Becoming: Moja historia - dla młodych czytelniczek i czytelników - Michelle Obama

Kup ebooka

36.99 zł
33.29 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Wszystkim osobom, które pomogły mi się stać kobietą, którą jestem:

 

tym, którzy mnie wychowali - Fraserowi, Marian, Craigowi

 

i mojej rozległej rodzinie,

 

kręgowi moich silnych towarzyszek,

 

na które zawsze mogłam liczyć,

 

moim lojalnym, oddanym współpracownikom,

 

z których zawsze byłam i jestem dumna.

 

_______________________

 

Miłościom mojego życia:

 

Malii i Sashy, moim najcenniejszym fasolkom,

 

dającym mi powód do istnienia,

 

i wreszcie Barackowi, który zawsze obiecywał mi interesującą podróż.

 
 
 
DO CZYTELNIKÓW

KIEDY ZACZYNAŁAM PISAĆ TĘ KSIĄŻKĘ, nie wiedziałam, jaką przybierze formę, a nawet jaki będzie nosić tytuł. Przede wszystkim jednak postanowiłam mówić szczerze i to dążenie odzwierciedla się również w niniejszej edycji dla młodego czytelnika. Gdy dorastałam w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na South Side w Chicago, moi rodzice Fraser i Marian Robinsonowie zawsze otwarcie rozmawiali ze mną oraz moim bratem Craigiem. Nie owijali trudnych tematów w bawełnę ani nie próbowali przeinaczać rzeczywistości, bo wiedzieli, że będę umiała poradzić sobie z faktami. Chcę was potraktować z takim samym szacunkiem.

Obiecuję wam więc, że opowiem swoją historię z wszystkimi jej blaskami i cieniami, od czasu, gdy borykałam się z zadaniami w zerówce, przez pierwszy pocałunek, wątpliwości okresu dorastania i chaos panujący na szlaku kampanii wyborczych, aż po niezwykłe uczucie, kiedy podałam dłoń królowej Anglii.

Mam jednak nadzieję, że nie skupicie się na blichtrze Białego Domu, bo tym, co najważniejsze w mojej historii, nie są wcale suknie balowe ani kolacje z dygnitarzami. Liczą się drobne rzeczy: uśmiech dziadka nastawiającego ulubioną płytę na gramofonie, zapach domu po wiosennych porządkach mamy, chrobot skrobaczki na szybie samochodu w środku chicagowskiej zimy.

Pisząc, zrozumiałam, że żadne wspomnienie nie jest zbyt błahe. Każdy fragmencik twojej opowieści ma znaczenie. Niektóre wspomnienia mogą zaboleć, zwłaszcza te z młodości. Wciąż pamiętam wstyd, który czułam, gdy na oczach całej klasy nie potrafiłam udzielić prawidłowej odpowiedzi. Wciąż czuję supeł, jaki zaciskał mi się w żołądku, gdy ktoś wątpił w moje siły. Nadal odczuwam ból i pustkę po stracie bliskich mi osób. W pewnym momencie każdy z nas przeżywa cierpienie, z którym nie potrafi sobie poradzić samodzielnie.

Jednak te czułe miejsca, które tak starannie ukrywamy, wiążą się zwykle z historiami, którymi warto się podzielić. Poczucie dyskomfortu czy wysiłku to znak, że ciężko pracujemy, aby odkryć najbardziej fundamentalne prawdy o sobie. Gdy patrzę wstecz na własne życie, widzę, że dopiero w najtrudniejszych chwilach potrafiłam znaleźć w sobie siłę pozwalającą dokonać zmian albo odpowiedzieć na pytanie, kim pragnę się stać.

Zwykle niezbyt chętnie dzielimy się takimi sprawami z innymi. Wolimy opowiadać o tym, co nazywam naszą życiową statystyką - wynikami egzaminów, osiągnięciami w sporcie, marką dżinsów, na jaką stać naszą rodzinę. Jednak najważniejsza jest nasza historia - i to cała, łącznie z momentami, gdy czuliśmy się słabi. Często gdy ją opowiadamy, dostrzegamy, jak piękna jest podróż życia, nie tylko naszego, lecz także innych osób.

Mam nadzieję, że czytając moją historię, pomyślicie także o swojej, ponieważ jest ona najpiękniejszym darem, jaki możecie otrzymać. Zadrapania i siniaki, radości, sukcesy i wybuchy śmiechu - wszystko to składa się na osobę, którą jesteś. Twoja natura nie jest niezmienna i stała. Zmieniamy się każdego dnia, każdego roku i nikt nie wie, jaki kształt ostatecznie przybierze nasze życie. Na tym polega stawanie się. Tak jak i wy, ja także wciąż staję się kimś nowym.

 
 
PRZEDMOWA
 

Marzec 2017

 

W DZIECIŃSTWIE MIAŁAM ZWYCZAJNE PRAGNIENIA. Chciałam mieć psa. Chciałam mieszkać w domu ze schodami, w którym oba piętra zajmuje jedna rodzina. Chciałam też, sama nie wiem czemu, żebyśmy mieli czterodrzwiowe kombi zamiast dwudrzwiowego buicka, który był dumą i radością mojego ojca. Kiedy mnie pytano, kim zostanę, gdy dorosnę, odpowiadałam, że pediatrą. Dlaczego? Bo uwielbiałam małe dzieci, a ponadto szybko zauważyłam, że dorosłym podoba się taka odpowiedź. "Ojej, chcesz być lekarką? Świetny wybór!". W tamtych czasach nosiłam kucyki, dyrygowałam starszym bratem i choćby się paliło i waliło, zawsze dostawałam piątki w szkole. Byłam ambitna, choć nie do końca wiedziałam, co chcę osiągnąć. Dziś sądzę, że pytanie: "Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?", które dorośli zadają dzieciom, jest zupełnie nie na miejscu. Tak jakby w pewnym momencie człowiek kimś się stawał i koniec.

Do tej pory w życiu byłam już prawniczką. Byłam wiceprezeską szpitala i dyrektorką działającej społecznie organizacji, która wspiera młodych w budowaniu udanej kariery. Byłam czarną dziewczyną z klasy pracującej w prestiżowym, w większości białym, koledżu[1]. W rozmaitych gronach bywałam jedyną kobietą i jedyną Afroamerykanką. Byłam narzeczoną, zestresowaną młodą mamą, pogrążoną w żałobie córką. Wreszcie byłam też pierwszą damą Stanów Zjednoczonych Ameryki. Praca ta stawiała przede mną wyzwania i uczyła pokory, dodawała skrzydeł i przygniatała, a czasem wszystko to jednocześnie. Dopiero zaczynam przepracowywać wydarzenia ostatnich lat: od chwili, gdy w 2006 roku mój mąż po raz pierwszy wspomniał o kandydowaniu na prezydenta, po moment, w którym jestem teraz. Tak wiele się zdarzyło.

Ameryka ukazuje pierwszej damie swoje skrajne oblicza. Bywałam na przyjęciach charytatywnych w prywatnych domach, które wyglądały jak muzea, i takich, w których wanny wykonano z kamieni szlachetnych. Odwiedzałam zrozpaczone rodziny, które straciły wszystko podczas huraganu "Katrina", ale dziękowały losowi, że mają przynajmniej sprawną lodówkę i kuchenkę. Spotykałam ludzi płytkich i zakłamanych, lecz także nauczycieli, żony wojskowych oraz wiele innych osób zdumiewających pod względem głębi spostrzeżeń i siły ducha. Spotykałam się też z wieloma dziećmi z całego świata, które dawały mi uśmiech i nadzieję. Jak to dobrze, że potrafią zapomnieć o mojej funkcji, gdy tylko zaczynamy wspólnie kopać w ogródku.

Wychwalano mnie jako najpotężniejszą kobietę świata i szykanowano, nazywając "wojowniczą czarną kobietą". Miałam czasem ochotę spytać krytykantów, która z tych trzech rzeczy najbardziej im przeszkadza: "wojownicza", "czarna" czy "kobieta"? Uśmiechałam się do obiektywów, stojąc obok ludzi, którzy lżyli mojego męża w ogólnokrajowej telewizji, ale i tak chcieli zrobić sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. Niektórzy kwestionowali w internecie każdy aspekt mojego życia - nawet płeć. Pewien amerykański kongresmen otwarcie żartował z mojego tyłka. Bywało, że takie rzeczy mnie bolały. Wpadałam w furię. Ale najczęściej zbywałam je śmiechem.

Nie wiem wszystkiego o Ameryce, o życiu, o tym, co przyniesie przyszłość. Znam jednak siebie. Mój tata Fraser nauczył mnie ciężko pracować, często się śmiać i dotrzymywać słowa. Moja mama Marian pokazała mi, jak samodzielnie myśleć i korzystać z własnego głosu. W naszym zatłoczonym mieszkanku na South Side w Chicago pokazali mi, że należy doceniać wartość historii: naszej rodziny, mojej własnej, kraju. Nawet jeśli bywa brzydka lub niedoskonała. Nawet jeśli odcisnęła głębsze piętno, niżbyśmy chcieli. Twojej historii nikt ci nie odbierze. Należy do ciebie.

Przez osiem lat mieszkałam w Białym Domu - instytucji mającej więcej schodów, niż byłabym w stanie zliczyć, plus windy, kręgielnię i florystę na pełny etat. Sypiałam w łożu zaścielonym elegancką pościelą. Posiłki przygotowywał nam zespół światowej klasy kucharzy, a podawali kelnerzy wyszkoleni lepiej niż w pięciogwiazdkowej restauracji czy hotelu. Uzbrojeni agenci Secret Service o poważnych twarzach i ze słuchawką w uchu stali pod drzwiami, starając się jak najmniej przeszkadzać naszej rodzinie. W końcu udało nam się prawie oswoić z osobliwym przepychem nowego domu oraz nieustanną cichą obecnością innych osób.

To na korytarzach Białego Domu nasze córki grały w piłkę, a na Południowym Trawniku wspinały się na drzewa. To w Gabinecie Traktatowym mój mąż Barack Obama siadał późno w nocy i przeglądał sprawozdania oraz szkice przemówień. I to tam Sunny, jeden z naszych psów, czasami robiła kupę na dywan. Wychodziłam czasem na Balkon Trumana, skąd przyglądałam się, jak turyści pozują z kijkami do selfie i zaglądają przez żelazny płot, próbując dojrzeć, co się dzieje wewnątrz. W niektóre dni wręcz się dusiłam na myśl o tym, że z powodów bezpieczeństwa nie wolno otwierać okien i nie mogę zażyć świeżego powietrza, nie robiąc przy tym sporego zamieszania. Innym razem fascynowałam się pięknem kwitnących białych magnolii za oknem, codzienną krzątaniną towarzyszącą rządzeniu krajem, majestatem wojskowych powitań. Bywały dni, tygodnie i miesiące, kiedy nie cierpiałam polityki. Zdarzały się też chwile, gdy piękno naszego kraju i jego mieszkańców poruszało mnie tak bardzo, że aż zapierało mi dech w piersiach.

A potem - koniec. Choć widzisz, że się zbliża, a ostatnie tygodnie wypełniają emocjonalne pożegnania, kluczowy dzień rozmywa się w pamięci. Dłoń na Biblii, powtarzane słowa przysięgi. Meble jednego prezydenta zostają wyniesione, a następnego zajmują ich miejsce. W ciągu paru godzin wszystkie szafy zostają opróżnione i napełnione ponownie. I tak po prostu nowi lokatorzy - ludzie o innej osobowości, innych marzeniach - kładą głowy na nowych poduszkach. A gdy to wszystko się kończy, gdy po raz ostatni opuszczasz progi najsławniejszego domostwa świata, musisz pod wieloma względami odnaleźć siebie na nowo.

Pozwolę sobie zacząć od pewnego drobnego zdarzenia, które miało miejsce niedawno. Byłam wówczas w naszym ceglanym domu, do którego ostatnio się wprowadziliśmy. Stoi przy spokojnej uliczce niecałe cztery kilometry od poprzedniego. Wciąż się urządzamy. Rozkład mebli w głównym salonie mamy taki sam jak w Białym Domu. Pokoje wypełniają pamiątki przypominające nam, że to wszystko działo się naprawdę: rodzinne zdjęcia z Camp David[2], gliniane naczynia podarowane mi przez studentów - rdzennych Amerykanów, książka z autografem Nelsona Mandeli. Tamten wieczór wyróżniał się jednak tym, że poza mną nikogo w domu nie było. Barack wyjechał w podróż. Moja młodsza córka Sasha poszła się spotkać z przyjaciółką. Starsza córka Malia była w Nowym Jorku, gdzie mieszkała i pracowała przed rozpoczęciem koledżu. Byłam tylko ja, nasze dwa psy i dom - tak cichy i pusty, jaki nie był od lat.

Zrobiłam się głodna. W towarzystwie psów zeszłam na parter. Otworzyłam lodówkę, sięgnęłam po opakowanie chleba i włożyłam dwie kromki do tostera. Wyjęłam talerz z szafki. Wiem, że może się to wydawać dziwne, ale wziąć talerz, nie słysząc, że ktoś chce mnie wyręczyć, i w samotności przyglądać się brązowiejącym kromkom - to było dla mnie prawie jak powrót do dawnego życia. A może właśnie w ten sposób rozpoczynało się nowe.

Ostatecznie nie zrobiłam zwykłych tostów, tylko tosta z serem. Przełożyłam kromki do mikrofalówki, rozpuszczając między nimi tłusty, ciągnący się cheddar. Zabrałam talerz do ogrodu z tyłu domu. Nie musiałam nikomu mówić, że wychodzę. Po prostu to zrobiłam. Byłam boso i w szortach. Chłód zimy w końcu ustąpił. Powietrze pachniało wiosną. Usiadłam na schodkach werandy, czując ciepło słońca wciąż uwięzione w deskach pod moimi stopami. Z oddali dobiegło szczekanie, a moje psy zaczęły ciekawie nasłuchiwać. Ten dźwięk musiał im się wydawać zaskakujący, bo przecież w Białym Domu nie mieliśmy żadnych sąsiadów, nie wspominając o żyjących gdzieś obok psach. Dla nich wszystko było tu nowe. Gdy pobiegły węszyć w ogrodzie, ja w półmroku jadłam tosty, napawając się wspaniałą samotnością. Nie myślałam o strażnikach z bronią siedzących niecałe sto metrów ode mnie w specjalnie wybudowanym w tym celu pomieszczeniu w naszym garażu ani o tym, że wciąż nie mogę przejść się ulicą bez ochroniarzy. Nie myślałam o nowym prezydencie ani nawet o starym.

Zamiast tego zaczęłam rozmyślać o tym, że za kilka minut wrócę do domu, umyję talerz i pójdę się położyć, a wcześniej być może otworzę okno, by poczuć wiosenną bryzę - jakie to będzie cudowne! Uzmysłowiłam sobie, że dzięki tej ciszy mam wreszcie prawdziwą szansę, by oddać się rozmyślaniom. Jako pierwsza dama pod koniec pracowitego tygodnia ledwie pamiętałam, co działo się na jego początku. Teraz jednak czas płynął inaczej. Moje córki, które wprowadziły się do Białego Domu z lalkami, kocykiem o imieniu Kocyk i pluszowym tygryskiem o imieniu Tygrysek, dziś są nastolatkami, młodymi kobietami, mają własne plany i mówią własnym głosem. Mój mąż na swój sposób stara się dostosować do życia po Białym Domu i wejść w nowy rytm. A ja siedzę tu, w tym nowym domu, i mam wiele do opowiedzenia.

 
 
BECOMING
 
 
 
Moja historia
 
 
1

PRZEZ ZNACZNĄ CZĘŚĆ DZIECIŃSTWA SŁUCHAŁAM DŹWIĘKU usiłowań. Miał postać kiepskiej - a przynajmniej amatorskiej - muzyki dobiegającej przez deski podłogi w moim pokoju. Plink, plink, plink - na dole uczniowie szkoły fortepianowej mojej babci ciotecznej Robbie powoli i mozolnie uczyli się gam. Moja rodzina mieszkała w chicagowskiej dzielnicy South Shore w schludnym ceglanym bungalowie należącym do Robbie i jej męża Terry'ego. Rodzice wynajmowali piętro, a Robbie i Terry mieszkali na parterze. Robbie, ciotka mojej mamy, przez wiele lat traktowała ją bardzo wielkodusznie, ale mnie przerażała. Surowa i poważna, prowadziła chór w miejscowym kościele, a ponadto była znaną w okolicy nauczycielką gry na fortepianie. Nosiła wygodne buty, a na łańcuszku na szyi zawieszała okulary do czytania. Uśmiechała się przebiegle, ale w przeciwieństwie do mojej mamy nie doceniała ironii. Czasem słyszałam, jak strofuje uczniów, bo nie ćwiczą dość dużo, albo ich rodziców, bo zbyt późno przywożą dzieci na lekcje.

"Dobrej nocy!" - wykrzykiwała czasem w środku dnia z takim samym ładunkiem irytacji, jakby wołała "na litość boską!". Najwyraźniej mało kto potrafił sprostać jej oczekiwaniom.

Jednak ćwiczenia tych, którzy usiłowali tego dokonać, stały się muzycznym podkładem mojego życia. Popołudniami i wieczorami słyszałam plumkanie klawiszy. Czasem panie z kościoła przychodziły poćwiczyć hymny. Zgodnie z ustalonymi przez Robbie zasadami uczniowie mogli pracować tylko nad jednym utworem jednocześnie. Siedząc w swoim pokoju, słyszałam, jak nuta po nucie niepewnie starają się zasłużyć na awans z dziecięcej piosenki Hot Cross Buns na Kołysankę Brahmsa, co udawało im się dopiero po wielu próbach. Muzyka była nie tyle irytująca, ile nieustępliwa. Wsączała się schodami oddzielającymi naszą część domu od tej na dole. Napływała latem przez otwarte okna, akompaniując moim myślom, gdy bawiłam się lalkami Barbie albo budowałam małe królestwa z klocków. Ulgę odczuwałam tylko wtedy, gdy tata wracał do domu z wcześniejszej zmiany w zakładzie uzdatniania wody, włączał mecz Cubsów i podkręcał głośność akurat na tyle, by zagłuszyć melodie.

Na South Side w Chicago kończyły się lata sześćdziesiąte. Cubsi nie grali źle, ale też nie szczególnie dobrze. Sadowiłam się na kolanach rozpartego w fotelu taty i słuchałam, jak opowiada o meczach albo że Billy Williams, który mieszkał tuż za rogiem przy Constance Avenue, genialnie uderza z lewej. Tymczasem w realiach poza światem baseballu Ameryka przechodziła właśnie ogromne zmiany o trudnych do przewidzenia skutkach. Zamordowano Kennedych. Zastrzelono Martina Luthera Kinga jr., kiedy stał na balkonie hotelu w Memphis, człowieka, którego działalność powodowała rozruchy w całym kraju, w tym też w Chicago. Na krajowej konwencji Partii Demokratycznej w 1968 roku doszło do rozlewu krwi, kiedy w Grant Park, piętnaście kilometrów na północ od naszego domu, policja użyła gazu łzawiącego i zaczęła bić pałkami ludzi demonstrujących przeciw wojnie z Wietnamem. Tymczasem białe rodziny wyprowadzały się masowo z miast, kuszone wizją przedmieść, gdzie obiecywano im lepsze szkoły, więcej przestrzeni i zapewne także więcej bieli.

Ja jednak zbytnio się tym nie przejmowałam. Bawiłam się lalkami i klockami, miałam rodziców oraz brata, który sypiał w pokoju jakiś metr ode mnie. Rodzina była całym moim światem. Mama wcześnie nauczyła mnie czytać - zabierała mnie do biblioteki publicznej, gdzie na głos czytałam książki. Ojciec codziennie wychodził do pracy ubrany w niebieski mundur pracownika miejskiego, lecz wieczorami pokazywał nam, na czym polega miłość do jazzu i sztuki. Jako chłopiec chodził na zajęcia do Art Institute of Chicago, a w liceum malował i rzeźbił. Poza tym w szkole trenował pływanie i boks, a w dorosłym życiu śledził chyba wszystkie pokazywane w telewizji rozgrywki, od golfa po hokej. Lubił patrzeć na mistrzowskie wyczyny silnych ludzi. Gdy mój brat Craig zainteresował się koszykówką, tata kładł monety na szczycie framugi kuchennych drzwi i zachęcał go, by do nich doskakiwał.

Wszystko, co ważne, znajdowało się w obrębie pięciu przecznic - mieszkania babci i kuzynów, kościół na rogu ze szkółką niedzielną, do której niezbyt regularnie uczęszczaliśmy, stacja benzynowa, dokąd mama wysyłała mnie czasem po paczkę papierosów Newport, i sklep monopolowy, w którym poza alkoholem sprzedawano też paczkowany chleb, cukierki i mleko. W gorące letnie noce Craig i ja zasypialiśmy przy dźwiękach okrzyków kibiców z pobliskiego parku, gdzie wieczorami grała liga softballu, a za dnia chodziliśmy po drabinkach na placu zabaw i graliśmy w berka z innymi dziećmi.

Craig jest niecałe dwa lata starszy ode mnie. Po tacie odziedziczył łagodne spojrzenie i optymizm, a po mamie - wewnętrzny spokój. Zawsze trzymaliśmy się razem między innymi za sprawą niezachwianego oddania, jakie od samego początku żywił wobec swojej młodszej siostrzyczki. Mam stare zdjęcie całej naszej czwórki na sofie: ja siedzę na kolanach uśmiechniętej mamy, a Craig - ojca, który ma minę poważną i dumną. Jesteśmy ubrani jak do kościoła lub może na ślub. Mam około ośmiu miesięcy i jestem pyzatym, poważnym dzieckiem w pieluszce i odprasowanej białej sukience. Wyglądam tak, jakbym właśnie chciała zsunąć się mamie z kolan, a w obiektyw patrzę morderczym wzrokiem. Craig, mały dżentelmen w krawaciku i marynarce, wydaje się bardzo przejęty. Ma dwa lata, a już wygląda jak wcielenie braterskiej czujności i odpowiedzialności - wyciąga rękę w moją stronę i trzyma mnie za pulchny nadgarstek.

Kiedy zrobiono to zdjęcie, mieszkaliśmy naprzeciwko rodziców taty w bloku w Parkway Gardens, osiedlu tanich nowoczesnych budynków na South Side. Powstało w latach pięćdziesiątych w ramach walki z powojennym niedoborem mieszkań, a zbudowano je z myślą o czarnych rodzinach z klasy pracującej. Później, z powodu ubóstwa i wojen gangów, podupadło, stając się jedną z najbardziej niebezpiecznych okolic w mieście. Jednak na długo, zanim do tego doszło, gdy byłam jeszcze niemowlakiem, moi rodzice, którzy poznali się jako nastolatki i pobrali, mając po dwadzieścia kilka lat, przeprowadzili się do domu Robbie i Terry'ego w przyjemniejszej dzielnicy kilka kilometrów na południe.

Przy Euclid Avenue nasze dwie rodziny żyły pod jednym, niezbyt obszernym dachem. Sądząc po rozkładzie wnętrza, pierwsze piętro zaprojektowano prawdopodobnie z myślą o jednej lub dwóch osobach, ale naszej czteroosobowej rodzinie udało się w nim jakoś pomieścić. Rodzice spali we własnej sypialni, natomiast Craig i ja dzieliliśmy większe pomieszczenie, które zapewne pierwotnie pomyślano jako salon. Później, gdy trochę podrośliśmy, mój dziadek Purnell Shields, ojciec matki, zapalony, jeśli nie szczególnie utalentowany stolarz, zwiózł trochę tanich płyt pilśniowych i skonstruował prowizoryczną ściankę, którą podzielił to wnętrze na dwa półprywatne pokoje. Wyposażył je w plastikowe harmonijkowe drzwi, przed którymi urządził małą wspólną przestrzeń do zabawy, gdzie trzymaliśmy zabawki i książki.

Uwielbiałam swój pokoik. Mieściło się w nim spore łóżko i wąskie biureczko. Na łóżku trzymałam wszystkie pluszaki, które co wieczór starannie układałam sobie wokół głowy, żeby lepiej mi się spało. Craig po drugiej stronie przycisnął łóżko do ścianki działowej równolegle do mojego. Ścianka była tak cienka, że mogliśmy w nocy rozmawiać, leżąc w łóżkach i przerzucając się zwiniętymi w kulkę skarpetkami, celując w dwudziestocentymetrową lukę pod sufitem.

Tymczasem część domu, w której żyła ciotka Robbie, przypominała muzeum - wszystkie meble pokrywała folia ochronna, zimna i lepka w dotyku, kiedy odważyłam się na niej usiąść. Na półkach stały porcelanowe figurki, których nie wolno mi było dotykać. Przesuwałam dłonią nad zestawem szklanych pudli o uroczych mordkach, po czym cofałam ją w obawie przed gniewem Robbie. Gdy nie odbywały się lekcje pianina, na parterze panowała martwa cisza. Telewizor nigdy nie bywał włączony, radio zawsze milczało. Nie jestem nawet pewna, czy tych dwoje w ogóle ze sobą rozmawiało. Mąż Robbie nazywał się właściwie William Victor Terry, ale nie wiedzieć czemu, zawsze zwracaliśmy się do niego po nazwisku. Terry, dystyngowany mężczyzna, codziennie ubrany w trzyczęściowy garnitur, prawie nigdy się nie odzywał - żył jak cień.

Zaczęłam postrzegać parter i piętro jako dwa odrębne światy. U nas na górze niepodzielnie panował hałas. Craig i ja rzucaliśmy się piłką i ganialiśmy po mieszkaniu. Spryskiwaliśmy parkiet w korytarzu pastą do podłóg Pledge, by móc wykonywać na skarpetkach dalekie, szybkie ślizgi kończące się często uderzeniem w ścianę. W kuchni organizowaliśmy mecze bokserskie przy użyciu dwóch par rękawic, które ojciec podarował nam na Gwiazdkę, instruując nas przy tym, jak porządnie bić sierpowym. Wieczorami całą rodziną graliśmy w gry planszowe, opowiadaliśmy sobie różne historie i kawały albo puszczaliśmy płyty Jackson 5 na zestawie stereo. Kiedy Robbie miała dość, pstrykała kilka razy przełącznikiem przy schodach, który wyłączał światło także w naszym korytarzu na piętrze, i w ten prawie uprzejmy sposób kazała nam się uspokoić.

Robbie i Terry byli starszymi ludźmi. Dorastali w innej epoce i borykali się z innymi problemami. Widzieli rzeczy, których nie doświadczyli nasi rodzice, a o których Craig i ja nie mieliśmy wręcz zielonego pojęcia. Powtarzała nam to mama, kiedy narzekaliśmy na tetryków z dołu. Nie znaliśmy historii ich życia, a każdy człowiek na świecie dźwiga ciężar swoich doświadczeń - należy o tym pamiętać i to uszanować. Jak się dowiedziałam wiele lat później, Robbie pozwała do sądu Uniwersytet Northwestern za dyskryminację, ponieważ po zapisaniu się tam w 1943 roku na zajęcia z muzyki chóralnej nie dostała miejsca w kobiecym akademiku. Zamiast tego przyznano jej prawo do lokum w kamienicy w centrum miasta przeznaczonej, jak jej powiedziano, "dla kolorowych". W tym czasie Terry pracował jako portier kolejowy w firmie Pullman na nocnych trasach pasażerskich łączących Chicago z innymi miastami. Był to prestiżowy, choć niezbyt dochodowy zawód, obsadzony wyłącznie przez czarnych mężczyzn w nieskazitelnych uniformach, którzy nosili bagaże, podawali posiłki, pastowali buty i na wszystkie inne sposoby opiekowali się pasażerami pociągów.

Lata po przejściu na emeryturę Terry wciąż żył tak, jakby w każdej chwili był gotów wrócić do wykonywania oficjalnych obowiązków: chodził nieskazitelnie ubrany i nigdy nie forsował własnego zdania, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Przyglądałam się, jak ze starannie podwiniętymi rękawami, w skórzanych półbutach, szelkach i kapeluszu z cienkim rondem strzyże trawnik w upalne letnie dni. Skrycie pragnęłam, by Terry zaczął mówić, dzielić się sekretami. Byłam pewna, że zna mnóstwo ciekawych historii o miastach, które odwiedzał, albo o tym, jak elegancko - a może wprost przeciwnie - zachowywali się bogaci ludzie w pociągach. Ale on milczał jak zaklęty. Nie wiem dlaczego, ale nigdy o niczym nie opowiadał.

 

MIAŁAM MOŻE CZTERY LATA, kiedy postanowiłam zacząć uczyć się gry na fortepianie. Craig, wówczas w pierwszej klasie, co tydzień schodził na lekcje pianina do Robbie i wracał bez widocznych obrażeń. Uznałam więc, że jestem gotowa. Byłam zresztą przekonana, że po tylu godzinach wsłuchiwania się w brzdąkanie innych dzieci poduczyłam się już trochę jakimś cudownym sposobem. Muzyka wypełniała mi głowę. Chciałam tylko zejść, zademonstrować surowej babci ciotecznej swój talent i bez wysiłku zostać jej najlepszą uczennicą.

Pianino Robbie stało w małym kwadratowym pokoju na tyłach domu blisko okna na podwórze. W jednym rogu był kwiat w doniczce, w drugim - stolik, przy którym uczniowie wypełniali zeszyty z nutami. Podczas lekcji babcia siedziała sztywno wyprostowana na wysokim tapicerowanym krześle, wystukiwała palcem rytm i z przechyloną głową uważnie wychwytywała wszystkie pomyłki. Czy się jej bałam? Nie bardzo, choć faktycznie miała w sobie coś przerażającego - emanowała z niej sztywna dyscyplina, z jaką nigdy dotąd się nie zetknęłam. Od każdego dziecka zasiadającego przy klawiaturze oczekiwała doskonałości. Zamierzałam przeciągnąć ją na swoją stronę, może nawet w jakimś sensie podbić. Zawsze czułam się przy niej tak, jakbym miała coś do udowodnienia.

Podczas pierwszej lekcji moje nogi zwisały z taboretu, zbyt krótkie, by sięgnąć podłogi. Robbie wręczyła mi mój pierwszy dziecięcy podręcznik do muzyki, co mnie bardzo podekscytowało, po czym pokazała mi, jak prawidłowo trzymać ręce nad klawiaturą.

- No dobrze, a teraz uważaj! - napomniała mnie, zanim jeszcze zaczęłyśmy. - Znajdź środkowe C.

Gdy jesteś dzieckiem, klawiatura fortepianu wydaje się mieć tysiąc klawiszy. Wpatrujesz się w tę czarno-białą wstęgę ciągnącą się daleko poza zasięg twoich małych ramion. Jak się wkrótce dowiedziałam, środkowe C jest punktem centralnym. Wyznacza linię graniczną między zasięgiem lewej i prawej ręki - między kluczem wiolinowym i basowym. Wystarczy położyć kciuk na środkowym C, a cały układ klawiatury staje się oczywisty. Klawisze pianina Robbie różniły się między sobą nieznacznie odcieniami i kształtami - tu i ówdzie kawałeczki kości słoniowej odpadły, dlatego klawiatura wyglądała jak popsute uzębienie. Na szczęście środkowemu C brakowało całego narożnika - uszczerbił się fragment wielkości mojego paznokcia - dzięki czemu za każdym razem potrafiłam je szybko znaleźć.

Gra na fortepianie spodobała mi się. Siedząc przed nim, czułam się tak naturalnie, jakbym nigdy nic innego nie robiła. W mojej rodzinie, zwłaszcza po stronie mamy, było wielu muzyków i melomanów. Wuj grał w profesjonalnym zespole. Kilka ciotek śpiewało w chórach kościelnych. Sama Robbie, poza udziałem w chórze i prowadzeniem zajęć, kierowała szkółką muzyki teatralnej dla dzieci mieszczącą się w przyziemiu kościoła, do której uczęszczałam wraz z Craigiem w niedzielne poranki. Jednak godność muzycznego guru w naszej rodzinie piastował mój dziadek Shields, stolarz amator, młodszy brat Robbie. Był beztroskim, brzuchatym mężczyzną o zaraźliwym śmiechu i postrzępionej, przetykanej siwizną brodzie. Gdy byłam młodsza, mieszkał w chicagowskim West Side, więc dostał u mnie przydomek Westside. Tego roku, w którym zaczęłam lekcje pianina, przeprowadził się jednak do naszej części miasta, toteż zmieniliśmy mu przezwisko na Southside.

Kilka dekad wcześniej, kiedy moja mama była nastolatką, Southside i babcia zaczęli żyć w separacji. Teraz mieszkał z moją ciotką Carolyn, starszą siostrą mamy, i moim wujkiem Steve'em, jej najmłodszym bratem, zaledwie dwie przecznice od nas w przytulnym parterowym domu. W całości przystosował go do słuchania muzyki, instalując kolumny głośnikowe w każdym pomieszczeniu, nawet w łazience. W jadalni skonstruował skomplikowany system szafek na sprzęt stereo, który w dużej mierze pozyskał na wyprzedażach garażowych. Miał dwa poskładane z różnych części gramofony i półki zastawione zbieranymi przez lata płytami.

Southside nie ufał wielu rzeczom na tym świecie. Nie ufał dentystom, więc prawie nie miał zębów. Nie ufał policji. Często nie ufał białym ludziom - był wnukiem niewolnika z Georgii i wczesne dzieciństwo przeżył w stanie Alabama za czasów obowiązywania ustaw Jima Crowa[3], nim przeprowadził się do Chicago w latach dwudziestych. Gdy urodziły mu się dzieci, postanowił za wszelką cenę zapewnić im bezpieczeństwo, więc straszył je prawdziwymi i wyimaginowanymi historiami o tym, co może się przytrafić czarnym dzieciom, jeśli zapuszczą się do nieodpowiedniej dzielnicy. Pouczał je też, że mają unikać policji.

Muzyka leczyła jego troski i go odprężała. W dniu stolarskiej wypłaty lubił czasem sprawić sobie przyjemność i kupował nowy album. Regularnie organizował przyjęcia rodzinne, na których trzeba było głośno rozmawiać, bo z zestawu stereo zawsze leciała głośna muzyka. W domu Southside'a świętowaliśmy większość ważnych rodzinnych wydarzeń - odpakowywaliśmy prezenty świąteczne w akompaniamencie Elli Fitzgerald i zdmuchiwaliśmy urodzinowe świeczki do utworów Johna Coltrane'a. Według mojej mamy Southside w młodości postanowił zarazić jazzem siedmioro swoich dzieci, toteż o wschodzie słońca budził wszystkich wokół, włączając jedną z płyt na pełny regulator.

To pod jego wpływem pokochałam muzykę. Gdy tylko przeniósł się do naszej dzielnicy, spędzałam w jego domu całe popołudnia. Na chybił trafił wyjmowałam płyty z półek, włączałam je na gramofonie i za każdym razem przeżywałam inną fascynującą przygodę. Choć byłam mała, nie zabraniał mi niczego dotykać. Później kupił mi moją pierwszą płytę - Talking Book Stevie'ego Wondera - którą trzymałam w jego domu na specjalnej półeczce z moimi ulubionymi nagraniami. Jeśli zgłodniałam, robił mi szejka mlecznego albo smażył całego kurczaka i razem słuchaliśmy Arethy Franklin, Milesa Davisa czy Billie Holiday. W moich oczach Southside był wielki jak niebo. A niebo wyobrażałam sobie jako miejsce pełne jazzu.

 

W DOMU NADAL STARAŁAM SIĘ muzycznie rozwijać. Przy pianinie Robbie szybko nauczyłam się gam i ćwiczyłam szybkie czytanie nut z zeszytów, które mi dawała. Musiałam grać na jej pianinie, ponieważ nie mieliśmy własnego, i robiłam to, kiedy wszyscy skończyli już lekcje muzyki. Często zaciągałam na dół mamę, by siedząc na wysokim krześle, przysłuchiwała się mojej grze. Nauczyłam się jednej piosenki z podręcznika, potem kolejnej. Zapewne nie grałam lepiej ani pewniej niż inni uczniowie, ale miałam motywację. Uczenie się było dla mnie magiczne. Dawało mi oszałamiające zadowolenie. Cieszyło mnie odkrycie prostego związku między intensywnością ćwiczeń a własnymi osiągnięciami. Ponadto wyczułam w Robbie jakiś rodzaj uczuć - emocji zbyt ukrytych, by można je nazwać przyjemnością, lecz lekkich i pogodnych, które okazywała, gdy zdołałam bezbłędnie zagrać cały utwór albo gdy prawą ręką wystukiwałam melodię, a lewą zagrywałam akord. Dostrzegałam kątem oka, że usta Robbie leciutko się rozchylają, a wystukujący rytm palec niemal podskakuje do taktu.

Okazało się, że był to nasz miesiąc miodowy. Możliwe, że ciągnąłby się dłużej, gdybym nie była taka ciekawska i bardziej szanowała jej metody nauczania. Ale podręcznik był gruby, a moje postępy po opanowaniu początkowych piosenek tak powolne, że się zniecierpliwiłam i zaczęłam zaglądać na kolejne strony. Ale nie dwie czy trzy - zapuszczałam żurawia głęboko w tom, czytałam tytuły bardziej wymagających utworów i zaczynałam je po trosze grać podczas własnych ćwiczeń. Kiedy w końcu z dumą zagrałam jedną z owych piosenek przed Robbie, nauczycielka wybuchła, podsumowując moje osiągnięcia jadowitym "dobrej nocy!". Dała mi burę tak samo jak wielu innym uczniom przede mną. Ja chciałam tylko nauczyć się więcej i szybciej, ale dla niej była to zbrodnia. Robbie nie była zadowolona, ani odrobinę.

Nie przejęłam się. Już jako dziecko lubiłam jasne odpowiedzi i racjonalne dyskusje z logicznymi argumentami. Miałam duszę prawniczki, a może wręcz dyktatorki, jak twierdził mój brat, którego często wyganiałam ze wspólnej strefy zabawy. Kiedy byłam przekonana, że dobrze coś rozumiem, nie dawałam się zbyć. I w ten sposób doszło do gwałtownej, ognistej, hardej konfrontacji między mną a moją cioteczną babcią.

- Dlaczego się na mnie gniewasz o to, że chciałam się nauczyć nowej piosenki?

- Nie jesteś na nią gotowa. W ten sposób nie uczy się gry na pianinie.

- Ale ja jestem gotowa. Przecież właśnie ją zagrałam.

- Tak się nie robi.

- Ale dlaczego?

Lekcje pianina zamieniły się w zmagania - ja nie zamierzałam się stosować do zasad Robbie, a ona ani myślała uznać zalet mojego swobodnego podejścia do podręcznika. Walczyłyśmy tak tydzień po tygodniu. Obie byłyśmy uparte. Ja obstawałam przy swoim, ona przy swoim. Pomiędzy tymi dyskusjami grałam na fortepianie, a Robbie słuchała i dawała mi wiele wskazówek. Uważałam, że własnych postępów nie zawdzięczam raczej jej szkoleniu. Ona z kolei sądziła, że sama nie zdobyłabym nowych umiejętności. Lecz mimo to kontynuowałyśmy lekcje.

Na górze moi rodzice i Craig uważali to za bardzo zabawne. Śmiali się przy kolacji, kiedy nad spaghetti z klopsikami opisywałam swoje bitwy z Robbie, wciąż rozjuszona. Craig nie miał z babcią żadnych problemów - był radosnym dzieciakiem i grał piosenki według podręcznika. Rodzice nie stawali ani po mojej stronie, ani po stronie Robbie. Ogólnie rzecz biorąc, raczej nie wtrącali się w moje pozaszkolne życie, uważając, że i brat, i ja powinniśmy sami rozwiązywać własne problemy. Stali na stanowisku, że ich rola sprowadza się do słuchania nas i, kiedy trzeba, podtrzymywania na duchu w czterech ścianach domu. O ile inni rodzice mogliby zrugać dziecko za sprzeciwianie się starszym, o tyle moi się nie wtrącali. Mama pomieszkiwała czasem u Robbie, odkąd skończyła szesnaście lat, stosując się do wszystkich staroświeckich reguł, które ta narzucała, i niewykluczone, że w głębi ducha cieszyła się, kiedy podważałam autorytet babci. Gdy dziś patrzę wstecz, sądzę, że rodzice doceniali moją zapalczywość, i jestem im za to wdzięczna. Chcieli podtrzymać płonący we mnie ogień.

 

RAZ DO ROKU ROBBIE organizowała elegancki recital swoich uczniów przed zebraną publicznością. Do dziś nie wiem, jak udało jej się to załatwić, ale koncert odbywał się w sali ćwiczeń muzycznych Uniwersytetu Roosevelta - wytwornym kamiennym budynku w śródmieściu przy Michigan Avenue tuż obok chicagowskiej filharmonii. Denerwowałam się na samą myśl o przekroczeniu tego progu. Nasze mieszkanie przy Euclid Avenue leżało jakieś piętnaście kilometrów na południe od Chicago Loop, dzielnicy pełnej lśniących wieżowców i zatłoczonych chodników, która wydawała mi się miejscem z innego świata. Moja rodzina wyprawiała się do centrum tylko kilka razy w roku, by odwiedzić Art Institute albo zobaczyć sztukę teatralną. Całą czwórką jechaliśmy tam wówczas niczym astronauci w kapsule buicka mojego taty.

Tata cieszył się z każdego pretekstu do jazdy. Uwielbiał swój samochód - jasnobrązowego dwudrzwiowego Buicka Electrę 225, któremu nadał dumną nazwę Krążownik. Polerował go i woskował, a także zabierał na przeglądy na stację Sears, gdzie kontrolowano zbieżność kół i wymieniano olej, z taką samą nabożną regularnością, z jaką mama prowadziła nas do pediatry na badania okresowe. My też kochaliśmy Krążownik. Miał elegancką sylwetkę i wąskie tylne światła stopu, co nadawało mu efektowny, futurystyczny wygląd. W środku był obszerny jak dom. Mogłam w nim prawie stanąć i sięgnąć dłońmi atłasowej wyściółki sufitu. W tamtych czasach nie trzeba było zapinać pasów, więc przez większość podróży Craig i ja swawoliliśmy z tyłu, wtykając głowy między przednie fotele, ilekroć chcieliśmy spytać o coś rodziców. Przez połowę czasu opierałam się podbródkiem o fotel kierowcy i wysuwałam naprzód głowę, by widzieć dokładnie to samo co tata.

Samochód dodatkowo pogłębiał więź między nami, gdyż dzięki niemu mogliśmy jednocześnie rozmawiać i podróżować. Wieczorami po kolacji Craig i ja prosiliśmy tatę, by zabrał nas na przejażdżkę. W letnie wieczory dla rozrywki jechaliśmy do kina samochodowego na południowy zachód od naszej dzielnicy, żeby obejrzeć któryś z filmów z cyklu o planecie małp. Parkowaliśmy buicka o zmierzchu i szykowaliśmy się do seansu. Mama rozdawała nam przygotowaną w domu kolację - panierowanego kurczaka z talarkami ziemniaczanymi - a Craig i ja jedliśmy wprost z trzymanych na kolanach pudełek na tylnej kanapie, pamiętając, by wycierać palce w chusteczki, a nie w siedzenia.

Dopiero wiele lat później uświadomiłam sobie, ile prowadzenie tego samochodu znaczyło dla mojego ojca. Już jako dziecko rozumiałam poczucie wolności, którego doznawał za kółkiem, i przyjemność, jaką czerpał z dźwięku idealnie pracującego silnika oraz szumu opon na doskonale wyregulowanych kołach. Miał trzydzieści kilka lat, kiedy lekarz poinformował go, że dziwna słabość, którą zaczął odczuwać w nodze, to początek długiej, prawdopodobnie bolesnej drogi ku inwalidztwu, ponieważ pewnego dnia wskutek tajemniczej choroby atakującej mózg i rdzeń kręgowy prawdopodobnie straci zdolność chodzenia. Nie pamiętam dokładnej daty, ale przypuszczam, że buick pojawił się w jego życiu mniej więcej w tym samym czasie co stwardnienie rozsiane. Choć sam nigdy nam tego nie wyznał, samochód w jakimś sensie dodawał mu otuchy.

Rodzice nie rozwodzili się zbyt długo nad diagnozą. Wyszukiwarka Google, z której wyskoczyłaby oszałamiająca liczba tabel, statystyk i medycznych objaśnień dających lub odbierających nadzieję, miała się pojawić dopiero za kilkadziesiąt lat. Zresztą nie sądzę, by tata miał ochotę je oglądać. Chociaż wychował się w wierzącej rodzinie, nie modlił się o ratunek. Nie szukał też alternatywnych terapii ani żadnych guru, nie zrzucał winy na niedobre geny. W naszej rodzinie mamy z dawna utrwalony nawyk wypierania i zapominania złych wiadomości tuż po ich otrzymaniu. Nie wiadomo, od jak dawna tata czuł się źle, zanim poszedł na badania, ale podejrzewam, że od kilku miesięcy, jeśli nie lat. Nie lubił chodzić do lekarza. Nie chciał się skarżyć na dolegliwości. Był człowiekiem, który akceptuje rzeczywistość, i po prostu szedł naprzód.

Pamiętam, że w dniu mojego wielkiego recitalu fortepianowego poruszał się już, lekko kulejąc - lewa noga nie potrafiła nadążyć za prawą. We wszystkich moich wspomnieniach ojciec jest już w pewnej mierze niepełnosprawny, choć wówczas wzbranialiśmy się przed używaniem tego słowa. Wiedziałam tylko, że mój tata porusza się trochę wolniej niż inni ojcowie. Czasem widziałam, że przystaje, nim wejdzie na schody, jakby musiał przemyśleć poszczególne ruchy przed ich wykonaniem. Gdy jechaliśmy na zakupy do supermarketu, on siadał na ławce i pilnował toreb albo ucinał sobie krótką drzemkę, gdy reszta rodziny chodziła po sklepie.

W drodze na recital usiadłam z tyłu buicka. W ładnej sukience, skórzanych bucikach i z włosami uczesanymi w kucyki po raz pierwszy w życiu poczułam, jak oblewa mnie zimny pot. Denerwowałam się występem, choć w mieszkaniu Robbie katowałam moją piosenkę do upadłego. Craig także był w garniturze, gotów zagrać własny utwór. On jednak nie przejmował się debiutem. Mało tego - zasnął na tylnej kanapie samochodu. Leżał z rozchylonymi ustami i błogim, niczym niezmąconym wyrazem twarzy. Cały Craig. Zawsze podziwiałam go za ten wewnętrzny spokój. Już wówczas grał w dziecięcej drużynie koszykówki, która organizowała mecze w każdy weekend, i pewnie to pozwoliło mu opanować tremę związaną z występami publicznymi.

Tata przeważnie zajeżdżał tak blisko celu, jak się tylko dało, i był skłonny zapłacić więcej za parking, byle mieć jak najmniejszy odcinek do przejścia na chwiejnych nogach. Tamtego dnia bez trudu znaleźliśmy Uniwersytet Roosevelta i ruszyliśmy schodami w górę do ogromnej, rozbrzmiewającej echem sali, w której miał się odbyć recital. Czułam się w niej malutka. Miała eleganckie, sięgające od podłogi do sufitu okna, z których widać było obszerne trawniki Grant Park i białe grzywy fal na jeziorze Michigan w oddali. Stalowoszare krzesła ustawione w równych rzędach z wolna zajmowały stremowane dzieci i wyczekujący rodzice. Z przodu na podwyższonej scenie stały dwa fortepiany salonowe, pierwsze, jakie w życiu widziałam, z wielkimi uchylonymi klapami przypominającymi krucze skrzydła. Robbie uwijała się po sali w sukni w kwieciste wzory niczym królowa balu, pilnując, by wszyscy jej uczniowie dostali właściwe nuty. Kiedy nadeszła pora występów, uciszyła salę.

Nie pamiętam, w jakiej kolejności graliśmy tamtego dnia. Wiem tylko, że kiedy przyszła moja kolej, wstałam i zachowując jak najelegantszą postawę, ruszyłam na scenę. Weszłam po schodkach i usiadłam przy jednym z lśniących fortepianów. Byłam znakomicie przygotowana. Choć uważałam Robbie za osobę oschłą i upartą, przyswoiłam sobie jej skłonność, by zawsze być doskonale przygotowaną. Znałam swój utwór tak dobrze, że nie musiałam o nim myśleć. Wystarczyło, bym zaczęła poruszać rękami.

A jednak pojawił się pewien kłopot, co odkryłam dokładnie w chwili, gdy zawiesiłam swoje małe dłonie nad klawiaturą. Okazało się, że fortepian jest w idealnym stanie, dokładnie odkurzony i doskonale nastrojony, a jego osiemdziesiąt osiem klawiszy przypomina nieskazitelną czarno-białą wstęgę. Tyle że ja nie nawykłam do tak perfekcyjnych instrumentów. Nigdy przy podobnym nie siedziałam. Całe swoje fortepianowe doświadczenie nabyłam w pokoiku muzycznym Robbie z rachityczną rośliną w doniczce i oknem na małe podwórko. Jedynym instrumentem, na którym grałam, było dalekie od doskonałości pianino z rzędem rozchwierutanych pożółkłych klawiszy, wśród których znajdowało się też charakterystycznie wyszczerbione środkowe C. Dla mnie tym właśnie było pianino. Tak samo dzielnica była moją dzielnicą, ojciec - ojcem, a życie - życiem. Innego nie znałam.

Nagle, gdy intensywnie wpatrywałam się w idealnie wypolerowane klawisze fortepianu, wszystkie identyczne w moich oczach, przytłoczyła mnie świadomość widowni. Nie miałam pojęcia, jak ułożyć dłonie. Ze ściśniętym gardłem i walącym sercem spojrzałam na salę w poszukiwaniu kojącej twarzy matki, próbując stłumić wszelkie oznaki paniki. Lecz zamiast niej dostrzegłam postać, która wstała z pierwszego rzędu i zaczęła się powoli ku mnie zbliżać. To była Robbie. W owym czasie często się ze sobą sprzeczałyśmy i widziałam w niej niemal wroga. Jednak w chwili mojej słabości stanęła nad moim ramieniem niczym anioł. Może spostrzegła, jak bardzo byłam zagubiona. Może zauważyła, że po raz pierwszy w życiu milcząco ukazała mi się różnorodność świata. A może po prostu chciała przyspieszyć koncert. Tak czy inaczej, bez słowa delikatnie położyła palec na środkowym C, żebym wiedziała, jak zacząć. Chwilę potem, posyłając mi ledwie dostrzegalny uśmiech zachęty, odwróciła się i zostawiła mnie samą na scenie, bym zagrała swój utwór.

 
 
2

GDY JESIENIĄ 1969 ROKU POSZŁAM DO ZERÓWKI PRZY SZKOLE PODSTAWOWEJ BRYN MAWR, na moją korzyść działały dwie rzeczy: umiałam już czytać proste słowa, a na dodatek w drugiej klasie uczył się mój powszechnie lubiany brat. Szkoła, trzypiętrowy ceglany budynek z frontowym podwórzem, znajdowała się zaledwie kilka ulic od naszego domu przy Euclid. By do niej dotrzeć, wystarczył dwuminutowy spacerek lub, jeśli się było Craigiem, minuta biegu.

Od razu polubiłam zerówkę, podobnie jak nauczycielkę, drobniutką białą damulkę o nazwisku Burroughs, która wydawała mi się prastara. Pełna słonecznego blasku sala o wielkich oknach wyposażona była w kolekcję lalek do zabawy i stojącą pod tylną ścianą ogromną tekturową makietę domu. Zaprzyjaźniłam się z wieloma dziećmi, które podobnie jak ja bardzo lubiły chodzić do zerówki. Uważałam, że dobrze sobie radzę z czytaniem. W domu, dzięki karcie bibliotecznej mamy, przebrnęłam przez dziecięce książeczki o Dicku i Jane, toteż ucieszyłam się na wieść, że naszym pierwszym zadaniem jako zerówkowiczów będzie nauczenie się czytania nowych zestawów słów. Dostaliśmy do nauki listę nazw kolorów: "czarny", "czerwony", "niebieski", "zielony", "biały", "pomarańczowy", "fioletowy". W sali pani Burroughs unosiła tekturkę i prosiła każde dziecko z osobna, by przeczytało wypisane na czarno słowo. Patrzyłam, jak dziewczynki i chłopcy, których dopiero poznawałam, kolejno wstają i borykają się z tymi słówkami. Przy pierwszej porażce uczeń siadał. Miało to być pewnie coś w rodzaju zabawy czy konkursu ortograficznego, lecz dało się w nim zauważyć początek podziału na lepszych i gorszych, a dzieci, które nie potrafiły przejść dalej niż "czarny", zwieszały ramiona z poczuciem beznadziei. Był rok 1969 w szkole publicznej na chicagowskim South Side. Jeśli w domu zapewniono dziecku lepszy start, miało lepiej w szkole. Nauczyciele uważali je za "bystre" czy "utalentowane", co pozwalało mu budować pewność siebie. Takie korzyści szybko się mnożyły. Dwojgiem najinteligentniejszych dzieci w mojej grupie były Teddy, chłopiec pochodzenia koreańskiego, oraz Afroamerykanka Chiaka. W przyszłych latach oboje nieustannie byli na szczycie listy najbardziej utalentowanych.

Bardzo chciałam im dorównać. Gdy przyszła moja kolej czytania słów z tekturek, wstałam skoncentrowana na zadaniu i bez trudu przeszłam przez "czarny", "zielony" i "niebieski". "Fioletowy" zajął mi kilka chwil, "pomarańczowy" okazał się trudny. Na "białym" kompletnie się zacięłam - natychmiast zaschło mi w gardle, nie umiałam zmusić ust, by ułożyły się w słowa, a mózg panicznie usiłował przypomnieć sobie jakiś kolor zaczynający się od "byy-jii". Po prostu mnie zatkało. Kolana miałam jak z waty, ledwie trzymałam się na nogach. Lecz zanim się pode mną ugięły, pani Burroughs kazała mi siadać. I wtedy to słowo wskoczyło mi do głowy, tak jasne, proste i kompletne: "biały". "Biaaały". Przecież to "biały".

Leżąc tej nocy w łóżku z pluszakami wokół głowy, nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Literowałam to słowo w milczeniu od początku i od końca, wściekając się na własną głupotę. Czułam nieznośny ciężar wstydu, choć wiedziałam, że rodzice wcale nie będą się martwić tym, że nie potrafię poprawnie odczytać wszystkich kart. Po prostu pragnęłam się wykazać. A może nie chciałam, by uznano mnie za mało zdolną. Byłam pewna, że nauczycielka już mnie zaszufladkowała jako tę, która nie potrafi czytać albo, co gorsza, wcale się nie stara. Ogarnęła mnie obsesja na punkcie gwiazdek ze złotej folii, które pani Burroughs tego dnia wręczyła Teddy'emu i Chiace - mogli je nosić na piersi jako oznakę osiągnięć, a może symbol, że w przeciwieństwie do całej naszej reszty są przeznaczeni do rzeczy wielkich. Udało im się przecież bez zająknienia przeczytać wszystkie karty z kolorami.

Następnego ranka w zerówce poprosiłam o jeszcze jedną szansę.

Pani Burroughs odmówiła, oznajmiając radosnym głosem, że przechodzimy już do kolejnych zadań. Ja jednak się uparłam.

Szkoda mi dzieci, które musiały się przyglądać, jak po raz drugi mierzę się z kartami - tym razem czytałam je wolniej, po wymówieniu każdego słowa celowo robiłam króciutką przerwę na złapanie oddechu i nie pozwoliłam swojemu mózgowi się zaciąć. Odniosłam sukces: przeszłam przez "czarny", "pomarańczowy", "fioletowy", a zwłaszcza "biały". To ostatnie słowo niemal wykrzyczałam, jeszcze zanim zobaczyłam litery na karcie. Chcę myśleć, że mała czarna dziewczynka, która zdobyła się na odwagę, by walczyć o swoje prawa, zrobiła na pani Burroughs wrażenie. Nie wiem, czy Teddy i Chiaka w ogóle to zauważyli. Szybko odebrałam nagrodę i tego popołudnia wracałam do domu z dumnie podniesioną głową i złotą gwiazdką przypiętą do piersi.

 

W DOMU żyłam w świecie dramatów i intryg, pochłonięta wciąż rozwijającym się serialem z udziałem moich lalek. Były w nim porody, walki klanów i zdrady. Była nadzieja, nienawiść, a czasem namiętność. Po zajęciach, a przed kolacją, siadałam we wspólnej strefie zabaw przed pokojami moim i Craiga, po czym rozkładałam na podłodze lalki Barbie i tworzyłam sceny równie - moim zdaniem - realistyczne jak samo życie. Czasami wrzucałam też w fabułę żołnierzyki Craiga. Ubranka dla lalek trzymałam w dziecięcej plastikowej walizeczce z kwietnymi nadrukami. Każda Barbie i każdy żołnierzyk miały własny charakter. Do zabawy włączyłam również zużyte klocki z literami, z których moja mama przed laty uczyła nas alfabetu. One także miały imiona i życie wewnętrzne.

Rzadko wychodziłam na dwór, by pobawić się po lekcjach z dziećmi z sąsiedztwa, i rzadko zapraszałam do domu koleżanki i kolegów ze szkoły między innymi dlatego, że byłam poukładana, schludna i nie chciałam, żeby ktoś ruszał moje lalki. Chodziłam czasem do domów innych dziewczynek i widywałam przerażające rzeczy, takie jak Barbie z odciętymi włosami albo twarzą pomazaną markerem. Ponadto dowiedziałam się, że relacje między dziećmi są bardzo zawikłane. Choć na placu zabaw wszyscy z pozoru ładnie się bawią, za kulisami są królowymi, oprawcami albo naśladowcami. Nie należałam do dzieci nieśmiałych, ale nie potrzebowałam w pozaszkolnym życiu takich skomplikowanych układów. Zamiast tego całą energię przeznaczałam na to, by rządzić małym światkiem naszej wspólnej strefy zabaw. Jeśli pojawił się Craig i miał czelność choćby poruszyć jeden klocek, zaczynałam krzyczeć. Nie wahałam się go nawet zdzielić, gdy było to konieczne - przeważnie biłam go piąstką w środek pleców. Lalki i klocki polegały na mnie, a ja pieczołowicie obdarzałam je istnieniem, wywołując jeden po drugim kolejne osobiste kryzysy. Jak każdy dobry, wszechmocny władca patrzyłam, jak cierpią i jak wzrastają.

W międzyczasie przez okno swojego pokoju obserwowałam prawdziwe życie na Euclid Avenue. Późnymi popołudniami przyglądałam się, jak pan Thompson, wysoki Afroamerykanin mający naprzeciw nas kamienicę o trzech mieszkaniach, pakuje gitarę basową na tył cadillaca i rusza na występ w jednym z klubów jazzowych. Patrzyłam, jak Mendozowie, nasi meksykańscy sąsiedzi, wracają do siebie furgonetką wypakowaną drabinami po długim dniu malowania domów, a przy płocie witają ich rozszczekane psy.

W naszej dzielnicy mieszkali ludzie z klasy średniej o różnych kolorach skóry. Dla dzieci rasa się nie liczyła - bawiły się z każdym, kto akurat był na dworze i miał na to ochotę. Do grona moich przyjaciółek należały Rachel, której mama była biała i mówiła z brytyjskim akcentem; Susie, dziewczynka o kręconych rudych włosach; oraz wnuczka Mendozów, która czasem przyjeżdżała do dziadków w odwiedziny. Każde z naszych nazwisk było z innej parafii - Kansopant, Abuasef, Yacker, Robinson - i byliśmy za mali, by zauważyć, że świat wokół nas szybko się zmienia. Piętnaście lat przed przeprowadzką moich rodziców do South Shore dzielnica ta była w 96 procentach zamieszkana przez białych. Kiedy parę dekad później wyjeżdżałam na studia do koledżu, 96 procent mieszkańców było czarnych.

Craig i ja wychowywaliśmy się wśród wielkich zmian społecznych. W otaczających nas kwartałach żyły rodziny żydowskie, imigranckie, białe i czarne, osoby, którym się powodziło, oraz takie, które sobie nie radziły. Ludzie dbali o trawniki i doglądali swoich pociech. Wystawiali czeki Robbie, by uczyła ich dzieci gry na pianinie. Przypuszczam, że moja rodzina plasowała się wśród tych uboższych w dzielnicy. Nie znaliśmy wielu takich, które jak my, gnieżdżący się na piętrze u Robbie i Terry'ego, nie miały własnego domu. Na South Shore nie upowszechniły się jeszcze trendy zauważalne w innych dzielnicach, z których bogatsi mieszkańcy już dawno wyprowadzili się na przedmieścia i gdzie firmy plajtowały jedna po drugiej, co prowadziło do ogólnej zapaści. Zmiany te jednak powoli nadciągały i zaczynaliśmy dostrzegać ich skutki, zwłaszcza w szkole.

W drugiej klasie panował chaos - gromada niesfornych dzieci rzucała się gumkami do mazania i Craig ani ja dotychczas nigdy wcześniej nie widzieliśmy takich scen. Wyglądało na to, że nauczycielka nie potrafi nad nimi zapanować - że wręcz nie lubi dzieci. Co gorsza, nikogo chyba nie obchodził jej brak kompetencji. Uczniowie traktowali to jak wymówkę, by łobuzować, a nauczycielka najwyraźniej myślała o nas jak najgorzej. W jej oczach byliśmy klasą "złych dzieci", ale przecież nikt nami nie pokierował, nikt nas nie zorganizował, a do tego byliśmy skazani na ponurą, ciemną salkę w szkolnej piwnicy. Spędzane w niej godziny okrutnie się dłużyły. Siedziałam smętna przy biurku na krześle o barwie zielonych wymiocin, niczego się nie ucząc i wyczekując długiej przerwy, podczas której będę mogła pójść do domu i poskarżyć się mamie.

Kiedy w dzieciństwie coś mnie rozgniewało, prawie zawsze biegłam do mamy, żeby się wyżalić. Gdy wściekałam się na nową nauczycielkę, słuchała cierpliwie, mówiąc "Ojejku" albo "Naprawdę?". Nigdy nie pochwalała moich wybuchów, ale poważnie traktowała sytuacje, które mnie frustrowały. Inna matka mogłaby uznać, że nie warto stawać okoniem, tylko kazałaby dziecku dalej chodzić do szkoły i przynosić dobre stopnie. Lecz moja rozumiała problem. Widziała różnicę między dziecięcym naburmuszeniem a autentycznym cierpieniem. Nic mi nie mówiąc, wielokrotnie odwiedzała szkołę i przekonywała, że coś trzeba zrobić. Dzięki temu wraz z kilkorgiem innych uczniów o dobrych wynikach zaliczyliśmy serię testów i po mniej więcej tygodniu zostaliśmy na stałe przeniesieni piętro wyżej do jasnej, dobrze zorganizowanej trzeciej klasy prowadzonej przez uśmiechniętą, konkretną nauczycielkę, dobrze znającą się na swoim fachu.

Ta zmiana, choć drobna, przeobraziła moje życie. Wówczas nie zastanawiałam się, jaki los spotka te wszystkie dzieci, które pozostały w piwnicy z niekompetentną nauczycielką. Dziś, jako dorosła, wiem, że dzieci już w bardzo wczesnym wieku dostrzegają, kiedy dorośli ich nie doceniają i nie angażują się w ich rozwój. Gniew, który się w nich wówczas budzi, może się przejawiać jako krnąbrność. Trudno jednak je winić. To nie są "złe dzieci". One po prostu starają się przetrwać w złej sytuacji. Jednak wtedy po prostu się cieszyłam, że udało mi się uciec.

 

Z BIEGIEM CZASU mama zaczęła mnie zachęcać do wychodzenia na podwórko i zabaw z dziećmi z sąsiedztwa. Liczyła, że nauczę się brylować w towarzystwie niczym mój brat. Jak już wspominałam, gdy Craig brał się do czegoś, szło mu jak z płatka. Stawał się właśnie coraz większą sensacją na boisku do koszykówki, był energiczny, zręczny i szybko rósł. Z czasem tata zaczął go namawiać, by szukał sobie jak najtrudniejszych przeciwników, toteż Craig samodzielnie jeździł w odległe zakątki miasta, aby grać z najlepszymi dziećmi w Chicago. Tymczasem jednak stawiał czoła naszym lokalnym talentom. Szedł z piłką na drugą stronę ulicy do Rosenblum Park, mijał drabinki i huśtawkę, na których lubiłam się bawić, po czym przekraczał niewidzialną granicę, znikając za zasłoną drzew w odległej części parku, gdzie znajdowały się boiska do kosza. Tamten rejon zawsze jawił mi się jako ciemny las pełen pijaków, bandytów i przestępczych sprawek, ale Craig skorygował moje wyobrażenie, twierdząc, że tak naprawdę wcale nie chodzą tam źli ludzie.

Dzięki koszykówce mój brat przełamywał wszelkie bariery. Nauczył się zagadywać nieznajomych, kiedy chciał się włączyć do gry. Nauczył się dogryzać większym i szybszym przeciwnikom na boisku, rzucając uszczypliwe, choć przyjazne docinki. Sport pomógł mu też obalić różne mity o mieszkańcach dzielnicy i panujących w niej stosunkach, dzięki czemu przekonał się o słuszności życiowej zasady mojego taty, że ludzie są w większości dobrzy, o ile dobrze się ich traktuje. Nawet podejrzane typki, które kręciły się wokół sklepu monopolowego na rogu, cieszyły się na widok Craiga - wołały go po imieniu i przybijały z nim piątkę, gdy przechodził.

- Skąd ty ich znasz? - pytałam z niedowierzaniem.

- Bo ja wiem. Po prostu mnie kojarzą - odpowiadał, wzruszając ramionami.

Miałam dziesięć lat, gdy w końcu dojrzałam do decyzji, by także zacząć spacerować po okolicy. Kierowała mną głównie nuda. Było lato, skończyła się szkoła. Razem z Craigiem jeździłam codziennie nad jezioro Michigan na miejski obóz rekreacyjny, ale wracaliśmy do domu o szesnastej i wciąż mieliśmy do zagospodarowania kilka godzin. Nie interesowałam się już tak bardzo lalkami, a w pozbawionym klimatyzacji mieszkaniu późnymi popołudniami panował nieznośny upał. Zaczęłam więc towarzyszyć Craigowi w wędrówkach po osiedlu i spotykałam dzieci, których nie miałam okazji poznać w szkole. Po drugiej stronie uliczki za naszym domem było malutkie osiedle spółdzielni mieszkaniowej Euclid Parkway, na które składało się piętnaście domów zbudowanych wokół wspólnego spłachetka zieleni. Był to wolny od samochodów raj: mnóstwo dzieci grało w softball, skakało przez dwie skakanki albo po prostu siedziało na schodkach i gadało. Ale zanim zdołałam zawrzeć znajomość z rówieśniczkami, musiałam przejść test. Przybrał postać DeeDee, dziewczyny z pobliskiej szkoły katolickiej. Była wysportowana i ładna, ale nieustannie się dąsała i przewracała oczami. Często siadała na schodkach rodzinnego domu razem z inną, bardziej lubianą dziewczyną o imieniu Deneen.

Deneen zawsze odnosiła się do mnie przyjaźnie, ale DeeDee najwyraźniej mnie nie lubiła. Nie wiem dlaczego. Ilekroć przychodziłam na Euclid Parkway, rzucała półgębkiem różne nieprzyjemne uwagi, jakby samo moje przybycie psuło wszystkim dzień. Z biegiem lata jej komentarze stawały się coraz głośniejsze. Martwiło mnie to. Zrozumiałam, że stoję przed wyborem. Mogłam nadal grać rolę nowej dziewczynki, nad którą inni się pastwią, mogłam dać sobie spokój z osiedlem Parkway i wrócić do domu i swoich zabawek albo mogłam spróbować zyskać szacunek DeeDee. Z tą ostatnią możliwością wiązało się pytanie: czy powinnam porozmawiać z DeeDee i postarać się przekonać ją do siebie słowami, czy po prostu ją uciszyć?

Kiedy następnym razem DeeDee rzuciła komentarz pod moim adresem, skoczyłam ku niej, przywołując wszystkie nauki ojca na temat skutecznego zadawania ciosów. Runęłyśmy na ziemię, bijąc się i wywijając nogami. Wszystkie dzieci z Euclid Parkway natychmiast otoczyły nas ciasnym kręgiem, a w ich okrzykach słychać było podniecenie. Nie pamiętam, kto nas rozdzielił - może Deneen, może mój brat, a może któryś z przywołanych rodziców - ale po bójce uświadomiłam sobie, że przeszłam coś w rodzaju chrztu bojowego. Zostałam oficjalnie zaakceptowana jako członkini osiedlowego plemienia. DeeDee ani mnie nie stała się żadna krzywda, byłyśmy tylko brudne i zdyszane. Nigdy nie zostałyśmy bliskimi koleżankami, ale przynajmniej zyskałam jej szacunek.

 

BUICK OJCA NADAL był naszym schronieniem i oknem na świat. Krążyliśmy nim w niedziele i letnie wieczory po mieście bez konkretnego celu. Czasem zajeżdżaliśmy do dzielnicy na południe od nas znanej jako Pill Hill - Pigułkowe Wzgórze - ponieważ mieszkało tam wielu afroamerykańskich lekarzy. Była to jedna z piękniejszych i bogatszych części South Side, w której na podjazdach przed domami stały po dwa samochody, a w ogródkach bujnie rozkwitały kolorowe kwiaty.

Mój tata był podejrzliwy względem bogatych ludzi. Nie podobali mu się tacy, co zadzierali nosa, i nie palił się do posiadania własnego domu. Był taki moment, kiedy wraz z mamą rozważali zakup domu niedaleko bungalowu Robbie i pewnego razu pojechali obejrzeć go w towarzystwie agenta nieruchomości, lecz ostatecznie nie zdecydowali się na transakcję. Byłam wówczas jej gorącą zwolenniczką. Uważałam, że mieszkanie w dwupiętrowym domu będzie bardzo nobilitujące. Ojciec zachowywał jednak wrodzoną podejrzliwość i wiedział, że powinniśmy zostawić sobie trochę oszczędności na czarną godzinę. "Nie chcielibyście, żeby posiadanie domu nas zrujnowało", powtarzał nam, wyjaśniając, że niektórzy ludzie inwestują wszystkie oszczędności i jeszcze się zapożyczają, by kupić ładny dom, ale tym samym pozbawiają się wszelkiej swobody.

Rodzice rozmawiali z nami jak z dorosłymi. Nie pouczali nas, lecz na poważnie rozważali każde zadane pytanie, nawet niedojrzałe. Nigdy nie kończyli dyskusji na odczepnego. Czasem rozmawialiśmy godzinami, bo Craig i ja zadręczaliśmy ich pytaniami o wszystko, czego nie rozumieliśmy. Jako małe dzieci pytaliśmy: "Dlaczego ludzie chodzą do toalety?" albo: "Po co komu praca?", a gdy nam to wyjaśnili, zasypywaliśmy ich pytaniami do odpowiedzi. Jedno z moich pierwszych zwycięstw zaczęło się od pytania: "Dlaczego musimy jeść jajka na śniadanie?", co otworzyło dyskusję o konieczności spożywania białka. Spytałam wówczas, czy w maśle orzechowym nie ma go dość, i po dalszej debacie mama musiała zrewidować swoje poglądy na temat jajek, które niezbyt lubiłam. Przez kolejnych dziewięć lat robiłam sobie na śniadanie uczciwie wywalczone kanapki z grubą warstwą masła orzechowego i dżemu, nawet nie tykając jajek.

Gdy dorastaliśmy, rozmawialiśmy też na temat wyborów życiowych, rasy, nierówności i polityki. Rodzice nie spodziewali się, że będziemy doskonali. Nie owijali też w bawełnę trudnych życiowych tematów. Na przykład pewnego lata Craig dostał nowy rower i pojechał nim na wschód ku jezioru Michigan, po czym skręcił na asfaltową dróżkę wzdłuż plaży Rainbow, gdzie czuć już wiejącą od wody bryzę. Wkrótce jednak policjant zatrzymał go, oskarżył o kradzież i nie chciał przyjąć do wiadomości, że młody czarny chłopiec mógł w uczciwy sposób wejść w posiadanie nowego roweru. (Policjanta, który też był Afroamerykaninem, bezlitośnie zrugała później nasza mama i zmusiła go, by przeprosił Craiga). Rodzice wyjaśnili nam, że było to niesprawiedliwe, lecz niestety powszechne zdarzenie. Kolor skóry narażał nas na przykrości. Był czymś, z czym zawsze będziemy musieli się w życiu liczyć.

Zabierając nas na przejażdżki po Pill Hill, tata chciał w nas rozbudzić ambicję i pokazać, co może nam dać porządne wykształcenie. Rodzice całe życie spędzili na obszarze kilku kilometrów kwadratowych Chicago, ale nie spodziewali się, że losy Craiga i moje potoczą się podobnie. Nim się pobrali, przez krótki czas chodzili do publicznych koledżów, ale porzucili je na długo przed uzyskaniem licencjatu. Mama chciała zostać nauczycielką, w końcu jednak uznała, że lepszym wyjściem będzie zatrudnienie się w charakterze sekretarki. Ojcu po prostu skończyły się pieniądze na czesne, więc wstąpił do wojska. Nikt z jego rodziny nie namawiał go do powrotu do szkoły, a on nie miał nikogo, na kim mógłby się wzorować, aspirując do lepszego życia. Służył przez dwa lata, przenoszony z jednego garnizonu do drugiego. Dawniej marzył co prawda o ukończeniu koledżu i karierze artysty, lecz szybko zarzucił te plany i za zarobione pieniądze postanowił pomóc młodszemu bratu w uzyskaniu dyplomu architekta.

