12 września, piątek 2008 roku, Chęciny
- Super, że jesteś! Wszyscy na ciebie czekają! - zawołała rudowłosa
dziewczyna z szerokim uśmiechem w stronę blondynki, która właśnie
wkroczyła do ogrodu z gracją kogoś, kto zawsze przyciąga uwagę. Jej dłoń
spoczywała w ręku przystojnego niebieskookiego chłopaka. Razem wyglądali
jak żywcem wyjęci z reklamy luksusowego życia - idealni, pewni siebie,
nierealni. - Dziewczyny już czekają, są podjarane - dodała z ożywieniem.
- Sorry, ale zatrzymała nas pilna potrzeba - odparła blondynka, mrugając
porozumiewawczo do swojego towarzysza. On zaśmiał się na jej aluzję.
- Chcecie coś do picia? - zapytała ruda, z entuzjazmem poprawiając
włosy, które opadały jej na ramiona w luźnych falach.
- Jeśli masz coś lepszego niż piwo z beczki, to chętnie - powiedziała
blondynka z pogardą w głosie, rozglądając się po rozległym ogrodzie.
Wokół, przy blasku lampionów, młodzi ludzie bawili się w rytm muzyki
dobiegającej z głośników.
- Jasne! Moi rodzice mają barek pełen najlepszych alkoholi -
zaświergotała rudowłosa i bez czekania na odpowiedź zniknęła w głębi
domu, pozostawiwszy ich samych.
Blondynka przyglądała się bawiącym się rówieśnikom.
- Coraz więcej przeciętniaków przyjmują do tej szkoły - wyszeptała niby
do siebie, choć doskonale wiedziała, że niebieskooki ją słyszy.
- Chłopaki z drużyny z chęcią pomogą ci w eliminacjach. - Pochylił się
ku niej. W jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.
- Świetnie, na to liczyłam - odpowiedziała, nawet na niego nie patrząc,
jakby to, co powiedział, było równie oczywiste jak to, że była w centrum
uwagi.
Rudowłosa wróciła błyskawicznie z dwoma kieliszkami wypełnionymi
kolorowym alkoholem. Z dumą podała je blondynce i jej towarzyszowi,
oczekując słów uznania, które nie padły.
- Zaczynajmy. - Blondynka uniosła kieliszek, patrząc na tłum z wyższością.
Ruda gospodyni odwróciła się w stronę zgromadzonych, z rękami w górze,
by przyciągnąć ich uwagę.
- Halo, uwaga! - zaczęła. - Wszystkie dziewczyny, które zgłosiły się do
eliminacji do drużyny cheerleaderek, proszę podejść tutaj! - zawołała
donośnie, przekrzykując muzykę i gwar rozmów.
Jej głos przebił się przez hałas imprezy. To był moment, na który
wszyscy czekali.
Zainteresowane dziewczyny zaczęły gromadzić się w grupkę, liczącą około
dwudziestu osób. Część z nich szeptała nerwowo, inne stały wyprostowane,
aby od razu zrobić jak najlepsze wrażenie. Blondynka stanęła przed nimi,
uśmiechając się nonszalancko.
- Jak dobrze wiecie, bycie cheerleaderką to przede wszystkim dobra
prezencja - mówiła stanowczym tonem. Chciała stworzyć wrażenie, że
wygłaszała ważną przemowę. - Nikt nie chce patrzeć na brzydkie albo
grube dziewczyny. - Jej słowa zawisły w powietrzu. Wśród dziewczyn
pojawiło się kilka speszonych spojrzeń, a grupka młodych mężczyzn
stojących z boku parsknęła śmiechem. Blondynka kontynuowała: - Bycie w mojej drużynie to genialny wygląd, wyczucie rytmu i elastyczność.
Dlatego każdy z tych elementów zostanie dziś przetestowany. A na końcu
zostaną te dwie dziewczyny, które naprawdę zasługują na miejsce w drużynie.
- Zawsze myślałam, że pomponiara powinna po prostu machać pomponami -
rzuciła dziewczyna z asymetryczną fryzurą. Jej ton był przesycony
sarkazmem i natychmiast przyciągnął uwagę całego towarzystwa.
Bezceremonialnie spojrzała na blondynkę. Kontrast między nimi był
uderzający. Tamta prezentowała nienaganny, dopracowany w każdym detalu
wygląd, podczas gdy ona emanowała nonszalancją w sportowych szortach i luźnym topie na ramiączkach. - W sumie małpa też by dała radę - dodała i uśmiechnęła się szyderczo.
Zapadła pełna napięcia cisza, która błyskawicznie wytrąciła rudowłosą z równowagi.
- Ej, skąd się tu wzięłaś? - wycedziła. - Nikt cię nie zapraszał.
Natomiast blondynka, ku zdziwieniu zgromadzonych, uśmiechnęła się i zmierzyła buntowniczkę lodowatym spojrzeniem.
- Po co tu przyszłaś? Podobno nami gardzisz.
Buntowniczka wzruszyła ramionami, ale w jej oczach pojawił się błysk
ekscytacji.
- Rok w rok ta sama szopka. Gnoisz nowe laski, udajesz, że to
rekrutacja, a tak naprawdę jarasz się tym, że możesz się nad kimś
pastwić. Musisz czuć władzę, bo bez tego jesteś nikim - powiedziała
ostro. - Nie dajcie się wkręcić - mówiła głośno, spoglądając dookoła. -
Ona nie szuka żadnych kandydatek. Potrzebuje ofiary, aby podnieść sobie
samoocenę.
Twarz blondynki stężała, a w jej oczach błysnęła wściekłość.
Rudowłosa również już kipiała ze złości i w końcu nie wytrzymała:
- To moja impreza. Spadaj, Saro!
Nastolatka uśmiechnęła się lekko. Osiągnęła cel.
- Z wielką przyjemnością - odparła i odwróciła się na pięcie. Zanim
ruszyła do wyjścia, dodała jeszcze przez ramię: - Dziewczyny, nie dajcie
się. Ona chce was tylko wykorzystać.
Kiedy mijała blondynkę, ta nachyliła się do niej i syknęła cicho:
- Jesteś żałosna i zawsze będziesz sama.
Sara zatrzymała się, patrząc jej w oczy. Miała stanowcze spojrzenie.
- Wolę być sama, niż dawać ci poczucie, że jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało - wyszeptała. - Udajesz liderkę, ale wciąż jesteś małą
dziewczynką, która chce zaimponować tatusiowi.
Ostatnie słowa były wypowiedziane tak cicho, by tylko blondynka mogła je
usłyszeć. Twarz liderki napięła się w gniewie.
- Konrad, pokaż jej, gdzie są drzwi - rzuciła, nawet nie zerkając na
chłopaka. Jej wzrok był utkwiony w Sarze, toczyły nieme starcie, w którym słowa były zbędne.
Chłopak automatycznie ruszył w stronę buntowniczki. Stanął przed nią,
sugerując kierunek wyjścia.
- Ty też kiedyś przejrzysz na oczy - stwierdziła Sara, mijając go z uniesioną głową.
Konrad otworzył szeroko drzwi i czekał, aż wyjdzie, a następnie
zatrzasnął je z impetem.
- Skoro śmieci się już wyniosły, możemy zaczynać - oznajmiła blondynka z zadowoleniem, spoglądając po zgromadzonych. Jej głos był teatralny.
Reszta imprezowiczów natychmiast zareagowała, oklaski i śmiechy
przetoczyły się przez tłum, jakby opowiedziała najlepszy żart wieczoru.
- Pierwsze zadanie jest proste. Musicie przejść od jednego końca basenu
do drugiego w samej bieliźnie. Jury, czyli ja i koledzy z drużyny piłki
nożnej, ocenimy, czy się nadajecie, czy nie - przedstawiła plan z uśmiechem, dając iluzję, że to ma być niewinna zabawa.
Wśród dziewczyn chcących dołączyć do drużyny cheerleaderek rozległy się
pełne niepokoju szepty. Jedne patrzyły na siebie zdezorientowane, inne
wymieniały ukradkowe spojrzenia, próbując zrozumieć, czy to na pewno nie
żart. Po chwili dwie wycofały się i biegiem opuściły rządek, w którym
stały.
- Cenię samokrytykę i realistyczne spojrzenie na własne możliwości -
rzuciła blondynka chłodno, spoglądając za odchodzącymi. - Zostało was
więc osiemnaście, a ja mam tylko dwa miejsca w drużynie. Lepiej
pokażcie, na co was stać.
Jej słowa wywołały mieszankę emocji - przerażenie, wstyd i determinację.
Dziewczyny, wyraźnie spięte, powoli zaczynały przyswajać zasady gry. W tłumie słychać było gwizdy i komentarze chłopaków, a blondynka stała jak
królowa, czekając na pierwszą odważną.
Światła imprezy tańczyły na powierzchni basenu, nadając miejscu klimat
jak z filmowej scenografii. Ale dla uczestniczek ten obraz miał smak
wyroku.
Blondynka rozsiadła się w samym centrum na leżaku, otoczona kolegami z drużyny piłkarskiej. W dłoni obracała drinka, a jej spojrzenie
przeszywało uczestniczki niczym lód.
Po chwili w końcu pierwsza odważna wyszła na "wybieg" przy basenie.
Miała na sobie prostą bawełnianą bieliznę, która akcentowała jej krągłe
kształty. Zanim zdążyła się ruszyć, rozległ się rechot i jeden z chłopaków wtrącił:
- Lepiej pasowałabyś na maskotkę drużyny, na przykład miśka!
Tłum wybuchł śmiechem. Blondynka przewróciła oczami, teatralnie
westchnęła i zabrała głos:
- Uważasz, że ktoś chce patrzeć na wieloryba? Szukam cheerleaderek, a nie osób, które mogą reklamować obóz dla grubasów.
Oceniana zacisnęła wargi, ale zanim coś odpowiedziała, blondynka
machnęła ręką.
- Następna!
Kolejna dziewczyna, wysoka i szczupła, podeszła do zadania z większą
pewnością. Jednak zanim zdążyła przejść połowę drogi, jeden z chłopaków
zawołał szyderczo:
- Nogi jak precle!
Blondynka spojrzała na uczestniczkę z perfidnym uśmiechem i powiedziała:
- Nie dość, że masz krzywe nogi, to jeszcze wyglądasz, jakbyś przez
tydzień nie czesała włosów. Koszmar!
Śmiechy narastały, a kandydatka spuściła wzrok, chcąc zniknąć z pola
widzenia. Blondynka jednak nie pozwoliła jej odejść bez ostatniego
ciosu:
- Zrób sobie przysługę i wbij sobie do głowy, że jesteś brzydka.
Następne dziewczyny szły jak na skazanie. A blondynka wytykała każdą
niedoskonałość - zaokrąglony brzuch, mało wyrazisty biust, zbyt dużą
ilość piegów na twarzy.
- Czy my organizujemy casting do horroru? Spójrzcie na tę twarz! Co to
ma być, charakteryzacja na Halloween? - rzuciła w stronę kolejnej
dziewczyny, która nie zdołała powstrzymać łez i wybiegła z ogrodu.
Tłum wiwatował, śmiał się i klaskał. Drużyna piłkarska prześcigała się w kąśliwych komentarzach, a każda kolejna uwaga blondynki była przyjmowana
jak żart wieczoru.
- Czy w tej szkole są w ogóle ładne dziewczyny? Następna! - zawołała z podłym uśmiechem.
Dla niej to była gra, zabawa, sposób na pokazanie, kto tu rządzi. A dla
uczestniczek, które się przed nią przechadzały, to była trauma. Każda z nich została upokorzona.
Po przejściu wszystkich dziewczyn blondynka uniosła kieliszek:
- Zostały te, które mogą spojrzeć w lustro. Czasami brutalna szczerość
to najlepsza przysługa, jaką można komuś wyświadczyć.
Śmiechy znów wypełniły ogród, a blondynka, zadowolona ze swojego
"spektaklu", opadła na leżak. Nie dostrzegała, że na obrzeżach tłumu
niektóre dziewczyny stały w milczeniu z oczami pełnymi łez i gniewu.
Upokorzone wiedziały, że tej nocy nie zapomną ani słów blondynki, ani
jej szyderczego śmiechu, który odbijał się w ich głowach jak echo
zniewagi.
Po chwili królowa ceremonii znów się odezwała:
- Czas na rundę drugą - oznajmiła. Wstała z leżaka i pewnym krokiem
przechadzała się przed dziewczynami, które przetrwały pierwsze zadanie.
- Zostało was dziesięć, więc osiem musi odpaść. Teraz sprawdzimy wasze
poczucie rytmu. Każda z was pokaże seksowną solówkę do wybranego utworu.
Te słowa wywołały nową falę niepokoju wśród dziewczyn. Kilka z nich
nerwowo poprawiło włosy, inne zacisnęły dłonie na biodrach, próbując
dodać sobie odwagi. W tle rozbrzmiewała muzyka, taneczne hity, z dominującymi basami, które podkreślały rosnące napięcie.
- No, co tak stoicie? Ruszcie się! I pamiętajcie, że w cheerleadingu
liczy się show. Jeśli nie potraficie tańczyć, to jak zamierzacie
rozgrzewać tłumy na stadionie? - fuknęła blondynka, przewracając oczami.
Wyglądała perfekcyjnie - od idealnie ułożonej fryzury po makijaż. Była
jak wzór niedoścignionego stylu.
Pierwsza kandydatka, drobna brunetka, nieśmiało wyszła na środek.
Wybrała popularny popowy hit Britney Spears i zaczęła się poruszać, ale
była zdenerwowana, widać było, że tańczy w strachu.
- To ma być solówka czy próbujesz rozgrzać się przed gimnastyką
korekcyjną? - skomentował jeden z chłopaków, a tłum wybuchł śmiechem.
Blondynka uniosła rękę, uciszając ich, i spojrzała na dziewczynę z przesadnym współczuciem.
- Taki taniec to jak prośba o jałmużnę pod kościołem. Następna!
Brunetka szybko uciekła na bok, walcząc z łzami.
Jako następna wyszła wysoka blondynka o modelowej sylwetce. Jej pewność
siebie była wyczuwalna, choć widać było, że obserwuje tłum, spodziewając
się jakiejś złośliwej uwagi. Wybrała dynamiczną latynoamerykańską
piosenkę i zaczęła tańczyć z wyczuciem. Jej ruchy były płynne i pełne
wdzięku. Wydawało się, że robi dobre wrażenie, gdy znów jeden z chłopaków przerwał jej występ głośnym gwizdem:
- Co tak się szczerzysz, to nie reklama pasty do zębów!
Blondynka zaśmiała się głośno
- Jesteś sztuczna jak z Photoshopa - rzuciła. - Tragedia.
Dziewczyna zbladła i zacisnęła wargi, starając się nie pokazać, jak
bardzo ją to dotknęło. Bez słowa wróciła na swoje miejsce, próbując
ukryć emocje, które w niej wzbierały.
Kolejne uczestniczki również próbowały swoich sił, ale żadna nie
uniknęła ostrza krytyki. Niska szatynka, która wybrała energetyczny
utwór disco, dała z siebie wszystko. Brak naturalnej gracji nadrabiała
energią i pewnością siebie, ale to nie wystarczyło.
- To ma być taniec czy dziwne rytuały plemienne? - zadrwił ktoś z tłumu,
wywołując falę śmiechu.
- Myślałaś, że to było seksowne? - wtrąciła blondynka. Jej ton był pełen
zniecierpliwienia. - To nie aerobik dla seniorów, tylko selekcja
cheerleaderek. Następna!
Każda dziewczyna wchodziła na środek jak owca prowadzona na rzeź.
Blondynka bezlitośnie pozbawiała je pewności siebie komentarzami, które
trafiały z chirurgiczną precyzją.
- Z takim poczuciem rytmu nawet miotła miałaby większe szanse na wejście
do drużyny.
- Może spróbuj w zespole country. Taniec na linie bardziej by ci
pasował.
- Nie wiem, co było gorsze: twój taniec czy ten koszmarny strój. W czymś
takim wstydziłabym się pokazać nawet na zadupiu w ciemną noc.
Kąśliwe słowa blondynki padały jedno po drugim, wywołując mieszankę
śmiechu i zażenowania wśród zgromadzonych. Gdy ostatnia kandydatka
skończyła swoją próbę, liderka wstała z leżaka, klaszcząc powoli.
- Wygląda na to, że z dziesięciu kandydatek zostały tylko cztery -
oznajmiła. Spojrzała na wybrane dziewczyny z zadowoleniem. - A więc
przed wami ostatnia konkurencja - ogłosiła. - Najtrudniejsza, ale
pokazująca, jak bardzo chcecie być w drużynie.
Jej słowa zabrzmiały złowieszczo, a w oczach dziewczyn, które przetrwały
poprzednie rundy, pojawił się lęk. Kandydatki zerkały nerwowo to na
siebie nawzajem, to na blondynkę, która przeciągała moment milczenia,
celowo budując napięcie.
- Cheerleaderka musi być nie tylko ładna, zgrabna i rytmiczna, ale
także... elastyczna - powiedziała z przesłodzonym uśmiechem. Ale w jej
spojrzeniu kryło się coś nieludzkiego. - I w tej konkurencji pomogą mi
koledzy.
Chłopcy z drużyny piłkarskiej, dotąd rozłożeni na leżakach, rzucili
sobie porozumiewawcze spojrzenia. Wysoki brunet z zuchwałym uśmiechem
uniósł brwi w pytającym geście, a blondynka skinęła głową, potwierdzając
coś, co pozostało niewypowiedziane.
- Każda z was pójdzie z jednym z chłopaków na górę do sypialni -
poleciła tonem, jakby proponowała coś zupełnie zwyczajnego. - Tam
będziecie miały szansę pokazać, na co was stać. Moi przyjaciele ocenią,
czy jesteście wystarczająco zaangażowane, żeby dołączyć do drużyny.
Słowa zawisły w powietrzu, a po nich zapadła cisza. Część imprezowiczów
spojrzała po sobie, zmieszana, ale nikt nie odważył się odezwać. Byli
uczestnikami gry, którą prowadziła blondynka. Gry, w której ona ustalała
zasady. W głowach niektórych tłukło się usprawiedliwienie: "To przecież
tylko zabawa".
- To jakiś żart - przerwała ciszę jedna z dziewczyn.
Blondynka zmierzyła ją chłodnym wzrokiem. Patrzyła na nią niczym na
wadliwy produkt. Po krótkiej chwili odparła z ironicznym uśmiechem:
- Jeśli uważasz, że to żart, to nie powinnaś tu być. W tej drużynie nie
ma miejsca dla tych, które nie wiedzą, jak walczyć o swoje. Jeśli chcesz
zrezygnować, droga wolna. Cheerleading to dyscyplina dla odważnych, a nie dla tchórzy. - Zrobiła dramatyczną pauzę, po czym dodała: -
Zostajesz?
Jeden z chłopaków wstał, przyciągając uwagę brunetki.
- Chodź, sprawdzimy, czy jesteś tak giętka, jak się wydaje - rzucił z drwiącym uśmiechem i wyciągnął do niej rękę.
Brunetka spojrzała na niego, a potem na blondynkę. Na jej twarzy
pojawiła się mieszanka gniewu i upokorzenia. Zrobiła krok do tyłu,
unosząc dumnie głowę.
- Nie. Nie będę w tym uczestniczyć.
Blondynka westchnęła teatralnie i rozłożyła ręce w geście przesadnego
współczucia.
- Szkoda. W takim razie żegnamy cię. Pamiętaj tylko, że sukces wymaga
poświęceń. Ale nie każdy ma w sobie odwagę, by się poświęcić - dodała z cynicznym uśmiechem.
Brunetka zmierzyła ją wzrokiem pełnym nienawiści, zanim odwróciła się na
pięcie i zniknęła w tłumie. Jej zdecydowany krok mówił więcej niż
jakiekolwiek słowa.
Wokół zapanowała cisza, a reszta dziewczyn, które pozostały, nerwowo
zerkała na siebie. Toczyły wewnętrzną walkę, co zrobić. Blondynka
uniosła brew, widząc ich wahanie.
- No i co? Macie zamiar stać tu całą noc? - zapytała. - Czyżby i was to
przerosło? - spytała z wyzwaniem w głosie. - Jeśli tak, to może
zakończmy tę farsę i przestańmy marnować czas.
Trzy dziewczyny wymieniły niepewne spojrzenia, a chłopcy, siedzący na
leżakach, czekali, która pierwsza odważy się spełnić żądanie blondynki.
Atmosfera gęstniała. Tłum obserwował sytuację w ciszy. Nie było wiadomo,
czy to jeszcze gra, czy już coś, co przekroczyło granice akceptowalnego
zachowania.
Twarze trzech dziewczyn, które pozostały w "grze", wyrażały niepewność.
Żadna z nich jednak nie chciała być tą, która się podda. Blondynka
zaśmiała się, rozkoszując się widokiem ich walki wewnętrznej. Potem
klasnęła w dłonie.
- Trochę determinacji! Tego oczekuję od członkiń mojej drużyny! -
powiedziała, rozglądając się po twarzach zgromadzonych.
Wskazała na wysokiego blondyna o aroganckim uśmiechu.
- Blaze, ta jest twoja - oznajmiła, kiwając głową w stronę rudowłosej
dziewczyny, która odruchowo spuściła wzrok. Niepewnie podeszła do niego,
próbując ukryć drżenie dłoni.
- Misiek ty weź tę - dodała, wskazując na drugą dziewczynę, która stała
z zaciśniętymi pięściami.
Trzecia z dziewczyn, wysoka brunetka, spojrzała na blondynkę niemal
błagalnym wzrokiem, ale ta tylko uśmiechnęła się triumfalnie.
- A twoim partnerem będzie Kubi - oznajmiła, wskazując na muskularnego
chłopaka z fryzurą na klasycznego piłkarza.
Nastolatek puścił do dziewczyny oko z bezczelnym uśmiechem.
Blondynka ponownie rozsiadła się wygodnie na leżaku i dodała:
- Macie dwadzieścia minut. Liczę na szczegółowe raporty.
Słowa te zawisły w powietrzu jak ostateczny werdykt, a dziewczyny z trudem powstrzymywały łzy, gdy podchodziły do przydzielonych im
chłopaków.
A oni, uśmiechając się w sposób, który jednoznacznie zdradzał ich
intencje, ruszyli na górę z dziewczynami, prowadząc je jak trofea. W tłumie rozlegały się szepty, wymieniano porozumiewawcze spojrzenia.
Atmosfera stawała się nieprzyjemna, wszyscy wyczuwali, że granica jednak
została przekroczona.
Tylko blondynka wyglądała na zadowoloną. Czuła się królową, patrzącą na
poddanych posłusznie wykonujących jej rozkazy. Miała na twarzy uśmiech
pełen samozadowolenia, w jej oczach błyszczała wyższość, której nikt nie
miał odwagi zakwestionować.
Po upływie wyznaczonego czasu na schodach pojawiły się dwie pary. Blaze
i Misiek prowadzili swoje towarzyszki, które wyglądały na zmieszane, ale
starały się zachować twarz. Blaze, z szerokim uśmiechem, podszedł do
blondynki i odezwał się głośno, tak by wszyscy słyszeli:
- Ta mała ma w sobie ducha walki. Nie tylko jest elastyczna, ale i pełna
inicjatywy.
Misiek zaś, klepiąc swoją partnerkę po plecach, rzucił z rozbawieniem:
- Zdecydowanie zasługuje na miejsce w drużynie. Pokazała, że potrafi dać
z siebie wszystko.
Blondynka klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Właśnie tego oczekiwałam! Gratulacje, dziewczyny. Witamy w drużynie
cheerleaderek!
Z tłumu rozległy się brawa i wiwaty, ale po chwili uwaga wszystkich
skupiła się na Kubim, który schodził na dół sam.
- Co się stało? - Blondynka uniosła brew z zainteresowaniem.
Kubi wzruszył ramionami.
- Rozpłakała się, jak tylko zacząłem ściągać spodnie. Wybiegła z pokoju,
zanim cokolwiek zdążyłem zrobić.
Blondynka zaśmiała się głośno, bez cienia współczucia.
- Cóż, nie każdy ma to, co trzeba, by być w drużynie. Lepiej, że wyszło
to teraz. - Obróciła się w stronę zgromadzonych, unosząc ręce w triumfalnym geście. - Tylko dwie dziewczyny miały odwagę i determinację,
by przejść wszystkie próby. Oklaski dla nich!
Tłum posłusznie klaskał, choć na twarzach niektórych malował się
niesmak. Blondynka jednak zdawała się zupełnie nie zauważać mieszanych
reakcji. Zbliżyła się do nowo przyjętych członkiń drużyny i objęła je
ramionami.
- Cieszcie się tą chwilą, bo to był przedsmak tego, co was czeka. - W tych słowach pobrzmiewała słodko-gorzka nuta ironii.
23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce
Od ponad ośmiu miesięcy podkomisarz Ewa Piórkowska mieszkała i pracowała
w Kielcach. Całkiem dobrze poradziła sobie z przejściem do większej
jednostki niż ta w Nowinach. Początkowo obawiała się, jak przyjmą ją
nowi koledzy, lecz jej pozytywne nastawienie, bystrość i pracowitość
szybko zyskały uznanie zespołu. Współpracownicy docenili jej opanowanie
i umiejętność radzenia sobie w najbardziej wymagających sytuacjach, co
pomogło jej płynnie wtopić się w rytm pracy komendy w Kielcach.
Nie przydzielono jej stałego partnera, dlatego uczestniczyła w różnych
akcjach, wspierając tych, którzy akurat potrzebowali pomocy. Taka
różnorodność obowiązków jej odpowiadała. Każde nowe zadanie było okazją
do nauki i zdobycia cennego doświadczenia. Praca w Kielcach otworzyła
przed nią możliwość angażowania się w sprawy, które w Nowinach były
rzadkością lub nie zdarzały się wcale, co dodatkowo motywowało ją do
działania.
Naczelnik Paweł Miszkiel wzbudzał w Ewie respekt i szacunek. Od początku
zauważyła, że dbał o swoich ludzi i starał się, aby każdy czuł się
częścią zespołu. Prokurator Dawid Zygadło, z którym Ewa się
zaprzyjaźniła, potwierdził jej spostrzeżenia. Według niego Miszkiel był
człowiekiem, który zawsze wyciągał pomocną dłoń, pod warunkiem że ktoś
działał uczciwie i zgodnie z zasadami. Ta świadomość dopingowała Ewę do
pracy. Chciała udowodnić, że jej miejsce w wydziale nie było
przypadkowe, lecz wynikało z umiejętności i zaangażowania.
Jak każdego poranka Piórkowska właśnie zmierzała w stronę mieszkania
prokuratora, bo mieli razem jechać do pracy. Biuro Dawida mieściło się
niedaleko komendy, więc wspólne dojazdy były wygodne. Po przeprowadzce
do Kielc Ewa wynajęła dwupokojowe mieszkanie w bloku, które znajdowało
się zaledwie dwie klatki od mieszkania Zygadły. To on zaproponował jej
tę lokalizację. Chciał, aby czuła się pewniej w nowym mieście.
Poznali się podczas wspólnej sprawy w Nowinach. W ciągu ostatnich ośmiu
miesięcy ich relacja stała się bliska, ale nigdy nie pojawiły się żadne
romantyczne uczucia. Oboje czuli, że nie ciągnie ich do siebie w tym
sensie. Lubili spędzać razem czas, jednak ich więź miała wyłącznie
charakter przyjacielski.
Już na początku przedyskutowali temat swojej relacji. Sprowokowała ich
do tego sugestia byłej dziewczyny Dawida, Ady, która wyjechała z jego
synkiem w podróż dookoła świata. Ada sugerowała, że Ewa i Dawid mogliby
stworzyć udany związek. Jednak ani jedno, ani drugie nie widziało siebie
w takim układzie. Dawid nie był gotowy na coś stałego. Wolał
niezobowiązujące spotkania z młodszymi kobietami. Ewa natomiast chciała
partnera, który wiedziałby, czego chce od życia, i miałby podobne
priorytety jak ona.
Ostatecznie zgodzili się, że płaszczyzna przyjaźni zupełnie im
odpowiada. Dziś Ewa bez wahania mogła powiedzieć, że Dawid jest jej
najlepszym przyjacielem, i czuła się z tym dobrze. Relacja z nim była
dla niej ważnym wsparciem w nowym miejscu, zarówno w pracy, jak i poza
nią.
Nacisnęła przycisk dzwonka i chwilę czekała, aż drzwi mieszkania
prokuratora się otworzą. Ku jej zdziwieniu w progu zamiast Dawida
pojawiła się blondynka ubrana jedynie w krótki T-shirt i figi. Widok ten
zaskoczył ją, ponieważ Zygadło zazwyczaj pozbywał się swoich towarzyszek
niemal od razu po upojnych chwilach. Kobiety nie zostawały u niego do
rana.
- Słucham? - zapytała niepewnie, wbijając w Ewę oceniający wzrok.
- To ja słucham - odpowiedziała z oburzeniem Piórkowska. - Kim pani jest
i co pani robi u mnie w mieszkaniu? - dodała stanowczym tonem. Kobieta
zamarła, a na jej twarzy pojawiło się przerażenie. - Gdzie jest mój mąż?
- Ewa udawała zirytowaną żonę.
Liczyła, że Dawid doceni jej małą improwizację, zwłaszcza że
najprawdopodobniej nie zamierzał się już z tą kobietą spotkać.
- Dawid jest pani mężem? - Blondynka chwyciła spodnie leżące na komodzie
i zaczęła je nerwowo wkładać.
- Od dziesięciu lat. - Ewa skrzyżowała ręce na piersiach i obserwowała,
jak dziewczyna w panice zbiera swoje rzeczy.
- Nie mówił, że jest żonaty - tłumaczyła się tamta, narzucając na siebie
kurtkę.
- Zaraz mu o tym przypomnę - fuknęła Ewa. - A dla pani lepiej będzie,
jeśli opuści pani moje mieszkanie.
Dziewczyna kiwnęła głową i wybiegła na klatkę schodową, wciągając na
nogi buty typu emu. Zabawne było to, że dziewczyny nie zdziwiło, iż Ewa
zadzwoniła do drzwi, zamiast otworzyć je własnym kluczem, skoro tu
mieszkała.
Gdy drzwi zamknęły się za kobietą z hukiem, Piórkowska wybuchła
śmiechem. Młode kobiety, z którymi spotykał się Dawid, były naiwne.
Dobre na chwilę, ale z żadną z nich ani on, ani Ewa nie znaleźliby
wspólnego języka na dłuższą metę.
Dawid zgrywał beztroskiego hedonistę, lecz Ewa podejrzewała, że tęsknił
za Adą. Wiedział, iż ich ponowny związek jest mało prawdopodobny. Był
realistą i rozumiał, że to, co łączyło go z Adą, należy już do
przeszłości.
Weszła do kuchni i od razu włączyła ekspres do kawy. Znała poranne
rytuały Dawida, dlatego zawsze pojawiała się u niego przynajmniej pół
godziny wcześniej, zanim mieli wspólnie jechać do pracy. Prokurator nie
ruszał się z domu bez kubka czarnej kawy i czegoś na ząb, co zwykle
przynosiła ze sobą. Oboje szybko przyzwyczaili się do tej rutyny, która
z czasem nabrała naturalności. Patrząc na nich z boku, ktoś mógłby
pomyśleć, że są dobrym małżeństwem, które zna się na wskroś i dogaduje
bez słów.
- Zaraz muszę wychodzić. Nie wiem, czy zdążę ci zrobić kawę - usłyszała
jego głos z przedpokoju.
Kilka sekund później Zygadło pojawił się w kuchni, miał na sobie tylko
ręcznik owinięty wokół bioder. Wyglądał atrakcyjnie. Jego świetna
sylwetka i ujmująca aparycja tłumaczyły łatwość przyciągania młodych
kobiet. Był szarmancki, a czterdzieści lat i doskonała forma działały na
jego korzyść. Posiadał klasyczną urodę: symetryczną twarz z mocno
zarysowaną szczęką i zarostem, który dodawał mu męskości. Jasne,
przenikliwe oczy przyciągały uwagę, kontrastując z ciemniejszymi,
starannie ułożonymi włosami.
- Ewa?! Co tutaj robisz? - rzucił zaskoczony, gdy w półmroku kuchni
dostrzegł przyjaciółkę, a nie kobietę, z którą spędził ostatnią noc. -
Gdzie ona jest? - zapytał czujnie.
- Jeśli mi powiesz, jak miała na imię, to wyjaśnię, co z nią zrobiłam -
oświadczyła rozbawiona Ewa, kładąc dłonie na biodrach.
Dawid spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem wypuścił powietrze z rezygnacją.
- Nie wiem, ale liczyłem na seks przed pracą - odpowiedział żartobliwie.
Ewa zaczęła się śmiać. Fakt, że nie zadawał sobie nawet trudu, by
zapamiętać imiona dziewczyn, z którymi sypia, zawsze ją bawił.
- No cóż, zamiast seksu będą pyszne świeże paszteciki - zakomunikowała,
wykładając na talerz wypieki kupione w osiedlowej piekarni.
- Też dobrze - odparł z uśmiechem. - Tylko coś na siebie włożę.
Pięć minut później wrócił do kuchni w błękitnej koszuli z krawatem i w granatowych spodniach garniturowych. Wyglądał jak z okładki magazynu o prawnikach. Usiadł naprzeciwko Ewy i sięgnął po pasztecik.
- Gdzie ty je znajdujesz? - Patrzyła na niego z rozbawieniem. - Ta
dzisiejsza w ogóle była pełnoletnia? - Nie mogła powstrzymać się od
uszczypliwości.
- Mam taką nadzieję - rzucił z uśmiechem, a Ewa przewróciła oczami. -
Gdy mam wolny wieczór i nie chce mi się wysilać, wchodzę na wideo czaty.
Zawsze znajdzie się jakaś, która chętnie pójdzie na kolację i skusi się
na dobry seks - wyjaśnił, wzruszając ramionami.
Ewa nie mogła się nadziwić, z jaką lekkością podchodził do tych spraw.
Sama była na trzech randkach, odkąd przeprowadziła się do Kielc, i tylko
jedna z nich zakończyła się czymś więcej niż kolacją. Spotkała się z tym
mężczyzną dwa razy, poszli do łóżka, ale ostatecznie uznała, że to nie
to. Dlatego myśl o kolejnych randkach stanowiła dla niej wyzwanie, które
niełatwo było podjąć.
Dawid śmiał się z jej podejścia i twierdził, że za dużo analizuje,
zamiast po prostu cieszyć się chwilą. Ale ona wiedziała, czego chce.
Zależało jej na czymś więcej niż tylko na zaspokojeniu fizycznym.
Chciała znaleźć kogoś, kto podzieli jej wartości i stworzy z nią trwały
związek. Dawid tego nie rozumiał, ale akceptował jej wybory, a ona
akceptowała jego. Taka przyjaźń była dla nich idealna.
- Mam ciekawostkę - oznajmił Dawid, sięgając po kolejny pasztecik. Ewa
uniosła brew.
- Że na obszarze stu kilometrów kwadratowych nie ma już laski, której
byś nie zaliczył? - rzuciła z rozbawieniem, gryząc pasztecik.
- To też - odparł z szerokim uśmiechem. - Ale tym razem chodzi o ciebie.
Ewa zmarszczyła brwi, skupiając na nim wzrok.
- Wczoraj był u mnie z dokumentami aspirant Lech Szaro - zaczął Zygadło,
a Piórkowska natychmiast westchnęła. Lech, choć sympatyczny, był
największym plotkarzem w ich wydziale. Nawet kobiety nie interesowały
się tak innymi jak on.
- I co tym razem wymyślił? - zapytała ze znużeniem.
- Powiedział, że Tymon Nadolski się w tobie podkochuje.
Ewa przewróciła oczami.
- Lech chyba ciągle myśli, że jest w liceum - burknęła.
- Tymon ci się nie podoba? - dopytywał Dawid.
- Jest moim kolegą z wydziału - wyjaśniła rzeczowo. - Nie interesują
mnie romanse w pracy. Wiesz o tym. - Spojrzała na niego znacząco.
- Ja go lubię - stwierdził Dawid. - Robi swoje i jest całkiem niezły z wyglądu.
Ewa rzuciła mu kpiące spojrzenie.
- To się z nim umów. - Wyszczerzyła zęby w teatralnym uśmiechu. -
Zdobędziesz nowe doświadczenia.
Dawid zaśmiał się pod nosem.
- Ejjj, chcę dla ciebie dobrze.
- Poradzę sobie sama - zapewniła i urwała temat. - Zbieramy się? Mam
trochę papierkowej roboty do nadrobienia.
- Ja też. - Dawid wstał od stołu. - Zapytaj naczelnika, czy koło
południa puści cię do Tymańskiego. Mam mieć wyniki sekcji z wczorajszego
zabójstwa.
- Jasne, chętnie wezmę w tym udział. Czegoś takiego jeszcze nie
widziałam - odparła Ewa, wkładając ostatnie naczynia do zmywarki.
Ruszyli do wyjścia. Dopiero gdy jechali w stronę komendy, Ewa się
odezwała:
- Masz jakieś plany na wieczór?
- Nie - odpowiedział bez zastanowienia.
- Pójdziesz ze mną do rodziców na kolację? Mama ma imieniny - wyjaśniła
i dodała: - Rodzice cię lubią, a kiedy jesteś ze mną, to nie wypytują o moje prywatne sprawy.
Dawid na nią spojrzał.
- A będzie twoja siostra? - zapytał.
Ewa wyczuła w jego pytaniu dziwną nadzieję, która nie do końca jej się
spodobała. To nie było zwykłe neutralne pytanie; w jego tonie kryło się
coś, co brzmiało prawie jak oczekiwanie.
Westchnęła ciężko. Sandra, jej młodsza siostra, była jej całkowitym
przeciwieństwem. Wysoka, smukła, z idealną figurą mimo trójki dzieci,
wyglądała jak modelka. Ewa, w porównaniu z nią, miała bardziej kobiece
kształty, pełniejszy biust, zaokrąglone biodra, które kiedyś, w młodszych latach, były jej kompleksem. Często porównywała się z Sandrą,
zastanawiając się, jak to możliwe, że jej siostra wyglądała, jakby miała
osobistego trenera i dietetyka, podczas gdy ona sama musiała się starać,
by osiągnąć zadowalający efekt. Kiedyś zazdrościła Sandrze sylwetki. Z biegiem lat jednak nauczyła się akceptować swoje ciało.
- Będzie - odparła w końcu, starając się zignorować niepokojącą myśl o oczekiwaniach Dawida wobec jej siostry. - Nie mieszaj jej w głowie -
dodała stanowczo. - Poza tym będzie z nią Arek - przypomniała o mężu
Sandry. - Więc raczej jej nie zbajerujesz - zażartowała, próbując
złagodzić ton, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała nuta czujności.
Lubili Arka oboje, dobrze się z nim dogadywali. Był zabawny i bezpretensjonalny. Ewa była pewna, że Arek nie zdawał sobie sprawy,
jakie wrażenie Dawid robi na jego żonie. Choć Zygadło nigdy nie
przekroczył granicy przyzwoitości, jego naturalny urok, pewność siebie i niewinne komplementy nie pozostawały bez wpływu na Sandrę. Przy nim
czuła emocjonalną burzę.
- Obiecuję, będę wzorowym gościem - oznajmił Dawid z szelmowskim
uśmiechem.
Zaparkował na parkingu przed komendą, wysiedli i każde ruszyło w swoją
stronę.
- Do zobaczenia w południe w kryminałce1 - zawołał jeszcze
za Ewą, kiedy wchodziła przez drzwi. Pokiwała tylko głową na znak, że
usłyszała.
1. Kryminałka - slangowe określenie prosektorium w środowisku policyjnym lub medycznym. [wróć]
15 września, poniedziałek 2008 roku, wieczór, Chęciny
Norbert zapukał do drzwi pokoju Diany. Wiedział, że o tej porze nie
powinien się tu pojawiać, ale nie potrafił poczekać do jutra. Wcześniej
dzwonił do przyjaciółki wielokrotnie, lecz bez skutku. Domyślał się,
dlaczego nie odbierała. Dlatego nie chciał zostawiać jej samej z tym, co
się wydarzyło. A gdyby ktoś go tu przyłapał, wytłumaczy się troską o koleżankę i jej stan psychiczny. Był pewien, że mu uwierzą.
Stał przed drzwiami, a niepokój narastał z każdą sekundą. Cisza za nimi
była nienaturalna, duszna, aż czuł, jak żołądek ściska mu się w bolesnym
skurczu. Dopiero po trzeciej serii natarczywego pukania rozległ się
metaliczny szczęk zamka. Drzwi uchyliły się powoli, niepewnie, jakby z drugiej strony ktoś walczył ze sobą, czy w ogóle je otworzyć. W szczelinie ukazała się twarz Diany - blada, z oczami czerwonymi od łez,
a jej spojrzenie było przepełnione smutkiem.
- Cześć, mogę wejść? - Starał się, by jego głos brzmiał łagodnie. -
Widziałem, co Zuzanna zrobiła - dodał.
Diana zawahała się, ale w końcu kiwnęła głową i uchyliła drzwi szerzej.
Norbert szybko wsunął się do środka i zamknął za sobą drzwi.
Dowiedział się, co się stało, z klasowego maila. Zuzanna nie tylko
upokorzyła Dianę, ale zrobiła to w wyjątkowo podły sposób.
- Jak się trzymasz? - zapytał, spoglądając na nią z troską.
Dziewczyna westchnęła głęboko, próbując opanować emocje. Jej dłonie
drżały, a spojrzenie wędrowało gdzieś w bok, unikając jego wzroku.
- Jestem taka głupia - powiedziała w końcu. - Myślałam, że dla mnie
będzie inna. Chyba mnie zaćmiło. Sądziłam, że nie jest aż tak wredna.
- Kiedy to się stało? - Norbert nie ukrywał niepokoju w głosie.
- Pod koniec wakacji. Była impreza... - zaczęła cicho. - Chciałam się
dostać do drużyny. Wiedziałam, że Zuzanna o tym decyduje. Powiedziała,
że muszę udowodnić, że mam odwagę.
Diana przełknęła ślinę, ramiona jej się zatrzęsły.
- Kazała mi wejść na stół, tańczyć, jakbym była w klubie go-go, żeby
"udowodnić, że mam odwagę i nie jestem sztywniarą", a potem wciągnęła w to chłopaków. Dwóch. Powiedziała przy wszystkich, że jeśli naprawdę chcę
być w drużynie, mam im pokazać, że potrafię "zadowolić facetów".
Najpierw myślałam, że żartuje, ale oni zaczęli mnie obłapiać, a ona to
nakręcała. Inni stali dookoła i patrzyli. A ja... ja nie potrafiłam się
sprzeciwić. Byłam w szoku, chciałam, żeby to się skończyło. - Głos Diany
się załamał, łzy popłynęły strumieniami. - Teraz każdy w szkole o tym
wie.
Norbert poczuł, jak coś w nim pęka. Serce waliło mu w piersi, a pięści
same się zacisnęły.
- Jak ja się teraz pokażę w szkole? - wyszeptała Diana. - Wszyscy
widzieli. Ona zrobiła ze mnie pośmiewisko... i dziwkę.
- Nie jesteś dziwką - przerwał jej ostro, a w jego głosie drżała
wściekłość. - To ona cię do tego zmusiła. To ona przekroczyła wszystkie
granice.
Diana spojrzała na niego niepewnie, a w jej oczach było coś więcej niż
rozpacz - czyste, palące poczucie wstydu.
- Przykro mi i wiem, że teraz już za późno na "a nie mówiłem". Ale nie
możemy jej odpuścić. Nie pozwolimy, żeby wygrała. Razem sobie z tym
poradzimy - powiedział, a jego głos był łagodny, pełen wsparcia. -
Przegięła i myśli, że wszystko jej wolno. Wmówiła ludziom, że jest
lepsza od nas, a to nieprawda - nakręcał się Norbert. - Jesteśmy w tej
szkole, bo każde z nas jest w czymś dobre. Ona nie jest wyjątkiem, a stawia się na piedestale. Za długo na to pozwalaliśmy.
Diana spojrzała na niego z niedowierzaniem, nie była pewna, czy mówi
serio. W jego oczach dostrzegła jednak determinację.
- Naprawdę mi pomożesz? - zapytała, nadal łkając.
- Oczywiście - zapewnił ją Norbert. Uśmiechnął się i objął ją ostrożnie.
- Zawsze.
Diana pozwoliła się objąć. Czuła, że choć jej świat rozpadł się na
kawałki, Norbert wciąż przy niej trwał. Wiedziała, że czeka ich
bezwzględna walka z Zuzanną, ale najważniejsze było to, że nie była w niej sama.
23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce
Ewa spędziła przedpołudnie na monotonnej pracy przy biurku, wypełniając
kolejne dokumenty i raporty, które nie miały końca. Chwilami rozumiała,
dlaczego niektórzy z jej kolegów przymykali oko na drobne uchybienia lub
pomijali nieistotne szczegóły - każde, nawet najmniejsze zdarzenie
oznaczało dodatkowy stos papierkowej roboty.
Ale ona nie należała do tych, którzy odwracają wzrok. Ceniła porządek i dokładność.
Nagle z wypełniania kolejnego formularza wyrwał ją męski głos:
- Cześć.
Podniosła wzrok i zobaczyła uśmiechniętego Tymona Nadolskiego.
- Dziś pracujemy razem - oznajmił.
- Miło - odparła, odwzajemniając uśmiech. Nie miała nic przeciwko
współpracy z Tymonem. Nie był szczególnie rozmowny, ale działał szybko i sprawnie. Przy nim była pewna, że w razie akcji może na niego liczyć.
Przypomniała sobie rozmowę z Dawidem na jego temat, co skłoniło ją do
przyjrzenia się koledze uważniej. Był wysoki i szczupły, z jasnymi blond
włosami kontrastującymi z ciemnymi oczami. Ta kombinacja, w połączeniu z jasną cerą, nadawała mu charakterystyczny wygląd. Jego uroda była
oryginalna, choć zupełnie nie w jej typie.
Mężczyzna zauważył, że mu się przygląda, bo odchrząknął i zapytał:
- Coś się stało?
To wyrwało ją z zamyślenia.
- Nie, nic - wyjaśniła i zmieniła temat. - W południe mam zamiar pójść
do prosektorium. Doktor Tymański będzie omawiał przypadek wczorajszego
wypadku na budowie. Idziesz ze mną?
Tymon skrzywił się i pokręcił głową.
- O nie, dzięki. Chłopaki opowiadały, że zastali ludzki szaszłyk. Jeśli
nie muszę, wolę tego nie oglądać.
Widok człowieka, który spadł z ósmego piętra wprost na wystające pręty
zbrojeniowe, rzeczywiście nie należał do przyjemnych. Jednak takie
przypadki były pouczające, zwłaszcza gdy omawiał je ktoś tak kompetentny
jak Tymański. Uwielbiała jego precyzję i sposób tłumaczenia szczegółów.
Zresztą patolog był w jej typie, ale zachowała to dla siebie. Nie
wspominała o tym nawet Dawidowi, bo zaraz próbowałby ją swatać z lekarzem, a tego zdecydowanie chciała uniknąć. Praca to praca, a mieszanie do niej uczuć mogło prowadzić wyłącznie do problemów.
- Spoko, rozumiem - odpowiedziała i wróciła do raportu.
Tymon przez moment jeszcze stał obok, jakby chciał coś powiedzieć, ale
nie mógł znaleźć odpowiednich słów. W końcu cicho westchnął i odszedł,
pozostawiwszy ją z wrażeniem, że liczył na większą inicjatywę z jej
strony, by podtrzymać rozmowę.
Piętnaście minut przed dwunastą Ewa zapukała do drzwi biura naczelnika.
Kiedy usłyszała krótkie "proszę", uchyliła drzwi i wsunęła głowę do
środka.
- Szefie, mam pytanie - zaczęła, przyciągając uwagę siwowłosego
mężczyzny, który oderwał wzrok od monitora.
- Ewa, wejdź, wejdź - zachęcił ją, ruchem dłoni wskazując krzesło
naprzeciwko biurka.
Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Pomieszczenie, choć
niewielkie, było przytulne, jak na standardy miejskiej komendy. Jasne
ściany kontrastowały z ciemnym, lekko porysowanym biurkiem, na parapecie
stał niewielki fikus, który dodawał wnętrzu odrobinę życia.
- Doktor Tymański za kwadrans będzie omawiał sprawę wczorajszego wypadku
na budowie. Mogłabym pójść posłuchać? - zapytała, a jej głos zdradzał
entuzjazm. - Na razie nie mamy z Tymonem żadnej pracy w terenie, a raporty skończyłam - dodała, chcąc uprzedzić ewentualne obiekcje.
- Jasne, idź - pozwolił jej naczelnik z pewnością w głosie, a w jego
tonie pobrzmiewała nuta zadowolenia. Cenił ludzi, którzy z własnej
inicjatywy chcieli poszerzać wiedzę.
- Dzięki, szefie - powiedziała radośnie i już się odwracała, by wyjść,
kiedy znów się odezwał:
- Wiesz co, Ewa? Dawno nie miałem takiego przypadku jak ty.
Zatrzymała się i odwróciła głowę w jego stronę z zaciekawieniem.
- Co pan naczelnik ma na myśli?
- Nie boisz się pracy w terenie, wyrywasz się do najgorszych zadań,
chętnie idziesz do prosektorium, a do tego nigdy nie kombinujesz, jak
się zerwać wcześniej z pracy. To rzadkość - wyjaśnił z uśmiechem pod
nosem.
Ewa uniosła lekko podbródek, czując, jak jej serce rośnie z dumy.
- Lubię tę robotę - odparła z przekonaniem. - W Nowinach zwykle mało się
działo, więc teraz nadrabiam, żeby nie odstawać od kolegów.
- Jak tak dalej pójdzie, to przegonisz ich wszystkich - skwitował z aprobatą.
Słowa naczelnika dodały jej pary. Naprawdę się starała i chciała
nadrobić stracone lata, kiedy w jej poprzednim miejscu pracy brakowało
wyzwań. Praca w wydziale kryminalnym była wymagająca, czasem brutalna,
ale to właśnie napędzało ją do działania. Lubiła jeździć na zdarzenia z doświadczonymi policjantami, nie tylko dlatego, że mogli ją wiele
nauczyć, ale też dlatego, że chętnie dzielili się obowiązkami, które dla
nich były już rutyną.
- Dziękuję, szefie - powiedziała i skinęła głową na pożegnanie.
Wypadła z gabinetu niemal biegiem i sięgnęła po telefon. Na wyświetlaczu
mignęła wiadomość od Dawida: "Czekam przed prosektorium". Przyspieszyła
jeszcze bardziej. Nie chciała się spóźnić na spotkanie z jednym z najlepszych patologów w mieście.
16 września, wtorek 2008 roku, Chęciny
- Hej, jak się trzyma Diana? - Sara przysiadła się do Norberta, który
siedział pod ścianą na korytarzu z książką w ręku. Od rana miał
wrażenie, że każdy, kto go mijał, rzucał mu ukradkowe spojrzenia.
Wszyscy wiedzieli, że przyjaźni się z Dianą, i najwyraźniej oczekiwali
od niego odpowiedzi na pytania, których nikt nie odważył się zadać
wprost. - Nie ma jej dzisiaj, więc chyba nienajlepiej - dodała, a w jej
głosie pobrzmiewała irytacja.
- Byłem u niej wczoraj wieczorem. Jest w rozsypce - odpowiedział ciszej,
zerkając na przechodzących uczniów. Nie chciał, żeby ktoś usłyszał, że
rozmawiają o Dianie.
- Nic dziwnego... - westchnęła Sara. Przysunęła się bliżej i usiadła obok
niego.
- Hej, ale kicha z Dianą - dołączyła do nich Julita, przygryzając wargę.
- Strasznie mi jej żal. Nie wiem, co bym zrobiła na jej miejscu.
- Nie chce wyjść z pokoju - oświadczył Norbert.
- Za kilka dni wszyscy o tym zapomną - zapewniła Sara, próbując go
pocieszyć, choć sama nie była tego taka pewna.
- Kiedy Zuzanna znajdzie sobie nową ofiarę - dodał Norbert przez
zaciśnięte zęby, nie kryjąc gniewu.
Można było odnieść wrażenie, że jego słowa ją przywołały, bo chwilę
później na korytarzu pojawiła się sama sprawczyni zamieszania. Jak
zawsze emanowała pewnością siebie, a jej usta zdobił wyniosły uśmiech.
- Proszę, proszę... frajerska ekipa w komplecie - rzuciła szyderczo. - A gdzie Diana? Chłopaki o nią pytały. Chętnie skorzystają jeszcze raz z jej usług.
- Spierdalaj, Zuza. Jesteś popieprzona - warknęła Sara, nie kryjąc
gniewu.
Zuzanna zamarła na moment, zaskoczona jej reakcją. Nie była
przyzwyczajona, żeby ktoś odważył się tak do niej odezwać.
- Co ty powiedziałaś? - Spojrzała na Sarę spod uniesionej brwi, jakby
nie dowierzała własnym uszom. W jej oczach błysnęła złość, ale uśmiech,
zimny i ironiczny, wciąż nie schodził jej z ust.
- Może zamiast ciągle szukać nowych ofiar, którym chcesz zniszczyć
życie, zajmij się wreszcie sobą? - odparła Sara twardo. Jej głos brzmiał
spokojnie, ale każde słowo przesycone było determinacją. - A nie,
czekaj... przecież ty lubisz, kiedy wszyscy na ciebie patrzą, twoje ego
ledwo mieści się w tych korytarzach. A prawda jest taka, że jesteś tylko
żałosną manipulantką.
Twarz Zuzanny stężała. Było jasne, że nie tak to sobie wyobrażała. To
ona zwykle kontrolowała sytuację, a nie odwrotnie.
- Diana tylko chciała być w drużynie. Skoro jej nie chciałaś, to
dlaczego nie powiedziałaś jej tego wprost? - wtrącił się Norbert. - Po
co ci to było? Co z tego masz? - dodał ze złością.
- Zabawę - wyjaśniła Zuzanna z uśmiechem. - I chłopaki też ją miały -
dodała, wskazując na grupę kolegów z drużyny piłkarskiej, którzy stali
nieopodal i słyszeli ich rozmowę. Kilku z nich uśmiechnęło się w odpowiedzi.
- Zobaczycie, że pewnego dnia i wy oberwiecie od niej - zwróciła się do
nich Sara. - Jesteście jej marionetkami.
- Nam to nie przeszkadza - odparł z rozbawieniem krótko ostrzyżony
blondyn. - Służyć do takich celów to sama przyjemność.
- Idioci - parsknęła Sara, rzucając chłopakom pogardliwe spojrzenie.
Następnie znów skupiła uwagę na Zuzannie. - Niedługo twoje rządy się
skończą, a upadek będzie bolesny.
- I niby ty to sprawisz? - zapytała Zuzanna. Jej usta wykrzywił kpiący
uśmiech, a dłonią nonszalancko poprawiła włosy.
- Może ja, a może ktoś inny - stwierdziła Sara, jakby od niechcenia. -
Ale ktoś się znajdzie. A wtedy nawet tatuś ci nie pomoże.
Na policzkach Zuzanny pojawiły się czerwone plamy. Temat ojca był jej
piętą achillesową, a Sara doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
- Dawno nie widziałam pana Mateusza, a ostatnim razem zapraszał mnie na
kawę. Może to dobry moment, żeby skorzystać z tego zaproszenia -
dywagowała Sara z udawaną lekkością.
- Ojciec nie ma czasu na takie bzdury jak kawa z idiotką - syknęła
Zuzanna przez zaciśnięte zęby.
- Dlatego nie umawia się z tobą, tylko ze mną - odbiła piłeczkę Sara z perfidnym uśmiechem.
Zuzanna zbladła. Już miała rzucić się na Sarę, ale w ostatniej chwili
Konrad złapał ją w pasie.
- Wyluzuj, wszyscy patrzą - szepnął cicho. Tyle wystarczyło, by Zuzanna
się opanowała. Oswobodziła się z jego uścisku, poprawiła koszulową
bluzkę i syknęła:
- Przegięłaś. Nie daruję ci tego.
- Będę czekać - rzuciła za odchodzącą Zuzanną Sara.
- Po co się narażasz? - zapytała Julita, patrząc na nią z mieszanką
podziwu i niepokoju.
- Nic mi nie zrobi, za dużo o niej wiem - wytłumaczyła Sara pewnie. -
Teraz najważniejsze jest, by przekonać Dianę, że nie ma czego się
wstydzić.
- No właśnie, może wy coś wymyślicie, bo ja nie wiem, co jeszcze mogę
jej powiedzieć, aby przestała się martwić i obwiniać - oznajmił z ciężkim westchnieniem Norbert. Po chwili dodał: - Pewny jestem tylko
tego, że nie zamierzam milczeć w tej sprawie. Mam dość tej laski.
23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce
Ewa, wchodząc do prosektorium, od razu zauważyła dwóch kolegów z wydziału prowadzących sprawę, o której mieli właśnie rozmawiać.
- Pani podkomisarz, miło znów panią widzieć. Wiedziałem, że mogę liczyć
na pani obecność - przywitał ją Patryk Tymański. Jak zwykle nosił wysoko
upięty, luźny kok. Patolog bardziej przypominał hipsterskiego muzyka niż
lekarza, co zawsze bawiło Ewę, a jego tatuaże niezmiennie przyciągały
jej uwagę.
Piórkowska odpowiedziała mu uśmiechem. Jego słowa sprawiły, że poczuła
się doceniona. Był jednym z najlepszych patologów w regionie. Posiadał
gruntowne wykształcenie, szeroką wiedzę nie tylko z patomorfologii, ale
również z kryminalistyki i kryminologii. Jego analizy i wnioski często
stanowiły klucz do rozwikłania najtrudniejszych śledztw.
- Nie przegapiłabym takiej okazji - odparła z nutą entuzjazmu.
Przelotnie zerknęła na stojącego obok niej Dawida, bo uniósł kącik ust w charakterystycznym szyderczym uśmiechu. Wiedziała, że zaraz nazwie ją
"prymuską". Zawsze tak robił, gdy angażowała się w dodatkowe działania,
chcąc dowiedzieć się czegoś nowego.
Grupa zebrała się wokół stołu sekcyjnego, na którym spoczywały zwłoki
mężczyzny. Widok był drastyczny. Ciało pokrywały liczne rany.
- Panie doktorze, liczymy na mocne wskazówki - odezwał się jeden z policjantów w zabawnym T-shircie z napisem "Mam prawo... do kolejnej
kawy". - Mamy grupę osób, które twierdzą, że to był wypadek. A według
nas to bzdura.
Patryk Tymański uniósł brwi, po czym sięgnął po lateksowe rękawiczki.
- Nie wiem, czy moje ustalenia pozwolą wam wskazać konkretną osobę, ale
przyczyna śmierci na pewno uzupełni waszą wiedzę - odpowiedział
rzeczowym tonem.
Ewa słuchała w skupieniu, jednocześnie przyglądając się obrażeniom na
ciele denata.
- Józef Kaniowski, lat czterdzieści osiem - zaczął patolog. - Blizna na
lewej łopatce, tatuaż na prawym przedramieniu - wymienił podstawowe
informacje. - Brak wyrostka robaczkowego, leczył się na wątrobę, a dodatkowo zapewne cierpiał na częste bóle żołądka, choć to nie one były
przyczyną śmierci - dodał dla pewności. - Obrażenia głowy: rana tłuczona
w części czołowej, o wymiarach sześć na cztery centymetry, z widocznym
pęknięciem skóry i odsłonięciem kości czołowej. Krwiak podskórny wokół
rany, obejmujący górne partie nosa i czoła. Zasinienie i obrzęk w okolicy lewego oka.
Piórkowska pochyliła się nad ciałem, by dokładniej obejrzeć obrażenia, o których mówił Tymański.
- Obrażenia tułowia - kontynuował patolog. - Pięć ran kłutych w dolnej
części klatki piersiowej oraz brzucha, powstałych wskutek wbicia się w pręty zbrojeniowe. Jeden z prętów przebił skórę, mięśnie i wszedł do
jamy opłucnej, uszkadzając lewe płuco. Drugi pręt spenetrował jamę
brzuszną, uszkadzając jelita i naczynia krezkowe, co spowodowało masywny
krwotok wewnętrzny.
Pokazywał każde obrażenie z precyzją godną wykładowcy akademickiego.
- Pozostałe obrażenia to liczne otarcia i powierzchowne rany na
kończynach, szczególnie na rękach i kolanach. Wieloodłamowe złamanie
prawej kości udowej oraz lewej kości ramiennej wskazują na upadek z dużej wysokości - dodał.
- Upadł na pręty plecami. Czy spadając, mógł gdzieś uderzyć głową? -
przerwał mu Dawid.
- Uraz głowy to rana tłuczona powstała w wyniku uderzenia tępym
przedmiotem jeszcze przed upadkiem z wysokości - wyjaśnił patolog. - W momencie upadku mężczyzna już nie żył.
- Czyli ktoś zadał mu śmiertelny cios w głowę? - upewnił się Zygadło.
- Zdecydowanie - potwierdził Tymański. - Nastąpiło złamanie kości
czaszki.
- Tak jak sądziliśmy, to zabójstwo - stwierdził drugi z policjantów.
Ewa zmrużyła oczy w zamyśleniu.
- Może doszło do sprzeczki na tym ósmym piętrze, z którego spadł? -
zasugerowała. - Ktoś uderzył denata w afekcie, a potem zepchnął go na
dół, żeby upozorować wypadek.
Mężczyźni spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami.
- To możliwe - przyznał policjant w zabawnym T-shircie.
- Warto wspomnieć, że stężenie alkoholu etylowego we krwi denata
wynosiło dwa i dwie dziesiąte promila. To sugeruje, że w chwili
zdarzenia mógł być jeszcze bardziej pijany - dodał Patryk.
- Klasyczna pijacka sprzeczka - skomentował drugi policjant, kręcąc
głową.
- Teraz musicie ustalić, kto i czym go uderzył. - Zygadło spojrzał na
funkcjonariuszy. - Świadkowie właśnie stali się podejrzanymi.
- Proszę się nie martwić, panie prokuratorze, przyciśniemy ich -
odpowiedział ten w zabawnej koszulce. - Jak usłyszą, że każdy z nich
może odpowiadać za współudział, to szybko zaczną śpiewać.
- Dajcie znać, gdy czegoś się dowiecie - rzucił Zygadło.
Policjant odpowiedział mu szerokim uśmiechem i przesadnym, żartobliwym
salutem.
Prokurator wiedział, że to nie było drwienie z niego. Miał dobre relacje
z funkcjonariuszami, z którymi współpracował. Szanowali go za to, że nie
był typowym biurokratą, który zrzucałby całą pracę na innych, zwłaszcza
na stażystów. Zygadło wolał działać sam.
- Pełny raport macie już w mailach - oznajmił Tymański. - Pewne jest to,
że nie był to wypadek.
Przedyskutowali różne hipotezy, lecz oczywiste było, że jedynie sprawca
znał faktyczny przebieg wydarzeń.
Policjanci ruszyli do wyjścia, rzucając na odchodne ogólnikowe "do
zobaczenia". Dawid również zamierzał już wyjść, ale zauważył, że Ewa
wciąż przygląda się ciału denata.
- Jeśli ma pani chwilę, mogę dokładniej opisać i pokazać obrażenia na
prześwietleniu 3D. - Tymański spojrzał na nią z uśmiechem. - To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy możemy zobaczyć tak liczne i różnorodne
obrażenia.
Piórkowska uniosła wzrok na prokuratora, szukając jego aprobaty. Zygadło
skinął głową, dając do zrozumienia, że powinna zostać. Wiedział, jak
ceniła każdą możliwość poszerzenia wiedzy.
- Chętnie zostanę - odparła z entuzjazmem, który rozjaśnił jej twarz.
- Miłej zabawy - mruknął Zygadło z lekkim uśmiechem. - Do zobaczenia
później, pani prymusko.
Ewa prychnęła rozbawiona.
- Pa - rzuciła, patrząc, jak prokurator macha ręką na pożegnanie i opuszcza pomieszczenie.
Kiedy ponownie stanęli nad ciałem, Ewa ucieszyła się, że Tymański
zdecydował się poświęcić jej więcej uwagi, doceniając jej niegasnący
zapał.
- Pani podkomisarz - odezwał się, wskazując na monitor, na którym
widniał trójwymiarowy obraz obrażeń. - Proszę spojrzeć na te pęknięcia
czaszki. To ślad wyjątkowo silnego uderzenia. Możemy nawet odtworzyć
kształt narzędzia.
Ewa zbliżyła się, wpatrując się w ekran. Każdy szczegół zdawał się
opowiadać swoją historię, a ona chłonęła ją z pełnym skupieniem. Ta
chwila nie tylko poszerzała jej wiedzę, ale również przybliżała do
rozwiązania zagadki, która odpowiadała za śmierć mężczyzny leżącego na
stole.
6 października, poniedziałek 2008 roku, Chęciny
W szkolnej stołówce rozbrzmiewał typowy zgiełk. Długa przerwa obiadowa
dawała uczniom chwilę wytchnienia, którą każdy wykorzystywał na swój
sposób - jedni zajadali się posiłkiem, inni wymieniali plotki albo
śmiali się głośno w gronie znajomych. Nie brakowało też tych pochylonych
nad telefonami czy gorąco dyskutujących o zbliżającym się sprawdzianie.
Panowała zwyczajna, przewidywalna atmosfera codzienności.
Jednak nagle gwar ucichł, jakby ktoś wyłączył dźwięk w filmie. Rozmowy
urwały się w połowie słów, widelce zawisły w powietrzu, a spojrzenia
wszystkich skierowały się w jedno miejsce. Przez salę przetoczył się
przesycony sarkazmem dziewczęcy głos, który wdarł się w ten
uporządkowany chaos jak ostry nóż.
- No proszę, nasza nowa gwiazda! - Zuzanna poderwała się od stolika
pełnego znajomych. Jej granatowo-biała sukienka zafalowała, kiedy
teatralnie rozłożyła ręce. Mina mówiła wszystko - triumf zmieszany z zadziorną złośliwością. Uśmiech miała słodki, ale każdy widział, że
kryje się w nim czysty jad. - Słyszałam, że podobno jesteś nie do
przebicia - rzuciła, mierząc spojrzeniem stojącą przed nią dziewczynę.
W stołówce zrobiło się cicho jak przed burzą. Klaudia zesztywniała,
czując, że patrzą na nią wszyscy. Twarz miała czerwoną jak burak, a oczy
błądziły w panice po twarzach wokół.
Zaczęła nerwowo bawić się rąbkiem swetra, czując, jak pod pachami zbiera
się wilgoć. Była jak ptak uwięziony w klatce, bezradna i zagubiona.
Żołądek ścisnął się jej boleśnie. Nie chciała być w centrum uwagi, a teraz cała stołówka wstrzymała oddech, czekając na jej reakcję. Serce
tłukło jej się w piersi jak oszalałe. Tymczasem Zuzanna z lubością
przeciągała ciszę, delektując się widokiem swojej ofiary.
- Słyszałam, że masz jakiś super talent - przeciągnęła Zuzanna każde
słowo, udając, że mówi serio. - Tylko wiesz co? Jakoś go nigdy nie
zauważyłam. Może dlatego, że jesteś... - zmrużyła oczy, jakby próbowała
coś wypatrzeć - ...kompletnie niewidzialna.
W stołówce rozległ się chichot. Klaudia przygryzła wargę, żeby się nie
rozpłakać.
- Ale hej, niewidzialność też może być spoko - ciągnęła Zuzanna tonem
pełnym sztucznego współczucia. - Chociaż łatwo to zmienić. Zacznijmy od...
stylówki? - Zatrzymała na niej wzrok, przesuwając go demonstracyjnie od
góry do dołu. - Za duże swetry? Serio? Wyglądasz, jakbyś nie mogła się
zdecydować, czy jesteś chłopakiem, czy dziewczyną.
Kolejny wybuch śmiechu wstrząsnął salą. Zuzanna zaczęła chodzić wokół
niej jak kot wokół myszy. Na ustach miała ten charakterystyczny złośliwy
uśmieszek.
- Gwiazda musi błyszczeć. Nie może być żałosna, rozumiesz? - rzuciła
ostro.
Klaudia opuściła wzrok. Serce waliło jej jak szalone, a palce coraz
mocniej ściskały sweter. Chciała zniknąć, rozpłynąć się, byle tylko nikt
już na nią nie patrzył.
Zuzanna jednak dopiero się rozkręcała.
- Zgłosiłaś się do konkursu talentów, nie? - Jej głos nagle podniósł się
tak, żeby wszyscy ją słyszeli. - Podobno śpiewasz lepiej niż Aretha
Franklin.
Sala natychmiast ucichła. Klaudia pobladła, jakby ziemia miała się pod
nią otworzyć.
- To co, mała próbka? - Zuzanna uśmiechnęła się fałszywie, a piłkarze
przy jej stole zaczęli klaskać, podłapując zabawę.
- Nie, nie... - Klaudia pokręciła głową, ale Zuzanna nie zamierzała
odpuścić.
- No dawaj, nie wstydź się. W końcu nie boisz się publiki, skoro
zgłosiłaś się do konkursu? - Nachyliła się bliżej, a jej głos przybrał
słodko-trujący ton. - Albo... - dodała półgłosem, ale tak, żeby każdy w pobliżu usłyszał - niektóre "talenty" robią karierę dzięki... specjalnym
układom.
Cisza zawisła w powietrzu, gęsta i przytłaczająca.
Klaudia wzięła głęboki wdech i wyszeptała:
- Nie muszę niczego udowadniać.
Zuzanna wybuchła śmiechem, odchylając głowę do tyłu, jakby odpowiedź
Klaudii była najśmieszniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszała.
- No właśnie w tym jest problem z takimi jak ty - rzuciła z wyższością.
- Myślicie, że wystarczy, że jesteście... i ludzie od razu was podziwiają.
Sorry, to tak nie działa.
W stołówce wszyscy milczeli, wpatrując się w ten spektakl. Ale nagle z końca sali dobiegł głos:
- A może pokażesz, co umiesz, Zuza?
Głowy wszystkich odwróciły się w stronę Sary. Stała oparta o ścianę,
ręce miała skrzyżowane na piersiach, a w oczach - błysk wyzwania. Użycie
formy "Zuza" było celowe. Sara wiedziała, że Zuzanna nie znosi tego
zdrobnienia. Brzmiało infantylnie, bez majestatu i powagi, które Zuza
tak starannie budowała, by rządzić w szkole.
- A może twoje "sukcesy" też są wynikiem czyjejś pomocy? Tatusia? A może... jakiegoś nauczyciela? - dodała ironicznie.
Te słowa uderzyły jak wystrzał. Na chwilę Zuzanna zaniemówiła, cień
zaskoczenia przesunął się po jej twarzy, a pewność siebie lekko się
zachwiała.
Po krótkiej ciszy odwróciła się w stronę Sary. Uśmiech, który wykrzywił
jej usta, był jak ostrze - zimny, precyzyjny i bolesny.
- Zawsze musisz zgrywać bohaterkę, co? - powiedziała, przeciągając
sylaby, aby podkreślić swoją wyższość. - A tak naprawdę liczysz, że ktoś
cię zauważy. Jesteś żałosna.
W powietrzu unosiło się napięcie tak gęste, że można by je kroić nożem.
Wszyscy wstrzymali oddech, czekając na reakcję Sary, która patrzyła na
Zuzannę z niewzruszonym spokojem, ale w jej oczach można było dostrzec
błysk gotowości do dalszej walki.
Chłopcy z drużyny piłkarskiej, jak na zawołanie, wybuchli śmiechem, a ich radosne okrzyki rozbrzmiały w całej stołówce. Wszyscy patrzyli na
Sarę, która nie zamierzała się cofnąć. Jej oczy błyszczały, a postawa
pozostała niewzruszona.
- Nie bardziej od ciebie, Zuza - powiedziała pewnie, unosząc głowę wyżej
i ignorując śmiechy dookoła. - Możesz szydzić z innych, ale prędzej czy
później wszyscy zrozumieją, że jesteś tylko pustym balonem. To nie
Klaudia powinna coś udowadniać, ale ty.
Twarz Zuzanny stężała, a oczy zwęziły się w chłodnym spojrzeniu. Jednak
zamiast odpowiedzieć, odwróciła wzrok, traktując Sarę jak pył w powietrzu, niegodny jej uwagi.
Klaudia nie zamierzała włączać się do rozmowy i korzystając z chwili
zamieszania, zebrała się na odwagę, by spróbować niezauważenie opuścić
stołówkę.
- Uciekasz? - zawołała za nią Zuzanna z kpiną w głosie. - No cóż, nie
każdy nadaje się do wielkich rzeczy!
Sara zacisnęła pięści, próbując opanować narastającą złość. Ruszyła za
Klaudią.
- Frajerki - rzuciła za nimi Zuzanna z zadowoleniem. W jej oczach, skoro
obie "uciekły", oznaczało to zwycięstwo.
Po chwili w stołówce słychać było przytłumione szepty. Niektórzy
spoglądali na Zuzannę z niesmakiem lub niepewnością, dostrzegając drobne
pęknięcia w jej perfekcyjnej fasadzie. Sama Zuzanna tego nie zauważała
albo po prostu zignorowała.
Wracając do swojego stolika, z wdziękiem poprawiła włosy i usiadła
między chłopakami z drużyny, obdarzając ich promiennym uśmiechem. Była
pewna, że cała ta scena tylko utwierdziła wszystkich w przekonaniu, kto
tu naprawdę rządzi. Jej pewność siebie pozostała niezachwiana. W jej
oczach to ona była mistrzynią tej gry, niezależnie od tego, co myśleli
inni.
23 marca, poniedziałek 2009 roku, Kielce
Była dziewiętnasta pięćdziesiąt, gdy Ewa i Dawid zmierzali w stronę
mieszkania jej rodziców. Piórkowska cieszyła się, że Zygadło towarzyszy
jej w tej wizycie. Obecność prokuratora zawsze działała kojąco. Jej mama
od pierwszego spotkania darzyła Dawida wyjątkową sympatią, co znacząco
zmniejszało napięcie, które zazwyczaj towarzyszyło rodzinnym spotkaniom.
Dawid potrafił wprowadzić atmosferę lekkości i swobody. Był zdecydowanie
bardziej wyluzowany niż Ewa i to właśnie ta cecha sprawiała, że w jego
towarzystwie łatwo było poczuć się komfortowo. Jego urok osobisty
działał na kobiety w każdym wieku, od nastolatek po seniorki. Ewa,
obserwując to, odczuwała mieszankę podziwu i rozbawienia. Przyjaciel
wiedział, jak odpowiednio dawkować swój wdzięk. Wykorzystywał go wtedy,
gdy sytuacja tego wymagała, co dawało poczucie, że zachowuje pełną
kontrolę nad każdą sytuacją.
- Kiedy zdążyłeś jeszcze kupić kwiaty? - zapytała, rzucając krótkie
spojrzenie na tylną kanapę, gdzie leżał duży, starannie ułożony bukiet.
- W drodze do domu zatrzymałem się w naszej osiedlowej kwiaciarni -
wyjaśnił z uśmiechem. - Nie mogłem przecież przyjść z pustymi rękami.
Ewa westchnęła. Już wiedziała, że mama bardziej ucieszy się z tych
kwiatów niż z perfum, które sama dla niej wybrała.
- Tymański widzi twój potencjał - rzucił nagle Zygadło. Ewa spojrzała na
niego pytająco, przeczuwając, że to dopiero początek jego wywodu. - Może
minęłaś się z powołaniem i powinnaś zostać patologiem - dodał.
- Może. - Wzruszyła ramionami. - Ale nie dostałabym się na medycynę.
- Gdyby to Tymański dawał ci korepetycje, zdałabyś najlepiej ze
wszystkich - powiedział z przekornym uśmiechem.
Ewa przewróciła oczami. Nie zamierzała ciągnąć tego tematu. Obawiała
się, że Dawid domyśli się, że patolog jej się podoba.
Kiedy zatrzymali się przed blokiem, w którym mieszkali jej rodzice, Ewa
wzięła głęboki oddech, jakby szykowała się na trudną rozmowę.
- Stresujesz się? - zapytał Dawid, gdy zauważył jej napięcie.
- Zaraz usłyszę, że źle wyglądam, że nie dbam o siebie, że powinnam się
bardziej malować, lepiej czesać ... - zaczęła wyliczać z rezygnacją.
- Przestań, wyglądasz świetnie - zapewnił ją.
Piórkowska miała na sobie dopasowaną czarną sukienkę z głębokim
dekoltem, która podkreślała jej sylwetkę.
- Taa... A potem usłyszę, że rzadko ich odwiedzam, mimo że teraz mieszkam
rzut beretem - westchnęła ciężko.
- Spokojnie - odpowiedział pewnie, sięgając po bukiet z tylnej kanapy. -
Zajmę się twoją mamą. Ani się obejrzysz, a będzie rozmawiać tylko ze
mną.
Ewa nie mogła powstrzymać uśmiechu. Czuła, że z Dawidem u boku
dzisiejsza wizyta u rodziców będzie łatwiejsza do przetrwania.
Ruszyli w stronę klatki schodowej, a potem wsiedli do windy, która
zawiozła ich na piąte piętro. Już na korytarzu usłyszeli dochodzące zza
drzwi hałasy. Typowe odgłosy dziecięcej zabawy i rozmów. Jej siostra już
była ze swoimi dzieciakami.
Westchnęła ponownie, próbując zebrać siły na nadchodzącą wizytę. Dawid
uśmiechnął się na widok jej miny. Ewa wyglądała, jakby szykowała się na
przesłuchanie, a nie na spotkanie rodzinne.
- Traktujesz to jak torturę - zażartował półgłosem.
Ewa nie zdążyła odpowiedzieć, bo drzwi otworzyły się gwałtownie, a w progu pojawił się roześmiany chłopiec.
- Ciocia! - zawołał Maciuś, a jego głos rozbrzmiał echem na klatce
schodowej. Rzucił się, by objąć ją w pasie.
Ewa poczuła ciepło w sercu. Cieszył ją ten entuzjazm, budził radość, ale
też uświadamiał, jak bardzo brakuje jej kontaktu z dzieciakami. Jeszcze
osiem miesięcy temu mieszkała w rodzinnym domu w Nowinach i widywała
dzieci siostry codziennie. Wyprowadzka była trudnym doświadczeniem dla
nich wszystkich.
- Już, już, Maciusiu, pozwól cioci wejść. - Zza pleców chłopca wyłoniła
się pani Matylda, która delikatnie odsunęła wnuka. - Miło mi, że znalazł
pan czas, aby przyjechać z Ewą - zaświergotała, spoglądając na Dawida.
- W tak wyjątkowym dniu nie mogłem pozwolić, żeby Ewa przyszła sama -
odparł. - Życzę zdrowia, bo urodę i dobre życie już pani ma - dodał z uśmiechem, po czym wręczył jej bukiet kwiatów i pocałował w dłoń.
- Lizus - usłyszał za plecami szept Ewy, co tylko sprawiło, że jego
uśmiech jeszcze się poszerzył.
- Piękne kwiaty! Ależ się pan wykosztował. - Rozanielona gospodyni
przyglądała się bukietowi.
- Miło mi, że sprawiłem pani przyjemność - powiedział Dawid z uprzejmością, przesuwając się w głąb przedpokoju, by zdjąć płaszcz i zrobić miejsce Ewie.
- Ładnie ci w tej sukience, ale nie sądzisz, że dekolt jest trochę za
głęboki? - rzuciła pani Matylda, obrzucając córkę krytycznym
spojrzeniem. - I usta masz jakieś blade. Jesteś młoda, mogłabyś używać
bardziej wyrazistych kolorów. Mężczyznom takie się podobają, prawda,
panie Dawidzie?
- Mężczyźni lubią kobiety, które dobrze się czują we własnej skórze -
odparł Zygadło z uśmiechem. - Według mnie Ewa wygląda pięknie.
- Pan zawsze taki szarmancki - rozpromieniła się pani Matylda.
Ewa przewróciła oczami, wręczając mamie prezent bez słowa komentarza.
Zamiast wdawać się w dyskusje, złożyła jej życzenia i skierowała się do
salonu.
W dużym pokoju, w swoim ulubionym fotelu, siedział ojciec Ewy. Wpatrywał
się w telewizor, choć na ekranie właśnie leciała reklama. Arek, szwagier
Ewy, stał przy oknie z naburmuszoną miną, sprawiając wrażenie, jakby
wolał być gdziekolwiek indziej. Tymczasem Sandra jak zawsze krzątała się
przy stole, starannie ustawiając półmisek wędlin, by wszystko wyglądało
idealnie.
Dawid przywitał się z mężczyznami uściskiem dłoni, po czym skierował się
w stronę stołu do Sandry. Gdy się do niej zbliżył, jej twarz rozjaśnił
uśmiech. Najpierw uprzejmy, ale z każdym oddechem coraz bardziej
swobodny. Dawid ujął jej dłoń i z lekkim ukłonem pocałował ją w rękę,
nie spuszczając z niej wzroku.
Ewa, obserwując tę scenę, od razu dostrzegła subtelny flirt, który
rozgrywał się tuż przed jej oczami. Dlatego trąciła Dawida łokciem, aby
go sprowadzić na ziemię.
- Usiądziesz tam, na końcu? - zapytała, nadając swojemu głosowi formalny
ton, który nie pozostawiał miejsca na negocjacje. Wskazała miejsce,
doskonale wiedząc, że Sandra zajmie krzesło najbliżej drzwi. Stamtąd
mogła nie tylko szybko dostać się do kuchni, ale również błyskawicznie
zareagować na hałasy kłócących się o klocki dzieci.
Piórkowska znała ten scenariusz aż za dobrze. Niezliczoną ilość razy
była świadkiem, jak jej siostra z wprawą balansowała między chaosem
dziecięcego świata a rolą gospodyni, nieustannie gotowa interweniować i jednocześnie dbać o porządek przy stole.
- Sandra, włóż kwiaty od pana Dawida do wazonu - poleciła pani Matylda,
podając młodszej córce bukiet. Sandra ruszyła do kuchni, a matka usiadła
przy stole, zadowolona z obecności wszystkich gości.
- Miło, że mimo poniedziałku udało wam się wpaść - zaczęła rozmowę. -
Chciałam, żebyśmy spotkali się w weekend, ale dzieciaki mają przyjęcia
urodzinowe u kolegów, a Arek pracuje, więc nie dało się tego zgrać.
- Na wzniesienie toastu za pani zdrowie zawsze znajdzie się czas -
stwierdził Dawid z uśmiechem.
Ewa spojrzała na niego z ukosa i powstrzymała się od przewrócenia
oczami. Wiedziała, że taki komentarz tylko podsyci ślepy entuzjazm jej
matki. Po każdym spotkaniu z Dawidem pani Matylda nie mogła się
nachwalić jego szarmanckiego zachowania i wciąż żałowała, że on i Ewa
nie są parą.
Zastanawiała się, jak zareagowałaby matka, gdyby znała prawdę o życiu
towarzyskim prokuratora. Była niemal pewna, że mina by jej zrzedła,
gdyby usłyszała, że jej ulubiony kandydat na zięcia większość weekendów
spędza na niezobowiązującym seksie z młodymi kobietami.
- Sandra już się wam chwaliła? - zapytała pani Matylda, przerywając
milczenie przy stole. W jej głosie pobrzmiewała ekscytacja, a spojrzenie
uważnie wędrowało od jednej twarzy do drugiej.
- Jest w ciąży? - rzuciła Ewa z udawaną powagą, akurat w chwili, gdy
siostra wracała z wazonem pełnym kwiatów.
- Kto? - zapytała Sandra, zdezorientowana, nie dosłyszawszy początku
rozmowy.
- Ty - odparła Ewa z rozbawieniem, obserwując reakcję siostry.
- Zwariowałaś - obruszyła się Sandra, zerkając w stronę Dawida. - Ja
swoją normę wykonałam, teraz czas na ciebie - dodała z nutą złośliwości.
- Ty wykonałaś normę za siebie i za mnie - skwitowała Ewa, ucinając
temat, po czym zwróciła się do matki: - To czym powinna się pochwalić
Sandra?
- Dostała pracę - oznajmiła pani Matylda.
- Świetnie, gdzie? - zareagowała z entuzjazmem Ewa, spoglądając na
siostrę. Ale znów odpowiedziała jej matka:
- U burmistrza w Chęcinach.
- U Mochockiego? - Ewa zmrużyła oczy i posłała Dawidowi wymowne
spojrzenie. Jego twarz natychmiast spoważniała.
- Tak, na razie na pół etatu. Kiedy Gosia pójdzie do szkoły, wskoczę na
cały - wyjaśniła Sandra z zadowoleniem.
Ewa starała się zachować spokój, choć w jej głowie kłębiły się
niespokojne myśli. Nawet jeśli chodziło o Andrzeja Mochockiego, a nie
jego kuzyna Marka, obaj wzbudzali niepokój. Ich nazwisko było splamione
krwią niewinnych. Zarówno ona, jak i Dawid dobrze wiedzieli, że ci
mężczyźni nie cofną się przed niczym, by dopiąć swego.
- Dodatkowy zastrzyk gotówki się przyda. Nie mogę ciągle wszystkiego
dźwigać na swoich barkach - rzucił Arek burkliwym tonem. Wyglądał na
zmęczonego, wręcz wyczerpanego. Ewa spojrzała na siostrę, zaskoczona
jego słowami. Arek jednak mówił dalej: - Dzieci rosną, mają coraz
większe potrzeby. A dla Sandry to też dobra odmiana. Wyjdzie do ludzi i nauczy się samodzielności finansowej - dodał, lecz w jego tonie
pobrzmiewało coś jeszcze, coś trudnego do uchwycenia.
- Jesteś pewna, że chcesz pracować u Mochockiego? Nie wiem, czy to dobry
pomysł - stwierdziła Ewa, ale zanim Sandra zdążyła odpowiedzieć,
wtrąciła się pani Matylda.
- Co ty pleciesz? Praca w urzędzie to stabilne zatrudnienie, pewne
pieniądze. To nie jakaś firma, która może zbankrutować - powiedziała
tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Podobnie jak Arek, nie znała pełnego obrazu wydarzeń sprzed ponad ośmiu
miesięcy w Nowinach ani roli, jaką w tym dramacie odegrała rodzina
Mochockich. Od kilku lat mieszkała z ojcem w Kielcach i była pochłonięta
codziennością życia na emeryturze. Gdy odwiedzała Sandrę, całą uwagę
poświęcała wnukom. W ich obecności rozmowy o brutalnych zbrodniach były
wykluczone.
- Przydzielono mnie do archiwum - powiedziała Sandra. - Nie będę nawet
widywała burmistrza.
- Nie wiem, czy to gwarantuje bezpieczeństwo - rzuciła Ewa z powątpiewaniem.
- Sandra nie ma doświadczenia zawodowego, więc nie powinna wybrzydzać -
znów odezwał się Arek. Jego twarz pozostawała niewzruszona, a ton głosu
nijaki.
Piórkowska spojrzała na niego zaskoczona. Biła od niego obojętność,
której nie znała.
- A pan, panie Dawidzie, co o tym myśli? - Pani Matylda zwróciła się do
Zygadły z wyczekiwaniem. Ewa przewróciła oczami. Jej matka traktowała go
jak wyrocznię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki