Rzym, 9
Stycznia.
Przed kilku miesiącami spotkałem kolegę mego i przyjaciela,
Józefa Sniatyńskiego, który w ostatnich czasach zajął wybitne
stanowisko między naszymi piszącymi. W rozmowach, jakie
prowadziliśmy o literaturze, Sniatyński przypisywał ogromne
znaczenie pamiętnikom wogóle. Mówił, że człowiek, który zostawia po
sobie pamiętnik, źle lub dobrze pisany, byle szczery, przekazuje i
daje przyszłym psychologom i powieściopisarzom nietylko obraz
swoich czasów, ale jedynie prawdziwe, ludzkie dokumenty, którym
można zaufać. Przewidywał także, że przyszłą formą powieści, będzie
wyłącznie forma pamiętnikowa; twierdził nakoniec, że kto pisze
pamiętnik, ten tem samem pracuje dla swego społeczeństwa i zjednywa
sobie prawo do zasługi.
Ponieważ mam lat trzydzieści pięć, a nie przypominam sobie,
abym kiedykolwiek zrobił coś dla mego społeczeństwa, choćby
dlatego, że życie moje, od ukończenia uniwersytetu, upływało, z
małemi przerwami, za granicą; ponieważ dalej, pomimo całego humoru,
z jakim o tem wspominam i całego sceptycyzmu, jakim jestem,
nakształt gąbki, przesiąknięty, niemało jest goryczy w tem
wyznaniu, postanowiłem przeto pisać pamiętnik. Jeśli to ma być
istotnie pracą i zasługą, niechże choć w ten sposób się zasłużę.
Chcę być jednak zupełnie szczerym. Biorę się do tego
pamiętnika nietylko z powyższych względów, ale i dlatego, że ta
myśl mnie bawi. Sniatyński utrzymuje, że gdy raz się człowiek
przyzwyczai do spisywania swych wrażeń i myśli, to potem stanowi to
jedno z najmilszych zajęć w życiu. Jeśli się okaże przeciwnie, to
Boże zmiłuj się nad moim pamiętnikiem! Zwodziłbym sam siebie,
gdybym nie przewidywał z zupełną pewnością, że urwie się on, jak
zbyt naciągnięta struna. Gotów-em dużo znieść dla społeczeństwa,
ale nudzić się dla społeczeństwa - o nie! tego nie zrobię, bo nie
potrafię.
Natomiast postanowiłem nie zrażać się pierwszemi
trudnościami; popróbuję przyzwyczaić się i zasmakować w tej
robocie. Sniatyński, w ciągu naszych rozmów, powtarzał mi ciągle:
"Tylko nie wpadaj w żaden styl, nie pisz po literacku". Mała rzecz!
Rozumiem to dobrze, że im pisarz znakomitszy, tem mniej pisze po
literacku; ale ja jestem dyletant i nie panuje nad formą. Wiem to z
własnego doświadczenia, że człowiekowi, który myśli wiele i odczuwa
mocno, zdaje się nieraz, że tylko spisać po prostu to, o czem myśli
i co odczuwa, a powstanie jakaś rzecz niepowszednia - tymczasem,
gdy się do tego zabierze, wpada natychmiast w jakieś formy
stylistyczne, i choćby pisał sam dla siebie, w jakąś pozę, w
pospolitą frazeologię; myśl nie chce spływać przez ramię, palce i
stalówkę na papier i można rzec, że nie głowa pióro, ale pióro
głowę prowadzi i prowadzi w sposób płaski, czczy, sztuczny. Tego
się boję dla siebie, głównie z tego powodu, że jeśli brak mi
wprawy, języka, malowniczości, prostoty pisarskiej i t. d., to z
pewnością nie brak mi smaku - i mogę sobie zbrzydzić własny styl do
tego stopnia, że robota stanie mi się wprost niemożliwą. Ale to się
pokaże później. Obecnie zamierzam poprzedzić właściwy pamiętnik
krótkim wstępem biograficznym.
Nazywam się Leon Płoszowski, mam lat, jak wspomniałem wyżej
trzydzieści pięć. Pochodzę z rodziny zamożnej, która do ostatnich
czasów zachowała fortunę, znacznie więcej niż średnią. Co do mnie,
jestem pewien, że majątku rodzinnego nie powiększę, ale też go nie
utracę. Położenie moje jest tego rodzaju, że się nie potrzebuję
wspinać na żadne wyżyny, ani też nigdzie wkupować. Co do
kosztownych i rujnujących uciech, jestem życiowym sceptykiem, który
wie, ile co jest warte, albo inaczej mówiąc, który wie, że wszystko
jest dyablo mało warte.
Matka moja umarła w tydzień po wydaniu mnie na świat.
Ojciec, który kochał ją nad życie, dostał po jej śmierci napadów
melancholii. Wyleczywszy się z niej w Wiedniu, nie chciał już
wracać do rodzinnego majątku, tamtejsze bowiem wspomnienia
rozdzierały mu duszę; odstąpił Płoszów siostrze swojej, a mojej
ciotce, sam zaś przeniósł się w roku 1848 do Rzymu, z którego przez
trzydzieści kilka lat ani razu nie wyjechał, nie chcąc oddalać się
od grobu matki. Zapomniałem bowiem nadmienić, że trumnę matki
sprowadził z kraju i pochował ją na Campo Santo.
Mamy na Babuino własny dom, zwany Casa Osoria, od rodzinnego
herbu. Wygląda on trochę na muzeum, ojciec bowiem ma niepospolite
zbiory, zwłaszcza z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Obecnie
stały się one przewodnią ideą jego życia. Za młodu był to człowiek
niezmiernie świetny, tak pod względem powierzchowności, jak umysłu.
Że zaś nazwisko i wielka zamożność otwierały przed nim wszystkie
drogi - rokowano o jego przyszłości wielkie nadzieje. Wiem to od
tych, którzy kolegowali z nim na uniwersytecie berlińskim. Zajmował
się wówczas bardzo filozofią - i powszechne było wówczas mniemanie,
że nazwisko jego zagrzmi z czasem przynajmniej równie głośno, jak
Cieszkowskiego, Libelta etc. Życie towarzyskie i niesłychane
powodzenie u kobiet, odciągnęło go później od ścisłej pracy
naukowej. Nazywano go w salonach "Leon l'Invincible". Mimo tych
powodzeń, nie przestał jednak zajmować się filozofią i wszyscy
spodziewali się, że lada dzień wystąpi z jakiem znakomitem dziełem,
które uczyni go sławnym w Europie.
Nadzieje te zawiodły. Z dawnej świetności zewnętrznej
pozostało tyle, że dziś jeszcze jest to jedna z najpiękniejszych i
najszlachetniejszych głów, jakie w życiu spotkałem. Malarze są tego
samego zdania, a niedawno jeszcze jeden z nich mówił mi, że
doskonalszego typu patrycyusza trudno sobie wyobrazić. Pod względem
naukowym ojciec mój był, i pozostanie, bardzo zdolnym i bardzo
wykształconym szlachcicem-dyletantem. Wierzę do pewnego stopnia, że
dyletantyzm jest przeznaczeniem wszystkich Płoszowskich i rozpiszę
się o tem później, gdy mi przyjdzie mówić o sobie samym.
Co do mego ojca, wiem, że przechowuje w biurku pożółkły już
traktat filozoficzny: "O Troistości". Rękopis ten przeglądałem i
znudził mnie. Pamiętam tylko, że są tam jakieś zestawienia trójcy
realnej: tlenu, wodorodu i azotu - z trójcą transcedentalną,
skrystalizowaną przez chrześcijaństwo w pojęciu Boga Ojca, Boga
Syna i Boga Ducha; oprócz tego pełno analogicznych trójek,
począwszy od dobra, piękna i prawdy, a skończywszy na logicznym
sylogizmie, złożonym z premisy większej, mniejszej i wniosku -
dziwna mieszanina idei heglowskich z ideami Hoene-Wrońskiego,
wysiłek myśli bardzo kunsztowny, a zupełnie czczy. Jestem też
przekonany, że ojciec nigdy nie zechce tego drukować, choćby z tego
powodu, że filozofia spekulatywna zbankrutowała pierwej jeszcze w
jego umyśle, niż w całym świecie.
Przyczyną tego bankructwa w jego umyśle, była śmierć matki.
Ojciec, który mimo swego przezwiska: "l"Invincible", i mimo swej
opinii pogromcy serc, był człowiekiem niezmiernie tkliwym i który
matkę moją poprostu ubóstwiał, postawił zapewne mnóstwo strasznych
pytań swej filozofii, a nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi ani
żadnej pociechy, poznał jej całą czczość i jałowość wobec życiowego
nieszczęścia. Musiała to być istotnie bajeczna tragedya w jego
życiu, gdy naraz odjęto mu dwie podstawy, gdy naraz rozdarło mu się
serce i mózg. Wpadł wówczas, jak wspomniałem, w melancholię, potem
wyleczywszy się, wrócił do uczuć religijnych. Powiadano mi, że był
czas, iż modlił się dzień i noc, że klękał na ulicy przed
wszystkimi kościołami i dochodził do takich religijnych uniesień,
iż w Rzymie jedni mieli go za obłąkanego, drudzy za świętego.
Widocznie jednak znalazł w tem więcej pociechy, niż w swoich
filozoficznych trójkach, bo stopniowo uspokoił się i zaczął żyć
życiem rzeczywistem. Serce jego zwróciło się z całą siłą uczucia ku
mnie, a zamiłowania estetyczne i umysłowe ku pierwszym czasom
chrześcijaństwa. Umysł jego żywy i lotny potrzebował pokarmu. Po
roku pobytu w Rzymie począł zajmować się archeologią, przez studya
zaś dodatkowe, doszedł do znajomości czasów starożytnych. Ksiądz
Calvi, mój pierwszy guwerner, a zarazem wielki znawca Rzymu,
popchnął stanowczo ojca w kierunku studyów nad wiecznem miastem.
Przed kilkunastu laty zawarł ojciec znajomość, a w końcu przyjaźń z
wielkim Rossim, z którym całe dnie przepędzał w katakumbach. Dzięki
swym niezwyczajnym zdolnościom, doszedł wkrótce do takiej
znajomości Rzymu, że niejednokrotnie zadziwiał samego Rossiego swą
wiedzą. Zabierał się też nieraz do pisania, ale jakoś nigdy nie
kończył tego, co zaczął. Może być, że uzupełnianie zbiorów
zabierało mu wszystek czas, a jeszcze prawdopodobnie dlatego nie
pozostawi nic po sobie, prócz zbiorów, że nie ograniczył się na
jednej epoce, ani na jednej jakiejś specyalności w zakresie swych
badań. Zwolna, średniowieczny Rzym baronów począł go pociągać z
równą siłą, jak pierwsze czasy chrześcijaństwa. Była epoka, że miał
pełną głowę Colonnów i Orsinich, potem zbliżył się do renesansu i
rozkochał się w nim zupełnie. Od inskrypcyi, grobowców, pierwszych
zabytków chrześcijańskiej architektury, przeszedł do czasów
dalszych, do bizantyńskich malowideł, do Fiesolich i Giottów, od
nich do innych quatro i cinquecentistów i t. d., rozmiłował się w
rzeźbach, obrazach; zbiory na tem korzystały niezawodnie, ale
wielkie dzieło w naszym języku o trzech Rzymach, o którem z
początku marzył, przeszło do krainy niespełnionych zamiarów.
Co do swych zbiorów, ma ojciec szczególniejszą ideę. Oto
chce je po śmierci zapisać Rzymowi, z tym tylko warunkiem, by były
umieszczone w osobnej sali i by ta sala nosiła napis: "Muzeum
Ozoryjów-Płoszowskich". Naturalnie, stanie się według jego woli -
dziwi mnie tylko, że ojciec jest przekonany, iż tym sposobem odda
daleko większą usługę swemu społeczeństwu, niż gdyby swe zbiory
przeniósł gdzie do kraju.
Przed niedawnym jeszcze czasem mówił mi:
- Widzisz, tam niktby ich nie widział, niktby z nich nie
korzystał, a tu cały świat przyjeżdża i każdy przeniesie zasługę
jednego z członków społeczeństwa na całe społeczeństwo.
Nie wypada mi roztrząsać, czy w tem nie ma trochę próżności
rodowej i czy myśl, że nazwisko Płoszowskich zostanie wyryte na
marmurze w wiecznem mieście, nie była rozstrzygającą w tej sprawie?
Krótko mówiąc, sądzę, że tak było. Ostatecznie jest mi to dość
obojętne gdzie te zbiory zostaną umieszczone.
Natomiast ciotka moja, do której, mówiąc nawiasem, wyjeżdżam
w tych dniach do Warszawy, oburza się na myśl pozostawienia zbiorów
w Rzymie, a ponieważ jest to osoba, której nic w świecie nie zdoła
wstrzymać od wypowiedzenia tego co myśli, wypowiada więc swoje
oburzenie bez żadnych ogródek, w każdym liście do ojca. Przed kilku
laty była w Rzymie i kłócili się z ojcem z tego powodu codziennie,
a byliby się może pokłócili na dobre, gdyby przywiązanie, istotnie
niezmierne, jakie ciotka ma do mnie, nie było hamowało jej zapędów.
Ciotka moja starsza jest o kilka lat od ojca. Ojciec, po
nieszczęściu, jakie go spotkało, wyjechawszy z kraju, wziął przy
działach majątkowych kapitały, jej zaś zostawił majątek rodzinny,
Płoszów. Ciotka, zarządza nim od lat trzydziestu i zarządza
doskonale. Jestto osoba niepospolitego charakteru, dlatego
poświęcam jej słów kilka. Mając lat dwadzieścia, była narzeczoną
młodego człowieka, który umarł za granicą, właśnie wówczas, gdy
ciotka wybierała się za nim w podróż. Od tej pory odrzucała
wszelkie partye i pozostała starą panną. Po śmierci mojej matki,
towarzyszyła ojcu do Wiednia i Rzymu, gdzie przemieszkiwała lat
kilka, otaczając brata najtkliwszem przywiązaniem, które potem
przeniosło się na mnie. Jestto w całem znaczeniu wielka dama, nieco
despotyczna, wyniosła i weredyczka, mająca tę pewność siebie, jaką
daje majątek i wysokie położenie towarzyskie - w gruncie rzeczy zaś
uosobiona zacność i poczciwość. Pod szorstkimi pozorami kryje ona
złote, pobłażliwe serce, kochające nietylko swoich, nietylko mego
ojca, mnie, domowników, ale ludzi wogóle. Jest tak cnotliwa, że
doprawdy nie wiem, czy to stanowi jakąkolwiek jej zasługę, bo nie
potrafiłaby być inną. Dobroczynność jej weszła w przysłowie. Pędza
dziadów i baby, jak konstabl, a opatruje, jak św. Wincenty a Paulo.
Jest bardzo religijna. Nigdy żaden cień zwątpienia nie wkradł się w
jej duszę. Co czyni, czyni z mocy niewzruszonych podstaw; dlatego
nigdy nie waha się w wyborze drogi. Z tego także powodu jest zawsze
spokojna i ogromnie szczęśliwa. W Warszawie nazywają ciotkę z
powodu jej szorstkości: "le bourreau bienfaisant".
Niektórzy, a zwłaszcza niektóre, nie lubią jej; powszechnie
jednak zażywa wielkiego miru we wszystkich warstwach społecznych.
Płoszów leży w pobliżu Warszawy, w której ciotka ma swój
własny dom. Z tego powodu zimę spędza w mieście. Co zimę też
usiłuje mnie ściągnąć do siebie, by mnie ożenić. Teraz właśnie
otrzymałem tajemny i naglący list, pełen zaklęć, bym przyjeżdżał.
Trzeba będzie zresztą to zrobić, bo oddawna nie byłem w kraju,
ciotka zaś pisze, że się starzeje i że chciałaby mnie widzieć przed
śmiercią.
Wyznaję zaś, że nie zawsze rad jeżdżę do kraju. Wiem, że
najdroższym zamiarem ciotki jest - ożenić mnie; otóż, za każdym
moim pobytem, sprawiam jej pod tym względem gorzki zawód. Strach
mnie bierze na myśl o akcie tak stanowczym, po którym trzebaby
rozpocząć jakby drugie życie, podczas gdy ja tem pierwszem jestem
porządnie zmęczony. Nakoniec jest coś kłopotliwego dla mnie w
stosunku do ciotki. Jak dawniej znajomi na ojca mego, tak ona dziś
patrzy na mnie, jako na człowieka wyjątkowych zdolności, po którym
wielkich rzeczy należy się spodziewać. Pozwolić, by pozostała przy
tem mniemaniu, wydaje mi się nadużywaniem jej dobrej wiary;
oświadczyć jej, że nietylko wielkich rzeczy, ale niczego nie ma się
po mnie spodziewać, byłoby to przesądzać przyszłość tylko
prawdopodobną, a zarazem zadać staruszce cios stanowczy.
Może, na nieszczęście dla mnie, wielu bliższych mi ludzi
dzieli mniemanie ciotki. Wzmianka o tem pozwala mi przejść do
skreślenia mego wizerunku, co nie będzie rzeczą łatwą o tyle, o ile
jestem istotą rzeczywiście w wysokim stopniu złożoną.
Przyniosłem na świat nerwy bardzo wrażliwe, wydoskonalone
przez kulturę całych pokoleń. Pierwszemi latami mego dzieciństwa
zajmowała się ciotka, po jej odjeździe zaś, jak zwykle w naszych
rodzinach - bony. Ponieważ mieszkaliśmy w Rzymie, w otoczeniu
obcem, ojciec zaś chciał, bym znał dobrze swój język, przeto jedna
z moich bon była Polką. Mieszka ona dotychczas w naszym domu na
Babuino i zarządza gospodarstwem domowem. Ojciec zajmował się mną
także bardzo dużo, zwłaszcza od piątego roku mego życia. Chodziłem
na rozmowy do jego pokoju, które rozwijały mnie niepospolicie, a
może nawet przedwcześnie. Później, gdy studya i poszukiwania
archeologiczne, oraz dopełnianie zbiorów, pochłaniały ojcu wszystek
czas, przyjął do mnie nauczyciela, księdza Calvi. Był to człowiek
już stary, z wiarą i duszą nadzwyczaj pogodną. Kochał on nad
wszystko sztukę. Sądzę nawet, że religię odczuwał przedewszystkiem
przez jej piękność. W muzeach, wobec arcydzieł, lub słuchając
muzyki w kaplicy sykstyńskiej, zapamiętywał się zupełnie. W tych
głębokich upodobaniach jego do sztuki nie było jednak nic
pogańskiego, gdyż nie wspierały się one na sybarytyzmie, na
używaniu zmysłowem, ale na uczuciu. Ksiądz Calvi kochał poprostu
sztukę tą czystą i pogodną miłością, z jaką mogli ją kochać Da
Fiesole, Cimabue lub Giotto - a co więcej, kochał ją także z
pokorą, bo sam nie miał najmniejszego talentu. Natomiast im mniej
mógł, tem więcej odczuwał. Nie umiałbym nawet powiedzieć, która ze
sztuk pięknych była mu ulubioną, zdaje się bowiem, że głównie
kochał we wszystkich harmonię, która odpowiadała jego wewnętrznej
harmonii.
Nie wiem sam dlaczego, ale ile razy przypomnę sobie ojca
Calvi, tylekroć przypomina mi się zarazem ów starzec, stojący obok
św. Cecylii Rafaela i zasłuchany w muzykę sfer.
Między moim ojcem a księdzem Calvi prędko zaczęła się
przyjaźń, która trwała aż do śmierci tego ostatniego. On to
utrwalił w ojcu zamiłowanie do poszukiwań archeologicznych i wogóle
do wiecznego miasta. Łączyło ich prócz tego przywiązanie do mnie.
Obaj uważali mnie za dziecko wyjątkowo uzdolnione i zapowiadające,
Bóg wie, jaką przyszłość. Przychodzi mi nieraz na myśl, że
stanowiłem dla nich także pewnego rodzaju harmonię, pewne
dopełnienie świata, w którym żyli i że kochali mnie poniekąd takiem
samem uczuciem, jakiem kochali Rzym i jego zabytki.
Taka atmosfera, takie otoczenie, nie mogły nie wywrzeć na
mnie wpływu. Chowano mnie w sposób nieco oryginalny. Chodziłem z
księdzem Calvi, a często i z ojcem, po galeryach, muzeach, za Rzym,
do willi, ruin i katakumb. Ksiądz Calvi równie wrażliwy był na
piękność natury, jak sztuki, wcześnie więc nauczył i mnie odczuwać
poetyczną melancholię Kampanii Rzymskiej, harmonię, z jaką łuki i
linie zrujnowanych wodociągów rysują się na niebie, czystość
zarysów pinii; zanim umiałem dobrze cztery działania, zdarzało mi
się w galeryach poprawiać Anglików, którym nazwiska Carraci i
Carravaggio mieszały się w głowach. Wcześnie i łatwo nauczyłem się
po łacinie, bo język włoski, którym, jako mieszkaniec Rzymu,
władałem biegle, ułatwił mi tę naukę. Mając lat jedenaście,
wypowiadałem swoje poglądy na mistrzów włoskich i zagranicznych,
które, mimo całej swej naiwności, nie przeszkadzały księdzu Calvi i
ojcu, rzucać na się zdumionych spojrzeń. Nie lubiłem np. Ribeiry,
bo był mi zanadto czarny i biały, przez co wydawał się trochę
straszny, a lubiłem Carla Dolce - słowem: uchodziłem w oczach ojca,
księdza Calvi i w znajomych nam domach, za cudowne dziecko;
słyszałem nieraz, jak mnie chwalono - i to podniecało mą próżność.
A swoją drogą nerwy moje w tem otoczeniu i takiej atmosferze
wyrobiły się wcześnie i pozostały raz na zawsze wrażliwe. Dziwna
rzecz jednak, że wpływy powyższe nie były ani tak głębokie, ani tak
stanowcze, jakby się można było spodziewać. Że nie zostałem
artystą, to się tłómaczy tem, że zapewne nie miałem talentu,
jakkolwiek moi nauczyciele muzyki i rysunku byli przeciwnego
zdania; ale zastanawiam się nieraz nad tem, dlaczego ani ojciec,
ani ksądz Calvi, nie potrafili mi wszczepić nawet swoich zamiłowań
w tym stopniu, w jakim mieli je sami. Czy odczuwam sztukę? - tak,
czy potrzebuję jej? - także tak! Ale oni ją kochali, ja zaś
odczuwam ją, jak dyletant, potrzebuję jej zaś, jako dopełnienia
wszelkiego rodzaju przyjemnych i rozkosznych wrażeń życiowych.
Należy ona wogóle do rzędu moich upodobań, nie do rzędu moich
namiętności. Nie mógłbym się może obejść bez niej w życiu - ale
całego życiabym jej nie oddał.
Ponieważ stan szkół włoskich wogóle wiele pozostawiał do
życzenia, ojciec oddał mnie do kolegium w Metz, które ukończyłem z
małym trudem, a natomiast ze wszystkiemi odznaczeniami i nagrodami,
jakie tam można otrzymać. Na rok przed ukończeniem, uciekłem
wprawdzie do Don Karlosa i przez dwa miesiące włóczyłem się z
oddziałem Tristana po Pirenejach. Wyszukano mnie za pośrednictwem
konsula francuskiego w Burgos i odstawiono do Metz na pokutę;
należy jednak wyznać, że pokuta nie była zbyt ciężka, albowiem i
ojciec mój i przewodnicy duchowni, w skrytości duszy, dumni byli z
mojej wycieczki. Zresztą świetne powodzenia egzaminowe prędko
wyjednały mi przebaczenie.
Oczywiście, wśród kolegów, których sympatye w takiej szkole,
jaka istniała w Metz, musiały być po stronie Don Karlosa,
uchodziłem za bohatera; że zaś jednocześnie byłem pierwszym
uczniem, wodziłem więc rej w całej szkole i nikomu nie przyszło do
głowy spierać się ze mną o to stanowisko. Rosłem w mimowolnem
przekonaniu, że i później, na szerszem polu, tak samo będzie.
Przekonanie to dzielili nauczyciele i koledzy; tymczasem faktycznie
tak jest, że wielu z moich towarzyszów szkolnych, którym do głowy
nie przychodziło wówczas, żeby kiedykolwiek mogli współzawodniczyć
ze mną, zajmuje dziś we Francyi wybitne stanowiska, bądź na polu
literackiem, bądź naukowem, bądź politycznem, podczas gdy ja nie
wybrałem sobie zawodu, a poprawdzie byłbym w kłopocie, gdyby mi
kazano go wybrać. Stanowisko moje towarzyskie jest doskonałe;
odziedziczyłem już majątek po matce, odziedziczę kiedyś po ojcu;
będę gospodarował w Płoszowie, będę administrował mniej więcej
mądrze albo niemądrze całą fortuną, ale już sam zakres tych zajęć
wyłącza nadzieję, żebym mógł kiedykolwiek odznaczyć się w życiu i
odegrać jaką rolę.
Nie stanę się nigdy świetnym gospodarzem i administratorem,
to wiem z pewnością, bo jakkolwiek nie mam zamiaru uchylać się od
tych zajęć, nie mam także ochoty poświęcać im życia, z tego
prostego powodu, że aspiracye moje są rozleglejsze.
Czasem stawiam sobie pytanie, czy my, Płoszowscy, nie
łudzimy się co do naszych uzdolnień. Ale gdyby tak było,
łudzilibyśmy się sami - ludzie zaś obcy, obojętni, nie popadaliby w
ten błąd. Zresztą, ojciec mój był i jest istotnie niepowszednio
uzdolnionym. Co do mnie, osobiście, nie chcę się nad tem rozwodzić,
żeby to nie wyglądało na głupią próżność, ale jednak mam
najszczersze przekonanie, że mógłbym być czemś nieskończenie
większem, niż jestem.
Oto np., w uniwerystecie w Warszawie (ojciec i ciotka
życzyli sobie, bym uniwersytet ukończył w kraju) kolegowałem ze
Śniatyńskim. Obaj czuliśmy w sobie powołanie literacke i
próbowaliśmy sił na tem polu. Nie mówię już o tem, że byłem uważany
za studenta zdolniejszego od Śniatyńskiego, ale dalibóg, to, co
pisałem wówczas, było lepsze, bardziej obiecujące od tego, co pisał
Śniatyński. A dziś co? Śniatyński się wybił względnie wysoko, ja
zaś nie przestałem być wielce obiecującym panem Płoszowskim, o
którym tu i owdzie ludzie mówią, kręcąc głowami: "Gdyby się tylko
do czegoś wziął".
Ludzie nie liczą się z tem, że trzeba umieć chcieć. Myślałem
nieraz, iż gdybym nie miał żadnego majątku, to musiałbym się do
czegoś wziąć. I zapewne. Musiałbym w jakiś sposób zarabiać na
chleb, ale wewnętrznie jestem przekonany, że i w takim razie nie
wyzyskałbym swoich uzdolnień w dwudziestej części. Zresztą, taki
Darwin, taki Buckle, to byli ludzie bogaci; sir John Lubbock jest
bankierem, większość znakomitych ludzi francuskich opływała w
dostatki; pokazuje się więc, że majątek nietylko nie przeszkadza,
ale pomaga do zajęcia stanowiska na wszystkich polach. Przypuszczam
nawet, że mnie, osobiście, oddał on wielką przysługę, bo uchronił
charakter mój od wielu zwichnięć, na które naraziłoby go ubóstwo.
Nie chcę powiedzieć przez to, żebym miał charakter słaby; z drugiej
strony walka mogłaby go nawet zahartować - ale bądź co bądź, im kto
mniej znajduje na drodze kamieni, tem mu łatwiej uniknąć potknięcia
lub upadku.
Próżniactwu nie przypiszę także mojej nicości. Posiadam w
równym stopniu łatwość przyswajania sobie wiadomości, jak i
ciekawość. Czytuję wiele i pamiętam wiele. Być może, iż nie
zdobyłbym się na żelazną wytrwałość, na pracę długą, powolną,
rozległą - ale ten brak wytrwania powinna właśnie łatwość zastąpić.
Wreszcie nic mnie nie obowiązuje do pisania słowników, jak to
czynił Litré. Kto nie umie świecić z wytrwałością słońca, może
przynajmniej zabłysnąć, jak meteor. Ale ta nicość w przeszłości, ta
prawdopodobna nicość w przyszłości... Cierpko mi się robi i nuda
poczyna mnie gnębić, więc urywam na dziś pisanie.