Rozdział 2
Równiutko o ósmej Tiffany podjeżdża pod mój dom swoim fordem mustangiem barwy ognistej czerwieni.
Gestem proszę, żeby poczekała pięć minut, żebym mogła wpuścić Charliego, psa sąsiadki.
Kiedy wsiadam do samochodu, owiewa mnie woń świeżych kwiatów. To zapach mojej najlepszej przyjaciółki, która wpatruje się we mnie niepewnie swoimi orzechowymi oczami podkreślonymi toną tuszu i odrzuca na ramiona miedziane fale, w całym swym eterycznym pięknie.
- A zatem... - mówi, stukając palcami o kierownicę. - Jak się czujesz? Wyzdrowiałaś? - pyta, badając teren. Boi się, że rozzłościło mnie to, że dała się wykorzystać Travisowi. Ale to nie jej wina. Jest jego siostrą i na jej miejscu pewnie zrobiłabym to samo.
- Bywało lepiej - odpowiadam, zapinając pas. - Jeszcze jestem trochę chora, a w każdym razie strasznie boli mnie głowa.
- Brałaś coś przeciwbólowego? Mam w torbie, jakby co.
- Nie przejmuj się, przejdzie - odpowiadam, masując sobie skronie w nadziei, że ból sam minie.
- Zapomniałabym o twoim wpojonym ci przez matkę lęku przed środkami przeciwbólowymi. Jeśli zmienisz zdanie, tabletki są tam. - Wskazuje torbę na tylnym siedzeniu, po czym włącza silnik i rusza. Dopiero kiedy wyjeżdżamy z podjazdu, czuje się gotowa podjąć temat. - Przepraszam za poranną wiadomość, nie chciałam się wtrącać. Nie powinnam była tego pisać, zwłaszcza po tym, co Travis ci zrobił, ale był tak męczący, że się w końcu poddałam! - przyznaje, unosząc oczy do nieba.
- Nie masz za co przepraszać, Tiff, nie zrobiłaś nic złego, to on jest idiotą - odpowiadam, unosząc wzrok do nieba.
- To akurat pewne.
Włącza głośniejszą muzykę. W milczeniu jedziemy prosto na kampus, mijając rezydencje o pięknie wypielęgnowanych ogrodach, pogrążone w mokrej, wrześniowej szarości. Chociaż nie chcę tego po sobie pokazać, po drodze kilkakrotnie czuję na sobie jej wzrok.
Gdy dojeżdżamy, już nie pada. Parkujemy na miejscu przeznaczonym dla studentów, ale zanim jeszcze zdążę położyć dłoń na klamce, Tiffany wraca do tematu:
- Słuchaj, dobrze wiesz, że staram się nie mieszać w wasze sprawy, ale jako przyjaciółka muszę cię o coś spytać: jesteś pewna, że wszystko w porządku? Już od ponad roku Travis zachowuje się jak kompletny dupek. Wie, że jego akcje ujdą mu na sucho, bo ty wciąż jesteś obok. Nie powinnaś mu na to pozwalać!
- Wiem o tym, Tiff. - Opuszczam wzrok na splecione na łonie palce i pochylam ramiona. - Wiem, że najlepiej byłoby zakończyć ten związek. Ale co mam ci powiedzieć? - Spoglądam na nią, zawstydzona. - Nie umiem tego zrobić... jeszcze nie teraz.
Tiffany kręci głową z rezygnacją, oblizuje pełne wargi i spogląda w jakiś odległy punkt.
- Wszyscy wiedzą, że jesteś za dobra dla mojego brata. Wszyscy oprócz ciebie.
- Wiesz, co? - Klepię się dłońmi w kolana, chcąc rozluźnić tę ciężką atmosferę i szybko zakończyć temat. - Dzisiaj początek drugiego roku, mogę wreszcie wrócić do moich ukochanych lekcji i nie mam zamiaru pozwolić, by Travis zepsuł mi dzień. Dosyć już tych tortur. - Wyskakuję z samochodu, zanim zdąży mi odpowiedzieć.
- Ale wiesz, że uciekanie przed sytuacjami, z którymi prędzej czy później trzeba się zmierzyć, nie rozwiązuje problemu? - woła jeszcze za mną.
- No cóż, sama powiedziałaś, że prędzej czy później... - mówię, poprawiając torbę na ramieniu.
Tiffany spogląda na mnie spode łba, ale nic więcej nie dodaje, a ja dziękuję jej za to w myślach. Idziemy razem ku wielkim budynkom z czerwonej cegły, otoczonym żywopłotami i drzewami, które o tej porze roku pokrywają się czerwienią, pomarańczem i żółcią.
