Rozdział II
Fort Henry stał na stromym brzegu rzeki i roztaczał się z niego widok na okoliczne tereny. Miał kształt równoległoboku o długości około trzystu pięćdziesięciu sześciu stóp58 i szerokości stu pięćdziesięciu. Otoczony palisadą wysoką na dwanaście stóp59, z szerokim na jard chodnikiem biegnącym wzdłuż niej od środka oraz bastionami w każdym narożniku mieszczącymi po sześciu obrońców, fort stanowił budowlę warowną niemal niemożliwą do zdobycia. Blokhauz był piętrowy, a piętro wysuwało się kilka stóp poza zarys parteru. Grube dębowe ściany były poprzebijane strzelnicami. Oprócz blokhauzu palisada okalała parę chat. Wewnątrz ogrodzenia wykopano studnie, tak że gdyby wyschło źródło, nigdy nie zabrakłoby wody zdatnej do picia.
We wszystkich opowieściach o życiu na pograniczu wspomina się forty i ochronę, jaką zapewniają one w okresach walk z dzikimi. Owe warownie stawały się domem dla osadników, często całe tygodnie mieszkających w ich murach.
Forty budowane całkowicie z drewna, bez użycia metalowych gwoździ (z tej oto przyczyny, że po prostu ich nie było), mogą się wydawać bez znaczenia w czasach wielkich garnizonów wojskowych. Potrafiły jednak bronić osadników przed groźnymi napaściami plemion indiańskich. Podczas poprzedniego oblężenia Fort Henry życie stracił tylko jeden człowiek przebywający w tej warowni. Zginęli natomiast niemal wszyscy ludzie kapitana Ogle'a60, dowodzącego wówczas garnizonem, który wyruszył ze swoją kompanią w poszukiwaniu Indian; zaledwie kilku zdołało powrócić do fortu61.
Następnego dnia po przybyciu do Fort Henry majora McCollocha osadnicy zostali oderwani od wiosennej orki i innych prac. Zapędzali teraz w pośpiechu bydło do zagród i przenosili rzeczy, które chcieli ocalić przed niszczycielską pochodnią czerwonoskórych. Kobiety zajmowały się dziećmi, czyszczeniem strzelb i odlewaniem kul oraz wieloma innymi rzeczami, które przypadły im w udziale. Wczesnym rankiem major McColloch, Jonathan i Silas Zane'owie wyruszyli wzdłuż rzeki w różne strony, wypatrując bacznie śladów nieprzyjaciela. Pułkownik Zane zamierzał pozostać w swym domu z paleniskiem i go bronić, dlatego do fortu zagnał jedynie konie i krowy. Stary Sam przenosił za palisadę wiązki siana. Kapitan Boggs rozstawił zwiadowców mających obserwować drogi, a jednym z nich był młody człowiek, który przybył z majorem z Fort Pitt.
Wygląd Alfreda Clarke'a, choć młodzieniec nosił regulaminowy strój myśliwski, zdradzał człowieka nieprzywykłego do ciężkiej pracy i niedostatków życia osadnika. Tak sądzili pionierzy, widząc jego pełen wdzięku chód, jasną cerę i gładkie dłonie. Na wszystkich jednak, którzy baczniej przyjrzeli się jego ostrym rysom, wywierał korzystne wrażenie; na kobietach - bezpośrednim, szczerym spojrzeniem błękitnych oczu i brakiem nieprzyjemnych cech oblicza; na mężczyznach - miłym charakterem i czymś nieuchwytnym, co utwierdza nas w przekonaniu, że na danym człowieku można polegać jak na Zawiszy
Z Fort Pitt nie zabrał ze sobą nic oprócz konia, karosza czystej krwi o smukłych pęcinach, który, jak szczerze wyznawał, był jedyną jego własnością. Prosząc pułkownika Zane'a o wyznaczenie mu stanowiska w garnizonie, powiedział, że jest Wirgińczykiem i uczył się w Filadelfii, że po śmierci jego ojca matka wyszła ponownie za mąż, co wraz z wrodzonym zamiłowaniem do przygód skłoniło go do ucieczki z domu i szukania szczęścia wśród śmiałych pionierów i podstępnych dzikusów zamieszkujących pogranicze. Nie licząc kilku miesięcy służby pod wodzą generała Clarka, nic nie wiedział o życiu na kresach, ale miał już dość bezczynności; był silny, pojętny i nie bał się pracy. Pułkownik Zane, szczycący się umiejętnością rozpoznawania ludzkich charakterów, od razu polubił tego chłopca, a dając mu strzelbę i oporządzenie, oznajmił, że pogranicze potrzebuje młodych ludzi pełnych odwagi i zapału oraz że mocne ramię i ochotne serce na pewno pomogą mu zdobyć fortunę. Całkiem możliwe, że gdyby Alfred Clarke zdołał poznać czekającą go przyszłość, w mig dosiadłby swego karego wierzchowca i odgalopował jak najdalej od osady na pograniczu. Ponieważ jednak nikt nie przepowiedział mu jego losu, radośnie wychodził mu naprzeciw.
Tak zatem pewnego wiosennego poranka patrolował drogę biegnącą wzdłuż polany o ćwierć mili oddalonej od fortu. Bystrym okiem przyglądał się drugiemu brzegowi rzeki, jak mu polecono. Za górnym skrajem wyspy, niemal naprzeciw miejsca, w którym stał, rzeka brała szeroki zakręt, którego nie było widać z okien fortu. Poziom wody był wysoki po niedawnych deszczach, a bystry nurt niósł kępy krzewów, pnie i wszelkiego rodzaju śmieci. Króliki i inne małe zwierzęta, zapewne otoczone na jakiejś wyspie i zmuszone do wyboru między schronieniem się na krzaku a utonięciem, siedziały na spływających pniach i resztkach roślinności. Zerknąwszy na drogę, Clarke ujrzał galopującego w jego stronę konia. Najpierw pomyślał, że wiezie posłańca z wiadomością dla niego, ale gdy odległość się zmniejszyła, rozpoznał, że koniem jest indiański kuc, a jeźdźcem dziewczyna o powiewających na wietrze długich czarnych włosach.
- Hej! Kogo tu niesie, u licha? Wygląda na młodą Indiankę - powiedział do siebie Clarke. - Jeździ dobrze, kimkolwiek jest.
Skrył się za kępą krzaków wawrzynu na skraju drogi i czekał. Koń z jeźdźcem był coraz bliżej. Clarke wyskoczył, gdy znaleźli się tylko kilka kroków od niego. Kuc na jego widok się spłoszył i stanął dęba, a wtedy młodzieniec złapał uzdę i ściągnął w dół łeb konia. Spojrzawszy w górę, napotkał oszołomione i zaskoczone spojrzenie pary najpiękniejszych ciemnych oczu, jakie, na swoje szczęście czy nieszczęście, kiedykolwiek w życiu widział.
Betty, bo to była ona, patrzyła ze zdumieniem na młodego mężczyznę, Alfred zaś był jeszcze bardziej zdziwiony i zawstydzony. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Betty, która niemal nigdy nie traciła rezonu, szybko odzyskała głos.
- Mój panie! Co to ma znaczyć? - zapytała z oburzeniem.
- A to, że musi pani zawrócić i pojechać do fortu - odparł Alfred, który także wziął się w garść.
Ulubiona trasa przejażdżek Betty prowadziła właśnie tą drogą. Przez ponad milę ścieżka biegła wzdłuż skraju wysokiego brzegu i zapewniała nieprzegrodzony niczym widok na rzekę. Dziewczyna albo nie usłyszała rozkazu kapitana, zabraniającego wszystkim opuszczania fortu, albo go zlekceważyła, zapewne to drugie, gdyż na ogół robiła to, na co przychodziła jej ochota.
- Puść pan łeb kuca! - zawołała z pąsem na twarzy i szarpnęła wodzami. - Jak pan śmie? Co daje panu prawo zatrzymywania mnie?
Mina, którą przybrał Clarke, nie była dla Betty nowa, widywała ją już na twarzach dżentelmenów spotykanych w domu jej ciotki w Filadelfii. Był to lekki, prowokujący uśmieszek mężczyzny przywykłego do kaprysów kobiet. Jednak nie ten wyraz nonszalanckiego rozbawienia rysujący się na obliczu młodzieńca rozzłościł Betty, ale jego chłodna pewność siebie, z jaką pomimo jej polecenia nadal trzymał kuca.
- Proszę się nie denerwować - powiedział. - Przepraszam, że nie mogę takiej ładniutkiej dziewczynie pozwolić jechać dalej. Będę trzymał kuca, dopóki nie obieca pani, że wróci do fortu.
- Panie! - zawołała Betty, której rumieniec stał się jaskrawoczerwony. - Jest pan... jest pan nieuprzejmy!
- Ależ skąd - odparł Alfred, śmiejąc się serdecznie. - Na pewno nie zamierzam takim być. Kapitan Boggs nie zapoznał mnie ze wszystkimi szczegółami, bo inaczej być może uchyliłbym się przed obecnym zajęciem, choć w tej właśnie chwili nie jest wcale nieprzyjemne. Powinien był uprzedzić, że grozi mi stratowanie przez indiańskie kuce i władcze młode damy.
- Puści pan tę uzdę, czy też mam zsiąść i pójść pieszo po pomoc? - zapytała Betty, którą ogarniał coraz większy gniew.
- Proszę natychmiast wracać do fortu - polecił jej stanowczo Alfred. - Zgodnie z rozkazami kapitana Boggsa nikt nie może opuścić polany.
- Ach tak! Czemu mi pan nie powiedział? Myślałam, że jest pan Simonem Girtym62 albo rozbójnikiem. Czy konieczne było zatrzymywanie mnie tutaj tak długo, zamiast wyjaśnić, że jest pan tutaj na służbie?
- Wie pani, czasami nie sposób wyjaśnić - odparł Alfred - a ponadto cała ta sytuacja miała swój urok. Nie jestem rabusiem i nie sądzę, żeby mnie pani za niego wzięła. Popsułem jedynie kaprys młodej damy i mam świadomość, że to wielka zbrodnia. Bardzo mi przykro. Do widzenia.
Betty rzuciła mu gromiące spojrzenie czarnych oczu, popędziła kuca i odjechała galopem. Stłumiony śmiech dobiegł jej uszu, zanim zniknęła Clarke'owi z pola widzenia, i rumieniec ponownie zalał jej policzki.
- Wielkie nieba! Co za ślicznotka - powiedział Alfred do siebie, patrząc za czarującym jeźdźcem. - Co za charakter! Ciekawe, kim jest. Miała mokasyny, rękawiczki z jeleniej skóry i włosy rozczochrane jak u chłopca, ale nie jest wiejską dziewuchą, mogę się założyć. Niestety, byłem trochę niegrzeczny, ale gdy już przyjąłem taką postawę, nie mogłem wyjść na mięczaka, zwłaszcza wobec podobnie hardej i wyniosłej jędzy. Pokusa była za wielka. A jakie ma oczy! Wbrew moim oczekiwaniom w tej małej osadzie na pograniczu może być całkiem ciekawie.
Popołudnie powoli upływało i do wieczora nie zdarzyło się nic, co mogłoby przeszkodzić Alfredowi w rozmyślaniach, składających się głównie z rozmaitych wyobrażeń czerwonych ust i czarnych oczu. Miał już wracać do fortu na kolację, kiedy usłyszał szczekanie psa, którego jakiś czas wcześniej widział biegnącego drogą. Odgłosy te dochodziły z oddalonego trochę miejsca, bliżej fortu. Po przejściu paru kroków w górę skarpy Alfred dostrzegł pędzącego brzegiem rzeki dużego czarnego psa, który co chwila wchodził do wody, a potem z niej wyskakiwał i biegł dalej. Cały czas wściekle przy tym szczekał. Alfred uznał, że zwierzę musiało wywęszyć lisa, a może wilka; zszedł więc stromą skarpą i zawołał psa. Ten zaszczekał jeszcze głośniej i z większą zajadłością, po czym wbiegł do wody, rzucając spojrzenia to na rzekę, to na młodzieńca.
Alfred zrozumiał. Przyjrzał się mętnej wodzie, w pierwszej chwili widział tylko spływające wraz z nurtem pnie. Potem nagle na jednym z nich zauważył człowieka, a do tego Indianina. Przyłożył strzelbę do ramienia i miał już nacisnąć spust, kiedy dobiegło go ciche wołanie.
Przyjrzawszy się lepiej, zauważył, że nie celuje do gładko ogolonej głowy z zostawioną kępką włosów, jaką noszą czerwonoskórzy.
Opuścił strzelbę i wpatrywał się bacznie w sunący rzeką pień z ludzkim ładunkiem, który płynąc z prądem, zmierzał stopniowo w stronę brzegu, a gdy znalazł się bliżej, Clarke dostrzegł, że niesie białego człowieka z długimi czarnymi włosami, jedną ręką trzymającego się kłody, a drugą z trudem wiosłującego. Uznał, że mężczyzna jest ranny albo bliski utonięcia, gdyż jego ruchy z każdą chwilą stawały się coraz wolniejsze i słabsze. Jego głowa spoczywała na pniu, ledwo wystając ponad powierzchnię wody.
Na zakręcie mały skalisty przylądek wcinał się kilka jardów w głąb rzeki. Kiedy nurt doprowadził pień do tego miejsca, Alfred, rozebrawszy się, wskoczył do wody i przyciągnął kłodę do brzegu. Mężczyzna został uratowany w ostatniej chwili, jego twarz była zupełnie blada i wyrażała niemal całkowite wyczerpanie. Po dotarciu na płyciznę Alfred otoczył go ramieniem, a ponieważ mężczyzna nie mógł samodzielnie stać, chłopak wyciągnął go na brzeg.
Uratowany miał na sobie koszulę myśliwską i nogawice63 z jeleniej skóry oraz mokasyny z tego samego surowca. Nogawice były podarte na strzępy, a mokasyny wytarte. Oblicze mężczyzny wykrzywiało cierpienie, z rany postrzałowej blisko ramienia wypływała krew.
- Czy może pan mówić? Kim pan jest? - zapytał Clarke, podtrzymując osuwającą się postać.
Mężczyzna kilka razy próbował odpowiedzieć, aż wreszcie wymówił coś, co dla Alfreda zabrzmiało jak "Zane", a potem nieprzytomny padł na ziemię.
Pies cały czas zachowywał się w bardzo dziwny sposób i gdyby Alfred nie był tak zaabsorbowany owym mężczyzną, zauważyłby osobliwe postępowanie zwierzęcia. Biegało ono wte i wewte po piaszczystej plaży, drapało żwir i kamyki, wysyłając je wysoko w powietrze, robiło krótkie, wściekłe susy, podskakiwało, kręciło się w kółko, aż wreszcie podkradło się do leżącego nieruchomo człowieka i polizało jego rękę.
Clarke pojął, że sam nie zdoła nieść nieprzytomnego, dlatego pospiesznie się ubrał i ruszył biegiem do domu pułkownika. Najpierw zobaczył starego czarnoskórego niewolnika, czyszczącego zgrzebłem konia Ebenezera Zane'a.
Sam nigdy się nie śpieszył i wszystko robił w swoim tempie. Powoli uniósł wzrok i przewracając oczami, przyjrzał się Clarke'owi. Nie rozpoznał w nim żadnej widzianej wcześniej osoby, a jako człowiek ponury i milkliwy flegmatycznie udzielił odpowiedzi na zadane mu pytanie o miejsce pobytu pułkownika.
- Nie patrz tak na mnie, przeklęty czarnuchu - rzucił Clarke, który przywykł do tego, że niewolnicy byli mu posłuszni. - Szybko, idioto. Gdzie jest pułkownik?
Właśnie w tym momencie pułkownik Zane wyszedł ze stajni i miał coś rzec, kiedy Clarke mu przeszkodził.
- Panie pułkowniku, przed chwilą wyciągnąłem z rzeki człowieka mówiącego, że nazywa się Zane, a przynajmniej zna pana, bo na pewno powiedział "Zane".
- Co?! - Pułkownikowi fajka wypadła z ust.
Clarke w kilku szybkich słowach przedstawił mu sytuację. Wezwawszy Sama, zbiegli prędko w dół nad rzekę, gdzie zastali mężczyznę leżącego tak, jak zostawił go Clarke, a pies nadal przy nim warował.
- O Boże! To Isaac! - krzyknął pułkownik Zane na widok bladej twarzy. - Biedak, wygląda na martwego. Czy na pewno mówił? No przecież musiał mówić, bo pan nie może go znać. Tak, jego serce nadal bije.
Pułkownik Zane uniósł głowę nieprzytomnego mężczyzny.
- Clarke, niech Bóg pana błogosławi za uratowanie Isaaca - powiedział żarliwie. - Nigdy nie zostanie to zapomniane. Żyje i jak sądzę, jest tylko wyczerpany, bo ta rana nie jest poważna. Nie traćmy czasu.
- To nie ja go uratowałem, tylko pies - wyjaśnił pospiesznie Alfred.
Ociekającego wodą Isaaca zanieśli do domu. Drzwi otworzyła pani Zane.
- Och, straszne, kolejny biedaczek - powiedziała współczująco. Potem, gdy ujrzała twarz nieprzytomnego, wykrzyknęła: - Wielkie nieba, to Isaac! Och! Nie mów tylko, że nie żyje!
- Tak, to Isaac, i nadal jest lepszy od wszystkich martwych ludzi - powiedział pułkownik Zane, kiedy położyli Isaaca na kanapie. - Bessie, czeka cię tu praca. Został postrzelony.
- Czy ma jakieś inne rany oprócz tej na ramieniu? - zapytała.
- Nie sądzę, a to obrażenie nie jest poważne. Ucierpiał w wyniku utraty krwi, wychłodzenia i głodu. Clarke, będzie pan łaskaw pobiec do kapitana Boggsa i przekazać Betty, żeby szybko wróciła do domu? Sam, weź koc i ogrzej go przy ogniu. Racja, Bessie, przynieś whisky... - Pułkownik Zane wydawał dalsze rozkazy.
Alfred nie miał pojęcia, kim jest Betty, ale uznał, że to bez znaczenia, i wyruszył biegiem do fortu. Odnosił niejasne wrażenie, że Betty to służąca, może żona Sama albo jedna z kilku niewolnic pułkownika.
***
Wróćmy do Betty. Gdy pogoniła kuca i odjeżdżała ze sceny swej przygody na wysokim brzegu rzeki, stan jej umysłu łatwiej można sobie wyobrazić, niż go opisać. Betty nie znosiła, kiedy jej się sprzeciwiano, zasadnie bądź nie; wszystko chciała robić po swojemu, a gdy jej na to nie pozwalano, nieodmiennie się złościła. To niesłychane, żeby ktoś jej rozkazywał i zmuszał ją do wyrzeczenia się przejażdżki! Na dodatek jakiś nieznajomy. A co najgorsze, ów nieznajomy był strasznie bezczelny. Pozwolił sobie nazwać ją "ładniutką dziewczyną". Już samo to było wielką obrazą, a jeszcze gapił się na nią i niewyraźnie przypominała sobie spojrzenie pełne nieudolnie skrywanego podziwu. To oczywiście ten żołnierz, o którym opowiadała Lydia. Obcy tak rzadko pojawiali się w małej wiosce, że wykluczone, aby mógł być kimś innym.
W pobliżu domu spotkała brata, który powiedział jej, żeby weszła do środka, a kuca zostawiła Samowi. Posłusznie zawołała służącego i poszła do domu. Bessie udała się z dziećmi do fortu. Betty nie miała z kim porozmawiać, spróbowała więc oddać się lekturze. Stwierdziwszy, że książka nie może jej zaciekawić, odrzuciła ją i wzięła się do wyszywania. Także to zajęcie nie przyniosło żadnego pożytku; lniana nić beznadziejnie się plątała i skręcała, aż wreszcie dziewczyna cisnęła robótkę na stół.
Zarzuciwszy na ramiona szal, gdyż zrobiło się już późne i chłodne popołudnie, zeszła na parter i na podwórze. Chwilę pokręciła się po nim bez celu, a potem ruszyła do fortu i do domu kapitana Boggsa, sąsiadującego z blokhauzem. Zastała tam przygotowującą len Lydię.
- Widziałam cię pędzącą na kucu. Dobry Boże, ależ ty potrafisz jeździć! Ja bałabym się, że skręcę kark - zawołała Lydia, gdy tylko Betty weszła.
- Przeszkodzono mi w przejażdżce - rzuciła rozdrażniona Betty.
- Przeszkodzono? Co... kto?
- Mężczyzna, rzecz jasna - odrzekła ostro Betty, której nerwy były nadal napięte. - To zawsze mężczyźni wszystko psują.
- Oj, Betty, o kogo, u licha, ci chodzi? Nigdy nie słyszałam, żebyś tak mówiła - powiedziała Lydia w zdumieniu, otwierając szeroko swe niebieskie oczy.
- Dobrze, Lydio, opowiem ci. Jechałam drogą nad rzeką i zbliżałam się do końca polany, gdy jakiś mężczyzna wyskoczył zza krzaków i złapał uzdę Madcapa. Wyobraź sobie! Przez chwilę byłam śmiertelnie przerażona. Od razu pomyślałam o Girtym, który, jak słyszałam, przejawia zamiłowanie do porywania dziewcząt. Potem tamten gość powiedział, że stoi tu na straży, i polecił mi, a właściwie rozkazał, żebym wróciła do domu.
- I to już wszystko? - zapytała Lydia, śmiejąc się.
- Nie, to nie wszystko. Po... powiedział, że jestem ładniutką dziewczyną i że jest mu przykro, bo nie mogę robić tego, co chcę, i że jego obecne zajęcie jest przyjemne, a cała ta sytuacja ma swój urok. Też coś. Był ogromnie nieuprzejmy! - Zdradliwe policzki Betty zaczerwieniły się znowu na to wspomnienie.
- Betty, nie uważam, żeby spotkało cię coś strasznego, a na pewno nic aż tak oburzającego - odparła Lydia, śmiejąc się w głos. - Bądź poważna. Wiesz, że jesteśmy tu w głuszy i że nie możemy oczekiwać zbyt dużo po mężczyznach. Ci nieokrzesani mieszkańcy pogranicza niewiele wiedzą o manierach, do jakich przywykłaś. Jedni są spokojni, nigdy nie odzywają się niezagadnięci i emanuje z nich zdumiewająca wręcz prostota; ich przykładem jest Lew Wetzel czy twój brat Jonathan. Inni natomiast bywają kłótliwi i kiedy tylko znajdą coś do wypicia, mogą sprawiać kłopoty. Wiesz, pewnego wieczora, gdy byłam tu dopiero od kilku tygodni, poszłam na przyjęcie. Młodzi zabawiali się na nim grą, w której każdy obecny mężczyzna mnie całował.
- Cudownie! Powiedz mi, proszę, kiedy będą planowane takie gry, a zostanę w domu - rzuciła Betty.
- Nauczyłam się sobie radzić, po prostu doszukując się we wszystkim dobrej strony - mówiła dalej Lydia. - I żeby rzec prawdę, nauczyłam się szanować tych nieokrzesańców. Są prostaccy, nie znają manier, ale mają szczere i uczciwe serca, a to u mężczyzn z pogranicza jest o wiele ważniejsze niż owe drobne nadskakiwania i uprzejmostki, do których kobiety skłonne są przykładać zbyt wielką wagę.
- Masz rację, Lydio. Wróćmy jednak do mężczyzny, który przeszkodził mi w przejażdżce. On bynajmniej nie jest mieszkańcem pogranicza pomimo swej strzelby i ubrania z jeleniej skóry. To człowiek wykształcony. Wskazują na to jego maniery i akcent. Potem spojrzał na mnie jakoś tak inaczej. Domyśliłam się, że to ów żołnierz z Fort Pitt.
- Pan Clarke? No oczywiście! - zawołała Lydia, klaszcząc z uciechy. - Jaka jestem głupia!
- Wydaje się cię to bawić - powiedziała Betty, marszcząc brwi.
- Och, Betty, jakiż to wspaniały żart.
- Czyżby? Nie potrafię go dostrzec.
- Ja potrafię. To naprawdę zabawne. Wiesz, słyszałam, jak pan Clarke... gdy tata powiedział mu, że jest tu wiele ładnych dziewcząt... przyznał, że zazwyczaj udaje mu się łatwo je znajdować i to bez niczyjej pomocy. I oto już pierwszego dnia spotkał ciebie i rozgniewał. To cudowne.
- Lydio, nie wiedziałam dotąd, że możesz być taka okropna.
- To jasne, że pan Clarke jest nie tylko bystry, ale i szczery w wyrażaniu swych myśli. Betty, dostrzegam tu romans.
- Nie bądź śmieszna - odparła Betty, rumieniąc się w gniewie. - Miał oczywiście prawo mnie zatrzymać i być może oddał mi przysługę, nie wypuszczając mnie poza polanę, choć nie mam pojęcia, dlaczego ukrył się za krzakami. Mógłby być jednak uprzejmy. Rozzłościł mnie. Był taki chłodny i... i...
- Rozumiem - przekornie przerwała jej Lydia. - Nie zdołał rozpoznać, jaka jesteś ważna.
- Bzdury, Lydio. Nie sądzisz chyba, że jestem głupiutką gąską. Po prostu nie przywykłam, żeby tak mnie traktowano, i nie pozwolę na to.
Lydia była całkiem rada, że na scenie pojawił się ktoś, kto nie padł od razu plackiem przed Betty, dlatego w tym sporze stanęła po stronie młodego mężczyzny.
- Nie bądź zbyt surowa dla biednego pana Clarke'a. Może wziął cię za Indiankę. Jest przystojny. Na pewno to zauważyłaś.
- Och, nie pamiętam, jak wyglądał - powiedziała Betty. Pamiętała, ale za nic by się do tego nie przyznała.
Rozmowa zeszła na inne tematy, a wkrótce zaczęło się ściemniać. Gdy Betty wstała, aby wrócić do domu, rozległo się pospieszne pukanie do drzwi.
- Ciekawe, kto to - zdziwiła się Lydia. - Betty, poczekaj, aż otworzę.
Gdy to uczyniła, zobaczyła Clarke'a stojącego na progu z czapką w ręce.
- O, pan Clarke! Wejdzie pan? - zawołała Lydia.
- Dziękuję pani, ja tylko na chwilę - powiedział. - Nie mogę zostać. Przyszedłem w poszukiwaniu Betty. Czy jest tutaj?
Nie zauważył Betty, która skryła się w mroku ogarniającym pokój. Słowa Clarke'a wprawiły Lydię w takie zakłopotanie, że nie wiedziała, co odpowiedzieć czy zrobić, i patrzyła jedynie bezradnie na Alfreda.
Za to Betty stawiła czoła wyzwaniu. Gdy jej imię w tak poufały sposób wymienił obcy, który tak dotkliwie uraził ją już wcześniej tego dnia, przez chwilę stała nieruchomo, oniemiała z zaskoczenia, a potem wyszła szybko z cienia.
Clarke odwrócił się na odgłos jej kroków i spojrzał prosto w oburzone ciemne oczy dziewczyny i w jej zbladłą z gniewu twarz.
- Jeśli już musi pan o mnie mówić, a nie widzę zupełnie takiej konieczności, to czy byłby pan łaskaw używać uprzejmej formy "panna Zane"? - zawołała wyniośle.
Lydia na tyle się otrząsnęła, żeby drżącym głosem powiedzieć:
- Betty, pozwól, że ci przedstawię...
- Nie kłopocz się, Lydio. Spotkałam już dzisiaj tego osobnika i nie mam ochoty, żebyś mi go przedstawiała.
Kiedy Alfred zobaczył przed sobą oblicze, które prześladowało go całe popołudnie, zapomniał na chwilę, po co przybył. Do rzeczywistości i właściwego oglądu spraw przywołały go dopiero słowa Lydii.
- Panie Clarke, jest pan cały mokry! Co się stało? - zawołała na widok wody kapiącej z jego ubrania.
Alfreda nagle olśniło. Dziewczyna, którą zatrzymał na drodze, i Betty, po którą go posłano, to jedna i ta sama osoba. Zarumienił się, wyczuwał, że okazany wtedy przez niego brak manier zasługiwał na naganę, ale nie uzasadniał upokorzeń, jakich doświadczał teraz ze strony dziewczyny.
Owe dwie osoby, które los w tak dziwny sposób zetknął wedle swych nieodgadnionych zamysłów, patrzyły sobie wytrwale w oczy. Jakaż to tajemnicza moc pulsująca w Alfredzie Clarke'u wywoływała drżenie Betty Zane?
- Panno Boggs... - Alfred zwrócił się do Lydii ze szczerością brzmiącą w jego głębokim głosie. - Jestem po dwakroć niepocieszony. Tym razem naprawdę niczym nie zawiniłem. Dopiero co opuściłem dom pana pułkownika Zane'a, gdzie doszło do wypadku, z poleceniem odnalezienia "Betty", a nie miałem najmniejszego pojęcia, o kogo może chodzić. Pułkownik Zane nie tracił czasu na wyjaśnienia. Panna Zane jest potrzebna w domu, to wszystko.
I zerknąwszy jedynie na Betty, ukłonił się nisko Lydii, a następnie wyszedł przez otwarte drzwi.
- Co powiedział? - zapytała Betty cichym, drżącym głosem. Gniew i oburzenie całkowicie ją opuściły.
- Że w domu twojego brata doszło do wypadku. Nie powiedział, do jakiego ani kogo spotkał. Musisz szybko wracać. Och, Betty, mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał! A ty byłaś bardzo nieuprzejma dla pana Clarke'a. Na pewno jest dżentelmenem i mogłaś chwilę zaczekać z tymi pretensjami, żeby się dowiedzieć, z czym przyszedł.
Betty nic nie odpowiedziała. Wypadła z pokoju i biegiem ruszyła w dół ścieżki prowadzącej do bramy fortu. Prawie straciła dech, gdy dotarła do domu pułkownika Zane'a. Na progu zawahała się, zanim weszła. Zebrawszy odwagę, pchnęła drzwi. Pierwszą rzeczą, jaką rozpoznała po wejściu z jasnego światła, był przenikliwy zapach maści. Zobaczyła kilka szepczących sąsiadek. Major McColloch i Jonathan Zane stali przy kanapie, nad którą pochylała się pani Zane. Pułkownik siedział u stóp kanapy. Betty obrzuciła wszystkich szybkim spojrzeniem, a potem, gdy żona pułkownika się przesunęła, ujrzała leżącą postać, jej białą twarz i roziskrzone ciemne oczy.
- Betty. - Słowo to wymówiły cicho pobladłe usta.
Serce jej podskoczyło, po czym jakby przestało bić. Wiele długich lat upłynęło, odkąd słyszała ten głos, ale nigdy go nie zapomniała. Był najbardziej ukochanym głosem jej dzieciństwa, przywoływał najmilsze wspomnienia jej brata, towarzysza zabaw. Z okrzykiem radości padła przy nim na kolana i objęła ramionami za szyję.
- Och, Isaacu, mój bracie, bracie! - wołała, zasypując go pocałunkami. - Czy to naprawdę ty? Och, to zbyt piękne, aby było prawdziwe! Dzięki ci, Boże! Tak się modliłam, aby nam cię przywrócił.
Później zaczęła jednocześnie płakać i śmiać się w ów dziwny sposób, w jaki kobiety przynoszą ulgę swemu zbytnio przepełnionemu radością sercu.
- Tak, Betty. To wszystko, co ze mnie zostało - powiedział Isaac, czule gładząc dłonią spoczywającą mu na piersi ciemną głowę.
- Betty, nie możesz go tak męczyć - rzekł pułkownik Zane.
- Nie zapomniałaś mnie zatem? - wyszeptał Isaac.
- Nie, skądże, Isaacu. Nigdy nie zapomniałam - odparła łagodnie Betty. - Jeszcze wczoraj wieczorem mówiłam o tobie i zastanawiałam się, czy żyjesz. A teraz jesteś tutaj. Och, jestem taka szczęśliwa! - Dygoczące usta i błyszczące od łez ciemne oczy świadczyły wymownie o jej radości.
- Majorze, czy zechce pan powiedzieć kapitanowi Boggsowi, żeby przyszedł do nas po kolacji? - poprosił pułkownik Zane. - Do tego czasu Isaac powinien odzyskać siły i będzie mógł rozmawiać, a ma wiadomości o Indianach.
- Zaproś też tego młodego człowieka, który uratował mi życie, abym mógł mu podziękować - powiedział Isaac.
- Uratował ci życie? - zwróciła się do brata zaskoczona Betty, ciemny rumieniec objął zaś pąsem całą jej twarz. Przez głowę przemknęła jej upokarzająca myśl.
- No oczywiście, że uratował - odpowiedział pułkownik Zane za Isaaca. - Młody Clarke wyciągnął go z rzeki. Nie mówił ci?
- Nie - odparła Betty słabo.
- Cóż, jest skromnym młodzieńcem. Uratował Isaacowi życie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. O wszystkim usłyszysz po kolacji. Na razie daj odpocząć bratu.
Betty ukryła twarz w ramieniu Isaaca i tkwiła tak w ciszy przez kilka chwil; potem wstała, pocałowała brata w policzek i w milczeniu poszła do swojego pokoju. Tam rzuciła się na łóżko, próbując pomyśleć. Wydarzenia tego dnia, które nastąpiły po długim ciągu innych, monotonnych i nużących, mieszały się jej w głowie; tak szybko wypadały po sobie, że nie miała czasu na zastanowienie się. Spotkanie nad rzeką z nieuprzejmym, ale interesującym obcym; cios zadany jej godności; życzliwa rada Lydii; raz jeszcze obcy, tym razem z mrocznych głębi niełaski przechodzący w świetlisty blask jako bohater ratujący jej brata - wszystkie te myśli plątały się jej w głowie. Wśród nich na pierwszy plan wysuwała się jedna. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że postąpiła źle z kimś, komu zawsze będzie wdzięczna. Nic nie zdoła tego zmienić. Na wieczność pozostanie zobowiązana mężczyźnie, który uratował życie temu, którego kochała najbardziej na świecie. Niesprawiedliwie obrugała i uraziła człowieka, któremu zawdzięcza życie brata.
Betty była zapalczywa i porywcza, lecz również wspaniałomyślna i wrażliwa. Kiedy więc zdała sobie sprawę ze swej nieuprzejmości i okrucieństwa, poczuła się żałośnie. Nie miała innego wyjścia. Nieważne, jak buzowała w niej duma, jak bardzo nie chciała odwoływać żadnego z rzuconych w złości słów, wiedziała, że nie pozostaje jej żadna inna możliwość. Będzie musiała przeprosić pana Clarke'a. Ale jak ma to uczynić? Co powiedzieć? Pamiętała, z jakże zimną i surową miną odwracał się od niej w domu Lydii. Zmieszana i nieszczęśliwa Betty uczyniła to, co na jej miejscu uczyniłaby każda dziewczyna: uciekła się do pocieszającego i niezawodnego przywileju swej płci - płaczu.
Gdy w końcu wzięła się w garść, wstała i umyła rozpalone policzki, uczesała włosy i zmieniła suknię na białą. Wokół szyi zawiązała czerwoną wstążkę, a we włosy wpięła rozetkę. Zupełnie zapomniała o Indianach. Kiedy pani Zane zawołała ją na kolację, była zdecydowana poprosić pana Clarke'a o wybaczenie, powiedzieć mu, że przeprasza i że ma nadzieję, iż zostaną przyjaciółmi.
Sława Isaaca rozciągała się od Potomacu do Detroit i Louisville64. Wiele matek z pogranicza opowieścią o wzięciu młodego Zane'a w niewolę straszyło niesforną młodzież, która przejawiała zamiłowanie do swobodnego przemierzania puszczy. Wieczorem w dzień powrotu Isaaca wszyscy w osadzie zostali zaproszeni, by go powitać. Pomimo niespokojnych czasów i wiszących nad fortem ciemnych chmur znaleźli okazję do radości.
Stary John Bennet, najwyższy i najweselszy człowiek w osadzie, wkroczył do domu pułkownika, aż pokrzykując z zadowolenia z powrotu Isaaca. Był potężnym mężczyzną i kiedy wszedł do pokoju, podłoga zakołysała się pod jego ciężkimi stąpnięciami. Jego szczera twarz wyrażała radość. Stanął nad Isaakiem i niemal zgniótł mu dłoń w powitalnym uścisku.
- Miło cię widzieć. Zawszem wiedział, że wrócisz. Zawszem tak mówił. Nad rzeką nie ma dość przeklętych czerwonoskórych, żeby utrzymać cię w niewoli.
- Uważam, że zdołali utrzymać go dość długo - zauważył Silas Zane.
- A oto nasz bohater - powiedział pułkownik Zane, gdy wszedł Clarke, któremu towarzyszyli kapitan Boggs, major McColloch i Jonathan. - Czy dali o sobie znać Wetzel albo Indianie?
Jonathan nie widział jeszcze brata, pochylił się nad nim, ujął dłoń Isaaca i ścisnął ją, nic nie mówiąc.
- Nie ma Indian po tej stronie rzeki - odpowiedział major McColloch.
- Panie Clarke, jest pan chyba zbyt skromny - rzekł pułkownik Zane. - Siostra powiedziała mi, że nie wspomniał jej pan o swym udziale w uratowaniu Isaaca.
- Nie zasługuję na słowa uznania - odparł Alfred. - Wdzięczność należy się pańskiemu psu.
- Cóż, pański pierwszy dzień w forcie uważam za ogromnie udany i za zapowiedź szczęśliwego losu, jaki znajdzie pan na Zachodzie.
- Jak się pan czuje? - zapytał Alfred, podchodząc do kanapy, na której leżał Isaac.
- Coraz lepiej, dzięki panu - odpowiedział Isaac, serdecznie ściskając dłoń Clarke'a.
- Dobrze widzieć, że wychodzi pan z tego. Przyznam się, że kiedy wyciągałem pana z wody, bałem się, że już po panu.
Isaac spoczywał na kanapie, z głową i ramionami podpartymi na poduszkach. Był najprzystojniejszy z braci. Jego twarz, gdyby nie oznaki wyczerpania, byłaby bardzo podobna do oblicza Betty; mieli takie same nisko osadzone, równe brwi i ciemne oczy; takie same usta, choć u niego o mocniej zarysowanych wargach, bez miękkich krzywizn, które tak uroczymi czyniły usta jego siostry.
W drzwiach pojawiła się Betty i na widok pokoju pełnego mężczyzn zawahała się przed wejściem. W swej białej sukni wyglądała tak wytwornie, że w tym otoczeniu wydawała się nie na miejscu. Alfred Clarke pomyślał, że równie czarujący widok jest zbytkiem dla prostych osadników, z których każdy nosił wyblakły i brudny strój z jeleniej skóry oraz pas z zatkniętym nożem i tomahawkiem. Pułkownik Zane podszedł do Betty, objął ją ramieniem i z dumą w oczach zwrócił się w stronę Clarke'a.
- Betty, chciałbym, żebyś poznała naszego bohatera, pana Alfreda Clarke'a. Oto moja siostra.
Betty dygnęła przed Alfredem, ale gdy spoczęło na niej spojrzenie młodego mężczyzny, natychmiast spuściła oczy.
- Miałem dzisiaj dwa razy przyjemność spotkania panny Zane - rzekł Alfred.
- Dwa? - zapytał pułkownik, patrząc na Betty. Nie odpowiedziała, ale wyzwoliła się z jego objęcia i usiadła przy Isaacu.
- Po raz pierwszy pannę Zane spotkałem nad rzeką, choć wtedy jeszcze jej nie znałem - odparł Alfred. - Miałem pewne trudności z powstrzymaniem jej kuca przed wyruszeniem do Fort Pitt czy jakiegoś innego miejsca w dole rzeki.
- Ha! Ha! Wiem, że na tym kucu jeździ bardzo dobrze - powiedział pułkownik Zane ze szczerym śmiechem. - Powiem panu, Clarke, że tu w osadzie mamy niezłych jeźdźców. Czy słyszał pan o skoku majora McCollocha?
- Słyszałem co nieco i bardzo chciałbym poznać tę historię - odrzekł Alfred. - Lubię konie i sądziłem, że też potrafię trochę jeździć, ale obawiam się, że będę zmuszony zmienić zdanie w tej kwestii.
- Z Fort Pitt przyjechał pan na pięknym wierzchowcu - zauważył major. - Sam chciałbym takiego mieć.
- Chodźcie, przysuńcie krzesła i posłuchamy opowieści Isaaca - powiedział pułkownik Zane.
- Nie mam zbyt wiele do opowiedzenia - zaczął Isaac głosem nadal słabym i cichym. - Złe wiadomości zostawię na koniec. Ten rok, gdyby upłynął, stanowiłby dziesiąty rok mojego pobytu u Wyandotów jako ich jeniec. Przez ostatni okres niewoli, czyli prawie cztery lata, nie byłem źle traktowany i miałem o wiele lepiej, niż ktokolwiek z was może sobie wyobrazić. Zapewne wszyscy znacie przyczynę mojej długiej niewoli. Z powodu zainteresowania Myeerah, indiańskiej księżniczki, przez lata próbowano mnie zmusić do przyłączenia się do plemienia, poślubienia Białego Żurawia, jak nazywają Myeerah, i zostania wodzem Wyandotów. Nigdy bym się na to nie zgodził, choć uważałem, żeby nie budzić ich gniewu. Mogłem swobodnie chodzić po obozowisku, ale zawsze byłem bacznie śledzony. Nadal przebywałbym u Indian, gdybym nie nabrał podejrzeń, że Hamilton, gubernator brytyjski, uknuł plan zadania, wraz z Huronami, Szaunisami, Delawarami65 i innymi plemionami, straszliwego ciosu białym mieszkającym nad rzeką. Przez miesiące obserwowałem, jak Indianie przygotowują się do wyprawy o rozmiarach, jakich nigdy przedtem nie znali. W końcu dowiedziałem się od Myeerah, że moje podejrzenia są słuszne. Nadarzyła się dogodna szansa ucieczki, wykorzystałem ją i umknąłem. Nie dogonił mnie żaden wojownik, nawet Arrowswift66, biegacz Wyandotów, który postrzelił mnie w ramię. Przez ostatnie trzy, cztery dni żywiłem się ziołami i korzonkami, a kiedy dotarłem do rzeki, siły niemal zupełnie mnie opuściły. Zepchnąłem pień na wodę i zacząłem płynąć z nurtem. Gdy spostrzegł mnie mój stary pies, wiedziałem, że będę bezpieczny, jeśli tylko zdołam się utrzymać. Potem, kiedy ten młody człowiek wycelował do mnie ze strzelby, myślałem, że już koniec ze mną. Nie miałem siły krzyczeć.
- Zamierzał pan strzelać? - zwrócił się do Clarke'a pułkownik Zane.
- Wziąłem go za Indianina, ale na szczęście w porę uświadomiłem sobie pomyłkę - odparł Alfred.
- Czy Indianie zmierzają tutaj? - zapytał Jonathan.
- Tego nie wiem. Wyandoci są teraz u siebie. Wiem jednak, że Brytyjczycy i Indianie dokonają wspólnej napaści na osady. Za miesiąc albo rok, ale dojdzie do tego na pewno.
- Hamilton, ten nabywca włosów67 i skalpów68, uknuł ten plan - rzucił z oburzeniem pułkownik Zane.
- Indian spotykają krzywdy. Często im współczuję. Okradamy ich, oszukujemy i łamiemy zawarte z nimi traktaty. Zwłaszcza Pipe69 i Wingenund70 mają wielki żal do białych. Rozumiem też Cornplantera. Dałby wszystko za skalp Jonathana, a każde plemię oddałoby stu swoich najlepszych wojowników za Lewisa Wetzela, którego nazywają Czarnym Wiatrem.
- Czy widziałeś kiedyś Rudego Lisa71? - zapytał Jonathan, siedzący przy ogniu i jak zwykle milkliwy. Był najbardziej dziki i nieokiełznany ze wszystkich Zane'ów. Większość czasu spędzał w puszczy, nie tylko po to, żeby walczyć z Indianami, jak Wetzel, ale też z czystej miłości do życia pod gołym niebem. W domu pogrążał się w rozmyślaniach i w milczeniu.
- Tak, widziałem - odparł Isaac. - To wódz Szaunisów i jeden z najbardziej zuchwałych wojowników tego walecznego plemienia. Był w Indiańskim Przylądku - tak się nazywa jedna ze wsi Wyandotów. Gdy odwiedziłem go po raz ostatni, miał ze sobą dwie setki swych najlepszych junaków.
- Jest złym Indianinem. Wetzel i ja znamy go. Złożył przysięgę, że zawiesi nasze skalpy w swoim wigwamie72 - powiedział Jonathan.
- Co właściwie ma przeciwko tobie? - zapytał pułkownik Zane. - Wetzel jest wrogiem wszystkich Indian, ale ty?
- Kilka lat temu wybrałem się z Wetzelem na polowanie w dół rzeki, do miejsca zwanego Cyplem Girty'ego73, gdzie natrafiliśmy na ślady pięciu Szaunisów. Byłem za powrotem do domu, ale Wetzel nie chciał nawet o tym słyszeć. Tropiliśmy Indian, a kiedy po zmroku dopadliśmy ich, zabiliśmy czterech z nich tomahawkami. Jeden, okaleczony, uciekł, ale nie ścigaliśmy go, bo odkryliśmy, że mieli jako brankę białą dziewczynę. Jeden z tych czerwonych diabłów chciał zabić ją tomahawkiem, gdy zaatakowaliśmy. Myślał pewnie, że chcemy ją uratować. Jeszcze żyła. Robiliśmy wszystko, żeby ocalić jej życie. Zmarła jednak i pochowaliśmy ją w tamtym miejscu. Ci Indianie byli wojownikami Rudego Lisa i zmierzali z branką do jego obozu. Jakiś rok później dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego Indianina, że wódz Szaunisów przysiągł nas zabić. Bez wątpienia będzie dowódcą napaści.
- Żyjemy w strasznych czasach - zauważył pułkownik. - Zaiste jest to pora próby dla dusz ludzkich, ale mocno wierzę, że nieodległy jest dzień, w którym czerwoni zostaną przepędzeni daleko od granicy.
- Czy indiańska księżniczka jest ładna? - zapytała Isaaca Betty.
- Tak, prawie jak ty, Betty - odparł Isaac. - Jak na Indiankę jest wysoka i ma bardzo jasną skórę. Mogę jednak powiedzieć o niej coś ciekawszego. Kiedy ostatnim razem byłem u Wyandotów, odkryłem dość zazdrośnie strzeżoną tajemnicę matki Myeerah. Gdy Tarhe ze swą hordą Indian mieszkał w Kanadzie, ich siedzibą były okolice jezior Muskoka74 nad rzeką Moon. Starzy wojownicy snuli wspaniałe opowieści o pięknie tego kraju. Tarhe wziął do niewoli francuskich podróżnych, a wśród nich kobietę nazwiskiem La Durante75. Miała ona śliczną córeczkę. Indianie jeńców wypuścili, oprócz owej dziewczynki. Gdy dorosła, Tarhe się z nią ożenił. Myeerah jest jej córką. Pewnego razu zabrał ją do Detroit, gdzie zobaczyła ją stara Francuzka. Oszalała na jej widok i powiedziała, że to dziecko jej córki. Tarhe nigdy więcej nie udał się do osad białych. Jak więc widzisz, Myeerah pochodzi po matce ze znanej francuskiej rodziny, gdyż jej dziadkiem jest przypuszczalnie Francuz La Durante76.
- Chciałabym ją zobaczyć, choć jej nienawidzę. Jakie dziwne ma imię - powiedziała Betty.
- To indiańskie imię oznaczające białego żurawia77, rzadkiego i pięknego ptaka. Nigdy go nie widziałem. Imię to cieszy się sławą u Huronów od najdawniejszych czasów. Indianie nazywają Myeerah Białym Żurawiem albo Chodzącą w Wodzie, gdyż uwielbia brodzić w strumieniu.
- Myślę, że jak na jeden wieczór Isaac mówił już dosyć - wtrącił pułkownik Zane. - Jest zmęczony. Panie majorze, proszę opowiedzieć Isaacowi i Betty, a także panu Clarke'owi, o swym skoku z urwiska.
- Słyszałem już o tym skoku od Indian - rzucił Isaac.
- Panie majorze, z którego wzgórza pan skoczył? - zapytał Alfred.
- Zna pan występ skalny wystający znacznie ze wzgórza po drugiej stronie potoku? To z tego miejsca pułkownik Zane po raz pierwszy zobaczył dolinę, to stamtąd skłoniłem do skoku mojego konia. Nie wierzyłem, że to zdarzyło się naprawdę. Często z powątpiewaniem patrzę na to urwisko. Indianie wszakże, a także pułkownik Zane, Jonathan, Wetzel i inni mówią, że widzieli ten wyczyn, muszę więc uznać, że rzeczywiście miał miejsce - odparł major McColloch.
- Wydaje się to niewiarygodne! - powiedział Alfred. - Trudno uwierzyć, że można wskoczyć w tę przepaść i przeżyć.
- W rzeczy samej - odrzekł pułkownik. - Chyba to ja będę musiał o wszystkim opowiedzieć. Mamy tu wojowników i tych, którzy tworzą historię, ale niewielu dobrych mówców.
- Nie mogę się doczekać, aż pana wysłucham - oświadczył Clarke. - I chętnie poznam owego Wetzela, którego sława dotarła aż do mojego domu, daleko stąd w Wirginii.
- Pańskie życzenie ziści się niedługo, nie wątpię - ponownie zabrał głos pułkownik. - No dobrze, a teraz opowieść o szalonej ucieczce McCollocha przed śmiercią i jego wspaniałym skoku ze wzgórza Wheeling. Rok temu, kiedy Indianie oblegali fort, major przedostał się przez ich linię i pognał do Short Creek. Następnego ranka powrócił z czterdziestoma jeźdźcami. Ruszyli śmiało do bramy i wszystkim udało się schronić w forcie oprócz rycerskiego majora. Zobaczywszy, że nie zdoła pokonać niewielkiej odległości bez dostania się pod ostrzał Indian, pobudził ostrogami swojego wielkiego ogiera i ścigany przez ryczącą hordę dzikich ruszył ścieżką prowadzącą za fortem na wierzchołek urwiska. Ścieżka ta biegnie skrajem wysokiego brzegu. Widziałem, jak major skręca i macha nam strzelbą, najwyraźniej chciał upewnić nas, że jest bezpieczny. Nagle na samym wierzchołku wzgórza ściągnął cugle, jakby niezdecydowany, co robić. W jednej chwili pojąłem, co się stało. Major wpadł na powracającą grupę Indian, wysłaną, by uniemożliwić posiłkom dotarcie do nas. Usłyszałem rozradowane krzyki dzikich i zobaczyłem, jak skradają się od drzewa do drzewa, powoli wydłużając swój szereg i okrążając nieszczęsnego majora. Nie strzelili ani razu. W forcie zdrętwieliśmy z przerażenia, staliśmy bezradnie z nieprzydatnymi strzelbami, patrząc i czekając na wydawałoby się nieuchronny kres naszego kamrata. Nie spotkał on majora! Wiedząc, że został skazany przez Indian, i czując, że każda śmierć jest lepsza od praszczęt78, noża, stosu i pochodni bezlitosnych dzikusów, chwycił się rozpaczliwej szansy. Widział wrogów przekradających się od skały do drzewa, od drzewa do skały, od drzewa do krzaka, czołgających się w zaroślach, z każdą chwilą zbliżających się coraz bardziej. Nienawistni przeciwnicy osaczyli go z trzech stron, a z czwartej miał przepaść. Bez chwili wahania nieustraszony major dźgnął konia ostrogami i skoczył w otchłań. Nigdy nie zapomnę tej zapierającej dech w piersiach chwili. Trzystu dzikusów umilkło, gdy pojęli zamiar majora. Obecni w forcie przyglądali się z szeroko otwartymi oczyma. Parę susów i szlachetny wierzchowiec stanął dęba na zadnich nogach. Widoczne na tle jasnego błękitnego nieba cudowne zwierzę tkwiło tak przez mgnienie oka, z czarną grzywą powiewającą na wietrze, wzniesionym łbem i przednimi kopytami młócącymi powietrze, jak ciężkozbrojny rumak Marka Kurcjusza79 z dawnych czasów, a potem runęło w dół, w chmurze pyłu i trzasku sosnowych gałęzi. Indianie na dole wydali przeciągły wrzask, a ci na górze podbiegli na skraj urwiska. Wyrażając krzykami zdumienie i zawiedzioną chęć zemsty, wskazywali mroczny wąwóz, w który koń i jego jeździec woleli wpaść, niż zaczekać na śmierć z ich rąk. Stok ma tam ponad trzysta stóp wysokości, a w niektórych miejscach jest niemal pionowy. Myśleliśmy, że major leży na dnie wąwozu zgnieciony wśród skał. Wyobraźcie sobie naszą szaloną radość, gdy ujrzeliśmy śmiałego żołnierza i jego konia wypadających z krzewów u podnóża urwiska, pokonujących potok i galopujących bezpiecznie do fortu.
- To było cudowne! Cudowne! - wołał Isaac z błyszczącymi oczami. - Nic więc dziwnego, że Indianie nazywają pana Latający Wódz.
- Gdyby major nie trafił na gęstą kępę sosen rosnących jakieś trzydzieści stóp poniżej wierzchołka, już by nie żył - powiedział pułkownik Zane. - Jestem tego pewny. Nie podważa to jednak ani trochę jego męstwa. Nie miał czasu na wybór najlepszego miejsca do skoku. Po prostu wykorzystał swą jedyną szansę i wyszedł z tego cało. Skok ten przetrwa w umysłach ludzi, dopóki owo urwisko będzie stało jako pomnik80 przypominający o ucieczce McCollocha przed śmiercią.
Alfred opowieści pułkownika słuchał z ogromnym zaciekawieniem. Po jej zakończeniu siedział cicho pomimo przyśpieszonego pulsu oraz duszy przepełnionej zgrozą i szacunkiem dla bohatera tej historii. Clarke u mężczyzn nade wszystko cenił odwagę. Podziwiał prostotę tych ludzi pogranicza, którzy, jak uznał, najcudowniejsze przygody i śmiałe ucieczki uważają za zwykłą rzecz, nieodłączną część codzienności. On sam w ten jeden dzień przeżył więcej emocji niż kiedykolwiek i zaczął wierzyć, że jego żądza wolności i podniecających czynów zostanie zaspokojona na długo przedtem, zanim nauczy się być przydatny w tym nowym środowisku. Przez resztę wizyty w domu, do którego zaprosili go jego nowi znajomi, mało brał udział w rozmowach. Siedział w milczeniu, przyglądając się twarzy Betty i słuchając żartów pułkownika Zane'a. Potem wstał, złożył gospodarzowi życzenia spokojnej nocy i wyraził nadzieję, że Isaac, który zasnął, szybko wydobrzeje. Kiedy odwracał się ku drzwiom, zatrzymała go Betty.
- Panie Clarke - zaczęła, wyciągając lekko drżącą drobną dłoń. - Chciałabym powiedzieć... że... chciałabym powiedzieć, że moje uczucia uległy zmianie. Przepraszam za to, co mówiłam u Lydii. Mówiłam zbyt pochopnie i nieuprzejmie. Uratował pan mojego brata. Do końca życia będę panu wdzięczna. Daremnie starałabym się panu podziękować. Mam... mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi.
Alfred miał ogromne trudności, by oprzeć się temu niskiemu głosowi i ciemnym oczom podnoszącymi się ku niemu nieśmiało, lecz zdecydowanie. Był jednak nazbyt głęboko urażony. Udawał, że nie dostrzega wyciągniętej do niego ręki.
- Rad jestem, że mogłem się czymś przysłużyć - odpowiedział zimnym tonem - ale uważam, że przecenia pani moją rolę. Pani brat nie utonąłby, jestem pewny. Niczego mi pani nie zawdzięcza. Dobranoc.
Betty chwilę stała cicho, patrząc na drzwi, którymi wyszedł Clarke, zanim zrozumiała, że jej propozycja przyjaźni została grzecznie, acz chłodno odtrącona. Właściwie ją zlekceważono. Elizabeth Zane spotkało niemożliwe! Pierwszym odczuciem po otrząśnięciu się z oszołomienia było rozbawienie. Zaśmiała się powściągliwie, zaraz jednak jej policzki pokryły jasnoczerwone pąsy i rozejrzała się szybko, sprawdzając, czy ktoś zauważył ten incydent. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Wydała westchnienie ulgi. Już samo odtrącenie jej było niedopuszczalne. Gdyby inni to dostrzegli, stałoby się nadmiernie upokarzające. Jej oczy miotały błyskawice na wspomnienie pogardy rysującej się na obliczu Clarke'a i tego, że była nie dość bystra, aby rozpoznać ją w porę.
- Tige, do nogi! - zawołał pułkownik Zane. - Co ugryzło tego psa?
Pies kręcił się pod drzwiami i węszył przy szparze ponad progiem. Wydawał się niespokojny i groźny. Nisko warczał, a potem dwa razy krótko zaszczekał. Obecni w pokoju usłyszeli dobiegające z zewnątrz odgłosy kroków w miękkich mokasynach. Chwilę potem otworzyły się drzwi, a w nich pojawiła się wysoka postać.
- Wetzel! - zakrzyknął pułkownik Zane. Zapadła cisza, a wszystkie oczy spoczęły na przybyszu.
Warto poświęcić mu więcej uwagi. Wkroczył do pokoju, oparł długą strzelbę o gzyms kominka i ręce wyciągnął do ognia. Od stóp do głów odziany był w zdobiony frędzlami i paciorkami strój z jeleniej skóry, zdradzający ślady długiej i ciężkiej wędrówki. Ubranie było podarte, przemoczone i pokryte błotem. Mężczyzna, mierzący sześć stóp wysokości i stojący wyprostowany jak struna, miał atletyczną budowę. Jego szerokie ramiona, muskularne, lecz nie ciężkie członki wskazywały na niesamowitą siłę i werwę. Długie włosy, czarne jak skrzydło kruka, zwisały poniżej ramion. Obrócił się teraz i światło padło na jego niesamowitą twarz. Była tak spokojna, chłodna i surowa, że wyglądała na wyciosaną z marmuru. Największą uwagę zwracała jej niezwykła bladość i oczy, czarne węgielki, przenikliwe jak ostrza sztyletu.
- Jeśli masz złe wiadomości, wypowiedz je - zawołał zniecierpliwiony pułkownik Zane.
- Nie trzeba alarmu - powiedział Wetzel i uśmiechnął się lekko na widok przestraszonej miny Betty. - Nie patrzże się z takim lękiem, Betty. Indiańce81 som mile stąd i idom do osady Kanawha82.
58 Stopa - anglosaska jednostka długości i wysokości, wynosi 30,48 cm, 356 stóp to zatem ok. 108 metrów, a 150 stóp to ok. 45 m.
59 Według większości przekazów wysokość palisady wynosiła 17 stóp (ok. 5,2 m), a nie 12 (ok. 3,7 m).
60 Joseph Ogle (1737-1821) - amerykański wojskowy i osadnik na pograniczu, w czasie wojny o niepodległość kapitan milicji stanu Wirginia, w 1785 r. przeniósł się z rodziną na tereny późniejszego stanu Illinois, walczył z Indianami
61 Chodzi o oblężenie Fort Henry w 1777 r.; pierwszego września podszedł do niego oddział 300-400 Indian, kilku pokazało się jako przynęta; kapitan Mason z 14 ludźmi opuścił fort i zaczął ich ścigać, ale wpadli w zasadzkę, w której niemal wszyscy zginęli; na pomoc ruszył im kapitan Ogle z kilkunastoosobowym odziałem, który rozbito; zachęceni zwycięstwami Indianie zaatakowali fort, w którym zostało tylko 12 mężczyzn, bronili się oni z powodzeniem przez całą dobę, do przybycia pomocy.
62 Simon Girty (1741-1818) - amerykański osadnik, z całą rodziną w 1756 r. trafił do niewoli Indian Lenape, został przekazany Senekom (Mingo), był wychowywany przez ich wodza, Guyasutę, i przejął kulturę indiańską; w 1764 r. uwolniony po wymianie jeńców, a ponieważ znał 11 języków różnych plemion, służył u Brytyjczyków jako tłumacz, podczas wojny o niepodległość początkowo popierał Amerykanów, potem przeszedł na stronę Brytyjczyków i Indian, brał udział w wielu walkach, zyskał sławę zdrajcy i okrutnika.
63 Nogawice - część tradycyjnego stroju Indian Ameryki Północnej, skórzane nogawki przywiązywane rzemykami do pasa.
64 Louisville - miasto w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największe w stanie Kentucky, na lewym brzegu Ohio.
65 Delawarowie - francuska nazwa plemienia Indian z Ameryki Północnej, z grupy algonkińskiej, ich nazwa własna to Lenape, zamieszkiwali pierwotnie w stanie New Jersey i wschodniej Pensylwanii, nad rzeką Delaware; w 1682 r. sprzedali Pennowi swe ziemie nad Atlantykiem i przenieśli się na zachód, do stanu Ohio ciągle wypierani przez białych osadników walczyli z nimi, po klęsce w 1811 r. zamieszkali w stanie Missisipi; obecnie jest ich około 11 tys. w rezerwatach w Oklahomie.
66 Arrowswift (ang.) - szybki jak strzała.
67 Osadnicy amerykańscy nazywali Henry'ego Hamiltona "Hair-buyer General", czyli generał kupujący włosy, gdyż miał płacić sprzymierzonym Indianom za każdy dostarczony skalp osadnika.
68 Skalp - nadcięta i zerwana z głowy skóra z włosami, trofeum zdobywane przez niektóre plemiona Indian Ameryki Północnej, głównie Irokezów i Krików.
69 Pipe - angielskie imię Konieschquanoheela, Sprawcy Świtu, (imię publiczne Hopocan "Fajka", stąd imię angielskie), wodza plemienia Lenape; początkowo neutralny w wojnie o niepodległość USA, po utracie części rodziny z rąk Amerykanów przyłączył się do Brytyjczyków; pokonany, w 1812 r. poprowadził resztki plemienia do Kansas.
70 Wingenund - wódz wojenny plemienia Lenape, jego imię ma znaczenie "mocno kochany", walczył z amerykańskimi osadnikami po stronie Brytyjczyków.
71 Rudy Lis (ang. Red Fox) - nieznany bliżej wódz plemienia Szaunisów.
72 Wigwam - chata Indian ze wschodniej części Ameryki Północnej, głównie z Krainy Wielkich Jezior, o kształcie półkolistym lub kopułowym; ma szkielet z gałęzi lub żerdzi, połączonych u góry i pokrytych korą brzozową, skórami lub matami, z paleniskiem w środku.
73 Cypel Girty'ego - obecnie część miasteczka West Liberty, ok. 14 km na północny wschód od Wheeling.
74 Muskoka - jezioro we wschodniej Kanadzie, w stanie Ontario, około 60 km na wschód od jeziora Huron, o powierzchni 120 km2; niedaleko leżą inne jeziora (Rosseau, Simcoe, Bays, Kawartha), stąd określenie jeziora Muskoka.
75 La Durante - jej indiańskie imię to Ronyounquaines; ta opowieść jest wątpliwa, Wyandoci byli wówczas w doskonałych stosunkach z Francuzami, nie porywali ich.
76 Michel Morel Sieur de La Durante et Boisgaudin (1694-1759) - z francuskiej rodziny szlacheckiej, która na początku XVIII w. osiadła w Kanadzie.
77 Biały żuraw - żuraw krzykliwy (Grus americana), ptak wodny z rodziny żurawi, duży (do 1,5 m wysokości), występuje we wschodniej części Ameryki Północnej, ma białe upierzenie, obecnie gatunek zagrożony, w XVIII wieku był na pewno dużo liczniejszy.
78 Praszczęta - tortura i kara stosowana dawniej; skazany musiał przebiec pomiędzy dwoma szeregami ludzi uzbrojonych w pałki, kije lub baty; w czasie stanu wojennego w Polsce nazywana drwiąco "ścieżką zdrowia".
79 Marek Kurcjusz - postać z legend rzymskich; gdy na Forum Romanum otworzyła się przepaść zagrażająca miastu, zgodnie z przepowiednią zapobiec zagładzie mogło jedynie złożenie w niej tego, co w Rzymie było najcenniejszego; kiedy nie pomogły wszystkie inne ofiary, Marek Kurcjusz wskoczył w otchłań w zbroi i na koniu, uważając, ze najcenniejsze jest męstwo żołnierzy rzymskich, i istotnie przepaść się wtedy zamknęła.
80 W 1917 r. Córy Rewolucji Amerykańskiej na wzgórzu Wheeling postawiły prawdziwy pomnik ku czci odwagi McCollocha, w postaci tablicy z brązu oprawionej w kamiennym postumencie, z płaskorzeźbą majora i opisem jego wyczynu; stoi on nadal na skraju drogi.
81 Indianiec - w oryginale: Injun, stosowane w USA pejoratywne określenie Indianina.
82 Kanawha - nazwa osady założonej około 1780 roku przez pierwszych osadników w zachodniej części Wirginii zachodniej, przy ujściu rzeki Elk do Kanawhy, lewego dopływu Ohio, w pobliżu dzisiejszego Point Pleasant, ale osada ta znajduje się ok. 180 km na południowy zachód od Fort Henry, chodzi więc zapewne o osadę położoną bliżej, leżącą nad wodą, gdyż nazwa ta w języku Irokezów ma znaczenie "droga wodna".