Ballada o trzech cyprysach
Szedł już nie ledwie, lecz wcale. Piach zimny się stawał,
Noc coraz głębsza już wszędzie.
I szedł tak w mozole cały dzień,
Gdy nagle, ujrzał w ciemnościach cyprysy trzy ranny Sertazar.
Rana głęboka po ostrzu handżara,
Ból z głodem szarpią mu ciało.
Zimniej wciąż było, spać z bólu się chciało,
Runął bezwładnie na swe zbolałe kolana.
Długo tak leżał, acz sen mu wciąż coś przerywa,
Powieki wolno w boleści rozchyla.
Znów cyprys swą smukłość wychyla,
I jakieś kształty, kolor przestrzeń rozrywa.
Nie wierz cyprysom (cyprysy cicho gwarzą)
Śmierć coraz bliżej już ciebie
Bo jak kobieta w chwili ostatniej cię zdradzą
A śmierć blisko, coraz bliżej jest ciebie
Dreszcz i gorączka ciałem trzęsą młodziana,
Ból w oczach ostrość rozmywa.
Zbladła twarz Sertazara... twarz dziwnie wykrzywia,
Przed okiem czy w oczach? Postać niespodziewana.
Karzeł nagi wchodzi przez igły do cyprysa,
Kroków tych tyle niezgrabnych stawia.
I się chybocze, rzekłabyś, brzydka postać naga,
Tłustych strąk włosów z pleców się zwisa.
I już wychodzi, ale jak inaczej,
W burnusie białym, przepasanym złotem.
Na psie dużym jadąc wielkookim,
Włos mu się świeży mieni w majestacie.
Irbis gdzieś blisko zaświecił oczyma,
Kieł swój odbija w księżycu.
Żmija tuż sunie. Jad na języku,
Coraz jest bliżej gadzina.
Sertazar ciężko serce swe słyszy,
A serce jak dzwon wielki bije.
I tylko bicie w ciszy nie ginie,
Sertazar ciężej już dyszy.
Sam jesteś, sam na pustyni
I sam umierasz, tylko z cyprysami
Życie jest krótkie, nierówne z igłami naszymi
A tyś zdradzony, nierównyś jest z nami
Karzeł z cyprysa wciąż tak samo wyczynia,
Z nagości raz w sukna się zmienia.
Wtem, patrz!, karlica go onieśmiela,
Kobiecość swą karlą w podstępie wypina.
Serce i karzeł, ponad tym Sertazar,
Słyszy to wszystko i widzi.
Pies wielkooki spojrzeniem ohydzi,
- Śmierć żyjącego przeraża!
Umilknij serce! Serce nie bije...
Sertazar już tylko widzi.
- Czy to jest śmierć? Wszak spojrzę i widzę? a serce mówi: Nie żyjesz!
O Sertazarze, karzeł twą dłoń bladą chwyta,
Pies cię okrakiem na sobie sadza.
Karlica muśnięciem ust karlich cię wita,
I jak on wtedy tak ty teraz w cyprysie znikasz.
Miłość i życie cyprys ci zastąpi
Bo życia, miłości już nie ma!
A kto w cyprysy śmie choćby na moment zwątpić
Ten życia, miłości już nie ma!