Rozdział 2
Minęły dwa dni od przesłuchania. Wincent nie mógł znaleźć sobie miejsca w domu. Nie wiedział, czy go zweryfikują pozytywnie. W gruncie rzeczy nie chciał tracić tej pracy. Lubił ją. Trudno mu było wyobrazić sobie jej utratę i zmianę związanego z nią stylu życia. Do tego, co wykonuje się z pasją, a przy tym odczuwa się z takiego działania przyjemność, człowiek bardzo się przywiązuje. Nie lubił też, gdy o jego przyszłości miałby decydować ktoś inny.
Za oknem padał majowy deszcz. Choć zza chmur nie było widać słońca, które zazwyczaj wprawiało go w lepszy nastrój, nie tracił wiary w siebie.
Ach, chrzanię to wszystko! – myślał. – Przecież nikt nie jest niepokalanie poczęty. Również i ja nie jestem. Nie byłem i nie będę! Jeśli mnie nie zechcą, poszukam sobie innej roboty. Nie jestem jeszcze taki stary i coś niecoś potrafię. W końcu, czy tylko oni mają patent na rację i patriotyzm? Poza tym, czy w dzisiejszych czasach szacunek dla przeszłości i przyz nanie się do własnych korzeni są jeszcze komuś do czegoś potrzebne? Czy patriotyzm tak bardzo jest już passé? A może tylko u nas?
Ostatnie słowa wyrzucił z siebie na głos.
– Mówiłeś coś, kochanie? – spytała żona z kuchni.
– Nie, nic takiego, tylko, że strasznie dzisiaj leje, a z południa nadciągają ciemne chmury. To mi wygląda na burzę, pewnie za chwilę lunie jeszcze mocniej – odpowiedział tym razem głośniej, by go dobrze słyszała.
- Oby tylko nie było gradu lub jakiejś trąby powietrznej! – odpowiedziała życzeniowo.
Oczekując na wezwanie od generała Poleskiego, postanowił zacieśnić rozluźnione częstymi wyjazdami zagranicznymi więzi z żoną i dwoma synami. Ostatnio Patrycja wymagała specjalnego traktowania. Wychowanie dwóch dorastających chłopców, często samotnie, z ojcem ciągle w tajnych misjach poza domem, kosztowało ją nie tylko wiele niepokoju o męża, lecz także wiele codziennego wysiłku w przekonywaniu urwisów do swoich racji. Nie wystarczyło wydawanie samych poleceń. Coraz częściej musiała uzasadniać większość podejmowanych przez siebie decyzji. Zazwyczaj dotyczyły one szkoły, kolegów i koleżanek oraz wspólnego przestrzegania zasad prowadzenia domu i utrzymania w nim porządku. Nie było to, wbrew pozorom, zajęcie dla niej łatwe. Zdawszy maturę i ukończywszy studia we Francji, była kobietą wyemancypowaną. Znała swoje prawa w małżeństwie i rodzinie. Nigdy nie chciała być kurą domową. Ze względu na przeżycia po tragicznym wypadku samochodowym ojca nie zrobiła prawa jazdy i w sprawach transportu była poniekąd zdana na innych. Zawsze natomiast pragnęła dużo podróżować i poznawać ciekawych ludzi. Pierwszych dziesięć lat życia małżeńskiego i rodzinnego było w dużej mierze zaprzeczeniem tych marzeń. Wiele czasu spędzała w domu, pełniąc pod nieobecność męża funkcję matki i ojca równocześnie. Po powrotach Wincenta obiecywała sobie, że tym razem przymusi go do pozostania na dłużej z nią i dziećmi w domu i że go już nigdzie nie puści. Płonne nadzieje! Po części oszukiwanie samej siebie. Praca w służbach nie była zwykłym zajęciem. Nie znało się dnia ani godziny. Chwile spędzone razem należało wykradać losowi i jak najdłużej się nimi cieszyć.
Jak każdy człowiek, uczyła się w biegu radzenia sobie ze stresem. Najlepiej jej to wychodziło, gdy schodziły się do niej przyjaciółki na kawę i długie babskie rozmowy. Nazywała to z niemiecka plaudern gehen. Wincent nie wiedział, skąd znała to powiedzenie. – Besser plaudern, dann fremd gehen. Lepiej iść na plotki niż kogoś zdradzać – mawiała i dodawała: – chociaż mężczyźni potrafią być większymi plotkarzami niż kobiety.
Wiedział, że lubiła umawiać się z koleżankami w Galerii Mokotów. Spotkania te połączone były zazwyczaj z tzw. shoppingiem. Na wydrukach wyciągów bankowych, które przychodziły po miesiącu pocztą, sprawdzał tylko, czy nie przesadzała z używaniem karty. Nie robił jej wyrzutów, co najwyżej raz na jakiś czas delikatnie upomniał. Nie chciał psuć jej tej jednej z wielkich kobiecych namiętności. Kiedyś kolega z wojska opowiedział mu typowy męski dowcip na ten temat:
– Wiesz – pytał z gębą uśmiechniętą od ucha do ucha – gdzie kobieta odczuwa najbardziej swój drugi punkt „G”?
– Nie, nie wiem – odpowiedział Wincent. – Na razie staram się, by dobrze odczuwała ten pierwszy!
– No to powiem ci, że kobiety najbardziej odczuwają swój drugi punkt „G” na końcu wyrazu shopping !
Kumpel śmiał się przy tym tak zaraźliwie, że w końcu i jego rozbawił do łez.
W gorące sobotnie popołudnie ostatniego tygodnia maja pogoda wyjątkowo nastrajała Wincenta do zadowolenia. „Dlaczego tak rzadko uświadamiamy sobie – myślał – że jesteśmy szczęśliwi? Tak często szukamy zaś dziury w całym. Patrzymy, nie widząc, słyszymy, będąc głuchymi. Wszystko przez nieustanny wyścig. Z kim? Po co? W imię czego?”.
Nad małym oczkiem wodnym, w starannie przez Patrycję wypielęgnowanym ogrodzie rosło mnóstwo różnokolorowych kwiatów. O tej porze roku jedne po drugich zaczynały rozkwitać i cieszyć oczy wszystkimi możliwymi kolorami. Wincent siedział na tarasie pod parasolem i z pękatej szklanki popijał piwo. Ostatnio zdobyło kilka medali na międzynarodowych konkursach browarniczych. Przed nim na stole leżała codzienna prasa i tygodniki. Wprawdzie co raz częściej korzystał z dobrodziejstw internetu, to jednak po felietony sięgał do prasy. Interesowały go artykuły o Polsce w kontekście polityki europejskiej oraz w relacjach z Rosją, Niemcami i USA. Poza tym uważał, że samo pobieżne czytanie internetowych informacji, a raczej ich nagłówków, tylko luzi otumania. Co więcej nieświadomie stają się oni obiektem maniupulacji przez media. Te z kolei nie są przecież anonimowe...
Od lektury oderwała go Patrycja. Schodząc z piętra, stanęła w drzwiach, trzymając w ramionach rozciągniętego na całej swej długości Chrobrysia. Po południowej drzemce próbował dojść do siebie. Przeciągał się, ciągle jeszcze zaspany. Widok był imponujący. Koty rasy maine coondochodziły do metra długości, łapy miały trzy razy grubsze i większe od zwykłego kota. Pyszczek zaś, jak u prawdziwego żbika lub rysia, z pędzelkami na uszach.
–Kotku, zapraszam na taras na drinka – zachęcił.
– A co proponujesz?
– Campari Orange na początek. Potem może kieliszek Irish-cream do tiramisu – odparł, uśmiechając się z satysfakcją, że wie, co smakuje żonie.
– Hm… Widzę, że pamiętasz, co lubię najbardziej! Ale żadnego ciasta! Wiesz przecież, że się odchudzam.
– Jasne… A propos, jesteś przekonana, że to lubisz najbardziej? – powiedział, przechylając się na leżaku w stronę kuchni, by lepiej go słyszała. Widział ją w całej kobiecej okazałości. Urokliwa nimfa napełniała z automatu filiżankę świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Poczuł, że wstrząsa nim dreszcz podniecenia.
– Lubię jedno i drugie, mój miły… Filiżankę kawy?
– Nie, na razie dziękuję. Kończę poobiednie piwo.
– Okay… Już do ciebie idę… Wiesz – ciągnęła – trawestując pewne powiedzenie, zastanawiam się, czy mężczyźni w ogóle odróżniają miłość od seksu?
– No wiesz! – żachnął się. – Skąd ten damski pesymizm?
– Czy ty, znając tak wiele języków obcych, uświadamiasz sobie, jakimi pięcioma językami można wyrazić swoją miłość do kobiety?
– Mógłbym podać kilka. Może nawet więcej. Przede wszystkim słowo samo w sobie. Ono może hołubić, wynosić pod niebiosa, ale źle użyte, krzywdzić, ranić, upokarzać.
– To na pewno – przytaknęła.
– A co myślisz o nieustającym bólu w piersiach, powodującym konieczność głębokiego zaczerpywania powietrza? Tęsknocie za osobą ukochaną w każdym zakątku kuli ziemskiej? Myślach krążących bez przerwy wokół tej osoby? Pragnieniu przebywania ze sobą
jak najdłużej razem… Długo tak będziemy rozmawiać na odległość? – zapytał głośniej w kierunku kuchni.
– Już, już, muszę włączyć zmywarkę. Zacząłeś dobrze, lecz dalej wydaje mi się, że mylisz pojęcia – mówiła, kończąc parzenie kawy i zamykając drzwiczki od zmywarki.
– W ten sposób opisujesz stan swojej duszy w momencie, gdy przed dwudziestu laty we mnie się zakochiwałeś. Czy to jednak aby już nie przeminęło z wiatrem?
– To ciągle trwa, Żabciu…
– A ból w piersiach to masz wtedy, gdy po spotkaniu z kolegami zbyt późno wracasz do domu… – ironizowała.
– Pati… Jak możesz tak mówić. Przecież wiesz, że ciągle ciebie tylko kocham!
– Po czynach ich poznacie, nie po słowach. Ale skoro mówimy już o słowach, to podpowiem ci, jakie to są języki, skoro sam nie możesz na to wpaść… – W jej zielonych jak morska woda oczach nie dostrzegał złośliwości, raczej chęć przekomarzania się z nim.
– Rozumiem, że nie tylko francuski? – odparł frywolnie.
– Tobie tylko jedno w głowie! A więc słuchaj! Jest więc dotyk, dalej czas, jaki się poświęca danej osobie, afirmacja tej osoby dla niej samej i wśród osób trzecich, gotowość niesienia pomocy, a czasami nawet do poświęceń.
– Fiu, fiu… Czyżbyś we mnie wątpiła?
– I wcale nie chodzi tu tylko o gotowość do poświecenia życia i zdrowia dla drugiej osoby – mówiła, jakby nie słyszała jego wtrąconej uwagi. – Raczej o drobne wyrazy poświęcenia w szarości dnia codziennego. Także o umiejętność obdarowywania danej osoby właściwymi prezentami we właściwych momentach życia. O znajomość gustów i przyzwyczajeń tej kochanej osoby.
– A gdzie błysk w oczach, który u mnie znajdowałaś? Czy to nie było wystarczającym świadectwem mojej miłości? – zajrzał jej głęboko w oczy.
– Jak najbardziej, z tym, że jest on coraz bledszy! – odparła z lekkim wyrzutem.
Spojrzał na nią jeszcze raz. Zrozumiał, że każde słowo, które teraz powie, będzie ważone i zapamiętane. Mężczyźni między innymi tym się różnią od kobiet, że nie pamiętają im długo rzeczy niedobrych, o wiele zaś dłużej rzeczy dobre. Z kobietami bywa zazwyczaj odwrotnie. Wincent zdawał już sobie sprawę, że w dłuższym pożyciu małżeńskim oboje mają wypracowane własne kody porozumiewania się, gesty, spojrzenia, maniery mówienia. Wiedział również, że wskutek stresu, pośpiechu i obowiązków wobec wymagającego współczesnego świata nie zawsze był w stanie utrafić w nastrój Pati. W danej chwili ubrać słowa w odpowiednią intonację głosu, by nie zostały fałszywie lub opacznie zrozumiane. Najgorzej zaś, gdy do związku wkradała się rutyna. Przestawało się pielęgnować wzajemne uczucia. Miał wyrzuty sumienia, że nie zawsze był wobec niej w porządku.
– Rybko, tego wszystkiego jestem bardzo świadomy – przekonywał.
– Nie wierzę! – droczyła się.
– Jak możesz nie wierzyć! To dla ciebie chciałbym mówić tymi wszystkimi językami świata. Tak doskonale, jak tylko potrafię.
– Mów. Przemawiaj…
– Mów do mnie jeszcze…Za taką rozmową / tęskniłem lata… Każde twoje słowo / słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze – / Mów do mnie jeszcze… 1 – sięgnął po wiersz, uśmiechając się tak ciepło, jak tylko potrafił.
– Ty draniu! Zawsze potrafisz wybrnąć z sytuacji…
Trzymając w ręku campari dla Pati i whisky dla siebie, podążył za żoną na taras. Podał jej smukłą szklankę z żółtą-pomarańczową zawartością, ucałował w policzek i powąchał. Za uszami wyczuł zapach jednych z bardziej ulubionych przez niego perfum, zwanych „Poison”. Unosił się dookoła w promieniu kilku kroków. Wciągnął głęboko powietrze i objął żonę mocno prawą ręką od tyłu, powyżej bioder. Potem przytulił ją do siebie. Tak, to była słodka „trucizna”. Trucizna, której pragnął.
Szeptał coś do ucha. Po chwili pozwoliła mu się zaprowadzić do sypialni na piętrze. Och, jakże jej pragnął. Jakże chciał zatrzymać teraz czas jak najdłużej. Czuł zapach jej włosów, dotykał delikatnej jedwabistej skóry. Jego silne ramiona i muskularne uda wzbudzały w niej tak mocne pożądanie, że wiele była mu w takich chwilach gotowa wybaczyć.
Rzucili się na siebie łapczywie, jak w pierwszych dniach znajomości, chcąc nasycić się sobą tak mocno, jak tylko można. Jakby na zapas, na potem, gdy przyjdzie ponownie się rozstawać.
Tego samego dnia po południu przyjechał do domu Oparów wojskowy posłaniec. Wręczył majorowi wezwanie do stawienia się w dniu następnym na spotkaniu z generałem Poleskim.
Wincent udał się do kwatery tajnych służb w Warszawie. Minął punkty kontrolne i wszedł po schodach na piętro, a potem do sekretariatu generała. Zameldował się u adiutanta przy drzwiach. Na pozwolenie wejścia musiał odczekać kilka minut. Generał kończył jakąś ważną rozmowę telefoniczną. Wcześniej polecił sobie nie przeszkadzać.
Wreszcie mógł wejść.
– Witam pana majora – powiedział generał, zaciągając trochę po lwowsku.
– Cieszę się, że mogę pana ponownie powitać w naszej służbie.
– Czołem, panie generale! Pan pozwoli… – Wincent zawiesił pytająco głos.
– Czyżby to znaczyło, że zostałem zweryfikowany pozytywnie?
– Hola, nie tak szybko, panie majorze! Aczkolwiek muszę przyznać, że zawsze darzyłem pana dużym szacunkiem. O sympatii nie wspomnę. Zanim odpowiem, napijmy się czegoś. Może kawy? Herbaty?
– Chętnie mocnej, czarnej kawy z cukrem, jeśli pan tak łaskaw, panie generale – Wincent odpowiedział spokojniejszym już głosem. Chyba nie jest tak źle, przeszło mu przez myśl.
Generał podszedł do biurka i zadzwonił po adiutanta. Poprosił o dwie duże czarne kawy z cukrem.
– A zatem, panie majorze! Widzi pan, długo analizowaliśmy pańską przeszłość, dotychczasową służbę i obecną pana sytuację rodzinną. Wiem, że wszystkie niezbędne testy sprawnościowe, fizyczne i intelektualne, jakim poddał się pan dwa miesiące temu, wypadły nad wyraz dobrze. Jednak analiza pańskiej przydatności dla służb wypadła niejednoznacznie… Z jednej strony ma pan wielkie zasługi dla obronności Rzeczpospolitej, duży potencjał w postaci wykształcenia i życiowego doświadczenia. Z drugiej – pana działalność sprzed roku 1989 budzi wątpliwości obecnego kierownictwa resortu. Jak pan wie, nastał czas czyszczenia służb z potencjalnych zagrożeń wynikających z możliwego uwikłania się naszych pracowników we współpracę z obcymi wywiadami. Zwłaszcza Federacji Rosyjskiej.
– Tak, wiem. Byłem drobiazgowo przesłuchiwany przez szanowną komisję. Złożyłem wyczerpujące pisemne oświadczenie o mojej dotychczasowej pracy. Zdradą się brzydzę i wolałbym odejść ze służby niż dać się pozyskać i pracować dla obcych.
– Tak, tak… Pan ciągle jeszcze jest młody duchem. Lecz pańska praca w Centrali Handlu Zagranicznego, majorze, nie przynosi chluby. Z tego powodu miał pan w komisji kilku przeciwników pozytywnej weryfikacji.
– Wspominam te czasy z niechęcią, ale wydaje mi się, że nikogo wówczas nie skrzywdziłem ani nie naraziłem na odwet bezpieki. Lawirowałem między mniejszym a większym złem.
– Ogólnie nie mamy przeciw panu ciężkich zarzutów. Przewodniczącego komisji udało mi się jednak przekonać dopiero po analizie życiorysu pańskiej rodziny. Czy pan wie, że zawdzięcza pan swoją pozytywną weryfikację przede wszystkim dziadkowi Onufremu, który służył u Piłsudskiego w obronie Lwowa? – W tym momencie zapadło krótkie milczenie. Wincent nie śmiał i nie chciał zabierać głosu.
– Zatem, właściwie to przeważyło. Pan rozumie, mamy tylu młodych i chętnych do pracy w nowych służbach…
– Panie generale. Jeśli mógłbym coś powiedzieć… Zawsze twierdziłem, że za ludzi mówią czyny, nie słowa. Zresztą tak też mówi moja żona. Nigdy w rodzinie nie należeliśmy do erudytów. Bliższe nam tradycje żołnierskie.
– Owszem, to najbardziej prawdziwa z prawd na tym świecie. Podobnie jak to, że przyjaciela poznaje się w biedzie – odparł nieco filozoficznie generał.
Odwrócił się na chwilę plecami do Wincenta. Z papierośnicy wyjął papierosa i zapaliwszy, mocno się zaciągnął. Rzadko teraz palił. Wiedział, że to niezdrowe, a poza tym źle wygląda. W chwilach podejmowania trudnych decyzji lubił jednak sięgnąć po Marlboro i głęboko zaciągnąć się dymem.
– Panie majorze, nie skłamię, jeśli powiem, że pańska wiedza i doświadczenie są nam bardzo potrzebne. Nie można wszystkiego oprzeć na młodych. To tak, jak w futbolu. Napastnicy mogą być młodsi, lecz w środku pola i w obronie trzeba znaleźć ludzi prowadzących i kontrolujących grę. Wie pan, nie możemy sobie pozwolić na rozbicie służb w imię pewnych idealistycznych poglądów niektórych członków komisji. Powiem tak: pragmatyzm, inwencja, lojalność i kontrola, to przynajmniej pierwsze cztery filary fundamentu, na którym budujemy nowe służby. Dodam, że decyzja zapadła wczoraj późnym wieczorem i że za pana poręczył także pański kolega ze studiów. Moja zaś opinia domknęła pozytywnie tę sprawę.
– Dziękuję! Czy mogę zatem rozumieć, że nadal jestem oficerem służb?
– Hm… – generał zawiesił na chwilę głos.
– Tak. Gratuluję panu, panie majorze! A właściwie, panie podpułkowniku. Dla pana informacji, na mój wniosek mianowano pana także dowódcą grupy Gamma… Jeszcze raz gratuluję! – Uścisnął mu dłoń.
Wincent w milczeniu odwzajemnił uścisk.
– Choć pora trochę wczesna… Zanim przejdziemy do szczegółów, nie omieszkam wypić z panem małego toastu! Proponuję naszą staropolską Żubrówkę.
Podpułkownik Opara nie przepadał za tym trunkiem, chyba że białą. Wolał whisky albo Wyborową. Zadowolony jednak z wyników przesłuchania przed komisją, wypił kieliszek do dna. Poczuł dużą ulgę, że najgorsze ma za sobą. Napięcie mijało. Z drugiej strony wiedział, że awans na dowódcę ściśle tajnej jednostki Gamma jest nie lada honorem. O jej istnieniu, a nawet nazwie wiedziało tylko kilku najbardziej wtajemniczonych. Dziś dowiedział się o niej od generała.
Jeszcze raz uścisnął dłoń generałowi. Dobry stary żołnierz. Przyszedł do służb niedawno. Nigdy nie był członkiem PZPR. Jego ojciec służył w Kedywie AK, dawało mu to teraz przewagę nad innymi oficerami w nowej Polsce. Przedtem raczej trwał i nie był dostrzegany. Wincent dowiedział się kiedyś, że w oddziałach AK na Rzeszowszczyźnie wielokrotnie przebywał ojciec generała Poleskiego. Armia Krajowa przygotowywała wówczas plan wyzwolenia wielu miejscowości spod panowania hitlerowskich Niemiec, zanim na te tereny wejdzie armia rosyjska. W ten sposób chciano odtworzyć II Rzeczpospolitą i zademonstrować światu państwową suwerennosć i niezależność od Rosji.
Nie wszyscy przecież w owym czasie byli świadomi ustaleń z Tehereanu i Jałty.
Jednym z wyzwolonych samodzielnie przez AK miast był Tyczyn. Tam przed mordami UPA schroniła się rodzina Wincenta. Uciekli wówczas z Kresów Wschodnich, z Podola, do Generalnej Guberni. Być może z tego powodu generał darzył Wincenta pewną dozą sympatii.
Poleski, pomimo stosownego wieku, nie zamierzał przechodzić na wcześniejszą emeryturę. Do tego się nie palił. W nowej rzeczywistości tym bardziej czuł się potrzebny armii i krajowi. Zamiłowanie do tego typu pracy, osobista charyzma i hart ducha sprawiały, że przetrwał wielu ministrów i ciągle na niego liczono w służbach.
– A zatem, panie pułkowniku, pojedzie pan do Afganistanu jako dowódca jednostki Gamma. Będzie pan odpowiedzialny za wykonanie zadań specjalnych i koordynację działań z pana odpowiednikiem po stronie amerykańskiej. Na terenie Afganistanu jednostka podlegać będzie w uzgodnionych zadaniach Amerykanom i ściśle z nimi współpracować.
– Rozumiem. Dziękuję za zaufanie, panie generale!
– Przejdę zatem do szczegółów…
Rozmowa z generałem Poleskim przeciągnęła się do południa. Wincent rozstawał się ze swoim przełożonym w wyraźnie lepszym nastroju. Spod gmachu służb odjeżdżał z uczuciem ulgi. Znowu miał pracę…
– Pati, Patrycjo, kochanie… Wróciłem! Czy jest ktoś w domu? – krzyknął, przekraczając próg i domykając za sobą drzwi wejściowe.
Odpowiedziała mu cisza. Może poszła do szkoły Stasia, pomyślał. Coś mu wczoraj o tym wspominała. Jego myśli krążyły wtedy tylko wokół czekającego go spotkania z generałem, zupełnie wyleciało mu to z głowy.
Było wczesne popołudnie. Zmęczony trwającym od kilku dni nieustannym napięciem, nastawił płytę z ulubionymi mazurkami i polonezami Chopina. Muzyka była dla niego ważna.
Nie miał jednak dziś nastroju do Chopina. Po chwili przełączył na Michaela Jacksona. Lubił zwłaszcza jego Who Is It i You Are Not Alone. Oboje z żoną lubili Jacksona, choć stary dobry rockmann, Rod Stewart, zajmował również poczesne miejsce w ich domowej płytotece. Jednak koncert Michaela Jacksona dla HBO i nagranie Whatever Happens z jego ostatniego albumu Invincible z robiły na nich wyjątkowe wrażenie. W Invincible towarzyszył wówczas Michaelowi Carlos Santana. Przypomniał sobie rozmowę z Pati:
– Poruszał zmysły i dusze… Wielki człowiek! Biedny, zaszczuty przez zawistnych ludzi. Złych dziennikarzy, żądnych pieniędzy i sensacji... – emocjonowała się Patrycja.
– Raczej przez fałszywych proroków. Dziś media potrafią zniszczyć najlepszych z najlepszych. Są silniejsze od niejednych rządów. Gdyby nie był dobrym człowiekiem, nie oddałby trzystu milionów dolarów na cele charytatywne. Któż inny z artystów uczynił choć cząstkę tego? – przytaknął.
– Zdobył czternaście nagród Grammy, lecz wszystkie chował. Nie wieszał ich na ścianach swojego domu, nie oprawiał w złote ramki – mówiła poruszona.
– W Michaelu – dopowiadał Wincent – nie było śladu próżności, odrobiny pychy! Ludziom więcej chciał z siebie dawać, niż od nich brać. Był perfekcjonistą z wielkim sercem. Za to kochało go wielu!
– Był za dobry na ten świat! – dodała Pati. – Mogliby zostawić go już w spokoju! Co dzień coś nowego w mediach! Co chwila jakieś nowe sensacje.
– Rzeczywiście rzucili się na niego jak żądne krwi hieny.
– Wiesz, co mówił na ten temat? – spytała.
– Mówił, że plotka i kłamstwo obiega świat sprintem, prawda zaś objawia się dopiero w maratonie… – Na wspomnienie Jacksona Patrycja wzruszała się, głos wiązł jej w gardle.
– Ale, ale! Nie znaczy to, że zapominamy o Rodzie Stewarcie. Pamiętasz jego One Night Show w Royal Albert Hall? – przypomniał.
– Jakże mogłabym zapomnieć!
– To jego I Don't Want to Talk About It… śpiewane w duecie z Irlandką Amy Belle i
Have I Told You Lately That I Love You – wspominał z rozrzewnieniem. Byli razem w Londynie na tym koncercie.
Głowę miał pełną najprzeróżniejszych, nie całkiem uporządkowanych myśli, skojarzeń. Splot wydarzeń z ostatnich dni skumulował je wszystkie prawie w jednym czasie. Myślał o służbie, o swojej przeszłości, rodzinie. O ojcu i dziadkach, których życie było swego rodzaju pielgrzymką w różne miejsca. Często w poszukiwaniu własnej tożsamości. O sobie. Że też musi za każdym razem udowadniać, że nie jest wielbłądem, dowodzić miłości do tej ziemi. Z kroplą goryczy w sercu wsłuchiwał się w rytm muzyki i głos niepowtarzalnego Michaela Jacksona. Wychylił ostatni łyk alkoholu, odstawił szklankę na podręczny stolik i głęboko usnął.
Po dwóch godzinach obudził go jakiś hałas w salonie. Drzwi łączące salon z przedpokojem i kuchnią były lekko przymknięte. Słyszał dochodzące z kuchni odgłosy, czuł zapach przygotowywanej kolacji. Pewnie żona dała mu się zdrzemnąć po trudnej rozmowie z generałem. Jesteś kochana i wyrozumiała, pomyślał. Dobrze odróżniał zapach przysmażanej na złoto cebuli i papryki oraz syczenie drobno posiekanego w kostki mięsa. Pachnie mi risotto… Przydałoby się otworzyć jakąś butelkę…
– Winek, dobrze, że wstałeś. Mamy gościa… Twój tata nas odwiedził.
– Część, tato! Jak zdrówko? – Szczerze ucieszył go widok ojca.
– Witaj! Czuję się tak, jak każdy czułby się w moim wieku…
– Wiesz? Ponownie przyjęli mnie do służby. Sam nie wiem, czy mam się cieszyć, czy smucić. Pewnie oznacza to ponowną rozłąkę z domem – rzucił, idąc w stronę kuchni.
Na stole postawił butelkę czerwonego Saint-Emilion Grand Cru rocznik 1975.
– Och, przestraszyłeś mnie. Nie słyszałam, jak wszedłeś…
– Widzisz, potrafię być cichociemny…
– A już myślałam, że zostaniesz przydzielony do działu analiz i będziesz więcej pracował na miejscu, w Warszawie – Patrycja z miejsca nawiązała do dręczącego ją tematu. – Moglibyśmy dłużej być ze sobą razem… Powoli mam tego wszystkiego dość! Ciągle sama i sama. A ciebie nie ma.
– No przecież masz w domu chłopaków! W końcu to moja krew!
– Owszem, ale czy oni są w stanie we wszystkim mi ciebie zastąpić?
– We wszystkim to pewnie nie...Widzisz, kotku, w przeciwieństwie do ciebie, nie liczyłem na to, że zostawią mnie w dziale analiz. Nie spodziewałem się jednak, że mój wyjazd do Afganistanu to sprawa aż tak pilna…
– Jak to, czyżbyś wrócił do domu tylko na krótkie odwiedziny?
– Ciągle trudno jest ci się przyzwyczaić?! – westchnął.
– A co ze mną? Co z dziećmi? Chłopcy dorastają, potrzebują ojca na co dzień, a nie od święta! Wszystko znów spadnie na mnie! Jestem tym zmęczona – usiadła ciężko na krześle i zapatrzyła się tępo w podłogę. Wyrwał ją z tego Chrobryś, wskakując na kolana z podniesionym do góry puszystym ogonem.
– Ach, prawda… Mamy jeszcze ciebie, Chrobrysiu. Przynajmniej ty zostajesz – szepnęła pieszczotliwie do zwierzaka. Na jej twarzy pojawił się uśmiech radości pomieszanej z zatroskaniem.
– Karolu, Stasiu, wszystko stygnie! Schodźcie na dół, zostawcie te komputery! Internet to nie cały świat! – krzyknęła ku pokojom synów, odwracając na chwilę uwagę od tej ciężkiej rozmowy.
– Chłopcy! Czekamy na was! – poparł ją Wincent.
– Tam trzeba zaprowadzić ład, jak w Europie… Uprawa narkotyków nie może być podstawą bytu rodziny – próbował wyjaśnić Pati motywy wyjazdu.
– A dlaczego? – ironicznie podchwycił Karol. Po długich nawoływaniach schodził wreszcie do kuchni na rodzinny posiłek. Dorastającego chłopaka co raz trudniej przychodziło
rodzicom odgradzać od trudnych tematów wszechobecnej rzeczywistości.
– Przecież wszystko wtedy staje się takie przyjemne. Człowiek jest szczęśliwy i odjeżdża…
– Patrzcie go, znalazł się nieszczęśliwy i tak bardzo jest mu źle na tym świecie! – zrugała go Patrycja.
– Rozumiem, że kpisz? – spytał Wincent.
– Hm… – odchrząknął Karol, uznając, że ojciec doskonale odczytał jego dość niemądre żarty.
– Narkotyki nie mogą być podstawą bytu rodziny. Tak jak nie mogą być podstawą istnienia żadnego państwa. Przecież to one niosą zniewolenie. Tam, gdzie się je uprawia, ściągają najgorsze ludzkie charaktery. W ten sposób rodzi się zło. A zło rodzi następne zło, potem terroryzm i tak dalej… Bez końca. Czy pamiętacie z historii, dlaczego w czasie zaborów w każdej polskiej wsi musiała być karczma?
– Wincent, Wincent, ale wam nakładli do głów na tych szkoleniach… Opanuj się… – zgasiła go żona.
– Pati, on dobrze mówi. Tak jest. Tak było! To prawda! – wspierał go ojciec.
– Cała prawda i tylko prawda lub oczywista oczywistość! – dworował sobie Karol z dziadka.
– Karolu, myślałem, żeś bardziej poważny – skarcił go Wincent.
– W narkobiznesie i dla terrorystów prawa poszczególnych ludzi, a potem prawa narodów, nie mają znaczenia. Jedni korzystają z drugich. Pierwsi w imię zrobienia fortuny, drudzy w imię ideologii, którą wyznają!
– A jak ty temu chcesz zaradzić? – zdumiał się ojciec.
– Tato, dlatego tam jadę, to znaczy jedziemy!
- Oj, nie jestem pewien, czy dacie radę... synu. – szepnął.