Better. Zderzenie - Carrie Leighton

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Je­sie­nią Co­rval­lis jest szcze­gól­nie piękne. Ze swo­imi uro­czymi dom­kami, par­kami i ota­cza­ją­cymi mia­steczko gę­stymi la­sami przy­po­mina je­den z tych za­cza­ro­wa­nych pej­zaży za­mknię­tych w jed­nej ze szkla­nych kul, które ko­lek­cjo­no­wa­łam w dzie­ciń­stwie. Na­dej­ście pierw­szych burz spra­wia, że wszę­dzie wo­kół czuć ma­gię. Tak jak te­raz, kiedy deszcz wali z im­pe­tem o as­falt, na wie­trze szu­mią li­ście, a w po­wie­trzu unosi się za­pach mo­krych ulic. Nie ma dla mnie pięk­niej­szej po­budki.

Spo­kój trwa jed­nak krótko, bo na­tar­czywy dzwo­nek bu­dzika przy­po­mina mi, że dziś roz­po­czyna się mój drugi rok na Ore­gon State Uni­ver­sity. Chęt­nie jesz­cze chwilę spę­dzi­ła­bym pod cie­płą koł­drą, ale po trze­cim zi­gno­ro­wa­nym dzwonku Breed Ni­rvany roz­brzmiewa tak gło­śno, że omal nie do­staję za­wału. Wy­cią­gam rękę w stronę szafki obok łóżka i pró­buję wy­ma­cać te­le­fon. Głos Kurta Co­ba­ina wy­peł­nia po­kój. Kiedy wresz­cie udaje mi się wy­łą­czyć bu­dzik, zdej­muję opa­skę na oczy w kształ­cie żaby i zmu­szam się do pod­nie­sie­nia po­wiek.

Ści­skam te­le­fon w dło­niach i ule­gam im­pul­sowi - spraw­dzam, czy Tra­vis nie dzwo­nił albo nie pi­sał. Nic. Po­win­nam się przy­zwy­czaić, ale i tak je­stem roz­cza­ro­wana. Z nim za­wsze tak jest: po każ­dej kłótni na całe dnie znika z ra­daru, co­raz wy­raź­niej po­ka­zu­jąc, jak mało in­te­re­suje go ra­to­wa­nie na­szej roz­pa­da­ją­cej się re­la­cji.

Czy można czuć się wy­koń­czoną, za­nim jesz­cze dzień się za­czął?

Zmu­szam się, by wstać z łóżka i wsu­nąć na stopy plu­szowe kap­cie w kształ­cie jed­no­roż­ców.

Zbie­ram roz­czo­chrane włosy w miękki ku­cyk, wkła­dam po­la­rowy szla­frok, wdy­cha­jąc za­pach świe­żego pra­nia, i kie­ruję się w stronę okna. Od­sła­niam za­słony, opie­ram czoło o chłodną szybę i po­zwa­lam, by mój wzrok wę­dro­wał po ścieżce w mo­krym od desz­czu ogro­dzie.

Tra­vis za­kłada, że to ja prze­rwę mil­cze­nie. Tym ra­zem nie za­mie­rzam jed­nak po­twier­dzać jego prze­ko­nań - nie po tym, co zro­bił. Ni­komu nie ży­czę bólu, jaki wy­wo­łuje zo­ba­cze­nie na In­sta­gra­mie wła­snego chło­paka, który to­tal­nie pi­jany ob­ma­cuje dwie obce dziew­czyny w ba­rze, pod­czas gdy ty le­żysz w łóżku z grypą. Kiedy za­dzwo­ni­łam do niego, wście­kła i żądna wy­ja­śnień, zbył mnie kla­sycz­nym "prze­sa­dzasz, Va­nesso", odło­żył słu­chawkę i wię­cej się nie ode­zwał. Week­end spę­dzi­łam w domu, do­łu­jąc się, po­pi­ja­jąc her­batę z im­bi­rem na bo­lące gar­dło, czy­ta­jąc i po­rząd­ku­jąc książki i ze­szyty przed pierw­szym dniem roku aka­de­mic­kiego. Nie­stety, na­wet roz­mowy na Fa­ce­Ti­mie z mo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi Tif­fany i Ale­xem nie po­mo­gły mi za­po­mnieć o tym fil­miku i o upo­ko­rze­niu spo­wo­do­wa­nym ko­lej­nym prze­ja­wem braku sza­cunku ze strony Tra­visa.

Sy­tu­acja stała się tak wy­czer­pu­jąca, że nie mam już na­wet siły pła­kać. Co jest o tyle dziwne, że od­kąd pa­mię­tam, płacz sta­nowi moją je­dyną re­ak­cję na przy­tło­cze­nie emo­cjami. Z wście­kłą fru­stra­cją rzu­cam te­le­fon na łóżko, prze­cie­ram twarz dłońmi i zmu­szam się, by po­my­śleć o czymś in­nym, bo za­czyna mnie bo­leć głowa. Po­win­nam za­cząć przy­go­to­wa­nia: czeka mnie długi dzień.

Biorę szybki prysz­nic, wra­cam do po­koju, żeby się ubrać, i znowu zer­kam na te­le­fon - idiotka. Na­dal żad­nych po­łą­czeń, żad­nych wia­do­mo­ści. Ro­dzi się we mnie nie­zdrowa chęć, by za­dzwo­nić do niego i ob­rzu­cić go wy­zwi­skami.

- Nessy, nie śpisz? - Pi­skliwy głos mo­jej matki wy­rywa mnie z za­my­śle­nia, a to­wa­rzy­szy mu za­pach cie­płej kawy, który roz­prze­strze­nia się po ca­łym domu. Czuję się za­wie­szona mię­dzy pie­kłem a nie­bem.

- Nie śpię - od­po­wia­dam sła­bym gło­sem, do­ty­ka­jąc dło­nią bo­lą­cego gar­dła. Grypa wciąż mnie jesz­cze mę­czy.

- Chodź, śnia­da­nie go­towe.

Wzdy­cham głę­boko i wciąż owi­nięta szla­fro­kiem i z mo­krymi wło­sami scho­dzę na dół w na­dziei, że zdo­łam ukryć zły hu­mor. Ostat­nim, czego mi trzeba, jest jedna z tych nie­koń­czą­cych się ty­rad mo­jej matki, która twier­dzi, że po­win­nam dbać o Tra­visa, bo to chło­pak z do­brego domu. Jego błędy i moje cier­pie­nie się nie li­czą: mi­łość, którą moja matka czuje do ma­jątku ro­dziny Tra­visa, jest więk­sza od tej, którą ob­da­rza mnie. Kiedy dwa lata temu do­wie­działa się, że zwią­za­łam się z po­tom­kiem za­moż­nego ba­rona pa­li­wo­wego, po­trak­to­wała to jak wy­graną na lo­te­rii.

Wcho­dzę do kuchni i wi­dzę, że mama jest już go­towa na nowy dzień: jej ja­sny ku­cyk jest do­sko­nale uło­żony, ma na so­bie sze­ro­kie spodnie - białe i ele­ganc­kie, błę­kitną bluzkę i nie­na­ganny ma­ki­jaż, który pod­kre­śla jej nie­bie­skie oczy i wą­skie, czer­wone wargi. Jej wro­dzona klasa za­wsze pod­mi­no­wuje moje wą­tłe po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

Na­wet nie zdążę się przy­wi­tać, a już za­rzuca mnie ka­skadą nie­po­żą­da­nych in­for­ma­cji.

- Na szafce przy wej­ściu po­ło­ży­łam ci ra­chunki i pie­nią­dze, by­łoby wspa­niale, gdy­byś opła­ciła je dzi­siaj. - Pod­biega do eks­presu do kawy i na­peł­nia dwie fi­li­żanki, nie prze­sta­jąc mnie in­stru­ować. - Mu­sisz ode­brać ubra­nia z pralni i ku­pić ko­la­cję na dzi­siaj i, och, za­nim za­po­mnę... - mówi, po­da­jąc mi fi­li­żankę. Ufa­jąc w po­bu­dza­jącą moc kawy, słu­cham da­lej. - Pani Wil­liams po­pro­siła mnie, że­bym za­jęła się jej chi­hu­ahuą, bo mu­siała wy­je­chać. Po­wie­dzia­łam jej, że ty zro­bisz to z ra­do­ścią.

Wszyst­kie te roz­kazy o po­ranku tylko jesz­cze bar­dziej mnie iry­tują.

- Czy coś jesz­cze mam zro­bić, mamo? Sko­sić trawę w ogro­dzie, na­pra­wić ogro­dze­nia oko­licz­nych do­mów, może zor­ga­ni­zo­wać obiad dla bur­mi­strza? - Pa­trzę na nią spode łba, kładę te­le­fon obok zlewu i sia­dam przy stole.

- Wiesz prze­cież, że pani Wil­liams nie ma ni­kogo, nie mo­głam jej od­mó­wić. Co by so­bie o nas po­my­ślała? - Unosi fi­li­żankę do ust, upija łyk kawy i cią­gnie: - Poza tym my­śla­łam, że chęt­nie za­opie­ku­jesz się tym stwo­rze­niem, prze­cież ko­chasz zwie­rzęta.

- Tak, ale to nie zna­czy, że mam na to czas i ochotę.

- Ja też nie - od­po­wiada lek­ce­wa­żąco. - Kiedy po­szłam do pracy w se­kre­ta­ria­cie kan­ce­la­rii, nie są­dzi­łam, że wy­ssie mi du­szę. A jed­nak ktoś musi za­ro­bić na chleb.

Pa­trzę na nią i na­gle ogar­nia mnie wstyd. Do­brze wiem, że od­kąd oj­ciec zo­sta­wił nas trzy lata temu, mama wzięła na sie­bie wszyst­kie wy­datki. Bar­dzo ją za to po­dzi­wiam, ale nie może za­po­mi­nać, że ja też mam wła­sne ży­cie, które nie po­lega wy­łącz­nie na speł­nia­niu jej żą­dań.

- Prze­pra­szam, masz ra­cję. - Wstaję, wy­cią­gam z szafki opa­ko­wa­nie Coco Pops i wsy­puję płatki do pu­stej mi­ski. - Opieka nad pie­skiem pani Wil­liams to ża­den pro­blem, pójdę z nim na spa­cer przed za­ję­ciami i po nich. Resztą też się zajmę - za­pew­niam ją kon­cy­lia­cyj­nie.

- I to ro­zu­miem. - Kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu i pal­cami o wy­pie­lę­gno­wa­nych, po­ma­lo­wa­nych na bla­do­ró­żowo pa­znok­ciach zbiera mi z twa­rzy ko­smyki wło­sów. - Pro­szę cię, przy­naj­mniej w pierw­szy dzień w col­lege'u po­sta­raj się tro­chę ład­niej ubrać.

Wy­pija kawę do końca, że­gna się ze mną bez zbęd­nych czu­ło­ści i obie­cuje, że spo­tkamy się na ko­la­cji. Ja zo­staję w kuchni i koń­czę śnia­da­nie. Wle­wam zimne mleko do mi­ski z płat­kami i wra­cam do stołu. Chwilę póź­niej te­le­fon się roz­świe­tla, anon­su­jąc na­dej­ście no­wej wia­do­mo­ści. Upusz­czam łyżkę pełną płat­ków cze­ko­la­do­wych i po­ty­kam się o dy­wan, kiedy pę­dzę jak idiotka, z coco po­psem przy­kle­jo­nym do wargi, żeby spraw­dzić, kto mi ją wy­słał.

Je­stem tak ża­ło­sna, że za­słu­gi­wa­ła­bym, żeby wy­wa­lić się twa­rzą na pod­łogę. Chyba po­trze­buję wła­śnie po­rząd­nie wal­nąć się w łeb.

Kiedy wi­dzę już, że nadaw­czy­nią oka­zuje się moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Tif­fany, która jest rów­nież sio­strą bliź­niaczką mo­jego chło­paka, ogar­nia mnie roz­cza­ro­wa­nie.

Na­prawdę mia­łam na­dzieję, że zo­ba­czę na ekra­nie imię Tra­visa, naj­wy­raź­niej jed­nak bar­dziej praw­do­po­dobny byłby ko­niec świata.

"Cześć, ku­jonko, dzi­siaj twoje ży­cie od­zy­skuje sens".

"Z tej eu­fo­rii całą noc nie zmru­ży­łam oka" - od­po­wia­dam iro­nicz­nie.

"Tego się wła­śnie spo­dzie­wa­łam. Słu­chaj, mam dla cie­bie pro­po­zy­cję: tre­ningi za­czy­nają się dzi­siaj wie­czo­rem, idziemy ra­zem?"

Marsz­czę czoło i kilka razy czy­tam wia­do­mość. Mu­sia­łam coś źle zro­zu­mieć: od­kąd to Tif­fany in­te­re­suje się spor­tem? Ob­cho­dzą ją tylko naj­now­sze trendy mo­dowe i ma­ki­ja­żowe, co­ty­go­dniowa wi­zyta u ko­sme­tyczki i uko­chane pod­ca­sty true crime. W ży­ciu nie chcia­łaby tra­cić czasu na ja­kieś głu­pie tre­ningi ko­szy­kówki.

Po kilku se­kun­dach do­ciera do mnie, że to nie Tif­fany chce wie­dzieć, czy przyjdę, ale Tra­vis, który pró­buje w ża­ło­sny spo­sób zdo­być in­for­ma­cje za po­śred­nic­twem sio­stry. Co za tchórz!

Naj­pierw znika na dwa dni, po­zo­sta­wia mnie w ot­chłani roz­pa­czy, nie chce mu się na­wet wy­my­ślić ja­kiejś bzdur­nej wy­mówki, którą pew­nie i tak bym ku­piła - przy­naj­mniej oboje tak by­śmy so­bie wma­wiali. A po­tem wy­ko­rzy­stuje moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

Zi­ry­to­wana, od­po­wia­dam: "Po­wiedz bratu, że je­śli chce się cze­goś do­wie­dzieć, po­wi­nien się wy­si­lić i za­py­tać mnie o to oso­bi­ście".

Od­po­wiedź przy­cho­dzi od razu: "To on mnie zmu­sił, ja nie mam z tym nic wspól­nego. Wiesz, że je­stem po two­jej stro­nie. Przy­jadę po cie­bie i ra­zem po­je­dziemy na kam­pus. Bądź go­towa o ósmej. Love you".

Tak jak się spo­dzie­wa­łam, to on. Ależ to wku­rza­jące! Rzu­cam te­le­fon na stół - na­wet nie je­stem już głodna. Myję fi­li­żankę i mi­skę i wra­cam do po­koju. Otwie­ram szafę i przez chwilę wa­ham się, czy nie zro­bić przy­jem­no­ści mo­jej matce i nie wło­żyć na sie­bie cze­goś ład­niej­szego niż je­ansy i mo­no­chro­ma­tyczna bluza. Przy­mie­rzam białą, do­pa­so­waną ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem zdo­bio­nym ko­ronką. Jest ładna, ale kiedy pa­trzę na sie­bie w lu­strze, wi­dzę, że za bar­dzo pod­kre­śla mój po­kaźny biust. Gdy­bym ją wło­żyła, wszy­scy by się na mnie ga­pili - a tego wła­śnie sta­ram się unik­nąć.

Ostroż­nie cho­wam ko­szulę z po­wro­tem do szafy i do­cho­dzę do wnio­sku, że mój kla­syczny ano­ni­mowy look nie jest wcale taki zły. Wkła­dam ciemne, ob­ci­słe je­ansy z wy­soką ta­lią i białą bluzę, która za­sła­nia mi ty­łek - tak jest dużo le­piej. Su­szę włosy i zwią­zuję je w wy­soki ku­cyk, sta­ra­jąc się opa­no­wać loki. Biorę torbę i wkła­dam do niej jedną z mo­ich ulu­bio­nych ksią­żek: Roz­ważną i ro­man­tyczną. Będę pod­czy­ty­wać ją na prze­rwach, żeby za­jąć czymś my­śli.

Przed wyj­ściem z domu zer­kam jesz­cze w lu­stro i od razu tego ża­łuję: od­bi­cie mi się nie po­doba. Je­stem blada, mam fio­le­towe worki pod za­czer­wie­nio­nymi oczami, a czarne włosy wy­glą­dają wprost ża­ło­śnie. Roz­pusz­czam je i roz­cze­suję pal­cami, ale to nic nie daje. Pod­daję się, uzbra­jam w pa­ra­sol i wy­cho­dzę z domu, nim zdążę osza­leć.

Roz­dział 2

Rów­niutko o ósmej Tif­fany pod­jeż­dża pod mój dom swoim for­dem mu­stan­giem barwy ogni­stej czer­wieni.

Ge­stem pro­szę, żeby po­cze­kała pięć mi­nut, że­bym mo­gła wpu­ścić Char­liego, psa są­siadki.

Kiedy wsia­dam do sa­mo­chodu, owiewa mnie woń świe­żych kwia­tów. To za­pach mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, która wpa­truje się we mnie nie­pew­nie swo­imi orze­cho­wymi oczami pod­kre­ślo­nymi toną tu­szu i od­rzuca na ra­miona mie­dziane fale, w ca­łym swym ete­rycz­nym pięk­nie.

- A za­tem... - mówi, stu­ka­jąc pal­cami o kie­row­nicę. - Jak się czu­jesz? Wy­zdro­wia­łaś? - pyta, ba­da­jąc te­ren. Boi się, że roz­zło­ściło mnie to, że dała się wy­ko­rzy­stać Tra­vi­sowi. Ale to nie jej wina. Jest jego sio­strą i na jej miej­scu pew­nie zro­bi­ła­bym to samo.

- By­wało le­piej - od­po­wia­dam, za­pi­na­jąc pas. - Jesz­cze je­stem tro­chę chora, a w każ­dym ra­zie strasz­nie boli mnie głowa.

- Bra­łaś coś prze­ciw­bó­lo­wego? Mam w tor­bie, jakby co.

- Nie przej­muj się, przej­dzie - od­po­wia­dam, ma­su­jąc so­bie skro­nie w na­dziei, że ból sam mi­nie.

- Za­po­mnia­ła­bym o twoim wpo­jo­nym ci przez matkę lęku przed środ­kami prze­ciw­bó­lo­wymi. Je­śli zmie­nisz zda­nie, ta­bletki są tam. - Wska­zuje torbę na tyl­nym sie­dze­niu, po czym włą­cza sil­nik i ru­sza. Do­piero kiedy wy­jeż­dżamy z pod­jazdu, czuje się go­towa pod­jąć te­mat. - Prze­pra­szam za po­ranną wia­do­mość, nie chcia­łam się wtrą­cać. Nie po­win­nam była tego pi­sać, zwłasz­cza po tym, co Tra­vis ci zro­bił, ale był tak mę­czący, że się w końcu pod­da­łam! - przy­znaje, uno­sząc oczy do nieba.

- Nie masz za co prze­pra­szać, Tiff, nie zro­bi­łaś nic złego, to on jest idiotą - od­po­wia­dam, uno­sząc wzrok do nieba.

- To aku­rat pewne.

Włą­cza gło­śniej­szą mu­zykę. W mil­cze­niu je­dziemy pro­sto na kam­pus, mi­ja­jąc re­zy­den­cje o pięk­nie wy­pie­lę­gno­wa­nych ogro­dach, po­grą­żone w mo­krej, wrze­śnio­wej sza­ro­ści. Cho­ciaż nie chcę tego po so­bie po­ka­zać, po dro­dze kil­ka­krot­nie czuję na so­bie jej wzrok.

Gdy do­jeż­dżamy, już nie pada. Par­ku­jemy na miej­scu prze­zna­czo­nym dla stu­den­tów, ale za­nim jesz­cze zdążę po­ło­żyć dłoń na klamce, Tif­fany wraca do te­matu:

- Słu­chaj, do­brze wiesz, że sta­ram się nie mie­szać w wa­sze sprawy, ale jako przy­ja­ciółka mu­szę cię o coś spy­tać: je­steś pewna, że wszystko w po­rządku? Już od po­nad roku Tra­vis za­cho­wuje się jak kom­pletny du­pek. Wie, że jego ak­cje ujdą mu na su­cho, bo ty wciąż je­steś obok. Nie po­win­naś mu na to po­zwa­lać!

- Wiem o tym, Tiff. - Opusz­czam wzrok na sple­cione na ło­nie palce i po­chy­lam ra­miona. - Wiem, że naj­le­piej by­łoby za­koń­czyć ten zwią­zek. Ale co mam ci po­wie­dzieć? - Spo­glą­dam na nią, za­wsty­dzona. - Nie umiem tego zro­bić... jesz­cze nie te­raz.

Tif­fany kręci głową z re­zy­gna­cją, ob­li­zuje pełne wargi i spo­gląda w ja­kiś od­le­gły punkt.

- Wszy­scy wie­dzą, że je­steś za do­bra dla mo­jego brata. Wszy­scy oprócz cie­bie.

- Wiesz, co? - Kle­pię się dłońmi w ko­lana, chcąc roz­luź­nić tę ciężką at­mos­ferę i szybko za­koń­czyć te­mat. - Dzi­siaj po­czą­tek dru­giego roku, mogę wresz­cie wró­cić do mo­ich uko­cha­nych lek­cji i nie mam za­miaru po­zwo­lić, by Tra­vis ze­psuł mi dzień. Do­syć już tych tor­tur. - Wy­ska­kuję z sa­mo­chodu, za­nim zdąży mi od­po­wie­dzieć.

- Ale wiesz, że ucie­ka­nie przed sy­tu­acjami, z któ­rymi prę­dzej czy póź­niej trzeba się zmie­rzyć, nie roz­wią­zuje pro­blemu? - woła jesz­cze za mną.

- No cóż, sama po­wie­dzia­łaś, że prę­dzej czy póź­niej... - mó­wię, po­pra­wia­jąc torbę na ra­mie­niu.

Tif­fany spo­gląda na mnie spode łba, ale nic wię­cej nie do­daje, a ja dzię­kuję jej za to w my­ślach. Idziemy ra­zem ku wiel­kim bu­dyn­kom z czer­wo­nej ce­gły, oto­czo­nym ży­wo­pło­tami i drze­wami, które o tej po­rze roku po­kry­wają się czer­wie­nią, po­ma­rań­czem i żół­cią.

- Ko­chana, mu­szę le­cieć! - woła, zer­k­nąw­szy na de­li­katny ze­ga­rek na nad­garstku. - Za dzie­sięć mi­nut mam spo­tka­nie w se­kre­ta­ria­cie. Mam wy­peł­nić plan za­jęć. Wi­dzimy się póź­niej, OK?

- Ja­sne, do zo­ba­cze­nia! - Przy­tu­lamy się na po­że­gna­nie i pa­trzę, jak ru­sza w kie­runku wy­działu so­cjo­lo­gii.

Gdy zo­staję sama, przez chwilę cie­szę się spek­ta­klem, który roz­ciąga się przed mo­imi oczami, tym sa­mym co za­wsze: ro­dzice pierw­szo­rocz­nych są bar­dziej pod­eks­cy­to­wani od swo­ich dzieci, do aka­de­mi­ków wę­drują paczki z ma­te­ra­cami, stu­denci wyż­szych lat kręcą z re­zy­gna­cją gło­wami w ob­li­czu po­wra­ca­ją­cego rok w rok cha­osu.

Inna sprawa, że nie mi­nęło wiele czasu, od­kąd sama prze­kro­czy­łam progi uczelni jako stu­dentka pierw­szego roku. Pa­mię­tam, że tam­tego dnia moja matka tylko pła­kała i ro­biła mi zdję­cia w każ­dym ką­cie kam­pusu, po czym cała dumna wy­sy­łała je przy­ja­cio­łom i krew­nym. W tym roku mu­sia­łam od­pu­ścić kwa­te­ru­nek, bo nie stać nas już na wy­soki czynsz. Trudno, nie miesz­kamy aż tak da­leko. I cho­ciaż mamy tylko je­den sa­mo­chód, któ­rym jeź­dzi mama, za­wsze udaje mi się ja­koś za­ła­twić pod­wózkę.

Roz­glą­dam się wo­kół z prze­stra­chem, bo w tak za­tło­czo­nych miej­scach za­wsze mam po­czu­cie, że wszy­scy się na mnie ga­pią, na­wet kiedy tak nie jest.

Wciąż to­wa­rzy­szy mi trauma ze szkoły śred­niej, kiedy to pierw­szego dnia szkoły na­uczy­ciele ka­zali nam wstać i opo­wie­dzieć coś o so­bie. Im bli­żej była moja ko­lej, tym więk­sza na­ra­stała we mnie pa­nika. W gło­wie ni­czym man­trę re­cy­to­wa­łam słowa, które mia­łam za­raz wy­po­wie­dzieć: "Cześć, na­zy­wam się Va­nessa Clark. Miesz­kam z ro­dzi­cami, nie zno­szę ro­dzy­nek w cie­ście i pi­kli w big maku".

