Barcelona. W blasku Sagrady, w cieniu palm - Krzysztof Monastyrski

Kup ebooka

59.99 zł
49.19 zł (43,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bar­ce­lono, bon dia!

Nigdy nie za­po­mnę chwili, w któ­rej po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem Bar­ce­lonę z lotu ptaka. Jest wrze­sień 2017 roku i za­raz znajdę się na lot­ni­sku El Prat. Ma­szyna spo­koj­nie pod­cho­dzi do lą­do­wa­nia wzdłuż wy­brzeża, więc mogę po­dzi­wiać mia­sto od strony mo­rza. Mam szczę­ście, bo jest bar­dzo sło­necz­nie, od­chy­lam się do okna, żeby zo­ba­czyć coś wię­cej (znów do­sta­łem miej­sce na środku). Wi­dzę me­tro­po­lię mi­go­czącą i przy­cią­ga­jącą, od­bi­ja­jącą pro­mie­nie sło­neczne, które wy­glą­dają tak, jakby chciały się do mnie uśmiech­nąć. O Bar­ce­lo­nie wiem, że jest tu cie­pło, jest mo­rze, mamy klub FC Bar­ce­lona i mówi się po hisz­pań­sku (chyba). To nie­wiele. Lecę zu­peł­nie nie­świa­domy tego, że za kilka lat będę mógł na­zwać to mia­sto swoim do­mem. W ba­gażu pod­ręcz­nym wiozę je­dy­nie let­nie ciu­chy (no bo kto by pła­cił za ba­gaż re­je­stro­wany, wszystko da się upchnąć), tro­chę euro i tra­dy­cyjny prze­wod­nik po Bar­ce­lo­nie. Je­stem na­sta­wiony na in­ten­sywne zwie­dza­nie ze zna­jo­mymi (tak zwane od­ha­cza­nie), czyli zo­ba­cze­nie jak naj­więk­szej liczby za­byt­ków w kilka dni (no bo te noc­legi są ta­kie dro­gie). Wy­sia­dam i idę do hali przy­lo­tów. Już wi­dzę, że jedno z mo­ich za­ło­żeń nie jest praw­dziwe, mamy tu trzeci ję­zyk na ta­bli­cach oprócz hisz­pań­skiego i an­giel­skiego. To ka­ta­loń­ski. Pierw­szy raz sły­szę go od tak­sów­ka­rza, który bie­rze na­sze ba­gaże. Bon dia - mówi. Od­po­wia­dam - Hola! (wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łem, czy to faux pas) i roz­po­czy­nam pi­sa­nie wła­snej hi­sto­rii z Bar­ce­loną w roli głów­nej.

Bar­ce­lona nie jest więk­sza od Bia­łe­go­stoku (101,4 km? vs 102,1 km? na ko­rzyść pol­skiego mia­sta). Sto­lica Ka­ta­lo­nii, bę­dąca dru­gim naj­więk­szym mia­stem w Hisz­pa­nii po Ma­dry­cie, jest ogra­ni­czona z jed­nej strony gó­rami, ze słyn­nym Ti­bi­dabo (512 m n.p.m.) jako naj­wyż­szym szczy­tem (dla fa­nów se­rialu Przy­ja­ciele: to ta sama góra, któ­rej Joey uży­wał jako hi­sto­rii na pod­ryw), a z dru­giej Mo­rzem Śród­ziem­nym.

Ob­szar o po­wierzchni 101,4 km? za­miesz­kuje 1,6 mln lu­dzi (w Bia­łym­stoku mieszka ciut po­ni­żej 300 tys. osób, więc ra­czej jest tu tłoczno), z czego 1,1 mln jest Hisz­pa­nami, a około 0,5 mln uro­dziło się poza gra­ni­cami kraju (za­tem na­ro­do­wo­ści też jest sporo). Naj­le­piej wi­dać, jak gę­sto za­lud­nione jest to mia­sto, pa­trząc na nie z róż­nych punk­tów wi­do­ko­wych, które moim zda­niem są jed­nymi z naj­pięk­niej­szych atrak­cji (i dar­mo­wych!). Moim ulu­bio­nym miej­scem na po­dzi­wia­nie Bar­ce­lony z góry jest Bun­kers del Car­mel, który w la­tach 30. XX wieku, pod­czas hisz­pań­skiej wojny do­mo­wej, słu­żył jako punkt obrony prze­ciw­lot­ni­czej re­pu­bliki prze­ciw re­żi­mo­wym na­lo­tom ze strony fran­ki­stów. Opo­wie­dze­nie się po le­wi­co­wej, czyli re­pu­bli­kań­skiej, stro­nie kon­fliktu miało ogromny wpływ na przy­szłość sto­licy Ka­ta­lo­nii i lu­dzi ją za­miesz­ku­ją­cych (i to na­wet dziś). Sie­dząc tu­taj wie­czo­rem, ła­two so­bie wy­obra­zić lata wojny, gdy ze znaj­du­ją­cych się w po­bliżu sta­no­wisk ar­ty­le­ryj­skich ostrze­li­wano oświe­tlone wro­gie bom­bowce, zmie­rza­jące na mia­sto w ciem­no­ści.

Naj­pięk­niej­szy wi­dok na mia­sto z Bun­kers del Car­mel

Bar­ce­lonę albo się ko­cha, albo się jej nie lubi (mam na­dzieję, że je­śli ko­muś nie przy­pa­dła do gu­stu, po prze­czy­ta­niu tej książki zmieni zda­nie). Ja zde­cy­do­wa­nie na­leżę do tych, któ­rzy mają to mia­sto w sercu. Wiele lu­dzi zra­ziło się do me­tro­po­lii, bo nie zdą­żyło jej do­brze po­znać albo tra­fiło na tu­ry­styczne pu­łapki (broń, Pa­nie Boże, przed pa­ellą na słyn­nej Las Ram­blas).

Słowo "tu­ry­sta" obec­nie zy­skuje ne­ga­tywne za­bar­wie­nie głów­nie dla­tego, że to osoba, która przy­bywa do mia­sta w celu nie­kon­tro­lo­wa­nej za­bawy. Pro­ble­mem bar­ce­loń­czy­ków są lu­dzie, któ­rzy prze­szka­dzają w nor­mal­nym ży­ciu, wrzesz­cząc wnie­bo­głosy o trze­ciej w nocy, wy­rzu­ca­jąc śmieci gdzie po­pad­nie czy za­ła­twia­jąc po al­ko­holu po­trzeby fi­zjo­lo­giczne w oko­licz­nej bra­mie.

Osoby po­tra­fiące się za­cho­wać przy­zwo­icie na pewno po­lu­bią at­mos­ferę tego nie­zwy­kłego miej­sca (na­wet spa­cer z pi­wem w ręku jest ak­cep­to­wany, mimo że grozi za to man­dat). Je­śli do­dat­kowo przy­swoją so­bie kilka zwro­tów po ka­ta­loń­sku (wy­star­czy zwy­kłe bon dia, czyli dzień do­bry), mogą się na­zwać po­cząt­ku­ją­cymi po­dróż­ni­kami (może tro­chę na wy­rost, ale to wię­cej, niż ja wie­dzia­łem przed przy­jaz­dem do Bar­ce­lony). Pa­mię­taj­cie, nic tak nie zbliża lu­dzi jak po­wi­ta­nie czło­wieka z in­nego kraju w jego wła­snym ję­zyku.

Po­dróż­nik przed wy­jaz­dem zbiera in­for­ma­cje o re­gio­nie, chce po­znać inną kul­turę oraz in­nych lu­dzi i przede wszyst­kim pra­gnie prze­żyć coś wię­cej. To go od­róż­nia od ty­po­wego tu­ry­sty - on do­słow­nie prze­pro­wa­dza się choć na kilka dni lub ty­go­dni do nie­zna­nych miejsc, chło­nie ich at­mos­ferę i każ­dego dnia od­krywa coś no­wego.

Nie zga­dzam się z oso­bami, które twier­dzą, że w Bar­ce­lo­nie jest tylko tłum lu­dzi i nie ma nic cie­ka­wego do od­kry­cia. Mimo że miesz­kam tu po­nad trzy lata, mia­sto wciąż mnie za­ska­kuje i cią­gle na nowo od­kry­wam za­równo je, jak i Ka­ta­lo­nię. Wy­star­czy zejść z utar­tych szla­ków, aby się do­wie­dzieć, że lu­dzie, któ­rzy miesz­kają w tym tak od­le­głym od nas re­gio­nie, mają dużo wspól­nego z Po­la­kami.

Wra­ca­jąc do hi­sto­rii z 2017 roku, mu­szę wy­ja­śnić, że tak, można od­po­wie­dzieć hola na ka­ta­loń­skie bon dia. Moja od­po­wiedź po ka­ta­loń­sku nie wpły­nęła na niż­szy ra­chu­nek, tak­sów­karz i tak ze mnie zdarł - cu­dów nie ma. Je­śli ktoś chce być per­fek­cyjny, po­wi­nien pa­mię­tać, że rano na­leży mó­wić bon dia, po po­łu­dniu bona tarda, a na do­bra­noc bona nit.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki