Mój pierwszy raz na Bali
Czternaście tysięcy kilometrów. Dwadzieścia dwie godziny podróży, jeśli trafi się dobre połączenie lotnicze. W cenie biletu dwadzieścia pięć kilogramów bagażu, który musi wystarczyć na kilka miesięcy. W połowie drogi przerwa na rozprostowanie nóg w Dubaju albo Dosze, jeśli ma się szczęście. Potem jeszcze tylko taksówka z lotniska i dom.
Oto dystans pomiędzy moim domem a... domem. Jak to się stało?
Przygodę z Azją Południowo-Wschodnią rozpoczęłam w 2015 roku, w Tajlandii, w trakcie swoich pierwszych prawdziwie egzotycznych wakacji. Miałam za sobą bardzo ciężki rok, więc traktowałam je jak wybawienie. Na wyspę Phuket wybraliśmy się z moim chłopakiem w listopadzie, kiedy w Polsce zaczynało się robić naprawdę zimno i paskudnie. Nigdy nie zapomnę pierwszego powiewu ciepłego, wilgotnego powietrza na twarzy po wyjściu z lotniska. Pamiętam też swoją ulubioną plażę opodal hotelu i pierwszy zakup na tajskim bazarze, najtańszy hamak. Rozwiesiłam go między drzewami. I właśnie leżąc w tymże hamaku, pomyślałam, że takie życie chciałabym wieść. Że o takie życie warto zawalczyć.
- A co, gdybyśmy nie wrócili? Gdybyśmy zostali w tym cudownym raju przez całą zimę? - zapytałam mojego chłopaka.
Nie chciałam spędzić życia zamknięta w mieszkaniu i w biurze, na zmianę. Chciałam pracować na świeżym powietrzu, chodzić boso po plaży, oddychać słonym powietrzem, jeść przepyszne zdrowe jedzenie każdego dnia.
Wtedy wrócić musieliśmy, ale w mojej głowie powstał już plan. A kiedy coś sobie wymyślam, marzenia szybko stają się rzeczywistością. Przez cały rok pracowaliśmy i odkładaliśmy pieniądze, żeby równo po dwunastu miesiącach stanąć ponownie na tajskiej ziemi. Na początku naszej pierwszej półrocznej podróży.
Nasze mieszkanie na Phuket stało się bazą wypadową. Udało się nam odwiedzić siedem krajów i zobaczyć piętnaście mniej lub bardziej rajskich wysp. Przygodą okazała się zarówno jazda pociągiem do Kambodży, jak i powrót stamtąd przeładowanym busem. Zobaczyliśmy nowoczesny Hongkong i Makau, stolicę hazardu. Zakochaliśmy się w białym miękkim piasku malezyjskich wysp. Zaliczyliśmy kilkukrotnie Singapur i posmakowaliśmy Wietnamu, zarówno na północy, jak i na południu. Nigdy nie zapomnę smaku chrupiących bagietek w Sajgonie po pięciu miesiącach w Tajlandii, kraju, w którym królem glutenu jest co najwyżej chleb tostowy. Ale żadna z tych podróży nie zapadła mi w serce i w głowę jak wyprawa na Bali.
"Nowy tydzień rozpoczęliśmy na rajskiej Bali. Spędziliśmy pięć dni, korzystając z uroków imprezowego Seminyaku i malowniczego Ubud. Zakochałam się w tej wyspie od pierwszego wejrzenia! Przemili ludzie, dziesiątki klimatycznych i pięknych miejsc, urozmaicona kuchnia, mnóstwo knajpek dla Europejczyków stęsknionych za normalnym śniadaniem, piękne plaże i zapierające dech w piersiach zachody słońca, świetne pamiątki do kupienia na każdym rogu. O Bali można by z pewnością napisać książkę, ale pięć dni to za mało, żeby fachowo wypowiedzieć się w temacie". Dokładnie tak napisałam o Bali na swoim blogu 26 stycznia 2017 roku, krótko po mojej pierwszej wizycie na wyspie. Dziś, prawie sześć lat później, powstaje ta książka. Wciąż nie mogę w to uwierzyć!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki