Dzień drugi
~
Poniedziałek
Kilkanaście godzin później znów wchodziłam po tych samych schodach. Myśli miałam ciężkie i czarne jak rozpacz. Po raz pierwszy znalazłam się w takiej sytuacji i kompletnie nie umiałam się odnaleźć. Zapukałam w drzwi. Cisza. Wyjęłam telefon z torebki i zobaczyłam esemesa:
Musiałem wyjść do sklepu.
Wejdź i czuj się jak u siebie. Wracam
za chwilę.
Weszłam do mieszkania, dziwiąc się, że nie zamknął drzwi na klucz. Po chwili zauważyłam, że od wczoraj trochę się tu zmieniło. Pudła i torby stały w jednym rogu pomieszczenia, a pusty środek zajmował mały stolik. Powoli podeszłam do regału z książkami. Bezwiednie wodziłam palcami po grzbietach książek. Różewicz. Czesław Miłosz. Sienkiewicz. Dostojewski. Conrad. Dumas. Przewodniki po szlakach górskich. Poradniki dla początkujących narciarzy. Książki kucharskie. Obok regału z książkami stał gramofon. Chciałam obejrzeć płyty piętrzące się w kartonie, jednak moją uwagę przykuł kompas leżący obok. Nie wyglądał jak przeciętny, kupiony w sklepie z akcesoriami dla miłośników pieszych wędrówek. Był bogato zdobiony. Kiedy wzięłam go do ręki, okazało się, że jest też niezwykle ciężki. Odwróciłam go i przeczytałam inskrypcję: "Najdroższemu - Ewa".
Więc jednak jest ktoś - pomyślałam z zazdrością, zapominając o moim statusie mężatki.
Otworzył drzwi. Przestraszyłam się tak bardzo, że prawie upuściłam kompas i natychmiast zaczęłam się tłumaczyć.
- Przepraszam, ale chwilę cię nie było... chociaż to do niczego nie upoważnia i niczego nie tłumaczy... Wiem, przychodzę do ciebie drugi raz i już interesuje się tym, czym nie powinnam... - mówiłam szybko i chaotycznie, chcąc jakoś wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji.
- Spokojnie. - Podszedł do stolika i położył na nim zakupy. - Musiałem dokupić mleko i ciastka. Nie mam tu lodówki, więc zakupy muszę robić na bieżąco.
- Przepraszam - powiedziałam jeszcze raz, czerwieniąc się jak rzeki Nilu w czasie plag egipskich.
- Nie ma za co. - Wskazał krzesełko stojące pod oknem. - Jeśli możesz, usiądź tam, proszę. Chciałbym skorzystać z dobrego światła i ci się przyjrzeć.
Odłożyłam kompas i usiadłam. Po chwili siadł na łóżku na przeciwko.
- Nigdy tak nie robię, nie przychodzę do cudzych mieszkań i... - zaczęłam przejęta.
- Cicho - powiedział miękko.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Znów patrzył na mnie tak uważnie, że zaczęło mnie to peszyć i spytałam, co mam robić.
- Nic - odpowiedział - patrz mi w oczy, a jeśli cię to zawstydza, skup wzrok na jednym punkcie. Muszę ci się przyjrzeć.
Skupiłam wzrok na małej poduszce w słoneczniki.
- Mogę? - spytał po chwili, przysuwając mnie do siebie. Od jego twarzy dzieliło mnie tylko kilka centymetrów. Wstrzymałam oddech. Zamknął oczy i zaczął delikatnie dotykać mojej twarzy od czoła aż po podbródek.
- Muszę zapamiętać wszystkie miękkie linie, a najwięcej szczegółów dostrzega się w ciemności - powiedział cicho po chwili.
Dotykał palcami moich ust. Rysował ich kontur.
- Oddychaj Izabelo - dodał. - Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Nie wiem, ile trwało to dostrzeganie szczegółów, jednak wydaje mi się, że minęła mała wieczność. Po jakimś czasie poczułam, że odsunął się ode mnie. Nawet nie zauważyłam, że również zamknęłam oczy.
Kiedy je otworzyłam, nadal na mnie patrzył i się uśmiechał. Zaczął coś rysować, szybko, urywanymi ruchami. Milczałam, nie chciałam mu przeszkadzać. Po kilku próbach rzucił szkicownik na łóżko.
- Zaczynamy? - zapytałam podekscytowana.
Nikt nigdy mnie nie malował. Myślałam, że właśnie tak to będzie wyglądać, że weźmie sztalugi i farby, a ja będę siedzieć bez ruchu kilka godzin każdego dnia.
- Nie dziś. I na pewno nie tak - odpowiedział zamyślony. Spojrzał jeszcze raz na to, co narysował i znów zamknął brulion.
Nie wiedziałam, czy jest zły, czy rozczarowany. Znaliśmy się zbyt krótko, żebym mogła to ocenić.
- Nie rozumiem. Coś nie tak? - spytałam zdezorientowana.
- Masz idealnie proporcjonalną twarz i cudownie miękkie rysy. Jesteś piękną kobietą, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Chcę uchwycić twoje światło, nie piękno. Kiedy zobaczyłem cię pierwszy raz, miałaś w sobie coś, co sprawiło, że nie mogłem zasnąć. Jakkolwiek to nie brzmi. Muszę uchwycić ten moment. Nie wiem jeszcze jak - powiedział z namysłem.
- Jak mogę pomóc? - spytałam, wiercąc się na krześle.
- Co wtedy czytałaś?
- Nie czytałam. Słuchałam Marka Grechuty, uwielbiam go. Serce to piosenka, do której ostatnio często wracam. Słucham też Starego Dobrego Małżeństwa, ale to twój imiennik skradł moje serce. Zawsze mnie urzeka. Za każdym razem - powiedziałam miękko.
- W takim razie dobrze, że mam gramofon, będziesz mogła posłuchać. - Uśmiechnął się. - Mam pomysł - dodał - ale z realizacją poczekam do środy. Tymczasem napijemy się kawy. Musisz mi o sobie opowiedzieć. - Znów się uśmiechnął, kładąc nacisk na słowo "musisz".
Zaparzył dwie kawy, dla mnie z mlekiem, dla siebie czarną. Nie pytał o rodzinę, szkołę, znajomych czy pracę. Chciał wiedzieć, czego słucham, co czytam, co sprawia mi radość. Pytał o moje najmilsze wspomnienia, ukochaną lalkę z dzieciństwa, najbardziej znienawidzony obiad i ulubiony deser.
Tych pytań było mnóstwo, zupełnie jakby spisał je z książki Jak zaskoczyć rozmówcę niecodziennym pytaniem i nauczył się ich na pamięć. Mimo wszystko nie czułam się jak na przesłuchaniu. Chociaż nikt mnie nigdy nie pytał o ulubioną figurę geometryczną i coroczną tradycję. Ani która pora dnia jest moją ulubioną i czy wolę filiżanki, czy kubki.
Pytał z autentyczną ciekawością. Kiedy opowiadał mi o nauce jazdy na nartach, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Dowiedziałam się wielu tak pięknie niepotrzebnych rzeczy. Że zasypia zawsze na prawym boku, jego ulubioną figurą geometryczną jest okrąg, że nadal ma misia, z którym spał jako pięcioletni chłopiec, a kiedyś chciał sobie wytatuować rybkę na ramieniu, bo jego tata uwielbia wędkować. Gdy jego dziadkowie jeszcze żyli, co roku jeździł do nich latem i jadł poziomki. To była jego wakacyjna tradycja. Później pałaszował tatrę owocową upieczoną przez babcię i był najszczęśliwszy na świecie.
Miałam wrażenie, że nie poznajemy się, a jedynie się sobie przypominamy. Nie zauważyłam nawet, kiedy minęły trzy godziny. To, że rozmawiamy i beztrosko pijemy kawę, gdy nieubłaganie mijają wymierzone minuty jego życia, wydało mi się surrealistyczne. Nie mogłam uwierzyć, że wiedząc o swojej chorobie, potrafi z wytężoną uwagą słuchać obcej osoby, że nie żal mu tego czasu, by dowiedzieć się o mnie wszystkiego, co tylko się da.
Nie poruszałam tematu leczenia, chociaż od wczoraj myślałam o tym nieustannie. Czytałam artykuły zamieszczone w czasopismach medycznych, poznawałam statystyki. Nie chciałam pogodzić się z tym, że naprawdę nie ma żadnej innowacyjnej formy leczenia prowadzącej do wyzdrowienia, a te, dostępne, przy dużej dozie szczęścia mogą jedynie dać kilka dni lub tygodni życia, których on nie chce, jeśli mają przypominać wegetację. Czułam, że nie mam prawa dziś o tym mówić, co nie oznacza, że nie zamierzałam.
Opowiadałam o mojej miłości do Zafona i Cienia wiatru. On o zauroczeniu muzyką klasyczną i Wielkim Gatsbym. To była jedna z najbardziej intensywnych rozmów, jakich doświadczyłam. Podświadomie przeczuwałam, że nie tylko dlatego, że była pierwsza.
Kiedy spojrzałam na zegarek, zrozumiał, że muszę wracać. Nie zatrzymywał mnie. Nigdy tego nie robił. Jakby wiedział, że nasze wspólne chwile są wyrwane życiu i darowane tylko na krótko.
Już miałam wychodzić, ale myśl o dedykacji z kompasu nie opuszczała mnie ani na chwilę. Wiedziałam, że nie zasnę, jeśli nie poruszę tego tematu.
- Naprawdę nie mam zwyczaju przychodzić do znajomych i grzebać w ich rzeczach. Wiem, że to mnie nie usprawiedliwia, ale nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Wspaniały prezent. Wiedziała, co sprawi ci radość - podsumowałam.
- Tak - powiedział smutno. - Wiedziała.
- Wiem, że to nie moja sprawa, ale... Nie wspominałeś, że kogoś masz. Może lepiej przestanę przychodzić? - spytałam niepewnie.
- Ty też w ciągu trzech ostatnich godzin ani słowem nie wspomniałaś o swoim mężu - powiedział cicho i spojrzał na moją obrączkę.
- Masz rację, pójdę już. - Sięgnęłam ręką do drzwi.
- Zaczekaj. - Zatrzymał mnie, kładąc dłoń na klamce - To, ile życia mi zostało, nie uprawnia mnie do zabierania twojego czasu i sprawiania kłopotu. Jeśli twój mąż ma coś przeciwko tym wizytom, oczywiście zrozumiem i nie będę nalegać. Przekaż mu, że w czasie kilku kolejnych spotkań powinienem skończyć. Nie umiem wskazać dokładnego terminu, dlatego poprosiłem cię o miesiąc.
- Mój mąż jest przyzwyczajony do tego, że latem mam wiele zajęć. Szkolenia, korepetycje. On też wraca później z pracy, więc moja popołudniowa nieobecność nie sprawia mu problemu - odpowiedziałam wymijająco. - I proszę, nie rozmawiajmy już na temat zasadności przychodzenia tutaj. To moja decyzja, nie męża. Chcę, żebyś dzięki mnie namalował swoje światło. Chcę pomóc, jeśli mogę.
- Miała na imię Ewa - powiedział nagle. - Byliśmy razem trzy lata. Oświadczyłem się w tamtym roku, a ona się zgodziła. Zostawiła mnie, gdy dowiedziała się, że umieram... Jedna część mnie to rozumie, druga nie umie się z tym pogodzić. Nie chciałem się kłócić o wspólne mieszkanie. Niedługo nie będzie mi już do niczego potrzebne. Wyprowadziłem się i wynająłem to poddasze. Na tak krótki czas nie potrzeba mi niczego więcej. I masz rację, nie rozmawiajmy już o tym - dodał cicho.
Wyszłam szybko, trzaskając drzwiami, żeby nie zauważył, że płaczę. Po powrocie do domu zastanawiałam się, jak można w tak trudnym momencie zostawić kogoś, kogo się kocha. Nie mogła udźwignąć na barkach ciężaru jego choroby, a mogła to, że go porzuciła?
Zastanawiam się nad tym do dziś.