Rozdział 1. Ta mała
Rozdział 1
Ta mała
Chcieli mieć chłopca, ale urodziłam się ja.
Dziewczynka. Trzecia córka, najsłabsza w rodzinie.
"Cieszę się, że jesteś mądra, bo urodą nie grzeszysz" -?często powtarza
mi matka. Może chodzi jej o to, że nigdy nie będę piękna. A może to
ukryty pod płaszczykiem krytyki komplement, który ma mnie zachęcić do
nauki. Motywacja wyrażona jako przestroga. Może jest jakiś nieznany mi
los, którego chce mi oszczędzić. Może chce, żebym lepiej zrozumiała, kim
mogę się stać. "Kiedy indziej nauczysz się gotować" -?odpowiadała, kiedy
prosiłam ją, żeby nauczyła mnie zaplatać chałkę, smażyć kurczaka czy
robić dżem wiśniowy, który latem zamyka w słoikach i chowa na resztę
roku. "Wracaj do szkoły".
Dzisiaj stoję przed lustrem w łazience w naszym mieszkaniu, myję zęby,
szykuję się do szkoły. Przyglądam się swojemu odbiciu. Jestem tancerką i gimnastyczką, mam szczupłe, umięśnione ciało. Podobają mi się moje
pofalowane brązowe włosy, ale to Magda, moja najstarsza siostra, jest
ładna. Kiedy widzę w lustrze swoje oczy, zagłębiam się w tę tajemniczą,
a jednocześnie znajomą błękitno-zieloną toń, nie potrafię powiedzieć, co
widzę. Jakbym patrzyła na swoje życie z zewnątrz, zaglądała do środka,
obserwowała siebie jak jakąś postać z powieści; nie znam jej losu, jej
serce i ona sama wciąż się rozwijają.
Właśnie skończyłam czytać jedną z książek matki, Nanę Emila Zoli,
podkradłam ją z regału i pochłonęłam w ukryciu. Wciąż mam przed oczami
ostatnią scenę. Nana, ta piękna, szykowna artystka, której pożądało tak
wielu mężczyzn, leży, załamana, chora, jej ciało pokrywają małe krosty
po ospie. W opisie jej ciała jest coś przerażającego. Nawet przed ospą,
wtedy, kiedy była wciąż śliczna i urocza, jej ciało było niebezpieczne.
Stanowiło broń. Było groźne, było czymś, czego należy się strzec.
Mimo to była pożądana. Ja pragnę podobnej miłości. Żeby postrzegano mnie
i uważano za skarb. Żeby ktoś mnie adorował, smakował jak wykwintne
danie.
Zamiast tego muszę uczyć się ostrożności.
-?Mycie siebie jest jak mycie naczyń -?powiedziała mi mama. -?Zaczynaj
od kryształów, a potem przejdź do garnków i patelni.
Najbrudniejsze rzeczy na końcu. Nawet własne ciało jest podejrzane.
Magda, zmęczona czekaniem na swoją kolej, stuka w drzwi łazienki.
-?Przestań marzyć, Dicuka -?karci mnie. Zwraca się do mnie przezwiskiem,
jakie wymyśliła dla mnie matka. Dicu-ka. Te niemające sensu sylaby
zazwyczaj kojarzą mi się z ciepłem. Dzisiaj brzmią surowo, brzęczą.
Kiedy mijam zirytowaną siostrę, kierując się ku naszej wspólnej
sypialni, wciąż myślę o tej dziewczynie z lustra, tej, która pragnie
miłości. Być może taka miłość, o jakiej marzę, jest niemożliwa. Od
trzynastu lat splatam wspomnienia i doświadczenia w opowieść o sobie i wychodzi mi z niej, że jestem ułomna, nikt mnie nie pragnie, nie mam
swojego miejsca.
Tak jak tego wieczora, kiedy miałam siedem lat, a moi rodzice zaprosili
gości na kolację. Wyszłam z pokoju, bo poprosili mnie, żebym uzupełniła
wodę w dzbanku. Z kuchni słyszałam, jak żartują.
-?Tę mogliśmy sobie już darować.
Mieli na myśli to, że zanim przyszłam na świat, rodzina była już pełna.
Mieli Magdę, która grała na fortepianie, i Klarę, cudowne dziecko
skrzypiec. Ja nie dodawałam niczego nowego. Byłam niekoniecznie
potrzebna, niewystarczająco dobra. Nie było dla mnie miejsca.
