Barcelono, bon dia!
Nigdy nie zapomnę chwili, w której po raz pierwszy zobaczyłem Barcelonę z lotu ptaka. Jest wrzesień 2017 roku i zaraz znajdę się na lotnisku El Prat. Maszyna spokojnie podchodzi do lądowania wzdłuż wybrzeża, więc mogę podziwiać miasto od strony morza. Mam szczęście, bo jest bardzo słonecznie, odchylam się do okna, żeby zobaczyć coś więcej (znów dostałem miejsce na środku). Widzę metropolię migoczącą i przyciągającą, odbijającą promienie słoneczne, które wyglądają tak, jakby chciały się do mnie uśmiechnąć. O Barcelonie wiem, że jest tu ciepło, jest morze, mamy klub FC Barcelona i mówi się po hiszpańsku (chyba). To niewiele. Lecę zupełnie nieświadomy tego, że za kilka lat będę mógł nazwać to miasto swoim domem. W bagażu podręcznym wiozę jedynie letnie ciuchy (no bo kto by płacił za bagaż rejestrowany, wszystko da się upchnąć), trochę euro i tradycyjny przewodnik po Barcelonie. Jestem nastawiony na intensywne zwiedzanie ze znajomymi (tak zwane odhaczanie), czyli zobaczenie jak największej liczby zabytków w kilka dni (no bo te noclegi są takie drogie). Wysiadam i idę do hali przylotów. Już widzę, że jedno z moich założeń nie jest prawdziwe, mamy tu trzeci język na tablicach oprócz hiszpańskiego i angielskiego. To kataloński. Pierwszy raz słyszę go od taksówkarza, który bierze nasze bagaże. Bon dia - mówi. Odpowiadam - Hola! (wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy to faux pas) i rozpoczynam pisanie własnej historii z Barceloną w roli głównej.
Barcelona nie jest większa od Białegostoku (101,4 km? vs 102,1 km? na korzyść polskiego miasta). Stolica Katalonii, będąca drugim największym miastem w Hiszpanii po Madrycie, jest ograniczona z jednej strony górami, ze słynnym Tibidabo (512 m n.p.m.) jako najwyższym szczytem (dla fanów serialu Przyjaciele: to ta sama góra, której Joey używał jako historii na podryw), a z drugiej Morzem Śródziemnym.
Obszar o powierzchni 101,4 km? zamieszkuje 1,6 mln ludzi (w Białymstoku mieszka ciut poniżej 300 tys. osób, więc raczej jest tu tłoczno), z czego 1,1 mln jest Hiszpanami, a około 0,5 mln urodziło się poza granicami kraju (zatem narodowości też jest sporo). Najlepiej widać, jak gęsto zaludnione jest to miasto, patrząc na nie z różnych punktów widokowych, które moim zdaniem są jednymi z najpiękniejszych atrakcji (i darmowych!). Moim ulubionym miejscem na podziwianie Barcelony z góry jest Bunkers del Carmel, który w latach 30. XX wieku, podczas hiszpańskiej wojny domowej, służył jako punkt obrony przeciwlotniczej republiki przeciw reżimowym nalotom ze strony frankistów. Opowiedzenie się po lewicowej, czyli republikańskiej, stronie konfliktu miało ogromny wpływ na przyszłość stolicy Katalonii i ludzi ją zamieszkujących (i to nawet dziś). Siedząc tutaj wieczorem, łatwo sobie wyobrazić lata wojny, gdy ze znajdujących się w pobliżu stanowisk artyleryjskich ostrzeliwano oświetlone wrogie bombowce, zmierzające na miasto w ciemności.
Najpiękniejszy widok na miasto z Bunkers del Carmel
Barcelonę albo się kocha, albo się jej nie lubi (mam nadzieję, że jeśli komuś nie przypadła do gustu, po przeczytaniu tej książki zmieni zdanie). Ja zdecydowanie należę do tych, którzy mają to miasto w sercu. Wiele ludzi zraziło się do metropolii, bo nie zdążyło jej dobrze poznać albo trafiło na turystyczne pułapki (broń, Panie Boże, przed paellą na słynnej Las Ramblas).
Słowo "turysta" obecnie zyskuje negatywne zabarwienie głównie dlatego, że to osoba, która przybywa do miasta w celu niekontrolowanej zabawy. Problemem barcelończyków są ludzie, którzy przeszkadzają w normalnym życiu, wrzeszcząc wniebogłosy o trzeciej w nocy, wyrzucając śmieci gdzie popadnie czy załatwiając po alkoholu potrzeby fizjologiczne w okolicznej bramie.
Osoby potrafiące się zachować przyzwoicie na pewno polubią atmosferę tego niezwykłego miejsca (nawet spacer z piwem w ręku jest akceptowany, mimo że grozi za to mandat). Jeśli dodatkowo przyswoją sobie kilka zwrotów po katalońsku (wystarczy zwykłe bon dia, czyli dzień dobry), mogą się nazwać początkującymi podróżnikami (może trochę na wyrost, ale to więcej, niż ja wiedziałem przed przyjazdem do Barcelony). Pamiętajcie, nic tak nie zbliża ludzi jak powitanie człowieka z innego kraju w jego własnym języku.
Podróżnik przed wyjazdem zbiera informacje o regionie, chce poznać inną kulturę oraz innych ludzi i przede wszystkim pragnie przeżyć coś więcej. To go odróżnia od typowego turysty - on dosłownie przeprowadza się choć na kilka dni lub tygodni do nieznanych miejsc, chłonie ich atmosferę i każdego dnia odkrywa coś nowego.
Nie zgadzam się z osobami, które twierdzą, że w Barcelonie jest tylko tłum ludzi i nie ma nic ciekawego do odkrycia. Mimo że mieszkam tu ponad trzy lata, miasto wciąż mnie zaskakuje i ciągle na nowo odkrywam zarówno je, jak i Katalonię. Wystarczy zejść z utartych szlaków, aby się dowiedzieć, że ludzie, którzy mieszkają w tym tak odległym od nas regionie, mają dużo wspólnego z Polakami.
Wracając do historii z 2017 roku, muszę wyjaśnić, że tak, można odpowiedzieć hola na katalońskie bon dia. Moja odpowiedź po katalońsku nie wpłynęła na niższy rachunek, taksówkarz i tak ze mnie zdarł - cudów nie ma. Jeśli ktoś chce być perfekcyjny, powinien pamiętać, że rano należy mówić bon dia, po południu bona tarda, a na dobranoc bona nit.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki