Rozdział 1
Chcę mieć psa!
Koniec czerwca był bardzo upalny. Powietrze stało nieruchomo między domami. Asfalt zmiękł i uginał się pod stopami. Basia zastanawiała się, czy dałoby się go wydłubać. Mogłaby z niego ulepić czarnego pieska.
- Basiu, nie stawaj na jezdni - upomniała ją Mama.
Wracały właśnie z Jankiem i Frankiem z targu. Mama pchała wózek obładowany zakupami. Basia i Janek nieśli mniejsze siatki.
- Dlaczego fasolka jest taka ciężka? - spytała Basia. - Waży chyba z tysiąc kilo.
- Moje ziemniaki ważą milion - wygłosił ponuro Janek i odstawił swoją siatkę na chodnik.
Tur, tur, tur... Ze środka wytoczyły się młode ziemniaczki. Basia usiadła obok nich na chodniku. Spojrzała w niebo. Nie było na nim nawet jednej chmurki.
- Gdybym była mewą, poleciałabym teraz nad morze - powiedziała.
- Właśnie, dlaczego nigdzie nie wyjeżdżamy? - spytał Janek.
- Pojedziemy, nie martw się - uspokoiła go Mama.
- Dzisiaj?
- Jak tylko Tata dostanie urlop.
- Czyli nigdy! - Janek kopnął ziemniaczka na ulicę.
- Tak źle nie będzie - powiedziała Mama. - A teraz sprzątnij ziemniaki i chodźmy. Zaraz się usmażę na skwarkę.
- Am, am! - ucieszył się Franek.
- Nie mogę się schylać. Jest za gorąco - oświadczył Janek.
- Jak to zrobisz, pójdziemy na lody. O ile dożyjemy do tego czasu... - Mama westchnęła i otarła pot z czoła.
Jakoś dowlekli się do lodziarni. Basia zamówiła dwie kulki.
- To dziwne - powiedziała, kiedy je zjadła. - Teraz fasolka jest lżejsza. Może powinnam zjeść jeszcze trzecią kulkę?
- Możesz zjeść moją - powiedział Janek ponuro. - Leży na chodniku.
- Am, am! - zgłosił się Franek. Jego własne lody zamieniły się w malinowe jeziorko na dnie wózka.
Janek przeskoczył przez topniejącą na chodniku lodową papkę. Przy okazji nadepnął na linię między płytami.
- Uważaj! - krzyknęła Basia. - Tam jest lawa. Zaleje cię i będziesz umarnięty!
- Mam to w nosie - burknął Janek.
- Nieprawda. W nosie masz babole - poprawiła go Basia.
- Sama jesteś babol - zdenerwował się Janek.
- Nie babol, tylko Barbar - zachichotała Basia.
Przeskoczyła na sąsiednią płytę bez dotykania linii. I o mało nie wskoczyła w psią kupę.
- No pięknie... - skomentowała Mama. - Znowu ktoś nie sprzątnął po swoim psie.
- Ja bym sprzątała - oświadczyła Basia. - Gdybym miała psa. Mamo, czy mogę mieć psa?
- Nie, Basiu. Wiesz, że nie. Rozmawiałyśmy o tym już tyle razy.
- Ile?
- Wystarczająco dużo, żebyś wiedziała, jaka jest odpowiedź.
Basia weszła na linię. Celowo.
- Ale ja chcę mieć psa! - krzyknęła. - Jak nie mogę mieć psa, to też będę umarnięta - powiedziała.
- Teraz oboje jesteśmy nieżywi - wygłosił Janek grobowym głosem.
- To jak wrócicie do domu? - spytała Mama.
Basia wzruszyła ramionami. Mama czasem nic nie rozumiała.
- Normalnie - odpowiedziała. - Na umarniętych nogach.
Zapadł wieczór i wreszcie zrobiło się odrobinę chłodniej. Basia siedziała na parapecie w swoim pokoju. Wyglądała przez okno. Na trawniku pod domem rudy jamnik podniósł łapę do siusiania. Potem obszczekał krzaczek. Za ścianą Janek kopał piłkę. Łup, łup - odbijał ją od drzwi. W sypialni Tata usiłował uśpić Franka. A Mama chodziła po mieszkaniu i zbierała brudy. Weszła do pokoju Basi. Podniosła leżące na środku podłogi spodnie.
- Znowu dziura - mruknęła. - Ile dziur można zrobić w ciągu tygodnia?
Basia odkleiła nos od szyby.
- Dlaczego nie mogę mieć psa? - zapytała.
- Oj, Basiu... Znowu do tego wracasz? - Mama usiadła na łóżku. - Chodź tu do mnie - poprosiła.
Basia zsunęła się z parapetu i wgramoliła na materac.
- Dlaczego? - spytała. - Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Gdybym dostała psa, mogłabym nie jeść słodyczy do końca życia!
- Tego nikt by od ciebie nie wymagał. - Mama się roześmiała. - Nie możesz mieć psa z wielu powodów. Pies to wielka odpowiedzialność. Trzeba mieć czas, żeby się nim zajmować.
- Ja mam czas! Mnóstwo czasu! Całe wakacje.
- Kiedy ma się psa, nie wszędzie można wyjechać.
- Nie chcę wyjeżdżać wszędzie! - krzyknęła Basia. Za ścianą ucichło kopanie. - Chcę mieć psa!
- Przecież masz żółwia - przypomniała jej Mama.
- Kłócicie się? - spytał Janek. Stał w progu pokoju z piłką pod pachą.
- Mama mówi, że nie mogę mieć psa - wyjaśniła Basia.
- I co z tego? - Janek wzruszył ramionami. - Przecież zawsze tak mówi.
- Dlaczego zawsze tak mówisz? - dopytywała Basia. - I dlaczego nie mogę mieć psa?
- Po wakacjach wrócicie do przedszkola i szkoły - powiedziała Mama. - Wtedy to ja będę musiała zajmować się psem. Nie wiem, czy znajdę na to czas.
- A kiedy się dowiesz? - Basia nie ustępowała.
- Pies oznacza nowe obowiązki - ciągnęła Mama. - Na przykład więcej sprzątania. Wy z Jankiem już teraz ledwo radzicie sobie z bałaganem w pokojach.
- Nie wiem, o czym mówisz - zastrzegł się Janek.
Basia rozejrzała się wokoło. Jak to się stało, że wszędzie leżały jakieś rzeczy? Przecież jeszcze przed chwilą był porządek!
- To niesprawiedliwe - burknęła.
- Co takiego? - spytała Mama. - To, że musicie sprzątać?
- To, że bałagan się zrobił. I że nie mogę mieć psa - wyjaśniła Basia. - Bez psa nic nie ma sensu.
- Nawet wakacje? - upewniła się Mama. - Przecież chcieliście wyjechać.
- Czy jak wyjedziemy, nie będziemy musieli sprzątać? - zainteresował się Janek.
Basia spuściła głowę.
- Rozchmurz się, Barbaro. - Mama wstała z łóżka. - Przecież umówiłyśmy się na jutro z Anielką do parku. Na pewno weźmie ze sobą Paszczaka.
To prawda. Na dodatek Paszczak, pies Anielki, lubił Basię. Prawie tak samo, jakby był jej własny.
- Tylko najpierw sprzątnij - dodała Mama. - Tak jak się umawiałyśmy.
Basia odwróciła się od niej obrażona. Mama naprawdę nic nie rozumiała. Nic a nic!
Zapadła noc. Rodzice, Janek i Franek już spali, a Basia leżała w łóżku z otwartymi oczami. Nasłuchiwała. Dom był ciemny i cichy. Tylko z kuchni dobiegał odgłos pracującej lodówki. Ciepły podmuch wpadł przez uchylone okno i potrącił firankę. Basia przekręciła się na plecy i spojrzała w górę.
Po suficie biegał cień. Wyglądał jak duży szary pies. Szkoda, że nie był prawdziwy! Gdyby był, zeskoczyłby z sufitu i Basia wzięłaby go do łóżka. Nagle cieniowy pies zniknął. Przez firankę, która poruszyła się w oknie i wszystko zepsuła. Głupia firanka!
Basia wysunęła się z łóżka i podreptała do kuchni.
Zjadła miseczkę chłodnika z obiadu. I wyjadła z lodówki kabanosy. Gdyby miała psa, mogłaby go poczęstować. A tak wsunęła wszystko sama i rozbolał ją od tego brzuch. Wróciła do łóżka i przytuliła się do ukochanego pluszowego Miśka Zdziśka.
"Dobrze, że jest jutro" - pomyślała. Bo jutro zobaczy się z Paszczakiem. I pojutrze też. I popojutrze. Może w ogóle nigdzie nie pojedzie i będzie mogła spotykać go codziennie? To było odrobinę pocieszające.
Basia zamknęła oczy. A kiedy wreszcie zasnęła, przyśniły jej się psy. Biegały wokół niej i robiły wspaniały, ogromny bałagan.