Są debiuty, które po premierze cichną, i takie, które po latach wracają jak echo - mocniejsze, niż je zapamiętaliśmy. Bestiariusz nowohucki Elżbiety Łapczyńskiej, wydany pierwotnie w 2020 roku, należy do tej drugiej grupy: wciąż krąży w obiegu, ale domaga się nowej ramy, ponownego ustawienia w szeregu, sprawdzenia, co dziś z nami robi.
Historia tej książki jest mocno osadzona w praktyce wydawniczej Biura Literackiego. Bestiariusz w wydawnictwie wziął się z konkursu "Pierwsza książka prozą", prozatorskiego "Połowu" i z uważnego czytania nadesłanych maszynopisów. Został wypatrzony przez Beatę Stasińską, a później pieczołowicie zredagowany przez Aleksandrę Grzemską. To przykład tego, jak działa nasz model: najpierw kogoś wyszukać, potem wejść z tekstem w długi dialog, w którym debiut przestaje być przypadkiem, a staje się świadomą decyzją. Nagroda Conrada i nominacje do najważniejszych laurów - od Nike, przez Gdynię, po Nagrodę m.st. Warszawy i Paszporty "Polityki" - są w tej historii ważnym dopowiedzeniem, ale nie jej sednem. Sednem pozostaje to, że od pierwszego czytania było jasne: oto książka, która buduje własny język i prywatny świat, nie oglądając się na oczekiwania rynku.
Świat ten ma bardzo konkretny adres: Nowa Huta lat pięćdziesiątych. Nie ta z kronik filmowych, ale ta, która wychodzi z zadymionych hal, z blokowych korytarzy i piwnic, z pralni, barów mlecznych, ze ślepych zaułków między osiedlami. Łapczyńska nie pisze "powieści o Nowej Hucie", tylko funduje jej mitologię: taką, w której miasto zachowuje się jak żywy organizm. Kombinat jest tu sercem i żołądkiem, ulice stają się tętnicami i żyłami, dym zaś to oddech. Na tym organizmie rozsiadają się kolejne stworzenia z tytułowego bestiariusza: prorok wyłaniający się z hutniczych oparów, dziewczyna zjadająca arszenik, człowiek bez twarzy, doktor Szpigiel, którego nazwisko szeleści jak sprzęt w gabinecie. To nie są realistyczne "portrety mieszkańców dzielnicy". To figury, w których skupiają się lęk, pragnienie, przemoc i czułość miejsca.
Socrealistyczny projekt "nowego człowieka" rozgrywany jest tu od środka, od strony ciała. Oficjalna narracja mówiła o budowie kombinatu, o wzroście produkcji, o planach wykonanych na sto kilka procent. Elżbietę Łapczyńską w Bestiariuszu nowohuckim interesuje zupełnie inna statystyka: ilość trucizny w powietrzu, ciężar kurzu w płucach, liczba siniaków, ubytków, drobnych uszkodzeń, które zbierają się w jednym życiu. Ciało jest tu pierwszą i ostatnią dokumentacją epoki. To przez nie przechodzą choroba, śmierć, fizjologia, intymność. Toksyczność - chemiczna, społeczna, emocjonalna - nie jest metaforą, tylko codziennym doświadczeniem. Kto nie wytrzymuje tempa, ten wypada z obiegu. Kto wytrzymuje, płaci za to wysoką cenę.
Proza Łapczyńskiej działa na granicy gatunków. Formalnie mamy do czynienia z powieścią, ale taką składaną z osobnych historii, które da się czytać jak cykl opowiadań. Każdy rozdział ma swoją dominantę: postać, motyw, obraz, które ciągną resztę za sobą. Całość spina się dzięki rytmowi frazy, powracającym figurom, sieci wewnętrznych odwołań. W tle czuć doświadczenie poetyckie autorki: kondensację, obrazowanie, upór przy pojedynczym detalu, który pracuje na całą scenę. To proza, która chce być słyszana nie tylko znaczeniowo, ale też brzmieniowo - pełna szmerów, powtórzeń, słów, które ocierają się o siebie jak tryby tej samej maszyny.
Ważne jest też to, co w książce nie zostaje wypowiedziane do końca. W Bestiariuszu pojawia się dużo postaci na poły niemych, zaciętych, niezdolnych do pełnego opowiedzenia własnej historii. Mówią za nie symptomy: tiki, nawyki, choroby, drobne przesunięcia w zachowaniu. Autorka w jednym z wywiadów nazywa to "czytaniem z symptomów" - chodzi o uważność na wszystko, co dzieje się obok oficjalnego przekazu. Dla nas w Biurze Literackim to bardzo bliskie temu, co uważamy za dobrą literaturę w ogóle - pojmowaną jako sztuka wychwytywania tego, co kruche, niewyraźne, ledwo widoczne, ale decydujące o kondycji człowieka. Tematy, które wracają w naszych projektach - choroba, śmierć, cielesność, fizjologia, intymność, samotność, kruchość świata - w Bestiariuszu znajdują swoją prozatorską, gęstą realizację.
Dlaczego więc "debiut od nowa"? Co zmienia wznowienie po kilku latach? Na pewno zmienił się kontekst. Czytamy Bestiariusz nowohucki po pandemii, po kolejnych kryzysach, z jeszcze bardziej wyostrzoną świadomością skażenia - klimatycznego, społecznego, informacyjnego. Nowa Huta przestaje być tylko konkretnym miejscem na mapie Polski lat pięćdziesiątych. Coraz wyraźniej widać w niej model każdego wielkiego projektu, który miał nas zbawić, a po drodze wiele popsuł. Łatwiej też dostrzec, jak bardzo ta książka mówi o teraźniejszości: o pracy na granicy wytrzymałości, o ciałach wciągniętych w tryby systemu, o świecie, który nieustannie produkuje nowe odmiany "złego życia".
Wznowienie w ramach serii to także przyznanie wprost: Bestiariusz nowohucki stał się jednym z punktów odniesienia dla wydawanej w Biurze Literackim prozy. Od niego zaczęliśmy myślenie o "Połowie prozatorskim" jako o przestrzeni, w której debiut okazuje się czymś więcej niż jednorazowym olśnieniem. Ma być on początkiem drogi, która później prowadzi w różne strony - do kolejnych książek, do innej pracy, do nowych form obecności w literaturze. "Debiut od nowa" to nasz sposób na to, żeby te początki pielęgnować, przywracać, kiedy trzeba, i czytać raz jeszcze z dzisiejszej perspektywy.
Jeśli chodzi o samą książkę Elżbiety Łapczyńskiej, to można mieć wrażenie, że wiele już o niej powiedziano. Recenzje, rozmowy i nagrody zrobiły swoje. A jednak lektura po latach odsłania inne napięcia, fałdy, szczeliny. Tak działa dobra literatura: nie kończy się na pierwszym obiegu. Właśnie dlatego chcemy, by Bestiariusz nowohucki otwierał serię "Debiut od nowa". Jako przypomnienie, że debiut to nie jest epizod, lecz moment, od którego zaczyna się długa praca - nad językiem, nad światem i nad sobą. I jako zaproszenie, by jeszcze raz wejść do Nowej Huty Łapczyńskiej, przejść przez tutejszy dym, asfalt, błoto czy szpitale, i sprawdzić, jakie bestie dziś rozpoznajemy w sobie i dookoła.
Artur Burszta