Zbliżając się do czterdziestki, skupił się na oszczędzaniu pieniędzy dla nas, swoich dzieci. Nasza rodzina nie miała popaść w ruinę przez kupno zbyt drogiego domu, bo żadnego nie kupiła. Tata rozumował praktycznie - wiedział, że ma skąpe zasoby, a być może także niewiele czasu przed sobą. Gdy nie jeździł samochodem, podpierał się laską przy chodzeniu. Nim skończyłam podstawówkę, laskę zastąpiła kula, a później dwie. Ojciec postrzegał chorobę, która niszczyła jego mięśnie i nerwy, jako osobiste wyzwanie. Sądził, że musi mu stawić czoła sam, w milczeniu.

Naszej rodzinie wystarczyły skromne przyjemności. Gdy Craig i ja przynosiliśmy dobre oceny, rodzice świętowali, zamawiając pizzę z naszej ulubionej pizzerii Italian Fiesta. W upalne dni kupowaliśmy lody w pudełku - pół litra mieszanki z czekoladą, masłem z nerkowców i wiśniami - które wystarczały nam na wiele dni. Co roku urządzano Festyn Powietrza i Wody, a wówczas pakowaliśmy rzeczy na piknik i jechaliśmy na północ wzdłuż jeziora Michigan na odgrodzony półwysep, gdzie znajdowała się stacja uzdatniania wody, w której pracował tata. Była to jedna z kilku okazji w roku, kiedy otwierano jej bramy dla rodzin pracowników i wpuszczano nas na trawnik nad jeziorem. Widok na śmigające nad wodą formacje myśliwców był stąd dużo lepszy niż z każdej willi przy Lake Shore Drive.

Każdego lipca tata brał urlop w stacji uzdatniania, gdzie nadzorował kotły, i pakowaliśmy się do buicka razem z ciotką i kilkorgiem kuzynostwa. W siedmioro jechaliśmy przez kilka godzin naszym dwudrzwiowym samochodem. Wyjeżdżaliśmy z Chicago drogą Skyway, mijaliśmy południowy kraniec jeziora Michigan i sunęliśmy dalej aż do miasteczka White Cloud w stanie Michigan, gdzie znajdował się kurort Dukes Happy Holiday Resort. Mieli tam pokój gier, automat z butelkowanymi napojami oraz - co było dla nas najważniejsze - wielki basen. Wynajmowaliśmy domek z małą kuchnią i spędzaliśmy dnie na pluskaniu się w wodzie.

Rodzice rozpalali grilla, palili papierosy i grali w karty z ciotką, ale ojciec robił też sobie długie przerwy, by posiedzieć z nami w basenie. Był przystojnym facetem z sumiastym wąsem. Jego wydatną pierś i mocne ramiona znaczyły sznury mięśni - pamiątka po dawnej karierze sportowej. Podczas tych długich popołudniowych godzin spędzanych w basenie pływał, śmiał się i podrzucał nasze małe ciałka w górę, nie musząc się przejmować słabnącymi nogami.

 

CZASEM NIE SPOSÓB dostrzec sygnałów upadku, zwłaszcza gdy zachodzi w najbliższym otoczeniu. Kiedy wraz z Craigiem każdego września wracaliśmy do szkoły Bryn Mawr, na podwórku pojawiało się coraz mniej białych dzieci. Część przeniosła się do pobliskiej szkoły katolickiej, lecz wiele całkiem wyprowadziło się z dzielnicy. Początkowo wydawało się, że uciekają tylko białe rodziny, ale w końcu to także się zmieniło. Wyjeżdżali już wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić. Większość wyprowadzek następowała nieoczekiwanie i bez wyjaśnienia. Zobaczyliśmy znak NA SPRZEDAŻ na trawniku domu Yackerów i ciężarówkę przeprowadzkową przed domem Teddych. Wiedzieliśmy, co się szykuje.

Największy cios spadł na moją mamę chyba wtedy, gdy jej przyjaciółka Vilma Stewart oznajmiła, że wraz z mężem wpłaciła pierwszą ratę na dom na podmiejskim osiedlu Park Forest. Stewartowie mieli dwoje dzieci i mieszkali dwie przecznice od nas przy Euclid Avenue. Podobnie jak my wynajmowali mieszkanie. Pani Stewart miała wspaniałe poczucie humoru i głośny, zaraźliwy śmiech, co zjednało jej sympatię mojej mamy. Spotykały się i wymieniały przepisami, a przy tym nigdy nie należały do plotkarskiego kręgu towarzyskiego złożonego z innych pań domu. Syn pani Stewart, Donny, był rówieśnikiem Craiga i chłopcem równie wysportowanym jak on, dzięki czemu natychmiast się zaprzyjaźnili. Córka Stewartów, Pamela, była już nastolatką, więc mnie nie interesowała, chociaż ogólnie rzecz biorąc, nastolatki budziły moją ciekawość. Nie pamiętam zbyt wyraźnie pana Stewarta - wiem, że był kierowcą ciężarówki dostawczej w jednej z wielkich sieci piekarskich w Chicago. Zarówno on, jak i jego żona oraz dzieci mieli najjaśniejszy odcień skóry, jaki widziałam u Afroamerykanów.

Nie miałam pojęcia, jakim sposobem udało im się zarobić na dom na przedmieściu. Park Forest należało do pierwszych w pełni zaplanowanych osiedli w kraju. Było niemal miasteczkiem wyposażonym w centra handlowe, kościoły, szkoły i parki. Ludzie mieszkali tam w masowo produkowanych domach na jednakowych parcelach jak wykrojonych foremką do ciastek. Początkowo wprowadzono tam limit czarnych mieszkańców, lecz w czasach przenosin Stewartów ograniczenia te już nie obowiązywały.

Niedługo po przeprowadzce Stewartowie zaprosili nas do siebie. Umówiliśmy się na dzień, kiedy ojciec miał wolne. Bardzo się ekscytowaliśmy tą wizytą. Miała to być dla nas zupełnie nowa przygoda i szansa obejrzenia przedmieścia. We czworo ruszyliśmy buickiem na południe za miasto i po czterdziestu minutach podróży autostradą skręciliśmy w zjazd obok nijakiego centrum handlowego. Chwilę później kluczyliśmy krętymi cichymi uliczkami wśród prawie identycznych domów.

- Dlaczego ludzie chcą mieszkać tak daleko? - dociekał tata, rozglądając się znad kierownicy. Zgadzałam się z nim - to było niedorzeczne. Jak okiem sięgnąć, nie widziałam żadnych dużych drzew na miarę wielkiego dębu rosnącego za oknem mojego pokoju. W Park Forest wszystko było nowe, a każdy kawałek przestrzeni obszerny i bezludny. Brakowało sklepu monopolowego z kręcącymi się przed nim typkami. Nie słyszeliśmy roztrąbionych samochodów ani policyjnych syren. Z żadnej kuchni nie dobiegała muzyka. Wyglądało na to, że okna wszystkich domów są zatrzaśnięte na głucho.

Craig zapamiętał tę wizytę jak wycieczkę do raju, głównie dlatego, że przez cały dzień na obszernych placykach pod błękitnym niebem grał w koszykówkę z Donnym Stewartem i nową paczką kumpli z przedmieścia. Moi rodzice przyjemnie spędzili czas ze Stewartami, a ja chodziłam za Pamelą i gapiłam się na jej włosy, jasną skórę i biżuterię nastolatki. Zjedliśmy razem obiad.

Pożegnaliśmy się dopiero wieczorem. Wyszliśmy od Stewartów o zmroku i podeszliśmy do krawężnika, gdzie tata zaparkował samochód. Craig był spocony po grze i ledwie trzymał się na nogach. Ja też byłam zmęczona i chciałam już wracać do domu. Nie wiem czemu, ale to osiedle mnie niepokoiło. Nie zostałam fanką przedmieścia, choć nie potrafiłam powiedzieć, co dokładnie mi w nim nie odpowiadało.

Ponieważ prawie wszyscy ludzie na ulicach w nowej dzielnicy Stewartów byli biali, mama powiedziała:

- Ciekawe, czy dopiero po naszej wizycie ludzie się zorientowali, że oni są czarni.

Zastanawiała się, czy jako ewidentni Afroamerykanie z South Side nie zdradziliśmy przypadkiem ich koloru skóry, przyjeżdżając na parapetówkę. Nawet jeśli Stewartowie nie zamierzali ukrywać swojej rasy, zapewne nie rozmawiali o niej z nowymi sąsiadami. Nie naruszali w żaden sposób panującej na osiedlu atmosfery obyczajowej. W każdym razie do czasu naszych odwiedzin.

Czy ktoś patrzył na mojego tatę, gdy tamtego wieczora szliśmy do samochodu? Czy jakaś postać w mroku obserwowała nas zza zasłony, ciekawa, co się wydarzy? Nigdy się tego nie dowiem. Pamiętam tylko, że gdy tata zbliżył się do drzwi od strony kierowcy, lekko zesztywniał. Ktoś zadrapał karoserię jego ukochanego buicka - zrobił paskudną cienką rysę ciągnącą się przez całe drzwi aż po tylne światło. Zrobiono to kluczem albo kamieniem i na pewno nieprzypadkowo.

Jak wspominałam, tata miał stoickie usposobienie: nigdy się nie skarżył, czy to na drobnostki, czy na poważne problemy, z uśmiechem przyjmował przeciwności losu, a kiedy lekarz postawił mu diagnozę będącą praktycznie wyrokiem śmierci, po prostu żył dalej, jak gdyby nigdy nic. Rysę na samochodzie przyjął z podobnym spokojem. Nawet gdyby mógł kogoś ukarać lub gdyby wiedział, w które drzwi zacząć walić, i tak by tego nie zrobił.

- No niech to szlag - powiedział tylko, po czym otworzył drzwiczki.

Wracając do miasta, nie rozmawialiśmy zbyt wiele o tym incydencie. Może byliśmy zanadto wyczerpani, żeby się z nim mierzyć. Tak czy inaczej, zobaczyliśmy przedmieście i mieliśmy go dość. Tata musiał następnego dnia pojechać takim poharatanym samochodem do pracy i jestem pewna, że mu się to nie podobało. Lecz rysa nie pozostała na lakierze zbyt długo. W pierwszej wolnej chwili tata pojechał do zakładu i kazał ją usunąć.

 

[...]

Tytuł oryginału: Becoming - Michelle Obama

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona, Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Christopher Brand

Ilustracja na okładce: ? Miller Mobley

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora SA, 2021

copyright ? 2021 by Michelle Obama.

Published in the United States by Delacorte Press, an imprint of Random House Children's Books, a division of Penguin Random House LLC, New York.

? copyright for Polish translation by Dariusz Żukowski

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2021

 

ISBN: 978-83-268-3814-9

 
 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej