
***
Stanęłam przed lustrem i doszłam tylko do jednego wniosku: Jeśli dziś mam umrzeć z zażenowania, to przynajmniej wyglądajmy przyzwoicie.
Zajrzałam do łazienki, otworzyłam szufladę i zobaczyłam swoją maszynkę do golenia, która wyglądała, jakby pamiętała czasy mojej matury.
- Oho - mruknęłam do niej. - Witaj, przepraszam, że tak dawno się nie odzywałam. Gotowa na jeszcze jedno zadanie?
Włączyłam ją i... Odpaliła jak traktor po zimie z lekkim protestem, ale jednak.
Pomyślałam, że ogolę tylko łydki, bo sukienka sięga mi do kolan. Ale potem mój mózg zrobił to, czego nie powinien robić w poniedziałek:
A jak ten wieczór skończy się inaczej niż zawsze...?
No i już było po mnie. Zamiast szybkiej akcji "łydka i git", wylądowałam pod prysznicem robiąc pełną wersję deluxe, łącznie z nogami, bikini, pachami i wszystkim, co mogło potencjalnie ujrzeć światło dzienne.
Z wrażenia sama siebie zapytałam:
- Ellie, dla kogo ty się tak starasz?
Odpowiedź przyszła szybciej niż chciałam:
Dla swojego własnego poczucia, że jeszcze coś mi wychodzi.
Po kąpieli wysuszyłam włosy, ułożyłam je i zrobiłam makijaż tak, jakby świat miał mnie dzisiaj oceniać na czerwonym dywanie, a nie w restauracji przy hotelowym lobby. A potem, jakimś cudem, znalazłam komplet bielizny, który był górą i dołem w tym samym kolorze.
To już było science fiction. Nie miałam pojęcia, skąd to się wzięło ani kiedy to kupiłam, ale uznałam, że wszechświat czasem jednak lubi zrobić mi niespodziankę. Byłam czysta, pachnąca, w ładnych majtkach. Narzuciłam najseksowniejszą sukienkę, jaką miałam.
- No proszę, że też musiałam dożyć trzydziestki, żeby zobaczyć, jak wyglądam w tej wersji.
I dopiero wtedy wyszłam z domu. A kot? On zawsze gardził rzeczywistością wokół mnie.
Pachnąca, z włosami z reklamy "Ponieważ jesteś tego warta...", ruszyłam w kierunku restauracji koło mojego mieszkania. Może ten dzień jest tragiczny, ale ja wyglądam, jakbym miała nad tym kontrolę.
Złudzenie, ale zawsze coś.
Aiden stał pod knajpą, jak zwykle za bardzo wyprostowany - jakby połknął kij od szczotki i zaczął z nim żyć w symbiozie. Miał charakterystyczną elegancję faceta, który zna ceny win z górnej półki i potrafi poprawnie wymówić "prosciutto", nie próbując nawet udawać Włocha.
- Wow - powiedział na mój widok. - Wyglądasz... inaczej! Niesamowicie.
Tak, wiem. Trzydzieści minut pod prysznicem i trauma przy szukaniu ciuchów zrobiły swoje.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się.
On jednak nie ruszył w stronę drzwi restauracji, tylko wskazał auto.
- Pomyślałem, że zabiorę cię w ładniejsze miejsce. Dzisiaj zasługujesz na coś wyjątkowego.
Wyjątkowego? Nie wytrzymam... Mój element awaryjny życia ma awarię układu analizującego i ZAŁOŻYŁ, iż jesteśmy w związku?! Ten dzień naprawdę stara się mnie dobić.
Ale poszłam do samochodu, bo mój mózg był już w trybie "a czemu nie", a nogi, gładkie jak marzenie, nie mogły się zmarnować. Wszechświat coś kombinuje. Ale ja się mu, kurde, nie dam.
Restauracja była w jednym z droższych hoteli, zbyt drogich na zwykłe spotkanie. Przeczuwałam, że bardzo się mylę co do charakteru naszej randki. Miejsce pachniało pieniędzmi, duszącymi perfumami gości i jedzeniem, które z daleka krzyczy: "A co to bieda?".
Aiden od początku był inny, lecz dzisiaj przechodził samego siebie. Mniej spięty, a bardziej... entuzjastyczny? Nie powiem napalony, bo to by brzmiało jak opis wattpadowej historyjki dla nastolatków. On był raczej nadmiernie pewny siebie. Aż do granic mojego niepokoju.
- Ellie, no spójrz na siebie - zaczął, kiedy kelner odszedł. - Ty naprawdę nie wiesz, jaka jesteś piękna.
Zakrztusiłam się winem.
Ja?
Piękna?
W poniedziałek?!
Co tu się odwala?
Okej, alkohol zrobił swoje. Mam omamy.
Po dwóch kolejnych kieliszkach i obfitych komplementach jego ręka znalazła się na moim udzie. Po kolejnym - znacznie wyżej. A gdy już świat wirował, miałam wrażenie, że jego palce uczestniczą w trzeciej bazie, a przecież dla niego seks nie wchodził w grę.
Może dzisiaj wszystko skończy się inaczej niż zawsze?
Był nieustępliwy, w pełni skupiony na mnie i bliskości. Zachowywał się jak ktoś, kto ma plan na ten wieczór. A że on NIGDY nie ma planu na nic, to zaczynało się robić podejrzanie.
- E... - wyszeptał, pochylając się tak blisko, że poczułam, co chwilę temu skończył przeżuwać. - Chodźmy na górę.
NA GÓRĘ?
Tak powiedział.
Bez podtekstu. Subtelności.
Czy ja gram w jakiejś telenoweli?
- Na górę? Gdzie?
- Wynająłem nam apartament - stwierdził dumny, jakby dostał Nobla, a nie klucz z recepcji.
***
Pokój był ładny. Za ładny na faceta, który zwykle udaje, że nie widzi, jak bardzo olewam przygotowania do spotkania z nim. On to wszystko zaplanował... Czy jego strach przed własnym wackiem przestał go paraliżować?
Zaledwie zamknęliśmy drzwi, zaczął mnie namiętnie całować. Bez zwyczajowego: mogę?
Nie. Dzisiejszy Aiden był człowiekiem czynu. Ahoj, żeglarzu! Ruszajmy!
Jego dłonie były pewne, a język miło mnie zaskoczył. To całowanie powinno zostać nakręcone jako zwiastun dobrego filmu na Netflixie.
Sukienka spadła pierwsza. Jego koszula wylądowała zgrabnie na fotelu. Czy moich rzeczy nie powinien szanować równie mocno jak swoich? A w dupie z tym! Stojąc w samej bieliźnie, czułam się cudownie. I wtedy to zobaczyłam. Nie chodzi o to, że spojrzałam, bo chciałam. To było naturalne. Ludzie mają oczy, rzeczy się odsuwają, człowiek patrzy... I widzi.
On nie kłamał.
Jego duży... problem... no...
Uśmiechnęłam się. Nie sarkastycznie, raczej w stylu: To twoja nagroda Ellie, bierz i ciesz się z tego.
On jednak źle to odczytał. Od razu się spiął - klatka napięta, twarz w panice.
Musiałam wkroczyć, natychmiast, by go uspokoić. Przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Ciepło, z taką miękkością, by zrozumiał, że wszystko jest okej. Niech wyłączy myśli i po prostu tu będzie. Zadziałało, znowu oddychał normalnie, a kiedy przestał analizować swoje ciało jak projekt badawczy, przeszliśmy dalej. W granicach elegancji i fabularności.
Scena jednak szybko nabrała tempa. Nie trzeba było włączać ogrzewania, bo chemia między nami zrobiła swoje. Zaczęłam kombinować, delikatnie, subtelnie, jak kot obchodzący nowy karton. Może on też chce iść krok dalej? Testowałam więc nowe terytorium. Tak niby przypadkiem. Niewinnie. Robiłam mapowanie strategicznie jak generał przed bitwą.
A on się nie buntował.
Ani trochę.
Mało tego! Wyglądał na zadowolonego. To wszystko było miłe. Nie chciałam już dłużej analizować, dałam wyraźny sygnał: Hej! Jestem gotowa jak frytki w piekarniku, bierz mnie.
- Nie. Ellie, nie... ja mówiłem, że tego nie robię. Żadnego... żadnego tego. Nie chcę się bzykać. - Wymownie machnął ręką w dół, jakby jego ciało było odrębną instancją do zgłaszania skarg.
Atmosfera siadła jak balon po narodzinach dziecka.
Zrobiło się niezręcznie. On zestresowany, ja zawiedziona. Poniedziałek wjechał na pełnej... Zrobiłam to, co każda racjonalna, zakompleksiona, łapiąca się brzytwy kobieta, zrobiłaby w takiej sytuacji:
- Mam genialny pomysł.
Geniusz - to było słowo trochę na wyrost, ale nie miałam lepszego pod ręką. Zaciągnęłam go bliżej łóżka, sama się położyłam. Odchyliłam głowę do tyłu, tak, że wyglądałam jak zawodniczka w mistrzostwach świata patrzenia w sufit pod skosem. Miałam nadzieję, że reszta mojego ciała prezentuje się dobrze w tej pozycji. A potem zasugerowałam mu rozwiązanie... alternatywnie gardłowe. I, ku mojemu zdumieniu, zgodził się. Początkowo był bardzo delikatny, jak ktoś, kto dotyka kryształowych kieliszków babci i wie, że dostanie szmatą przez łeb, jak coś zbije. Z każdą sekundą coraz bardziej odlatywał, coraz mniej analizował, aż nagle... Zrobił coś, czego jego umysł prawdopodobnie nigdy wcześniej nie zrobił - przestał myśleć. Wszedł w tryb: jest mi dobrze i nic więcej nie istnieje. I super. Chociaż on wybornie się bawił. I w tej sekundzie, gdy absolutnie zatracił się w chwili, nastąpiło coś, czego nikt z nas nie przewidział. Przynajmniej nie tak szybko.
NAGŁY I NIESPODZIEWANY MOKRY FINAŁ. Z przytupem.
A ja poczułam, że coś... coś, co nigdy nie powinno się znaleźć tam, gdzie teraz było, przedziera się nagle inną drogą, niż książkowo przewidziano na zajęciach z edukacji seksualnej.
Przez NOS. PRZEZ. NOS!
Wydałam odgłos przypominający kichnięcie połączone z krzykiem i dźwiękiem dławienia się popcornem. On zamarł. Chyba myślał, że zrobił mi krzywdę. Słodziak. Popatrzył na mnie. Na mój nos i na siebie. Wtedy zaczęło się to, czego zupełnie się nie spodziewałam.
- O Boże, O BOŻE, ELLIE?! NIE, NIE, NIE! TO NIE MIAŁO TAM BYĆ! - No racja, nie miało, ale żyję, mam się dobrze, będziemy się z tego śmiać, jak już odetkam nos. Skąd ta panika? - O MÓJ BOŻE, TO WYSZŁO? JA... JA NIE MOGĘ! FU!
- Czego ty nie możesz? Dasz mi chusteczkę? Muszę wydmuchać nos...
- FU! FU!! NIE DOTYKAJ MNIE!
- Słucham? Co ci jest? To tylko sperma. Twoja zresztą, więc...
Nie zdążyłam jednak dokończyć, bo mój #mężczyznanocy właśnie zaczął hiperwentylować.
- NIE DOTYKAJ TEGO! TO JEST... TO JEST... BOŻE, JA TU, KURWA, UMRĘ.
A ja, próbując złapać oddech, parsknęłam śmiechem tak histerycznym, że prawie spadłam z łóżka.
- Cicho bądź - wykrztusiłam. - To mój nos, nie musisz go tak dramatycznie przeżywać! Nic mu nie będzie...
- ELLIE, JA TEGO NIE DOTKNĘ! NIGDY! JAK TO WYLAZŁO?! JA ZAWSZE TO KONTROLUJĘ! ALE... ELLIE?! NOSEM? CO Z TOBĄ NIE TAK?
- Tak, Sherlocku. Nosem. Zaskakujące, wiem. Skontaktuję się z lekarzem. Przesuń się, chcę iść do łazienki, zejdź mi z drogi, Aiden. - Próbowałam się ogarnąć, ale z nosa wciąż mi kapało, więc wyglądałam jak najgorsza wersja świątecznego renifera. - Błagam cię, nie rób mi tu wiochy... - zaczęłam, ale on kontynuował:
- ELLIE, NOSEM? PRZEZ NOS?! JAK TO WYSZŁO PRZEZ NOS?
- Może i ogarniasz te swoje fuzje i inne gówna, ale z fizyki chyba miałeś pałę, mój drogi. Ciśnienie. Wiesz, jak działa? Jak ktoś mi wsadza gaśnicę do buzi, to niech się nie dziwi, że potem piana mi wylatuje każdym otworem!
Padł na łóżko, dramatycznie jak ofiara w telenoweli.
- Ellie, ja tego nie dotknę. Nigdy. Błagam cię, wytrzyj to. Zapłacę ci.
- Słucham?
- Wytrzyj to ze mnie! To jest ohydne, musisz mi pomóc!
- Ty mnie wkręcasz, tak? Brzydzisz się własnej spermy? - Przysięgam, wyłam w duchu ze śmiechu.
- Skończ i rób, co ci każę! Masz. - Wyciągnął ze spodni plik banknotów. Nie, żebym liczyła, ale na luzie było tam kilkaset dolarów. - Wystarczy? Wycieraj to, błagam!
Co miałam zrobić? Byłam w szoku. Wzięłam papier z łazienki i wytarłam mu brzuch i... nie tylko. On leżał zapłakany na wznak, zakrywając twarz dłońmi. Po wszystkim pierdzielił coś o tym, że nie powinniśmy się już więcej widywać. No Krzysztof Kolumb powinien od niego pobierać lekcje odkrywcy.
To była najgorsza i najlepsza scena w moim życiu.
Wychodząc, złapałam banknoty z łóżka i gdy szłam chodnikiem do domu, dotarło do mnie: Ellie, to jest to. Ludzie płacą za takie historie. Ty musisz to robić zawodowo!