Sprawdziłam prawdziwość tej teorii, kiedy miałam osiem lat i postanowiłam uciec z domu. Chciałam się przekonać, czy rodzice w ogóle
zauważą, że mnie nie ma. Zamiast do szkoły pojechałam trolejbusem do
babci. Ufałam moim dziadkom -?ojcu i macosze matki -?nie wydaliby mnie.
Ciągle walczyli z matką w imieniu Magdy, chowając jej w szufladzie z ubraniami ciastka. Byli dla mnie synonimem bezpieczeństwa. Kojarzyli mi
się tylko i wyłącznie z beztroską -?zapachem antrykotu i pieczonej
fasoli, słodkich bułek, czulentu, gęstego gulaszu, który w szabat babcia
brała do piekarni, aby tam go podgrzać, bo zgodnie z ortodoksyjną
praktyką nie wolno jej było korzystać z własnego pieca.
Dziadkowie na mój widok ucieszyli się. Dla ich miłości i akceptacji nie
musiałam niczego udawać. Dawali mi je za darmo. Spędziliśmy cudowny
poranek w kuchni, jedząc bułki orzechowe. Potem jednak zadzwonił dzwonek
do drzwi. Dziadek poszedł otworzyć. Chwilę później wbiegł do kuchni i trochę za głośno ostrzegł mnie:
-?Chowaj się, Dicuka! Twoja matka przyszła!
Próbując mnie ochronić, wydał mnie.
Najbardziej bolał mnie wyraz twarzy mojej matki, kiedy zobaczyła mnie w kuchni dziadków. Nie chodziło tylko o to, że była zdziwiona, widząc mnie
tam, ale że wydawała się jakby zaskoczona tym, że w ogóle istnieję. Tak
jakby wolała -?albo spodziewała się -?ujrzeć kogoś innego.
A jednak często jestem jej towarzyszką, siedzę z nią w kuchni, kiedy
tato wyjeżdża w podróż służbową do Paryża, pakując wcześniej do walizek
jedwab -?prowadzi zakład krawiecki. Kiedy wraca, matka patrzy na niego
surowo, bacznie, martwi się, czy nie wydał za dużo pieniędzy. Nie
zaprasza przyjaciół. W salonie nie słychać swobodnych rozmów, nie ma
dyskusji o książkach czy polityce. To mnie matka powierza swoje
tajemnice. Cenię sobie czas, który spędzam z nią sama.
Pewnego wieczoru, kiedy miałam dziewięć lat, siedziałyśmy same w kuchni.
Owijała resztki strucli. Wcześniej obserwowałam, jak rozcina ciasto i układa je jak ciężki len na stole jadalnianym.
-?Poczytaj mi -?powiedziała, a ja wzięłam zniszczony egzemplarz
Przeminęło z wiatrem z jej szafki nocnej. Kiedyś już całą tę książkę
przeczytałyśmy. Zaczynamy od początku. Zatrzymuję wzrok na tajemniczym
napisie po angielsku na tytułowej stronie przetłumaczonej książki. Ktoś
napisał tu coś odręcznie, ale to nie jest charakter pisma mojego ojca.
Matka powie tylko, że książkę dostała w prezencie od mężczyzny, którego
poznała, pracując w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zanim spotkała
ojca.
Siedziałyśmy na krzesłach przy piecyku na drewno. Kiedy razem
czytałyśmy, z nikim nie musiałam się nią dzielić. Zanurzałam się w słowach, w opowieści i w uczuciu, jakie wywoływało we mnie przebywanie w świecie tylko z nią. Scarlett wraca do Tary po wojnie i dowiaduje się,
że jej matka nie żyje, a ojciec pogrążony jest w żałobie. "Bóg mi
świadkiem -?mówi Scarlett -?że nigdy więcej głodna nie będę"1.
Matka zamknęła oczy i oparła głowę o oparcie krzesła. Chciałam wspiąć
się jej na kolana. Chciałam oprzeć głowę na jej piersi. Chciałam, żeby
jej usta dotknęły moich włosów.
-?Tara... -?powiedziała. -?Ameryka, chciałoby się ją zobaczyć.
Chciałabym, żeby moje imię wypowiadała z takim samym uczuciem, z jakim
wymawia nazwę kraju, w którym nigdy nie była. Wszystkie zapachy kuchni
mojej matki to dla mnie dramatyczne połączenie głodu i uczty -?zawsze,
nawet podczas uczty, pojawia się tęsknota. Nie wiem, czy jest jej, czy
moja, czy też nasza wspólna.
Siedzimy, a między nami płonie ogień.
-?Kiedy byłam w twoim wieku... -?zaczęła.
Teraz, kiedy mówiła, bałam się poruszyć, bałam się, że jeśli to zrobię,
ona zamilknie.
-?Kiedy byłam w twoim wieku, młodsze rodzeństwo spało razem, a ja i matka spałyśmy w jednym łóżku. Pewnego ranka obudziłam się, bo wołał
mnie ojciec: "Ilonka, obudź matkę. Nie zrobiła jeszcze śniadania i nie
przygotowała mi ubrań". Odwróciłam się do leżącej obok mnie pod kołdrą
matki. Ale ona się nie ruszała. Nie żyła.
Chciałam poznać każdy szczegół tej chwili, gdy córka budzi się obok
matki, którą właśnie straciła. Chciałam też odwrócić wzrok. Myślenie o tym było zbyt przerażające.
-?Tamtego popołudnia, kiedy ją pochowali, myślałam, że złożyli ją do
grobu żywą. Wieczorem ojciec powiedział, żebym przygotowała rodzinną
kolację. Tak też zrobiłam.
Czekałam na dalszy ciąg tej historii. Na morał albo na pocieszenie.
-?Czas spać -?tylko tyle powiedziała. Pochyliła się, by zebrać popiół
spod piecyka.
W korytarzu za drzwiami usłyszałyśmy kroki. Zanim ojciec przekręcił
klucz w zamku, czułam już zapach jego tytoniu.
-?Drogie panie -?zawołał -?jeszcze nie śpicie?
Wszedł do kuchni w swych błyszczących butach i eleganckim garniturze, z szerokim uśmiechem i małym woreczkiem w dłoni. Wręczył mi go i głośno
pocałował mnie w czoło.
-?Znów wygrałem -?pochwalił się.
Zawsze kiedy grał z przyjaciółmi w karty lub w bilard, dzielił się ze
mną wygraną. Tamtego wieczoru przyniósł ciasteczko z różowym wzorkiem.
Gdybym była moją siostrą Magdą, matka, która zawsze martwi się jej wagą,
wyrwałaby mi łakoć z ręki, ale w moją stronę kiwnęła głową, pozwalając
mi zjeść ciastko.
Wstała, kierując się w stronę zlewozmywaka. Ojciec zatrzymał ją,
podniósł jej dłoń, by okręcić ją wokół siebie. Matka pozwoliła mu na to,
ale była przy tym sztywna, nie uśmiechnęła się. Przyciągnął ją do
siebie, objął, jedną rękę trzymając na plecach, drugą przykładając jej
do piersi. Matka go odepchnęła.
-?Twoja matka jest mną rozczarowana -?powiedział do mnie półgłosem,
kiedy wychodziliśmy z kuchni. Czy chciał, żeby to usłyszała, czy też
była to tajemnica przeznaczona tylko dla mnie? Tak czy inaczej,
zapisałam to w pamięci do przemyślenia na później. A jednak
rozgoryczenie w jego głosie wywołało we mnie lęk.
-?Co wieczór chciałaby chodzić do opery, prowadzić wytworne życie
kosmopolitki. A ja jestem tylko zwykłym krawcem. Krawcem, który gra w bilard.
Zrezygnowany ton głosu ojca zaniepokoił mnie. Jest w naszym mieście
dobrze znany i lubiany. Zabawny, uśmiechnięty, zawsze wydaje się w dobrym nastroju, ludzie lubią jego towarzystwo. Spotyka się z licznymi
przyjaciółmi. Uwielbia jeść (zwłaszcza szynkę; czasem przemyca ją do
naszego domu i zjada nad gazetą, w którą jest zawinięta, wpychając mi do
ust kawałki zakazanej wieprzowiny i znosząc oskarżenia matki, że kiepski
z niego wzór do naśladowania). Jego zakład krawiecki zdobył dwa złote
medale. Nie jest zwykłym rzemieślnikiem, który szyje równe szwy. Jest
mistrzem szycia na miarę. Tak poznał matkę -?przyszła do jego zakładu,
bo potrzebowała sukni, a on cieszył się wielką renomą. W młodości chciał
jednak zostać lekarzem, nie krawcem, lecz ojciec mu to odradził, a rozczarowanie samym sobą co jakiś czas powracało.
-?Nie jesteś zwyczajnym krawcem, tato -?zapewniłam go. -?Jesteś słynnym
projektantem sukni!
-?A ty będziesz najlepiej ubraną panną w całych Koszycach -
odpowiedział, klepiąc mnie po głowie. -?Masz idealną figurę, ubrania
dobrze na tobie leżą.
Wydaje się, że już znów zepchnął swoje rozczarowanie w cień. Przez
chwilę staliśmy jeszcze razem w korytarzu, żadne z nas nie chciało
odejść.
-?Wiesz, chciałem, żebyś była chłopcem -?powiedział ojciec. -?Gdy się
urodziłaś, to trzasnąłem drzwiami, taki byłem wściekły, że mam kolejną
córkę. Ale teraz tylko z tobą mogę porozmawiać. -?Pocałował mnie w czoło.
Uwielbiam, kiedy ojciec obdarza mnie uwagą. Tak jak w przypadku matki
jest ona cenna... i nietrwała. Jakby to, czy jestem warta ich miłości,
miało mniejszy związek ze mną samą, a większy z ich samotnością. Jakby
moja tożsamość nie wynikała z tego, kim jestem czy co mam, a była
jedynie miarą tego, czego brakuje każdemu z moich rodziców.
Kiedy dołączam do reszty rodziny przy śniadaniu, moje siostry witają
mnie piosenką, którą wymyśliły dla mnie, kiedy miałam trzy lata i zaczęło mi zezować oko na skutek źle wykonanego zabiegu.
-?Jesteś taka brzydka, wątła taka -?śpiewają. -?Męża nigdy nie
znajdziesz.
Przez całe lata chodziłam ze spuszczoną głową, żeby nie widzieć, jak
ludzie patrzą na moją oszpeconą twarz. Kiedy miałam dziesięć lat, miałam
operację korygującą zeza i teraz powinnam już chodzić z uniesioną głową
i uśmiechać się do nieznajomych, ale tamto zawstydzenie wciąż mi
towarzyszy, a złośliwości ze strony sióstr tylko je wzmacniają.
Magda ma dziewiętnaście lat, zmysłowe usta i loki. W naszej rodzinie to
ona jest żartownisią. Kiedy byłyśmy młodsze, pokazała mi, jak rzucać
winogrona z okna naszej sypialni, żeby trafiały do filiżanek z kawą osób
siedzących na tarasie na dole. Klara, środkowa siostra, jest cudownym
dzieckiem skrzypiec. Kiedy miała pięć lat, nauczyła się grać koncert
skrzypcowy Mendelssohna.
Jestem przyzwyczajona do bycia tą cichą, niewidzialną siostrą. Tak
bardzo wierzę w to, że jestem gorsza, że rzadko przedstawiam się własnym
imieniem. Mówię: "Jestem siostrą Klary". Nie zdaję sobie sprawy z tego,
że Magda może mieć dość odgrywania roli klauna, a Klara może nie znosić
bycia cudownym dzieckiem. Ani na sekundę nie wolno jej przestać być
niezwykłą, inaczej może wszystko stracić -?podziw, do którego przywykła,
całą swoją tożsamość. Magda i ja musimy pracować, żeby coś dostać, i wiemy, że nie dostaniemy tego wystarczająco dużo. Klara musi się
martwić, że w każdej chwili może popełnić kardynalny błąd i wszystko
stracić. Gra na skrzypcach, odkąd żyję, od trzeciego roku życia. Często
stoi przy otwartym oknie i ćwiczy, tak jakby nie mogła cieszyć się w pełni swoim talentem, dopóki nie przyciągnie uwagi przechodniów, którzy
go doświadczają. Wydaje się, że dla niej miłość nie jest nieograniczona,
ale uwarunkowana -?umawiasz się na to, że dostaniesz nagrodę za występ.
Za bycie kochanym trzeba zapłacić -?staranie o to, by ktoś cię
akceptował i podziwiał, ostatecznie oznacza w pewnym sensie znikanie.
Jemy bułki z pobliskiej piekarni, posmarowane masłem i brzoskwiniowym
dżemem mojej matki, bardziej słodkim niż kwaśnym. Nalewa kawy i rozkłada
na stole jedzenie. Ojciec już ma na szyi miarę krawiecką, a w kieszonce
na piersi kawałek kredy do rysowania na tkaninach. Magda czeka, aż matka
zaproponuje wszystkim drugą bułkę.
-?Weź, bo ja ją zjem -?namawia mnie, kiedy nie chcę wziąć.
Klara chrząka i wszyscy zwracają się ku niej, żeby usłyszeć, co chce
powiedzieć.
-?Muszę odpowiedzieć temu profesorowi w sprawie zaproszenia na studia w Nowym Jorku -?mówi, smarując ciepłą bułkę miękkim masłem.
-?Mamy w Nowym Jorku rodzinę -?mówi ojciec, w zamyśleniu mieszając kawę.
Ma na myśli swoją siostrę Matyldę, która mieszka w żydowskiej dzielnicy
imigranckiej o nazwie Bronx.
-?Nie -?odpowiada matka. -?Już o tym rozmawialiśmy. Ameryka jest za
daleko.
Myślę o tym dawno minionym wieczorze, kiedy mówiła o Ameryce z taką
tęsknotą. Być może na tym polega życie -?jest ciągłym wahaniem między
rzeczami, których nie mamy, a chcielibyśmy mieć, i tymi, które mamy, a wolelibyśmy nie mieć.
Klara zaciska szczękę.
-?Jeśli nie Nowy Jork -?mówi -?to w takim razie Budapeszt.
Zbierając naczynia ze stołu, matka smutnieje. Wesprzeć ulubione dziecko
w rozwoju kariery oznacza je stracić. A może nie chodzi o to, że Klara
ma wyjechać z domu, może chodzi o jej własne nieprzejednanie. Może matka
jest na siebie zła za to, że mówi "nie", choć chciałaby powiedzieć
"tak".
Wiecznie dobry nastrój ojca nie ustaje z powodu ciężaru decyzji Klary
czy zmartwienia, z jakim przyjęła ją matka.
-?Porozmawiamy o tym -?mówi, rozładowując ponurą atmosferę, która znów
zapanowała przy naszym stole. -?Dicuka -?mówiąc to, podaje mi kopertę -
zanieś pieniądze do szkoły, czas opłacić czesne.
Trzymam w ręce tę kopertę, czując, jak ważne jest zaufanie, którym mnie
obdarzył. A jednak przekazując mi tę odpowiedzialność, jednocześnie mnie
napomina. Tyle właśnie kosztuję rodzinę. A ile przynoszę w zamian, to
pytanie bez odpowiedzi. Pakując się do szkoły, ściskam w dłoni kopertę,
tak jakby ten uścisk miał mi pomóc ustalić, na ile się liczę, a na ile
nie, tak jakby miał mi pomóc naszkicować mapę ukazującą wymiary i granice mojej wartości. Najlepiej się czuję, kiedy jestem sama, mogę
zatopić się we własnym świecie, dlatego cenię sobie spacer do prywatnej
żydowskiej szkoły, do której uczęszczam. Ćwiczę kroki do układu do Nad
pięknym modrym Dunajem, moja klasa baletowa wystąpi z nim podczas
festiwalu nad rzeką.
Myślę o moim baletmistrzu i jego żonie, o tym, co czuję, kiedy po dwa,
trzy schody na raz wchodzę do studia, odrzucam szkolne ubranie, wkładam
body i rajstopy. Uczę się baletu, odkąd skończyłam pięć lat, a matka
wyczuła, że nie jestem muzykiem, że mam inne talenty. (Rodzice próbowali
zainteresować mnie starymi skrzypcami Klary, ale matka szybko zaczęła
wyrywać mi je z ręki, mówiąc: "wystarczy"). Balet pokochałam jednak od
pierwszej chwili. Ciocia i wujek podarowali mi tutu, którą włożyłam na
pierwszą lekcję. Jakimś cudem w studiu nie byłam nieśmiała. Podeszłam
prosto do pianisty, który grał muzykę do tańca, i zapytałam, co planuje
grać.
-?Idź, tańcz, kochanie -?odpowiedział. -?Ja się zajmę fortepianem.
W wieku ośmiu lat chodziłam już na zajęcia baletowe trzy razy w tygodniu. Lubiłam mieć coś swojego, coś innego od tego, co robiły moje
siostry. Dobrze czułam się w swoim ciele. Lubiłam ćwiczyć szpagat,
baletmistrz powtarzał nam, że siła i elastyczność są ze sobą
nierozerwalnie związane -?żeby jeden mięsień mógł się napiąć, inny musi
się rozciągnąć. Aby osiągnąć gibkość i wytrzymałość, musimy mieć silne
kręgosłupy. Powtarzałam sobie w głowie te zasady jak modlitwę.
Schodziłam w dół, kręgosłup prosty, napięte mięśnie brzucha, nogi
rozciągają się na boki. Pamiętałam o oddechu, zwłaszcza w chwilach,
kiedy poczułam, że się zatrzymałam. Wyobrażałam sobie, że moje ciało
rozciąga się jak struny skrzypiec mojej siostry, odnajdując ten
dokładnie moment naprężenia, dzięki któremu cały instrument zaczyna
wydawać dźwięk. I już byłam na dole. Udało się. Pełny szpagat.
-?Brawa! -?Baletmistrz zaklaskał dla mnie. -?Teraz się nie ruszaj.
Podniósł mnie z podłogi, uniósł ponad głowę. Trudno było mi utrzymać
nogi w pełnym szpagacie bez podłogi, o którą mogłam się oprzeć, ale
przez chwilę czułam się jak złożona w ofierze. Jak czyste światło.
-?Editke -?nauczyciel zwrócił się do mnie -?wszelka ekstaza w twoim
życiu będzie się brała z wnętrza.
Nie rozumiem jeszcze tak naprawdę, co miał na myśli. Wiem jednak, że
umiem oddychać, obracać się, kopać i schylać. Że kiedy moje mięśnie
rozciągają się i wzmacniają, każdy ruch, każda poza woła: "Jestem,
jestem, jestem. Jestem mną. Jestem kimś".
Porywa mnie fantazja, tańczę już swój własny taniec, o tym, jak spotkali
się moi rodzice. Odgrywam obie role. Matka wchodzi do pokoju, ojciec
błaznuje, udając niedowierzanie. Ona obraca się prędzej, podskakuje
wyżej. Całe moje ciało to radosny śmiech. Nigdy nie widziałam, żeby
matka się radowała, nigdy nie słyszałam, żeby śmiała się naprawdę
szczerze, ale we własnym ciele odczuwam nieograniczone źródło jej
szczęścia.
Idę do szkoły, a tam okazuje się, że zniknęły pieniądze, które tato dał
mi na opłacenie czesnego za cały kwartał. W tanecznym zapomnieniu gdzieś
je zgubiłam. Sprawdzam każdą kieszeń i każdą plisę w ubraniach, ale
pieniędzy nie ma. Przez cały dzień strach przed ujawnieniem tego ojcu
jest jak palący lód w żołądku.
Tego wieczora w domu czekam, aż będzie po kolacji, żeby zebrać się na
odwagę i powiedzieć ojcu, co zrobiłam. Nie może na mnie patrzeć, kiedy
podnosi pięść i bierze do ręki pas. Po raz pierwszy w życiu mnie bije,
nigdy żadnej z nas jeszcze nie zbił. Kończy i nie odzywa się do mnie.
Wcześnie idę do łóżka, nie skończyłam jeszcze zadania domowego, wciąż
pieką mnie plecy i pośladki. Bardziej niż świeże ślady po uderzeniu na
skórze boli mnie poczucie, że coś jest ze mną nie tak. Wkrótce przekonam
się, że to samotne miejsce w moim wnętrzu, do którego się udaję, to mój
zasób, narzędzie przetrwania, ale dziś wieczorem moja wyobraźnia wydaje
mi się aberracją. Okropną wadą.
Pod kołdrę wciągam lalkę. Ma na imię Malutka. Ma długie, kręcone, ciemne
włosy i zielone oczy, które się otwierają i zamykają. Zielone oczy, jak
ojciec. To piękna lalka, najlepsze, co mam. Szepczę do jej gładkiego
porcelanowego ucha.
-?Chciałabym umrzeć, żeby cierpiał za to, co mi zrobił -?mówię ze
ściśniętymi w ciemnościach powiekami.
Malutka nie odpowiada, jakby zastanawiała się nad tą obezwładniającą
mnie złością na ojca -?i na siebie samą. Nie powstrzymuję tego gniewu.
Rośnie we mnie coraz bardziej. Mówienie najgorszych rzeczy sprawia
przyjemność.
-?Nie -?szepczę do lalki głosem zmienionym przez łzy -?chciałabym -
napięcie rośnie -?chciałabym... -?Powiem to, to najgorsze, najbardziej
brutalne coś, co jestem w stanie wymyślić. To zdanie tak straszne, że
nigdy nie będę mogła go odwołać, które, choć jeszcze tego nie wiem,
będzie mnie prześladować, będzie wybrzmiewać w mojej głowie podczas o wiele gorszych nocy, w znacznie gorszych czasach. -?Chciałabym, żeby
ojciec umarł -?mówię.
Dziś Malutka nie odpowiada, w ciemności jej oczy są zamknięte, jak
kurtyna miękko opadająca na scenę.