Bez góry i dołu - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (12,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Tak jak Aleksander Dumas ojciec napisał Trzech muszkieterów, a następnie Dwadzieścia lat później, tak Juliusz Verne stworzył Z Ziemi na Księżyc i Wokół Księżyca, a później, po kilkunastu latach, opisał dalsze losy członków Klubu Artylerzystów oraz kapitana Nicholla. Akcję powieści umieścił dokładnie dwadzieścia lat po słynnej podróży w międzyplanetarne przestworza. Przyrównanie do twórczości Aleksandra Dumasa nie jest przypadkowe, gdyż doskonale znana jest zażyłość obu panów i częste wzorowanie się Juliusza na utworach wielkiego francuskiego pisarza, czego najznamienitszym przykładem jest powieść Mathias Sandorf, wykorzystująca główne motywy Hrabiego Monte Christo, ale napisana własnym stylem, czyli po "vernowsku".

Znowu zatem spotkamy się w tej powieści z opanowanym i poważnym Impeyem Barbicane'em, prezesem Klubu Artylerzystów, z pozbawionym nogi i ręki dziarskim Bilsbym, z inteligentnym, ale porywczym matematykiem J.T. Mastonem, ze wspomagającym ich kapitanem Nichollem oraz z innymi członkami sławnego w Ameryce klubu. Niepoślednią rolę w wydarzeniach odegra kobieta - bogata wdowa, pani Evangelina Scorbitt, co u Verne'a jest rzeczą rzadko spotykaną.

Cała gromadka tych nieco pseudonaukowców podejmie się dzieła, które daleko wykracza poza ludzką wyobraźnię, nawet w teraźniejszym świecie, dysponującym stukrotnie większą wiedzą niż w wieku XIX, tak otwartym na wszelkiego rodzaju innowacje. Tak więc owa gromadka ludzi postanowiła... Nie będę jednak uprzedzał faktów... Pozwólcie zatem, Drodzy Czytelnicy, że przeniesiemy się do Stanów Zjednoczonych, do miasta Baltimore, gdzieś pod koniec XIX wieku...

 

Stanowiąca trzydziesty czwarty tom "Nadzwyczajnych Podróży" powieść po raz pierwszy ukazała się w formie książkowej 18 listopada 1889 roku pod tytułem Sans dessus dessous, w okazałej edycji z 36 rycinami (w tym kilkoma kolorowymi) George'a Roux. Tego samego dnia została wydana w jednym woluminie razem z powieścią Droga do Francji, dotąd nigdy nieprzetłumaczoną na język polski.

Pierwsze polskie wydanie powieści Bez góry i dołu, w tłumaczeniu Julii Zaleskiej, pod tytułem Bez przewrotu, ukazało się w formie książki już w roku 1892 nakładem Księgarni Teodora Paprockiego, w papierowej oprawie, bez żadnych ilustracji. Drugie, i jak do tej pory ostatnie wydanie tego utworu, noszące tytuł Świat do góry nogami, ukazało się w 2002 roku nakładem Wydawnictwa"Zielona Sowa; było to zaktualizowane przeze mnie i Michała Felisa opracowanie wydania z roku 1892, także bez ilustracji.

Wspomniane wydania obarczone były mankamentami. Przede wszystkim pierwszy przekład nie był pełny, a oparte na nim opracowanie z natury rzeczy obejmowało taki sam zakres. Zrezygnowano zupełnie z zamieszczenia oryginalnych ilustracji. Dopiero niniejszy tom "Biblioteki Andrzeja" zawiera pełen tekst i kompletny zestaw rycin. Wypełnia więc założenie tej serii, szczególnie w jej odnowionym, książkowym formacie.

Mam nadzieję, że tłumaczenie pani Iwony Janczy zostanie życzliwie przyjęte przez wielbicieli twórczości Juliusza Verne'a i zbieraczy coraz popularniejszej w kręgach czytelniczych serii "Biblioteka Andrzeja". Jeśli tak się stanie, to nie wątpię, że pani Janczy przetłumaczy jeszcze kilka powieści naszego ulubionego powieściopisarza...

 

Pragnę również gorąco podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, by ta książka była pozbawiona błędów i mankamentów.

 

Andrzej Zydorczak

Rozdział I

W którym Stowarzyszenie Bieguna Północnego1 ogłasza swój manifest na forum światowym

 

A więc, panie Maston, twierdzi pan, że nigdy żadna kobieta nie przyczyniła się do rozwoju nauk matematycznych czy przyrodniczych?

- Z wielkim żalem, ale muszę potwierdzić, Mrs. Scorbitt - odpowiedział J.-T. Maston. - Że istnieje lub istniało kilka wybitnych matematyczek, zwłaszcza w Rosji, chętnie przyznam, ale biorąc pod uwagę budowę kobiecego mózgu, żadna pani nie będzie Archimedesem, a tym bardziej Newtonem...

- Ależ panie Maston! Muszę zaprotestować w imieniu naszej płci...

- Płci tym bardziej czarującej, pani Scorbitt, że wcale niestworzonej do nauk wyższych!

- Tak więc, według pana, panie Maston, żadna kobieta na widok spadającego jabłka nie odkryłaby prawa powszechnego ciążenia, tak jak zrobił to wybitny angielski uczony w końcu XVII wieku2?

- Na widok spadającego jabłka kobieta miałaby tylko jeden pomysł... aby je zjeść, czego przykładem jest nasza matka Ewa.

- Więc całkowicie nam pan odmawia wyższych zdolności intelektualnych?

- Całkowicie... zdolności? Nie, Mrs. Scorbitt! Jednakże proszę zwrócić uwagę, że odkąd ludzkość zamieszkuje Ziemię, a w tym i kobiety rzecz jasna, nie znalazł się jeszcze taki kobiecy umysł, któremu zawdzięczalibyśmy odkrycia na miarę Arystotelesa, Euklidesa, Keplera czy Laplace'a3 w dziedzinie nauk ścisłych.

- Czy to ma być decydujący argument? Czy przeszłość ma aż tak decydujący wpływ na przyszłość?

- Hm... Jeśli coś nie wydarzyło się przez tysiąclecia, z pewnością już się nie zdarzy!

 

- Cóż, widzę, że nie pozostaje nam nic innego, jak przystać na nasz los, panie Maston, nadajemy się tylko do tego, by...

- By być dobrymi! - wskoczył jej w słowo J.-T. Maston.

A wyrzekł to z uprzejmą galanterią właściwą uczonemu nafaszerowanemu iksami, czym zadowolił w zupełności panią Evangelinę Scorbitt.

- Dobrze więc, panie Maston - odpowiedziała - każdy na tym świecie ma swoje przeznaczenie. Proszę pozostać tym, kim pan jest, doskonałym matematykiem! Proszę poświęcić się zupełnie temu wielkiemu dziełu, któremu i pan, i jego towarzysze oddaliście całe swoje życie. Ja zostanę sobie tą "dobrą kobietą", którą mam być i która wspiera was finansowo.

- Za co będziemy dozgonnie wdzięczni - odpowiedział J.-T. Maston.

Pani Evangelina Scorbitt zarumieniła się rozkosznie, gdyż odczuwała - co prawda może nie w stosunku do uczonych jako takich - ale przynajmniej do pana J.-T. Mastona, szczególny rodzaj sympatii. Czyż serce kobiety nie jest niezbadaną otchłanią?

Faktycznie ta bogata amerykańska wdowa postanowiła poświęcić znaczny kapitał pewnemu imponującemu przedsięwzięciu.

A oto, czym było to dzieło i jakich rezultatów spodziewali się jego twórcy.

Według Maltebruna, Reclusa, Saint-Martina4 i innych wybitnych geografów terytoria arktyczne obejmują obszary:

1. Devon Północny, to znaczy wyspy pokryte wiecznym lodem Morza Baffina i Cieśninę Lancastera.

2. Georgię Północną, na którą składa się Ziemia Banksa oraz liczne wyspy, takie jak: wyspy Sabine, Byam-Martin, Griffitha, Cornwallis i Bathurst.

3. Archipelag Baffina-Parry'ego, obejmujący różne fragmenty terenów okołopolarnych, nazwanych: Cumberland, Southampton, James-Sommerset, Boothia-Felix, Melville, i innych praktycznie nieznanych5.

Wszystko to mieści się w obszarze 78 równoleżnika i rozciąga na obszarze czternastu tysięcy mil kwadratowych na lądzie i siedmiu tysięcy mil kwadratowych na morzu.

 

Współczesnym nieustraszonym eksploratorom udało się przejść poza obręb osiemdziesiątego czwartego stopnia szerokości geograficznej, odkryć wybrzeża osłonięte wysokim łańcuchem zamarzniętych klifów, nazwać półwyspy, przylądki, odnogi, zatoki i zatoczki tej rozległej krainy, która mogłaby doskonale zwać się Highlandem6 Arktyki. Ale poza granicą osiemdziesiątego czwartego równoleżnika rozciąga się ziemia nieznana, nieosiągalne desideratum7 wszystkich kartografów, i nikt jeszcze nie wie, czy kryje się tam ląd stały, czy morze, na przestrzeni sześciu stopni rozciąga się bowiem nieprzebyte rumowisko lodów Dalekiej Północy.

Otóż, tego roku 189... rząd Stanów Zjednoczonych wystąpił z zaskakującą propozycją, by wystawić na przetarg nieodkryte dotychczas tereny podbiegunowe, tereny, co do których nowo powstałe społeczeństwo amerykańskie miało swoje nabywcze plany i o które się upominało.

Prawdą jest, że przed kilku laty na konferencji w Berlinie8 przyjęto specjalne zasady na korzyść wielkich mocarstw, które pod pretekstem kolonizacji lub rozpoczęcia wymiany handlowej chętnie przywłaszczyłyby sobie cudzą własność. Jednak nie wydaje się, by te ustalenia miały zastosowanie w omawianych okolicznościach. Tereny polarne nie były przecież wcale zamieszkane. Ale jak to zwykle bywa, coś, co nie należy do nikogo, należy do wszystkich. Tak więc świeżo powstałe Stowarzyszenie nie miało wcale zamiaru "zabierać", a tylko "nabywać" i tym sposobem uniknąć ewentualnych przyszłych skarg z czyjejkolwiek strony.

W Stanach Zjednoczonych nie ma pomysłów ani zbyt śmiałych, ani zbyt nierealnych, by zaraz nie znaleźli się ludzie, którzy zadbają o stronę praktyczną i kapitał na realizację takiego przedsięwzięcia. Kilka lat wcześniej byliśmy świadkami, gdy Gun Club9 z Baltimore postawił sobie za zadanie wysłanie pocisku na Księżyc w celu nawiązania bezpośredniej komunikacji z naszym satelitą. I czy to nie właśnie Jankesi zasilili ten interesujący zamysł niezbędnymi i bardzo znaczącymi funduszami? A to, że został on w ogóle przeprowadzony, czy też nie stało się dzięki dwóm członkom wspomnianego klubu, śmiałkom odważnie stawiającym czoła tak nadludzkiemu doświadczeniu?

To, że niejaki Lesseps pewnego dnia proponuje przekopanie kanału w poprzek Europy i Azji, od Atlantyku po Morze Chińskie, że inny genialny eksplorator drąży ziemię, żeby dostać się do płynnych złoży krzemu położonych tuż nad roztopionym żelazem, by czerpać z samego ognistego jądra planety, że jeszcze inny - elektryk - zamierza zgromadzić prądy błądzące, by uczynić z nich niewyczerpane źródło ciepła i światła, że śmiały inżynier wpada na pomysł magazynowania w olbrzymich bateriach nadmiaru południowego ciepła, które będzie można wykorzystać zimą na terenach szczególnie dotkniętych chłodem, że nieprzeciętny hydraulik próbuje wykorzystać siłę przypływów do wyprodukowania niewyczerpanej energii cieplnej lub pracy, że powstają różne spółki, z ograniczoną odpowiedzialnością lub anonimowe, by przeprowadzać setki podobnych projektów. Na ich czele stoją Amerykanie, a strumienie dolarów płyną do kasy tych przedsiębiorstw, tak jak do oceanu spływają szerokie wody amerykańskich rzek.

Nic więc dziwnego, że gdy rozprzestrzeniła się - dość niezwykła - wiadomość o planowanym wystawieniu na sprzedaż polarnych rubieży, przeznaczonych dla najhojniejszego z licytantów, opinia publiczna zareagowała szczególnym podnieceniem. Nawiasem mówiąc, nie było żadnych zapisów na tę licytację, tak jakby z góry już przeznaczono na nią określone fundusze, a co do pozostałych kosztów miało się zobaczyć później, gdy nowy właściciel zacznie już użytkować arktyczne tereny.

Użytkować arktyczne tereny...! Doprawdy, podobny pomysł mógł się wyląc tylko w jakimś chorym umyśle!

A jednak cały projekt był więcej niż serio.

I tak, do gazet Starego i Nowego Świata - europejskich, afrykańskich, australijskich i azjatyckich, równocześnie jak i do amerykańskich, przesłano dokument, który na życzenie zainteresowanych podsumowywał wszystkie za i przeciw projektu.

Jako pierwszy opublikował go "New York Herald" i tym sposobem liczni abonenci gazety Gordona Bennetta10 w siódmym numerze gazety mogli już przeczytać komunikat, który z zawrotną szybkością rozprzestrzenił się po świecie naukowym i przemysłowym. Został przyjęty z bardzo różnymi uczuciami, a brzmiał on następująco:

 

Do Mieszkańców Ziemskiego Globu

 

Obszar bieguna północnego usytuowany powyżej osiemdziesiątego czwartego stopnia szerokości geograficznej północnej nie jest eksploatowany, a to z tej przyczyny, że nie został jeszcze odkryty.

Najdalej wysunięte w kierunku bieguna północnego punkty, wyznaczone przez żeglarzy różnego pochodzenia, to:

82° 45' - osiągnięty w lipcu 1847 roku przez Anglika Parry'ego11 na dwudziestym ósmym południku długości geograficznej zachodniej, na północ od Spitsbergenu;

83° 20' 28", zdobyty w maju 1876 przez Markhama podczas angielskiej ekspedycji sir George'a Stronga Naresa na północ od Ziemi Grinnella12, na przecięciu z pięćdziesiątym południkiem długości zachodniej;

83° 35' szerokości geograficznej północnej i czterdziesty drugi długości zachodniej, na północ od Ziemi Naresa, zdobyty przez Lockwooda i Brainarda w amerykańskiej wyprawie porucznika Greely'ego13 w maju 1882 roku.

Tak więc można przyjąć, że terytorium rozciągające się od osiemdziesiątego czwartego równoleżnika do bieguna, na obszarze sześciu stopni, jako niepodzielone pomiędzy państwami, może stać się przedmiotem publicznej licytacji i przejść w ręce prywatne.

Otóż, zgodnie z zasadami prawa nie wolno zamieszkiwać ziemi niczyjej. Opierając się na tej zasadzie, Stany Zjednoczone Ameryki wystąpiły o doprowadzenie do sprzedaży wymienionego terytorium.

W Baltimore powstało stowarzyszenie o nazwie North Polar Practical Association, oficjalnie reprezentujące interesy amerykańskie. Stowarzyszenie to stawiało sobie za cel nabycie wspomnianych terenów, zgodnie z odpowiednim dokumentem, który nada właścicielowi całkowite prawa do lądów, wysp, wysepek, skał, morza, jezior, rzek, strumieni i jakichkolwiek innych cieków, tego wszystkiego, co obecnie wchodzi w skład arktycznej posiadłości, bez względu na to, czy skrywają je wieczne lody, czy też nie - w momencie ich letniego topnienia.

Zaznacza się, że tak nabyte prawo własności nie będzie podlegało unieważnieniu lub przedawnieniu, nawet w sytuacji znaczących zmian - jakiejkolwiek byłyby one natury - geograficznych czy meteorologicznych na kuli ziemskiej.

Podane do wiadomości mieszkańców Starego i Nowego Świata, a wszystkie mocarstwa zaproszone są do udziału w licytacji, która zostanie rozstrzygnięta na korzyść najwyższej oferty.

Data licytacji zostaje ustalona na 3 grudnia bieżącego roku w sali aukcyjnej w Baltimore, Maryland, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

W celu uzyskania szczegółów proszę się zwracać do Williama S. Forstera, tymczasowego przedstawiciela North Polar Practical Association, 93, High Street, Baltimore.

 

To, że komunikat ten wydawał się całkowicie pozbawiony sensu, jest pewne! Jednak nie można mu było odmówić ani jasności, ani szczerości w wyrażeniu istoty rzeczy. Powagi dodawał mu fakt, że wraz z jego opublikowaniem rząd federalny przygotowywał koncesję na licytowane terytorium, na wypadek gdyby udało mu się wygrać przetarg.

W rezultacie zdania były bardzo podzielone. Jedni widzieli w tej sensacyjnej wiadomości kolejny humbug14 w stylu amerykańskim, który tym razem przekroczył wszelkie granice rozsądku, zakładając oczywiście, że głupota ludzka jest skończona. Inni sądzili, że propozycja zasługuje na poważne potraktowanie. Ci ostatni podkreślali, że powstałe stowarzyszenie nie domagało się publicznych pieniędzy i że miało szczery zamiar zaryzykować swoje własne fundusze na zakup północnych ziem. Nie napełniało kasy dolarami, banknotami, złotem ani srebrem wyłudzonym od naiwniaków. Nie! Nieruchomość okołopolarną zamierzało opłacić z własnej kieszeni.

Ludziom, którzy liczyli się z każdym groszem, wydawało się, że wystarczyłoby powołać się na prawo pierwszeństwa, by wspomniane stowarzyszenie zajęło tereny, o których zakup zabiegało. Tu jednak tkwiła cała trudność. Aż do tej pory ziemie te znajdowały się poza ludzkim zasięgiem. Gdyby Stany Zjednoczone objęły je w posiadanie, koncesjonariusze chcieliby rozporządzać stosownym aktem własności, tak by później nikt nie podważył ich praw. I trudno ich za to ganić. Działali ostrożnie, ale przecież nigdy za dużo rozwagi w podobnych sprawach.

 

Zresztą dokument zawierał klauzulę, która miała zabezpieczyć potencjalnego nabywcę od nieprzewidzianych wydarzeń w przyszłości. Punkt ten dawał szerokie pole do sprzecznych interpretacji, gdyż jego rzeczywisty sens umykał najsubtelniejszym umysłom. Umieszczony na samym końcu głosił: "prawo własności nie będzie podlegało unieważnieniu, nawet w sytuacji głębokich zmian - jakiejkolwiek byłyby one natury - geograficznych czy meteorologicznych na kuli ziemskiej".

