.
Na przejściu granicznym w Berlinie strażnicy oglądali pokrowce na gitary i bagaże. W plecaku Any zobaczyli czarną męską marynarkę i garniturowe spodnie, też czarne. Potem płyty oraz kolorowe skarpetki. Dokładnie obejrzeli gitarę elektryczną Hayman, rocznik 1974. Kiwali głowami, cmokali z przekąsem. Może ten instrument był jednak zbyt fajny, by go przepuścić?
Jeremie też miała gitarę. Jeszcze starszą, Gibson Les Paul, rocznik 1970. W jej torbie błyszczały skórzane metaliczne spodnie i kozaki na monstrualnych szpilkach, pod kolor spodni, z sięgającą ponad kolano cholewą.
Następnie wyciągnęli bas Giny. Nic zaskakującego jak na lata siedemdziesiąte: Epiphone EB-3 CH. Na dnie plecaka miała jeszcze różowe rurki.
Simon i Nick mieli najmniej. Możemy założyć, że jako perkusista Nick wziął pałeczki.
W końcu strażnicy zabrali dziewczynom parę książek, płyt i kaset. Jeremie, Amerykanka, była w szoku. Myślała, że skoro nie przewozi marihuany ani nic takiego, nic się nie stanie. Ana przeciwnie. W końcu wychowała się w Portugalii rządzonej przez tyrana Salazara. Była gotowa na to, co spotkało ich na granicy.
Podróż trwała już kilkanaście godzin. Marzyli, żeby się położyć. Ale strażnikom na dworcu czas płynął inaczej. Mieli go pod dostatkiem i zamierzali go wykorzystać, żeby nauczyć przyjezdne moresu. Przypomnieć, że w socjalizmie panuje równość, więc - sorry, Raincoats, czy jak tam się nazywacie - kontrolę przechodzą wszyscy. Tyczyło się to także ich towarzyszy, artysty Simona Bramleya i siostry Any, która cudem przewiozła przez granicę kamerę.
Po wszystkim padli do łóżek w malutkim przedziale. Pierwszy raz jechali pociągiem z kuszetkami.
"Za moment zapalny, który wywołał pospolite ruszenie polskiego punku, uchodzi koncert The Raincoats, który odbył się w warszawskim klubie Riviera-Remont w kwietniu 1978 roku", napisał wiele lat później dziennikarz muzyczny Rafał Księżyk. "Miały w sobie czad. Szczególnie basistka. Ostry strzał", opowiadał mu Robert Brylewski, muzyk, jedna z najważniejszych postaci polskiej kultury alternatywnej.
- To był dla mnie szok. Ten koncert zmienił moje życie - powiedział mi Kamil Sipowicz, pisarz i dziennikarz, badacz kontrkultury, znany jako mąż Kory z Maanamu.
I Am - International Artists Meeting, Jestem - międzynarodowe spotkanie artystów. Tak nazywała się impreza w Warszawie, na którą zmierzał z Londynu zespół The Raincoats. Pierwszy w Polsce taki festiwal organizowała placówka artystyczna Galeria Remont, w osobie jej twórcy i kierownika Henryka Gajewskiego, charakterystycznego faceta w różowych okularach, z brodą i petem w mordzie.
Gajewski prawdopodobnie dowiedział się o The Raincoats z krążących po Europie listów i pocztówek. Tak działał mail art, podstawowe narzędzie międzynarodowej komunikacji artystów tamtego czasu, awangardowy internet epoki analogowej - sieć tysięcy adresów przedstawicieli świata sztuki. Bez mail artu Gajewski nie miałby ani adresu dziewczyn, ani ich fotografii, które wydrukował na setkach ulotek zapowiadających koncert w Warszawie.
Wiele wskazuje, że zdjęcia zespołu przesłali Henrykowi performerzy z londyńskiego duetu Reindeer Werk. Byli w Warszawie dwa lata wcześniej. Wystąpili w Remoncie - rzucali się na ściany, tarzali po scenie, ocierali o siebie jak zwierzęta. Dla niektórych był to widok przykry, dla innych - objawienie. Historycy sztuki pisali później, że Reindeer Werk byli lustrem ludzkich lęków i udowadniali, "jak bardzo ludzie boją się własnych instynktów". Gajewskiego natomiast ciekawili ci, którzy odważyli się przekraczać granice. Reindeer Werk byli jego pierwszym eksperymentem, a The Raincoats - kolejnym.
O międzynarodowym spotkaniu artystów i towarzyszącym mu koncercie informował plakat na tanim papierze zawieszony na korytarzu warszawskiej polibudy:
Socjalistyczny Związek Studentów Polskich
Centrum Klubowe Politechniki Warszawskiej
"Riviera-Remont"
ul. Waryńskiego 12a, 00-631 Warszawa
The Raincoats
(z Londynu)
Pierwszy w Polsce koncert
Punk Rock
W dniach 1.04.78 (sobota) i 2.04.78 (niedziela)
W godz. 17.00 i 20.00
Bilety do nabycia w hallu DS. "Riviera" w godz. 14.00-16.00
Rezerwacja telefoniczna 25-74-97 w godz. 16.00-18.00
Gdy plakat zawisł, Gajewski został poproszony na dywanik do zarządu głównego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.
- Mamy sygnały, że zaprosił pan zagranicznych gości. Kto panu na to pozwolił? - zapytał przewodniczący związku.
- Ale to tylko spotkanie artystyczne - tłumaczył Gajewski.
- Impreza się nie odbędzie.
A tyle już się narobił. Tyle nakombinował, by zdobyć kontakty do performerów z Japonii czy Meksyku. Wszystko na nic? Gorączkowo szukał rozwiązania. Krążył po mieście, aż w myślach zobaczył koleżankę pracującą na poczcie. Pobiegł do jej placówki.
- Musisz mi pomóc. Chodzi o jedną wiadomość.
Razem nadali telegram, Gajewski wrócił do zarządu, położył na stole kartkę i triumfalnie oświadczył:
- Przyjeżdżają.
Jeden z notabli uniósł brwi, sięgnął po papier i przeczytał: We are happy to come to Warsaw. Thank You for inviting us. John Lennon and Yoko Ono. (Z radością przyjedziemy do Warszawy. Dziękujemy za zaproszenie. John Lennon i Yoko Ono.)
- ...Naprawdę? - zapytał sekretarz.
- Yhy.
Chwilę pocmokali, w końcu ktoś zaproponował:
- A może by to wykorzystać?
- Moglibyśmy pokazać się w dobrym świetle. Zrobić Polsce trochę reklamy!
- ...I Partii.
Sekretarz zaciągnął się papierosem, hojnie obdarzając płuca nikotyną.
- Dobrze. Ale pod jednym warunkiem. - Uniósł palec. - Impreza zamknięta. Na zaproszenia. Z zewnątrz nikt nie wchodzi.
- Oczywiście.
Kilka dni później do SZSP przyszedł drugi telegram od Johna i Yoko: We are extremely sorry. We are just sick. We cannot come this time. (Bardzo, bardzo nam przykro. Jesteśmy chorzy. Tym razem nie możemy przyjechać).
Pieniądze na festiwal jednak poszły, a pozostali artyści byli w drodze. Już nie dało się zatrzymać imprezy.