Bajki mają moc. Wspierające opowiadania dla dzieci i rodziców - Marta Iwanowska-Polkowska, Ewa Świerżewska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (39,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sylwia Chutnik Nieśmiałek

Syl­wia Chut­nik

Nie­śmia­łek

Czy pamię­ta­cie swój pierw­szy dzień w szkole? I potem kolejne dni, wcze­sne wsta­wa­nie, sie­dze­nie w ławce, odpy­ty­wa­nie, "W dwu­sze­regu zbiórka!" i prze­rwy? Tak, prze­rwy były naj­waż­niej­sze! Już po pierw­szej lek­cji było wia­domo, kto jest fajny, kto szybki, kto zawsze naj­bar­dziej głodny, a kto mało­mówny i cichy.

Ten pro­blem miał pewien chło­piec, któ­rego na potrzeby naszego opo­wia­da­nia nazwiemy Nie­śmiał­kiem. Tak zresztą mówili o nim rodzice, dziad­ko­wie, pani sąsiadka i dzieci na podwórku. Bo ten chło­piec od zawsze okrop­nie bał się obcych. Wia­domo, mama, tata, Zosia z pierw­szego pię­tra, z którą znali się od pia­skow­nicy, to co innego, ale nowa klasa, nowe dzieci i nauczy­ciele - brr! Nic dziw­nego, że od samego początku Nie­śmia­łek przy­cup­nął gdzieś z boku, nie odzy­wał się i tylko patrzył.

Tak minęła mu pierw­sza lek­cja, pierw­sza prze­rwa, a potem kolejne dni. Inne dzieci szybko się do tego przy­zwy­cza­iły. Skoro ten Nie­śmia­łek ni­gdy nie chciał się przy­łą­czyć do ich zabaw, prze­stały go zapra­szać, i już. Tylko cza­sami ktoś rzu­cił w niego kulką papieru albo wor­kiem ze stro­jem na WF, krzy­cząc: "Nie­mowa, pusta głowa!" albo coś rów­nie głu­piego.

Nawet gdyby Nie­śmia­łek chciał się odciąć i tak nikt nie usły­szałby jego głosu, bo jeżeli coś mówił, to bar­dzo, bar­dzo cichutko. Trzeba było wytę­żać słuch, pochy­lić się ku jego twa­rzy, żeby uchwy­cić wyrazy opa­da­jące lekko w powie­trze i ginące w ogól­nym hała­sie. Trudno było zro­zu­mieć, że chło­piec po pro­stu nie lubi roz­ma­wiać. I nie dla­tego, że nie miał nic do powie­dze­nia, prze­cież przy Zosi buzia mu się nie zamy­kała.

- Wiesz, Zosiu - tłu­ma­czył przy­ja­ciółce - gdy mam się ode­zwać w kla­sie, czuję tak, jakby mój głos był stwo­rem, a zęby bramą. Ten stwór nie umie się przez bramę prze­ci­snąć. To wszystko dla­tego, że ma taką skórę, która przy­po­mina zimny rosół albo kożu­chy na mleku. Przy­wiera do bramy, oble­pia ją, ale prze­ci­snąć się nie może.

- Ech, ty to masz wyobraź­nię! - Zosia podzi­wiała przy­ja­ciela.

Tego dnia Nie­śmia­łek sie­dział na lek­cji mate­ma­tyki i skro­bał paznok­ciem gumę do żucia przy­kle­joną pod bla­tem ławki. "Żeby mnie tylko pani nie wywo­łała do odpo­wie­dzi, tylko nie mnie!" - myślał.

Był dobry z matmy, potra­fił liczyć w pamięci do tysiąca, z kla­só­wek miał same szóstki. Ale odpo­wia­da­nie przy tablicy to było dla niego coś naj­okrop­niej­szego na świe­cie. Wszy­scy się gapią, ręka drży, kreda wypada, policzki płoną... Jak w tej sytu­acji odpo­wie­dzieć na pyta­nie pani? Kosz­mar nad kosz­mary, naj­gor­sze, co może spo­tkać Nie­śmiałka w szkole!

I co się stało? Pani zer­k­nęła na listę i wywo­łała do tablicy wła­śnie jego. Nie­śmia­łek wstał powoli, nogi się pod nim ugi­nały, ledwo dotarł do biurka nauczy­cielki. Był tak zde­ner­wo­wany, że nie mógł się sku­pić na pyta­niu. A prze­cież to nie było trudne zada­nie.

Stał i tępo patrzył na para­pet, gdzie stały paprotki. W jed­nej wypa­trzył resztki lekko sple­śnia­łej kanapki. "Pew­nie Hania znowu pró­buje oszu­kać mamę, że zja­dła dru­gie śnia­da­nie - pomy­ślał. - Ona chyba tak bar­dzo nie lubi jeść, jak ja się odzy­wać. I dla­czego nasza pani wygląda dziś jak Baba-Jaga? Ni­gdy wcze­śniej tego nie zauwa­ży­łem..."

Nie­śmia­łek pocił się i sku­bał palce, wycze­ku­jąc dzwonka. Wciąż nie był w sta­nie roz­wią­zać zada­nia. W dodatku widział, że pani jest przy­kro - jak to, on, naj­lep­szy uczeń, a naj­wy­raź­niej nie odro­bił pracy domo­wej. Wstyd! "Jaka szkoda, że pani nie zro­biła nam kart­kówki" - myślał.

Na miej­sce wró­cił ze spusz­czoną głową. Zagry­zał wargę i pró­bo­wał sku­pić się na czymś innym, żeby się nie roz­pła­kać. O, wtedy dopiero byłby wstyd! Do całej serii prze­zwisk doszłyby pew­nie: "Beksa, Szlo­chacz, Ciam­ciak".

Z zamy­śle­nia wyrwało go szturch­nię­cie kolegi z ławki za nim. Jasiek podał mu zło­żoną w kostkę kartkę, na któ­rej było napi­sane (tro­chę nie­sta­ran­nie, trzeba przy­znać): "Nie przej­muj się, to zada­nie było strasz­nie trudne!". Nie­śmia­łek uśmiech­nął się pod nosem i na tej samej kartce szybko zapi­sał kilka liczb. Bły­ska­wicz­nie roz­wią­zał zada­nie, któ­rego nawet nie tknął przy tablicy!

Jasiek aż jęk­nął z wra­że­nia, sam nie lubił matmy, cią­gle się mylił w obli­cze­niach. Nawet liczbę 3 zapi­sy­wał brzusz­kami w złą stronę!

- Też bym tak chciał umieć - szep­nął do kolegi.

- Pokażę ci po lek­cji, jak to się robi - odparł Nie­śmia­łek.

- Pro­szę nie gadać! - zwró­ciła im uwagę pani, jed­nak Nie­śmia­łek tylko się uśmiech­nął. Za chwilę to on będzie nauczy­cie­lem Jaśka!

Lek­cja dobie­gła końca, dzie­ciaki zerwały się z miejsc i wybie­gły na prze­rwę. Pani otwie­rała okna, żeby prze­wie­trzyć klasę. Gdy prze­cho­dziła obok ławki Nie­śmiałka, zauwa­żyła roz­pro­sto­waną kartkę z roz­wią­za­niem zada­nia. No tak, wie­działa, że Nie­śmia­łek to umie. A w takim razie, dla­czego nie odpo­wie­dział na pyta­nie? A może... może po pro­stu stre­suje się przy tablicy! Kilka lat temu miała podobny przy­pa­dek, a teraz tamta dziew­czynka wygrała kon­kurs mate­ma­tyczny!

Pani wzięła dłu­go­pis i dopi­sała coś na kar­teczce, a na końcu dory­so­wała wielką uśmiech­niętą buzię.

- - -

Po prze­rwie Nie­śmia­łek wró­cił do swo­jej ławki i prze­czy­tał to, co napi­sała mu pani. Prze­czy­tał raz, drugi, jesz­cze raz. Po pro­stu nie mógł uwie­rzyć w to, co widział. Był to naj­wspa­nial­szy list, jaki kie­dy­kol­wiek otrzy­mał. Lep­szy nawet niż życze­nia uro­dzi­nowe od cioci z Mek­syku, niż pochwała z przed­szkola dla naj­lep­szego kolegi!

Pani napi­sała: "Gra­tu­la­cje, bar­dzo dobrze roz­wią­za­łeś zada­nie. Od dzi­siaj nie musisz odpo­wia­dać przy tablicy. Zamiast tego przy­noś mi zada­nia w zeszy­cie".

Dość męczarni i jąka­nia się przed całą klasą! Dość rumie­nie­nia się jak dziew­czyna, obgry­za­nia paznokci i upar­tego wpa­try­wa­nia się w pod­łogę. I cią­głego powta­rza­nia taty: "Weź się w garść! Praw­dziwy męż­czy­zna nie pła­cze i nie boi się byle czego". Takie rady nie poma­gały. Nie­śmia­łek nawet nie wie­dział, co zna­czy "wziąć się w garść".

Tego dnia wra­cał auto­bu­sem do domu i uśmie­chał się sam do sie­bie.

- Nasza pani jest naj­lep­sza na świe­cie! - powie­dział do swo­jego odbi­cia w szy­bie i o dziwo, nawet nie zabo­lało go przy tym gar­dło. W ręku trzy­mał TĘ kartkę i czuł, jak pły­nie z niej cza­ro­dziej­ska siła. Wysiadł na swoim osie­dlu i pobiegł do domu. Na klatce spo­tkał panią sąsiadkę. Po raz pierw­szy w życiu powie­dział jej wyraź­nie: "dzień dobry", a sąsiadka o mało nie spa­dła ze scho­dów, tak ją zasko­czył. Była prze­cież prze­ko­nana, że ten dziwny chło­piec nie potrafi mówić.

Przy kola­cji roz­ma­wiał z rodzi­cami i żar­to­wał z Zosią, którą zapro­sił do sie­bie. Gadał przez cały czas, buzia mu się nie zamy­kała, aż wie­czo­rem dostał gorączki z prze­ję­cia i musiał się poło­żyć wcze­śniej do łóżka.

Mama pochy­liła się nad Nie­śmiał­kiem, popra­wiła mu zimny okład na czole. Nie pytała o nic, po pro­stu uśmie­chała się do swo­jego synka, bo uwiel­biała patrzeć, jak pro­mie­nieje ze szczę­ścia.

Nie­śmia­łek usy­piał zupeł­nie spo­koj­nie i po raz pierw­szy nie mógł się docze­kać lek­cji w szkole, spo­tka­nia z Jaś­kiem i innymi dziećmi. Trudno to sobie wyobra­zić, a jed­nak. Bo poczuł się bez­pieczny w tym swoim nic­nie­mó­wie­niu. W tym, jaki jest.

Sylwia Chutnik Diablica Rokita

Syl­wia Chut­nik

Dia­blica Rokita

Najpierw szło się przez ciemny las. Potem przez polną ścieżkę. Roz­gar­nia­jąc gałę­zie na boki i poty­ka­jąc o wysta­jące korze­nie potęż­nych drzew. Póź­niej wyła­niała się leśna polana. Pach­niało wil­got­nym mchem, mięk­kim jak dywa­nik. Pach­niało latem. Od razu wyobra­żamy sobie typowe obrazki: pro­mie­nie słońca prze­cho­dzące mię­dzy liśćmi, talerz chłod­nika i orzeź­wia­jącą lemo­niadę.

Na leśnej ścieżce było pra­wie cicho. I tylko cza­sem coś w oddali skrzy­piało, to znowu dźwięk się przy­bli­żał i zle­wał ze śpie­wem pta­ków. Coraz bli­żej, coraz gło­śniej. Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu...Tfu! Pfuuu!

A co to?

Mię­dzy gałę­ziami brzozy sie­działa dziew­czynka i machała ogo­nem. Pod nią zie­mia zasłana była pest­kami cze­re­śni, któ­rymi pluła na odle­głość.

Tfu! Pfuuu!

Była w tym mistrzy­nią. Potra­fiła wygrać każdy kon­kurs plu­cia na odle­głość i nie miała sobie rów­nych. Ćwi­czyła cały sezon, a robiła to z tak sku­pioną miną, że nikt nie śmiał jej prze­szka­dzać. Dziś sama jed­nak prze­ry­wała co jakiś czas jedze­nie i patrzyła na drogę pro­wa­dzącą ze wsi. Wyraź­nie kogoś wypa­try­wała.

- Hej, Rokita, na kogo cze­kasz? - Pod drzewo pode­szła nie­wiele młod­sza od niej Klara i zadarła wysoko głowę.

- Dziś ma przyjść do nas Anna ze wsi. Podobno ma jakieś zmar­twie­nie. Spo­tka­łam ją wczo­raj na łące, kiedy zbie­rała zioła. Chyba pła­kała. - Rokita zawie­siła głos i się zamy­śliła. - Zapy­ta­łam, co się dzieje. Powie­działa, że dzi­siaj przyj­dzie i wszystko opo­wie. Obie­cała, że nas odwie­dzi, bo ma pewną sprawę.

- O, brzmi tajem­ni­czo, a ja uwiel­biam sekrety! - Klara zaczęła skra­dać się i uda­wać, że kogoś śle­dzi. Jed­nym susem zna­la­zła się na gałęzi obok Rokity. Obwą­chała ją badaw­czo.

- Robi­łaś dziś pra­nie? Pach­niesz mydli­nami.

- Sprytna jesteś, rze­czy­wi­ście poszłam nad rzekę bez cie­bie, ale musia­łam! Wybacz mi! Uzbie­rała się już nie­zła góra bru­dów i mama nie dałaby mi spo­koju, gdy­bym się wresz­cie za to nie zabrała. Szo­ro­wa­łam wszystko w zim­nej wodzie od szó­stej rano, ale warto było. - Rokita poka­zała ręką oko­liczne drzewa, mię­dzy któ­rymi suszyły się świeżo wyprane ubra­nia. Wyglą­dały jak ple­ne­rowa wystawa, może powinno się sprze­da­wać na nią bilety?

Tylko kto by chciał przyjść i podzi­wiać roz­wie­szone ubra­nia, skoro każdy miał takie same obok swo­jego domu.

- A czyje to takie wiel­kie majtki? - zachi­cho­tała Klara i zesko­czyła z drzewa, aby wygłu­piać się mię­dzy nimi a sznu­rem bia­łych koszul. Uda­wała, że zakłada gigan­tyczne ubra­nia taty Rokity: koszule i spodnie.

- Tylko ich nie pobrudź, bo będę musiała prać je raz jesz­cze, a wtedy chyba zedrę sobie skórę z rąk do łokci.

Rokita nie miała czasu na zabawy, bo wła­śnie na hory­zon­cie poja­wiła się Anna. Tasz­czyła ze sobą koszyk pełen warzyw, a obok niej truch­tał Pie­sek Ose­sek, podobny do pchełki - taki był malutki i skoczny.

Anna zbli­żała się i rosła w oczach. Blond czu­pryna skle­jona była potem, a buty zaku­rzone tak, że nie można było domy­ślić się ich koloru.

- Upał jak nie wiem! Uch, daj­cie wody, bo zemdleję.

Klara podała jej butelkę z wodą pro­sto ze źró­dła. Dziew­czyna piła łap­czy­wie, aż kapało jej z brody. Wresz­cie skoń­czyła i starła kro­ple z twa­rzy.

- Dzię­kuję wam, że mogłam przyjść. Słu­chaj­cie, mam pro­blem i tro­chę wsty­dzę się o nim mówić. - Anna usia­dła pod drze­wem i oparła się o nie ple­cami. Widać było, że coś ją trapi. Pies poło­żył głowę na jej kola­nach i zapadł w drzemkę, jakby chciał dać do zro­zu­mie­nia, że jest i czuwa, ale nie będzie prze­szka­dzać w roz­mo­wie. - Rokito, jesteś dobrą dia­blicą - kon­ty­nu­owała Anna. - Zawsze wiesz, co robić, i poma­gasz wszyst­kim we wsi. A ja sama już nie wiem, jak mam pora­dzić sobie z tym całym zamie­sza­niem.

Klara sie­działa i w sku­pie­niu dra­pała psa za uchem. Co jakiś czas patrzyła na Rokitę, jak każda wierna przy­ja­ciółka, która czeka, aż ta druga się wypo­wie. Tym­cza­sem Rokita nie­mrawo jadła cze­re­śnie, ale robiła to machi­nal­nie, jakby nie miała z tego przy­jem­no­ści. Mil­czała i cze­kała, aż Anna roz­pocz­nie swoją opo­wieść.

- Doku­cza mi kilku chło­pa­ków z domu obok - zaczęła kole­żanka. - Na początku mi to nie prze­szka­dzało, kiedy cią­gnęli mnie za włosy albo wrzu­cali żabę do kubka, kiedy piłam na dwo­rze ze studni. Ale są coraz bar­dziej natar­czywi i, szcze­rze mówiąc, w ogóle nie śmie­szą mnie te ich niby wygłupy.

Zapa­dła cisza.

- Pró­bo­wa­łaś z nimi roz­ma­wiać? Powie­dzieć im, żeby prze­stali? - Rokita sie­działa obok i gła­skała psa, jakby sama potrze­bo­wała uspo­ko­je­nia. Ile­kroć sły­szała opo­wie­ści o pano­szą­cych się łobu­zach, to od razu burzyła jej się krew. Sta­rała się więc, aby jej głos był wywa­żony i łagodny, ale przy­cho­dziło jej to trudno.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa Anna. - Chcia­łam im wytłu­ma­czyć, że nie chcę, aby tak się zacho­wy­wali. Spy­ta­łam nawet, o co im wła­ści­wie cho­dzi. Ale oni tylko się ze mnie śmieli, a jeden krzyk­nął pogar­dli­wie, że nie mam poczu­cia humoru i jestem nudna jak flaki z ole­jem. Nie chcę być nudna, tym bar­dziej jak flaki! Tylko że wcale nie podo­bają mi się ich zaczepki. Ja się boję, że oni będą coraz bar­dziej natar­czywi. Że kiedy będę wra­cała sama do domu, to mnie napadną. Za każ­dym razem, kiedy idę przez las, to się oglą­dam. Ni­gdy nie czu­łam się tak wystra­szona jak teraz. A prze­cież to moje oko­lice, moja wieś. Ja się tu uro­dzi­łam i nie chcę cią­gle myśleć o tym, że ktoś może zro­bić mi coś złego.

- Roz­ma­wia­łaś z rodzi­cami? W końcu doro­śli poma­gają nam w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów.

- Tak, obie­cali pomóc. Ale oni tak czę­sto zajęci są swo­imi pro­ble­mami, że posta­no­wi­łam zwró­cić się do was. Może będzie szyb­ciej?

Dia­blica Rokita zamy­śliła się i zaczęła sku­bać swój ogon. Pie­sek zer­k­nął na niego zacie­ka­wiony, bo myślał, że to zabawka, którą może zła­pać zębami i potar­mo­sić. Szybko jed­nak wywnio­sko­wał po minie dziew­czyny, że nie ma co liczyć na bez­tro­skie gania­nie.

- A może zróbmy tak: następ­nym razem, kiedy będą ci doku­czać, spró­buj ich zwa­bić na nasze mokra­dła. Posta­ram się nauczyć ich, że nie wolno zacze­piać nikogo wbrew jego woli. Bo to nie jest zabawa, tylko nęka­nie, które nie ma nic wspól­nego z żar­tami. Może to prze­mówi im do roz­sądku. O ile w ogóle go mają. Zoba­czymy, w każ­dym razie widzę, że się mar­twisz, więc ci pomo­żemy.

- Dzię­kuję, nawet nie wiesz, jakie to ważne, że nie jestem z tym pro­ble­mem sama! - wykrzyk­nęła Anna i z rado­ści wstała i zaczęła prze­cha­dzać się mię­dzy pra­niem. Pie­sek Ose­sek mer­dał ogo­nem i atmos­fera od razu zro­biła się rado­sna.

- Nie myślmy teraz o ponu­rych rze­czach, jest cie­pło, a my mamy obok zimną wodę. Dobra, wszyst­kie wska­ku­jemy na bombę do stawu. Trzyyy... czte­eeee...ry! - Zanim Klara prze­stała krzy­czeć, dziew­czyny pobie­gły w stronę brzegu. Ich wrza­ski mogłyby obu­dzić nawet naj­bar­dziej leni­wego ducha mokra­deł! Wsko­czyły do wody, trzy­ma­jąc się za ręce i ochla­pu­jąc psa, który musiał długo pry­chać i tarzać się w tra­wie, aby zetrzeć z sie­bie wszyst­kie kro­ple. I cho­ciaż cicho powar­ki­wał, to w grun­cie rze­czy czuł się szczę­śliwy i bez­tro­ski. Jak dziew­czyny.

- - -

Wie­czo­rem Rokita długo nie mogła usnąć. Krę­ciła się na swoim łóżku zro­bio­nym z kilku desek i twar­dej trawy wło­żo­nej do sta­rej poszewki na koł­drę. Nakryła się ple­dem, który był w ich rodzi­nie od poko­leń. Rokita uwiel­biała ten mate­riał, który był jak cza­ro­dziej­ski, bo latem chło­dził, a zimą dawał cie­pło roz­grze­wa­jące jak ogień w kominku. Czuła się pod nim bez­piecz­nie, bo wie­działa, że korzy­stały z niego cio­cia, pra­bab­cia, a może i w ogóle pierw­sza osoba, która wpro­wa­dziła się do lasu.

Ale tym razem dziew­czyna nie mogła sobie zna­leźć wygod­nej pozy­cji, a koc to zdej­mo­wała, to opa­tu­lała się nim ponow­nie. Wszystko ją iry­to­wało. Myślała o histo­rii, która przy­da­rzyła się Annie. To nie pierw­szy raz, kiedy Rokitę pro­szono o pomoc w trud­nych sytu­acjach. Znana była ze swo­jego nie­złom­nego (nie­któ­rzy uwa­żali, że upar­tego) cha­rak­teru i pomy­sło­wo­ści. Wszystko wyda­wało jej się pro­ste. Kiedy inne osoby zasta­na­wiały się, co zro­bić i czy aby tak wypada, ona już dzia­łała. Mama cza­sem kła­dła na jej czoło dło­nie i sta­rała się nieco okieł­zać jej tem­pe­ra­ment.

- Córko, dobrze jest naj­pierw pomy­śleć, ochło­nąć i w spo­koju powziąć decy­zję. Zanim zro­bisz cokol­wiek, to weź dzie­sięć odde­chów. O tak: raz, dwa­aaa, trzy­yyy...

Przy czwar­tym Rokity już nie było, gnała przed sie­bie i kom­bi­no­wała, co by tu spso­cić. Była też pra­co­wita: kiedy wichura zerwała dach w jed­nym z gospo­darstw, dziew­czyna pierw­sza stała na dra­bi­nie i kła­dła deski zabez­pie­cza­jące przed desz­czem. Kiedy zaś wylała rzeka, to napeł­niała worki z pia­skiem szyb­ciej od stra­ża­ków. Wyda­wało się, że niczego się nie boi i woli dzia­łać niż sie­dzieć i roz­my­ślać. Kie­dyś zła­pała szcze­niaka, który wgra­mo­lił się na płot i nie­zdar­nie posta­wił łapkę, a następ­nie zle­ciał na grzbiet. Rokita nie­mal w ostat­niej chwili dobie­gła do niego i ura­to­wała go przed bole­snym upad­kiem. Z kolei w cza­sie Święta Lasu schwy­ciła bły­ska­wicz­nie małego chłopca, który tak się zaga­pił, że o mało nie wpadł do wody. A było już ciemno, więc nie­źle by się wystra­szył!

- Jak ty to robisz? - dopy­ty­wała z zachwy­tem Klara.

- Wiesz, może to dziw­nie zabrzmi, ale sku­piam się na tym, co się sta­nie, kiedy pomogę. Czarne myśli są nie dla mnie, od razu odpę­dzam je i zabie­ram się do pracy.

Ale mama Rokity cza­sem patrzyła na nią z oddali, kiedy tak bie­gała niczym iskierka na drew­nie w ogni­sku, i mar­twiła się, czy aby nic jej się nie sta­nie. Wie­działa rów­nież, że na nie­wiele zda­dzą się jej uwagi i napo­mi­na­nie. Rokita ni­gdy nie była dziew­czynką, którą kto­kol­wiek mógł oswoić i wycho­wać. W końcu była dia­blicą!

Wią­zała więc czer­wone niteczki na nad­garstku córki "na zły urok", kiedy ta zmę­czona spała po całym dniu bie­ga­nia po lesie i zała­twia­nia spraw. Nad głową szep­tała tajemne zaklę­cia, a na śnia­da­nie zawsze dawała jej do wypi­cia spe­cjalną garść ziół - na szczę­ście i prze­ciw złym uro­kom. A potem patrzyła, jak jej szczę­śliwa córka biega po drze­wach z roz­czo­chra­nymi wło­sami, zjada jagody pro­sto z krzaka i pomaga wszyst­kim tym, któ­rzy jej potrze­bują.

- - -

Nad ranem Rokita wymy­śliła, co zrobi. Skoro świt zaczęła przy­go­to­wy­wać zasadzkę na doku­cza­ją­cych dziew­czy­nom chło­pa­ków. Przede wszyst­kim musiała wymy­ślić cha­rak­te­ry­za­cję. Co prawda jako udo­mo­wiona, ale jed­nak dia­blica wyglą­dała dość nie­sztam­powo: miała ogon, małe rogi scho­wane mię­dzy wło­sami, tro­chę futerka na nogach i stopy, które pod wpły­wem zło­ści zmie­niały się w kopyta. Ale wszy­scy w oko­licy znali ją i jej wygląd - była w końcu córką wiel­kiego roz­bój­nika i mądrej wiedźmy. We wsi i oko­li­cach śpie­wano nawet o jej rodzi­nie pio­senki:

Roki­to­wie dzielni

Nie wie­dzą, co to strach.

Naj­więk­sze zło nie ma u nich szans!

Są jak dąb, jak skała oraz stal,

Nie zwy­cię­żysz ich, choć­byś bar­dzo chciał.

A dziew­czyna pew­nego dnia dopi­sała rów­nież zwrotkę o sobie, którą nuciła cza­sem pod nosem, ale tak, żeby nikt nie usły­szał, bo ludzie mogliby wtedy pomy­śleć, że jest zaro­zu­miała.

Dia­blica żyje w sta­wie,

Odważna to dziew­czyna.

Kto jej się prze­ciw­stawi,

Ten wojnę roz­po­czyna!

Minęło kilka dni. Rokita przy­cią­gnęła w tym cza­sie na brzeg stare gałę­zie z lasu i sznurki. Oko­lica wyglą­dała jak sce­no­gra­fia prze­ra­ża­ją­cej bajki. Kiedy ludzie szli spać, ona jesz­cze długo sie­działa i kom­bi­no­wała różne pułapki i przy­nęty. Zale­żało jej, aby wszystko było ide­al­nie, kiedy nadej­dzie Ten Dzień.

To była nie­dziela. Więk­szość osób wyle­gi­wała się przed domem lub odwie­dzała się nawza­jem, by wypić razem mro­żoną kawę i zjeść tru­skawki z ogrodu. Owady z nudów ganiały same sie­bie albo drze­mały w kwia­tach, niczym na ele­ganc­kich łóż­kach z bal­da­chi­mem.

Rokita, która jak zwy­kle sie­działa na wyso­kiej gałęzi i rzu­cała pest­kami, zauwa­żyła nagle Annę, która bie­gła w stronę lasu. Za nią pędziła banda chło­pa­ków wyma­chu­ją­cych gałę­ziami lesz­czyny. Sły­chać było ich pogwiz­dy­wa­nie i zaczepki, naj­wy­raź­niej skie­ro­wane do dziew­czyny. Rokita szybko zesko­czyła z drzewa i jed­nym susem zna­la­zła się na brzegu jeziora. Nie ma czasu, trzeba dzia­łać. Cicho gwizd­nęła umó­wiony sygnał i zaraz poja­wiła się obok niej Klara. Wyglą­dało, jakby dosłow­nie wyszła z naj­bliż­szego drzewa lub chasz­czy przy ścieżce. Wia­domo, że mogła się tam cho­wać, bo była drobna i zwinna.

Wyda­wało się, że obie dziew­czyny ide­al­nie pasują do tej misji. Przez okno wyj­rzała rów­nież mama Rokity. Roz­ma­wiała wcze­śniej o tym z córką i obie­cała jej pomóc.

- - -

Rokita schy­liła się i szybko dło­nią nabrała błota, któ­rym posma­ro­wała sobie twarz i ramiona. Zało­żyła na sie­bie wcze­śniej scho­wany w sta­rym pniu strój przy­po­mi­na­jący ni to wilka, ni syrenę. Cały aż lśnił w słońcu, a kiedy się na niego patrzyło, można było dostać oczo­pląsu.

Była cała poma­zana na czarno, z potar­ga­nymi wło­sami (zwy­kle miała je w nie­ła­dzie) - szcze­rze mówiąc, wyglą­dała PRZE­RA­ŻA­JĄCO. Ale to pew­nie byłby w tym momen­cie kom­ple­ment, bo prze­cież dokład­nie taki efekt chciała osią­gnąć. Widziała wiele razy por­trety swo­jej pra­babci, wiel­kiej dia­blicy Bal­biny. Podobno miała taki wygląd, że sama nie mogła patrzeć w lustro, bo padłaby zemdlona, jak na widok Bazy­liszka. Z kolei dzia­dek Tupet miał podobno tak dłu­gie szpony, że nie musiał wsta­wać z łóżka, żeby się­gnąć po sma­ko­łyk leżący na piecu w kuchni. Rokita, na jego cześć, dopra­wiła sobie sztuczne paznok­cie z brzo­zo­wej kory i wyma­chi­wała nimi jak mie­czami.

Tak wystro­jona weszła cicho do wody i zacza­iła się za trzci­nami. Klara kuc­nęła za nie­wiel­kim krzacz­kiem i rów­nież cze­kała na roz­wój sytu­acji.

Kiedy Anna prze­bie­gła tuż obok dziew­czyn, Rokita wynu­rzyła się z wrza­skiem, ochla­pu­jąc wszyst­kich naokoło wcze­śniej przy­go­to­wa­nymi paty­kami ozdo­bio­nym dzwon­kami, kora­li­kami i brzę­czą­cymi ozdo­bami. Chłopcy zatrzy­mali się zdzi­wieni. Przez kilka sekund widać było na ich twa­rzach auten­tyczne prze­ra­że­nie i grozę. Jeden z nich zaczął krzy­czeć:

- O rany, prze­cież to uto­piec! Wodny demon! Zaraz wcią­gnie nas za nogawki do sie­bie i udusi. Zwie­wamy!

- Nie tak szybko! - ryk­nęła Rokita i z jesz­cze więk­szą pasją zaczęła wywi­jać rękoma uzbro­jo­nymi w patyki. Prawdę mówiąc, gdyby sama sie­bie usły­szała i zoba­czyła, toby się chyba też prze­stra­szyła. "Będę musiała potem wypić syrop na gar­dło, bo od tego krzyku dostanę chrypki", pomy­ślała. Ale zaraz sku­piła się na dal­szym stra­sze­niu: - Widzę od dłuż­szego czasu, co robi­cie z Anną! Za to, że jej doku­cza­cie, spo­tka was kara! Aaaaaa! - Rokita zaczęła krę­cić się wkoło i chla­pać wodą. Scho­wana obok niej Klara ude­rzała z całej siły w pokrywkę garnka, która robiła naprawdę nie­zły hałas. Wra­że­nie było demo­niczne i osza­ła­mia­jące!

- Uto­piec robi wir, zaraz nas wkręci do środka na samo dno!! - wrzesz­czał kolejny chło­pak, ale cała grupa była zbyt oszo­ło­miona, aby się ruszyć. Stali jak zacza­ro­wani. Całą scenę obser­wo­wała Klara, która naj­pierw nie mogła opa­no­wać chi­chotu, ale szybko posta­no­wiła włą­czyć się do zabawy i rów­nież dać nauczkę roz­ra­bia­kom. Się­gnęła po ukryty węgiel, który wcze­śniej sobie przy­go­to­wała, następ­nie wyma­zała sobie na czarno twarz, a na ubra­nie narzu­ciła skórę, którą zwy­kle okry­wała się przy piecu w zimne wie­czory. Porwała kij z ogni­ska, gar­nek suszący się na pło­cie i zaszła od tyłu grupę chłop­ców. Jak nie wal­nie znowu w naczy­nia, jak nie wrza­śnie - aż echo ponio­sło się po górach!

W tym momen­cie chłopcy nie wytrzy­mali i zerwali się do ucieczki. Czuli, że są oto­czeni przez... No wła­śnie, przez kogo?

- Ratunku! Nie top­cie nas! My już ni­gdy, przeni­gdy nie zro­bimy nic złego!

- Obie­cu­je­cie? - darła się z jeziora Rokita, wywi­ja­jąc groź­nie ogo­nem, na któ­rym zawie­siła potężne bukiety kwia­tów. Wiły się wokół niej jak setki małych bły­ska­wic.

- Obie­cu­jemy! - odpo­wie­dzieli chłopcy, któ­rzy tak ucie­kali, że jeden z nich zgu­bił buty. Kiedy wyda­wało im się, że są już dość daleko od prze­ra­ża­ją­cych stwo­rów, to zie­mia nie­mal roz­stą­piła im się pod nogami i wpa­dli do wiel­kiego dołu peł­nego gałęzi (Rokita nie chciała, aby kto­kol­wiek potłukł się w cza­sie tego wyda­rze­nia). Cze­pia­jąc się koszu­lek na ple­cach i nie­mal wcho­dząc sobie na głowy, chłopcy wystrze­lili z cze­lu­ści jak z procy i jesz­cze szyb­ciej pobie­gli w stronę wsi, wzbi­ja­jąc tumany kurzu.

Ale co to? Na hory­zon­cie poja­wili się doro­śli, któ­rzy od kilku dni przy­glą­dali się przy­go­to­wa­niom do zasadzki. Była wśród nich mama Rokity, Anny, ale i tata jed­nego z łobu­zia­ków.

- No dobrze, koniec zabawy, idziemy poroz­ma­wiać. Mamy nadzieję, że zro­zu­mie­cie, że stra­sze­nie i doku­cza­nie to nie jest dobre roz­wią­za­nie.

Cała grupka znik­nęła za zakrę­tem drogi. Oj, chłopcy mieli nie­tę­gie miny: nie dość, że prze­stra­szyły ich dziew­czyny, to jesz­cze czeka ich bura od doro­słych. Naj-go-rzej!

- - -

Anna, która scho­wała się nie­da­leko studni, zoba­czyła, że zagro­że­nie minęło. Pod­bie­gła więc do kole­ża­nek i zaczęła wywi­jać Taniec Zwy­cię­stwa! Wokół niej bie­gał Pie­sek Ose­sek, który nie­wiele rozu­miał, ale cie­szył się razem ze wszyst­kimi, szcze­ka­jąc i plą­cząc się pod nogami. Rokita obmyła twarz w wodzie i wyszła na brzeg. Była cała mokra i szczę­śliwa. Z tego wszyst­kiego po pro­stu poło­żyła się na tra­wie z impe­tem i roz­ło­żyła ręce i nogi we wszyst­kie strony. Wyglą­dała jak roz­gwiazda.

- Uff, zmę­czy­łam się tym stra­sze­niem. To ciężka robota być utop­cem, na doda­tek wrzesz­czeć i chla­pać z taką siłą! - Maso­wała sobie ramiona.

- Ale mieli miny - eks­cy­to­wała się Klara, która odło­żyła pokrywkę i cie­szyła się, że nie musi już z niej wydo­by­wać tego hałasu. Bała się, że i tak zde­ner­wo­wała oko­liczne ptaki. Obie­cała sobie, że następ­nego dnia prze­prosi je smacz­nymi zia­ren­kami.

- Nie­źle ich nastra­szy­ły­ście. Naprawdę myśleli, że spo­tkali utopca, który porwie ich do swo­jej pod­wod­nej kra­iny. - Anna się śmiała.

- Mam nadzieję, że dostali nauczkę i wresz­cie prze­staną nękać dziew­czyny. A na pewno jesz­cze długo nie przyjdą kąpać się w wodzie! - dodała Rokita, zdej­mu­jąc z sie­bie mister­nie przy­go­to­wany kostium. I cho­ciaż wie­działy, że prę­dzej czy póź­niej chłopcy domy­ślą się, że to były one, to prze­ży­wały chwile triumfu, a tej rado­ści nikt im prze­cież nie zabie­rze.

Następ­nie zain­to­no­wały pio­senkę:

Dia­blice żyją w sta­wie,

Odważne to dziew­czyny.

Kto im się prze­ciw­stawi,

Ten pozna ich wyczyny!

- Wie­cie co? - zaczęła szczę­śliwa Anna. Z emo­cji miała na policz­kach rumieńce. - Naj­waż­niej­sze, że były­śmy w tym razem i że nie zosta­łam sama z moim pro­ble­mem. Dzię­kuję wam, jeste­ście super­przy­ja­ciół­kami!

Uśmie­chały się do sie­bie i gra­tu­lo­wały sobie pomy­sło­wo­ści.

- Mam nadzieję, że już ni­gdy nikogo nie będę stra­szyła, a chłopcy zro­zu­mieli raz na zawsze, że nie wolno nikogo nękać, bo nie­ocze­ki­wa­nie samemu można zna­leźć się w kiep­skiej sytu­acji.

- No i nasi rodzice nam pomo­gli! Nie jeste­śmy same ze swo­imi pro­ble­mami.

- - -

Usia­dły wszyst­kie na łące i z rado­ści zja­dły całą górę cze­re­śni, wesoło pstry­ka­jąc pest­kami, aż stwo­rzyły z nich krąg, który miał je na zawsze chro­nić od nie­po­trzeb­nych zacze­pek.

Marta Iwanowska-Polkowska Łąka pytań

Marta Iwa­now­ska-Polkow­ska

Łąka pytań

Tolka bie­gła polną drogą, cią­gnącą się przez ukwie­cone łąki, wku­rzona na swo­ich braci. Wku­rzona to mało powie­dziane. Była tak samo wku­rzona, jak i za nią się kurzyło. Była zła na swo­ich braci. Była na nich naprawdę zła. Była wście­kła. Goto­wała się ze wście­kło­ści. Co i rusz kop­nęła jakiś kamień, ze zło­ścią odpy­chała kolejne krzaki i gałę­zie, które miały czel­ność sta­nąć jej na dro­dze.

"Czy oni muszą być takimi palan­tami? Czy cią­gle muszą mi doku­czać? Śmiać się z tego, co wiem? Żar­to­wać z tego, o co pytam? Baga­te­li­zo­wać to, czego chcę i do czego wyrywa się moje serce?"

Czuła złość i nie­zgodę na to, że cią­gle jej doku­czają, ale też na to, że ona sama daje się im w to wcią­gać. Prze­cież mama cią­gle jej powta­rza: "Tolka, znajdź dystans, bo zwa­riu­jesz... Twoi bra­cia tacy już są, robią sobie żarty ze wszyst­kiego. Nie znasz ich?".

Ale Tolkę wku­rzało to, że oni mogą być tacy, jacy są, a ona nie. Oni mogą cią­gle żar­to­wać i jej doku­czać, a ona ma pła­cić cenę za to, że staje się ich ofiarą. Choć mama tyle razy jej powta­rzała: "Tol­ciu, jesteś wspa­niała, tyle potra­fisz, jaka jesteś mądra", to jed­nak w takich sytu­acjach nie potra­fiła powie­dzieć chło­pa­kom: "stop", tylko raczej naka­zy­wała Toli baga­te­li­zo­wać ich żar­ciki. "Nie chcę już tego zno­sić! Nie chcę! Nie chcę!" - Tolka krzy­czała w myślach!. Tak bar­dzo chciała, by mama, zamiast ją pocie­szać, sta­nęła w jej obro­nie i naga­dała chło­pa­kom raz a porząd­nie. Hmmm, wes­tchnęła i bie­gła dalej.

- - -

Tola miała w sobie ocean nie­zgody na to, że "nie może się mądrzyć, choć jest mądra". Na to, że "nie może pytać, bo jest taka cie­kawa". Czy też "że powinna sie­dzieć cicho, bo jest dziew­czyną i nie przy­stoi jej dys­ku­to­wać... i to jesz­cze dys­ku­to­wać gło­śno". Serio? Ktoś jesz­cze w to wie­rzy? Ktoś jesz­cze tak uważa? Nie­stety, mama...

- - -

Myśli kłę­biły jej się w gło­wie, a ona nie prze­sta­wała biec. Wie­działa, że łąki wokół domku jej dziad­ków są naj­lep­szym lekiem na całe zło.

Uwiel­biała te kolory. Uwiel­biała zapach kwia­tów, ziół i traw. Bez względu na to, czy świe­ciło słońce, jak dziś, czy padał deszcz, łąki miały swój urok i swoją magię. Uwiel­biała panu­jącą tu ciszę, zakłó­caną cyka­niem owa­dów i śpie­wem pta­ków. Kochała dziką prze­strzeń. Choć lubiła gadać, pytać, dys­ku­to­wać, lubiła też ciszę i samot­ność. W samot­no­ści znaj­do­wała dużo spo­koju. Mimo że miała pra­wie, choć nie­któ­rzy uwa­żali, że dopiero, dzie­więć lat, już to wie­działa i nie miała zamiaru rezy­gno­wać z tego odkry­cia. Choć bab­cia Wan­dzia czę­sto mówiła, że naj­lep­szym spo­so­bem na nerwy są her­batka i książka, to Tolka miała pew­ność, że naj­lep­szym spo­so­bem na jej nerwy jest samot­ność w natu­rze. I ruch na świe­żym powie­trzu. Dziar­ski zde­cy­do­wany bieg przed sie­bie. Szkoda tylko, że w obok ich domu, tam gdzie miesz­kają, są tylko bloki, bloki i bloki. Szkoda. Wielka szkoda. Dla­tego Tolka za każ­dym razem, gdy była na dzia­łeczce u dziad­ków, pró­bo­wała zapa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów tych łąk i pól. Zapa­mię­tać zapa­chy, dźwięki, kolory, obrazy, by móc do nich wra­cać w swo­jej wyobraźni, gdy waka­cje się skoń­czą, a ona wróci do domu, szkoły... Brr­ryyy, aż wstrzą­snęła się na myśl o szkole, która na chwilę się poja­wiła. Nie chce o niej myśleć. Chce być tu i teraz, na łąkach i polach.

- - -

Prze­stała biec. Spo­koj­nie się zatrzy­mała. Przy­sia­dła na swoim ulu­bio­nym kamie­niu zato­pio­nym wśród kwia­tów i wyso­kich traw i zaczęła myśleć o tym, co się wyda­rzyło.

Józek i Fra­nek, jej starsi i prze­mą­drzali bra­cia, nie chcieli, by poje­chała razem z nimi na rowe­rach do sąsied­niej wsi po zakupy. Byli dumni jak pawie, że mogą to zro­bić. Ona ich zda­niem była za mała. Kto powie­dział, że za mała? Ma tyle samo sił w nogach co oni. Nie­raz to udo­wod­niła. Prze­cież z powodu nie­ustan­nych kłótni z nimi cią­gle biega. A oni co robią? Sie­dzą. Grają i tylko jedzą chipsy. Ha, może cho­dziło o chipsy! Pew­nie dla­tego nie chcieli, by z nimi jechała, boby zoba­czyła, ile chip­sów sobie kupią i zje­dzą w ukry­ciu. "I tu ich mam", pomy­ślała Tolka i zro­biła minę jak Mała Mi. Zresztą uwiel­biała Małą Mi. Ona to miała gadane!

Ale Tolka nie uwa­żała sie­bie za małą. Co wię­cej, nie zno­siła sły­szeć, że jest za mała. Po pierw­sze, nie jest niska. Pie­lę­gniarka w szkole powie­działa, że jest nawet wysoka jak na swój wiek. W sumie naj­wyż­sza w kla­sie ze wszyst­kich dziew­czy­nek i wyż­sza od połowy chło­pa­ków. Po dru­gie, nie zno­siła sły­szeć, że jest za młoda. Kto decy­duje o tym, jaki wiek jest odpo­wiedni do tego, by jeź­dzić z braćmi do sklepu po zakupy? Zresztą, czy o wszyst­kim, co robimy, ma decy­do­wać wiek? Okej, prawo jazdy uzy­skuje się w pew­nym wieku, podob­nie jest z piciem alko­holu i papie­ro­sami oraz z pra­wem do gło­so­wa­nia. Zgoda, jest kilka rze­czy, które robi się w pew­nym wieku, ale czy należy do nich jeż­dże­nie do sklepu z niby-takimi-mądrymi-star­szymi braćmi?

Czy w życiu nie powinna liczyć się mno­gość doświad­czeń? Posia­dane umie­jęt­no­ści? Dla­czego kiedy tata chce, bym zje­chała ze stro­mej góry na nar­tach, mówi: "Tolka, zaufaj sobie, potra­fisz" i mam sobie zaufać? A kiedy ja sama mówię: "Ufam sobie, chcę poje­chać z Józ­kiem i Fran­kiem. Dam radę, nie będę robić wam kło­po­tów", to inni mi wma­wiają, że jestem za mała i nie dam rady?

Jak mam ufać sobie, jeżeli w momen­cie, gdy sobie ufam, inni mi nie ufają?

Dla­czego inni mają decy­do­wać o moim zaufa­niu do sie­bie? Tolka pomy­ślała, że sam fakt zada­nia sobie tego pyta­nia świad­czy o tym, jaka jest inte­li­gentna, a nie "zaaaa maaaała!". Chciało jej się krzy­czeć.

Chciała teraz i natych­miast zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie: "Czy mogę sama sobie ufać, czy nie?". I jesz­cze jedno: "Dla­czego bra­cia mi tak doku­czają?".

- - -

Milion myśli koła­tało się w gło­wie Tolki.

Zresztą wie­działa jedno.

Bra­cia bali się z nią jechać, i już. Albo im się nie chciało z nią jechać. To nawet bar­dziej praw­do­po­dobne. Albo mieli inne plany na tę wycieczkę po zakupy. Tylko dla­czego woleli stwier­dzić, że jest na to za mała, niż powie­dzieć wprost, o co im cho­dzi? Dla­czego zwa­lali na nią, zamiast "sta­nąć w praw­dzie". To było ulu­bione okre­śle­nie babci Wan­dzi. Tylko że Tolka ni­gdy nie widziała, żeby jej bra­cia sta­nęli w praw­dzie. Pew­nie chcą sta­nąć w chip­sach i tyle. Wrr­ryyy.

- - -

Cią­gle sie­działa na kamie­niu. Wciąż zry­wała źdźbła trawy rosnące obok jej nóg i rwała je w ner­wach na malut­kie kawa­łeczki. Dumała i dumała, ale kolejne pyta­nia i wąt­pli­wo­ści tylko nakrę­cały jej złość, a nie dawały uko­je­nia. W pew­nym momen­cie coś zakłó­ciło ciszę. Jakby ktoś nie­opo­dal się poru­szył. Tolka pod­nio­sła wzrok wbity od jakiejś chwili w zie­mię i nagle zoba­czyła star­szą kobietę zbie­ra­jącą kwiaty na łące. Dziwne. Skąd ona się tam wzięła? Wcze­śniej jej nie widziała. Ani jesz­cze chwilę wcze­śniej, zanim przy­bie­gła na swój ulu­biony kamień. I wcze­śniej, czyli ani razu wcze­śniej. A przy­cho­dzi w to miej­sce pra­wie codzien­nie. Prze­cież codzien­nie bra­cisz­ko­wie ją wku­rzają. Choć są od niej starsi, będzie ich nazy­wać "bra­cisz­kami". To będzie jej zemsta.

Zatrzy­mała wzrok na tej kobie­cie.

Miała pew­nie z osiem­dzie­siąt albo i sto lat. Tolka nie mogła dokład­nie tego oce­nić. Ale na pewno była star­sza, dużo star­sza niż bab­cia Wan­dzia. Miała siwe, ale piękne dłu­gie włosy. Tolka szybko zła­pała za kosmyk swo­ich i stwier­dziła, że ta tajem­ni­cza kobieta ma na pewno ład­niej­sze włosy niż ona. Jak to moż­liwe? A sukienka... Miała na sobie piękną kolo­rową sukienkę. Długą do samych stóp z ręka­wami trzy czwarte i pięk­nym wcię­ciem w twa­róg. A może w serek? Tolci czę­sto myliły się takie okre­śle­nia. Wolała zapa­mię­ty­wać, czym się różni satyr od cen­taura, niż uczyć się o czę­ściach gar­de­roby. Sama zwy­kle bie­gała w krót­kich spoden­kach, sukienki wkła­dała tylko na spe­cjalne oka­zje. Ale wra­ca­jąc do kobiety... Jej sukienka była piękna, cała w poma­rań­czowo-czer­wono-różowo-kre­mowe plamy. Kobieta miała opa­loną skórę, widać było, że spę­dza dużo czasu na słońcu. Co robiła? Zbie­rała kwiaty. Ale czy tylko? Uważ­nie wybie­rała poje­dyn­cze sztuki, przy­ci­nała jakimś spe­cjal­nym seka-coś-tam-coś-tam. Tak! Seka­to­rem! Bab­cia używa takiego w swoim ogródku.

Ewi­dent­nie znała się na kwia­tach i dokład­nie wie­działa, jakie chce zebrać i co z nimi zro­bić. Była taka spo­kojna. Tak uważna, że aż chciało się na nią patrzeć i patrzeć. Tolka nie mogła ode­rwać od niej wzroku. Choć kobieta była spo­kojna, a każdy jej ruch był bar­dzo uważny, wyda­wała się nie­zwy­kle silna i pewna sie­bie.

Nagle prze­mó­wiła.

- Dzień dobry, Tolu! Nie bój się, podejdź do mnie na chwilę - zwró­ciła się do dziew­czynki, nie odwra­ca­jąc wzroku od ukła­da­nych w koszyku kwia­tów.

Tolkę zmro­ziło. Skąd kobieta wie, że ona tu sie­dzi? Skąd zna jej imię? Skąd wie, że się teraz prze­stra­szyła? W tej chwili. Tak, prze­stra­szyła się, ale na­dal nie mogła ode­rwać od niej wzroku. W tej kobie­cie było coś, co ją przy­cią­gało. Spra­wiało, że począt­kowy strach minął i ustą­pił miej­sca cie­ka­wo­ści, kim była i skąd znała jej imię. Tolka dobrze wie­działa, że nie można roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi. Wie­działa, że kiedy jakiś dziwny pan w aucie pro­po­nuje jej lizaka czy pod­wózkę w desz­czowy dzień, trzeba ucie­kać jak naj­szyb­ciej. I krzy­czeć! Ale w tej kobie­cie było coś zna­jo­mego, coś, co spra­wiało wra­że­nie, że zna ją od zawsze. Zaczęła przy­glą­dać się jej jesz­cze uważ­niej. I wszystko w niej - oczy, włosy, dło­nie, to, jak się poru­szała, wyda­wało się jej zna­jome.

Kobieta znów prze­mó­wiła. Choć stała kilka metrów od niej, a może i dalej, Tola bar­dzo wyraź­nie ją sły­szała:

- Nie bój się mnie. Nie zro­bię ci krzywdy. Przy­szłam tu tylko na chwilę, by zebrać kwiaty i by z tobą poroz­ma­wiać. Zanie­po­ko­iło mnie, że twoi bra­cia po raz kolejny pró­bują ci wma­wiać, że jesteś na coś za młoda, za mała. A ty znów pełna zło­ści bie­gasz po łączach i polach. Choć ruch to zdro­wie i jest dobry na nerwy, to chyba mamy o czym poroz­ma­wiać.

Tolka nie rozu­miała, skąd ona zna jej imię. Skąd wie, że ma braci? Skąd wie, że ma tak wku­rza­ją­cych braci?

Bar­dzo chciała podejść do kobiety, ale czuła, że nie powinna tego robić. Znała zasady. "Znam zasady. Znam zasady", powta­rzała sobie w myślach te dwa słowa. Choć, jeżeli ma być szczera, roz­mowa z tą kobietą wyda­wała jej się naprawdę bar­dzo kusząca. I wtedy kobieta odwró­ciła się do niej, uśmiech­nęła się i powie­działa:

- Dobrze, w takim razie ja podejdę do cie­bie.

I stało się coś, czego Tolka ni­gdy nie widziała. Kobieta zna­la­zła się tuż obok niej po wyko­na­niu pię­ciu, może sze­ściu spo­rych sko­ków. Były to skoki-pod­loty, taką nazwę wymy­śliła, bo kobieta niby odbi­jała się od ziemi, ale pod­la­ty­wała do przodu, zanim na nowo dotknęła ziemi, by wybić się do lotu. Ależ to było dziwne i piękne. Tolka aż uszczyp­nęła się w udo, by spraw­dzić, czy po takim doświad­cze­niu na­dal będzie widziała kobietę. Ale ona zna­la­zła się jesz­cze bli­żej niej. Dziew­czynka nie mogła jej dotknąć, lecz widziała ją wyraź­nie. Urzekł ją spo­kój bijący z jej spoj­rze­nia i rysów twa­rzy. Nie mogła ode­rwać od niej oczu.

- Nie oba­wiaj się mnie - powie­działa jesz­cze raz kobieta. - Choć oczy­wi­ście rozu­miem, że możesz czuć strach. Nie pytaj mnie, kim jestem ani skąd przy­by­łam. To trudno wytłu­ma­czyć i szkoda na to czasu. Powiem ci tylko, po co się tu zna­la­złam.

- Po co? - zapy­tała od razu zacie­ka­wiona Tolka.

- By odpo­wie­dzieć na wszyst­kie nur­tu­jące cię pyta­nia - odparła bez namy­słu kobieta. - Wiem, że cię drę­czą. Czuję to i widzę.

Tolka otwo­rzyła usta z nie­do­wie­rza­niem, myśląc sobie: "Skąd ona to wie?". Ale kobieta nie prze­jęła się tym i zro­biła kolejną magiczną rzecz. Teraz jed­nym ruchem ręki spra­wiła, że na ziemi poja­wił się mię­si­sty brą­zowy koc, na któ­rym swo­bod­nie usia­dła i jakby ni­gdy nic powie­działa:

- Możesz mi zadać tyle pytań, ile masz lat. Możesz pytać mnie o wszystko, co cię nur­tuje. Możesz być docie­kliwa, cie­kaw­ska, szczera i odważna.

Tolka od razu pomy­ślała: "A jeżeli moje pyta­nie będzie głu­pie? A co, jeżeli będzie nie­grzeczne? A jeżeli nie będzie pani znała odpo­wie­dzi?".

- Po pierw­sze nie ma złych pytań, głu­pich pytań - odpo­wie­działa na głos kobieta na jej sfor­mu­ło­wane w myślach wąt­pli­wo­ści. - Pyta­nia są oznaką tego, że ci zależy, że jesteś cie­kawa, a to cechy mądrych, war­to­ścio­wych ludzi. A po dru­gie, jeżeli jakieś pyta­nie wyda mi się nie­grzeczne, w co wąt­pię, to ci o tym powiem. Tak samo zro­bię, jeśli nie będę znała odpo­wie­dzi. Ale wtedy to nawet ci podzię­kuję. Lubię, gdy ktoś swo­imi pyta­niami zmu­sza mnie do myśle­nia, poszu­ki­wa­nia infor­ma­cji, roz­wa­ża­nia róż­nych opcji. Dobrze jest cze­goś nie wie­dzieć, bo wtedy można odkryć coś nowego.

Tola aż pod­sko­czyła z wra­że­nia. Pierw­szy raz w życiu usły­szała od kogoś, i to kogoś doro­słego, że zada­wa­nie pytań jest w porządku, że przy­zna­wa­nie się do tego, że chce się cze­goś dowie­dzieć, o coś zapy­tać, ma jakąś war­tość. Całe swoje życie, odkąd oczy­wi­ście świa­do­mie myślała i przede wszyst­kim mówiła, zada­wała dużo pytań, ale raczej spo­ty­kała się wtedy ze śmie­chem i wyty­ka­niem pal­cami, ani­żeli z uzna­niem i sza­cun­kiem. Zro­zu­miała więc jedno. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo to spo­tka­nie wydaje jej się dziwne i magiczne, jak bar­dzo roz­mowa z tajem­ni­czą nie­zna­jomą wydaje jej się nie­do­rzeczna, chce wyko­rzy­stać szansę i zadać jej pyta­nia, które nur­tują ją od dawna.

I już otwie­rała usta, by zacząć pytać, ale kobieta była pierw­sza.

- Jest tylko jedna zasada, o któ­rej chcę cię poin­for­mo­wać. Moje odpo­wie­dzi będą bar­dzo zwię­złe i kon­kretne. Wiem, że będziesz chciała o coś dopy­tać. Ale nie będziesz mogła. Gdy odpo­wiem na jedno pyta­nie, to zaraz przej­dziemy do kolej­nego. A to od cie­bie będzie zale­żeć, ile z odpo­wie­dzi weź­miesz dla sie­bie, ile zapa­mię­tasz i jak osta­tecz­nie daną odpo­wiedź zin­ter­pre­tu­jesz.

Tolę tro­chę zasko­czyła ta zasada, ale nie znie­chę­ciła się. Wie­działa, że jest dobrą słu­chaczką. I że potrafi uważ­nie słu­chać i zapa­mię­ty­wać. Od razu pomy­ślała, że kiedy tylko spo­tka­nie z kobietą się skoń­czy, ruszy szybko przez łąki i pola, pobie­gnie do domu babci i od razu zapi­sze to, co usły­szała, by niczego nie zapo­mnieć i móc do tego wra­cać. Już czuła, że będzie to coś waż­nego. I już się cie­szyła, że umie szybko pisać. A jej cie­ka­wość tylko rosła, więc zapy­tała odważ­nie:

- Czy mogę już zada­wać pyta­nia?

- Tak - odparła kobieta, umo­ściła się na kocu i zamknęła oczy. I dodała: - Pamię­taj, pytaj, o co chcesz, tylko nie mamy na to dużo czasu. Zobacz, słońce już zacho­dzi. Jak znik­nie za tym pagór­kiem, to i ja zniknę. Pytaj więc śmiało i słu­chaj uważ­nie wszyst­kich odpo­wie­dzi.

Tola zoba­czyła, że rze­czy­wi­ście słońce zaczęło chy­lić się ku zacho­dowi, a łąki zło­ciły się pięk­nym świa­tłem. Nie zamie­rzała więc cze­kać ani sekundy dłu­żej i zaczęła pytać, a kolejne pyta­nia wystrze­li­wały z jej ust jak kamie­nie z procy. Tak! Tola umiała strze­lać z procy i ni­gdy nie uwa­żała, że jest na to zbyt mała. Pytała więc o wszystko, co drę­czyło ją dawna. Pytała o to, co budziło jej cie­ka­wość i nie­po­kój. O to, o co bała się zapy­tać nawet mamę.

Na samym początku zapy­tała więc, czy jest za mała, za młoda. O to, co może zro­bić z tym, że bra­cia cią­gle przy­po­mi­nają Toli jej młody wiek. Kobieta powie­działa:

- Tolu! Jesteś wystar­cza­jąca i nie musisz niczego udo­wad­niać. Nie masz wpływu na to, ile masz lat ani ile masz wzro­stu. Może i jesteś za mała na pro­wa­dze­nie auta, a za młoda na to, by gło­so­wać w wybo­rach, ale skup się na tym, co już umiesz i co już potra­fisz pomimo swo­jego wieku, i korzy­staj z tego zuchwale. Jesteś, jaka jesteś, i ciesz się tym! To nie wiek ma decy­do­wać o tym, czy możesz jechać na rowe­rze, ale to, że to potra­fisz i jesteś w tym dobra.

Słu­cha­jąc ostat­nich słów kobiety, Tola poczuła przy­pływ eks­cy­ta­cji i wzru­sze­nia. Cie­kawe, że można czuć i to, i to jed­no­cze­śnie. Szyb­ciutko powtó­rzyła sobie w myślach: "Nie wiek, ale umie­jęt­no­ści. Nie to, ile mam lat, ale to, czy coś potra­fię, powinno decy­do­wać, czy mogę coś robić, a przy­naj­mniej mogę tego pró­bo­wać".

Poczuła więc, że musi zadać kolejne pyta­nie.

- Pro­szę pani, to w czym jestem dobra?

Oczy­wi­ście Tola miała świa­do­mość, że dużo zary­zy­ko­wała tym pyta­niem, bo w sumie kobieta jej nie znała. Skąd miała znać odpo­wiedź, skoro widziały się po raz pierw­szy w życiu. Ale jed­no­cze­śnie ona znała braci Toli, wie­działa o ich ist­nie­niu. Nie znała Toli, ale dosko­nale wie­działa, co spra­wiło, że natknęły się na sie­bie na łące. Odwa­żyła się więc zapy­tać, łudząc się, że może usły­szy odpo­wiedź inną niż "nie wiem".

Nie zawio­dła się. Odpo­wiedź ją roz­czu­liła i utwier­dziła w prze­ko­na­niu, że spo­tkana kobieta musi być dobrą wróżką albo życz­liwą wiedźmą, skoro to wszystko wie­działa. Wiedźmy są prze­cież wiedź­mami, bo "one wie­dzą". Tola usły­szała bowiem:

- Zawsze pamię­taj o tym, co potra­fisz, co umiesz, co spra­wia ci przy­jem­ność. A jesteś dobra w czy­ta­niu, w kole­żan­ko­wa­niu, w poma­ga­niu słab­szym, w szyb­kim bie­ga­niu i jeż­dże­niu na rowe­rze. Jesteś też dobra w licze­niu do stu, w malo­wa­niu motyli, w ska­ka­niu przez kozła. Jesteś dobra w robie­niu wyci­na­nek, strze­la­niu z procy i zada­wa­niu mądrych pytań, peł­nych cie­ka­wo­ści i głodu zro­zu­mie­nia. Jesteś też śmiała i wyga­dana, a to cudowne cechy mło­dej dziew­czyny! I lubisz szybko pisać, bar­dzo szybko - dodała na końcu kobieta.

"Mło­dej dziew­czyny", jak to pięk­nie zabrzmiało w jej ustach. Jak to nie­sa­mo­wi­cie zabrzmiało w odnie­sie­niu do Toli. Znów się wzru­szyła. Znów poczuła eks­cy­ta­cję, ale nie chciała się roz­pra­szać nawa­łem emo­cji. Wraż­liwa prze­cież też była. Tola nie tra­ciła czasu, więc pytała dalej, spo­glą­da­jąc kątem oka na coraz czer­wień­sze słońce, które naj­wi­docz­niej chciało już zacho­dzić. Zapy­tała kobietę, czy i komu może zada­wać pyta­nia. Uwiel­biała pytać, ale nie­raz doku­czano jej z tego powodu. Stro­fo­wano za prze­sadną cie­ka­wość i szcze­rość. Uci­szano, gdy zada­wała pyta­nia wprost. Na to pyta­nie kobieta odparła:

- Zada­wa­nie pytań jest w porządku, możesz je zada­wać, kiedy potrze­bu­jesz i komu chcesz. Twoja cie­ka­wość to dar! Kie­ruj się nią i pytaj. I pamię­taj, że wszy­scy naukowcy, wyna­lazcy, twórcy musieli zada­wać pyta­nia, by szu­kać odpo­wie­dzi zmie­nia­ją­cych świat. Cza­sem, ale to cza­sem, gdy masz do czy­nie­nia z nie­znaną ci i dość poważną osobą, możesz ją zapy­tać o zgodę przy zada­wa­niu kolej­nego pyta­nia. Ale ni­gdy, ale to ni­gdy nie wątp w sen­sow­ność zada­wa­nych przez cie­bie pytań. Nie wątp w sie­bie!

To ostat­nie zda­nie kobieta wypo­wie­działa lekko pod­nie­sio­nym gło­sem, patrząc Toli pro­sto w oczy. Nie krzy­czała, tylko bar­dzo mocno pod­kre­ślała wagę swo­ich słów. Dla Toli były bez wąt­pie­nia bar­dzo ważne. Poczuła, że serce zaczęło jej moc­niej bić. Jakby nagle uświa­do­miła sobie, że posiada moc, któ­rej do tej pory nie potra­fiła doce­nić. Nie potra­fiła, ale to zaczęło się zmie­niać. Poczuła się bar­dziej pewna sie­bie. Chyba nawet się wypro­stowała.

Pytała więc dalej.

Zapy­tała kobietę rów­nież o to, jak sobie radzić z tym, że bra­cia jej doku­czają. Jak żyć, kiedy dwaj starsi prze­mą­drzali bra­cia mówią jej cią­gle, jak ona ma się zacho­wy­wać?

To pyta­nie roz­ba­wiło kobietę. Dała Toli wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że za bar­dzo bie­rze do sie­bie słowa pły­nące z zewnątrz. Powie­działa:

- Tolu, nie przej­muj się tak bar­dzo tym, co mówią twoi bra­cia. To, że ci doku­czają, przede wszyst­kim mówi o ich lękach, o ich patrze­niu na świat. O ich spo­so­bie na budo­wa­nie rela­cji. O tym, jak oni poj­mują rolę star­szych braci. Abyś poczuła się lepiej w kon­tak­tach z nimi, przy­po­mi­naj sobie o tym, że jesteś war­to­ściowa, nie­za­leż­nie od ich opi­nii. Mów: "nie zga­dzam się" i "dość", gdy cię urażą, gdy poczu­jesz nie­zgodę na ich żarty. Pytaj ich o uza­sad­nie­nie swo­ich opi­nii, by spraw­dzić, czy na pewno mają rację. Proś sta­now­czo mamę i tatę o wspar­cie, bo nie może być tak, że starsi bra­cia z racji wieku mają prawo do doku­cza­nia ci bez końca i bez uza­sad­nie­nia.

W gło­wie Toli poja­wiały się kolejne pyta­nia. Wie­działa, czuła, że chce i musi je zadać oraz usły­szeć wszyst­kie odpo­wie­dzi. Nie chciała stra­cić ani sekundy z szansy, która się przed nią otwo­rzyła. Oto wła­śnie ktoś doro­sły, ktoś mądry z nią roz­ma­wia i poświęca jej uwagę. Wie­działa, że kiedy tylko skoń­czy się ta roz­mowa, pobie­gnie do domu babci i szybko, naj­szyb­ciej, jak się da, zano­tuje wszystko, co uda się jej zapa­mię­tać.

Pytała więc dalej.

Pytała o złość. O to, czy może się zło­ścić, sprze­ci­wiać i mówić "nie"? Bo czy złość naprawdę uro­dzie szko­dzi?

Zapy­tała też, czym jest odwaga. Odwaga pój­ścia za marze­niami i pomy­słami. Marzyła o tym, by być odważ­niej­sza i bar­dziej pewna sie­bie. Marzyła o tym, by się nie bać. Zama­rzyła też o tym, by star­sza tajem­ni­cza kobieta zdra­dziła jej wła­sny spo­sób na odwagę.

Pytała, czy w jej wieku wypada się bawić i śmiać. Czę­sto sły­szała od taty, że za dużo i za gło­śno się śmieje i że "poważ­nym dziew­czyn­kom z dobrego domu nie wypada to czy tamto". Chciała usły­szeć, czy jed­nak może tata nie racji. Każdy może się cza­sem mylić, prawda?

I o pro­sze­nie o pomoc. Tola nie miała z tym pro­blemu. Ale cza­sem wsty­dziła się pytać mamę o opi­nię, pro­sić o pomoc przy lek­cjach czy wspar­cie w kłót­niach z braćmi. Czy wypada pro­sić o pomoc? A może na to jest aku­rat za duża?

Zapy­tała też o to, skąd tajem­ni­cza kobieta czer­pie swoją pew­ność sie­bie. Tego pyta­nia oba­wiała się naj­bar­dziej. Bała się, że wyda się ono star­szej pani zbyt głu­pie albo zbyt wścib­skie. Było to bowiem pyta­nie nie o nią samą, o Tolę, ale doty­czyło nie­zna­jo­mej. A tym­cza­sem usły­szała bar­dzo ważną wska­zówkę.

- - -

Gdy zada­wała kolejne pyta­nia, kobieta ani razu nie była zasko­czona, nie komen­to­wała ich, nie mówiła Toli, że jest zbyt wścib­ska czy za cie­kaw­ska. Po pro­stu odpo­wia­dała. To było dla dziew­czynki nie­sa­mo­wite uczu­cie - być wysłu­chaną, zro­zu­mianą, zaak­cep­to­waną. Cza­sem nawet kobieta doda­wała: "o, to cie­kawe pyta­nie" albo "dobrze, że o to pytasz". Dla Toli takie reak­cje były waż­niej­sze niż same odpo­wie­dzi. W końcu poczuła się uznana, usza­no­wana i poczuła, że ktoś ją rozu­mie i chce wspie­rać taką, jaka jest. Bez koniecz­no­ści udo­wad­nia­nia cze­goś czy zmu­sza­nia się do bycia inną, niż jest. To było cudowne doświad­cze­nie. Z każ­dym kolej­nym pyta­niem i każdą kolejną odpo­wie­dzią czuła, że się pro­stuje, nabiera więk­szej wiary w sie­bie i pew­no­ści, że to, co myśli i jak patrzy na świat, jest ważne. W końcu nie była wyśmiana, tak jak czę­sto bywało w kon­tak­tach w braćmi.

Każ­dej kolej­nej odpo­wie­dzi słu­chała bar­dzo uważ­nie. Nie chciała, by coś jej umknęło. Nie chciała stra­cić ani słowa. Ani zda­nia. To, co mówiła star­sza kobieta, było jak śpiew, jak melo­dia, która nie tylko poma­gała jej wzra­stać, nabie­rać pew­no­ści sie­bie, ale też koiła ją i uspo­ka­jała. A wokół niej robiło się coraz ciem­niej. Zło­ci­ste świa­tło zacho­dzą­cego słońca ustę­po­wało miej­sce pół­mro­kowi. Ten widok wyci­szał Tolę. Koił ją. Aż zro­biło się szaro, tro­chę mrocz­nie.

- - -

Tolka nagle poczuła, że coś sie­dzi jej na policzku. Strą­ciła to coś i otwo­rzyła oczy. Wszystko stało się jasne. Zasnęła. A to coś to był konik polny. Praw­do­po­dob­nie, choć nie miała pew­no­ści. I nagle wszystko zro­zu­miała. Ta kobieta jej się przy­śniła. Ale jaki to był sen! Wspa­niały. Tola nie poczuła smutku ani roz­cza­ro­wa­nia. Choć w mig zorien­to­wała się, że spała, a spo­tka­nie z tajem­ni­czą kobietą mogło być snem, nie miała wąt­pli­wo­ści, że to był naj­waż­niej­szy sen w jej życiu. Pomy­ślała, że to był "sen - spo­tka­nie". Czuła, że naprawdę spo­tkała się z tą wyjąt­kową kobietą.

Rozej­rzała się wokoło. Zro­biło się już dość ciemno. Nie chciała więc zwle­kać ani chwili. Ruszyła w drogę powrotną, bie­gła przez łąki i pola. Drogę znała bar­dzo dobrze, więc mimo pół­mroku się nie bała. Zde­cy­do­wa­nie sta­wiała każdy kolejny krok, myśląc o tym, że chcia­łaby robić takie wiel­kie skoki jak spo­tkana kobieta. Myślała też o tym, jak wejść do domu, nie robiąc zbyt­niego zamie­sza­nia. Chciała jak naj­szyb­ciej usiąść do pamięt­nika i spi­sać wszystko, co usły­szała.

Gdy wpa­dła do domku babci Wan­dzi, pobie­gła pro­sto na górę. Na szczę­ście bab­cia była zajęta robie­niem prze­two­rów w kuchni i nie zaga­dy­wała Toli. Zaga­dy­wała za to dziadka, który ewi­dent­nie miał jej poma­gać. Ale się migał, jak to dzia­dek. Tola pobie­gła więc na górę, pro­sto do swo­jego pokoju, a raczej do miej­sca, gdzie leżały jej rze­czy, bo domek dział­kowy dziad­ków nie nale­żał do naj­więk­szych i każdy miał tam tylko skra­wek prze­strzeni. Tolka wzięła pamięt­nik scho­wany przed braćmi za szafką nocną i w kilku punk­tach zaczęła spi­sy­wać to, co usły­szała od spo­tka­nej kobiety. To było nie­sa­mo­wi­cie mocne doświad­cze­nie. Pamię­tała wszystko. Sły­szała w gło­wie jej głos. Pamię­tała gesty i mimikę, która towa­rzy­szyła jej przy kolej­nych odpo­wie­dziach. Nie musiała długo zasta­na­wiać się nad tym, co i jak pisać. Po pro­stu pisała, szybko i zde­cy­do­wa­nie.

- - -

Co napi­sała Tola? Wszystko! Nie chciała zgu­bić ani słowa, ani zda­nia, ani jed­nej wska­zówki, którą usły­szała. Ale naj­bar­dziej poru­szyły ją słowa odpo­wie­dzi o zło­ści, odwa­dze, pro­sze­niu o pomoc, zaba­wie i pew­no­ści sie­bie.

- - -

O zło­ści napi­sała tak:

"Cza­sem naj­więk­szej odwagi potrze­bu­jemy wła­śnie do tego, by wyra­żać złość. Ale złość jest po to, by jej słu­chać i ją wyra­żać. Cza­sem musimy poszu­kać odpo­wied­niej formy jej wyra­że­nia. Ale możemy ją wyra­żać! To nie­prawda, że złość pięk­no­ści szko­dzi!"

Spi­su­jąc te słowa w swoim pamięt­niku, Tola czuła, jak jest nimi zasko­czona i poru­szona. Usły­szała od star­szej kobiety, że złość to emo­cja, którą czu­jemy, gdy dzieje nam się krzywda, gdy ktoś robi coś wbrew nam, gdy ktoś spra­wia nam przy­krość, i że nie można jej w sobie tłam­sić. Dowie­działa się, że w zło­ści nie cho­dzi tylko o to, by tup­nąć nogą czy krzyk­nąć, tylko o to, by powie­dzieć: "nie", "mam inne zda­nie", "stop, nie rób tego" albo "nie podoba mi się to", "jest mi przy­kro, gdy tak postę­pu­jesz wobec mnie". Tola chwy­ciła za czer­wony mazak i napi­sała gru­bymi, dużymi lite­rami: "Możesz mówić NIE, możesz się sprze­ci­wiać!! Jeżeli jesteś zła, wyra­żaj złość! Mów kon­kret­nie i szcze­rze o tym, co cię zło­ści i prze­ciwko czemu musisz się sprze­ci­wić i czego potrze­bu­jesz. Trak­tuj złość jako wska­zówkę! Ona zawsze wska­zuje na to, co jest dla nas ważne".

Gdy spoj­rzała na zapi­sane słowa, znów poczuła się sil­niej­sza, moc­niej­sza. Od razu przy­po­mniała sobie Anię z Zie­lo­nego Wzgó­rza, Meridę Waleczną czy Mulan. To były jej super­bo­ha­terki. One potra­fiły wyra­żać złość, nie bały się bun­to­wać. Cza­sem długo szu­kały odpo­wied­nich słów czy gestów, by wyra­zić, co czują. Choć nie zawsze było im z tym bun­tem łatwo, to wolały mówić swoim gło­sem niż mil­czeć i uda­wać, że wszystko jest okej, gdy takie nie było. Tola już wie­działa, jaką bajkę chce obej­rzeć w naj­bliż­szy pochmurny dzień lata. Już wie­działa, że chce czę­ściej słu­chać swo­jej zło­ści, by lepiej rozu­mieć, co jest dla niej dobre czy ważne.

- - -

Pisała dalej. Wie­działa, że musi szybko prze­cho­dzić do kolej­nych pytań i odpo­wie­dzi, by nic jej nie umknęło. Pisała teraz o odwa­dze. O tym, czym jest odwaga. Znów wzięła mazak do ręki, tym razem różowy, i napi­sała:

"Odwaga to nie jest brak stra­chu. To dzia­ła­nie pomimo stra­chu. Dzia­ła­nie z prze­ko­na­niem, że chcę coś zro­bić, że warto spró­bo­wać pomimo obaw, wąt­pli­wo­ści".

To było dla niej bar­dzo ważne. Zro­zu­miała, że nie musi się nie bać, by dzia­łać. Zro­zu­miała, że może być odważna i jed­no­cze­śnie się bać. W sumie jak chwilę temu, gdy roz­ma­wiała z tajem­ni­czą kobietą. Bała się, ale zaczęła roz­mowę z nią, ufa­jąc swo­jej intu­icji, kie­ru­jąc się cie­ka­wo­ścią i prze­ko­na­niem, że chce zadać jej ważne pyta­nia. Była odważna na łące. Jest odważna.

Tola szybko pobie­gła do łazienki i wypiła łyk wody pro­sto z kranu. Lubiła tak pić, gdy nie miała czasu ani chęci, by zejść na dół do kuchni, i wró­ciła szybko do pisa­nia. Chciała pisać i pisać. Pisać, by pamię­tać.

- - -

Zapi­sała więc też:

"Jeżeli potrze­bu­jesz pomocy, proś o nią. Pro­sze­nie o pomoc jest wyra­zem odwagi, a nie sła­bo­ści. I nie bój się roz­ma­wiać z mamą, tatą, bab­cią o tym, co cię nie­po­koi. Możesz pytać. Możesz przy­zna­wać się do wąt­pli­wo­ści. I nie musisz robić wszyst­kiego sama!"

To ostat­nie zda­nie Tola ujęła w ramkę. Patrząc na nie, jesz­cze nie wie­działa, jak powie mamie o tym, że cza­sem bar­dzo potrze­buje jej pomocy, ale wie­działa, że chce to zro­bić, że tego potrze­buje i że będzie odważna. Powie jej o tym mimo stra­chu. Albo napi­sze jej to w liście.

- - -

Tola szybko prze­stała prze­sad­nie pla­no­wać swój kolejny krok i wró­ciła do nota­tek. Znów wzięła kolo­rowy mazak, tym razem fio­le­towy, i napi­sała:

"Tolu, ciesz się chwilą. Baw się. Śmiej z kole­żan­kami. Wygłu­piaj. Śpie­waj. Tańcz. Pamię­taj, że radość to paliwo kre­atyw­no­ści, spo­iwo rela­cji, doła­do­wa­nie siły. Ni­gdy nie wyra­staj z zabawy!".

Kiedy spoj­rzała na tych kilka krót­kich zdań, uśmiech­nęła się. Nie mogła się powstrzy­mać i dory­so­wała obok nich kolo­rowe ser­duszka, kropki, motylki, sło­neczko i balo­niki. Znów się uśmiech­nęła i pomy­ślała, że tymi sło­wami chce się podzie­lić z Basią i Niną, gdy spo­tka się z nimi po waka­cjach. Każ­dej z nich przyda się zachęta do rado­ści. Tak lubią się razem śmiać i wygłu­piać. Tola zro­zu­miała, że może robić to czę­ściej z kole­żan­kami!

- - -

W końcu przy­szedł czas na spi­sa­nie ostat­niej odpo­wie­dzi. Odpo­wie­dzi na naj­trud­niej­sze pyta­nie. Tola dokład­nie wie­działa, co tajem­ni­cza kobieta powie­działa o jej pew­no­ści sie­bie. O tym, jak ona ją budo­wała. Tola wzięła wdech i wydech. Chwy­ciła gra­na­towy mazak i napi­sała na kartce:

"Pew­ność sie­bie to nie jest coś, co się ma albo nie ma, tak na zawsze. To jest coś, co się buduje. Buduje każ­dego dnia, gdy postę­puje się zgod­nie ze sobą, korzy­sta ze swo­ich umie­jęt­no­ści, osiąga cele, wybiera się zgod­nie ze swoją intu­icją. Pew­ność sie­bie to coś, co się buduje pomimo potknięć, błę­dów i pora­żek, wyba­cza­jąc je sobie. Buduje się ją, czer­piąc ze wspar­cia innych. Buduje się ją, ufa­jąc sobie. Ufa­jąc sobie".

Ostat­nie dwa słowa Tola powtó­rzyła świa­do­mie. Nie wie­działa do końca, jak je zro­zu­mieć. Zaufa­nie do sie­bie na­dal było dla niej tajem­nicą. Gdyby mogła, zada­łaby spo­tka­nej kobie­cie kolejne pyta­nia. Ale już nie było na to szansy. Dobrze to wie­działa. Z jed­nej strony roz­ma­rzyła się, by ponow­nie spo­tkać się z ową star­szą panią. Ale z dru­giej - pomy­ślała o babci Wan­dzi krzą­ta­ją­cej się na dole w kuchni. A może ją o to zapy­tać? A może ją zapy­tać o zaufa­nie do sie­bie? I o intu­icję. Star­sza kobieta na pewno użyła tego słowo. Prze­cież cała ta magiczna roz­mowa, która odbyła się jesz­cze chwilę temu na łąkach, była o tym, by nie bać się pytać. Tola nabrała chęci, by to zro­bić. Skoro nie bała się pytać nie­zna­jo­mej kobiety, to dla­czego ma się bać roz­mowy z uko­chaną bab­cią?

- - -

Tola długo patrzyła się na tę kartkę, na wszyst­kie notatki zro­bione kolo­ro­wymi maza­kami, i posta­no­wiła, że poroz­ma­wia o nich z mamą. Poczuła, że chce jej opo­wie­dzieć o tym, co się wyda­rzyło na łące, o całym spo­tka­niu, nawet jeżeli to był tylko sen. Czuła, że chce, by mama wspie­rała ją w reali­za­cji kolej­nych wska­zó­wek. Poznała je i wie­działa, że nie chce już o nich zapo­mnieć.

A potem pomy­ślała o swo­ich bra­ciach. O tym, że gdyby jej tak bar­dzo nie wku­rzyli, nie ucie­kłaby na łąki i pola i nie spo­tka­łaby tajem­ni­czej kobiety. Uśmiech­nęła się do tej myśli, bo za nią poja­wiła się kolejna, że może powinna być im wdzięczna. Teraz to już par­sk­nęła śmie­chem. Może rze­czy­wi­ście w powie­dze­niu "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" jest tro­chę prawdy. Patrząc na księ­życ za oknem, bo zro­biło się już naprawdę ciemno, pomy­ślała, że to, co się wyda­rzyło, pozwo­liło jej też zro­zu­mieć, że nie zmieni braci. Oni są, jacy są. Ale za to może zmie­nić swoje podej­ście do nich. Nie chce tra­cić siły na walkę z nimi, ale też nie chce zaci­skać zębów i mil­czeć wtedy, kiedy jest jej po pro­stu przy­kro i źle, gdy jej doku­czają. Powie­działa więc sobie pod nosem:

- Potrze­buję w tym wspar­cia mamy.

I już wie­działa, że się nie cof­nie. Posta­no­wiła, że jutro, kiedy mama wróci z pracy i przy­je­dzie do nich do babci, pój­dzie z nią na spa­cer na łąkę. Chce jej poka­zać swoje dróżki, łąki i pola. Chce opo­wie­dzieć jej o spo­tka­niu z tajem­ni­czą kobietą. I popro­sić ją o pomoc. Chce powie­dzieć, jak się czuje, gdy ona nie staje w jej obro­nie i zwala wszystko na to, że "chłopcy tacy już są". Potrze­buje jej siły, jej wspar­cia, by mogła zaufać sobie i cza­sem im powie­dzieć: "Spra­wia­cie mi przy­krość, gdy mówi­cie do mnie w ten spo­sób! Prze­stań­cie".