Cóż oznaczało to zdanie? Co chciało przewidzieć? W jaki sposób Ziemia miałaby kiedykolwiek doznać zmian w sensie geograficznym czy meteorologicznym - zwłaszcza w odniesieniu do terytoriów, o których była mowa?

"Niewątpliwie coś w tym jest" - spekulowali bardziej łebscy.

Prześcigano się w przypuszczeniach, co tylko pobudzało jednych do wysuwania kolejnych domniemań, a u innych wzniecało ciekawość.

Jeden z filadelfijskich dzienników opublikował taki oto żartobliwy tekścik:

 

Najprawdopodobniej przyszli nabywcy okolic okołobiegunowych dzięki obliczeniom matematycznym dowiedzieli się, że w niedalekiej przyszłości kometa o bardzo twardym jądrze uderzy w Ziemię, a uderzenie to sprowadzi zmiany geograficzne i meteorologiczne, do których odnosi się wspomniana klauzula.

 

Zdanie to było nieco przydługie, jak się należy zdaniu o naukowych ambicjach, jednak niczego nie wyjaśniało. Zresztą prawdopodobieństwo uderzenia komety tego rodzaju nie mogło być brane pod uwagę przez poważne umysły. Tak czy inaczej, było nie do przyjęcia, by udziałowcy zajmowali się możliwością zajścia tak dalece hipotetycznego.

- Czy przypadkiem - zastanawiała się "Delta" z Nowego Orleanu - to nowe stowarzyszenie nie wyobraża sobie, że precesja punktów równonocy15 mogłaby spowodować zmiany korzystne dla eksploatowania ich posiadłości?

- A dlaczegóż by nie - zauważał "Hamburger-Correspondent" - skoro ten ruch zmienia położenie osi naszej sferoidy16.

- Rzeczywiście - odpowiadał paryski "Przegląd Naukowy" - czyż Adhémar w swojej książce Les révolutions de la mer17 nie wykazywał, że precesja punktów równonocy w połączeniu z wiekowym ruchem wielkiej osi ziemskiej orbity byłyby w stanie wprowadzić długotrwałe modyfikacje średnich temperatur w różnych punktach na Ziemi, i to tak dalece idące, że mające wpływ na zmniejszenie się ilości lodu pokrywającego oba bieguny...

- W teorii tej nie ma nic pewnego - odpowiadał "Przegląd Edynburski". - A nawet gdyby, musiałoby upłynąć dwanaście tysięcy lat, tak by w konsekwencji Wega stała się naszą gwiazdą polarną18, ale nie wiemy, czy wówczas sytuacja klimatyczna zmieniłaby się tak bardzo na terenach arktycznych.

- A więc - ripostował "Dagblad" z Kopenhagi - za dwanaście tysięcy lat nadejdzie czas, by cokolwiek wpłacać na ten cel, a wcześniej nie ma mowy, aby ryzykować choćby koronę!

Jednak nawet jeśli "Przegląd Naukowy" i Adhémar mieli rację, to według wszelkiego prawdopodobieństwa North Polar Practical Association nigdy specjalnie nie liczyło na jakieś modyfikacje wynikające z precesji punktów równonocy.

W rezultacie nikt nie wiedział, co naprawdę oznaczała owa słynna klauzula, ani do jakich kosmicznych zmian miałaby się odnosić w przyszłości.

Żeby się dowiedzieć, być może wystarczyłoby zwrócić się bezpośrednio do zarządu nowego stowarzyszenia, a w szczególności do jego prezesa. Ten jednak pozostawał nieznany! Nieznani byli również sekretarz i członkowie zarządu. Nie wiedziano nawet, od kogo wyszedł ów, podany do powszechnej wiadomości, dokument. Do redakcji "New York Herald" przyniósł go niejaki William S. Forster z Baltimore, szacowny hurtownik dorszy, pracujący na konto Ardrinella i Spółki z Nowej Fundlandii19. Ewidentnie, człowiek podstawiony. Równie milczący na interesujący nas temat, jak towar deponowany w jego składach. Nawet najzręczniejszym i najdociekliwszym reporterom nie udało się z niego niczego wyciągnąć. Krótko mówiąc, owo Société Anonyme20, było tak dalece anonimowe, że nie dało się z nim skojarzyć żadnego konkretnego nazwiska. W stu procentach bezimienne!

 

O ile jednak inicjatorzy tej operacji handlowej nastawali, by ich personalia spowite były całkowitą tajemnicą, o tyle cel przedsięwzięcia rysował się jasno i wyraźnie w dokumencie podanym do wiadomości Starego i Nowego Świata.

W rzeczywistości chodziło o zawłaszczenie regionów arktycznych ograniczonych osiemdziesiątym czwartym równoleżnikiem, z biegunem północnym w centrum.

Faktycznie, spośród współczesnych odkrywców, ci którzy najbardziej przybliżyli się do tego nieosiągalnego punktu, Parry, Markham, Lockwood i Brainard, pozostali poza linią wyznaczoną przez osiemdziesiąty czwarty równoleżnik. Jeśli chodzi o innych żeglarzy mórz północnych, wszyscy zatrzymywali się dużo poniżej: Payer21 w 1874 roku na szerokości 82° 15' na północ od Ziemi Franciszka Józefa i Nowej Ziemi22, Leout w 1870 na 72° 47' powyżej Syberii, De Long23 podczas ekspedycji na "Jeannette" w 1879 dotarł na wysokość 78° 45', do wysp nazwanych potem jego imieniem. Inni mijali Nową Syberię i Grenlandię na wysokości Przylądka Bismarcka, nie przekraczając nawet siedemdziesiątego szóstego, siedemdziesiątego siódmego i siedemdziesiątego dziewiątego stopnia szerokości geograficznej. Tak więc, nie licząc obszaru wynoszącego dwadzieścia pięć minut geograficznych pomiędzy punktem, do którego dotarli Lockwood i Brainard, i osiemdziesiątym czwartym równoleżnikiem, wspomnianym w dokumencie, North Polar Practical Association nie stąpało po śladach wcześniejszych odkrywców. Projekt stowarzyszenia obejmował całkowicie dziewicze tereny, pozbawione jakichkolwiek ludzkich śladów.

A oto jak przedstawiają się ziemie opasane przez osiemdziesiąty czwarty równoleżnik.

Pomiędzy 84° a 90° mamy sześć stopni, każdy po sześćdziesiąt mil, co razem daje promień o długości trzystu sześćdziesięciu mil i średnicę na siedemset dwadzieścia mil. Obwód więc tego terytorium wynosi dwa tysiące dwieście sześćdziesiąt mil, a powierzchnia ma czterysta siedem tysięcy mil kwadratowych24 po zaokrągleniu.

Była to więc blisko jedna dziesiąta powierzchni Europy, doprawdy! Niezły kąsek!

Dokument, który poznaliśmy, wychodził z założenia, że wymienione w nim tereny, geograficznie jeszcze niespenetrowane, nie są niczyją własnością, co oznacza, że w równym stopniu należą do wszystkich. Prawdopodobnie żadne z mocarstw nie zamierzało nawet dochodzić do nich praw, niemniej można było zakładać, że przynajmniej kraje ościenne zechcą pewnego dnia upomnieć się o te ziemie, jako przedłużenie własnych terytoriów w kierunku północnym. Zresztą roszczenia takie byłyby tym bardziej zasadne, że większość odkryć w rejonach arktycznych zawdzięczano odwadze obywateli sąsiednich krajów.

Tak więc rząd federalny, reprezentowany przez nowo powstałe stowarzyszenie, wzywał zainteresowane państwa do wykazania ich praw, a stratę zamierzał im wynagrodzić poprzez godziwą zapłatę. Tak czy inaczej zwolennicy North Polar Practical Association nie przestawali powtarzać, że terytorium to jest niepodzielne i skoro nikogo nie można zmusić do zamieszkania na nim, nikt też nie może przeciwstawiać się licytacji tej rozległej posiadłości.

Stany Zjednoczone, których prawa jako państwa graniczącego z interesującym nas obszarem były nie do podważenia, znajdowały się wśród sześciu państw: Ameryki, Anglii, Danii, Szwecji z Norwegią, Holandii i Rosji. Choć i pozostałe państwa posiadały argumenty w postaci odkryć dokonanych przez ich marynarzy i podróżników.

Tak na przykład Francja mogłaby się przyłączyć do tej grupy, gdyż kilku jej synów wzięło udział w okołopolarnych ekspedycjach. Tu moglibyśmy przywołać między innymi dzielnego Bellota25, który zginął w 1853 roku u brzegów Wyspy Beecheya podczas wyprawy "Phenixa", wysłanej na poszukiwania Johna Franklina. Nie należy też zapominać o doktorze Octavie Pavym26, zmarłym w 1884 roku w pobliżu przylądka Sabine podczas misji Greely'ego w Fort Conger. A ekspedycja z lat 1838-39, która doprowadziła aż do mórz Spitsbergenu Charlesa Martinsa, Marmiera, Bravaisa27 i ich dzielnych towarzyszy... Czy nie byłoby niesprawiedliwością pozostawić ich wyczyn w zapomnieniu? Jednak pomimo to Francja nie uznała za stosowne mieszać się do tego przedsięwzięcia, zdecydowanie bardziej przemysłowego niż naukowego, i zrzekła się swojej części polarnego tortu, podczas gdy inne mocarstwa były gotowe połamać sobie na nim zęby. Być może też zrobiła całkiem słusznie.

 

Podobnie było z Niemcami, po swojej stronie miały wyprawę z lat 1869-70 hamburczyka Frederica Martensa na Spitsbergen oraz ekspedycje statków "Germania" i "Hansa", dowodzonych przez Koldervey'ego i Hegemana, którzy płynąc wzdłuż wybrzeża Grenlandii, dotarli aż do Przylądka Bismarcka. Ale pomimo tych świetnych osiągnięć Niemcy nie zamierzały powiększać swojego germańskiego imperium jeszcze o kawałek bieguna.

Tak samo było w przypadku Austro-Węgier, choć te miały już przecież Ziemię Franciszka Józefa, rozciągającą się na północ od wybrzeży Syberii.

Jeśli chodzi o Włochy, nie posiadały żadnych praw, by rościć sobie jakiekolwiek pretensje do czegokolwiek na biegunie..., toteż nie rościły, choć wydaje się to nieprawdopodobne. Istnieli też Samojedzi zamieszkujący azjatycką Syberię, Eskimosi rozproszeni głównie na północnych terytoriach Ameryki, Indianie z Grenlandii, Labradoru, Archipelagu Baffina-Parry'ego, Wysp Aleuckich leżących pomiędzy Azją a Ameryką i w końcu wszyscy ci, do których stosuje się nazwa Czukcze, mieszkańcy dawnej rosyjskiej Alaski, która od roku 1867 stała się amerykańska. Jednak wszystkie te ludy, naturalni mieszkańcy, niezaprzeczalni autochtoni północnych ziem nie mieli najmniejszego głosu w sprawie. A zresztą, skąd ci biedacy mieliby wziąć kwotę wpisowego na licytację ogłoszoną przez North Polar Practical Association? I czym by później zapłacili? Muszlami? Zębami morsów czy foczym tłuszczem? Nie zmienia to faktu, że jako pierwsi mieszkańcy tych terenów posiadali do nich częściowe prawa! Ale ani Eskimosów, ani Czukczów, ani Samojedów nikt nie pytał o zdanie!

 

Tak to już jest na tym świecie!

 

 

1 North Polar Practical Association.

2 Izaak Newton.

3 Johannes Kepler (1571-1630) - niemiecki astronom i matematyk; odkrył m.in. prawa ruchu planet po orbitach eliptycznych oraz wynalazł lunetę zbudowaną z dwóch soczewek skupiających; Pierre Simon de Laplace (1749-1827) - sławny francuski astronom, fizyk i matematyk, członek francuskiej Akademii Nauk; prowadził prace m.in. z mechaniki nieba, teorii prawdopodobieństwa, także równań różniczkowych cząstkowych, teorii funkcji kulistych, teorii powszechnego ciążenia; m.in. podał pierwszą naukową hipotezę powstania Układu Słonecznego, ustalił prawo adiabatycznej przemiany gazu, podał metodę obliczania prędkości dźwięku w powietrzu.

4 Konrad Malte-Brun (właśc. Bruun Malte, 1775-1826) - francuski geograf pochodzenia duńskiego; współzałożyciel Francuskiego Towarzystwa Geograficznego oraz współautor wielotomowej geografii świata; Élisée Reclus (1830-1905) - francuski geograf i podróżnik; profesor Instytutu Geograficznego w Brukseli (od 1892); w roku 1851 podróżował po USA, Kolumbii i Ameryce Środkowej; skazany na wygnanie za działalność polityczną; autor La Nouvelle Géographic universelle, la terre et les hommes [Nowa geografia ogólna, ziemia i ludzie] w 19 tomach; Louis Vivien de Saint-Martin (1802- -1897) - francuski geograf, autor licznych prac z geografii historycznej i historii geografii, z których najważniejszą jest Historia geografii i odkryć geograficznych (1873); sławę przyniosło mu opracowanie siedmiotomowego słownika geograficznego.

5 Wymienione zostały wyspy (ale także półwyspy kontynentu, części wysp) należące dziś do Kanady; ich obecne nazewnictwo w języku polskim różni się często od ówczesnego.

6 Highland - północno-zachodnia, górzysta część Szkocji.

7 Desideratum (łac.) - pragnienie.

8 Właściwie Kongres Berliński z 1878 roku, zwołany na wniosek Austro-Węgier i Anglii, który ustalił podział terytoriów (głównie na Bałkanach) pomiędzy mocarstwa europejskie.

9 Gun Club (ang.) - Klub Artylerzystów; w dalszej części książki używana będzie nazwa polska.

10 James Gordon Bennett (1841-1918) - syn Jamesa Gordona seniora, amerykański dziennikarz i wydawca prasowy; od 1872 roku właściciel dziennika "New York Herald"; pionier sportu motorowego i lotniczego, fundator międzynarodowych nagród w żeglarstwie, sportach motorowych i balonowych (np. Puchar Gordona Bennetta).

11 William Edward Parry, sir (1790-1855) - brytyjski badacz polarny, oficer marynarki, kontradmirał; w latach 1818-1825 próbował forsować Przejście Północno-Zachodnie, w roku 1827 dotrzeć do bieguna północnego (osiągnął 82° 45' N, co było rekordem aż do lat 1875-1876); opublikował dzienniki swych arktycznych podróży.

12 Albert Hastings Markham, sir - brytyjski admirał, podróżnik, badacz m.in. Arktyki; w latach 1875-1876 brał udział w Brytyjskiej Ekspedycji Arktycznej pod dowództwem George'a Naresa; George Strong Nares, sir (1831-1915) - u Verne'a: John George Nares, angielski polarnik i wiceadmirał; w latach 1872-1874 dowodził okrętem marynarki brytyjskiej "Challenger", na którym do roku 1876 prowadzono badania na oceanach: Atlantyckim, Spokojnym i Indyjskim, a wyniki tej ekspedycji stworzyły podstawy współczesnej oceanografii; dowódca wyprawy na biegun północny w latach 1875-1876 na statkach "Alert" i "Discovery", podczas której udało mu się dotrzeć na saniach do równoleżnika 83°20' szerokości geograficznej północnej; zachowały się sprawozdania i notatki z wypraw Naresa; Ziemia Grinnella - u Verne'a: Grinnela, obecnie Półwysep Grinnella, położony w północno-zachodniej części wyspy Devon.

13 James Booth Lockwood (1852-1884) - amerykański badacz Arktyki, w latach 1881-1884 brał udział w wyprawie Greely'ego; zmarł na Przylądku Sabine na dwa miesiące przed przybyciem ekipy ratunkowej; David Legge Brainard (1856-1949) - amerykański generał brygady, badacz Arktyki; w latach 1881- -1884 brał udział w wyprawie Greely'ego; był jednym z sześciu ludzi ocalałych z tej wyprawy; Adolphus Washington Greely (1844-1935) - amerykański badacz Arktyki; w roku 1881 dowodził wyprawą, która dotarła po lodzie na odległość 730 km od bieguna północnego.

14 Humbug (ang.) - blaga.

15 Oś obrotu Ziemi jest nachylona do prostopadłej do płaszczyzny jej orbity okołosłonecznej (ekliptyki) o ok. 23,5? i w związku z tym taki sam kąt tworzą płaszczyzny ziemskiego równika i ekliptyki; będąca wynikiem oddziaływań grawitacyjnych precesja powoduje powolne przesuwanie się punktów przecięcia tych dwóch płaszczyzn (punktów równonocy) po ekliptyce i zakreślanie przez biegun świata na sferze niebieskiej małego koła o promieniu 23,5?; okres tych ruchów wynosi ok. 25 700 lat [uwaga konsultanta].

16 Biegunowy promień Ziemi jest mniejszy od równikowego, z czego wynika, że kształt naszej planety odbiega od kulistego; jej powierzchnię przybliża się powierzchnią obrotową, zwaną sferoidą [uwaga konsultanta].

17 Joseph Alphonse Adhémar (1797-1862) - francuski matematyk, który jako pierwszy w swoim dziele Les révolutions de la mer zasugerował, że epoki lodowe są wynikiem działania sił astrofizycznych.

18 W wyniku precesji za ok. 11 000 lat północny biegun Ziemi będzie skierowany w pobliże Wegi, najjaśniejszej gwiazdy Lutni [uwaga konsultanta].

19 Nowa Fundlandia - duża wyspa u wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej, należąca do Kanady, we Francji nazywana Nową Ziemią.

20 Rodzaj spółki kapitałowej, która z zasady nie ujawnia nazwisk właścicieli kapitału, a nawet więcej, dane osobowe współwłaścicieli nie muszą być znane w samej spółce, jeśli kapitały są na okaziciela. Jest to sposób na ochronę współwłaścicieli w wypadku plajty. J. Verne bawi się tu wyrażeniem "spółka anonimowa".

21 Julius Johannes von Payer (1842-1915) - u Verne'a: Payez, austrowęgierski badacz Arktyki i pejzażysta; odkrywca Ziemi Franciszka Józefa.

22 Ziemia Franciszka Józefa - archipelag składający się ze 191 wysp, położony w północno-zachodniej części Morza Barentsa; Nowa Ziemia - grupa wysp na Oceanie Arktycznym.

23 George Washington De Long (1844-1881) - amerykański podróżnik, badacz Arktyki; w roku 1879 wyruszył z San Francisco na statku "Jeanette", starając się dotrzeć do bieguna północnego; załoga zginęła przy ujściu Leny.

24 Czyli około 1 395 779 km2.

25 Joseph-René Bellot (1826-1853) - francuski oficer marynarki, odkrywca; zginął w szczelinie lodowej w pobliżu Przylądka Grinnella.

26 Octave Pierre Pavy (1844-1884) - francuski doktor medycyny urodzony w Nowym Orleanie, badacz polarny.

27 Chodzi tutaj o wyprawę korwety "La Recherche"; brali w niej udział: Charles Martins - botanik, Xavier Marmier (1808-1892) - francuski pisarz, historyk i lingwista, Auguste Bravais (1811-1863) - oficer francuskiej marynarki wojennej.

Rozdział II

W którym Czytelnikowi przedstawiają się delegaci: angielski, holenderski, szwedzki, duński i rosyjski

 

Rozpowszechniony dokument zasługiwał na odpowiedź. W istocie, jeśli to nowe stowarzyszenie nabyłoby ziemie podbiegunowe, powiększyłyby one terytorium Ameryki, a ściślej mówiąc Stanów Zjednoczonych, prężnej konfederacji nieustannie zmierzającej do wzrostu. Już przecież kilka lat wcześniej odstąpienie przez Rosjan terenów północno-zachodnich, pomiędzy północnymi Kordylierami a Cieśniną Beringa, powiększyło Stany Zjednoczone o niezły kawałek Nowego Świata. Było więc całkiem zrozumiałe, że inne mocarstwa nie patrzyły przychylnie na pomysł włączenia do federacji krain arktycznych.

Tymczasem, tak jak to już wspominaliśmy, liczne europejskie i azjatyckie państwa, niegraniczące z terenami wystawionymi na sprzedaż, odmówiły udziału w tej specyficznej licytacji o wątpliwym wyniku. Tylko mocarstwa, których linia brzegowa sąsiadowała z osiemdziesiątym czwartym równoleżnikiem, zdecydowały się upomnieć o swoje prawa, wysyłając oficjalnych delegatów. Zresztą, jak to zobaczymy potem, nawet i one nie miały zamiaru przepłacać i ograniczyły się do więcej niż umiarkowanych kwot, zwłaszcza że chodziło o obszar, którego tak naprawdę nie dało się zagospodarować. Niemniej, taka na przykład wiecznie nienasycona Anglia udzieliła swojemu przedstawicielowi znacznego kredytu. Spieszymy jednak dodać, że nabycie terenów podbiegunowych w żaden sposób nie zagrażało równowadze europejskiej i nie groziło żadnymi międzynarodowymi komplikacjami. Pan Bismarck - żyjący jeszcze wówczas wielki kanclerz, niemiecki Jupiter - nawet nie zmarszczył swoich gęstych brwi na wiadomość o tej operacji.

I tak na placu boju pozostały Anglia, Dania, Szwecja z Norwegią, Holandia i Rosja, które swoje oferty zgłaszały licytatorowi z Baltimore, przeciwko ofercie Stanów Zjednoczonych. W konsekwencji do najhojniejszego licytanta miała należeć lodowa mycka przykrywająca biegun północny, reprezentująca nader wątpliwą wartość handlową.

A oto dodatkowe powody, dla których pięć przystępujących do licytacji państw całkiem rozsądnie życzyłoby sobie, aby licytacja została rozstrzygnięta na korzyść każdego z nich.

Szwecja i Norwegia, właściciel Przylądka Północnego sięgającego poza siedemdziesiąty równoleżnik, nie ukrywała, że uważa się za mającego największe prawa do rozległych terenów aż po Spitsbergen, a nawet i po sam biegun północny. Istotnie, to przecież Norweg Kheilhau i słynny Szwed Nordenskiöld niezaprzeczalnie przyczynili się do geograficznego opisu tych ziem.

Dania powiadała, że należą już do niej Islandia i wyspy Feroë28, praktycznie na linii koła podbiegunowego, także i osady wysunięte najdalej na północ, jak wyspa Disko w Cieśninie Davisa, faktorie Holsteinborg, Proven, Godhavn i Upernavik na Morzu Baffina i na zachodnich brzegach Grenlandii. Na dodatek to słynny żeglarz Bering, z pochodzenia Duńczyk, choć był wówczas w służbie rosyjskiej, w roku 1728 przekroczył cieśninę, która zawdzięcza mu z tego powodu swoje imię, a trzynaście lat później zginął nędznie wraz z trzydziestoma towarzyszami z załogi u brzegów wyspy nazwanej na jego cześć. A czy jeszcze wcześniej, bo w roku 1619, nie odkrył wschodniego wybrzeża Grenlandii inny żeglarz, Jens Munk29, i czy nie opisał tych miejsc całkowicie przed nim nieznanych? Tak więc Dania miała całkiem uzasadnione prawa, by stać się nabywcą.

W przypadku Holandii pod koniec XVI wieku dwaj jej marynarze, Barents i Heemskerck30, odwiedzili Spitsbergen i Nową Ziemię. Innemu ze swoich synów, Janowi Mayenowi, i jego odważnej wyprawie na daleką północ, Holandia zawdzięcza wyspę nazwaną imieniem odkrywcy, położoną daleko poza siedemdziesiątym pierwszym równoleżnikiem. A przeszłość, jak wiemy, zobowiązuje.

Co zaś do Rosjan, to wraz z Aleksiejem Czirikowem, będącym pod rozkazami Beringa, Paulutskim, którego ekspedycja w 174131 roku przekroczyła granice Oceanu Lodowatego, kapitanem Martinem Spanbergiem i porucznikiem Williamem Waltonem, którzy zapuścili się na te nieznane tereny w 1739 roku, wnieśli nieoszacowany wkład w odkrycia w przesmyku oddzielającym Azję od Ameryki. Na dodatek przecież rozporządzają terenami syberyjskimi rozciągającymi się na przestrzeni stu dwudziestu stopni aż po krańce Kamczatki, wzdłuż rozległych wybrzeży azjatyckich zamieszkiwanych przez Samojedów, Jakutów, Czukczów i innych ludów podległych rosyjskiej władzy. Czyż tym sposobem nie panują nad połową Oceanu Lodowatego? Prócz tego, czyż nie posiadają na siedemdziesiątym piątym równoleżniku, w odległości niecałych dziewięciuset mil od bieguna, wysp i wysepek nowosyberyjskich Archipelagu Lachowa odkrytego na początku XVIII wieku? I w końcu, czyż od roku 1764, na długo przed Anglikami, Amerykanami i Szwedami, żeglarz Cziczagow32 nie poszukiwał Przejścia Północnego, pozwalającego na skrócenie drogi pomiędzy dwoma kontynentami?

Jednakże wszystko wskazywało na to, że to Amerykanie są najbardziej zainteresowani zakupem tego niedostępnego miejsca na Ziemi. I oni przecież niejeden raz z wielkim poświęceniem starali się dotrzeć na te ziemie, tacy ich odkrywcy jak sir John Franklin, Grinnell, Kane, Hayes, Greely, De Long33 i inni śmiali żeglarze. I oni przecież mogli się powoływać na położenie geograficzne swojego kraju, który rozciągał się poza kręgiem polarnym od Cieśniny Beringa aż po Zatokę Hudsona. Wszystkie te ziemie, wszystkie te wyspy - Wollastona, Księcia Alberta, Wiktorii, Króla Wilhelma, Melville'a, Cockburne'a, Banksa, Baffina, nie licząc setek wysepek tego archipelagu, czyż nie były po prostu przedłużeniem ich kraju po dziewięćdziesiąty równoleżnik? A zresztą, jeśli biegun północy łączy się z jakimś kontynentem prawie nieprzerwanym pasmem, to zdecydowanie bardziej z Ameryką niż z Azją lub Europą. Tak więc nic bardziej naturalnego niż złożenie przez rząd amerykański propozycji kupna na rzecz amerykańskiego stowarzyszenia i jeśli jakieś mocarstwo posiadało niezaprzeczalne prawa do okołobiegunowej posiadłości, to z pewnością były to Stany Zjednoczone.

Jednak i to trzeba przyznać, że Zjednoczone Królestwo, posiadające już Kanadę i Kolumbię Brytyjską34, i którego liczni marynarze odznaczyli się w odkrywaniu Arktyki, także posiadało solidne argumenty za przyłączeniem tej części świata do swojego rozległego imperium kolonialnego. Co zresztą dyskutowano obszernie i zawzięcie w brytyjskiej prasie.

- Tak, z pewnością! - wypowiadał się słynny angielski geograf Kliptringan35 we wzbudzającym wielkie poruszenie artykule w "Timesie". - Tak! Szwedzi, Duńczycy, Holendrzy, Rosjanie i Amerykanie mogą się chełpić swoimi prawami! Ale Anglia nie może bez poniżenia pozwolić, by te terytoria wymknęły się jej z rąk. Czy to nie do Anglii należy już północna część nowego kontynentu? Te ziemie i wyspy składające się na niego, są przecież opanowane od czasów ich pierwszych odkrywców, od Willoughby'ego, który dotarł do Spitsbergenu i Nowej Ziemi w 1739 roku, po McClure'a36, którego statek przekroczył Przejście Północno-Zachodnie w roku 1853.

- A dalej - głosił "Standard" piórem admirała Fize'a - czyż Frobisher, Davis, Hall, Weymouth, Hudson, Baffin, Cook, Ross, Parry, Beechey, Belcher, Franklin, Mulgrave, Scoresby, McClintock, Kennedy, Nares, Collinson, Archer37 nie mieli anglosaskiego pochodzenia? Który kraj, jak nie ojczyzna tych żeglarzy, powinien sprawiedliwie domagać się swojej części w arktycznych terytoriach, do których dotarli wszyscy ci śmiałkowie.

- Niech będzie! - ripostował "Kurier San Diego" (z Kalifornii) - skoro w sporze pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Anglią zaczyna dominować miłość własna, postawmy sprawę na właściwym miejscu, otóż: jeśli Anglik Markham podczas wyprawy Naresa dotarł do 83° 20' szerokości północnej, to Amerykanie, Lockwood i Brainard z wyprawy Greely'ego, wyprzedzili ich o piętnaście minut geograficznych i dzięki nim trzydzieści osiem gwiazd amerykańskiej flagi rozbłysło na 83° 35' szerokości północnej. Do nich więc należy palma pierwszeństwa w przybliżeniu się ku biegunowi północnemu!

 

Tak oto miały się ataki i riposty.

By jednak lista podróżników, którzy zapuścili się w serce Arktyki, była wyczerpująca, wypada nam przywołać tutaj jeszcze Wenecjanina Cabota - 1498 i Portugalczyka Corte Reala38 - rok 1500, odkrywców Grenlandii i Labradoru. Ale ani Włochy, ani Portugalia nie myślały nawet, by upominać się o swoją część w planowanym przetargu, ani też nie martwiły się specjalnie o wynik licytacji.

Zresztą ten można było praktycznie przewidzieć. Ostateczna rozgrywka odbędzie się pomiędzy dolarami a funtami szterlingami, czyli pomiędzy Ameryką a Anglią.

Tymczasem, co do propozycji North Polar Practical Association, północne kraje graniczące z Arktyką porozumiewały się za pośrednictwem kongresów handlowych i naukowych. Po dłuższych debatach zdecydowały się przyłączyć do licytacji, która została wyznaczona na dzień 3 grudnia w Baltimore, i udzielić swoim oficjalnym przedstawicielom prawa do dysponowania nieprzekraczalną sumą pieniędzy. Jeśli zaś chodzi o kwotę za samą sprzedaż, to miała zostać podzielona pomiędzy pięć pozostałych państw jako wynagrodzenia za zrzeczenie się ewentualnych roszczeń w przyszłości.

Choć wszystko to nie obyło się bez dyskusji i komplikacji, ostatecznie sprawa została załatwiona. Zainteresowane państwa zgodziły się na projekt rządu federalnego, by licytacja miała miejsce w Baltimore. Delegaci wyposażeni w listy uwierzytelniające opuścili Londyn, Hawr, Sztokholm, Kopenhagę, Petersburg... i na trzy tygodnie przed wyznaczoną datą licytacji przybyli do Stanów Zjednoczonych.

W owym czasie Amerykę reprezentował wciąż przedstawiciel North Polar Practical Association, ten sam pan William S. Forster, którego nazwisko samotnie figurowało na dokumencie z 7 listopada, opublikowanym przez "New York Heralda".

Co zaś do delegatów europejskich, każdego z nich przedstawimy pokrótce:

 

Holender: Jacques Jansen, były radca stanu w Indiach Holenderskich, pięćdziesiąt trzy lata, krótki, gruby, z masywnym tułowiem, krótkimi rękami i krótkimi krzywymi nogami, na nosie metalowe okularki, twarz okrągła, zaczerwieniona, włosy na jeża, szpakowate baki - dzielny człeczyna, jakkolwiek nastawiony bez przekonania do całego przedsięwzięcia, którego praktyczne znaczenie cokolwiek mu umykało.

Duńczyk: Eric Baldenak, ekswicegubernator posiadłości grenlandzkich. Wzrostu średniego, o nieco nierównych ramionach, wydętym brzuchu, wielkiej, chwiejącej się głowie, krótkowidz o końcu nosa zdartym od szurania nim po zeszytach i książkach. Bezsprzecznie przeświadczony o prawie swojej ojczyzny do terenów podbiegunowych i niedający posłuchu żadnym przeciwnym argumentom.

Szwecja z Norwegią wydelegowała Jana Haralda, profesora kosmografii w Christianii39, jednego z najgorętszych zwolenników ekspedycji Nordenskiölda. Był to prawdziwy człowiek Północy, o rumianej twarzy i blond zaroście, przywodzącym na myśl dobrze dojrzałe zboże. Pewnie obstawał przy twierdzeniu, że czasza bieguna pokryta przez morze paleokrystaliczne40 nie przedstawia najmniejszej wartości. Tak więc niespecjalnie zainteresowany całym zagadnieniem, a swoją obecność traktujący jedynie jako obowiązek wobec ojczyzny.

Rosjanin to pułkownik Borys Karkow, pół wojskowy, pół dyplomata, wysoki, sztywny, o obfitej czuprynie, brodzie i wąsach, wydawał się nieswój w cywilnym ubraniu, przy którym bezwiednie szukał rękojeści przytroczonej niegdyś szpady. Bardzo zaintrygowany odkryciem, co w rzeczywistości kryje się za propozycją North Polar Practical Association i czy przypadkiem nie będzie to przyczyną późniejszych międzynarodowych zawirowań.

I w końcu Anglicy: major Donellan i jego sekretarz Dean Toodrink. Ci dwaj ostatni byli uosobieniem wszystkich apetytów, wszystkich aspiracji Zjednoczonego Królestwa, jego instynktów handlowych i przemysłowych, łatwości, z jaką przyjmowało za naturalne przywłaszczanie sobie bezpańskich terytoriów na północy, południu czy równiku...

Major Donellan, Anglik z krwi i kości, wysoki, chudy, kościsty, impulsywny, o ptasiej szyi, z głową a la Palmerston41 na opadających ramionach, z nogami jak szczudła, pomimo swoich sześćdziesięciu lat bardzo dziarski i, jak się to mówi, nie do zdarcia - co wielokrotnie potwierdził, pracując przy ustalaniu granicy pomiędzy Indiami a Birmą. Nie widziano go, by się śmiał, i równie dobrze mógł nie śmiać się nigdy w życiu. Po cóż miałby się śmiać...? Czy ktoś kiedyś widział śmiejącą się lokomotywę, dźwig albo parowiec?

Pod tym zresztą względem major bardzo odróżniał się od swojego sekretarza Deana Toodrinka - wygadanego, miłego i łebskiego młodzieńca, z włosami opadającymi na czoło i małymi zmrużonymi oczkami. Z pochodzenia Szkot, dobrze znany w swoim starym Edynburgu42 z zabawnych powiedzonek i z zamiłowania do błazenad. Ale jakkolwiek by był zabawny, w istocie przypominał swojego pryncypała, majora Donellana, stronniczy, nieobiektywny i nieprzejednany, gdy chodziło o najmniej uzasadnione żądania Wielkiej Brytanii.

Oczywiście tych dwóch delegatów okazało się najzajadlejszymi przeciwnikami amerykańskiego stowarzyszenia. Biegun północny był przecież ich, należał do Anglików od czasów prehistorycznych, całkiem jakby sam Stwórca powierzył im obrót Ziemi wokół własnej osi, a oni zrobią wszystko, by biegun nie dostał się w niepowołane ręce.

Wypada zauważyć, że choć Francja nie uznała za stosowne wysyłać własnego delegata, ani oficjalnego, ani nieoficjalnego, pewien francuski inżynier z "miłości do sztuki" przybył, by śledzić z bliska tę dziwną sprawę. Ale o nim we właściwym czasie.

Delegaci północnych mocarstw europejskich przybyli więc do Baltimore, każdy innym liniowcem, niczym ludzie, którzy w żadnym wypadku nie chcą mieć ze sobą do czynienia. Byli rywalami. Każdy z nich dysponował kredytem koniecznym do stoczenia tej walki. Ale musimy tu wyraźnie powiedzieć, że oręż ich nie był jednakowy. Podczas gdy jeden nie dysponował nawet milionem, drugi tę kwotę znacznie przekraczał. Choć szczerze powiedziawszy, każda kwota była zbyt wygórowana na zakup kawałka naszej sferoidy, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa nie dało się nawet postawić ludzkiej stopy! W rzeczywistości najlepiej uposażony został delegat angielski, któremu Zjednoczone Królestwo otworzyło znaczny kredyt. Dzięki niemu to major Donellan nie miałby większych trudności w zdystansowaniu przeciwników szwedzkich, duńskich, holenderskich i rosyjskich. Co zaś do Ameryki, to już zupełnie inna rzecz, pokonanie jej, a raczej jej dolarów, nigdy nie należało do rzeczy łatwych. Tym bardziej że tajemnicze stowarzyszenie rozporządzało zapewne więcej niż poważnymi sumami. I tak starcie na miliony najprawdopodobniej rozegra się pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią.

Wraz z wylądowaniem europejskich delegatów opinia publiczna stawała się coraz bardziej podekscytowana. W gazetach pojawiały się najfantastyczniejsze plotki. Na temat planowanej sprzedaży bieguna północnego snuto najdziksze przypuszczenia. Co chciano z nim zrobić? I co można było z nim zrobić? Nic! Najwyżej utrzymywać sobie dla przyjemności lodowce Starego i Nowego Świata! Nawet jeden z paryskich dzienników, "Le Figaro", prześmiewczo lansował ten ostatni pomysł. Ale nawet w takiej sytuacji trzeba było jeszcze przekroczyć osiemdziesiąty czwarty równoleżnik.

Tymczasem delegaci, którzy unikali się podczas morskiej podróży, w Baltimore poczęli się do siebie zbliżać.

A oto z jakiej przyczyny:

Zaraz po przybyciu każdy z nich z osobna i w tajemnicy przed pozostałymi próbował przede wszystkim wejść w kontakt z North Polar Practical Association. To, czego chcieli się dowiedzieć na własną rękę, by następnie skorzystać samemu, to ukryte motywy North Polar oraz ich spodziewane w tym przedsięwzięciu zyski. Nic jednak nie wskazywało, by stowarzyszenie posiadało w Baltimore oficjalne biuro. Ani biura, ani pracowników. We wszystkich sprawach należało się kontaktować z Williamem S. Forsterem z High Street. Tymczasem szanowny handlarz dorszy o całej sprawie wiedział niewiele więcej niż ostatni z ostatnich tragarz w mieście.

Tak więc delegaci nie zdołali niczego się dowiedzieć. Musieli poprzestać na mniej lub bardziej niedorzecznych plotkach rozpowiadanych przez ludzi. Stawiano sobie pytanie, czy tajemnica otaczająca stowarzyszenie pozostanie nieprzenikniona tak długo, jak ono samo zechce? Z pewnością ujawni się dopiero po sfinalizowaniu transakcji.

W rezultacie delegaci zaczęli się spotykać, starali się wzajemnie wybadać, nawiązali kontakty - być może z ukrytym zamysłem stworzenia związku przeciwko wspólnemu przeciwnikowi, to jest kompanii amerykańskiej.

I tak pewnego dnia, 22 listopada w godzinach wieczornych, wspólnie debatowali w apartamencie majora Donellana i jego sekretarza Deana Toodrinka. Po prawdzie, to zebranie zawdzięczano przede wszystkim posunięciom pułkownika Borysa Karkowa, zręcznego, jak wiemy, dyplomaty.

Rozmowę rozpoczęto od dywagacji na temat efektów handlowych i przemysłowych, które przypuszczalnie spodziewało się uzyskać amerykańskie stowarzyszenie w konsekwencji zakupu ziem arktycznych. Profesor Jan Harald zapytał, czy któremuś z kolegów udało się uzyskać jakieś informacje w tym względzie. I wszyscy, jeden po drugim, przyznawali, że usiłowali nawiązać kontakt ze wskazanym w dokumencie pośrednikiem, Williamem S. Forsterem.

- Ale nie udało mi się - odezwał się Eric Baldenak.

- Ani mnie - dodał Jacques Jansen.

- Co do mnie - powiedział Dean Toodrink - kiedy pojawiłem się w imieniu majora Donellana w magazynach przy High Street, trafiłem tylko na czarno odzianego grubasa w cylindrze, zawiniętego od stóp po podbródek w biały fartuch. Na moje pytania o sprawę, odrzekł, że właśnie przypłynął z Nowej Fundlandii wyładowany towarami "South Star" i że może mi zaoferować partię świeżych dorszy na rachunek firmy Ardrinell and Co.

 

- Eee tam! - wtrącił się emerytowany radca z Indii Holenderskich, jak zawsze nieco sceptyczny - bardziej opłacałoby się kupić ładunek dorszy niż wrzucać pieniądze w odmęty Oceanu Lodowatego.

- Ale to nie o to chodzi - uciął wyniośle major Donellan. - Nie chodzi o ładunek dorszy, tylko o czapę polarną...

- Którą Ameryka chętnie włożyłaby sobie na głowę! - dorzucił Dean Toodrink, zaśmiewając się z własnego kalamburu.

- Żeby tylko nie złapała kataru - zażartował pułkownik Karkow.

- To nie o to chodzi - powtórzył major Donellan. - Nie rozumiem, dlaczego nagle rozmawiamy tutaj o katarach. Jedno jest pewne, z jakiegoś powodu Ameryka, reprezentowana przez North Polar Practical Association... i zauważcie panowie - Practical - chce zakupić czterysta siedem tysięcy mil kwadratowych wokół bieguna północnego, powierzchnię rozciągającą się obecnie - i zauważcie panowie - "obecnie" po osiemdziesiątym czwartym równoleżniku szerokości północnej.

- Wiemy to majorze - odezwał się Jan Harald - a nawet więcej! Nie wiemy natomiast, w jaki sposób wspomniane stowarzyszenie ma zamiar eksploatować te ziemie, jeśli są to ziemie, czy morza, jeśli są to morza... pod względem przemysłowym.

- To nie o to chodzi - po raz trzeci upierał się major Donellan. - Jedno państwo zamierza, za opłatą, przywłaszczyć sobie część kuli ziemskiej, która, jak to wynika z warunków geograficznych, należałaby się o wiele bardziej Anglii...

- Rosji - powiedział pułkownik Karkow...

- Holandii - powiedział Jacques Jansen.

- Szwecji z Norwegią - powiedział Jan Harald.

- Danii - powiedział Eric Baldenak.

Pięciu delegatów najeżyło się i wyglądało na to, że spotkanie może źle się skończyć, wtedy jednak po raz pierwszy odezwał się Dean Toodrink:

- Panowie - powiedział pojednawczo - jak kilkakrotnie wyraził się już tutaj mój przełożony, major Donellan, nie o to chodzi. Zostało już postanowione, że tereny arktyczne będą wystawione na sprzedaż, a dostaną się temu z państw reprezentowanych przez szanownych panów, które wygra licytację. Skoro więc Szwecja z Norwegią, Rosja, Dania, Holandia i Anglia udzieliły kredytów swoim przedstawicielom, czy nie byłoby korzystniej, byśmy stworzyli rodzaj syndykatu, co pozwoliłoby nam na dysponowanie kwotą, z którą amerykańskie stowarzyszenie nie mogłoby konkurować?

Delegaci spojrzeli po sobie. Wydawało się, że Dean Toodrink trafił w sedno. Syndykat... W naszych czasach słowo to może oznaczać wszystko. Syndykaty zawiązuje się tak łatwo, jak się oddycha, jak się pije, jak je, jak śpi... Nic bardziej na czasie - zarówno w polityce, jak i w interesach.

Jednakże istniało pewne "ale", które należało zawczasu wyjaśnić. Wyrażając uczucia pozostałych, Jacques Jansen zapytał:

- A potem...?

- Tak! A co potem, po przejęciu przez syndykat własności?

- Cóż, sądzę, że Anglia... - odrzekł sucho major.

- I Rosja! - dorzucił pułkownik, którego brwi groźnie się nastroszyły.

- I Holandia! - powiedział radca.

- Skoro Bóg dał Duńczykom Danię... - zauważył Eric Baldenak.

- O przepraszam! - wykrzyknął Dean Toodrink. - Bóg ofiarował tylko jeden kraj, a była to Szkocja...

- A niby czemuż to? - zdziwił się delegat szwedzki.

- Czy poeta nie mówi: Deus nobis haec otia fecit - zripostował ten kawalarz, przytaczając swoją interpretację szóstego wersu z pierwszej pieśni Wergiliusza43.

Wszyscy, z wyjątkiem majora Donellana, wybuchnęli śmiechem i tak kolejny impas w dyskusji został tego dnia zażegnany.

Na co odezwał się Dean Toodrink:

- Panowie, nie spierajmy się, co nam to przyniesie... Załóżmy lepiej nasz syndykat...

- A co potem? - powtórzył Jan Harald.

- Potem? - odrzekł Dean Toodrink - nic prostszego, panowie. Jedno z dwojga. Albo po zakupie teren polarny pozostanie waszą wspólną własnością, albo za przyzwoitą kwotę odstąpicie swoją część jednemu ze wspólników. Ale główny cel zostanie osiągnięty, czyli kategorycznie wyeliminujecie przedstawicieli Ameryki!

Propozycja ta miała swoje zalety, przynajmniej na chwilę obecną, gdyż należało przypuszczać, że w najbliższej przyszłości delegaci i tak chwycą się za czupryny - zakładając oczywiście, że będą je jeszcze mieli - jak tylko przyjdzie do wyboru ostatecznego właściciela tej tak pożądanej, a tak nieużytecznej nieruchomości. Jednak w tej sytuacji, jak sprytnie zauważył Dean Toodrink, Stany Zjednoczone wypadłyby z gry.

- To mi się wydaje sensowne - powiedział Eric Baldenak.

- Zręczne - odezwał się pułkownik Karkow.

- Zgrabne - rzekł Jan Harald.

- Sprytne - dodał Jacques Jansen.

- I jakie angielskie... - podsumował major Donellan.

Każdy z odzywających się liczył, że w mitycznym "potem" i tak przechytrzy swoich szanownych kolegów.

- Tak więc, panowie - podjął Borys Karkow - zgadzamy się wszyscy, że utworzenie naszego syndykatu zagwarantuje w przyszłości prawa każdemu z państw członkowskich?

Wszyscy się zgodzili.

Pozostało jeszcze upewnić się co do wysokości kwot, jakie poszczególne państwa powierzyły swoim reprezentantom. Nie ulegało wątpliwości, że po zsumowaniu ich, środki North Polar Practical Association okażą się znacznie mniejsze.

Pytanie to zadał Dean Toodrink.

Ale cóż to? Kompletna cisza. Nikt się nie kwapił do odpowiedzi. Zdradzić zawartość swojego portfela? Opróżnić go na rzecz jakiegoś syndykatu? Z góry przyznać się do jakiej kwoty weźmie się udział w licytacji? Nikomu się do tego nie spieszyło. A jeśli wśród świeżo upieczonych syndykalistów pojawią się później zgrzyty? A jeśli okoliczności zmuszą ich, by stanęli przeciwko sobie, każdy we własnym interesie? A jeśli dyplomata Karkow będzie dotknięty sztuczkami Jacques'a Jansena, a tego obrażą podstępy Erica Baldenaka, którego z kolei zirytują szachrajstwa Jana Haralda, który nie zniesie wielkopańskich póz majora Donellana, bez żenady intrygującego przeciwko wszystkim razem i każdemu z osobna? Wyjawić wysokość swojego kredytu było jak odkrycie kart, podczas gdy należałoby je raczej trzymać dobrze za pazuchą.

Doprawdy, na to obcesowe pytanie Deana Toodrinka można było odpowiedzieć tylko na dwa sposoby. Albo wyolbrzymić posiadaną sumę - co jednak stałoby się bardzo kłopotliwe podczas wpłacania swojej części do wspólnej kasy - albo przedstawić ją jako tak dalece niewielką, że wzbudziłaby tylko śmiech i cała kwestia spełzłaby na żartach.

Tego ostatniego uchwycił się były radca Indii Holenderskich, który - musimy to przyznać - nie był człowiekiem wielkiej powagi, a pozostali ochoczo poszli w jego ślady.

- Panowie - oznajmił w imieniu Holandii - z przykrością stwierdzam, że na zakup posiadłości arktycznej mam do dyspozycji zaledwie pięćdziesiąt riksdalerów44.

- A ja trzydzieści pięć rubli - powiedziała Rosja.

- A ja dwadzieścia koron - odezwały się Szwecja z Norwegią.

- A ja piętnaście koron - poinformowała Dania.

- No cóż - odrzekł na to major Donellan, a w jego głosie zabrzmiała wyniosła pogarda, jak to zwykle u Brytyjczyków - oznacza to, że licytacja rozstrzygnie się na waszą korzyść, ponieważ Anglia nie może wyłożyć więcej niż jednego szylinga i sześć pensów!

I to ironiczne oświadczenie zakończyło prześwietne zebranie przedstawicieli staruszki Europy.

 

 

28 Feroë - właśc. Färoyar; wyspy na Morzu Norweskim, nazywane też Wyspami Owczymi.

29 Jens Munk (1579-1628) - u Verne'a: Jean Munk; duński żeglarz i odkrywca urodzony w Norwegii, badacz Arktyki, będąc w służbie duńskiego króla Chrystiana IV Oldenburga, próbował odkryć Przejście Północno-Zachodnie.

30 Willem Barents (1550?-1597) - holenderski żeglarz, w 1596 roku odkrył Spitsbergen i Wyspę Niedźwiedzią; Jacob van Heemskerck (lub van Heemskerk, 1567-1607) - holenderski żeglarz i admirał.

31 1741 rok - u Verne'a: 1751 rok.

32 Wasilij Jakowlewicz Cziczagow (1726-1809) - rosyjski admirał floty i odkrywca; w roku 1764 wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez Łomonosowa, mającej za zadanie znalezienie Przejścia Północno-Wschodniego; wyprawa dotarła do 80° 30' N.

33 Henry Grinnell (1799-1874) - u Verne'a: Grinnel; nowojorski zaopatrzeniowiec morski, który sfinansował wyprawy Kane'a i Wilkesa; Elisha Kent Kane (1820-1857) - amerykański podróżnik i badacz polarny, lekarz okrętowy; Isaac Israel Hayes (1832-1881) - amerykański lekarz, badacz Arktyki.

34 Zjednoczone Królestwo - właśc. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, istniejące w latach 1801-1922; Kolumbia Brytyjska - prowincja w zachodniej Kanadzie, nad Oceanem Spokojnym, do roku 1867 odrębna kolonia.

35 Kliptringan, wielki angielski geograf - postać fikcyjna.

36 Hugh Willoughby (1516-1554) - u Verne'a: Willoughi; angielski żołnierz i żeglarz, jeden z pierwszych badaczy Arktyki; Robert John Le Mesurier McClure, sir (1807-1873) - u Verne'a: Mac Clure; brytyjski podróżnik, badacz polarny, wiceadmirał.

37 Fize, admirał - postać fikcyjna; Martin Frobisher (1535-1594) - angielski żeglarz i odkrywca, odkrył Ziemię Baffina i Zatokę Frobishera; John Davis (1550-1605) - angielski żeglarz i odkrywca; odkrył wyspy Cumberland i Wyspy Falklandzkie; James Hall (?-1612) - angielski pilot i żeglarz polarny; wziął udział w trzech wyprawach do Grenlandii w służbie duńskiej i dowodził czwartą, poszukującą osad wikingów; Henry Hudson (ok. 1550-1611) - angielski żeglarz; w 1607 roku odkrył wyspę Jan Mayen; w 1608 roku dotarł do Nowej Ziemi, w 1609 roku do Nowej Fundlandii i Rzeki Hudsona, w latach 1610-1611 do Cieśniny Hudsona i Zatoki Hudsona na Oceanie Arktycznym; William Baffin (1584-1622) - angielski żeglarz i odkrywca, odkrył Ziemię Baffina i Zatokę Baffina; James Cook (1728-1779) - słynny angielski podróżnik i odkrywca; kierował trzema wyprawami dookoła świata; John Ross (1777-1856) - z pochodzenia Szkot, wiceadmirał w angielskiej Marynarce Wojennej, badacz Arktyki; odkrył Wyspę Króla Williama; William Edward Parry, sir (1790-1855) - brytyjski badacz polarny, kontradmirał; w latach 1818-1825 próbował forsować Przejście Północno-Zachodnie i dotrzeć do bieguna północnego; Frederick William Beechey (1796-1856) - u Verne'a: Bechey, oficer marynarki wojennej, artysta, odkrywca; Edward Belcher (1799-1877) - brytyjski oficer marynarki wojennej; zajmował ważną pozycję podczas nabywania Hongkongu oraz zdobywania Kantonu; Mulgrave - być może kapitan Constantine John Phipps, baron Mulgrave (1744-1792), dowódca wyprawy arktycznej, w której brał udział również Banks; William Scoresby (1789-1857) - kapitan, wielorybnik, szkocki badacz Arktyki; Leopold McClintock, sir (1819-1907) - u Verne'a: Mac Clintock, członek ekspedycji Belchera (1852-1854), następnie dowódca wyprawy (1857-1859) wysłanej przez lady Franklin w celu odnalezienia jej męża; William Kennedy (1813-1890) - kapitan statku wielorybniczego, który w latach 1850-1853 poprowadził wyprawę finansowaną przez lady Franklin i odkrył Cieśninę Bellota; Richard Collinson, sir (1811-1883) - angielski żeglarz i admirał, w latach 1851-1854 stał na czele wyprawy, która na pokładzie "Enterprise" wyruszyła, by odszukać Franklina i znaleźć północno-zachodnią drogę przez Cieśninę Beringa; Archer - nie odnaleziono.

38 John Cabot (właśc. Giovanni Caboto, zwany John Cabot, 1450-1498) - włoski żeglarz w służbie angielskiej; Gaspar i Miguel Corte Real (Corte-Real 1450-1501?) i (1450-1502?) - u Verne'a: Cortereal; Gaspar - portugalski żeglarz i odkrywca; szukając Przejścia Północno-Zachodniego, dotarł w 1500 roku do zachodnich brzegów Grenlandii; w 1501 roku zorganizował następną wyprawę (wziął w niej udział starszy brat Gaspara, Miguel), która dotarła do Labradoru i Nowej Fundlandii; bracia się rozdzielili, Miguel powrócił z dwoma statkami do Portugalii, a Gaspar wyruszył na południe. W czasie tej wyprawy Gaspar ze swą załogą zaginął bez wieści. Podjęta w 1502 roku wyprawa Miguela w celu odnalezienia Gaspara zakończyła się niepowodzeniem i zaginięciem Miguela.

39 Christiania - dawna nazwa Oslo, obecnej stolicy Norwegii.

40 Morze paleokrystaliczne - morze pokryte starym lodem tzw. paleokrystalicznym; przypuszcza się, że tego typu lód powstaje na szelfie głównie Grenlandii i Wyspy Ellesmere'a, a następnie przedostaje się w głąb Arktyki pod postacią "wysp lodowych", stając się w końcu częścią wielkiego paku biegunowego (olbrzymiej kry lodowej).

41 Henry John Palmerston (1784-1865) - brytyjski polityk, torys, od roku 1828 wig; w latach 1830-1834, 1835-1841 i 1846-1851 minister spraw zagranicznych; 1855-1865 przywódca Partii Liberalnej oraz 1855-1858 i 1859-1865 premier; prowadził aktywną politykę europejską i imperialną.

42 W oryginale Old Reekie (ang.) - Stary Śmierdziel, przydomek Edynburga (nazwa pochodzi od dymiących kominów fabryk na jednym z przedmieść Edynburga, stolicy Szkocji).

43 Deus nobis haec otia fecit (łac.) - Bóg nam oto darował czas błogi; Wergiliusz (właśc. Publius Vergilius Maro, 70-19 r. p.n.e.) - poeta, najwybitniejszy rzymski epik, autor epopei Eneida, a także Bukolik i Georgik.

44 Riksdaler - właśc. rijksdaalder; srebrna moneta bita w państwach niderlandzkich.