Cho­ciaż nie­pew­ność wciąż czai się w naj­głęb­szej ot­chłani mo­jej du­szy, z wie­kiem w du­żej mie­rze po­ko­na­łam nie­śmia­łość. Po czę­ści za sprawą in­stynktu prze­trwa­nia, po czę­ści dzięki mo­jemu przy­ja­cie­lowi Ale­xowi.

Znamy się z Ale­xem od pod­sta­wówki: pierw­szego dnia szkoły usia­dłam w ostat­nim rzę­dzie, przy ścia­nie. Zwró­ci­łam się do okna, żeby nie roz­ma­wiać z in­nymi dziećmi.

Moja tak­tyka zda­wała się sku­teczna, póki chło­piec o słod­kim spoj­rze­niu i kasz­ta­no­wych locz­kach nie ze­brał się na od­wagę, by usiąść obok mnie i sie­dzieć tak, aż lę­kli­wie nie zwró­ci­łam się w jego stronę. Za­pro­po­no­wał mi cu­kierka, a ja się uśmiech­nę­łam i wzię­łam go bez słowa. Chło­piec na­zywa się Ale­xan­der Smith i od trzy­na­stu lat z nie­koń­czą­cymi się po­kła­dami cier­pli­wo­ści znosi moje ob­se­sje, pa­ra­noje i lęki.

Był obok mnie w naj­waż­niej­szych chwi­lach.

Był obok, kiedy jako dzie­wię­cio­latka mu­sia­łam wło­żyć apa­rat na zęby i nie chcia­łam z ni­kim roz­ma­wiać, śmiać się ani uśmie­chać.

Był obok, kiedy w wieku lat trzy­na­stu po­sta­no­wi­łam ufar­bo­wać włosy na zie­lono, by do­wieść swo­jego non­kon­for­mi­zmu, czego po­ża­ło­wa­łam w ko­lej­nej mi­nu­cie.

Był obok, kiedy w dru­giej kla­sie li­ceum za­bu­ja­łam się w Easto­nie Hillu. Ach, Easton... Ko­leś był piękny, ale oka­zał się oszu­stem: uda­wał, że od­wza­jem­nia moje za­in­te­re­so­wa­nie tylko po to, by wzbu­dzić za­zdrość w kla­so­wej kró­lo­wej Aman­dzie Jo­nes.

Był to dla mnie wielki cios, ale Alex wie­dział, jak pod­nieść mnie na du­chu: za­trzy­mał się u mnie, za­mó­wi­li­śmy góry chiń­skiego żar­cia i zro­bi­li­śmy so­bie ma­ra­ton Pa­mięt­ni­ków wam­pi­rów. Po­wta­rza­li­śmy to samo przez dwa ko­lejne dni - trze­ciego by­łam jak nowa. Eastona, Amandę i całą resztę zo­sta­wi­łam za sobą.

Był obok, kiedy po­rzu­cił nas oj­ciec; wtedy wie­dział, że może tylko mil­czeć.

Był obok, kiedy w moim ży­ciu znie­nacka po­ja­wił się Tra­vis Ba­ker, który na nowo za­pa­lił świa­tło zga­szone przez ojca. Ni­gdy się nie za­przy­jaź­nili, ale z po­czątku ich re­la­cja była w po­rządku. Aż do chwili, gdy Alex za­czął zwra­cać mi uwagę na krzywdy wy­rzą­dzane przez Tra­visa.

Jak na za­wo­ła­nie w kie­szeni wi­bruje mi te­le­fon: to Alex, który daje mi znać, że stoi w korku i mu­simy prze­ło­żyć na­szą ry­tu­alną kawę o ósmej trzy­dzie­ści. Od­po­wia­dam, żeby się nie przej­mo­wał, i ru­szam w kie­runku Me­mo­rial Union z wiel­kim uśmie­chem na twa­rzy, wdy­cha­jąc za­pach mo­krej trawy, szczę­śliwa, że znów zna­la­złam się w moim ulu­bio­nym miej­scu.

Gdy do­cie­ram do po­koju od­po­czynku, sia­dam na ka­na­pie z brą­zo­wej skóry i wy­cią­gam z torby Roz­ważną i ro­man­tyczną, żeby za­bić czas w ocze­ki­wa­niu na pierw­sze za­ję­cia. Uwiel­biam przy­cho­dzić nieco wcze­śniej i w sa­mot­no­ści cie­szyć się at­mos­ferą no­wego po­czątku.

Za­nim jed­nak zdążę prze­czy­tać choćby jedną stronę, przed wej­ściem do ka­fe­te­rii do­strze­gam jego. Tra­visa. Kasz­ta­nowe włosy ma per­fek­cyj­nie uło­żone na żel, a na so­bie roz­piętą, je­an­sową kurtkę i pa­sek barwy woj­sko­wej zie­leni. Za­ska­kuje mnie jego obec­ność w tej czę­ści kam­pusu. Stu­diu­jemy na tej sa­mej uczelni, ale na róż­nych wy­dzia­łach. On więk­szość czasu spę­dza w bu­dynku eko­no­mii albo na si­łowni. Ja z ko­lei albo sie­dzę na wy­dziale sztuki i li­te­ra­tury, albo cho­wam się w bi­blio­tece. Wi­du­jemy się je­dy­nie pod­czas prze­rwy na obiad bądź po wy­kła­dach.

Na jego wi­dok skręca mi się żo­łą­dek. W jed­nej chwili mój umysł wy­peł­niają zdję­cia, na któ­rych ob­ma­cuje tamte dziew­czyny. Ich do­ty­ka­jące się ciała, cały ten wstyd i ból, które po­czu­łam. Ze zło­ścią za­my­kam książkę, roz­wie­wa­jąc ko­smyki mo­ich dłu­gich wło­sów. Gwał­tow­nie wstaję i nim jesz­cze zdążę się zo­rien­to­wać, co wła­ści­wie ro­bię, ru­szam w jego kie­runku. Staję przed nim z ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, sta­ra­jąc się nie za­uwa­żać za­sko­czo­nych spoj­rzeń wo­kół. Niech dia­bli we­zmą ule­głą Va­nessę: w tym aku­rat mo­men­cie czuję wielką po­trzebę zro­bie­nia sceny. Zmu­szam się do sa­mo­kon­troli tylko dla­tego, że znaj­du­jemy się w miej­scu peł­nym lu­dzi. Rzu­cam mu wście­kłe spoj­rze­nie. Jego orze­chowe oczy wy­peł­niają zdzi­wie­nie i po­czu­cie winy.

- Czy za­mie­rzasz w ogóle co­kol­wiek mi wy­ja­śnić? - mó­wię gło­sem unie­sio­nym bar­dziej, niż­bym chciała.

Tra­vis nie­spo­koj­nie się roz­gląda.

- Nie tu­taj, pro­szę.

- Przez dwa dni się nie od­zy­wasz, a dzi­siaj rano na­gle, jak gdyby ni­gdy nic, chcesz się do­wie­dzieć, czy przyjdę na tre­ning! I to oczy­wi­ście za po­śred­nic­twem sio­stry! Je­steś mi co naj­mniej wi­nien wy­ja­śnie­nie, do cho­lery! - war­czę przez za­ci­śnięte zęby, sama sobą za­sko­czona.

Tra­vis bie­rze mnie za ra­mię i cią­gnie w od­osob­niony kąt, żeby od­da­lić się od cie­kaw­skich, któ­rzy za­czy­nają nam się przy­glą­dać.

- Wiem, że źle zro­bi­łem, ale by­łem pi­jany...

- Ani mi się waż uspra­wie­dli­wiać się w ten spo­sób! - prze­ry­wam mu, wście­kła.

- Nie zro­bi­łem nic po­nad to, co wi­dzia­łaś - broni się.

- I to mia­łoby mnie uspo­koić? Masz w ogóle po­ję­cie, jak się po­czu­łam? Wy­ka­za­łeś się kom­plet­nym bra­kiem sza­cunku, upo­ko­rzy­łeś mnie na oczach two­ich przy­ja­ciół, nic cię nie ob­cho­dzę! - krzy­czę i czuję, że oczy za­czy­nają mnie szczy­pać.

- Nie za­czy­naj znowu. To była tylko za­bawa. Fak­tycz­nie, wy­mknęła się tro­chę spod kon­troli, ale nie po­su­ną­łem się za da­leko. Do­brze wiesz, że ni­gdy bym cię nie skrzyw­dził.

Pró­buje mnie po­gła­skać, ale się od­su­wam. Nie za­mie­rzam ustą­pić. Mam do­syć. Mam do­syć jego za­cho­wa­nia, jego lek­ce­wa­że­nia, jego cał­ko­wi­tej obo­jęt­no­ści wo­bec bólu, jaki mi spra­wia.

- Nie od­zy­wa­łeś się przez dwa dni - od­po­wia­dam gło­sem peł­nym roz­cza­ro­wa­nia. - Dwa dni mi­nęły, a ty ani razu nie spy­ta­łeś na­wet, jak się czuję.

Jego twarz po­chmur­nieje.

- Znik­ną­łem, bo po­my­śla­łem, że le­piej bę­dzie, je­śli po­zwolę ci ochło­nąć, ale wy­gląda na to, że się my­li­łem. Przy­kro mi, że wi­dzia­łaś ten fil­mik, i prze­pra­szam, że cię zra­ni­łem.

Wy­daje się mó­wić prawdę, cho­ciaż ja­kaś część mnie do­brze wie, że to tylko ko­lejna wy­mówka, która ma mnie udo­bru­chać. Pa­trzę mu pro­sto w oczy, roz­pacz­li­wie po­szu­ku­jąc w nich roz­wią­za­nia, któ­rego tam jed­nak nie znaj­duję. Opusz­czam wzrok i biorę głę­boki wdech.

- Zbyt wiele razy już ci prze­ba­cza­łam - mó­wię na jed­nym od­de­chu, nim opu­ści mnie od­waga. - Być może na tym po­le­gał mój błąd. Wy­ba­cza­łam, wy­ba­cza­łam i znów wy­ba­cza­łam. Po co my w ogóle je­ste­śmy ra­zem, skoro star­czy je­den kie­li­szek za dużo, a ty już pod­ry­wasz inne dziew­czyny?

Jego spoj­rze­nie pod­po­wiada mi, że wzię­łam go z za­sko­cze­nia.

- Po­słu­chaj mnie. - Robi krok w moją stronę i bie­rze moją twarz w dło­nie. - Prze­cho­dzimy trudny okres, ale damy radę.

- A je­śli ja nie chcę? - Serce wali mi w piersi, mam ści­śnięte gar­dło. - Co, je­śli nie chcę, że­by­śmy znowu "dali radę"?

Prze­ra­że­nie na jego twa­rzy jest tak doj­mu­jące, że przez chwilę ża­łuję, że co­kol­wiek po­wie­dzia­łam. Tra­vis kręci głową.

- Nie bądź po­ryw­cza. Wiesz, że to błąd, któ­rego po­ża­łu­jesz... któ­rego po­ża­łu­jemy oboje - po­pra­wia się. - Je­steś dla mnie ważna, nasz zwią­zek jest dla mnie ważny i je­stem go­tów ci to udo­wod­nić.

- Cza­sem wy­daje mi się, że mó­wisz ta­kie rze­czy tylko po to, żeby sa­mego sie­bie prze­ko­nać.

Za­sta­na­wiam się, czy to nie to wła­śnie nas łą­czy: świa­do­mość, że po­zo­sta­wieni sami so­bie by­li­by­śmy za­gu­bieni. Je­ste­śmy ra­zem, bo bo­imy się sa­mot­no­ści. Chry­ste, ja­kie to smutne.

Tra­vis opiera czoło o moje i no­sem mu­ska mój nos.

- Daj mi szansę, a udo­wod­nię ci, jak bar­dzo się my­lisz - błaga, a ja zdaję so­bie sprawę, że po­zwa­lam już jego sło­wom za­chwiać swoim do­tych­cza­so­wym prze­ko­na­niem. Naj­wy­raź­niej to wy­czuł, bo ostroż­nie mu­ska mnie war­gami, za­pra­sza­jąc do po­ca­łunku. Nie ro­bię tego od razu, ale z ja­kiejś prze­klę­tej przy­czyny w końcu się pod­daję.

Za­wsze tak to się mię­dzy nami koń­czy. Tym ra­zem jed­nak, choć nie je­stem go­towa przy­znać tego gło­śno, czuję, że coś się we mnie zmie­niło.

- Wiem, że mi nie uwie­rzysz, ale bra­ko­wało mi cię przez te dwa dni - mam­ro­cze mi pro­sto w usta. Wy­bu­cham gorz­kim śmie­chem. Gdyby za mną tę­sk­nił, przy­szedłby do mnie.

- Masz ra­cję. Nie wie­rzę ci - od­po­wia­dam chłodno.

- Mó­wię se­rio, mam też dla cie­bie nie­spo­dziankę na prze­pro­siny.

- Jaką? - py­tam scep­tycz­nie.

- Zgad­nij, kto po­da­ro­wał ci dwa bi­lety na kon­cert Harry'ego Sty­lesa w przy­szłą nie­dzielę w Al­bany?

Twarz mi się roz­pro­mie­nia i mu­szę wy­ko­nać nad­ludzki wy­si­łek, by po­wstrzy­mać en­tu­zjazm - nie chcę tak ła­two mu się pod­dać.

- To na­prawdę piękny gest, ale bi­lety nie wy­star­czą, że­bym ci wy­ba­czyła.

- Wiem - mówi, gła­dząc mnie po po­liczku, i wkłada mi ko­smyk wło­sów za ucho. - Chcia­łem tylko, że­byś wie­działa, że my­ślę o to­bie. Może skoń­czymy tę roz­mowę i za­czniemy cie­szyć się chwilą? Nie po­zwólmy po­psuć so­bie hu­moru.

- Ko­niec koń­ców za­wsze wy­cho­dzi na twoje - wzdy­cham z re­zy­gna­cją. Tra­vis uśmie­cha się do mnie z miną aniołka, która kom­plet­nie mu nie pa­suje, i obej­muje mnie ra­mie­niem. Wra­camy do baru i za­ma­wiamy dwie kawy. Ba­ristka pa­trzy na nas nieco zdu­miona, ale ja ją igno­ruję. Czyżby wszystko sły­szała? Co za wstyd...

- Czy to zna­czy, że bę­dziesz? - pyta, uno­sząc pa­pie­rowy ku­bek do ust.

- Gdzie?

- Na tre­ningu. Wiesz, że twoja obec­ność jest dla mnie ważna.

Umie­ram z nu­dów na tre­nin­gach. Wo­la­ła­bym wcho­dzić na Eve­rest z wor­kiem ka­mieni na ple­cach, niż brać w nich udział, ale nie po­tra­fię mu od­mó­wić - cho­ciaż prze­cież na to za­słu­guje.

- W po­rządku - od­po­wia­dam, zer­ka­jąc na te­le­fon. - Za dzie­sięć mi­nut mam pierw­sze za­ję­cia. A ty, je­śli nie chcesz się spóź­nić, po­wi­nie­neś iść do swo­jego bu­dynku.

Uśmie­cha się, ca­łuje mnie i przy­tula.

- Wi­dzimy się o pią­tej przed Di­xon, OK?

Ki­wam głową bez cie­nia en­tu­zja­zmu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki