Rozdział II
W którym Czytelnikowi przedstawiają się delegaci: angielski, holenderski, szwedzki, duński i rosyjski
Rozpowszechniony dokument zasługiwał na odpowiedź. W istocie, jeśli to nowe stowarzyszenie nabyłoby ziemie podbiegunowe, powiększyłyby one terytorium Ameryki, a ściślej mówiąc Stanów Zjednoczonych, prężnej konfederacji nieustannie zmierzającej do wzrostu. Już przecież kilka lat wcześniej odstąpienie przez Rosjan terenów północno-zachodnich, pomiędzy północnymi Kordylierami a Cieśniną Beringa, powiększyło Stany Zjednoczone o niezły kawałek Nowego Świata. Było więc całkiem zrozumiałe, że inne mocarstwa nie patrzyły przychylnie na pomysł włączenia do federacji krain arktycznych.
Tymczasem, tak jak to już wspominaliśmy, liczne europejskie i azjatyckie państwa, niegraniczące z terenami wystawionymi na sprzedaż, odmówiły udziału w tej specyficznej licytacji o wątpliwym wyniku. Tylko mocarstwa, których linia brzegowa sąsiadowała z osiemdziesiątym czwartym równoleżnikiem, zdecydowały się upomnieć o swoje prawa, wysyłając oficjalnych delegatów. Zresztą, jak to zobaczymy potem, nawet i one nie miały zamiaru przepłacać i ograniczyły się do więcej niż umiarkowanych kwot, zwłaszcza że chodziło o obszar, którego tak naprawdę nie dało się zagospodarować. Niemniej, taka na przykład wiecznie nienasycona Anglia udzieliła swojemu przedstawicielowi znacznego kredytu. Spieszymy jednak dodać, że nabycie terenów podbiegunowych w żaden sposób nie zagrażało równowadze europejskiej i nie groziło żadnymi międzynarodowymi komplikacjami. Pan Bismarck - żyjący jeszcze wówczas wielki kanclerz, niemiecki Jupiter - nawet nie zmarszczył swoich gęstych brwi na wiadomość o tej operacji.
I tak na placu boju pozostały Anglia, Dania, Szwecja z Norwegią, Holandia i Rosja, które swoje oferty zgłaszały licytatorowi z Baltimore, przeciwko ofercie Stanów Zjednoczonych. W konsekwencji do najhojniejszego licytanta miała należeć lodowa mycka przykrywająca biegun północny, reprezentująca nader wątpliwą wartość handlową.
A oto dodatkowe powody, dla których pięć przystępujących do licytacji państw całkiem rozsądnie życzyłoby sobie, aby licytacja została rozstrzygnięta na korzyść każdego z nich.
Szwecja i Norwegia, właściciel Przylądka Północnego sięgającego poza siedemdziesiąty równoleżnik, nie ukrywała, że uważa się za mającego największe prawa do rozległych terenów aż po Spitsbergen, a nawet i po sam biegun północny. Istotnie, to przecież Norweg Kheilhau i słynny Szwed Nordenskiöld niezaprzeczalnie przyczynili się do geograficznego opisu tych ziem.
Dania powiadała, że należą już do niej Islandia i wyspy Feroë28, praktycznie na linii koła podbiegunowego, także i osady wysunięte najdalej na północ, jak wyspa Disko w Cieśninie Davisa, faktorie Holsteinborg, Proven, Godhavn i Upernavik na Morzu Baffina i na zachodnich brzegach Grenlandii. Na dodatek to słynny żeglarz Bering, z pochodzenia Duńczyk, choć był wówczas w służbie rosyjskiej, w roku 1728 przekroczył cieśninę, która zawdzięcza mu z tego powodu swoje imię, a trzynaście lat później zginął nędznie wraz z trzydziestoma towarzyszami z załogi u brzegów wyspy nazwanej na jego cześć. A czy jeszcze wcześniej, bo w roku 1619, nie odkrył wschodniego wybrzeża Grenlandii inny żeglarz, Jens Munk29, i czy nie opisał tych miejsc całkowicie przed nim nieznanych? Tak więc Dania miała całkiem uzasadnione prawa, by stać się nabywcą.
W przypadku Holandii pod koniec XVI wieku dwaj jej marynarze, Barents i Heemskerck30, odwiedzili Spitsbergen i Nową Ziemię. Innemu ze swoich synów, Janowi Mayenowi, i jego odważnej wyprawie na daleką północ, Holandia zawdzięcza wyspę nazwaną imieniem odkrywcy, położoną daleko poza siedemdziesiątym pierwszym równoleżnikiem. A przeszłość, jak wiemy, zobowiązuje.
Co zaś do Rosjan, to wraz z Aleksiejem Czirikowem, będącym pod rozkazami Beringa, Paulutskim, którego ekspedycja w 174131 roku przekroczyła granice Oceanu Lodowatego, kapitanem Martinem Spanbergiem i porucznikiem Williamem Waltonem, którzy zapuścili się na te nieznane tereny w 1739 roku, wnieśli nieoszacowany wkład w odkrycia w przesmyku oddzielającym Azję od Ameryki. Na dodatek przecież rozporządzają terenami syberyjskimi rozciągającymi się na przestrzeni stu dwudziestu stopni aż po krańce Kamczatki, wzdłuż rozległych wybrzeży azjatyckich zamieszkiwanych przez Samojedów, Jakutów, Czukczów i innych ludów podległych rosyjskiej władzy. Czyż tym sposobem nie panują nad połową Oceanu Lodowatego? Prócz tego, czyż nie posiadają na siedemdziesiątym piątym równoleżniku, w odległości niecałych dziewięciuset mil od bieguna, wysp i wysepek nowosyberyjskich Archipelagu Lachowa odkrytego na początku XVIII wieku? I w końcu, czyż od roku 1764, na długo przed Anglikami, Amerykanami i Szwedami, żeglarz Cziczagow32 nie poszukiwał Przejścia Północnego, pozwalającego na skrócenie drogi pomiędzy dwoma kontynentami?
Jednakże wszystko wskazywało na to, że to Amerykanie są najbardziej zainteresowani zakupem tego niedostępnego miejsca na Ziemi. I oni przecież niejeden raz z wielkim poświęceniem starali się dotrzeć na te ziemie, tacy ich odkrywcy jak sir John Franklin, Grinnell, Kane, Hayes, Greely, De Long33 i inni śmiali żeglarze. I oni przecież mogli się powoływać na położenie geograficzne swojego kraju, który rozciągał się poza kręgiem polarnym od Cieśniny Beringa aż po Zatokę Hudsona. Wszystkie te ziemie, wszystkie te wyspy - Wollastona, Księcia Alberta, Wiktorii, Króla Wilhelma, Melville'a, Cockburne'a, Banksa, Baffina, nie licząc setek wysepek tego archipelagu, czyż nie były po prostu przedłużeniem ich kraju po dziewięćdziesiąty równoleżnik? A zresztą, jeśli biegun północy łączy się z jakimś kontynentem prawie nieprzerwanym pasmem, to zdecydowanie bardziej z Ameryką niż z Azją lub Europą. Tak więc nic bardziej naturalnego niż złożenie przez rząd amerykański propozycji kupna na rzecz amerykańskiego stowarzyszenia i jeśli jakieś mocarstwo posiadało niezaprzeczalne prawa do okołobiegunowej posiadłości, to z pewnością były to Stany Zjednoczone.
Jednak i to trzeba przyznać, że Zjednoczone Królestwo, posiadające już Kanadę i Kolumbię Brytyjską34, i którego liczni marynarze odznaczyli się w odkrywaniu Arktyki, także posiadało solidne argumenty za przyłączeniem tej części świata do swojego rozległego imperium kolonialnego. Co zresztą dyskutowano obszernie i zawzięcie w brytyjskiej prasie.
- Tak, z pewnością! - wypowiadał się słynny angielski geograf Kliptringan35 we wzbudzającym wielkie poruszenie artykule w "Timesie". - Tak! Szwedzi, Duńczycy, Holendrzy, Rosjanie i Amerykanie mogą się chełpić swoimi prawami! Ale Anglia nie może bez poniżenia pozwolić, by te terytoria wymknęły się jej z rąk. Czy to nie do Anglii należy już północna część nowego kontynentu? Te ziemie i wyspy składające się na niego, są przecież opanowane od czasów ich pierwszych odkrywców, od Willoughby'ego, który dotarł do Spitsbergenu i Nowej Ziemi w 1739 roku, po McClure'a36, którego statek przekroczył Przejście Północno-Zachodnie w roku 1853.
- A dalej - głosił "Standard" piórem admirała Fize'a - czyż Frobisher, Davis, Hall, Weymouth, Hudson, Baffin, Cook, Ross, Parry, Beechey, Belcher, Franklin, Mulgrave, Scoresby, McClintock, Kennedy, Nares, Collinson, Archer37 nie mieli anglosaskiego pochodzenia? Który kraj, jak nie ojczyzna tych żeglarzy, powinien sprawiedliwie domagać się swojej części w arktycznych terytoriach, do których dotarli wszyscy ci śmiałkowie.
- Niech będzie! - ripostował "Kurier San Diego" (z Kalifornii) - skoro w sporze pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Anglią zaczyna dominować miłość własna, postawmy sprawę na właściwym miejscu, otóż: jeśli Anglik Markham podczas wyprawy Naresa dotarł do 83° 20' szerokości północnej, to Amerykanie, Lockwood i Brainard z wyprawy Greely'ego, wyprzedzili ich o piętnaście minut geograficznych i dzięki nim trzydzieści osiem gwiazd amerykańskiej flagi rozbłysło na 83° 35' szerokości północnej. Do nich więc należy palma pierwszeństwa w przybliżeniu się ku biegunowi północnemu!
Tak oto miały się ataki i riposty.
By jednak lista podróżników, którzy zapuścili się w serce Arktyki, była wyczerpująca, wypada nam przywołać tutaj jeszcze Wenecjanina Cabota - 1498 i Portugalczyka Corte Reala38 - rok 1500, odkrywców Grenlandii i Labradoru. Ale ani Włochy, ani Portugalia nie myślały nawet, by upominać się o swoją część w planowanym przetargu, ani też nie martwiły się specjalnie o wynik licytacji.
Zresztą ten można było praktycznie przewidzieć. Ostateczna rozgrywka odbędzie się pomiędzy dolarami a funtami szterlingami, czyli pomiędzy Ameryką a Anglią.
Tymczasem, co do propozycji North Polar Practical Association, północne kraje graniczące z Arktyką porozumiewały się za pośrednictwem kongresów handlowych i naukowych. Po dłuższych debatach zdecydowały się przyłączyć do licytacji, która została wyznaczona na dzień 3 grudnia w Baltimore, i udzielić swoim oficjalnym przedstawicielom prawa do dysponowania nieprzekraczalną sumą pieniędzy. Jeśli zaś chodzi o kwotę za samą sprzedaż, to miała zostać podzielona pomiędzy pięć pozostałych państw jako wynagrodzenia za zrzeczenie się ewentualnych roszczeń w przyszłości.
Choć wszystko to nie obyło się bez dyskusji i komplikacji, ostatecznie sprawa została załatwiona. Zainteresowane państwa zgodziły się na projekt rządu federalnego, by licytacja miała miejsce w Baltimore. Delegaci wyposażeni w listy uwierzytelniające opuścili Londyn, Hawr, Sztokholm, Kopenhagę, Petersburg... i na trzy tygodnie przed wyznaczoną datą licytacji przybyli do Stanów Zjednoczonych.
W owym czasie Amerykę reprezentował wciąż przedstawiciel North Polar Practical Association, ten sam pan William S. Forster, którego nazwisko samotnie figurowało na dokumencie z 7 listopada, opublikowanym przez "New York Heralda".
Co zaś do delegatów europejskich, każdego z nich przedstawimy pokrótce:
Holender: Jacques Jansen, były radca stanu w Indiach Holenderskich, pięćdziesiąt trzy lata, krótki, gruby, z masywnym tułowiem, krótkimi rękami i krótkimi krzywymi nogami, na nosie metalowe okularki, twarz okrągła, zaczerwieniona, włosy na jeża, szpakowate baki - dzielny człeczyna, jakkolwiek nastawiony bez przekonania do całego przedsięwzięcia, którego praktyczne znaczenie cokolwiek mu umykało.
Duńczyk: Eric Baldenak, ekswicegubernator posiadłości grenlandzkich. Wzrostu średniego, o nieco nierównych ramionach, wydętym brzuchu, wielkiej, chwiejącej się głowie, krótkowidz o końcu nosa zdartym od szurania nim po zeszytach i książkach. Bezsprzecznie przeświadczony o prawie swojej ojczyzny do terenów podbiegunowych i niedający posłuchu żadnym przeciwnym argumentom.
Szwecja z Norwegią wydelegowała Jana Haralda, profesora kosmografii w Christianii39, jednego z najgorętszych zwolenników ekspedycji Nordenskiölda. Był to prawdziwy człowiek Północy, o rumianej twarzy i blond zaroście, przywodzącym na myśl dobrze dojrzałe zboże. Pewnie obstawał przy twierdzeniu, że czasza bieguna pokryta przez morze paleokrystaliczne40 nie przedstawia najmniejszej wartości. Tak więc niespecjalnie zainteresowany całym zagadnieniem, a swoją obecność traktujący jedynie jako obowiązek wobec ojczyzny.
Rosjanin to pułkownik Borys Karkow, pół wojskowy, pół dyplomata, wysoki, sztywny, o obfitej czuprynie, brodzie i wąsach, wydawał się nieswój w cywilnym ubraniu, przy którym bezwiednie szukał rękojeści przytroczonej niegdyś szpady. Bardzo zaintrygowany odkryciem, co w rzeczywistości kryje się za propozycją North Polar Practical Association i czy przypadkiem nie będzie to przyczyną późniejszych międzynarodowych zawirowań.
I w końcu Anglicy: major Donellan i jego sekretarz Dean Toodrink. Ci dwaj ostatni byli uosobieniem wszystkich apetytów, wszystkich aspiracji Zjednoczonego Królestwa, jego instynktów handlowych i przemysłowych, łatwości, z jaką przyjmowało za naturalne przywłaszczanie sobie bezpańskich terytoriów na północy, południu czy równiku...
Major Donellan, Anglik z krwi i kości, wysoki, chudy, kościsty, impulsywny, o ptasiej szyi, z głową a la Palmerston41 na opadających ramionach, z nogami jak szczudła, pomimo swoich sześćdziesięciu lat bardzo dziarski i, jak się to mówi, nie do zdarcia - co wielokrotnie potwierdził, pracując przy ustalaniu granicy pomiędzy Indiami a Birmą. Nie widziano go, by się śmiał, i równie dobrze mógł nie śmiać się nigdy w życiu. Po cóż miałby się śmiać...? Czy ktoś kiedyś widział śmiejącą się lokomotywę, dźwig albo parowiec?
Pod tym zresztą względem major bardzo odróżniał się od swojego sekretarza Deana Toodrinka - wygadanego, miłego i łebskiego młodzieńca, z włosami opadającymi na czoło i małymi zmrużonymi oczkami. Z pochodzenia Szkot, dobrze znany w swoim starym Edynburgu42 z zabawnych powiedzonek i z zamiłowania do błazenad. Ale jakkolwiek by był zabawny, w istocie przypominał swojego pryncypała, majora Donellana, stronniczy, nieobiektywny i nieprzejednany, gdy chodziło o najmniej uzasadnione żądania Wielkiej Brytanii.
Oczywiście tych dwóch delegatów okazało się najzajadlejszymi przeciwnikami amerykańskiego stowarzyszenia. Biegun północny był przecież ich, należał do Anglików od czasów prehistorycznych, całkiem jakby sam Stwórca powierzył im obrót Ziemi wokół własnej osi, a oni zrobią wszystko, by biegun nie dostał się w niepowołane ręce.
Wypada zauważyć, że choć Francja nie uznała za stosowne wysyłać własnego delegata, ani oficjalnego, ani nieoficjalnego, pewien francuski inżynier z "miłości do sztuki" przybył, by śledzić z bliska tę dziwną sprawę. Ale o nim we właściwym czasie.
Delegaci północnych mocarstw europejskich przybyli więc do Baltimore, każdy innym liniowcem, niczym ludzie, którzy w żadnym wypadku nie chcą mieć ze sobą do czynienia. Byli rywalami. Każdy z nich dysponował kredytem koniecznym do stoczenia tej walki. Ale musimy tu wyraźnie powiedzieć, że oręż ich nie był jednakowy. Podczas gdy jeden nie dysponował nawet milionem, drugi tę kwotę znacznie przekraczał. Choć szczerze powiedziawszy, każda kwota była zbyt wygórowana na zakup kawałka naszej sferoidy, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa nie dało się nawet postawić ludzkiej stopy! W rzeczywistości najlepiej uposażony został delegat angielski, któremu Zjednoczone Królestwo otworzyło znaczny kredyt. Dzięki niemu to major Donellan nie miałby większych trudności w zdystansowaniu przeciwników szwedzkich, duńskich, holenderskich i rosyjskich. Co zaś do Ameryki, to już zupełnie inna rzecz, pokonanie jej, a raczej jej dolarów, nigdy nie należało do rzeczy łatwych. Tym bardziej że tajemnicze stowarzyszenie rozporządzało zapewne więcej niż poważnymi sumami. I tak starcie na miliony najprawdopodobniej rozegra się pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią.
Wraz z wylądowaniem europejskich delegatów opinia publiczna stawała się coraz bardziej podekscytowana. W gazetach pojawiały się najfantastyczniejsze plotki. Na temat planowanej sprzedaży bieguna północnego snuto najdziksze przypuszczenia. Co chciano z nim zrobić? I co można było z nim zrobić? Nic! Najwyżej utrzymywać sobie dla przyjemności lodowce Starego i Nowego Świata! Nawet jeden z paryskich dzienników, "Le Figaro", prześmiewczo lansował ten ostatni pomysł. Ale nawet w takiej sytuacji trzeba było jeszcze przekroczyć osiemdziesiąty czwarty równoleżnik.
Tymczasem delegaci, którzy unikali się podczas morskiej podróży, w Baltimore poczęli się do siebie zbliżać.
A oto z jakiej przyczyny:
Zaraz po przybyciu każdy z nich z osobna i w tajemnicy przed pozostałymi próbował przede wszystkim wejść w kontakt z North Polar Practical Association. To, czego chcieli się dowiedzieć na własną rękę, by następnie skorzystać samemu, to ukryte motywy North Polar oraz ich spodziewane w tym przedsięwzięciu zyski. Nic jednak nie wskazywało, by stowarzyszenie posiadało w Baltimore oficjalne biuro. Ani biura, ani pracowników. We wszystkich sprawach należało się kontaktować z Williamem S. Forsterem z High Street. Tymczasem szanowny handlarz dorszy o całej sprawie wiedział niewiele więcej niż ostatni z ostatnich tragarz w mieście.
Tak więc delegaci nie zdołali niczego się dowiedzieć. Musieli poprzestać na mniej lub bardziej niedorzecznych plotkach rozpowiadanych przez ludzi. Stawiano sobie pytanie, czy tajemnica otaczająca stowarzyszenie pozostanie nieprzenikniona tak długo, jak ono samo zechce? Z pewnością ujawni się dopiero po sfinalizowaniu transakcji.
W rezultacie delegaci zaczęli się spotykać, starali się wzajemnie wybadać, nawiązali kontakty - być może z ukrytym zamysłem stworzenia związku przeciwko wspólnemu przeciwnikowi, to jest kompanii amerykańskiej.
I tak pewnego dnia, 22 listopada w godzinach wieczornych, wspólnie debatowali w apartamencie majora Donellana i jego sekretarza Deana Toodrinka. Po prawdzie, to zebranie zawdzięczano przede wszystkim posunięciom pułkownika Borysa Karkowa, zręcznego, jak wiemy, dyplomaty.
Rozmowę rozpoczęto od dywagacji na temat efektów handlowych i przemysłowych, które przypuszczalnie spodziewało się uzyskać amerykańskie stowarzyszenie w konsekwencji zakupu ziem arktycznych. Profesor Jan Harald zapytał, czy któremuś z kolegów udało się uzyskać jakieś informacje w tym względzie. I wszyscy, jeden po drugim, przyznawali, że usiłowali nawiązać kontakt ze wskazanym w dokumencie pośrednikiem, Williamem S. Forsterem.
- Ale nie udało mi się - odezwał się Eric Baldenak.
- Ani mnie - dodał Jacques Jansen.
- Co do mnie - powiedział Dean Toodrink - kiedy pojawiłem się w imieniu majora Donellana w magazynach przy High Street, trafiłem tylko na czarno odzianego grubasa w cylindrze, zawiniętego od stóp po podbródek w biały fartuch. Na moje pytania o sprawę, odrzekł, że właśnie przypłynął z Nowej Fundlandii wyładowany towarami "South Star" i że może mi zaoferować partię świeżych dorszy na rachunek firmy Ardrinell and Co.
- Eee tam! - wtrącił się emerytowany radca z Indii Holenderskich, jak zawsze nieco sceptyczny - bardziej opłacałoby się kupić ładunek dorszy niż wrzucać pieniądze w odmęty Oceanu Lodowatego.
- Ale to nie o to chodzi - uciął wyniośle major Donellan. - Nie chodzi o ładunek dorszy, tylko o czapę polarną...
- Którą Ameryka chętnie włożyłaby sobie na głowę! - dorzucił Dean Toodrink, zaśmiewając się z własnego kalamburu.
- Żeby tylko nie złapała kataru - zażartował pułkownik Karkow.
- To nie o to chodzi - powtórzył major Donellan. - Nie rozumiem, dlaczego nagle rozmawiamy tutaj o katarach. Jedno jest pewne, z jakiegoś powodu Ameryka, reprezentowana przez North Polar Practical Association... i zauważcie panowie - Practical - chce zakupić czterysta siedem tysięcy mil kwadratowych wokół bieguna północnego, powierzchnię rozciągającą się obecnie - i zauważcie panowie - "obecnie" po osiemdziesiątym czwartym równoleżniku szerokości północnej.
- Wiemy to majorze - odezwał się Jan Harald - a nawet więcej! Nie wiemy natomiast, w jaki sposób wspomniane stowarzyszenie ma zamiar eksploatować te ziemie, jeśli są to ziemie, czy morza, jeśli są to morza... pod względem przemysłowym.
- To nie o to chodzi - po raz trzeci upierał się major Donellan. - Jedno państwo zamierza, za opłatą, przywłaszczyć sobie część kuli ziemskiej, która, jak to wynika z warunków geograficznych, należałaby się o wiele bardziej Anglii...
- Rosji - powiedział pułkownik Karkow...
- Holandii - powiedział Jacques Jansen.
- Szwecji z Norwegią - powiedział Jan Harald.
- Danii - powiedział Eric Baldenak.
Pięciu delegatów najeżyło się i wyglądało na to, że spotkanie może źle się skończyć, wtedy jednak po raz pierwszy odezwał się Dean Toodrink:
- Panowie - powiedział pojednawczo - jak kilkakrotnie wyraził się już tutaj mój przełożony, major Donellan, nie o to chodzi. Zostało już postanowione, że tereny arktyczne będą wystawione na sprzedaż, a dostaną się temu z państw reprezentowanych przez szanownych panów, które wygra licytację. Skoro więc Szwecja z Norwegią, Rosja, Dania, Holandia i Anglia udzieliły kredytów swoim przedstawicielom, czy nie byłoby korzystniej, byśmy stworzyli rodzaj syndykatu, co pozwoliłoby nam na dysponowanie kwotą, z którą amerykańskie stowarzyszenie nie mogłoby konkurować?
Delegaci spojrzeli po sobie. Wydawało się, że Dean Toodrink trafił w sedno. Syndykat... W naszych czasach słowo to może oznaczać wszystko. Syndykaty zawiązuje się tak łatwo, jak się oddycha, jak się pije, jak je, jak śpi... Nic bardziej na czasie - zarówno w polityce, jak i w interesach.
Jednakże istniało pewne "ale", które należało zawczasu wyjaśnić. Wyrażając uczucia pozostałych, Jacques Jansen zapytał:
- A potem...?
- Tak! A co potem, po przejęciu przez syndykat własności?
- Cóż, sądzę, że Anglia... - odrzekł sucho major.
- I Rosja! - dorzucił pułkownik, którego brwi groźnie się nastroszyły.
- I Holandia! - powiedział radca.
- Skoro Bóg dał Duńczykom Danię... - zauważył Eric Baldenak.
- O przepraszam! - wykrzyknął Dean Toodrink. - Bóg ofiarował tylko jeden kraj, a była to Szkocja...
- A niby czemuż to? - zdziwił się delegat szwedzki.
- Czy poeta nie mówi: Deus nobis haec otia fecit - zripostował ten kawalarz, przytaczając swoją interpretację szóstego wersu z pierwszej pieśni Wergiliusza43.
Wszyscy, z wyjątkiem majora Donellana, wybuchnęli śmiechem i tak kolejny impas w dyskusji został tego dnia zażegnany.
Na co odezwał się Dean Toodrink:
- Panowie, nie spierajmy się, co nam to przyniesie... Załóżmy lepiej nasz syndykat...
- A co potem? - powtórzył Jan Harald.
- Potem? - odrzekł Dean Toodrink - nic prostszego, panowie. Jedno z dwojga. Albo po zakupie teren polarny pozostanie waszą wspólną własnością, albo za przyzwoitą kwotę odstąpicie swoją część jednemu ze wspólników. Ale główny cel zostanie osiągnięty, czyli kategorycznie wyeliminujecie przedstawicieli Ameryki!
Propozycja ta miała swoje zalety, przynajmniej na chwilę obecną, gdyż należało przypuszczać, że w najbliższej przyszłości delegaci i tak chwycą się za czupryny - zakładając oczywiście, że będą je jeszcze mieli - jak tylko przyjdzie do wyboru ostatecznego właściciela tej tak pożądanej, a tak nieużytecznej nieruchomości. Jednak w tej sytuacji, jak sprytnie zauważył Dean Toodrink, Stany Zjednoczone wypadłyby z gry.
- To mi się wydaje sensowne - powiedział Eric Baldenak.
- Zręczne - odezwał się pułkownik Karkow.
- Zgrabne - rzekł Jan Harald.
- Sprytne - dodał Jacques Jansen.
- I jakie angielskie... - podsumował major Donellan.
Każdy z odzywających się liczył, że w mitycznym "potem" i tak przechytrzy swoich szanownych kolegów.
- Tak więc, panowie - podjął Borys Karkow - zgadzamy się wszyscy, że utworzenie naszego syndykatu zagwarantuje w przyszłości prawa każdemu z państw członkowskich?
Wszyscy się zgodzili.
Pozostało jeszcze upewnić się co do wysokości kwot, jakie poszczególne państwa powierzyły swoim reprezentantom. Nie ulegało wątpliwości, że po zsumowaniu ich, środki North Polar Practical Association okażą się znacznie mniejsze.
Pytanie to zadał Dean Toodrink.
Ale cóż to? Kompletna cisza. Nikt się nie kwapił do odpowiedzi. Zdradzić zawartość swojego portfela? Opróżnić go na rzecz jakiegoś syndykatu? Z góry przyznać się do jakiej kwoty weźmie się udział w licytacji? Nikomu się do tego nie spieszyło. A jeśli wśród świeżo upieczonych syndykalistów pojawią się później zgrzyty? A jeśli okoliczności zmuszą ich, by stanęli przeciwko sobie, każdy we własnym interesie? A jeśli dyplomata Karkow będzie dotknięty sztuczkami Jacques'a Jansena, a tego obrażą podstępy Erica Baldenaka, którego z kolei zirytują szachrajstwa Jana Haralda, który nie zniesie wielkopańskich póz majora Donellana, bez żenady intrygującego przeciwko wszystkim razem i każdemu z osobna? Wyjawić wysokość swojego kredytu było jak odkrycie kart, podczas gdy należałoby je raczej trzymać dobrze za pazuchą.
Doprawdy, na to obcesowe pytanie Deana Toodrinka można było odpowiedzieć tylko na dwa sposoby. Albo wyolbrzymić posiadaną sumę - co jednak stałoby się bardzo kłopotliwe podczas wpłacania swojej części do wspólnej kasy - albo przedstawić ją jako tak dalece niewielką, że wzbudziłaby tylko śmiech i cała kwestia spełzłaby na żartach.
Tego ostatniego uchwycił się były radca Indii Holenderskich, który - musimy to przyznać - nie był człowiekiem wielkiej powagi, a pozostali ochoczo poszli w jego ślady.
- Panowie - oznajmił w imieniu Holandii - z przykrością stwierdzam, że na zakup posiadłości arktycznej mam do dyspozycji zaledwie pięćdziesiąt riksdalerów44.
- A ja trzydzieści pięć rubli - powiedziała Rosja.
- A ja dwadzieścia koron - odezwały się Szwecja z Norwegią.
- A ja piętnaście koron - poinformowała Dania.
- No cóż - odrzekł na to major Donellan, a w jego głosie zabrzmiała wyniosła pogarda, jak to zwykle u Brytyjczyków - oznacza to, że licytacja rozstrzygnie się na waszą korzyść, ponieważ Anglia nie może wyłożyć więcej niż jednego szylinga i sześć pensów!
I to ironiczne oświadczenie zakończyło prześwietne zebranie przedstawicieli staruszki Europy.
28 Feroë - właśc. Färoyar; wyspy na Morzu Norweskim, nazywane też Wyspami Owczymi.
29 Jens Munk (1579-1628) - u Verne'a: Jean Munk; duński żeglarz i odkrywca urodzony w Norwegii, badacz Arktyki, będąc w służbie duńskiego króla Chrystiana IV Oldenburga, próbował odkryć Przejście Północno-Zachodnie.
30 Willem Barents (1550?-1597) - holenderski żeglarz, w 1596 roku odkrył Spitsbergen i Wyspę Niedźwiedzią; Jacob van Heemskerck (lub van Heemskerk, 1567-1607) - holenderski żeglarz i admirał.
31 1741 rok - u Verne'a: 1751 rok.
32 Wasilij Jakowlewicz Cziczagow (1726-1809) - rosyjski admirał floty i odkrywca; w roku 1764 wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez Łomonosowa, mającej za zadanie znalezienie Przejścia Północno-Wschodniego; wyprawa dotarła do 80° 30' N.
33 Henry Grinnell (1799-1874) - u Verne'a: Grinnel; nowojorski zaopatrzeniowiec morski, który sfinansował wyprawy Kane'a i Wilkesa; Elisha Kent Kane (1820-1857) - amerykański podróżnik i badacz polarny, lekarz okrętowy; Isaac Israel Hayes (1832-1881) - amerykański lekarz, badacz Arktyki.
34 Zjednoczone Królestwo - właśc. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, istniejące w latach 1801-1922; Kolumbia Brytyjska - prowincja w zachodniej Kanadzie, nad Oceanem Spokojnym, do roku 1867 odrębna kolonia.
35 Kliptringan, wielki angielski geograf - postać fikcyjna.
36 Hugh Willoughby (1516-1554) - u Verne'a: Willoughi; angielski żołnierz i żeglarz, jeden z pierwszych badaczy Arktyki; Robert John Le Mesurier McClure, sir (1807-1873) - u Verne'a: Mac Clure; brytyjski podróżnik, badacz polarny, wiceadmirał.
37 Fize, admirał - postać fikcyjna; Martin Frobisher (1535-1594) - angielski żeglarz i odkrywca, odkrył Ziemię Baffina i Zatokę Frobishera; John Davis (1550-1605) - angielski żeglarz i odkrywca; odkrył wyspy Cumberland i Wyspy Falklandzkie; James Hall (?-1612) - angielski pilot i żeglarz polarny; wziął udział w trzech wyprawach do Grenlandii w służbie duńskiej i dowodził czwartą, poszukującą osad wikingów; Henry Hudson (ok. 1550-1611) - angielski żeglarz; w 1607 roku odkrył wyspę Jan Mayen; w 1608 roku dotarł do Nowej Ziemi, w 1609 roku do Nowej Fundlandii i Rzeki Hudsona, w latach 1610-1611 do Cieśniny Hudsona i Zatoki Hudsona na Oceanie Arktycznym; William Baffin (1584-1622) - angielski żeglarz i odkrywca, odkrył Ziemię Baffina i Zatokę Baffina; James Cook (1728-1779) - słynny angielski podróżnik i odkrywca; kierował trzema wyprawami dookoła świata; John Ross (1777-1856) - z pochodzenia Szkot, wiceadmirał w angielskiej Marynarce Wojennej, badacz Arktyki; odkrył Wyspę Króla Williama; William Edward Parry, sir (1790-1855) - brytyjski badacz polarny, kontradmirał; w latach 1818-1825 próbował forsować Przejście Północno-Zachodnie i dotrzeć do bieguna północnego; Frederick William Beechey (1796-1856) - u Verne'a: Bechey, oficer marynarki wojennej, artysta, odkrywca; Edward Belcher (1799-1877) - brytyjski oficer marynarki wojennej; zajmował ważną pozycję podczas nabywania Hongkongu oraz zdobywania Kantonu; Mulgrave - być może kapitan Constantine John Phipps, baron Mulgrave (1744-1792), dowódca wyprawy arktycznej, w której brał udział również Banks; William Scoresby (1789-1857) - kapitan, wielorybnik, szkocki badacz Arktyki; Leopold McClintock, sir (1819-1907) - u Verne'a: Mac Clintock, członek ekspedycji Belchera (1852-1854), następnie dowódca wyprawy (1857-1859) wysłanej przez lady Franklin w celu odnalezienia jej męża; William Kennedy (1813-1890) - kapitan statku wielorybniczego, który w latach 1850-1853 poprowadził wyprawę finansowaną przez lady Franklin i odkrył Cieśninę Bellota; Richard Collinson, sir (1811-1883) - angielski żeglarz i admirał, w latach 1851-1854 stał na czele wyprawy, która na pokładzie "Enterprise" wyruszyła, by odszukać Franklina i znaleźć północno-zachodnią drogę przez Cieśninę Beringa; Archer - nie odnaleziono.
38 John Cabot (właśc. Giovanni Caboto, zwany John Cabot, 1450-1498) - włoski żeglarz w służbie angielskiej; Gaspar i Miguel Corte Real (Corte-Real 1450-1501?) i (1450-1502?) - u Verne'a: Cortereal; Gaspar - portugalski żeglarz i odkrywca; szukając Przejścia Północno-Zachodniego, dotarł w 1500 roku do zachodnich brzegów Grenlandii; w 1501 roku zorganizował następną wyprawę (wziął w niej udział starszy brat Gaspara, Miguel), która dotarła do Labradoru i Nowej Fundlandii; bracia się rozdzielili, Miguel powrócił z dwoma statkami do Portugalii, a Gaspar wyruszył na południe. W czasie tej wyprawy Gaspar ze swą załogą zaginął bez wieści. Podjęta w 1502 roku wyprawa Miguela w celu odnalezienia Gaspara zakończyła się niepowodzeniem i zaginięciem Miguela.
39 Christiania - dawna nazwa Oslo, obecnej stolicy Norwegii.
40 Morze paleokrystaliczne - morze pokryte starym lodem tzw. paleokrystalicznym; przypuszcza się, że tego typu lód powstaje na szelfie głównie Grenlandii i Wyspy Ellesmere'a, a następnie przedostaje się w głąb Arktyki pod postacią "wysp lodowych", stając się w końcu częścią wielkiego paku biegunowego (olbrzymiej kry lodowej).
41 Henry John Palmerston (1784-1865) - brytyjski polityk, torys, od roku 1828 wig; w latach 1830-1834, 1835-1841 i 1846-1851 minister spraw zagranicznych; 1855-1865 przywódca Partii Liberalnej oraz 1855-1858 i 1859-1865 premier; prowadził aktywną politykę europejską i imperialną.
42 W oryginale Old Reekie (ang.) - Stary Śmierdziel, przydomek Edynburga (nazwa pochodzi od dymiących kominów fabryk na jednym z przedmieść Edynburga, stolicy Szkocji).
43 Deus nobis haec otia fecit (łac.) - Bóg nam oto darował czas błogi; Wergiliusz (właśc. Publius Vergilius Maro, 70-19 r. p.n.e.) - poeta, najwybitniejszy rzymski epik, autor epopei Eneida, a także Bukolik i Georgik.
44 Riksdaler - właśc. rijksdaalder; srebrna moneta bita w państwach niderlandzkich.