Bad mother - Mia Sheridan

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Reno, Nevada, jedyne miej­sce na ziemi, do któ­rego przy­się­gła ni­gdy nie wra­cać. Nie­stety z tą przy­sięgą poszło coś nie tak i było to wyni­kiem dziw­nego połą­cze­nia zrzą­dze­nia losu i jej wła­snych decy­zji podej­mo­wa­nych pod wpły­wem emo­cji.

"Zmie­ni­ła­byś to?" Sienna zadała sobie to pyta­nie po raz setny.

I po raz setny wciąż nie była pewna odpo­wie­dzi.

Tylko że... Wła­ści­wie to była pewna. Gdyby miała wybór, zro­bi­łaby to raz jesz­cze.

Gdy otwie­rała drzwi komi­sa­riatu, roz­cią­gało się nad nią bez­chmurne pustynne niebo - jaskra­wo­nie­bie­skie i bez­kre­sne. Po chwili weszła w bło­go­sła­wiony chłód kli­ma­ty­zo­wa­nego budynku.

- W czym mogę pomóc? - zapy­tała z uśmie­chem kobieta w recep­cji.

Sienna uśmiech­nęła się także, choć nie aż tak sze­roko.

- Jestem Sienna Wal­ker, przy­szłam na spo­tka­nie z sier­żantką Dah­len.

- Och, cześć! Jesteś tą nową detek­tywką z Nowego Jorku, prawda? Chelle Lopez, miło cię poznać. Podoba ci się w Reno?

- Cześć, Chelle, mnie też miło cię poznać. Tak naprawdę to jestem z Reno. To zna­czy, stąd pocho­dzę.

Na okrą­głej twa­rzy recep­cjo­nistki poja­wiło się zasko­cze­nie.

- W takim razie witamy w domu.

Sienna powstrzy­mała się przed zro­bie­niem zde­gu­sto­wa­nej miny, choć pod wpły­wem słów Chelle żołą­dek skrę­cił jej się w supeł. Patrzyła, jak kobieta pod­nosi słu­chawkę i infor­muje sier­żantkę Dah­len, że ma gościa.

- Za chwilę przyj­dzie.

- Świet­nie, dzięki - powie­działa Sienna, a Chelle ode­brała tele­fon.

Wkrótce zaśmiała się z cze­goś, co powie­działa osoba na linii, i zni­żyła głos, co ozna­czało, że to roz­mowa oso­bi­sta.

Sienna led­wie zdą­żyła usiąść, gdy do holu weszła bar­dzo wysoka, rzu­ca­jąca się w oczy kobieta po pięć­dzie­siątce z krótko obcię­tymi, ster­czą­cymi nie­mal bia­łymi wło­sami. Sku­piła się na gościu.

- Sienna Wal­ker?

- Tak. Sier­żantka Dah­len? Miło poznać panią oso­bi­ście - odrze­kła Sienna, wsta­jąc.

Kobieta miała na sobie czarny spodnium, czarną koszulę i czer­wone szpilki. Pode­szła do niej i szybko uści­snęła jej dłoń, pod­czas gdy Sienna unio­sła pod­bró­dek, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc spoj­rzeć jej w oczy.

- Zapra­szam tędy.

Sier­żantka Dah­len pro­wa­dziła Siennę przez poste­ru­nek tęt­niący popo­łu­dniową aktyw­no­ścią zapra­co­wa­nych poli­cjan­tów. Sta­wiała tak dłu­gie kroki, że Sienna pra­wie za nią bie­gła. Kiedy weszły do gabi­netu, Dah­len zamknęła za nimi drzwi, gestem wska­zała krze­sło przed biur­kiem i obie usia­dły. Następ­nie pod­nio­sła słu­chawkę sto­ją­cego na biurku tele­fonu i popro­siła kogoś, żeby do niej przy­szedł. Sienna szybko omio­tła wzro­kiem nie­ska­zi­tel­nie czy­sty pokój - wyda­wał się tak samo upo­rząd­ko­wany jak kobieta, która go zaj­mo­wała.

Dah­len odło­żyła słu­chawkę, odchy­liła się do tyłu, skrzy­żo­wała nogi i zaczęła przy­glą­dać się Sien­nie.

- Pani kapi­tan i ja jeste­śmy wete­ra­nami armii - powie­działa wresz­cie.

- Tak, pro­szę pani, Dar­rin mówił mi o tym.

- Ingrid. - Urwała, a jej oczy zwę­ziły się lekko. - Nie ma takiej rze­czy, któ­rej bym nie zro­biła dla moich towa­rzy­szy broni.

Sienna poki­wała głową. Czuła zde­ner­wo­wa­nie.

- Dar­rin powie­dział to samo.

"Gdyby sopel mógł zamie­nić się w czło­wieka, wyglą­dałby jak sier­żantka Dah­len" - pomy­ślała Sienna. "Piękna, ale w zimny, ostry spo­sób".

Dah­len, a wła­ści­wie Ingrid, unio­sła pod­bró­dek, jakby czy­tała w myślach Sienny i się z nią zga­dzała.

- Mimo to nie potrze­buję ani nie chcę kło­po­tli­wej bun­tow­niczki przy­pra­wia­ją­cej mnie o ból głowy i przy­spa­rza­ją­cej zbęd­nej papier­ko­wej roboty. Nie­na­wi­dzę zbęd­nej papier­ko­wej roboty.

- Nie, pro­szę pani, nie zamie­rzam spra­wiać temu wydzia­łowi, a zwłasz­cza pani, żad­nych pro­ble­mów. To, co wyda­rzyło się w Nowym Jorku, było... sytu­acją wyjąt­kową. Już się nie powtó­rzy. - Głos Sienny brzmiał słabo, nawet w jej uszach. Skoro więc głos ją zawiódł, wypro­sto­wała się, pró­bu­jąc poka­zać, że jest silna. Miała gra­ni­czące z pew­no­ścią prze­czu­cie, że Dah­len nie tole­ruje sła­be­uszy.

Sier­żantka jesz­cze przez chwilę przy­glą­dała się Sien­nie, a ona oparła się poku­sie, by się skrzy­wić. Jeśli ta kobieta pod­czas prze­słu­chań patrzy tak na podej­rza­nych, wydział musi mieć nie­sa­mo­wi­cie wysoki wskaź­nik roz­wią­za­nych spraw. Pod wpły­wem tego lodo­wa­tego wzroku każdy by się zała­mał. Wresz­cie spoj­rzała w stronę okna, a Sienna cicho wes­tchnęła.

- W poli­cji w Reno mamy obec­nie poważne braki kadrowe, kiedy więc Dar­rin popro­sił o prze­nie­sie­nie cię, sprawa była dość pro­sta.

Sienna powstrzy­mała się przed wzdry­gnię­ciem.

- Ale - cią­gnęła Dah­len - Dar­rin powie­dział mi też, że kiedy nie tra­cisz nad sobą pano­wa­nia, jesteś cho­ler­nie dobrą detek­tywką i że każdy wydział chciałby mieć cię na pokła­dzie.

"Dzię­kuję, Dar­ri­nie. Za to i za wiele innych rze­czy".

- Zro­bię wszystko, co w mojej mocy, by spro­stać temu wspa­nia­łemu opi­sowi, pani sier­żant.

- Mam taką nadzieję.

Sienna odwró­ciła się, bo ktoś nagle zastu­kał w szybę w drzwiach. Po chwili do gabi­netu zaj­rzała ciem­no­włosa kobieta.

- Wejdź, Kat - rzu­ciła Ingrid.

Kobieta o imie­niu Kat usia­dła obok Sienny. Miała włosy upięte w cia­sny kok i pełne czer­wone usta. Przy­po­mi­nała Sien­nie dziew­czynę Bonda w gar­ni­tu­rze - o ile dziew­czyna Bonda w ogóle mogłaby się poka­zać w gar­ni­tu­rze, choćby tak mod­nym i dobrze leżą­cym jak ten Kat.

- Kate­rino Kozlov, to jest Sienna Wal­ker, twoja nowa part­nerka.

Kat odwró­ciła się i zaczęła bez skrę­po­wa­nia mie­rzyć Siennę oce­nia­ją­cym, ale nie nie­życz­li­wym wzro­kiem.

- Dzięki Bogu udział pro­cen­towy testo­ste­ronu w tym miej­scu wła­śnie zmniej­szył się o kolejny uła­mek - powie­działa i lekko się pochy­liła. - A naj­więk­szym dostawcą wspo­mnia­nego testo­ste­ronu jest oczy­wi­ście Ingrid. - Uśmiech­nęła się do Dah­len.

Ta lekko unio­sła brwi, poza tym jed­nak nie wyda­wała się roz­ba­wiona. Sienna pró­bo­wała powstrzy­mać uśmiech, bo nie chciała spra­wić wra­że­nia, że już pierw­szego dnia pracy drwi ze swo­jej sze­fo­wej.

Kat wycią­gnęła rękę.

- Witamy w wydziale zabójstw. Mów mi Kat.

Sienna uści­snęła jej dłoń.

- Cześć, Kat, miło cię poznać.

- No to skoro uprzej­mo­ści mamy już za sobą, może zapro­wa­dzisz Siennę do jej biurka i ze wszyst­kim ją zapo­znasz.

Kat wstała.

- Chodź, part­nerko, pokażę ci naj­waż­niej­sze pomiesz­cze­nie w tym budynku, czyli to, w któ­rym trzy­mamy kawę.

Sienna podzię­ko­wała Dah­len i ruszyła za swoją nową kole­żanką.

Pokój socjalny był mały, ale w sam raz, z kuchenką w rogu i usta­wio­nym z boku sto­łem, przy któ­rym aku­rat nikt nie sie­dział. Kat wyjęła papie­rowy kubek i mach­nęła nim w stronę Sienny, uno­sząc pyta­jąco brwi.

- Dzięki, chęt­nie - odparła Sienna.

Kat nalała dwie kawy i podała jedną Sien­nie, po czym odwró­ciła się i oparła o blat.

- No więc co takiego prze­skro­ba­łaś? - spy­tała.

Sienna zaśmiała się zasko­czona i upiła łyk cien­kiej kawy. Nie spo­dzie­wała się tak bez­po­śred­niego pyta­nia tak szybko, choć dobrze wie­działa, że wśród gli­nia­rzy plotki roz­cho­dzą się z pręd­ko­ścią świa­tła.

- Nie wyko­na­łam roz­ka­zów.

Kat wyglą­dała na lekko roz­cza­ro­waną.

- Nie­sub­or­dy­na­cja? Cho­lera, mia­łam nadzieję, że poszło o romans z sze­fem albo coś rów­nie soczy­stego.

Sienna krótko zachi­cho­tała. "Gdyby tylko..."

- Cóż, to było tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane, ale nie­zbyt soczy­ste. Roz­kazy, które zlek­ce­wa­ży­łam, wydał bur­mistrz.

Kat unio­sła brwi.

- Ach. - Naj­wy­raź­niej ana­li­zo­wała tę infor­ma­cję. - Wyświad­czyli ci więc przy­sługę i wywa­lili cię z mia­sta, zanim bur­mistrz zdą­żył zażą­dać two­jej rezy­gna­cji lub zwol­nie­nia.

- Widać nie bez powodu jesteś detek­tywką.

Kat uśmiech­nęła się, ski­nęła głową w stronę drzwi i wyrzu­ciła kubek do śmieci.

- Pokażę ci twoje biurko. Będziemy spę­dzały ze sobą dużo czasu. Jeśli zde­cy­du­jesz, że masz ochotę opo­wie­dzieć mi szcze­góły tej histo­rii, nie będziesz musiała iść daleko.

Sienna ruszyła za Kat do ich miej­sca pracy, gdzie pry­wat­ność zapew­niała jedy­nie cienka ścianka dzia­łowa. Stały tam dwa stan­dar­dowe meta­lowe biurka, takie same jak te w Nowym Jorku. Otwo­rzyła szu­fladę, traf­nie zga­du­jąc, że usły­szy zgrzyt. Zna­jomy mebel wyda­wał się jedyną rze­czą w jej życiu, która się nie zmie­niła. "Witamy na komi­sa­ria­cie w Reno, Sienno".

***

Sienna była zasko­czona, że osie­dle przy­czep wygląda nieco mniej nędz­nie, niż zapa­mię­tała. Być może było to spo­wo­do­wane zło­ci­stym świa­tłem zacho­dzą­cego słońca, które zmięk­czało kon­tury roz­pa­da­ją­cych się przy­czep i wypa­lo­nej trawy. A może to dla­tego, że w pamięci wyol­brzy­miła obskur­ność tego miej­sca. A może dla­tego, że w pew­nym momen­cie poja­wił się ktoś, kto pró­bo­wał odno­wić osie­dle przy­czep "Raj­ski Zaką­tek" - trudno chyba o bar­dziej nie­ade­kwatną nazwę - i odniósł pewien, choć mini­malny suk­ces.

A być może była to mie­szanka wszyst­kich tych rze­czy.

W każ­dym razie miała przed sobą dokład­nie taki sam układ ele­men­tów, choć dziew­czyna, którą kie­dyś była i która tu dora­stała, stała się już kimś innym. Gdy spo­glą­dała w stronę miej­sca, gdzie daw­niej miesz­kała, miała dziwne poczu­cie braku rów­no­wagi - mimo że sie­działa w samo­cho­dzie i patrzyła przez okno - zupeł­nie jakby grunt pod jej nogami lekko się prze­su­nął.

"Dla­czego cię tu przy­gnało?" Po spo­tka­niu z nową sze­fową i part­nerką poje­chała wła­śnie w tym kie­runku - ale nie pod­jęła tej decy­zji świa­do­mie, czuła się, jakby kie­ro­wała nią wyłącz­nie pamięć mię­śniowa.

"Serce rów­nież jest mię­śniem". Tak, i może to wła­śnie tego mię­śnia uży­wała. Wycho­wała się na tym osie­dlu przy­czep. Każ­dego ranka aż do dnia, w któ­rym ukoń­czyła liceum, wyru­szała stąd do szkoły. Prze­żyła tu jedne ze swo­ich naj­szczę­śliw­szych, a także naj­gor­szych chwil.

Tu się zako­chała. Gdy zwró­ciła głowę w prawo i spoj­rzała w miej­sce, w któ­rym stała jego przy­czepa, poczuła, że ści­ska jej się serce. Oczy­wi­ście przy­czepa już do niego nie nale­żała. Ani do jego matki Mira­belle. Sienna była pewna, że teraz mieszka tu ktoś inny. A on odniósł wielki suk­ces. I cho­ciaż oka­zało się, że nie wie­działa o nim tak dużo, jak jej się kie­dyś wyda­wało, w głębi serca była pewna, że pierw­szą rze­czą, na którą wydałby zaro­bione pie­nią­dze, byłby dom dla matki. Praw­dziwy dom, a nie przy­czepa z pla­sti­ko­wymi ścia­nami koły­sząca się nawet przy lek­kim wie­trze.

Na myśl o Mira­belle poczuła skurcz pod most­kiem i nie­świa­do­mie pod­nio­sła rękę, by roz­ma­so­wać to miej­sce. Tęsk­niła za nią. Na­dal. Mira­belle była jedyną praw­dziwą matką, jaką Sienna kie­dy­kol­wiek miała, bo jej wła­sna przy­po­mi­nała raczej nasiąk­niętą alko­ho­lem sko­rupę czło­wieka i nie zwra­cała uwagi na ist­nie­nie córki. Kobieta, po któ­rej Sienna odzie­dzi­czyła zie­lone oczy i włosy w odcie­niu zło­ci­stego blond, i na szczę­ście nie­wiele wię­cej, zmarła pięć lat temu. Kiedy Sienna się o tym dowie­działa, poczuła jedy­nie prze­lotny smu­tek, który może towa­rzy­szyć świa­do­mo­ści, że kolejne zmar­no­wane życie dobie­gło końca.

Wysłała ojcu czek, aby pomóc w pokry­ciu kosz­tów kre­ma­cji, i prze­ka­zała w imie­niu matki daro­wi­znę na rzecz lokal­nej orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, która poma­gała uza­leż­nio­nym od nar­ko­ty­ków i alko­holu w powro­cie do zdro­wia. To było dla niej wystar­cza­jące zamknię­cie roz­działu. Ojciec bar­dzo szybko zre­ali­zo­wał czek i od tam­tej pory z nim nie roz­ma­wiała.

Opu­ściła to miej­sce jede­na­ście lat temu, nie żegna­jąc się z żad­nym z rodzi­ców. Bolało ją tylko roz­sta­nie z Mira­belle, jed­nak ten ból został zagłu­szony przez inny, o wiele sil­niej­szy, i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jej żałoba ma war­stwy.

Wpa­try­wała się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w to, co kie­dyś było jej domem. I cof­nęła się w cza­sie.

***

Mira­belle otwo­rzyła drzwi przy­czepy i wytarła dło­nie w ścierkę do naczyń.

- Sienna? Co się stało, skar­bie?

Dziew­czynka zaszlo­chała cicho i pozwo­liła Mira­belle wcią­gnąć się do przy­czepy, zapro­wa­dzić do kra­cia­stej sofy i posa­dzić. Kobieta zajęła miej­sce obok niej, obró­ciła się tak, że sie­działy kolano w kolano, wzięła dło­nie Sienny w swoje i ści­snęła je deli­kat­nie. Sienna poczuła zapach cytryn i kon­wa­lii, który przy­niósł jej uko­je­nie, zanim Mira­belle zdą­żyła wypo­wie­dzieć choćby słowo.

Nabrała powie­trza i zadrżała.

- Dosta­łam zapro­sze­nie na uro­dziny do Amy­beth Hor­ton, a tata powie­dział, że przy­nie­sie do domu tro­chę pie­nię­dzy, żebym mogła kupić jej pre­zent, ale tego nie zro­bił i teraz nie mogę iść.

Prawdę mówiąc, ojciec może o tym nie zapo­mniał. Praw­do­po­dob­nie w ogóle ni­gdy nie zamie­rzał tego zro­bić i nawet nie zwró­cił uwagi na jej prośbę. Tam­tego popo­łu­dnia wró­cił do domu pijany, a ona mu nie przy­po­mniała, ponie­waż gdy był w takim sta­nie, naj­le­piej było w ogóle do niego nie pod­cho­dzić. Zawsze był zło­śliwy i okrutny, a alko­hol tylko potę­go­wał te cechy. Sienna się skrzy­wiła, a roz­cza­ro­wa­nie wywo­łane tym, że tak bar­dzo cie­szyła się na coś, w co została włą­czona, a rodzice znowu ją zawie­dli, wydo­było na wierzch całą jej nędzę. Nie mogła pójść tam bez pre­zentu. To byłoby upo­ka­rza­jące. Inne dziew­czyny, z któ­rymi trzy­mała Amy­beth, też nie były bogate, ale miały wię­cej niż rodzina Sienny. I to pod każ­dym wzglę­dem.

Sienna żało­wała, że była tego aż tak bar­dzo świa­doma, lecz miała czter­na­ście lat, nie była już dziec­kiem i po pro­stu zauwa­żała wszystko. Od zawsze. Nie tak jak wiecz­nie szczę­śliwy, nie­przej­mu­jący się niczyim zda­niem Gavin. Kiedy chciał, też potra­fił być spo­strze­gaw­czy, jed­nak to, co widział, naj­wy­raź­niej nie raniło go tak bar­dzo jak jej.

Gavina nie było teraz w domu. Wie­działa o tym i tylko dla­tego tu przy­szła. Nie chciała, żeby widział, jak pła­cze, ale potrze­bo­wała matki. Potrze­bo­wała Mira­belle.

Kobieta ścią­gnęła brwi i wytarła kciu­kiem poli­czek Sienny, gdy z jej oka spły­nęła łza.

- Och, kocha­nie, tak bar­dzo mi przy­kro. - Na jej ślicz­nej twa­rzy poja­wił się wyraz po czę­ści smutku, po czę­ści zło­ści, zaci­snęła jed­nak usta i prze­chy­liła w zamy­śle­niu głowę. - Kiedy te uro­dziny?

- Dzi­siaj - odparła Sienna i nabrała powie­trza, gdy poczu­cie nie­szczę­ścia zaczy­nało słab­nąć.

Wciąż była roz­cza­ro­wana, lecz sie­działa w schlud­nej i wysprzą­ta­nej przy­cze­pie, a Mira­belle słu­chała z taką uwagą, jakby ból Sienny naprawdę miał zna­cze­nie. Przy­szła do niej jedy­nie po pocie­sze­nie, wie­działa, że kobieta też nie ma pie­nię­dzy. Pra­co­wała jako asy­stentka magika o imie­niu Argus, życz­li­wego Greka, który nazy­wał Siennę "Sien­no­ulla" i cza­sami przy­no­sił w bia­łym pudełku z czarną wstążką domo­wej roboty baklawę, a Sienna i Gavin zaja­dali się nią, aż mieli pełne brzu­chy i usta pokryte mio­dem. Występy magika nie były jed­nak zbyt popu­larne i Mira­belle led­wie mogła opła­cić rachunki. Argus mawiał jed­nak, że radość, jaką przy­nosi ludziom ich przed­sta­wie­nie, jest warta znacz­nie wię­cej niż bogac­two.

Sienna wie­działa, że to nie­winne kłam­stewko, ponie­waż Argus pozwa­lał Gavi­nowi, który rewe­la­cyj­nie grał w karty, grać w pokera online pod swoim nazwi­skiem, a potem dzie­lili się zyskami, co ukry­wali przed Mira­belle. Sienna nie lubiła mieć tajem­nic przed Mira­belle, ale wie­działa, że dodat­kowe pie­nią­dze, o któ­rych Argus mówił, że pocho­dzą ze sprze­daży bile­tów, oszczę­dzają jej tro­chę stresu i pozwa­lają im opła­cić wszyst­kie rachunki, nawet jeśli pod koniec mie­siąca za dużo nie zostaje.

Była już na tyle doro­sła, by wie­dzieć, że sztuczki, które wyko­ny­wali, były tylko sztucz­kami, nie potra­fiła jed­nak powstrzy­mać się od patrze­nia, jak Argus i Mira­belle ćwi­czą. Czuła wtedy w sercu czy­sty zachwyt i aż zapie­rało jej dech z rado­ści, gdy coś im się uda­wało.

W samych ich ruchach, gdy per­fek­cyj­nie wyko­ny­wali numer, było coś urze­ka­ją­cego i pięk­nego.

- Dzi­siaj... - powtó­rzyła Mira­belle.

Sienna otwo­rzyła usta, by coś powie­dzieć, lecz Mira­belle chwy­ciła ją za rękę i pocią­gnęła za sobą.

- Chodź ze mną. Mam pomysł.

- Pomysł? Mira­belle...

Poszły do sypialni z tyłu przy­czepy. Mira­belle puściła rękę Sienny i pode­szła do komody sto­ją­cej obok drzwi. W tym pokoju pach­niało kon­wa­liami jesz­cze inten­syw­niej, a na łóżku leżała koł­dra w żółte róże. Mira­belle otwo­rzyła górną szu­fladę komody, wyjęła małe drew­niane pudełko, unio­sła wieczko i się­gnęła do środka. Sienna zauwa­żyła plik zdjęć, lecz Mira­belle zakryła je dło­nią, zanim dziew­czyna zdą­żyła zoba­czyć, kto na nich jest. Jej rodzina? Mira­belle ni­gdy o niej nie wspo­mi­nała. W domu nie wisiały żadne zdję­cia - z wyjąt­kiem por­tre­tów Gavina - no i w święta ni­gdy nie odwie­dzali żad­nych krew­nych, ale może mieli z nimi jakiś zatarg.

Sienna zapra­gnęła o to zapy­tać, nie chciała jed­nak naru­szać pry­wat­no­ści Mira­belle.

Kobieta wyjęła coś z pudełka i unio­sła. Sienna zamru­gała. Była to piękna, deli­katna, srebrna bran­so­letka z bla­do­fio­le­to­wymi kamie­niami.

- Myślisz, że spodo­ba­łaby się two­jej przy­ja­ciółce?

Dziew­czynka spoj­rzała jej w oczy.

- Czy by się spodo­bała? Och, tak, ale nie mogła­bym...

- Możesz i zro­bisz to. - Mira­belle ujęła dłoń Sienny i wci­snęła w nią bran­so­letkę. Cały czas trzy­ma­jąc dziew­czynę za rękę, spu­ściła wzrok, jakby roz­wa­żała kolejne słowa. - Wiem, że ni­gdy dotąd nie mówi­łam o ojcu Gavina - zaczęła nie­pew­nie, napo­ty­ka­jąc zacie­ka­wione spoj­rze­nie Sienny - ale to nie był dobry czło­wiek. Bru­talny i okrutny, więc zabra­łam Gavina i od niego ode­szłam.

- Och - szep­nęła Sienna. - Tak mi przy­kro.

Ale Mira­belle się uśmiech­nęła.

- Nie­po­trzeb­nie, kocha­nie. Nasze życie jest lep­sze bez niego. - Coś jed­nak zmie­niło się w wyra­zie jej twa­rzy, jakby nie była do końca pewna tego, co powie­działa.

- No i... No i masz Argusa - powie­działa Sienna, chcąc spra­wić, by ta dziwna mina znik­nęła z twa­rzy Mira­belle.

- Tak. Tak, mam Argusa - odrze­kła z deli­kat­nym uśmie­chem, puściła dłoń Sienny, a ta roz­warła palce.

Bran­so­letka rzu­cała blask wprost na jej twarz.

- To nie jest droga rzecz - zastrze­gła szybko Mira­belle. - Ale cho­dzi o coś wię­cej. O zwią­zane z nią trudne wspo­mnie­nia. Powin­nam była oddać ją dawno temu. - Przez kilka chwil wpa­try­wała się zmar­twiona w bran­so­letkę, po czym jakby się otrzą­snęła, a jej twarz roz­ja­śnił uśmiech. - To musi być prze­zna­cze­nie, że ją zacho­wa­łam i że teraz będzie nale­żała do Amy­beth. Niech two­rzy nowe wspo­mnie­nia. Dobre.

Pełna wąt­pli­wo­ści Sienna zaczęła roz­wa­żać pro­po­zy­cję. Bran­so­letka była śliczna. No i lubiła Amy­beth. Chęt­nie dałaby jej taki pre­zent, nie była jed­nak pewna, czy powinna pozwo­lić Mira­belle, by oddała coś, co - wbrew temu, co powie­działa - wyglą­dało na cenne.

Ale gdyby rze­czy­wi­ście takie było, to Mira­belle chyba by ją sprze­dała? Sienna kilka razy widziała, jak kobieta zała­muje ręce i zmar­twiona prze­gląda rachunki.

- Ja...

- Och! Mam też ide­alne pudełko - powie­działa z uśmie­chem Mira­belle i przy­cią­gnęła Siennę do sie­bie. - Zgódź się, Sienno, idź na uro­dziny i baw się dobrze. Nic nie ucie­szy­łoby mnie bar­dziej.

Sienna odwza­jem­niła uśmiech i poczuła taką miłość i wdzięcz­ność, że z tru­dem mogła oddy­chać.

- Dobrze, Mira­belle. Dzię­kuję. Tak bar­dzo ci dzię­kuję.

***

Uwagę Sienny przy­cią­gnął mały chło­piec i ode­rwał ją od wspo­mnień, przez które zbie­rało jej się na płacz. Boże, już od tak dawna nie pozwa­lała sobie na tak zupełne zanu­rze­nie się w myślach o prze­szło­ści. Dziecko wybie­gło zza jed­nej z przy­czep i scho­wało się za drze­wem, zasła­nia­jąc usta dło­nią, jakby chciało stłu­mić gło­śny śmiech. Troje innych dzieci skrę­ciło za ten sam róg co ono i każde scho­wało się za drze­wem lub werandą. Bawiły się w cho­wa­nego. Na tę jedną zabawę Mira­belle ni­gdy nie pozwa­lała. Powta­rzała, że boi się, że któ­reś z dzieci utknie w miej­scu, w któ­rym się scho­wało. Gdy to mówiła, wyglą­dała na szcze­rze prze­jętą, więc Sienna i Gavin jej słu­chali. Przy­naj­mniej do czasu, aż wyszła z domu.

Sienna lekko roz­chy­liła usta i zdu­siła emo­cje. Obser­wo­wała tę nie­winną zabawę, a odnaj­dy­wane dzieci pisz­czały ze szczę­ścia. Te dzie­ciaki były jesz­cze takie małe. Pełne opty­mi­stycz­nej rado­ści. Za małe, by zda­wać sobie sprawę, że z powodu ich pocho­dze­nia inni będą patrzyli na nie z góry. Nie przej­mo­wały się swo­imi zno­szo­nymi ubra­niami ani zepsu­tym samo­cho­dem rodzi­ców, który praw­do­po­dob­nie wybuch­nie gdzieś na dro­dze, przez co ludzie znaj­du­jący się w pobliżu rzucą się w krzaki w oba­wie, że jakiś sza­le­niec strzela do tłumu.

Jej uśmiech znik­nął, gdy powie­działa sobie, że lepiej by było nie prze­no­sić swo­jej nie­pew­no­ści i wsty­dli­wych wspo­mnień na te dzieci. Może będą na tyle silne, by nie pozwo­lić, żeby pocho­dze­nie je defi­nio­wało. A może ich rodzice - choć biedni - trosz­czą się o nie? "Może mają matki takie jak Mira­belle, a nie takie jak moja".

Jęk­nęła z fru­stra­cji, prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce i uru­cho­miła sil­nik. Nie miała teraz czasu na takie rze­czy, zresztą w niczym jej nie poma­gały. Nie wie­działa, po co tu przy­je­chała - może tylko po to, by udo­wod­nić samej sobie, że da radę. No dobrze. A więc zoba­czyła osie­dle, sta­wiła mu czoła, prze­trwała to i mogła żyć dalej ze świa­do­mo­ścią, że cho­ciaż jest teraz bli­żej niego, to ono nie ma nad nią praw­dzi­wej wła­dzy. To tylko miej­sce. Nie żyje i nie oddy­cha.

Skrę­ciła i wci­snęła gaz do dechy, aż koła zaczęły obra­cać się w miej­scu, a kłęby kurzu eks­plo­do­wały w postaci ziar­ni­stej chmury.

"Skoro nie żyje i nie oddy­cha, to dla­czego przed nim ucie­kasz, jakby mogło cię w jakiś spo­sób ści­gać?" Posta­no­wiła nie słu­chać tego szeptu, bo wie­działa, że nie znaj­dzie dobrej odpo­wie­dzi.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

- Nie ma to jak od razu rzu­cić się w wir pracy - powie­działa Kat, gdy wciąż lekko oszo­ło­miona Sienna wysia­dła z samo­chodu.

Spo­dzie­wała się, że na sku­tek emo­cji, które prze­ta­czały się przez nią tego pierw­szego wie­czoru po powro­cie do rodzin­nego mia­sta, będzie całą noc prze­wra­cała się z boku na bok, jed­nak po roz­pa­ko­wa­niu się i zje­dze­niu kanapki na wynos zapa­dła w ciężki, pozba­wiony snów sen. Kiedy więc jej nowa part­nerka zadzwo­niła o trze­ciej czter­na­ście nad ranem, Sienna z tru­dem wyma­cała dzwo­niącą komórkę na pod­ło­dze obok łóżka.

Sienna szła z Kat w stronę pustej ulicy pod wia­duk­tem, gdzie stało kilku poli­cjan­tów. Naprze­ciwko nich wzno­sił się duży budy­nek wyglą­da­jący na zakład pro­duk­cyjny, a na rogu dostrze­gła pusty przy­sta­nek auto­bu­sowy. Spoj­rzała w górę, gdzie reflek­tor świe­cił jasno ze szczytu pochy­ło­ści opa­da­ją­cej ku auto­stra­dzie.

- Ekipa kry­mi­na­li­styczna już tu jest. Wkrótce zapa­kują ofiarę, więc cie­szę się, że będziesz mogła zoba­czyć, w jakiej pozy­cji została zna­le­ziona. Zadzwo­ni­łam też do Dah­len. Jest już w dro­dze, dotrze pew­nie za mniej wię­cej pół godziny. - Kat się­gnęła do kie­szeni, wyjęła dwie pary ochra­nia­czy na buty i wrę­czyła jedną Sien­nie.

Dwóch poli­cjan­tów pil­nu­ją­cych miej­sca zda­rze­nia spoj­rzało przez ramię, gdy zbli­żały się do stóp pochy­ło­ści. Ski­nęli gło­wami Kat i patrzyli zacie­ka­wieni na Siennę. Nie zadała sobie trudu, by się przed­sta­wić, zamiast tego skie­ro­wała się pro­sto do miej­sca na górze, gdzie pra­co­wali tech­nicy kry­mi­na­li­styczni. Schy­liła głowę, bo zaczy­nało robić się stromo, i skle­pie­nie wia­duktu było coraz niżej.

Zbli­żyw­szy się do miej­sca zbrodni, przy­sta­nęły, zało­żyły ochra­nia­cze na buty, po czym pode­szły tam, gdzie pra­co­wało troje człon­ków ekipy - dwoje zgar­bio­nych z powodu braku miej­sca i jedna klę­cząca przed kobietą umiesz­czoną na czymś, co wyglą­dało na drew­niane krze­sło. Pła­ska powierzch­nia na szczy­cie pochy­ło­ści była dosta­tecz­nie wysoka i sze­roka, aby ofiara zmie­ściła się w pozy­cji sie­dzą­cej.

"Co to ma być, do cho­lery? Krze­sło pod wia­duk­tem? To ewi­dent­nie zostało zain­sce­ni­zo­wane".

Sienna przyj­rzała się uważ­niej. Star­sza kobieta z prze­chy­loną na bok głową. W ustach miała kne­bel. Oczy otwarte, wzrok przy­gnę­biony, bez kresu. Jeden z człon­ków ekipy poru­szył się lekko, by zdjąć coś pęsetą z uda kobiety, i Sienna zoba­czyła, że ofiara ubrana jest w strój typowy dla pra­cu­ją­cych w kasy­nach bar­ma­nek: krótką czarną spód­niczkę i białą koszulę, cho­ciaż bez żad­nego cha­rak­te­ry­stycz­nego logo ani kolo­rów, które pomo­głyby ziden­ty­fi­ko­wać lokal. Być może ta kobieta miała kie­dyś na sobie kami­zelkę lub inny ele­ment stroju, który pomógłby w usta­le­niu tego, gdzie pra­co­wała, ale teraz niczego takiego nie było. Gdy Sienna pode­szła bli­żej, dostrze­gła dwie małe dziurki na koszuli w miej­scu, w któ­rym powi­nien być przy­pięty iden­ty­fi­ka­tor z imie­niem, albo więc został usu­nięty, albo odpadł. Ręce kobiety były skrę­po­wane taśmą nało­żoną luźno i nie­dbale, wyko­rzy­staną raczej do przy­mo­co­wa­nia jej do dłoni kart do gry niż do ogra­ni­cze­nia ruchów. "Dziwne". Nogi zostały przy­kle­jone do krze­sła taśmą kle­jącą, na szyi miała fio­le­towe i czer­wone ślady. Sienna, któ­rej krew osty­gła o kilka stopni, przy­su­nęła się nieco bli­żej, prze­krzy­wiła głowę i pochy­liła się, by spoj­rzeć ofie­rze w oczy.

Obok roz­bły­sły fle­sze, gdy jeden z człon­ków ekipy zro­bił kilka zdjęć.

- Widać wybro­czyny? - spy­tała sto­jąca za jej ple­cami Kat, która naj­wy­raź­niej wie­działa, czego Sienna szuka: spe­cy­ficz­nych czer­wo­nych kro­pek na gał­kach ocznych, które wska­zy­wa­łyby na to, że kobieta została udu­szona.

Sienna kiw­nęła głową. Szybko odzy­skała jasność umy­słu dzięki połą­cze­niu jasnych świa­teł, chłod­nego, noc­nego powie­trza i przy­pływu adre­na­liny od sta­nię­cia twa­rzą w twarz z ofiarą, która zgi­nęła gwał­towną śmier­cią.

Osza­co­wała, że kobieta ma jakieś sześć­dzie­siąt lat. Jej far­bo­wane, brą­zowe włosy z dwoma cen­ty­me­trami siwych odro­stów były zwią­zane w koń­ski ogon, który czę­ściowo się roz­sy­pał, praw­do­po­dob­nie gdy wal­czyła o życie. Życie, które tak tra­gicz­nie stra­ciła. Sienna zauwa­żyła jej szorstką, nad­mier­nie pomarsz­czoną i zwiot­czałą skórę i pomy­ślała, że mogło to być cięż­kie życie. Spoj­rze­nie detek­tywki prze­nio­sło się na cęt­ko­waną szyję ofiary.

- Wygląda na to, że użyto garoty - powie­działa, uważ­nie oglą­da­jąc ślady.

- Tak. - Kat wska­zała miej­sce po lewej stro­nie. - Tutaj widać, w któ­rym miej­scu zabójca prze­ciął skórę. Rana lekko krwawi. Kobieta jesz­cze wtedy żyła, ale już nie­zbyt długo.

Sienna miała nadzieję, że była to szybka śmierć. W każ­dym razie cier­pie­nie ofiary dobie­gło już końca. Ale smu­tek Sienny i tak nie prze­cho­dził. Nie­za­leż­nie, czy to wszystko stało się szybko, czy nie, kobieta musiała być prze­ra­żona.

- Art, lekarz medy­cyny sądo­wej, to potwier­dzi.

Jedna z człon­kiń ekipy kry­mi­na­li­stycz­nej, młoda kobieta o pro­stych czar­nych wło­sach i dużej wadzie zgryzu, która nada­wała jej nieco kró­li­czy wygląd, ostroż­nie wyjęła z rąk ofiary karty, ode­rwała taśmę i wycią­gnęła je w stronę Sienny i Kat.

- Wydaje się, że w któ­rymś momen­cie jej ręce zostały przy­mo­co­wane do opar­cia krze­sła. - Ruchem głowy wska­zała w tamtą stronę. - Są tam resztki kleju, a na nad­garst­kach widać siniaki.

Tak, Sienna dostrze­gła je teraz - różo­wo­czer­wone cętki w miej­scu, w któ­rym kobieta była skrę­po­wana.

- Dla­czego więc, do cho­lery, roz­wią­zał ją i wło­żył jej w ręce karty do gry?

Kobieta naj­wy­raź­niej wie­działa, że Sienna nie ocze­kuje odpo­wie­dzi, więc spoj­rzała tylko na karty i deli­kat­nie je roz­ło­żyła.

- Jest ich sześć lub sie­dem.

- Możesz je odwró­cić? - popro­siła Sienna.

Czy ofiara wygrała w jakąś grę i roz­wście­czyła prze­ciw­nika? Poli­cjant powie­dział, że pra­co­wała w kasy­nie, ale prze­cież nie gra­łaby w miej­scu zatrud­nie­nia. Hazard pod­czas pracy był zabro­niony, praw­do­po­dob­nie ist­niały też zasady zaka­zu­jące pra­cow­ni­kom gra­nia w ogóle. Nie, gdyby to robiła, zauwa­żono by to na moni­to­ringu, prze­słu­chano by ją i pew­nie zwol­niono, a karty zosta­łyby skon­fi­sko­wane. Ochro­nie kasyna nic ni­gdy nie umyka, więc może kobieta skoń­czyła pracę i grała w karty z przy­ja­ciółmi? Ale jeśli tak, to dla­czego wcze­śniej się nie prze­brała?

- Te karty to wia­do­mość - mruk­nęła Sienna.

- Pozo­sta­wiona przez zabójcę - dodała Kat.

- Tak - zgo­dziła się Sienna. - Ale dla­czego?

Tech­niczka odwró­ciła je i roz­ło­żyła jesz­cze sze­rzej. Było ich sie­dem. Ósemka pik, dzie­wiątka kier, walet kier, piątka karo, walet pik, as trefl i dwójka karo. Jeżeli w kar­tach ukryto jakąś wia­do­mość, to Sienna jej nie dostrze­gała. Ale prze­cież ni­gdy nie była dobra w grze w karty. Potra­fiła tylko taso­wać, a i to bar­dzo nie­zgrab­nie.

Jeśli karty sta­no­wiły jakąś wia­do­mość lub wizy­tówkę, to na pierw­szy rzut oka prze­sła­nie było nie­czy­telne. Przy­naj­mniej dla niej.

- Rozu­miesz coś z tego? - zwró­ciła się do Kat.

Poli­cjantka przy­glą­dała im się przez chwilę, po czym pokrę­ciła głową.

- Nie, ale żadna ze mnie kar­ciara. No chyba że cho­dzi o uno. To moja spe­cjal­ność.

Sienna przy­gry­zła wargę, lecz się nie roze­śmiała. Zawsze czuła, że to nie­wła­ściwe śmiać się przy zwło­kach ofiary mor­der­stwa. Inni poli­cjanci róż­nie do tego pod­cho­dzili - wielu z nich żar­to­wało - ale wie­działa, że to mecha­nizm radze­nia sobie z trudną sytu­acją i ich za to nie osą­dzała.

- Zapa­kuj je nam, Malindo - popro­siła Kat. - A tak przy oka­zji, to jest Sienna Wal­ker, moja nowa part­nerka - zwró­ciła się do trojga człon­ków ekipy kry­mi­na­li­stycz­nej i wska­zała wszyst­kich po kolei. - Malinda Lu, Abbott Daley i Gina Marr.

Sienna mruk­nęła coś powi­ta­nie.

- Macie sza­cun­kowy czas zgonu? - zapy­tała Malindę, która stała naj­bli­żej.

- Zmarła zale­d­wie kilka godzin temu - odparła Malinda. Mówiła bar­dzo cicho i z lek­kim akcen­tem, któ­rego Sienna nie potra­fiła ziden­ty­fi­ko­wać. - Stę­że­nie pośmiertne dopiero co się roz­po­częło. Zga­duję, że to cztery godziny. Nie wię­cej niż sześć.

Sienna zmarsz­czyła czoło i zwró­ciła się do Kat:

- Kto ją zna­lazł?

- Bez­domny, który cza­sem tu nocuje. Był nawa­lony i zacho­wy­wał się agre­syw­nie w sto­sunku do funk­cjo­na­riu­szy. Zabrali go do aresztu. Póź­niej spi­szę jego zezna­nie i spraw­dzę, czy pamięta coś jesz­cze, ale chyba przy­szedł tutaj, zoba­czył ją, posta­no­wił napić się przed snem i ruszył tyłek do sklepu spo­żyw­czego kilka prze­cznic dalej. To wszystko działo się około godziny temu. Wezwano nas ze sklepu. Na razie nie ma powodu, by uwa­żać go za podej­rza­nego. Led­wie był w sta­nie cho­dzić, a co dopiero dźwi­gać krze­sło i ciało pod górę, jed­no­cze­śnie nio­sąc sobie flaszkę. - Wska­zała miej­sce, gdzie leżała roz­bita butelka, a na beto­nie wid­niały ślady roz­la­nego taniego alko­holu. Kat spoj­rzała za sie­bie, na ulicę poni­żej. - Tą drogą jeź­dzi auto­bus, z któ­rego byłby bez­po­średni widok na to miej­sce. Dowiem się, o któ­rej jest ostatni kurs, i skon­tak­tuję się z kie­rowcą. Uwa­żam jed­nak, że została zabita gdzie indziej, a tutaj mor­derca tylko odpo­wied­nio ją upo­zo­wał.

"Upo­zo­wał".

- Ale dla­czego? Po co posa­dził ofiarę na krze­śle? - wyszep­tała Sienna i pochy­liła się, by spraw­dzić, co jest za krze­słem. Tylko żwir. - Dla­czego jej po pro­stu nie porzu­cił?

- Nie wiem - odparła Kat. - Ale skoro już nie żyła, to z pew­no­ścią nie cho­dziło o zapew­nie­nie jej kom­fortu.

- I dla­czego tutaj? - Sienna wska­zała głową zbo­cze. - To dziwne. - Spoj­rzała na ciemny budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy. - A może tam był jakiś pra­cow­nik albo ktoś inny? Może coś widział?

- Spraw­dzi­łam firmę. To Arm­strong and Sons, pro­du­kują narzę­dzia, w soboty mają zamknięte.

Sienna znów popa­trzyła na kobietę. Po krę­go­słu­pie prze­biegł jej lekki dreszcz. Karty zostały już zapa­ko­wane, ale prze­ana­li­zo­wała w myślach ich układ. Wyglą­dało na to, że nie dało się z nimi wygrać. Kobieta sie­dząca przed nią, zimna i mil­cząca, prze­grała wię­cej niż raz.

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

- Dzień dobry - powie­działa Sienna, wrę­cza­jąc Kat kubek dobrej kawy, którą kupiła po dro­dze, i zamy­ka­jąc drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej, cho­ciaż w ogóle nie czuła, by był to dobry dzień, jeśli wziąć pod uwagę, że po opusz­cze­niu strasz­nego miej­sca zbrodni udało jej się prze­spać zale­d­wie kilka godzin, i to już po wscho­dzie słońca.

Kat prak­tycz­nie wyrwała jej kubek ręki.

- Od razu wie­dzia­łam, że cię polu­bię i że będziemy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami na wieki wie­ków - powie­działa.

Sienna roze­śmiała się i posta­wiła na stole kawę i białą papie­rową paczuszkę ze śmie­tanką, cukrem i mie­sza­deł­kami, po czym powie­siła torebkę na krze­śle. Podała paczuszkę Kat i obie wyjęły minia­tu­rowe tore­beczki ze śmie­tanką i cukrem i dodały ich zawar­tość do kawy. Po chwili Kat ski­nęła głową w stronę tablicy wiszą­cej na ścia­nie. Powie­siła na niej zdję­cie kart - z obu stron - ale nic wię­cej.

- Ingrid wkrótce tu będzie. Za chwilę przy­go­tuję wszyst­kie zdję­cia z miej­sca zbrodni - powie­działa, stu­ka­jąc w leżącą przed nią teczkę. - A potem zamie­rza­łam zacząć prze­ko­py­wa­nie stron inter­ne­to­wych kasyn, by spraw­dzić, czy uda mi się zawę­zić poszu­ki­wa­nia i okre­ślić, w któ­rym per­so­nel nosi czarne spód­niczki i białe koszule.

Sienna oba­wiała się, że taki strój jest stan­dar­dem w więk­szo­ści kasyn.

- Podzielmy listę - zapro­po­no­wała.

Gdyby udało im się dowie­dzieć, gdzie kobieta pra­co­wała, mogłyby poznać jej toż­sa­mość.

- Dosko­nale.

Miała nadzieję, że lekarz medy­cyny sądo­wej doda jakieś infor­ma­cje do tego, co mają, czyli do prak­tycz­nie niczego. Wcze­śniej tego ranka Dah­len spo­tkała się z nimi na miej­scu zbrodni i prze­ana­li­zo­wała to, czego Kat i Sienna już się dowie­działy o ofie­rze i rekwi­zy­tach.

Mimo wcze­snej pory sze­fowa wyglą­dała na roz­bu­dzoną i pełną ener­gii, jakby w momen­cie, w któ­rym do niej zadzwo­niły, wcale nie spała, tylko na przy­kład sie­działa przy biurku nad papier­kową robotą, któ­rej, jak powie­działa Sien­nie, nie­na­wi­dziła.

Też nie miała żad­nego pomy­słu co do kart i nie wie­działa, co o nich sądzić. Zgło­siła się jed­nak na ochot­nika, by z samego rana poroz­ma­wiać z leka­rzem medy­cyny sądo­wej, a następ­nie poin­for­mo­wać je o tym, co udało mu się usta­lić. Sienna chciała już zacząć polo­wa­nie na osobę, która popeł­niła tę zbrod­nię, ale cie­szyła się, że nie musi prze­by­wać w chłod­nym pomiesz­cze­niu z roz­kro­jo­nymi zwło­kami i słu­chać, jak lekarz sądowy opi­suje wszyst­kie obra­że­nia. Była to nie­od­łączna część jej pracy, ale wolała prze­czy­tać raport. A jeśli ozna­czało to, że była mniej zahar­to­wana od innych detek­ty­wów, będą­cych w sta­nie spo­koj­nie patrzeć na ciało, które jesz­cze kilka godzin wcze­śniej było żywym czło­wie­kiem, to trudno.

Drzwi się otwo­rzyły i Sienna spoj­rzała za sie­bie, spo­dzie­wa­jąc się zoba­czyć Ingrid Dah­len, jed­nak zamiast niej do sali wszedł męż­czy­zna po trzy­dzie­stce, z krótką brodą i w stroju dozorcy, z dużym koszem na śmieci. Pod­niósł wzrok, wyraź­nie zasko­czony ich wido­kiem, i wolną ręką wyjął słu­chawkę z ucha.

- Och, prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem, że ktoś tu jest. - Wska­zał kosz na śmieci sto­jący przy drzwiach, a następ­nie na ten w pobliżu eks­presu do kawy. - Szybko je opróż­nię i już mnie nie ma, dobra?

- Ej, Ollie, wszystko w porządku - powie­działa Kat, a Sienna zwró­ciła uwagę na wyraźne zasko­cze­nie męż­czy­zny, gdy Kat zawo­łała do niego po imie­niu.

Ollie wło­żył słu­chawkę do ucha i zabrał się do pracy, a Kat spoj­rzała na leżącą na stole teczkę z doku­men­tami.

- Aha - wró­ciła do Sienny - kie­rowca auto­busu, który wczo­raj jechał tą trasą, będzie dziś o jede­na­stej. Na przy­sta­nek obok miej­sca zbrodni auto­bus przy­jeż­dża po raz ostatni o dwu­dzie­stej, jeśli więc wziąć pod uwagę godzinę zgonu, to kie­rowca pew­nie niczego nie widział.

- A jeżeli miej­sce, w któ­rym zosta­wiono ofiarę, zostało wybrane wcze­śniej, to prze­cież zabójca z pew­no­ścią wie­dział, o któ­rej godzi­nie auto­busy prze­stają kur­so­wać, prawda? - dodała Sienna.

- Nawet jeśli jest choć w poło­wie tak dobry w pla­no­wa­niu, jak w mor­do­wa­niu ludzi i ukła­da­niu ich ciał w odpo­wied­niej pozy­cji, to tak.

Sienna wes­tchnęła. Miała nadzieję, że nie był w tym zbyt dobry, bo dzięki temu zde­cy­do­wa­nie łatwiej byłoby go zła­pać.

- Dobrze. Co jesz­cze mamy na liście? - spy­tała Sienna.

Kiedy nie usły­szała odpo­wie­dzi, pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła, że Kat w zamy­śle­niu przy­gląda się Olliemu.

- Ollie! - zawo­łała i poma­chała ręką, by zwró­cić jego uwagę.

Na jej gest spoj­rzał w górę, znów wyjął słu­chawkę z ucha i popa­trzył na nią wycze­ku­jąco.

- Gry­wasz w karty, prawda? Sły­sza­łam, jak roz­ma­wia­łeś o tym z poli­cjan­tami.

Uśmiech­nął się krzywo.

- Cza­sami w week­endy gram w blac­kjacka, jeśli moja dziew­czyna chce pójść do kasyna, ale robię to tylko dla zabawy. A co?

Kat wska­zała głową na tablicę, na któ­rej wisiały zdję­cia kart.

- Czy ten układ kart coś ci mówi?

Przyj­rzał się zdję­ciom, po czym pokrę­cił głową.

- Dwa walety to nie­zły począ­tek, jeśli grasz w pokera, prawda? A może dzie­wiątka kier i walet kier, jeśli chcesz dobrać do pokera... A może to poker kró­lew­ski? - Ścią­gnął brwi. - Nie, to muszą być wyż­sze karty, prawda? - Wzru­szył ramio­nami. - Jak już wspo­mnia­łem, gry­wam raczej w blac­kjacka, no i nie jestem w nim jakiś wybitny. Przy­kro mi.

- W porządku - odparła Kat. - Ale nic o tych kar­tach nie może wyjść poza ten pokój, dobrze?

- Tak, pew­nie.

- Dzię­kuję za pomoc.

Ollie ski­nął głową, lecz jego wzrok wciąż był skie­ro­wany na tablicę.

- Gavin Dec­ker - mruk­nął.

Po karku Sienny prze­biegł gorący dreszcz, a jej spoj­rze­nie, które zdą­żyło już wró­cić do leżą­cego przed nią notat­nika, znów prze­sko­czyło na dozorcę.

- Słu­cham? - Jej głos brzmiał dziw­nie, był lekko zdła­wiony. Odchrząk­nęła, by ukryć swoją reak­cję.

Ollie lekko pokrę­cił głową, jakby wycho­dził z transu.

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam, z ukła­dem kart nie mogłem za wiele pomóc, ale pro­jekt na ich odwro­cie... te łabę­dzie... - Pod­niósł mały pojem­nik na śmieci, po czym z roz­tar­gnie­niem wrzu­cił jego zawar­tość do więk­szego i odsta­wił na pod­łogę.

- Tak? - pona­gliła go Kat.

- Pro­jekt wygląda zna­jomo, ale nie mogłem sobie przy­po­mnieć dla­czego i gdzie wcze­śniej go widzia­łem, ale już wiem: Gavin Dec­ker.

Serce Sienny przy­spie­szyło. "Znowu to imię. To pie­przone imię". I jak to się, do cho­lery, stało, że wymie­niono je przy niej w nie­cały tydzień po tym, gdy wró­ciła do rodzin­nego mia­sta?

- Dla­czego to nazwi­sko brzmi zna­jomo? - zain­te­re­so­wała się Kat.

Sienna nie odpo­wie­działa, pozwa­la­jąc im roz­ma­wiać o Gavi­nie Dec­ke­rze, jakby nie miała poję­cia, kim on jest. Zresztą przy­pusz­czała, że w tym momen­cie była to prawda.

- Dwa razy z rzędu wygrał World Series of Poker - wyja­śnił Ollie. - W Reno dobrze go znają, bo stąd pocho­dzi. - Ścią­gnął brwi. - Wydaje mi się, że może peł­nić funk­cję szefa ochrony w Szma­rag­do­wej Wyspie. Fani uwiel­biają robić sobie z nim zdję­cia.

- No dobrze, a co z kar­tami? - pona­gliła go Sienna, sta­ra­jąc się uspo­koić.

Znów zasko­czyło ją wspo­mnie­nie o Gavi­nie. Ale teraz, gdy lepiej przyj­rzała się kar­tom, zoba­czyła, że wzór, który uwa­żała za skom­pli­ko­wane esy-flo­resy, jest powta­rza­ją­cym się moty­wem dwóch łabę­dzi, któ­rych szyje uło­żono tak, że two­rzyły serce.

- On chyba miał na nad­garstku tatuaż, z któ­rego był znany. Pewna firma wyko­rzy­stała ten wzór na okład­kach talii kart i zaczęto je sprze­da­wać w skle­pach z pamiąt­kami w kasy­nach.

"Łabę­dzie. Tatuaż". Prze­łknęła ślinę.

- Więc na­dal sprze­daje się je w skle­pach z pamiąt­kami w Reno? - zapy­tała Kat.

Ollie wzru­szył ramio­nami.

- Nie są już tak popu­larne, dla­tego nie od razu roz­po­zna­łem ten pro­jekt. Kie­dyś widy­wa­łem je znacz­nie czę­ściej, ale tak, na pewno można je gdzieś zna­leźć. Może w Szma­rag­do­wej Wyspie, gdzie Gavin pra­cuje.

- Dosko­nale - powie­działa Kat. - Cie­szę się, że aku­rat teraz tu do nas wsze­dłeś. Dobrze się zło­żyło. Dzięki, Ollie.

Ski­nął głową i szybko zer­k­nął na Siennę.

- Cześć, Ollie - powie­działa. - Tak przy oka­zji, jestem Sienna Wal­ker. Dopiero zaczę­łam tu pracę. Dzięki za pomoc. Jeśli coś jesz­cze przyj­dzie ci do głowy w związku z tymi kar­tami, daj nam znać, dobrze?

Ski­nął głową, po czym zaczął pchać śmiet­nik w stronę drzwi.

- Dobrze. Nie ma sprawy. - Wyco­fał się i drzwi zamknęły się za nim z cichym klik­nię­ciem.

Kat pisała coś na kartce.

- Musimy zna­leźć wszyst­kie miej­sca w mie­ście, w któ­rych sprze­da­wane są te karty, i spraw­dzić, kto ostat­nio kupił talię. Cho­lera, może sprawca użył karty kre­dy­to­wej? Czy to nie byłby szczę­śliwy traf? Co powiesz na wycieczkę do Szma­rag­do­wej Wyspy po spo­tka­niu z kie­rowcą auto­busu? Wygląda to na dosko­nałe miej­sce do... Wszystko w porządku? - zapy­tała, gdy spoj­rzała na Siennę.

Sienna zmu­siła się do uśmie­chu.

- Oczy­wi­ście. Tak, to brzmi jak dobry począ­tek. Jestem tro­chę roz­cza­ro­wana. Myśla­łam, że może to jakaś rzadka talia kart i będziemy miały lep­szy trop. - I mimo tego, że tro­chę się zde­ner­wo­wała, to to, co powie­działa, było prawdą.

Drzwi znów się otwo­rzyły i do sali weszła Dah­len z aktówką w ręku, ubrana w gar­sonkę w odcie­niu bla­dego błę­kitu, która wyglą­dała na niej jak druga skóra. Przy­wi­tały się, po czym sier­żantka poło­żyła teczkę na stole i usia­dła.

- Powiedz nam, że Art coś dla nas miał - zwró­ciła się do niej Kat.

- Musi prze­pro­wa­dzić jesz­cze kilka badań, ale ode­brał ciało, gdy tylko przy­wie­ziono je wcze­śnie rano, i udało mu się spo­rzą­dzić wstępny raport - odparła Ingrid, przy­su­nęła do sie­bie aktówkę, wyjęła z niej brą­zową har­mo­nij­kową teczkę, roz­wią­zała sznu­rek i pod­jęła: - Przede wszyst­kim przy­czyną śmierci z całą pew­no­ścią było udu­sze­nie. Art obsta­wia jakiś rodzaj sznurka, ponie­waż nie stwier­dził żad­nych włó­kien z liny. To było coś bar­dzo cien­kiego, ale nie tak ostrego jak drut.

Sienna spo­strze­gła, że Kat robi notatki. Ona niczego nie zapi­sy­wała, chyba że wie­działa, że póź­niej nie będzie miała dostępu do tych infor­ma­cji i o czymś zapo­mni lub pomyli szcze­góły. Nie­któ­rzy jed­nak zapi­sy­wali wszystko. Jej były part­ner, Gar­rod, rów­nież. Na myśl o detek­ty­wie, z któ­rym współ­pra­co­wała przez pięć lat, poczuła cię­żar w piersi. Tęsk­niła za nim. Był przy­ja­cie­lem, kimś w rodzaju wujka, zbli­żyła się rów­nież do jego rodziny.

Zasta­na­wiała się, z iloma rodzi­nami zastęp­czymi życie każe jej się poże­gnać, zanim będzie gotowa. I jed­no­cze­śnie poczuła falę wdzięcz­no­ści, że została obda­ro­wana choćby jedną. Dała sobie w myślach kuk­sańca. Co prawda jej umysł błą­dził gdzieś daleko tylko przez kilka sekund, ale była winna ofie­rze cał­ko­wite sku­pie­nie się na śledz­twie. A czas był tu naj­waż­niej­szy. Pierw­szych kilka dni po mor­der­stwie jest klu­czo­wych dla roz­wią­za­nia sprawy. No i, Boże, chciała roz­wi­kłać tę zagadkę nie tylko ze względu na biedną kobietę, która stra­ciła życie, lecz także dla­tego, że po wyda­rze­niach w poprzed­nim wydziale była zde­ter­mi­no­wana, by udo­wod­nić swoją war­tość w tym nowym.

Ingrid wyjęła plik doku­men­tów - praw­do­po­dob­nie wstępny raport z sek­cji zwłok - i prze­glą­dała je, czy­ta­jąc szcze­góły, które mogły być istotne.

- Art zna­lazł coś dziw­nego w jej ubra­niu. Pokażę wam to już po omó­wie­niu szcze­gó­łów autop­sji, żeby­ście obie były na bie­żąco. - Prze­rwała, spo­glą­da­jąc na doku­ment, i postu­kała wypo­le­ro­wa­nym paznok­ciem w blat stołu. - Nie­dawno jadła. Stek, ziem­niaki i zie­loną fasolkę. Wkrótce dosta­niemy bar­dziej szcze­gó­łowy raport tok­sy­ko­lo­giczny, ale wia­domo, że wdy­chała chlo­ro­form. Ślady znaj­do­wały się w jej płu­cach, a także na nosie i ustach.

- Zabójca ją odu­rzył.

Ingrid nie­znacz­nie ski­nęła głową i kon­ty­nu­owała czy­ta­nie raportu:

- Miała siniaki na nad­garst­kach i kost­kach, bo pró­bo­wała roze­rwać taśmę izo­la­cyjną, ale poza tym nie ma żad­nych obra­żeń. Nie doszło też do wyko­rzy­sta­nia sek­su­al­nego.

- Więc rów­nie dobrze mogła ją zabić kobieta - ode­zwała się Sienna.

- Tak, ale musia­łaby być bar­dzo silna, żeby wcią­gnąć ją na zbo­cze, gdzie ją zna­le­ziono - zauwa­żyła Kat.

- Ile ważyła ofiara? - Chciała wie­dzieć Sienna, myśląc o drob­nej kobie­cie, którą widziała tego ranka.

- Pięć­dzie­siąt trzy kilo­gramy - odparła Ingrid po spraw­dze­niu w rapor­cie.

- W takim razie nie­wiele - stwier­dziła Sienna. - Krze­sło nie mogło ważyć wię­cej niż kilka kilo­gra­mów.

- Kat ma rację, to musia­łaby być silna kobieta - przy­znała Ingrid - ale wydaje mi się, że na tym eta­pie nie możemy być pewni płci.

- Cho­ciaż udu­sze­nie zazwy­czaj wska­zuje na oso­bi­sty zwią­zek z ofiarą - przy­po­mniała Kat. - Złość. Zazdrość. No i ten stek na kola­cję? To mogła być randka.

- Moż­liwe - zgo­dziła się z nią Dah­len. - Mimo to ofiara nie­ko­niecz­nie zgi­nęła z rąk osoby, z którą była na randce.

Kat cmok­nęła i stuk­nęła dłu­go­pi­sem w pod­kładkę. Opo­wie­działa Ingrid o Olliem i wzo­rze na kar­tach.

- Przy­naj­mniej mamy jakieś kon­kretne miej­sce, od któ­rego możemy zacząć - rze­kła Ingrid. - Ale te karty mogą być sprze­da­wane w set­kach miejsc w mie­ście. - Wyjęła z teczki torebkę foliową na dowody, w któ­rej znaj­do­wała się kartka, i podała ją Sien­nie, a ta poło­żyła ją mię­dzy sobą a Kat. Była to kartka z zeszytu, pognie­ciona, jakby kie­dyś została zło­żona na cztery. Zapi­sano ją sta­ran­nym i schlud­nym pismem.

- Zna­le­ziono to za paskiem spód­nicy ofiary - wyja­śniła Ingrid.

Sienna i Kat pochy­liły się, wygła­dziły pla­sti­kową osłonę kartki i zaczęły czy­tać:

Kiedy moja matka zabiła mojego ojca, mia­łem trzy­na­ście lat. Musiała, naprawdę nie było innego wyj­ścia. Widzi­cie, ten czło­wiek był peł­nym nie­na­wi­ści dra­niem, który nie zasłu­gi­wał na to, by nazy­wać go ojcem.

Matka dała mu tro­chę swo­body, więk­szość mojego życia spę­dził w dro­dze, pra­co­wał jako sprze­dawca i nie musie­li­śmy go zbyt czę­sto zno­sić. I cho­ciaż żadne z nas nie ceniło jego obec­no­ści czy odra­ża­ją­cej oso­bo­wo­ści, doce­nia­li­śmy wypłatę, którą pod­rzu­cał, zanim znów pochy­lał swoje wyso­kie ciało, żeby wsiąść do samo­chodu i wyje­chać z mia­sta.

W pew­nym momen­cie musiał wyda­wać się sym­pa­tyczny, ponie­waż zawró­cił matce w gło­wie, ni­gdy jed­nak nie wyja­śniła, jakie cechy na początku ją do niego przy­cią­gnęły. W każ­dym razie uni­ka­łem go, gdy był w domu, żeby nie pomy­ślał, że w jakiś spo­sób go lek­ce­ważę i nie wyła­do­wał na mnie agre­sji za pomocą paska, pię­ści lub, jak to było pew­nego razu, odboj­nika w kształ­cie kota, który spo­wo­do­wał u mnie cał­ko­witą utratę słu­chu w jed­nym uchu i trwa­jący ponad mie­siąc ból głowy.

Po tym wyda­rze­niu matka się wście­kła i cho­ciaż nie powie­działa ani słowa, widzia­łem, że zamie­rza go zabić.

- Czyżby kot zjadł ci język, synku? - pytała, gdy byli­śmy sami, a ja sie­dzia­łem wyjąt­kowo cicho.

- Nie, mamo - odpo­wia­da­łem, uśmie­cha­jąc się tajem­ni­czo. - Ale wykrę­cił mi numer z uchem. - A potem śmia­li­śmy się i śmia­li­śmy, bo choć o tym nie było mowy, oboje wie­dzie­li­śmy, że ojciec długo już nie pocho­dzi po tym świe­cie i że przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji matka odpłaci mu pięk­nym za nadobne. Nie musiała mówić ani słowa - widzia­łem to wyraź­nie w jej oczach.

Kat skoń­czyła czy­tać kilka sekund przed Sienną i wypro­sto­wała się na krze­śle. Zdez­o­rien­to­wana Sienna spoj­rzała na Ingrid.

- Czy to od zabójcy?

- Mogła to napi­sać ofiara, cho­ciaż słowo "synku" suge­ruje coś innego.

- A może pisała jakieś opo­wia­da­nie?

- W każ­dym razie - Ingrid wzięła prze­zro­czy­stą torebkę na dowody z listem i wło­żyła ją do teczki - mamy kolejny ele­ment ukła­danki. Zamie­rzam prze­szu­kać bazę danych i spraw­dzić, czy znajdę jakieś tra­fie­nia doty­czące zagi­nio­nych kobiet pasu­ją­cych do jej opisu, w szcze­gól­no­ści tych, które znik­nęły z pracy w ciągu ostat­nich kilku dni, oraz wszel­kich prze­stępstw, w któ­rych poja­wiły się podobne ele­menty. Jeśli do końca dnia nie otrzy­mamy żad­nych wska­zó­wek, możemy roz­wa­żyć zor­ga­ni­zo­wa­nie kon­fe­ren­cji pra­so­wej i popro­sić opi­nię publiczną o pomoc w iden­ty­fi­ka­cji ofiary.

Kat wsu­nęła notat­nik, w któ­rym dotąd pisała, do leżą­cej przed nią teczki i zamknęła ją, po czym odsu­nęła krze­sło.

- Na pod­sta­wie jej stroju służ­bo­wego spo­rzą­dzimy listę kasyn, w któ­rych mogła pra­co­wać, a potem pój­dziemy do Szma­rag­do­wej Wyspy. Gotowa, part­nerko? - zapy­tała Siennę.

Szma­rag­dowa Wyspa.

W któ­rej pra­co­wał on.

Była tak bar­dzo gotowa, jak tylko się dało, czyli w ogóle.

Rozdział czwarty

Roz­dział czwarty

Cho­lera, to był ciężki dzień. Gavin rzu­cił kurtkę na krze­sło w salo­nie, polu­zo­wał kra­wat, pod­szedł do mini­barku i nalał sobie obfi­cie bur­bona.

Mieli aktu­ali­za­cję sys­te­mów i schrza­niło się wszystko, co tylko mogło się schrza­nić. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że przez więk­szość czasu był zamknięty w małym pokoju bez okien, co nie popra­wiało mu nastroju. Wypił tak potrzebny mu łyk alko­holu i pocze­kał na zna­jome pie­cze­nie w gar­dle. Nie pamię­tał, kiedy ostat­nio potrze­bo­wał moc­nego drinka, by roz­luź­nić napię­cie w ramio­nach po dniu pracy, ale ten dzień był dosta­tecz­nie trudny, by to uza­sad­nić. Stał przy oknie swo­jego miesz­ka­nia na ostat­nim pię­trze, z któ­rego roz­ta­czał się wspa­niały widok na pano­ramę Reno i pusty­nię. Resztka trunku spły­nęła gładko. "Wszystko dobre, co się dobrze koń­czy". Posta­wił pustą szklankę na sto­liku obok i skrę­cił szyję naj­pierw w lewo, a potem w prawo. Napię­cie w mię­śniach tro­chę zelżało. Czuł się lepiej.

Oczy­wi­ście mama powie­działa mu, że musi zna­leźć dobrą kobietę, która będzie robiła mu masaż bar­ków, żeby nie musiał zawsze łago­dzić stresu szkla­neczką bur­bona lub pół­go­dzin­nym poby­tem w sau­nie, którą zbu­do­wał w łazience.

Moż­liwe. I być może pew­nego dnia zacznie szu­kać na poważ­nie. Do tej pory nie spo­tkał jed­nak nikogo, kto by utrzy­mał jego zain­te­re­so­wa­nie na dłu­żej, mie­wał tylko krót­kie, nie­skom­pli­ko­wane związki. O ile "związki" to w ogóle wła­ściwe słowo. Wes­tchnął i roz­ma­so­wał ostat­nie napięte mię­śnie karku.

Jego myśli błą­dziły, a bur­bon wywo­łał przy­jemne odrę­twie­nie. Pro­blem pole­gał na tym, że wszyst­kie kobiety porów­ny­wał do niej. I żadna nie dora­stała jej do pięt. Co na tym eta­pie było już nie­do­rzeczne. W swo­jej gło­wie posta­wił ją na pie­de­stale, ponie­waż miał poczu­cie winy. A jeśli dodać do tego, że była jego pierw­szą miło­ścią, jego pierw­szym wszyst­kim, to oczy­wi­ste, że sta­no­wiła ogromną kon­ku­ren­cję. Tak dzia­łała psy­cho­lo­gia i musiał się z tym pogo­dzić. Wresz­cie pójść do przodu. Dać jakiejś innej kobie­cie szansę na strą­ce­nie tam­tej z miej­sca, które wciąż zaj­mo­wała w jego sercu.

Potarł grzbiet nosa, by zła­go­dzić tępy ból głowy, któ­rego począ­tek już wyczu­wał.

Jezu, dla­czego w ogóle teraz o niej myśli? Nie robił tego od dłuż­szego czasu. Przy­naj­mniej nie świa­do­mie.

- To stres - mruk­nął pod nosem, odwró­cił się od okna, wziął szklankę i pod­szedł do mini­barku. - Kilka drin­ków po dłu­gim dniu jesz­cze ni­gdy nikomu nie zaszko­dziło. - Wziął pilota, włą­czył zamon­to­wany na ścia­nie pła­ski tele­wi­zor, opadł na kanapę i upił łyk dru­giego drinka, zapa­da­jąc się w miękką jak masło skórę.

Poło­żył nogi na pufie przed sobą i zmie­niał kanały, aż zna­lazł wia­do­mo­ści. Chęt­nie obej­rzałby jakiś mecz lub coś innego, przy czym łatwiej byłoby mu się wyci­szyć, ale nic takiego nie leciało. Sta­rał się jed­nak być na bie­żąco z aktu­al­nymi wyda­rze­niami w swoim mie­ście - dla bez­pie­czeń­stwa zawsze dobrze było wie­dzieć, co się dzieje - więc zde­cy­do­wał się na wia­do­mo­ści.

"Prze­cho­dzimy teraz do kon­fe­ren­cji pra­so­wej na żywo w komi­sa­ria­cie w Reno. Poli­cja prosi o pomoc w ziden­ty­fi­ko­wa­niu zamor­do­wa­nej zeszłej nocy kobiety".

Gdy spoj­rzał na wyświe­tloną na ekra­nie podo­bi­znę, szybko dopił drinka i ścią­gnął brwi. Nie od razu wydała mu się zna­joma, ale może to dla­tego, że nie miała żad­nych cech szcze­gól­nych. Była mniej wię­cej w wieku jego matki, wyglą­dała na nieco zmę­czoną, co zwy­kle ozna­czało, że życie nie było dla niej łaskawe lub że doko­ny­wała złych wybo­rów na tyle kon­se­kwent­nie, by pozo­sta­wiły ślad.

Ale... to czy­jaś matka... a może bab­cia, sio­stra lub żona. To musi być straszne dowie­dzieć się z wie­czor­nych wia­do­mo­ści, że uko­chana osoba została zamor­do­wana. Wyda­wało mu się, że poli­cja rzadko wybiera ten spo­sób, chyba że była to sprawa wyma­ga­jąca jak naj­szyb­szego roz­wią­za­nia, ponie­waż w nie­bez­pie­czeń­stwie znaj­do­wały się rów­nież inne osoby.

Kamera na chwilę prze­su­nęła się w bok i Gavin wypro­sto­wał się gwał­tow­nie, po omacku odsta­wia­jąc szklankę na puf.

Nie tra­fił, szklanka spa­dła na pod­łogę, ale nie roz­trza­skała się na gru­bym dywa­nie. Zosta­wił ją tam i się­gnął po pilota, żeby pod­krę­cić dźwięk. "To nie­moż­liwe".

Kąt kamery znów się roz­sze­rzył, a Gavin gapił się w tele­wi­zor. "O cho­lera". Sienna Wal­ker. Był oszo­ło­miony, jakby w jakiś spo­sób przy­cią­gnął ją myślami, ponie­waż czuł w pobliżu jej obec­ność. Zer­k­nął na logo sta­cji tele­wi­zyj­nej, zasta­na­wia­jąc się, czy może włą­czył jakąś ogól­no­kra­jową, a Sienna tak naprawdę jest na kon­fe­ren­cji pra­so­wej nowo­jor­skiej poli­cji, gdzie prze­cież jesz­cze nie­dawno pra­co­wała. Ale nie, była tutaj, w Reno, stała wśród miej­sco­wych poli­cjan­tów, któ­rych mun­dury tak dobrze znał, ponie­waż cza­sami pra­co­wał z nimi nad tą czy inną sprawą zwią­zaną z bez­pie­czeń­stwem. A jesz­cze czę­ściej musiał wzy­wać ich do kasyna do pija­nych i agre­syw­nych klien­tów, któ­rych trzeba było usu­nąć siłą.

Znów cały się spiął, ale wresz­cie opadł na opar­cie kanapy i słu­chał infor­ma­cji przed­sta­wia­nych przez poli­cjantkę, która pro­siła opi­nię publiczną o kon­takt, jeśli w ciągu ostat­nich tygo­dni lub dni zagi­nęła jakaś kobieta podobna do tej ze zdję­cia. Naj­wy­raź­niej na razie nie było żad­nych podej­rza­nych ani przy­pad­ków zagi­nięć, które paso­wa­łyby do ofiary.

Zakrę­ciło mu się w gło­wie, sku­pił się na Sien­nie. Robiła osza­ła­mia­jące wra­że­nie nawet z zacze­sa­nymi do tyłu wło­sami, w pro­stych sza­rych spodniach i bia­łej bluzce. Była piękna jede­na­ście lat temu, a teraz była jesz­cze pięk­niej­sza. Potra­fił być wobec sie­bie na tyle szczery, by przy­znać, że to poru­sze­nie w jego wnę­trzu to tęsk­nota. Ude­rzyło go to jak młot kowal­ski.

Ni­gdy nie odpu­ścił.

Nawet gdy zyskał pew­ność, że ona już nie będzie jego.

Rozdział piąty

Roz­dział piąty

Bar był pra­wie pusty, pano­wał w nim pół­mrok, z gło­śni­ków leciało cicho Fly Me to the Moon, które sta­no­wiło jedyny hałas w tle. Sienna wzięła frytkę, zanu­rzyła ją w keczu­pie i wło­żyła do ust, po czym prze­wró­ciła kartkę wstęp­nego raportu z autop­sji.

Tego popo­łu­dnia przej­rzała wszyst­kie szcze­góły sprawy, ale cza­sami coś rzu­cało się w oczy, jeśli spoj­rzało się na raport lub dowód w innych oko­licz­no­ściach i w innym miej­scu, więc czy­tała go po raz kolejny teraz, gdy jadła sama.

Kie­rowca auto­busu nie potra­fił udzie­lić im żad­nych infor­ma­cji, popo­łu­dnie spę­dziły więc na prze­glą­da­niu stron inter­ne­to­wych kasyn w poszu­ki­wa­niu zdjęć stro­jów służ­bo­wych. Zawę­ziły listę do dzie­się­ciu lokali. Poje­chały do każ­dego z tych miejsc, lecz ni­gdzie nie odno­to­wano nie­obec­no­ści pra­cow­ni­ków, więc była to ślepa uliczka. Oczy­wi­ście mogły ist­nieć inne restau­ra­cje, bary - do dia­bła, nawet kluby ze strip­ti­zem - gdzie noszono podobne uni­formy, więc i tak celo­wa­nie w kasyna było obsta­wia­niem w ciemno (gra słów nie­za­mie­rzona). Siłą rze­czy zaczęła się zasta­na­wiać, jak duże było zapo­trze­bo­wa­nie w jakim­kol­wiek klu­bie ze strip­ti­zem na pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nią, nie­zbyt atrak­cyjną kobietę, lecz posta­no­wiła porzu­cić te roz­my­śla­nia.

Poszły też z Kat do hotelu i kasyna Szma­rag­dowa Wyspa - Sienna była bar­dzo zde­ner­wo­wana - lecz nie spo­tkały Gavina Dec­kera. Pró­bo­wała się przy­go­to­wać, na wypa­dek gdyby coś w lokalu zmu­siło je do roz­mowy z ochroną, jed­nak nic takiego się nie stało. Zna­la­zły kilka talii kart na sprze­daż, które paso­wały do tych umiesz­czo­nych w dłoni ofiary, ale kiedy kie­row­niczka sklepu z pamiąt­kami zaj­rzała do kom­pu­tera, powie­działa im, że za jedyne cztery talie kupione w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy zapła­cono gotówką. Jakie były na to szanse? Sienna rzadko pła­ciła za cokol­wiek gotówką i zakła­dała, że więk­szość ludzi robi tak samo.

- Ale nie tury­ści - odpo­wie­działa Kat na tę wąt­pli­wość. - Tury­ści zawsze noszą przy sobie gotówkę na dro­bia­zgi, napiwki i tak dalej.

Słuszna uwaga, choć nie­for­tunna dla ich sprawy.

Wyszły z kasyna bez żad­nych tro­pów i nie spo­tkały Gavina Dec­kera. W gło­wie Sienny pano­wał chaos. Poje­chały do Szma­rag­do­wej Wyspy ze względu na moż­liwe powią­za­nie kart z sze­fem ochrony, lecz gdy trop się nie spraw­dził, uznały, że sen­sow­niej będzie obdzwo­nić sklepy z pamiąt­kami w oko­licy. W kilku z nich sprze­da­wano takie same talie kart; w ciągu trzech ostat­nich mie­sięcy zna­leźli się na nie klienci, któ­rzy zapła­cili w spo­sób umoż­li­wia­jący ich iden­ty­fi­ka­cję, jed­nak spraw­dze­nie tego będzie wyma­gało co naj­mniej kilku dni.

Kat wspo­mniała, że chcia­łaby poroz­ma­wiać z Gavi­nem Dec­ke­rem, żeby spraw­dzić, czy może mieć jakiś wgląd w sprze­daż kart z moty­wem łabę­dzia, jed­nak nie było to konieczne, ponie­waż karty sprze­da­wano w całym mie­ście. Sienna nie wie­działa, jak sobie pora­dzi, jeśli poli­cja posta­nowi zadać Gavi­nowi kilka pytań. Praw­do­po­dob­nie będzie musiała powie­dzieć Kat, że kie­dyś go znała, i popro­sić, by zro­biła to za nią. Jeżeli jed­nak ist­niał jaki­kol­wiek kon­flikt inte­re­sów, to nie jakiś bar­dzo istotny. Prze­cież nie roz­ma­wiali od jede­na­stu lat.

Gdy z roz­tar­gnie­niem wło­żyła do ust kolejną frytkę, spoj­rzała na parę przy barze. Ich głowy znaj­do­wały się bli­sko sie­bie, męż­czy­zna coś mówił, kobieta się śmiała. Zało­żyła nogę na nogę i prze­rzu­ciła włosy przez ramię, Sienna nie musiała być poli­cjantką, by roz­po­znać te wska­zówki.

"Ona cię lubi, stary. Mam nadzieję, że nie jesteś dra­niem".

Znów sku­piła się na notat­kach ze sprawy. Wyjęła ze stosu kar­tek kopię listu zna­le­zio­nego przy kobie­cie i prze­czy­tała go chyba po raz setny. Nie dawał jej spo­koju. Kto go napi­sał? Zabójca? Czyżby pod­rzu­cił go swo­jej ofie­rze, aby powie­dzieć coś o swoim życiu? Dać śled­czym do zro­zu­mie­nia, że w dzie­ciń­stwie się nad nim znę­cano?

A może cho­dziło o coś zupeł­nie innego? Frag­ment fik­cji lite­rac­kiej, który sprawca napi­sał z nie­zna­nych powo­dów? Albo może auto­rem jest ktoś inny, może przy­ja­ciel ofiary? Do dia­bła, to mogło być też coś przy­pad­ko­wego, co kobieta zna­la­zła na ulicy i co nie miało żad­nego związku z popeł­nio­nym prze­stęp­stwem.

Ale nie, chyba nie.

To musiało coś zna­czyć. Po pro­stu nie mieli jesz­cze wystar­cza­jąco dużo infor­ma­cji, by usta­lić co.

Sienna odło­żyła kartkę i zamknęła teczkę. Musiała się wyspać. Potrze­bo­wała jasnego umy­słu. Miała nadzieję, że następ­nego dnia nastąpi prze­łom w śledz­twie.

Po całym dniu bez nowych tro­pów kon­fe­ren­cja pra­sowa była naj­lep­szym moż­li­wym roz­wią­za­niem, jed­nak nikt nie zadzwo­nił na komi­sa­riat. Sienna, która czuła się wyjąt­kowo samotna, po dłu­gim wyczer­pu­ją­cym dniu posta­no­wiła w dro­dze do domu zaj­rzeć do baru. Wyda­wało jej się, że tęskni za domem, nawet jeśli w pew­nym sen­sie to mia­sto było jej domem. Dawno temu. Ale teraz była tu obca, co wywo­ły­wało wiele skom­pli­ko­wa­nych emo­cji.

Wes­tchnęła i, patrząc przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, zaczęła roz­cie­rać sobie kark. Gdy ktoś usiadł naprze­ciwko niej w bok­sie, poczuła falę szoku, a także dziw­nego spo­koju tuż pod wierzch­nią war­stwą zasko­cze­nia. "Wie­dzia­łaś, prawda? W głębi duszy wie­dzia­łaś, że to nie­unik­nione". To coś jak zbli­ża­jący się pociąg - hory­zont niby jesz­cze jest pusty, lecz zie­mia już lekko drży pod sto­pami. Zbli­żał się do niej. Przez te wszyst­kie dłu­gie lata ich zde­rze­nie było zapi­sane w gwiaz­dach.

- Gavin - powie­działa, dumna, że udało jej się zacho­wać spo­kojny ton.

- Sienna. - Wpa­try­wali się w sie­bie, dwoje nie­zna­jo­mych, któ­rzy kie­dyś byli brat­nimi duszami. A ona wie­rzyła, w głębi serca naprawdę wie­rzyła, że sta­tus brat­niej duszy nie jest czymś tym­cza­so­wym. - Wia­do­mo­ści - powie­dział cicho. - Tam cię zoba­czy­łem.

Zupeł­nie jakby przez ostat­nią dekadę odna­le­zie­nie jej było nie­moż­liwe. Odwró­ciła wzrok. Dwoje ludzi przy barze zbie­rało swoje rze­czy i wycho­dziło razem. Sienna znów spoj­rzała na Gavina i odchrząk­nęła.

- Co ty tu robisz? - Zakrę­ciła pal­cem w powie­trzu, wska­zu­jąc bar, w któ­rym sie­dzieli. Nie wyja­śniła, dla­czego wró­ciła do Reno. Nie była mu nic winna.

Zmru­żył oczy, a ona poświę­ciła chwilę, by uważ­niej przyj­rzeć się rysom jego twa­rzy. Ow­szem, wyglą­dał sta­rzej, ale nale­żał do tych męż­czyzn, któ­rzy z wie­kiem stają się coraz przy­stoj­niejsi. Oczy­wi­ście, że tak.

Kilka lat temu, gdy wypiła tro­chę wina, wyszu­kała go w Inter­ne­cie. Chciała sobie udo­wod­nić, że skoń­czyła z nim raz na zawsze. Bolało, ale prze­żyła. Wtedy jed­nak nie miała go przed sobą. Nie widziała fak­tury jego skóry ani nie czuła drzew­nego zapa­chu jego wody koloń­skiej. Teraz było... trud­niej. I wciąż nie odpo­wia­dał na jej pyta­nie.

Otwo­rzyła usta, by zapy­tać go ponow­nie, gdy powie­dział:

- Posze­dłem na komi­sa­riat, żeby się z tobą zoba­czyć. Widzia­łem, jak wycho­dzisz, i posze­dłem za tobą. - Uśmiech­nął się krzywo, przy­po­mi­na­jąc jej, jaki był jako chło­pak. Mię­dzy innymi taki, że bar­dzo ją zra­nił. - Sie­dzia­łem w samo­cho­dzie i pró­bo­wa­łem odwieść się od pomy­słu przyj­ścia tutaj - wyznał.

Nie odwza­jem­niła uśmie­chu, tylko lekko postu­kała pal­cami w blat sto­lika.

- Widzę, że ci się nie udało.

Zaśmiał się, lecz natych­miast spo­waż­niał.

- Co tu robisz, Sienno?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Zapro­po­no­wano mi pracę.

Przy­glą­dał jej się przez kilka chwil.

- To nie może być tylko to.

- Nie jest, ale to nie twoja sprawa.

W wyra­zie jego twa­rzy coś się zmie­niło, była jed­nak zbyt zde­ner­wo­wana jego nie­spo­dzie­waną obec­no­ścią, by móc to odczy­tać.

- Na­dal jesteś na mnie zła.

Jej żyły prze­nik­nął przy­pływ obu­rze­nia. Pochy­liła się do przodu.

- Nie jestem na cie­bie zła, Gavi­nie. Dla­czego mia­ła­bym być? Nie znam cię. Po pro­stu moje życie i moja obecna sytu­acja to nie twój inte­res.

Patrzył na nią przez chwilę, po czym na jego twa­rzy poja­wił się leniwy uśmiech.

Ścią­gnęła brwi.

- Co w tym takiego śmiesz­nego?

- A jed­nak jesteś na mnie zła.

Wypu­ściła powie­trze, opa­dła na opar­cie krze­sła i, żeby zająć czymś ręce, wło­żyła do ust zimną frytkę. Nie dała rady poru­szyć szczęką, więc prze­łknęła ją w cało­ści. Ten dupek lubił jej złość, pew­nie pod­sy­cała jego ego, więc trzeba mu ją ode­brać.

- Czego chcesz? Powrotu do tego, co było? - zapy­tała po tym, gdy udało jej się prze­łknąć frytkę i przy tym się nie zakrztu­sić.

- Być może. - Urwał. - Ale naj­pierw opo­wiedz mi o kar­tach.

- Kar­tach?

- Tych z two­jej sprawy. Zna­le­zio­nych przy kobie­cie, która wczo­raj w nocy została zamor­do­wana.

- Przy­kro mi, ale nie mogę ujaw­nić niczego na temat mor­der­stwa, w któ­rego spra­wie toczy się śledz­two.

- Jeśli nie wpad­nie­cie na żaden trop zwią­zany z tymi kar­tami, to ty lub ktoś z poli­cji w Reno praw­do­po­dob­nie i tak będzie chciał mnie prze­słu­chać, spo­koj­nie więc możesz zro­bić to teraz i mi o nich opo­wie­dzieć.

Zmru­żyła oczy.

- Zakła­dam, że kie­row­niczka sklepu z pamiąt­kami powie­działa ci, że dzi­siaj u was były­śmy.

- Twój umysł działa bar­dzo szybko. - Znów się uśmiech­nął. - Jak zawsze.

Sienna wypu­ściła powoli powie­trze, ale jej gniew znik­nął. Może Gavin ma rację. Dla­czego teraz, gdy sie­dzi przed nią, nie sko­rzy­stać z oka­zji, by wypy­tać go o karty? Prze­cież i tak zamie­rzały to zro­bić, wła­ści­wie miała też już na to pozwo­le­nie.

- Dobrze. Na miej­scu zbrodni zna­leź­li­śmy kilka kart. Póź­niej powie­dziano nam, że wzór na ich odwro­cie został zain­spi­ro­wany tatu­ażem, z któ­rego byłeś znany w swo­ich poke­ro­wych cza­sach.

Zamarł na chwilę, po czym odwró­cił rękę i pod­cią­gnął rękaw koszuli, żeby odsło­nić dzieło sztuki po wewnętrz­nej stro­nie nad­garstka. Choć miała jako takie wyobra­że­nie, jak ono wygląda, zaparło jej dech w pier­siach. Na kar­tach za łabę­dziami nie było jeziora ani drzew, któ­rych roz­miesz­cze­nie tak dobrze znała. Spoj­rzała mu w oczy.

- Kiedy to zro­bi­łeś?

Cof­nął rękę i opu­ścił rękaw. Do sto­lika pode­szła kel­nerka i zapy­tała Gavina, czy coś mu podać.

- Chęt­nie napił­bym się kawy.

Poki­wała głową.

- Coś jesz­cze dla pani?

- Nie, dzię­kuję. Popro­szę rachu­nek. - Sienna chciała wyjść, gdy tylko zakoń­czy roz­mowę.

- Po wyjeź­dzie z Reno zacią­gną­łem się do woj­ska. - Uśmiech­nął się smutno. - Od razu zaczął­bym grać w karty, ale...

- Mia­łeś tylko osiem­na­ście lat. Tak, zdaję sobie z tego sprawę.

W jego oczach znów poja­wił się ten błysk.

- Tak. W każ­dym razie w pierw­szy wolny week­end posze­dłem pić z chło­pa­kami i wszy­scy zro­bi­li­śmy sobie tatu­aże. Oni mają węże, insy­gnia woj­skowe, lam­party i mie­cze, a ja...

- Łabę­dzie pły­wa­jące po jezio­rze. Uro­cze.

- Tak. Do tej pory się ze mnie nabi­jają. - Uśmiech­nął się i, cho­lera, wresz­cie zmię­kła. Nie­wiele, ale jed­nak.

Sienna pokrę­ciła głową, a lekki uśmiech, jaki mu posłała, natych­miast znik­nął. Nie zamie­rzała pytać o powody. To ładne jezioro. Miała z nim zwią­zane dobre wspo­mnie­nia, nawet jeśli potem została zra­niona. To była szczę­śliwa część jego dzie­ciń­stwa. Coś pięk­nego pośród brzy­doty.

- Ostat­nio prze­jeż­dża­łam przy­pad­kiem obok Raj­skiego Zakątka - zaczęła. Jeśli Gavin wąt­pił w to "przy­pad­kiem", to tego po sobie nie poka­zał. - Ale jecha­łam na wschód, więc nie minę­łam jeziora.

- I dobrze - mruk­nął. Kel­nerka przy­nio­sła mu kawę. Posta­wiła przed nim fili­żankę i dzba­nu­szek ze śmie­tanką, a on pod­jął: - Cały park tra­fił szlag. Pełno w nim dile­rów, są nawet pro­sty­tutki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki