Beniowski - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pieśń pierwsza

I.

Za panowania Króla Stanisława Mięszkał ubogi szlachcic na Podolu, Wysoko potém go wyniosła sława; Szczęścia miał mało w życiu, więcéj bolu; Albowiem była to epoka krwawa I kraj był cały na rumaku, w polu; Łany, ogrody leżały odłogiem, Zaraza stała u domu za progiem.

II.

Maurycy Kaźmierz Zbigniew miał z ochrzczenia Imiona; rodne nazwisko Beniowski. Tajemniczą miał gwiazdę przeznaczenia, Co go broniła jako Częstochowski Szkaplerz, od dżumy, głodu, od płomienia, I od wszystkich plag - prócz śmierci i troski; Bo w życiu swojém namartwił się bardzo, A umarł choć był z tych co śmiercią gardzą.

III.

Młodość miał bardzo piękną, niespokojną. Ach! taką tylko młodość nazwać piękną, Która zaburzy pierś jeszcze niezbrojną, Od któréj nerwy w człowieku nie zmiękną, Ale się staną niby harfą strojną, I bite pieśnią zapału nie pękną. Przez całą młodość pan Beniowski bujnie Za trzech ludzi czuł - a więc żył potrójnie.

IV.

Wioseczkę małą miał - ale dziedziczną, Dwadzieście miał lat - był u siebie panem. Spraszał do domu szlachtę okoliczną, Fortunka jego ciągle ciekła dzbanem. Miał nadto proces i sprawę graniczną; A prędzéj sprawę wygrałby z szatanem, Niż z ową psiarnią wtenczas palestrantów Słowem że przyszło do długów i fantów.

V.

Pozbył się naprzód klinów i futorów, Potém i konie wyprzedał z uprzężą - Nie znano wtenczas jeszcze w Polsce szorów, O które żony dziś mężów ciemiężą - Pozbył się potém swoich białozorów, Regentowi dał charty - w rękę xiężą Ostatnie grosze dwa za ojca duszę, I na ornaty dwa ojca kontusze.

VI.

Z tych majątkowych ostatnich konwulsii Nie zyskał, jedno wyrok przeciw sobie; Wyrok w którym rzecz była o expulsii. Mało o to dbał (tracąc na chudobie, Dzisiaj są ludzie młodzi stokroć czulsi) Lecz pan Beniowski rzekł: ja sam zarobię Na drugą wioskę et si non mi nocesFortuna - z wioską nabędę i proces.

VII.

I znowu mój syn będzie miał przyjemność Z palestrą jadać i być Akteonem; I na przyjacioł wzdychać niewzajemność, I stać, tak jak ja, pod ciemnym jesionem Który mój ojciec sadził... O! nikczemność! Tu pan Kazimierz jęknął harfy tonem, I na szumiący jesion łzawo spojrzał. W téj chwili zyskał trochę - trochę dojrzał.

VIII.

Trochę skorzystał w sobie jako prawnik, Trochę skorzystał jak człowiek odarty Na którego sam Pan Sędzia, Zastawnik I Regent - niby trzy głodne lamparty, Lub jako muły puszczone na trawnik, Lub jak na duszę rozsierdzone czarty, Wpadli, ogryźli i na pocieszenie Rzecz zostawili słodką - doświadczenie.

IX.

O! doświadczenie - ty jesteś pancerzem Dla piersi w której serce nie uderza; Jesteś latarnią nad morskim wybrzeżem, Do któréj człowiek w dzień pochmurny zmierza; O! doświadczenie - jesteś ciepłém pierzem Dla samolubów; tyś gwiazdą rycerza, Bawełną w uszach od ludzkiego jęku - Dla mnie, śród ciemnéj nocy - świecą w ręku.

X.

Lecz pan Beniowski liczył lat dwadzieścia, O doświadczenie jak o grosz złamany Nie dbał - wolałby mieć wioskę i teścia; To jest ślubem być dozgonnym związany Z Panną Anielą. - Téj sztuka niewieścia Sprawiła, że był srodze zakochany, Na gitarze grał i rym śpiewał włoski, I wszystko dobrze szło - dopóki wioski

XI.

Nie stracił... wtenczas po włosku: addio! Po polsku: pisuj do mnie na Berdyczów. Okropne słowa! jeśli nie zabiją To serce schłoszczą tysiącami biczów. Panna Aniela, dziewczę z białą szyją, Była z rodziny dostatniéj A.... wiczów... Kochała wiernie - wierność była w modzie... Lecz ojciec - ten stał jak mur na przeszkodzie.

XII.

Mimo to jednak Aniela, jak róże Co nad wysoki mur liściem wybiegną Patrzéć na słońce - oczy miała duże, Czarne. - Jak róże co się nad mur przegną, I mimo czujne ogrodowe stróże, Zerwaniu chłopiąt i dziewcząt ulegną, A potém gorzki los tych niewiniątek Więdnąć na włosach i sercach dziewczątek;

XIII.

Aniela - mimo ojcowskie czuwanie Widywała się ze swoim Zbigniewem. - Kronika milczy czy to widywanie Odbywało się pod jaworu drzewem, W godzinę kiedy słychać psów szczekanie, Kiedy słowiki wywołują śpiewem Xiężyc z pod ziemi; - lecz pozwól Asindziéj Że się nie mogli widywać gdzie indziéj...

XIV.

Zwłaszcza o innéj porze... Ojciec srogi, Do tego wielki oryginał, splennik; Djabeł wié jakiéj wiary: w Rzymskie Bogi Wierzył i wierzył w proroctwa i w sennik, Chrystusa także krwią oblane nogi Całował; zwał się Cessarzów plemiennik... Słowem, była to dziwna meskolancya Świętości, złota, folgi - jak monstrancya,

XV.

To porównanie pojąłbyś od razu Gdybyś go widział w złocistym szlafroku, Z łbem łysym, gdzie jak z Rembrandta obrazu Odstrzeliwało słońce; kiedy w mroku Adamaszkowych purpur, stał jak z głazu Kłaniającym się ludziom na widoku; I stał jak martwy, niczém się nie wzruszył, Lecz widać było, że żył - bo się puszył.

XVI.

Zamek jego stał nad rzeczką Ladawą Na skale - a pod skałą staw był wielki. W tym stawie widać było twarz jaskrawą Słońca, i białe łabędzie Anielki, Grobelka z młyńską u końca zastawą, Za groblą kościół Panny Zbawicielki Z trzema wieżami baniastymi w złocie; I chat okienka niby oczy kocie.

XVII.

Wszystko to było dziwnie piękne, cudne! Zwłaszcza że szlachcic, wielki oryginał, Góry uczynił do przebycia trudne, Wężowe w skałach ścieżki powycinał, I między róże, co rosły odludne, Postawiał golce Rzymskie. - Ten puginał W ręku swym trzymał i twarz miał brodatą - Skąd łatwo było poznać że to Kato.

XVIII.

Apollo w morzu zostawił koszulę, I na Starosty górach stał bez listka. Daléj w egipskich katakombach, ule; Daléj posągi, którym koniec świstka Wyłaził z gęby i przemawiał czule Do Pana zamku jak do Antychrystka... Albowiem wszystkie te pomysły pańskie Nie katolickie były - lecz pogańskie.

XIX.

W ogrodzie stała jakaś larwa niema. Czarna, ogromna, rozrosła szeroko, Był to krzesany dąb na Polifema. Jedno w koronie miał wybite oko, A tyle widział nieba, co obiema, I nad sadzawką coś dumał głęboko, Patrząc tém jedném okiem w ciemną wodę, Na deszcz miał czarny wzrok, jasny w pogodę.

XX.

Na przeciw była bardzo ciemna grota, Przed nią się nieraz siwy rybak skłoni, Gdy go na stawie ogarnie ciemnota, A sieci pluszczą śród spokojnych toni; Albowiem w grocie Matka Boska złota, Z wieńcem różanych lamp na jasnéj skroni, Jako Dyanna o poranku biała, Na staw z różanéj tęczy wyzierała...

XXI.

Słowem - było to istne głupstwa wzgórze, Zwierciadło czyste cnego Antenata, Na którém meszty świeciły papuże, Rzymska purpurą bramowana szata, Przy ucztach często na łysinie - róże, A w ręku czara, ze śmiercią Sokrata, Tak dobrze, wiernie wykowana rylcem - Że kto pił, zdał się mędrcem - nie opilcem.

XXII.

Z tego wszystkiego pan Kazimierz śmiał się. Lecz zakochany w cudownéj Anieli, Wyjawić szczerze swoich myśli bał się; Polubił nawet te posągi w bieli, Te groty od lamp różane - i stał się Nabożnym bardzo w każdéj skalnéj celi; W każdéj albowiem była jego droga, I w każdéj po niéj została część Boga. -

XXIII.

Woń jakaś, jakiś duch nieprzenikliwy, Co myśli wtrącał i duszę w marzenia. Każdy z nas miał kraj młodości szczęśliwy, Kraj, co się nigdy w myślach nie odmienia. Ja sam, com widział Chrystusa oliwy, Góry z marmuru i góry z płomienia, Wolę - i sądzę najpiękniéjszą z krajów Jedną maleńką wieś, pełną ruczajów,

XXIV.

Pełną łąk jasnych, gdzie kwitnie wilgotna Konwalja, pełną sosen, kalin, jodeł; Gdzie róża polna błyszczy się samotna, Gdzie brzozy jasnych są kochanką źródeł - A zaś przyczyna temu jest istotna, Że na tych bagnach, gdzie potrzeba szczudeł, Jam wtenczas bujał na młodości piórach Jasny i chmurny - jako xiężyc w chmurach.

XXV.

O! Melancholjo! Nimfo! skąd ty rodem? Czyś ty chorobą jest epidemiczną? Skąd przyszłaś do nas? Co ci jest powodem Że teraz nawet szlachtę okoliczną Zarażasz? - Nimfo! za twoim przewodem Ja sam wędrówkę już odbyłem śliczną! I jestem dzisiaj - niech cię porwie trzysta! - Nie Polak - ale istny Bayronista...

XXVI.

Trochę w tym wina jest mojéj młodości, Trochę - tych grobów co się w Polszcze mnożą, Trochę - téj ciągłéj w życiu samotności, Trochę - tych duchów ognistych co trwożą Palcami grobów pokazując kości, Które się na dzień sądny znów ułożą, I będą chodzić skrzypiąc, płacząc, jęcząc; Aż wreszcie Pana Boga skruszą - dręcząc.

XXVII.

Prześliczna strofa! mógłbym zacząć od niéj Nowy poemat, jak sąd ostateczny; I przy Eumenid pokazać pochodni, Jak jest grzech każdy dziwnie niebezpieczny; Jak w jasném niebie daleko jest chłodniéj Niż w piekle, kędy płonie ogień wieczny; Lecz wolę dzieło to rzucić na późniéj, Bo do porządku mnie wołają Woźni...

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.