- Kochana, muszę lecieć! - woła, zerknąwszy na delikatny zegarek na nadgarstku. - Za dziesięć minut mam spotkanie w sekretariacie. Mam wypełnić plan zajęć. Widzimy się później, OK?
- Jasne, do zobaczenia! - Przytulamy się na pożegnanie i patrzę, jak rusza w kierunku wydziału socjologii.
Gdy zostaję sama, przez chwilę cieszę się spektaklem, który rozciąga się przed moimi oczami, tym samym co zawsze: rodzice pierwszorocznych są bardziej podekscytowani od swoich dzieci, do akademików wędrują paczki z materacami, studenci wyższych lat kręcą z rezygnacją głowami w obliczu powracającego rok w rok chaosu.
Inna sprawa, że nie minęło wiele czasu, odkąd sama przekroczyłam progi uczelni jako studentka pierwszego roku. Pamiętam, że tamtego dnia moja matka tylko płakała i robiła mi zdjęcia w każdym kącie kampusu, po czym cała dumna wysyłała je przyjaciołom i krewnym. W tym roku musiałam odpuścić kwaterunek, bo nie stać nas już na wysoki czynsz. Trudno, nie mieszkamy aż tak daleko. I chociaż mamy tylko jeden samochód, którym jeździ mama, zawsze udaje mi się jakoś załatwić podwózkę.
Rozglądam się wokół z przestrachem, bo w tak zatłoczonych miejscach zawsze mam poczucie, że wszyscy się na mnie gapią, nawet kiedy tak nie jest.
Wciąż towarzyszy mi trauma ze szkoły średniej, kiedy to pierwszego dnia szkoły nauczyciele kazali nam wstać i opowiedzieć coś o sobie. Im bliżej była moja kolej, tym większa narastała we mnie panika. W głowie niczym mantrę recytowałam słowa, które miałam zaraz wypowiedzieć: "Cześć, nazywam się Vanessa Clark. Mieszkam z rodzicami, nie znoszę rodzynek w cieście i pikli w big maku".
Chociaż niepewność wciąż czai się w najgłębszej otchłani mojej duszy, z wiekiem w dużej mierze pokonałam nieśmiałość. Po części za sprawą instynktu przetrwania, po części dzięki mojemu przyjacielowi Alexowi.
Znamy się z Alexem od podstawówki: pierwszego dnia szkoły usiadłam w ostatnim rzędzie, przy ścianie. Zwróciłam się do okna, żeby nie rozmawiać z innymi dziećmi.
Moja taktyka zdawała się skuteczna, póki chłopiec o słodkim spojrzeniu i kasztanowych loczkach nie zebrał się na odwagę, by usiąść obok mnie i siedzieć tak, aż lękliwie nie zwróciłam się w jego stronę. Zaproponował mi cukierka, a ja się uśmiechnęłam i wzięłam go bez słowa. Chłopiec nazywa się Alexander Smith i od trzynastu lat z niekończącymi się pokładami cierpliwości znosi moje obsesje, paranoje i lęki.
Był obok mnie w najważniejszych chwilach.
Był obok, kiedy jako dziewięciolatka musiałam włożyć aparat na zęby i nie chciałam z nikim rozmawiać, śmiać się ani uśmiechać.
Był obok, kiedy w wieku lat trzynastu postanowiłam ufarbować włosy na zielono, by dowieść swojego nonkonformizmu, czego pożałowałam w kolejnej minucie.
Był obok, kiedy w drugiej klasie liceum zabujałam się w Eastonie Hillu. Ach, Easton... Koleś był piękny, ale okazał się oszustem: udawał, że odwzajemnia moje zainteresowanie tylko po to, by wzbudzić zazdrość w klasowej królowej Amandzie Jones.
Był to dla mnie wielki cios, ale Alex wiedział, jak podnieść mnie na duchu: zatrzymał się u mnie, zamówiliśmy góry chińskiego żarcia i zrobiliśmy sobie maraton Pamiętników wampirów. Powtarzaliśmy to samo przez dwa kolejne dni - trzeciego byłam jak nowa. Eastona, Amandę i całą resztę zostawiłam za sobą.
Był obok, kiedy porzucił nas ojciec; wtedy wiedział, że może tylko milczeć.
Był obok, kiedy w moim życiu znienacka pojawił się Travis Baker, który na nowo zapalił światło zgaszone przez ojca. Nigdy się nie zaprzyjaźnili, ale z początku ich relacja była w porządku. Aż do chwili, gdy Alex zaczął zwracać mi uwagę na krzywdy wyrządzane przez Travisa.
Jak na zawołanie w kieszeni wibruje mi telefon: to Alex, który daje mi znać, że stoi w korku i musimy przełożyć naszą rytualną kawę o ósmej trzydzieści. Odpowiadam, żeby się nie przejmował, i ruszam w kierunku Memorial Union z wielkim uśmiechem na twarzy, wdychając zapach mokrej trawy, szczęśliwa, że znów znalazłam się w moim ulubionym miejscu.
Gdy docieram do pokoju odpoczynku, siadam na kanapie z brązowej skóry i wyciągam z torby Rozważną i romantyczną, żeby zabić czas w oczekiwaniu na pierwsze zajęcia. Uwielbiam przychodzić nieco wcześniej i w samotności cieszyć się atmosferą nowego początku.
Zanim jednak zdążę przeczytać choćby jedną stronę, przed wejściem do kafeterii dostrzegam jego. Travisa. Kasztanowe włosy ma perfekcyjnie ułożone na żel, a na sobie rozpiętą, jeansową kurtkę i pasek barwy wojskowej zieleni. Zaskakuje mnie jego obecność w tej części kampusu. Studiujemy na tej samej uczelni, ale na różnych wydziałach. On większość czasu spędza w budynku ekonomii albo na siłowni. Ja z kolei albo siedzę na wydziale sztuki i literatury, albo chowam się w bibliotece. Widujemy się jedynie podczas przerwy na obiad bądź po wykładach.
Na jego widok skręca mi się żołądek. W jednej chwili mój umysł wypełniają zdjęcia, na których obmacuje tamte dziewczyny. Ich dotykające się ciała, cały ten wstyd i ból, które poczułam. Ze złością zamykam książkę, rozwiewając kosmyki moich długich włosów. Gwałtownie wstaję i nim jeszcze zdążę się zorientować, co właściwie robię, ruszam w jego kierunku. Staję przed nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi, starając się nie zauważać zaskoczonych spojrzeń wokół. Niech diabli wezmą uległą Vanessę: w tym akurat momencie czuję wielką potrzebę zrobienia sceny. Zmuszam się do samokontroli tylko dlatego, że znajdujemy się w miejscu pełnym ludzi. Rzucam mu wściekłe spojrzenie. Jego orzechowe oczy wypełniają zdziwienie i poczucie winy.
- Czy zamierzasz w ogóle cokolwiek mi wyjaśnić? - mówię głosem uniesionym bardziej, niżbym chciała.
Travis niespokojnie się rozgląda.
- Nie tutaj, proszę.
- Przez dwa dni się nie odzywasz, a dzisiaj rano nagle, jak gdyby nigdy nic, chcesz się dowiedzieć, czy przyjdę na trening! I to oczywiście za pośrednictwem siostry! Jesteś mi co najmniej winien wyjaśnienie, do cholery! - warczę przez zaciśnięte zęby, sama sobą zaskoczona.
Travis bierze mnie za ramię i ciągnie w odosobniony kąt, żeby oddalić się od ciekawskich, którzy zaczynają nam się przyglądać.
- Wiem, że źle zrobiłem, ale byłem pijany...
- Ani mi się waż usprawiedliwiać się w ten sposób! - przerywam mu, wściekła.
- Nie zrobiłem nic ponad to, co widziałaś - broni się.
- I to miałoby mnie uspokoić? Masz w ogóle pojęcie, jak się poczułam? Wykazałeś się kompletnym brakiem szacunku, upokorzyłeś mnie na oczach twoich przyjaciół, nic cię nie obchodzę! - krzyczę i czuję, że oczy zaczynają mnie szczypać.
- Nie zaczynaj znowu. To była tylko zabawa. Faktycznie, wymknęła się trochę spod kontroli, ale nie posunąłem się za daleko. Dobrze wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził.
Próbuje mnie pogłaskać, ale się odsuwam. Nie zamierzam ustąpić. Mam dosyć. Mam dosyć jego zachowania, jego lekceważenia, jego całkowitej obojętności wobec bólu, jaki mi sprawia.
- Nie odzywałeś się przez dwa dni - odpowiadam głosem pełnym rozczarowania. - Dwa dni minęły, a ty ani razu nie spytałeś nawet, jak się czuję.
Jego twarz pochmurnieje.
- Zniknąłem, bo pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli pozwolę ci ochłonąć, ale wygląda na to, że się myliłem. Przykro mi, że widziałaś ten filmik, i przepraszam, że cię zraniłem.
Wydaje się mówić prawdę, chociaż jakaś część mnie dobrze wie, że to tylko kolejna wymówka, która ma mnie udobruchać. Patrzę mu prosto w oczy, rozpaczliwie poszukując w nich rozwiązania, którego tam jednak nie znajduję. Opuszczam wzrok i biorę głęboki wdech.
- Zbyt wiele razy już ci przebaczałam - mówię na jednym oddechu, nim opuści mnie odwaga. - Być może na tym polegał mój błąd. Wybaczałam, wybaczałam i znów wybaczałam. Po co my w ogóle jesteśmy razem, skoro starczy jeden kieliszek za dużo, a ty już podrywasz inne dziewczyny?
Jego spojrzenie podpowiada mi, że wzięłam go z zaskoczenia.
- Posłuchaj mnie. - Robi krok w moją stronę i bierze moją twarz w dłonie. - Przechodzimy trudny okres, ale damy radę.
- A jeśli ja nie chcę? - Serce wali mi w piersi, mam ściśnięte gardło. - Co, jeśli nie chcę, żebyśmy znowu "dali radę"?
Przerażenie na jego twarzy jest tak dojmujące, że przez chwilę żałuję, że cokolwiek powiedziałam. Travis kręci głową.
- Nie bądź porywcza. Wiesz, że to błąd, którego pożałujesz... którego pożałujemy oboje - poprawia się. - Jesteś dla mnie ważna, nasz związek jest dla mnie ważny i jestem gotów ci to udowodnić.
- Czasem wydaje mi się, że mówisz takie rzeczy tylko po to, żeby samego siebie przekonać.
Zastanawiam się, czy to nie to właśnie nas łączy: świadomość, że pozostawieni sami sobie bylibyśmy zagubieni. Jesteśmy razem, bo boimy się samotności. Chryste, jakie to smutne.
Travis opiera czoło o moje i nosem muska mój nos.
- Daj mi szansę, a udowodnię ci, jak bardzo się mylisz - błaga, a ja zdaję sobie sprawę, że pozwalam już jego słowom zachwiać swoim dotychczasowym przekonaniem. Najwyraźniej to wyczuł, bo ostrożnie muska mnie wargami, zapraszając do pocałunku. Nie robię tego od razu, ale z jakiejś przeklętej przyczyny w końcu się poddaję.
Zawsze tak to się między nami kończy. Tym razem jednak, choć nie jestem gotowa przyznać tego głośno, czuję, że coś się we mnie zmieniło.
- Wiem, że mi nie uwierzysz, ale brakowało mi cię przez te dwa dni - mamrocze mi prosto w usta. Wybucham gorzkim śmiechem. Gdyby za mną tęsknił, przyszedłby do mnie.
- Masz rację. Nie wierzę ci - odpowiadam chłodno.
- Mówię serio, mam też dla ciebie niespodziankę na przeprosiny.
- Jaką? - pytam sceptycznie.
- Zgadnij, kto podarował ci dwa bilety na koncert Harry'ego Stylesa w przyszłą niedzielę w Albany?
Twarz mi się rozpromienia i muszę wykonać nadludzki wysiłek, by powstrzymać entuzjazm - nie chcę tak łatwo mu się poddać.
- To naprawdę piękny gest, ale bilety nie wystarczą, żebym ci wybaczyła.
- Wiem - mówi, gładząc mnie po policzku, i wkłada mi kosmyk włosów za ucho. - Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że myślę o tobie. Może skończymy tę rozmowę i zaczniemy cieszyć się chwilą? Nie pozwólmy popsuć sobie humoru.
- Koniec końców zawsze wychodzi na twoje - wzdycham z rezygnacją. Travis uśmiecha się do mnie z miną aniołka, która kompletnie mu nie pasuje, i obejmuje mnie ramieniem. Wracamy do baru i zamawiamy dwie kawy. Baristka patrzy na nas nieco zdumiona, ale ja ją ignoruję. Czyżby wszystko słyszała? Co za wstyd...
- Czy to znaczy, że będziesz? - pyta, unosząc papierowy kubek do ust.
- Gdzie?
- Na treningu. Wiesz, że twoja obecność jest dla mnie ważna.
Umieram z nudów na treningach. Wolałabym wchodzić na Everest z workiem kamieni na plecach, niż brać w nich udział, ale nie potrafię mu odmówić - chociaż przecież na to zasługuje.
- W porządku - odpowiadam, zerkając na telefon. - Za dziesięć minut mam pierwsze zajęcia. A ty, jeśli nie chcesz się spóźnić, powinieneś iść do swojego budynku.
Uśmiecha się, całuje mnie i przytula.
- Widzimy się o piątej przed Dixon, OK?
Kiwam głową bez cienia entuzjazmu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki