.
Kiedy pod koniec 2017 roku planowaliśmy naszą pierwszą podróż do Bangkoku, poświęciłam sporo czasu lekturze internetowych forów. W gąszczu wskazówek wciąż przebijał się jeden, niemal nakazujący komunikat: "Szkoda czasu na Bangkok - dzień, góra dwa i uciekajcie na wyspy". Zaskoczył mnie chór głosów wtórujących tej opinii, często wręcz zniechęcających do jakiegokolwiek dłuższego pobytu w stolicy. Nie miałam wątpliwości, że Tajlandia pełna jest miejsc znacznie bardziej malowniczych i rajskich niż Bangkok, o czym przekonaliśmy się wielokrotnie w kolejnych latach. A jednak - ta zero-jedynkowa ocena podskórnie zdawała mi się nad wyraz niesprawiedliwa.
.
Jeśli sięgnęliście po którąś z trzech moich książek o Turcji, wydanych nakładem Wydawnictwa Pascal, wiecie już, że uwielbiam Stambuł. Lubię powtarzać, że to miasto jedyne w swoim rodzaju: niedające sprowadzić się do jednego mianownika i nieporównywalne z żadnym innym ani w samej Republice Turcji, ani poza nią. Gdybym jednak miała wskazać drugie miejsce o podobnym nerwie i chaosie, o pokrewnej zdolności łączenia piękna z brzydotą, a także o tak wielowarstwowej strukturze historii i nieoczywistych kontrastach, byłby nim właśnie Bangkok. Choć oba te światy dzieli dostatecznie wiele, by na pozór nie miały ze sobą punktów stycznych, moje serce podbiły z zaskakująco podobnych powodów.
Odkąd pamiętam, kocham miasta - szczególnie te największe. Lubię je nie tylko zwiedzać, lecz także, a może przede wszystkim, czytać i próbować zrozumieć, nierzadko gubiąc się w ich uliczkach, napięciach i ukrytych znaczeniach. Wiele z tej pasji zawdzięczam studiom kulturoznawczym na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. To tam, w ramach specjalizacji poświęconej sztuce miasta, miałam okazję uczyć się pod okiem prof. Ewy Rewers, jednej z kluczowych postaci polskich studiów miejskich. Zanim jednak uniwersyteckie ściany ubrały tę fascynację w akademicką wiedzę, wielkie metropolie przyciągały mnie do siebie czysto instynktownie.
Kiedy więc wraz z Marcinem, autorem wszystkich fotografii ilustrujących tę książkę, a prywatnie moim mężem, po raz pierwszy postawiliśmy stopy na płycie lotniska Suvarnabhumi, podświadomie czułam, że to wyśnione od lat miasto ma ogromne szanse mnie oczarować. Rzeczywistość bardzo szybko potwierdziła te przeczucia.
Wielu podróżnych celowo omija Bangkok lub zatrzymuje się w nim tylko na chwilę. Dla nas stał się jednym z ulubionych miejsc na Ziemi.
Nasze pobyty w Tajlandii od dawna nie przypominają już klasycznego zwiedzania. Stały się raczej niespiesznym i uważnym zanurzeniem w lokalnym rytmie. Kolejne strony tej książki są bezpośrednim efektem tych doświadczeń. Wyruszymy wspólnie w miejsca warte odwiedzenia nie tylko ze względu na ich walory turystyczne, ale przede wszystkim dlatego, że pozwalają poczuć i zrozumieć Bangkok. W tych podróżach nierzadko towarzyszyć nam będą nasze wspomnienia, kulturowe ciekawostki, muzyka i miejskie legendy. Dotrzemy tam, gdzie tajlandzka metropolia przestaje być jedynie miejscem tranzytowym lub - jak często pragną widzieć ją odwiedzający - całodobową restauracją, a staje się wielozmysłowym fascynującym doświadczeniem.
Wspomnienie naszej pierwszej podróży do Bangkoku w 2017 roku. Od tamtego momentu corocznie zima oznacza dla nas +30°C.
Dziś, po niespełna dziesięciu latach regularnych podróży do stolicy Tajlandii, wiem już na pewno, że pominięcie lub niedocenienie Bangkoku w naszym pierwszym planie zwiedzania kraju byłoby nie tylko poważnym błędem, lecz także dotkliwą stratą dla moich zmysłów - smaku, wzroku, węchu i słuchu.
Mam nadzieję, że lektura tej książki uchroni Was przed poświęceniem stolicy Tajlandii zbyt mało czasu i odebraniem sobie szansy na jedną z najbardziej intensywnych, barwnych i nieprzewidywalnych przygód, jakie potrafi zaoferować Azja Południowo-Wschodnia.
Świątynia Wat Arun nad Chao Phraya, gdy Bangkok powoli zanurza się w wieczornym świetle.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki