Sylwia Chutnik Nieśmiałek
Sylwia Chutnik
Nieśmiałek
Czy pamiętacie swój pierwszy dzień w szkole? I potem kolejne dni, wczesne wstawanie, siedzenie w ławce,
odpytywanie, "W dwuszeregu zbiórka!" i przerwy? Tak, przerwy były
najważniejsze! Już po pierwszej lekcji było wiadomo, kto jest fajny, kto
szybki, kto zawsze najbardziej głodny, a kto małomówny i cichy.
Ten problem miał pewien chłopiec, którego na potrzeby naszego
opowiadania nazwiemy Nieśmiałkiem. Tak zresztą mówili o nim rodzice,
dziadkowie, pani sąsiadka i dzieci na podwórku. Bo ten chłopiec od
zawsze okropnie bał się obcych. Wiadomo, mama, tata, Zosia z pierwszego
piętra, z którą znali się od piaskownicy, to co innego, ale nowa klasa,
nowe dzieci i nauczyciele - brr! Nic dziwnego, że od samego początku
Nieśmiałek przycupnął gdzieś z boku, nie odzywał się i tylko patrzył.
Tak minęła mu pierwsza lekcja, pierwsza przerwa, a potem kolejne dni.
Inne dzieci szybko się do tego przyzwyczaiły. Skoro ten Nieśmiałek nigdy
nie chciał się przyłączyć do ich zabaw, przestały go zapraszać, i już.
Tylko czasami ktoś rzucił w niego kulką papieru albo workiem ze strojem
na WF, krzycząc: "Niemowa, pusta głowa!" albo coś równie głupiego.
Nawet gdyby Nieśmiałek chciał się odciąć i tak nikt nie usłyszałby jego
głosu, bo jeżeli coś mówił, to bardzo, bardzo cichutko. Trzeba było
wytężać słuch, pochylić się ku jego twarzy, żeby uchwycić wyrazy
opadające lekko w powietrze i ginące w ogólnym hałasie. Trudno było
zrozumieć, że chłopiec po prostu nie lubi rozmawiać. I nie dlatego, że
nie miał nic do powiedzenia, przecież przy Zosi buzia mu się nie
zamykała.
- Wiesz, Zosiu - tłumaczył przyjaciółce - gdy mam się odezwać w klasie,
czuję tak, jakby mój głos był stworem, a zęby bramą. Ten stwór nie umie
się przez bramę przecisnąć. To wszystko dlatego, że ma taką skórę, która
przypomina zimny rosół albo kożuchy na mleku. Przywiera do bramy,
oblepia ją, ale przecisnąć się nie może.
- Ech, ty to masz wyobraźnię! - Zosia podziwiała przyjaciela.
Tego dnia Nieśmiałek siedział na lekcji matematyki i skrobał paznokciem
gumę do żucia przyklejoną pod blatem ławki. "Żeby mnie tylko pani nie
wywołała do odpowiedzi, tylko nie mnie!" - myślał.
Był dobry z matmy, potrafił liczyć w pamięci do tysiąca, z klasówek miał
same szóstki. Ale odpowiadanie przy tablicy to było dla niego coś
najokropniejszego na świecie. Wszyscy się gapią, ręka drży, kreda
wypada, policzki płoną... Jak w tej sytuacji odpowiedzieć na pytanie pani?
Koszmar nad koszmary, najgorsze, co może spotkać Nieśmiałka w szkole!
I co się stało? Pani zerknęła na listę i wywołała do tablicy właśnie
jego. Nieśmiałek wstał powoli, nogi się pod nim uginały, ledwo dotarł do
biurka nauczycielki. Był tak zdenerwowany, że nie mógł się skupić na
pytaniu. A przecież to nie było trudne zadanie.
Stał i tępo patrzył na parapet, gdzie stały paprotki. W jednej wypatrzył
resztki lekko spleśniałej kanapki. "Pewnie Hania znowu próbuje oszukać
mamę, że zjadła drugie śniadanie - pomyślał. - Ona chyba tak bardzo nie
lubi jeść, jak ja się odzywać. I dlaczego nasza pani wygląda dziś jak
Baba-Jaga? Nigdy wcześniej tego nie zauważyłem..."
Nieśmiałek pocił się i skubał palce, wyczekując dzwonka. Wciąż nie był w stanie rozwiązać zadania. W dodatku widział, że pani jest przykro - jak
to, on, najlepszy uczeń, a najwyraźniej nie odrobił pracy domowej.
Wstyd! "Jaka szkoda, że pani nie zrobiła nam kartkówki" - myślał.
Na miejsce wrócił ze spuszczoną głową. Zagryzał wargę i próbował skupić
się na czymś innym, żeby się nie rozpłakać. O, wtedy dopiero byłby
wstyd! Do całej serii przezwisk doszłyby pewnie: "Beksa, Szlochacz,
Ciamciak".
Z zamyślenia wyrwało go szturchnięcie kolegi z ławki za nim. Jasiek
podał mu złożoną w kostkę kartkę, na której było napisane (trochę
niestarannie, trzeba przyznać): "Nie przejmuj się, to zadanie było
strasznie trudne!". Nieśmiałek uśmiechnął się pod nosem i na tej samej
kartce szybko zapisał kilka liczb. Błyskawicznie rozwiązał zadanie,
którego nawet nie tknął przy tablicy!
Jasiek aż jęknął z wrażenia, sam nie lubił matmy, ciągle się mylił w obliczeniach. Nawet liczbę 3 zapisywał brzuszkami w złą stronę!
- Też bym tak chciał umieć - szepnął do kolegi.
- Pokażę ci po lekcji, jak to się robi - odparł Nieśmiałek.
- Proszę nie gadać! - zwróciła im uwagę pani, jednak Nieśmiałek tylko
się uśmiechnął. Za chwilę to on będzie nauczycielem Jaśka!
Lekcja dobiegła końca, dzieciaki zerwały się z miejsc i wybiegły na
przerwę. Pani otwierała okna, żeby przewietrzyć klasę. Gdy przechodziła
obok ławki Nieśmiałka, zauważyła rozprostowaną kartkę z rozwiązaniem
zadania. No tak, wiedziała, że Nieśmiałek to umie. A w takim razie,
dlaczego nie odpowiedział na pytanie? A może... może po prostu stresuje
się przy tablicy! Kilka lat temu miała podobny przypadek, a teraz tamta
dziewczynka wygrała konkurs matematyczny!
Pani wzięła długopis i dopisała coś na karteczce, a na końcu dorysowała
wielką uśmiechniętą buzię.
- - -
Po przerwie Nieśmiałek wrócił do swojej ławki i przeczytał to, co
napisała mu pani. Przeczytał raz, drugi, jeszcze raz. Po prostu nie mógł
uwierzyć w to, co widział. Był to najwspanialszy list, jaki kiedykolwiek
otrzymał. Lepszy nawet niż życzenia urodzinowe od cioci z Meksyku, niż
pochwała z przedszkola dla najlepszego kolegi!
Pani napisała: "Gratulacje, bardzo dobrze rozwiązałeś zadanie. Od
dzisiaj nie musisz odpowiadać przy tablicy. Zamiast tego przynoś mi
zadania w zeszycie".
Dość męczarni i jąkania się przed całą klasą! Dość rumienienia się jak
dziewczyna, obgryzania paznokci i upartego wpatrywania się w podłogę. I ciągłego powtarzania taty: "Weź się w garść! Prawdziwy mężczyzna nie
płacze i nie boi się byle czego". Takie rady nie pomagały. Nieśmiałek
nawet nie wiedział, co znaczy "wziąć się w garść".
Tego dnia wracał autobusem do domu i uśmiechał się sam do siebie.
- Nasza pani jest najlepsza na świecie! - powiedział do swojego odbicia
w szybie i o dziwo, nawet nie zabolało go przy tym gardło. W ręku
trzymał TĘ kartkę i czuł, jak płynie z niej czarodziejska siła. Wysiadł
na swoim osiedlu i pobiegł do domu. Na klatce spotkał panią sąsiadkę. Po
raz pierwszy w życiu powiedział jej wyraźnie: "dzień dobry", a sąsiadka
o mało nie spadła ze schodów, tak ją zaskoczył. Była przecież
przekonana, że ten dziwny chłopiec nie potrafi mówić.
Przy kolacji rozmawiał z rodzicami i żartował z Zosią, którą zaprosił do
siebie. Gadał przez cały czas, buzia mu się nie zamykała, aż wieczorem
dostał gorączki z przejęcia i musiał się położyć wcześniej do łóżka.
Mama pochyliła się nad Nieśmiałkiem, poprawiła mu zimny okład na czole.
Nie pytała o nic, po prostu uśmiechała się do swojego synka, bo
uwielbiała patrzeć, jak promienieje ze szczęścia.
Nieśmiałek usypiał zupełnie spokojnie i po raz pierwszy nie mógł się
doczekać lekcji w szkole, spotkania z Jaśkiem i innymi dziećmi. Trudno
to sobie wyobrazić, a jednak. Bo poczuł się bezpieczny w tym swoim
nicniemówieniu. W tym, jaki jest.
Sylwia Chutnik Diablica Rokita
Sylwia Chutnik
Diablica Rokita
Najpierw szło się przez ciemny las. Potem
przez polną ścieżkę. Rozgarniając gałęzie na boki i potykając o wystające korzenie potężnych drzew. Później wyłaniała się leśna polana.
Pachniało wilgotnym mchem, miękkim jak dywanik. Pachniało latem. Od razu
wyobrażamy sobie typowe obrazki: promienie słońca przechodzące między
liśćmi, talerz chłodnika i orzeźwiającą lemoniadę.
Na leśnej ścieżce było prawie cicho. I tylko czasem coś w oddali
skrzypiało, to znowu dźwięk się przybliżał i zlewał ze śpiewem ptaków.
Coraz bliżej, coraz głośniej. Już prawie jesteśmy na miejscu...Tfu! Pfuuu!
A co to?
Między gałęziami brzozy siedziała dziewczynka i machała ogonem. Pod nią
ziemia zasłana była pestkami czereśni, którymi pluła na odległość.
Tfu! Pfuuu!
Była w tym mistrzynią. Potrafiła wygrać każdy konkurs plucia na
odległość i nie miała sobie równych. Ćwiczyła cały sezon, a robiła to z tak skupioną miną, że nikt nie śmiał jej przeszkadzać. Dziś sama jednak
przerywała co jakiś czas jedzenie i patrzyła na drogę prowadzącą ze wsi.
Wyraźnie kogoś wypatrywała.
- Hej, Rokita, na kogo czekasz? - Pod drzewo podeszła niewiele młodsza
od niej Klara i zadarła wysoko głowę.
- Dziś ma przyjść do nas Anna ze wsi. Podobno ma jakieś zmartwienie.
Spotkałam ją wczoraj na łące, kiedy zbierała zioła. Chyba płakała. -
Rokita zawiesiła głos i się zamyśliła. - Zapytałam, co się dzieje.
Powiedziała, że dzisiaj przyjdzie i wszystko opowie. Obiecała, że nas
odwiedzi, bo ma pewną sprawę.
- O, brzmi tajemniczo, a ja uwielbiam sekrety! - Klara zaczęła skradać
się i udawać, że kogoś śledzi. Jednym susem znalazła się na gałęzi obok
Rokity. Obwąchała ją badawczo.
- Robiłaś dziś pranie? Pachniesz mydlinami.
- Sprytna jesteś, rzeczywiście poszłam nad rzekę bez ciebie, ale
musiałam! Wybacz mi! Uzbierała się już niezła góra brudów i mama nie
dałaby mi spokoju, gdybym się wreszcie za to nie zabrała. Szorowałam
wszystko w zimnej wodzie od szóstej rano, ale warto było. - Rokita
pokazała ręką okoliczne drzewa, między którymi suszyły się świeżo
wyprane ubrania. Wyglądały jak plenerowa wystawa, może powinno się
sprzedawać na nią bilety?
Tylko kto by chciał przyjść i podziwiać rozwieszone ubrania, skoro każdy
miał takie same obok swojego domu.
- A czyje to takie wielkie majtki? - zachichotała Klara i zeskoczyła z drzewa, aby wygłupiać się między nimi a sznurem białych koszul. Udawała,
że zakłada gigantyczne ubrania taty Rokity: koszule i spodnie.
- Tylko ich nie pobrudź, bo będę musiała prać je raz jeszcze, a wtedy
chyba zedrę sobie skórę z rąk do łokci.
Rokita nie miała czasu na zabawy, bo właśnie na horyzoncie pojawiła się
Anna. Taszczyła ze sobą koszyk pełen warzyw, a obok niej truchtał Piesek
Osesek, podobny do pchełki - taki był malutki i skoczny.
Anna zbliżała się i rosła w oczach. Blond czupryna sklejona była potem,
a buty zakurzone tak, że nie można było domyślić się ich koloru.
- Upał jak nie wiem! Uch, dajcie wody, bo zemdleję.
Klara podała jej butelkę z wodą prosto ze źródła. Dziewczyna piła
łapczywie, aż kapało jej z brody. Wreszcie skończyła i starła krople z twarzy.
- Dziękuję wam, że mogłam przyjść. Słuchajcie, mam problem i trochę
wstydzę się o nim mówić. - Anna usiadła pod drzewem i oparła się o nie
plecami. Widać było, że coś ją trapi. Pies położył głowę na jej kolanach
i zapadł w drzemkę, jakby chciał dać do zrozumienia, że jest i czuwa,
ale nie będzie przeszkadzać w rozmowie. - Rokito, jesteś dobrą diablicą
- kontynuowała Anna. - Zawsze wiesz, co robić, i pomagasz wszystkim we
wsi. A ja sama już nie wiem, jak mam poradzić sobie z tym całym
zamieszaniem.
Klara siedziała i w skupieniu drapała psa za uchem. Co jakiś czas
patrzyła na Rokitę, jak każda wierna przyjaciółka, która czeka, aż ta
druga się wypowie. Tymczasem Rokita niemrawo jadła czereśnie, ale robiła
to machinalnie, jakby nie miała z tego przyjemności. Milczała i czekała,
aż Anna rozpocznie swoją opowieść.
- Dokucza mi kilku chłopaków z domu obok - zaczęła koleżanka. - Na
początku mi to nie przeszkadzało, kiedy ciągnęli mnie za włosy albo
wrzucali żabę do kubka, kiedy piłam na dworze ze studni. Ale są coraz
bardziej natarczywi i, szczerze mówiąc, w ogóle nie śmieszą mnie te ich
niby wygłupy.
Zapadła cisza.
- Próbowałaś z nimi rozmawiać? Powiedzieć im, żeby przestali? - Rokita
siedziała obok i głaskała psa, jakby sama potrzebowała uspokojenia.
Ilekroć słyszała opowieści o panoszących się łobuzach, to od razu
burzyła jej się krew. Starała się więc, aby jej głos był wyważony i łagodny, ale przychodziło jej to trudno.
- Oczywiście - odpowiedziała Anna. - Chciałam im wytłumaczyć, że nie
chcę, aby tak się zachowywali. Spytałam nawet, o co im właściwie chodzi.
Ale oni tylko się ze mnie śmieli, a jeden krzyknął pogardliwie, że nie
mam poczucia humoru i jestem nudna jak flaki z olejem. Nie chcę być
nudna, tym bardziej jak flaki! Tylko że wcale nie podobają mi się ich
zaczepki. Ja się boję, że oni będą coraz bardziej natarczywi. Że kiedy
będę wracała sama do domu, to mnie napadną. Za każdym razem, kiedy idę
przez las, to się oglądam. Nigdy nie czułam się tak wystraszona jak
teraz. A przecież to moje okolice, moja wieś. Ja się tu urodziłam i nie
chcę ciągle myśleć o tym, że ktoś może zrobić mi coś złego.
- Rozmawiałaś z rodzicami? W końcu dorośli pomagają nam w rozwiązywaniu
problemów.
- Tak, obiecali pomóc. Ale oni tak często zajęci są swoimi problemami,
że postanowiłam zwrócić się do was. Może będzie szybciej?
Diablica Rokita zamyśliła się i zaczęła skubać swój ogon. Piesek zerknął
na niego zaciekawiony, bo myślał, że to zabawka, którą może złapać
zębami i potarmosić. Szybko jednak wywnioskował po minie dziewczyny, że
nie ma co liczyć na beztroskie ganianie.
- A może zróbmy tak: następnym razem, kiedy będą ci dokuczać, spróbuj
ich zwabić na nasze mokradła. Postaram się nauczyć ich, że nie wolno
zaczepiać nikogo wbrew jego woli. Bo to nie jest zabawa, tylko nękanie,
które nie ma nic wspólnego z żartami. Może to przemówi im do rozsądku. O ile w ogóle go mają. Zobaczymy, w każdym razie widzę, że się martwisz,
więc ci pomożemy.
- Dziękuję, nawet nie wiesz, jakie to ważne, że nie jestem z tym
problemem sama! - wykrzyknęła Anna i z radości wstała i zaczęła
przechadzać się między praniem. Piesek Osesek merdał ogonem i atmosfera
od razu zrobiła się radosna.
- Nie myślmy teraz o ponurych rzeczach, jest ciepło, a my mamy obok
zimną wodę. Dobra, wszystkie wskakujemy na bombę do stawu. Trzyyy...
czteeeee...ry! - Zanim Klara przestała krzyczeć, dziewczyny pobiegły w stronę brzegu. Ich wrzaski mogłyby obudzić nawet najbardziej leniwego
ducha mokradeł! Wskoczyły do wody, trzymając się za ręce i ochlapując
psa, który musiał długo prychać i tarzać się w trawie, aby zetrzeć z siebie wszystkie krople. I chociaż cicho powarkiwał, to w gruncie rzeczy
czuł się szczęśliwy i beztroski. Jak dziewczyny.
- - -
Wieczorem Rokita długo nie mogła usnąć. Kręciła się na swoim łóżku
zrobionym z kilku desek i twardej trawy włożonej do starej poszewki na
kołdrę. Nakryła się pledem, który był w ich rodzinie od pokoleń. Rokita
uwielbiała ten materiał, który był jak czarodziejski, bo latem chłodził,
a zimą dawał ciepło rozgrzewające jak ogień w kominku. Czuła się pod nim
bezpiecznie, bo wiedziała, że korzystały z niego ciocia, prababcia, a może i w ogóle pierwsza osoba, która wprowadziła się do lasu.
Ale tym razem dziewczyna nie mogła sobie znaleźć wygodnej pozycji, a koc
to zdejmowała, to opatulała się nim ponownie. Wszystko ją irytowało.
Myślała o historii, która przydarzyła się Annie. To nie pierwszy raz,
kiedy Rokitę proszono o pomoc w trudnych sytuacjach. Znana była ze
swojego niezłomnego (niektórzy uważali, że upartego) charakteru i pomysłowości. Wszystko wydawało jej się proste. Kiedy inne osoby
zastanawiały się, co zrobić i czy aby tak wypada, ona już działała. Mama
czasem kładła na jej czoło dłonie i starała się nieco okiełzać jej
temperament.
- Córko, dobrze jest najpierw pomyśleć, ochłonąć i w spokoju powziąć
decyzję. Zanim zrobisz cokolwiek, to weź dziesięć oddechów. O tak: raz,
dwaaaa, trzyyyy...
Przy czwartym Rokity już nie było, gnała przed siebie i kombinowała, co
by tu spsocić. Była też pracowita: kiedy wichura zerwała dach w jednym z gospodarstw, dziewczyna pierwsza stała na drabinie i kładła deski
zabezpieczające przed deszczem. Kiedy zaś wylała rzeka, to napełniała
worki z piaskiem szybciej od strażaków. Wydawało się, że niczego się nie
boi i woli działać niż siedzieć i rozmyślać. Kiedyś złapała szczeniaka,
który wgramolił się na płot i niezdarnie postawił łapkę, a następnie
zleciał na grzbiet. Rokita niemal w ostatniej chwili dobiegła do niego i uratowała go przed bolesnym upadkiem. Z kolei w czasie Święta Lasu
schwyciła błyskawicznie małego chłopca, który tak się zagapił, że o mało
nie wpadł do wody. A było już ciemno, więc nieźle by się wystraszył!
- Jak ty to robisz? - dopytywała z zachwytem Klara.
- Wiesz, może to dziwnie zabrzmi, ale skupiam się na tym, co się stanie,
kiedy pomogę. Czarne myśli są nie dla mnie, od razu odpędzam je i zabieram się do pracy.
Ale mama Rokity czasem patrzyła na nią z oddali, kiedy tak biegała
niczym iskierka na drewnie w ognisku, i martwiła się, czy aby nic jej
się nie stanie. Wiedziała również, że na niewiele zdadzą się jej uwagi i napominanie. Rokita nigdy nie była dziewczynką, którą ktokolwiek mógł
oswoić i wychować. W końcu była diablicą!
Wiązała więc czerwone niteczki na nadgarstku córki "na zły urok", kiedy
ta zmęczona spała po całym dniu biegania po lesie i załatwiania spraw.
Nad głową szeptała tajemne zaklęcia, a na śniadanie zawsze dawała jej do
wypicia specjalną garść ziół - na szczęście i przeciw złym urokom. A potem patrzyła, jak jej szczęśliwa córka biega po drzewach z rozczochranymi włosami, zjada jagody prosto z krzaka i pomaga wszystkim
tym, którzy jej potrzebują.
- - -
Nad ranem Rokita wymyśliła, co zrobi. Skoro świt zaczęła przygotowywać
zasadzkę na dokuczających dziewczynom chłopaków. Przede wszystkim
musiała wymyślić charakteryzację. Co prawda jako udomowiona, ale jednak
diablica wyglądała dość niesztampowo: miała ogon, małe rogi schowane
między włosami, trochę futerka na nogach i stopy, które pod wpływem
złości zmieniały się w kopyta. Ale wszyscy w okolicy znali ją i jej
wygląd - była w końcu córką wielkiego rozbójnika i mądrej wiedźmy. We
wsi i okolicach śpiewano nawet o jej rodzinie piosenki:
Rokitowie dzielni
Nie wiedzą, co to strach.
Największe zło nie ma u nich szans!
Są jak dąb, jak skała oraz stal,
Nie zwyciężysz ich, choćbyś bardzo chciał.
A dziewczyna pewnego dnia dopisała również zwrotkę o sobie, którą nuciła
czasem pod nosem, ale tak, żeby nikt nie usłyszał, bo ludzie mogliby
wtedy pomyśleć, że jest zarozumiała.
Diablica żyje w stawie,
Odważna to dziewczyna.
Kto jej się przeciwstawi,
Ten wojnę rozpoczyna!
Minęło kilka dni. Rokita przyciągnęła w tym czasie na brzeg stare
gałęzie z lasu i sznurki. Okolica wyglądała jak scenografia
przerażającej bajki. Kiedy ludzie szli spać, ona jeszcze długo siedziała
i kombinowała różne pułapki i przynęty. Zależało jej, aby wszystko było
idealnie, kiedy nadejdzie Ten Dzień.
To była niedziela. Większość osób wylegiwała się przed domem lub
odwiedzała się nawzajem, by wypić razem mrożoną kawę i zjeść truskawki z ogrodu. Owady z nudów ganiały same siebie albo drzemały w kwiatach,
niczym na eleganckich łóżkach z baldachimem.
Rokita, która jak zwykle siedziała na wysokiej gałęzi i rzucała
pestkami, zauważyła nagle Annę, która biegła w stronę lasu. Za nią
pędziła banda chłopaków wymachujących gałęziami leszczyny. Słychać było
ich pogwizdywanie i zaczepki, najwyraźniej skierowane do dziewczyny.
Rokita szybko zeskoczyła z drzewa i jednym susem znalazła się na brzegu
jeziora. Nie ma czasu, trzeba działać. Cicho gwizdnęła umówiony sygnał i zaraz pojawiła się obok niej Klara. Wyglądało, jakby dosłownie wyszła z najbliższego drzewa lub chaszczy przy ścieżce. Wiadomo, że mogła się tam
chować, bo była drobna i zwinna.
Wydawało się, że obie dziewczyny idealnie pasują do tej misji. Przez
okno wyjrzała również mama Rokity. Rozmawiała wcześniej o tym z córką i obiecała jej pomóc.
- - -
Rokita schyliła się i szybko dłonią nabrała błota, którym posmarowała
sobie twarz i ramiona. Założyła na siebie wcześniej schowany w starym
pniu strój przypominający ni to wilka, ni syrenę. Cały aż lśnił w słońcu, a kiedy się na niego patrzyło, można było dostać oczopląsu.
Była cała pomazana na czarno, z potarganymi włosami (zwykle miała je w nieładzie) - szczerze mówiąc, wyglądała PRZERAŻAJĄCO. Ale to pewnie
byłby w tym momencie komplement, bo przecież dokładnie taki efekt
chciała osiągnąć. Widziała wiele razy portrety swojej prababci, wielkiej
diablicy Balbiny. Podobno miała taki wygląd, że sama nie mogła patrzeć w lustro, bo padłaby zemdlona, jak na widok Bazyliszka. Z kolei dziadek
Tupet miał podobno tak długie szpony, że nie musiał wstawać z łóżka,
żeby sięgnąć po smakołyk leżący na piecu w kuchni. Rokita, na jego
cześć, doprawiła sobie sztuczne paznokcie z brzozowej kory i wymachiwała
nimi jak mieczami.
Tak wystrojona weszła cicho do wody i zaczaiła się za trzcinami. Klara
kucnęła za niewielkim krzaczkiem i również czekała na rozwój sytuacji.
Kiedy Anna przebiegła tuż obok dziewczyn, Rokita wynurzyła się z wrzaskiem, ochlapując wszystkich naokoło wcześniej przygotowanymi
patykami ozdobionym dzwonkami, koralikami i brzęczącymi ozdobami.
Chłopcy zatrzymali się zdziwieni. Przez kilka sekund widać było na ich
twarzach autentyczne przerażenie i grozę. Jeden z nich zaczął krzyczeć:
- O rany, przecież to utopiec! Wodny demon! Zaraz wciągnie nas za
nogawki do siebie i udusi. Zwiewamy!
- Nie tak szybko! - ryknęła Rokita i z jeszcze większą pasją zaczęła
wywijać rękoma uzbrojonymi w patyki. Prawdę mówiąc, gdyby sama siebie
usłyszała i zobaczyła, toby się chyba też przestraszyła. "Będę musiała
potem wypić syrop na gardło, bo od tego krzyku dostanę chrypki",
pomyślała. Ale zaraz skupiła się na dalszym straszeniu: - Widzę od
dłuższego czasu, co robicie z Anną! Za to, że jej dokuczacie, spotka was
kara! Aaaaaa! - Rokita zaczęła kręcić się wkoło i chlapać wodą. Schowana
obok niej Klara uderzała z całej siły w pokrywkę garnka, która robiła
naprawdę niezły hałas. Wrażenie było demoniczne i oszałamiające!
- Utopiec robi wir, zaraz nas wkręci do środka na samo dno!! -
wrzeszczał kolejny chłopak, ale cała grupa była zbyt oszołomiona, aby
się ruszyć. Stali jak zaczarowani. Całą scenę obserwowała Klara, która
najpierw nie mogła opanować chichotu, ale szybko postanowiła włączyć się
do zabawy i również dać nauczkę rozrabiakom. Sięgnęła po ukryty węgiel,
który wcześniej sobie przygotowała, następnie wymazała sobie na czarno
twarz, a na ubranie narzuciła skórę, którą zwykle okrywała się przy
piecu w zimne wieczory. Porwała kij z ogniska, garnek suszący się na
płocie i zaszła od tyłu grupę chłopców. Jak nie walnie znowu w naczynia,
jak nie wrzaśnie - aż echo poniosło się po górach!
W tym momencie chłopcy nie wytrzymali i zerwali się do ucieczki. Czuli,
że są otoczeni przez... No właśnie, przez kogo?
- Ratunku! Nie topcie nas! My już nigdy, przenigdy nie zrobimy nic
złego!
- Obiecujecie? - darła się z jeziora Rokita, wywijając groźnie ogonem,
na którym zawiesiła potężne bukiety kwiatów. Wiły się wokół niej jak
setki małych błyskawic.
- Obiecujemy! - odpowiedzieli chłopcy, którzy tak uciekali, że jeden z nich zgubił buty. Kiedy wydawało im się, że są już dość daleko od
przerażających stworów, to ziemia niemal rozstąpiła im się pod nogami i wpadli do wielkiego dołu pełnego gałęzi (Rokita nie chciała, aby
ktokolwiek potłukł się w czasie tego wydarzenia). Czepiając się koszulek
na plecach i niemal wchodząc sobie na głowy, chłopcy wystrzelili z czeluści jak z procy i jeszcze szybciej pobiegli w stronę wsi, wzbijając
tumany kurzu.
Ale co to? Na horyzoncie pojawili się dorośli, którzy od kilku dni
przyglądali się przygotowaniom do zasadzki. Była wśród nich mama Rokity,
Anny, ale i tata jednego z łobuziaków.
- No dobrze, koniec zabawy, idziemy porozmawiać. Mamy nadzieję, że
zrozumiecie, że straszenie i dokuczanie to nie jest dobre rozwiązanie.
Cała grupka zniknęła za zakrętem drogi. Oj, chłopcy mieli nietęgie miny:
nie dość, że przestraszyły ich dziewczyny, to jeszcze czeka ich bura od
dorosłych. Naj-go-rzej!
- - -
Anna, która schowała się niedaleko studni, zobaczyła, że zagrożenie
minęło. Podbiegła więc do koleżanek i zaczęła wywijać Taniec Zwycięstwa!
Wokół niej biegał Piesek Osesek, który niewiele rozumiał, ale cieszył
się razem ze wszystkimi, szczekając i plącząc się pod nogami. Rokita
obmyła twarz w wodzie i wyszła na brzeg. Była cała mokra i szczęśliwa. Z tego wszystkiego po prostu położyła się na trawie z impetem i rozłożyła
ręce i nogi we wszystkie strony. Wyglądała jak rozgwiazda.
- Uff, zmęczyłam się tym straszeniem. To ciężka robota być utopcem, na
dodatek wrzeszczeć i chlapać z taką siłą! - Masowała sobie ramiona.
- Ale mieli miny - ekscytowała się Klara, która odłożyła pokrywkę i cieszyła się, że nie musi już z niej wydobywać tego hałasu. Bała się, że
i tak zdenerwowała okoliczne ptaki. Obiecała sobie, że następnego dnia
przeprosi je smacznymi ziarenkami.
- Nieźle ich nastraszyłyście. Naprawdę myśleli, że spotkali utopca,
który porwie ich do swojej podwodnej krainy. - Anna się śmiała.
- Mam nadzieję, że dostali nauczkę i wreszcie przestaną nękać
dziewczyny. A na pewno jeszcze długo nie przyjdą kąpać się w wodzie! -
dodała Rokita, zdejmując z siebie misternie przygotowany kostium. I chociaż wiedziały, że prędzej czy później chłopcy domyślą się, że to
były one, to przeżywały chwile triumfu, a tej radości nikt im przecież
nie zabierze.
Następnie zaintonowały piosenkę:
Diablice żyją w stawie,
Odważne to dziewczyny.
Kto im się przeciwstawi,
Ten pozna ich wyczyny!
- Wiecie co? - zaczęła szczęśliwa Anna. Z emocji miała na policzkach
rumieńce. - Najważniejsze, że byłyśmy w tym razem i że nie zostałam sama
z moim problemem. Dziękuję wam, jesteście superprzyjaciółkami!
Uśmiechały się do siebie i gratulowały sobie pomysłowości.
- Mam nadzieję, że już nigdy nikogo nie będę straszyła, a chłopcy
zrozumieli raz na zawsze, że nie wolno nikogo nękać, bo nieoczekiwanie
samemu można znaleźć się w kiepskiej sytuacji.
- No i nasi rodzice nam pomogli! Nie jesteśmy same ze swoimi problemami.
- - -
Usiadły wszystkie na łące i z radości zjadły całą górę czereśni, wesoło
pstrykając pestkami, aż stworzyły z nich krąg, który miał je na zawsze
chronić od niepotrzebnych zaczepek.
Marta Iwanowska-Polkowska Łąka pytań
Marta Iwanowska-Polkowska
Łąka pytań
Tolka biegła polną drogą, ciągnącą się
przez ukwiecone łąki, wkurzona na swoich braci. Wkurzona to mało
powiedziane. Była tak samo wkurzona, jak i za nią się kurzyło. Była zła
na swoich braci. Była na nich naprawdę zła. Była wściekła. Gotowała się
ze wściekłości. Co i rusz kopnęła jakiś kamień, ze złością odpychała
kolejne krzaki i gałęzie, które miały czelność stanąć jej na drodze.
"Czy oni muszą być takimi palantami? Czy ciągle muszą mi dokuczać? Śmiać
się z tego, co wiem? Żartować z tego, o co pytam? Bagatelizować to,
czego chcę i do czego wyrywa się moje serce?"
Czuła złość i niezgodę na to, że ciągle jej dokuczają, ale też na to, że
ona sama daje się im w to wciągać. Przecież mama ciągle jej powtarza:
"Tolka, znajdź dystans, bo zwariujesz... Twoi bracia tacy już są, robią
sobie żarty ze wszystkiego. Nie znasz ich?".
Ale Tolkę wkurzało to, że oni mogą być tacy, jacy są, a ona nie. Oni
mogą ciągle żartować i jej dokuczać, a ona ma płacić cenę za to, że
staje się ich ofiarą. Choć mama tyle razy jej powtarzała: "Tolciu,
jesteś wspaniała, tyle potrafisz, jaka jesteś mądra", to jednak w takich
sytuacjach nie potrafiła powiedzieć chłopakom: "stop", tylko raczej
nakazywała Toli bagatelizować ich żarciki. "Nie chcę już tego znosić!
Nie chcę! Nie chcę!" - Tolka krzyczała w myślach!. Tak bardzo chciała,
by mama, zamiast ją pocieszać, stanęła w jej obronie i nagadała
chłopakom raz a porządnie. Hmmm, westchnęła i biegła dalej.
- - -
Tola miała w sobie ocean niezgody na to, że "nie może się mądrzyć, choć
jest mądra". Na to, że "nie może pytać, bo jest taka ciekawa". Czy też
"że powinna siedzieć cicho, bo jest dziewczyną i nie przystoi jej
dyskutować... i to jeszcze dyskutować głośno". Serio? Ktoś jeszcze w to
wierzy? Ktoś jeszcze tak uważa? Niestety, mama...
- - -
Myśli kłębiły jej się w głowie, a ona nie przestawała biec. Wiedziała,
że łąki wokół domku jej dziadków są najlepszym lekiem na całe zło.
Uwielbiała te kolory. Uwielbiała zapach kwiatów, ziół i traw. Bez
względu na to, czy świeciło słońce, jak dziś, czy padał deszcz, łąki
miały swój urok i swoją magię. Uwielbiała panującą tu ciszę, zakłócaną
cykaniem owadów i śpiewem ptaków. Kochała dziką przestrzeń. Choć lubiła
gadać, pytać, dyskutować, lubiła też ciszę i samotność. W samotności
znajdowała dużo spokoju. Mimo że miała prawie, choć niektórzy uważali,
że dopiero, dziewięć lat, już to wiedziała i nie miała zamiaru
rezygnować z tego odkrycia. Choć babcia Wandzia często mówiła, że
najlepszym sposobem na nerwy są herbatka i książka, to Tolka miała
pewność, że najlepszym sposobem na jej nerwy jest samotność w naturze. I ruch na świeżym powietrzu. Dziarski zdecydowany bieg przed siebie.
Szkoda tylko, że w obok ich domu, tam gdzie mieszkają, są tylko bloki,
bloki i bloki. Szkoda. Wielka szkoda. Dlatego Tolka za każdym razem, gdy
była na działeczce u dziadków, próbowała zapamiętać jak najwięcej
szczegółów tych łąk i pól. Zapamiętać zapachy, dźwięki, kolory, obrazy,
by móc do nich wracać w swojej wyobraźni, gdy wakacje się skończą, a ona
wróci do domu, szkoły... Brrryyy, aż wstrząsnęła się na myśl o szkole,
która na chwilę się pojawiła. Nie chce o niej myśleć. Chce być tu i teraz, na łąkach i polach.
- - -
Przestała biec. Spokojnie się zatrzymała. Przysiadła na swoim ulubionym
kamieniu zatopionym wśród kwiatów i wysokich traw i zaczęła myśleć o tym, co się wydarzyło.
Józek i Franek, jej starsi i przemądrzali bracia, nie chcieli, by
pojechała razem z nimi na rowerach do sąsiedniej wsi po zakupy. Byli
dumni jak pawie, że mogą to zrobić. Ona ich zdaniem była za mała. Kto
powiedział, że za mała? Ma tyle samo sił w nogach co oni. Nieraz to
udowodniła. Przecież z powodu nieustannych kłótni z nimi ciągle biega. A oni co robią? Siedzą. Grają i tylko jedzą chipsy. Ha, może chodziło o chipsy! Pewnie dlatego nie chcieli, by z nimi jechała, boby zobaczyła,
ile chipsów sobie kupią i zjedzą w ukryciu. "I tu ich mam", pomyślała
Tolka i zrobiła minę jak Mała Mi. Zresztą uwielbiała Małą Mi. Ona to
miała gadane!
Ale Tolka nie uważała siebie za małą. Co więcej, nie znosiła słyszeć, że
jest za mała. Po pierwsze, nie jest niska. Pielęgniarka w szkole
powiedziała, że jest nawet wysoka jak na swój wiek. W sumie najwyższa w klasie ze wszystkich dziewczynek i wyższa od połowy chłopaków. Po
drugie, nie znosiła słyszeć, że jest za młoda. Kto decyduje o tym, jaki
wiek jest odpowiedni do tego, by jeździć z braćmi do sklepu po zakupy?
Zresztą, czy o wszystkim, co robimy, ma decydować wiek? Okej, prawo
jazdy uzyskuje się w pewnym wieku, podobnie jest z piciem alkoholu i papierosami oraz z prawem do głosowania. Zgoda, jest kilka rzeczy, które
robi się w pewnym wieku, ale czy należy do nich jeżdżenie do sklepu z niby-takimi-mądrymi-starszymi braćmi?
Czy w życiu nie powinna liczyć się mnogość doświadczeń? Posiadane
umiejętności? Dlaczego kiedy tata chce, bym zjechała ze stromej góry na
nartach, mówi: "Tolka, zaufaj sobie, potrafisz" i mam sobie zaufać? A kiedy ja sama mówię: "Ufam sobie, chcę pojechać z Józkiem i Frankiem.
Dam radę, nie będę robić wam kłopotów", to inni mi wmawiają, że jestem
za mała i nie dam rady?
Jak mam ufać sobie, jeżeli w momencie, gdy sobie ufam, inni mi nie
ufają?
Dlaczego inni mają decydować o moim zaufaniu do siebie? Tolka pomyślała,
że sam fakt zadania sobie tego pytania świadczy o tym, jaka jest
inteligentna, a nie "zaaaa maaaała!". Chciało jej się krzyczeć.
Chciała teraz i natychmiast znaleźć odpowiedź na pytanie: "Czy mogę sama
sobie ufać, czy nie?". I jeszcze jedno: "Dlaczego bracia mi tak
dokuczają?".
- - -
Milion myśli kołatało się w głowie Tolki.
Zresztą wiedziała jedno.
Bracia bali się z nią jechać, i już. Albo im się nie chciało z nią
jechać. To nawet bardziej prawdopodobne. Albo mieli inne plany na tę
wycieczkę po zakupy. Tylko dlaczego woleli stwierdzić, że jest na to za
mała, niż powiedzieć wprost, o co im chodzi? Dlaczego zwalali na nią,
zamiast "stanąć w prawdzie". To było ulubione określenie babci Wandzi.
Tylko że Tolka nigdy nie widziała, żeby jej bracia stanęli w prawdzie.
Pewnie chcą stanąć w chipsach i tyle. Wrrryyy.
- - -
Ciągle siedziała na kamieniu. Wciąż zrywała źdźbła trawy rosnące obok
jej nóg i rwała je w nerwach na malutkie kawałeczki. Dumała i dumała,
ale kolejne pytania i wątpliwości tylko nakręcały jej złość, a nie
dawały ukojenia. W pewnym momencie coś zakłóciło ciszę. Jakby ktoś
nieopodal się poruszył. Tolka podniosła wzrok wbity od jakiejś chwili w ziemię i nagle zobaczyła starszą kobietę zbierającą kwiaty na łące.
Dziwne. Skąd ona się tam wzięła? Wcześniej jej nie widziała. Ani jeszcze
chwilę wcześniej, zanim przybiegła na swój ulubiony kamień. I wcześniej,
czyli ani razu wcześniej. A przychodzi w to miejsce prawie codziennie.
Przecież codziennie braciszkowie ją wkurzają. Choć są od niej starsi,
będzie ich nazywać "braciszkami". To będzie jej zemsta.
Zatrzymała wzrok na tej kobiecie.
Miała pewnie z osiemdziesiąt albo i sto lat. Tolka nie mogła dokładnie
tego ocenić. Ale na pewno była starsza, dużo starsza niż babcia Wandzia.
Miała siwe, ale piękne długie włosy. Tolka szybko złapała za kosmyk
swoich i stwierdziła, że ta tajemnicza kobieta ma na pewno ładniejsze
włosy niż ona. Jak to możliwe? A sukienka... Miała na sobie piękną
kolorową sukienkę. Długą do samych stóp z rękawami trzy czwarte i pięknym wcięciem w twaróg. A może w serek? Tolci często myliły się takie
określenia. Wolała zapamiętywać, czym się różni satyr od centaura, niż
uczyć się o częściach garderoby. Sama zwykle biegała w krótkich
spodenkach, sukienki wkładała tylko na specjalne okazje. Ale wracając do
kobiety... Jej sukienka była piękna, cała w pomarańczowo-czerwono-różowo-kremowe plamy. Kobieta miała opaloną skórę,
widać było, że spędza dużo czasu na słońcu. Co robiła? Zbierała kwiaty.
Ale czy tylko? Uważnie wybierała pojedyncze sztuki, przycinała jakimś
specjalnym seka-coś-tam-coś-tam. Tak! Sekatorem! Babcia używa takiego w swoim ogródku.
Ewidentnie znała się na kwiatach i dokładnie wiedziała, jakie chce
zebrać i co z nimi zrobić. Była taka spokojna. Tak uważna, że aż chciało
się na nią patrzeć i patrzeć. Tolka nie mogła oderwać od niej wzroku.
Choć kobieta była spokojna, a każdy jej ruch był bardzo uważny, wydawała
się niezwykle silna i pewna siebie.
Nagle przemówiła.
- Dzień dobry, Tolu! Nie bój się, podejdź do mnie na chwilę - zwróciła
się do dziewczynki, nie odwracając wzroku od układanych w koszyku
kwiatów.
Tolkę zmroziło. Skąd kobieta wie, że ona tu siedzi? Skąd zna jej imię?
Skąd wie, że się teraz przestraszyła? W tej chwili. Tak, przestraszyła
się, ale nadal nie mogła oderwać od niej wzroku. W tej kobiecie było
coś, co ją przyciągało. Sprawiało, że początkowy strach minął i ustąpił
miejsca ciekawości, kim była i skąd znała jej imię. Tolka dobrze
wiedziała, że nie można rozmawiać z nieznajomymi. Wiedziała, że kiedy
jakiś dziwny pan w aucie proponuje jej lizaka czy podwózkę w deszczowy
dzień, trzeba uciekać jak najszybciej. I krzyczeć! Ale w tej kobiecie
było coś znajomego, coś, co sprawiało wrażenie, że zna ją od zawsze.
Zaczęła przyglądać się jej jeszcze uważniej. I wszystko w niej - oczy,
włosy, dłonie, to, jak się poruszała, wydawało się jej znajome.
Kobieta znów przemówiła. Choć stała kilka metrów od niej, a może i dalej, Tola bardzo wyraźnie ją słyszała:
- Nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy. Przyszłam tu tylko na chwilę,
by zebrać kwiaty i by z tobą porozmawiać. Zaniepokoiło mnie, że twoi
bracia po raz kolejny próbują ci wmawiać, że jesteś na coś za młoda, za
mała. A ty znów pełna złości biegasz po łączach i polach. Choć ruch to
zdrowie i jest dobry na nerwy, to chyba mamy o czym porozmawiać.
Tolka nie rozumiała, skąd ona zna jej imię. Skąd wie, że ma braci? Skąd
wie, że ma tak wkurzających braci?
Bardzo chciała podejść do kobiety, ale czuła, że nie powinna tego robić.
Znała zasady. "Znam zasady. Znam zasady", powtarzała sobie w myślach te
dwa słowa. Choć, jeżeli ma być szczera, rozmowa z tą kobietą wydawała
jej się naprawdę bardzo kusząca. I wtedy kobieta odwróciła się do niej,
uśmiechnęła się i powiedziała:
- Dobrze, w takim razie ja podejdę do ciebie.
I stało się coś, czego Tolka nigdy nie widziała. Kobieta znalazła się
tuż obok niej po wykonaniu pięciu, może sześciu sporych skoków. Były to
skoki-podloty, taką nazwę wymyśliła, bo kobieta niby odbijała się od
ziemi, ale podlatywała do przodu, zanim na nowo dotknęła ziemi, by wybić
się do lotu. Ależ to było dziwne i piękne. Tolka aż uszczypnęła się w udo, by sprawdzić, czy po takim doświadczeniu nadal będzie widziała
kobietę. Ale ona znalazła się jeszcze bliżej niej. Dziewczynka nie mogła
jej dotknąć, lecz widziała ją wyraźnie. Urzekł ją spokój bijący z jej
spojrzenia i rysów twarzy. Nie mogła oderwać od niej oczu.
- Nie obawiaj się mnie - powiedziała jeszcze raz kobieta. - Choć
oczywiście rozumiem, że możesz czuć strach. Nie pytaj mnie, kim jestem
ani skąd przybyłam. To trudno wytłumaczyć i szkoda na to czasu. Powiem
ci tylko, po co się tu znalazłam.
- Po co? - zapytała od razu zaciekawiona Tolka.
- By odpowiedzieć na wszystkie nurtujące cię pytania - odparła bez
namysłu kobieta. - Wiem, że cię dręczą. Czuję to i widzę.
Tolka otworzyła usta z niedowierzaniem, myśląc sobie: "Skąd ona to
wie?". Ale kobieta nie przejęła się tym i zrobiła kolejną magiczną
rzecz. Teraz jednym ruchem ręki sprawiła, że na ziemi pojawił się
mięsisty brązowy koc, na którym swobodnie usiadła i jakby nigdy nic
powiedziała:
- Możesz mi zadać tyle pytań, ile masz lat. Możesz pytać mnie o wszystko, co cię nurtuje. Możesz być dociekliwa, ciekawska, szczera i odważna.
Tolka od razu pomyślała: "A jeżeli moje pytanie będzie głupie? A co,
jeżeli będzie niegrzeczne? A jeżeli nie będzie pani znała odpowiedzi?".
- Po pierwsze nie ma złych pytań, głupich pytań - odpowiedziała na głos
kobieta na jej sformułowane w myślach wątpliwości. - Pytania są oznaką
tego, że ci zależy, że jesteś ciekawa, a to cechy mądrych, wartościowych
ludzi. A po drugie, jeżeli jakieś pytanie wyda mi się niegrzeczne, w co
wątpię, to ci o tym powiem. Tak samo zrobię, jeśli nie będę znała
odpowiedzi. Ale wtedy to nawet ci podziękuję. Lubię, gdy ktoś swoimi
pytaniami zmusza mnie do myślenia, poszukiwania informacji, rozważania
różnych opcji. Dobrze jest czegoś nie wiedzieć, bo wtedy można odkryć
coś nowego.
Tola aż podskoczyła z wrażenia. Pierwszy raz w życiu usłyszała od kogoś,
i to kogoś dorosłego, że zadawanie pytań jest w porządku, że
przyznawanie się do tego, że chce się czegoś dowiedzieć, o coś zapytać,
ma jakąś wartość. Całe swoje życie, odkąd oczywiście świadomie myślała i przede wszystkim mówiła, zadawała dużo pytań, ale raczej spotykała się
wtedy ze śmiechem i wytykaniem palcami, aniżeli z uznaniem i szacunkiem.
Zrozumiała więc jedno. Niezależnie od tego, jak bardzo to spotkanie
wydaje jej się dziwne i magiczne, jak bardzo rozmowa z tajemniczą
nieznajomą wydaje jej się niedorzeczna, chce wykorzystać szansę i zadać
jej pytania, które nurtują ją od dawna.
I już otwierała usta, by zacząć pytać, ale kobieta była pierwsza.
- Jest tylko jedna zasada, o której chcę cię poinformować. Moje
odpowiedzi będą bardzo zwięzłe i konkretne. Wiem, że będziesz chciała o coś dopytać. Ale nie będziesz mogła. Gdy odpowiem na jedno pytanie, to
zaraz przejdziemy do kolejnego. A to od ciebie będzie zależeć, ile z odpowiedzi weźmiesz dla siebie, ile zapamiętasz i jak ostatecznie daną
odpowiedź zinterpretujesz.
Tolę trochę zaskoczyła ta zasada, ale nie zniechęciła się. Wiedziała, że
jest dobrą słuchaczką. I że potrafi uważnie słuchać i zapamiętywać. Od
razu pomyślała, że kiedy tylko spotkanie z kobietą się skończy, ruszy
szybko przez łąki i pola, pobiegnie do domu babci i od razu zapisze to,
co usłyszała, by niczego nie zapomnieć i móc do tego wracać. Już czuła,
że będzie to coś ważnego. I już się cieszyła, że umie szybko pisać. A jej ciekawość tylko rosła, więc zapytała odważnie:
- Czy mogę już zadawać pytania?
- Tak - odparła kobieta, umościła się na kocu i zamknęła oczy. I dodała:
- Pamiętaj, pytaj, o co chcesz, tylko nie mamy na to dużo czasu. Zobacz,
słońce już zachodzi. Jak zniknie za tym pagórkiem, to i ja zniknę. Pytaj
więc śmiało i słuchaj uważnie wszystkich odpowiedzi.
Tola zobaczyła, że rzeczywiście słońce zaczęło chylić się ku zachodowi,
a łąki złociły się pięknym światłem. Nie zamierzała więc czekać ani
sekundy dłużej i zaczęła pytać, a kolejne pytania wystrzeliwały z jej
ust jak kamienie z procy. Tak! Tola umiała strzelać z procy i nigdy nie
uważała, że jest na to zbyt mała. Pytała więc o wszystko, co dręczyło ją
dawna. Pytała o to, co budziło jej ciekawość i niepokój. O to, o co bała
się zapytać nawet mamę.
Na samym początku zapytała więc, czy jest za mała, za młoda. O to, co
może zrobić z tym, że bracia ciągle przypominają Toli jej młody wiek.
Kobieta powiedziała:
- Tolu! Jesteś wystarczająca i nie musisz niczego udowadniać. Nie masz
wpływu na to, ile masz lat ani ile masz wzrostu. Może i jesteś za mała
na prowadzenie auta, a za młoda na to, by głosować w wyborach, ale skup
się na tym, co już umiesz i co już potrafisz pomimo swojego wieku, i korzystaj z tego zuchwale. Jesteś, jaka jesteś, i ciesz się tym! To nie
wiek ma decydować o tym, czy możesz jechać na rowerze, ale to, że to
potrafisz i jesteś w tym dobra.
Słuchając ostatnich słów kobiety, Tola poczuła przypływ ekscytacji i wzruszenia. Ciekawe, że można czuć i to, i to jednocześnie. Szybciutko
powtórzyła sobie w myślach: "Nie wiek, ale umiejętności. Nie to, ile mam
lat, ale to, czy coś potrafię, powinno decydować, czy mogę coś robić, a przynajmniej mogę tego próbować".
Poczuła więc, że musi zadać kolejne pytanie.
- Proszę pani, to w czym jestem dobra?
Oczywiście Tola miała świadomość, że dużo zaryzykowała tym pytaniem, bo
w sumie kobieta jej nie znała. Skąd miała znać odpowiedź, skoro widziały
się po raz pierwszy w życiu. Ale jednocześnie ona znała braci Toli,
wiedziała o ich istnieniu. Nie znała Toli, ale doskonale wiedziała, co
sprawiło, że natknęły się na siebie na łące. Odważyła się więc zapytać,
łudząc się, że może usłyszy odpowiedź inną niż "nie wiem".
Nie zawiodła się. Odpowiedź ją rozczuliła i utwierdziła w przekonaniu,
że spotkana kobieta musi być dobrą wróżką albo życzliwą wiedźmą, skoro
to wszystko wiedziała. Wiedźmy są przecież wiedźmami, bo "one wiedzą".
Tola usłyszała bowiem:
- Zawsze pamiętaj o tym, co potrafisz, co umiesz, co sprawia ci
przyjemność. A jesteś dobra w czytaniu, w koleżankowaniu, w pomaganiu
słabszym, w szybkim bieganiu i jeżdżeniu na rowerze. Jesteś też dobra w liczeniu do stu, w malowaniu motyli, w skakaniu przez kozła. Jesteś
dobra w robieniu wycinanek, strzelaniu z procy i zadawaniu mądrych
pytań, pełnych ciekawości i głodu zrozumienia. Jesteś też śmiała i wygadana, a to cudowne cechy młodej dziewczyny! I lubisz szybko pisać,
bardzo szybko - dodała na końcu kobieta.
"Młodej dziewczyny", jak to pięknie zabrzmiało w jej ustach. Jak to
niesamowicie zabrzmiało w odniesieniu do Toli. Znów się wzruszyła. Znów
poczuła ekscytację, ale nie chciała się rozpraszać nawałem emocji.
Wrażliwa przecież też była. Tola nie traciła czasu, więc pytała dalej,
spoglądając kątem oka na coraz czerwieńsze słońce, które najwidoczniej
chciało już zachodzić. Zapytała kobietę, czy i komu może zadawać
pytania. Uwielbiała pytać, ale nieraz dokuczano jej z tego powodu.
Strofowano za przesadną ciekawość i szczerość. Uciszano, gdy zadawała
pytania wprost. Na to pytanie kobieta odparła:
- Zadawanie pytań jest w porządku, możesz je zadawać, kiedy
potrzebujesz i komu chcesz. Twoja ciekawość to dar! Kieruj się nią i pytaj. I pamiętaj, że wszyscy naukowcy, wynalazcy, twórcy musieli
zadawać pytania, by szukać odpowiedzi zmieniających świat. Czasem, ale
to czasem, gdy masz do czynienia z nieznaną ci i dość poważną osobą,
możesz ją zapytać o zgodę przy zadawaniu kolejnego pytania. Ale nigdy,
ale to nigdy nie wątp w sensowność zadawanych przez ciebie pytań. Nie
wątp w siebie!
To ostatnie zdanie kobieta wypowiedziała lekko podniesionym głosem,
patrząc Toli prosto w oczy. Nie krzyczała, tylko bardzo mocno
podkreślała wagę swoich słów. Dla Toli były bez wątpienia bardzo ważne.
Poczuła, że serce zaczęło jej mocniej bić. Jakby nagle uświadomiła
sobie, że posiada moc, której do tej pory nie potrafiła docenić. Nie
potrafiła, ale to zaczęło się zmieniać. Poczuła się bardziej pewna
siebie. Chyba nawet się wyprostowała.
Pytała więc dalej.
Zapytała kobietę również o to, jak sobie radzić z tym, że bracia jej
dokuczają. Jak żyć, kiedy dwaj starsi przemądrzali bracia mówią jej
ciągle, jak ona ma się zachowywać?
To pytanie rozbawiło kobietę. Dała Toli wyraźnie do zrozumienia, że za
bardzo bierze do siebie słowa płynące z zewnątrz. Powiedziała:
- Tolu, nie przejmuj się tak bardzo tym, co mówią twoi bracia. To, że
ci dokuczają, przede wszystkim mówi o ich lękach, o ich patrzeniu na
świat. O ich sposobie na budowanie relacji. O tym, jak oni pojmują rolę
starszych braci. Abyś poczuła się lepiej w kontaktach z nimi,
przypominaj sobie o tym, że jesteś wartościowa, niezależnie od ich
opinii. Mów: "nie zgadzam się" i "dość", gdy cię urażą, gdy poczujesz
niezgodę na ich żarty. Pytaj ich o uzasadnienie swoich opinii, by
sprawdzić, czy na pewno mają rację. Proś stanowczo mamę i tatę o wsparcie, bo nie może być tak, że starsi bracia z racji wieku mają prawo
do dokuczania ci bez końca i bez uzasadnienia.
W głowie Toli pojawiały się kolejne pytania. Wiedziała, czuła, że chce
i musi je zadać oraz usłyszeć wszystkie odpowiedzi. Nie chciała stracić
ani sekundy z szansy, która się przed nią otworzyła. Oto właśnie ktoś
dorosły, ktoś mądry z nią rozmawia i poświęca jej uwagę. Wiedziała, że
kiedy tylko skończy się ta rozmowa, pobiegnie do domu babci i szybko,
najszybciej, jak się da, zanotuje wszystko, co uda się jej zapamiętać.
Pytała więc dalej.
Pytała o złość. O to, czy może się złościć, sprzeciwiać i mówić "nie"?
Bo czy złość naprawdę urodzie szkodzi?
Zapytała też, czym jest odwaga. Odwaga pójścia za marzeniami i pomysłami. Marzyła o tym, by być odważniejsza i bardziej pewna siebie.
Marzyła o tym, by się nie bać. Zamarzyła też o tym, by starsza
tajemnicza kobieta zdradziła jej własny sposób na odwagę.
Pytała, czy w jej wieku wypada się bawić i śmiać. Często słyszała od
taty, że za dużo i za głośno się śmieje i że "poważnym dziewczynkom z dobrego domu nie wypada to czy tamto". Chciała usłyszeć, czy jednak może
tata nie racji. Każdy może się czasem mylić, prawda?
I o proszenie o pomoc. Tola nie miała z tym problemu. Ale czasem
wstydziła się pytać mamę o opinię, prosić o pomoc przy lekcjach czy
wsparcie w kłótniach z braćmi. Czy wypada prosić o pomoc? A może na to
jest akurat za duża?
Zapytała też o to, skąd tajemnicza kobieta czerpie swoją pewność
siebie. Tego pytania obawiała się najbardziej. Bała się, że wyda się ono
starszej pani zbyt głupie albo zbyt wścibskie. Było to bowiem pytanie
nie o nią samą, o Tolę, ale dotyczyło nieznajomej. A tymczasem usłyszała
bardzo ważną wskazówkę.
- - -
Gdy zadawała kolejne pytania, kobieta ani razu nie była zaskoczona, nie
komentowała ich, nie mówiła Toli, że jest zbyt wścibska czy za
ciekawska. Po prostu odpowiadała. To było dla dziewczynki niesamowite
uczucie - być wysłuchaną, zrozumianą, zaakceptowaną. Czasem nawet
kobieta dodawała: "o, to ciekawe pytanie" albo "dobrze, że o to pytasz".
Dla Toli takie reakcje były ważniejsze niż same odpowiedzi. W końcu
poczuła się uznana, uszanowana i poczuła, że ktoś ją rozumie i chce
wspierać taką, jaka jest. Bez konieczności udowadniania czegoś czy
zmuszania się do bycia inną, niż jest. To było cudowne doświadczenie. Z każdym kolejnym pytaniem i każdą kolejną odpowiedzią czuła, że się
prostuje, nabiera większej wiary w siebie i pewności, że to, co myśli i jak patrzy na świat, jest ważne. W końcu nie była wyśmiana, tak jak
często bywało w kontaktach w braćmi.
Każdej kolejnej odpowiedzi słuchała bardzo uważnie. Nie chciała, by coś
jej umknęło. Nie chciała stracić ani słowa. Ani zdania. To, co mówiła
starsza kobieta, było jak śpiew, jak melodia, która nie tylko pomagała
jej wzrastać, nabierać pewności siebie, ale też koiła ją i uspokajała. A wokół niej robiło się coraz ciemniej. Złociste światło zachodzącego
słońca ustępowało miejsce półmrokowi. Ten widok wyciszał Tolę. Koił ją.
Aż zrobiło się szaro, trochę mrocznie.
- - -
Tolka nagle poczuła, że coś siedzi jej na policzku. Strąciła to coś i otworzyła oczy. Wszystko stało się jasne. Zasnęła. A to coś to był konik
polny. Prawdopodobnie, choć nie miała pewności. I nagle wszystko
zrozumiała. Ta kobieta jej się przyśniła. Ale jaki to był sen!
Wspaniały. Tola nie poczuła smutku ani rozczarowania. Choć w mig
zorientowała się, że spała, a spotkanie z tajemniczą kobietą mogło być
snem, nie miała wątpliwości, że to był najważniejszy sen w jej życiu.
Pomyślała, że to był "sen - spotkanie". Czuła, że naprawdę spotkała się
z tą wyjątkową kobietą.
Rozejrzała się wokoło. Zrobiło się już dość ciemno. Nie chciała więc
zwlekać ani chwili. Ruszyła w drogę powrotną, biegła przez łąki i pola.
Drogę znała bardzo dobrze, więc mimo półmroku się nie bała. Zdecydowanie
stawiała każdy kolejny krok, myśląc o tym, że chciałaby robić takie
wielkie skoki jak spotkana kobieta. Myślała też o tym, jak wejść do
domu, nie robiąc zbytniego zamieszania. Chciała jak najszybciej usiąść
do pamiętnika i spisać wszystko, co usłyszała.
Gdy wpadła do domku babci Wandzi, pobiegła prosto na górę. Na szczęście
babcia była zajęta robieniem przetworów w kuchni i nie zagadywała Toli.
Zagadywała za to dziadka, który ewidentnie miał jej pomagać. Ale się
migał, jak to dziadek. Tola pobiegła więc na górę, prosto do swojego
pokoju, a raczej do miejsca, gdzie leżały jej rzeczy, bo domek działkowy
dziadków nie należał do największych i każdy miał tam tylko skrawek
przestrzeni. Tolka wzięła pamiętnik schowany przed braćmi za szafką
nocną i w kilku punktach zaczęła spisywać to, co usłyszała od spotkanej
kobiety. To było niesamowicie mocne doświadczenie. Pamiętała wszystko.
Słyszała w głowie jej głos. Pamiętała gesty i mimikę, która towarzyszyła
jej przy kolejnych odpowiedziach. Nie musiała długo zastanawiać się nad
tym, co i jak pisać. Po prostu pisała, szybko i zdecydowanie.
- - -
Co napisała Tola? Wszystko! Nie chciała zgubić ani słowa, ani zdania,
ani jednej wskazówki, którą usłyszała. Ale najbardziej poruszyły ją
słowa odpowiedzi o złości, odwadze, proszeniu o pomoc, zabawie i pewności siebie.
- - -
O złości napisała tak:
"Czasem największej odwagi potrzebujemy właśnie do tego, by wyrażać
złość. Ale złość jest po to, by jej słuchać i ją wyrażać. Czasem musimy
poszukać odpowiedniej formy jej wyrażenia. Ale możemy ją wyrażać! To
nieprawda, że złość piękności szkodzi!"
Spisując te słowa w swoim pamiętniku, Tola czuła, jak jest nimi
zaskoczona i poruszona. Usłyszała od starszej kobiety, że złość to
emocja, którą czujemy, gdy dzieje nam się krzywda, gdy ktoś robi coś
wbrew nam, gdy ktoś sprawia nam przykrość, i że nie można jej w sobie
tłamsić. Dowiedziała się, że w złości nie chodzi tylko o to, by tupnąć
nogą czy krzyknąć, tylko o to, by powiedzieć: "nie", "mam inne zdanie",
"stop, nie rób tego" albo "nie podoba mi się to", "jest mi przykro, gdy
tak postępujesz wobec mnie". Tola chwyciła za czerwony mazak i napisała
grubymi, dużymi literami: "Możesz mówić NIE, możesz się sprzeciwiać!!
Jeżeli jesteś zła, wyrażaj złość! Mów konkretnie i szczerze o tym, co
cię złości i przeciwko czemu musisz się sprzeciwić i czego potrzebujesz.
Traktuj złość jako wskazówkę! Ona zawsze wskazuje na to, co jest dla nas
ważne".
Gdy spojrzała na zapisane słowa, znów poczuła się silniejsza,
mocniejsza. Od razu przypomniała sobie Anię z Zielonego Wzgórza, Meridę
Waleczną czy Mulan. To były jej superbohaterki. One potrafiły wyrażać
złość, nie bały się buntować. Czasem długo szukały odpowiednich słów czy
gestów, by wyrazić, co czują. Choć nie zawsze było im z tym buntem
łatwo, to wolały mówić swoim głosem niż milczeć i udawać, że wszystko
jest okej, gdy takie nie było. Tola już wiedziała, jaką bajkę chce
obejrzeć w najbliższy pochmurny dzień lata. Już wiedziała, że chce
częściej słuchać swojej złości, by lepiej rozumieć, co jest dla niej
dobre czy ważne.
- - -
Pisała dalej. Wiedziała, że musi szybko przechodzić do kolejnych pytań
i odpowiedzi, by nic jej nie umknęło. Pisała teraz o odwadze. O tym,
czym jest odwaga. Znów wzięła mazak do ręki, tym razem różowy, i napisała:
"Odwaga to nie jest brak strachu. To działanie pomimo strachu.
Działanie z przekonaniem, że chcę coś zrobić, że warto spróbować pomimo
obaw, wątpliwości".
To było dla niej bardzo ważne. Zrozumiała, że nie musi się nie bać, by
działać. Zrozumiała, że może być odważna i jednocześnie się bać. W sumie
jak chwilę temu, gdy rozmawiała z tajemniczą kobietą. Bała się, ale
zaczęła rozmowę z nią, ufając swojej intuicji, kierując się ciekawością
i przekonaniem, że chce zadać jej ważne pytania. Była odważna na łące.
Jest odważna.
Tola szybko pobiegła do łazienki i wypiła łyk wody prosto z kranu.
Lubiła tak pić, gdy nie miała czasu ani chęci, by zejść na dół do
kuchni, i wróciła szybko do pisania. Chciała pisać i pisać. Pisać, by
pamiętać.
- - -
Zapisała więc też:
"Jeżeli potrzebujesz pomocy, proś o nią. Proszenie o pomoc jest wyrazem
odwagi, a nie słabości. I nie bój się rozmawiać z mamą, tatą, babcią o tym, co cię niepokoi. Możesz pytać. Możesz przyznawać się do
wątpliwości. I nie musisz robić wszystkiego sama!"
To ostatnie zdanie Tola ujęła w ramkę. Patrząc na nie, jeszcze nie
wiedziała, jak powie mamie o tym, że czasem bardzo potrzebuje jej
pomocy, ale wiedziała, że chce to zrobić, że tego potrzebuje i że będzie
odważna. Powie jej o tym mimo strachu. Albo napisze jej to w liście.
- - -
Tola szybko przestała przesadnie planować swój kolejny krok i wróciła
do notatek. Znów wzięła kolorowy mazak, tym razem fioletowy, i napisała:
"Tolu, ciesz się chwilą. Baw się. Śmiej z koleżankami. Wygłupiaj.
Śpiewaj. Tańcz. Pamiętaj, że radość to paliwo kreatywności, spoiwo
relacji, doładowanie siły. Nigdy nie wyrastaj z zabawy!".
Kiedy spojrzała na tych kilka krótkich zdań, uśmiechnęła się. Nie mogła
się powstrzymać i dorysowała obok nich kolorowe serduszka, kropki,
motylki, słoneczko i baloniki. Znów się uśmiechnęła i pomyślała, że tymi
słowami chce się podzielić z Basią i Niną, gdy spotka się z nimi po
wakacjach. Każdej z nich przyda się zachęta do radości. Tak lubią się
razem śmiać i wygłupiać. Tola zrozumiała, że może robić to częściej z koleżankami!
- - -
W końcu przyszedł czas na spisanie ostatniej odpowiedzi. Odpowiedzi na
najtrudniejsze pytanie. Tola dokładnie wiedziała, co tajemnicza kobieta
powiedziała o jej pewności siebie. O tym, jak ona ją budowała. Tola
wzięła wdech i wydech. Chwyciła granatowy mazak i napisała na kartce:
"Pewność siebie to nie jest coś, co się ma albo nie ma, tak na zawsze.
To jest coś, co się buduje. Buduje każdego dnia, gdy postępuje się
zgodnie ze sobą, korzysta ze swoich umiejętności, osiąga cele, wybiera
się zgodnie ze swoją intuicją. Pewność siebie to coś, co się buduje
pomimo potknięć, błędów i porażek, wybaczając je sobie. Buduje się ją,
czerpiąc ze wsparcia innych. Buduje się ją, ufając sobie. Ufając
sobie".
Ostatnie dwa słowa Tola powtórzyła świadomie. Nie wiedziała do końca,
jak je zrozumieć. Zaufanie do siebie nadal było dla niej tajemnicą.
Gdyby mogła, zadałaby spotkanej kobiecie kolejne pytania. Ale już nie
było na to szansy. Dobrze to wiedziała. Z jednej strony rozmarzyła się,
by ponownie spotkać się z ową starszą panią. Ale z drugiej - pomyślała o babci Wandzi krzątającej się na dole w kuchni. A może ją o to zapytać? A może ją zapytać o zaufanie do siebie? I o intuicję. Starsza kobieta na
pewno użyła tego słowo. Przecież cała ta magiczna rozmowa, która odbyła
się jeszcze chwilę temu na łąkach, była o tym, by nie bać się pytać.
Tola nabrała chęci, by to zrobić. Skoro nie bała się pytać nieznajomej
kobiety, to dlaczego ma się bać rozmowy z ukochaną babcią?
- - -
Tola długo patrzyła się na tę kartkę, na wszystkie notatki zrobione
kolorowymi mazakami, i postanowiła, że porozmawia o nich z mamą.
Poczuła, że chce jej opowiedzieć o tym, co się wydarzyło na łące, o całym spotkaniu, nawet jeżeli to był tylko sen. Czuła, że chce, by mama
wspierała ją w realizacji kolejnych wskazówek. Poznała je i wiedziała,
że nie chce już o nich zapomnieć.
A potem pomyślała o swoich braciach. O tym, że gdyby jej tak bardzo nie
wkurzyli, nie uciekłaby na łąki i pola i nie spotkałaby tajemniczej
kobiety. Uśmiechnęła się do tej myśli, bo za nią pojawiła się kolejna,
że może powinna być im wdzięczna. Teraz to już parsknęła śmiechem. Może
rzeczywiście w powiedzeniu "nie ma tego złego, co by na dobre nie
wyszło" jest trochę prawdy. Patrząc na księżyc za oknem, bo zrobiło się
już naprawdę ciemno, pomyślała, że to, co się wydarzyło, pozwoliło jej
też zrozumieć, że nie zmieni braci. Oni są, jacy są. Ale za to może
zmienić swoje podejście do nich. Nie chce tracić siły na walkę z nimi,
ale też nie chce zaciskać zębów i milczeć wtedy, kiedy jest jej po
prostu przykro i źle, gdy jej dokuczają. Powiedziała więc sobie pod
nosem:
- Potrzebuję w tym wsparcia mamy.
I już wiedziała, że się nie cofnie. Postanowiła, że jutro, kiedy mama
wróci z pracy i przyjedzie do nich do babci, pójdzie z nią na spacer na
łąkę. Chce jej pokazać swoje dróżki, łąki i pola. Chce opowiedzieć jej o spotkaniu z tajemniczą kobietą. I poprosić ją o pomoc. Chce powiedzieć,
jak się czuje, gdy ona nie staje w jej obronie i zwala wszystko na to,
że "chłopcy tacy już są". Potrzebuje jej siły, jej wsparcia, by mogła
zaufać sobie i czasem im powiedzieć: "Sprawiacie mi przykrość, gdy
mówicie do mnie w ten sposób! Przestańcie".