Biała elegia - Han Kang
34.99 zł
29.04 zł
(24,49 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Tamtej wiosny, kiedy postanowiłam napisać o bieli, sporządziłam najpierw tę listę.
Powijaki
Pierwszy kaftanik
Sól
Śnieg
Lód
Księżyc
Ryż
Morskie fale
Białe magnolie
Białe ptaki
Biały uśmiech
Pusta kartka
Biały pies
Białe włosy
Pośmiertny strój
Z każdym odnotowanym punktem dziwnie drżało mi serce. Czułam, że chcę koniecznie ukończyć tę książkę, że w procesie jej pisania dojdzie do jakiejś zmiany. Że potrzebuję czegoś w rodzaju białej maści do naniesienia na bolące miejsce, białej gazy, którą można by je otulić.
Jednak kiedy kilka dni później na nowo przeczytałam listę, ogarnęły mnie wątpliwości. Czy to ma w ogóle sens: brać pod lupę te słowa?
Kiedy przeciąga się smyczkiem po strunie z metalu, można wydobyć smutne, przedziwne albo przenikliwe dźwięki - tak samo wystarczy pobudzić serce za pomocą tych słów, a z pewnością popłyną z niego zdania. Czy można je obłożyć białą gazą i ukryć się gdzieś pomiędzy?
Trudno mi było odpowiedzieć na to pytanie, więc odkładałam pisanie na później. W sierpniu przeprowadziłam się na jakiś czas do nieznanego mi państwa, wynajęłam mieszkanie i zamieszkałam w tamtejszej stolicy. Minęły blisko dwa miesiące i pewnej nocy, kiedy zaczęło się robić zimno, dopadła mnie migrena - dobrze zaznajomiona, choć dokuczliwa towarzyszka. Podgrzałam więc szklankę wody, popiłam tabletki, po czym (ze spokojem) to sobie uświadomiłam. Że tak czy inaczej nie uda mi się nigdzie ukryć.
Czas bywa nieznośnie odczuwalny, ostry. Szczególnie wtedy, gdy coś nas fizycznie boli. Odkąd ukończyłam mniej więcej trzynaście lat, bez zapowiedzi nawiedzają mnie migreny, które wraz ze skurczami żołądka zakłócają moją codzienność. Przestaję robić to, czym się właśnie zajmowałam, i próbuję przetrzymać ból, a skapujący kropla po kropli czas przypomina kulki uformowane z ostrza brzytwy. Mam wrażenie, że się skaleczę, jeśli go musnę opuszkami palców. Wyraźnie odczuwam fakt, że z każdym oddechem żyję o chwilę dłużej. Ta świadomość nie opuszcza mnie nawet wtedy, kiedy wracam do codziennych spraw. Zastyga obok w milczeniu, wyczekująco.
Tkwimy na tej ostrej krawędzi czasu - przezroczystym urwisku, które co chwila się odnawia - i posuwamy się naprzód. Niespokojnie stawiamy jedną nogę na krańcu czasu, który przeżyliśmy do tej pory, a drugą bez wahania wyciągamy w próżnię, nie mając nawet ułamka sekundy, by włączyć do tego wolę. Nie powoduje nami szczególna odwaga, po prostu nie mamy innej drogi. Zdaję sobie sprawę z tego ryzyka teraz, w tej konkretnej chwili. Nierozważnie wchodzę w czas, którego jeszcze nie przeżyłam, w przestrzeń książki, której jeszcze nie napisałam.
Wydarzyło się to dawno temu.
Zanim podpisałam umowę najmu, jeszcze raz poszłam obejrzeć tamto mieszkanie.
Żelazne drzwi wejściowe, niegdyś pomalowane na biało, z upływem czasu straciły kolor. Były brudne i łuszczyła się z nich farba, a w miejscach, z których odpadła, panoszyła się rdza. Gdyby tylko o to chodziło, zapamiętałabym je po prostu jako wyjątkowo stare i zaniedbane. Moją uwagę przykuł jednak sposób, w jaki zapisano na nich numer lokalu, 301.
Ktoś - prawdopodobnie któryś z dotychczasowych najemców - wydrapał te cyfry na powierzchni drzwi jakimś ostrym narzędziem w rodzaju szydła. Obejrzałam je uważnie kreska po kresce. Kanciaste, wielkie na rozpiętość trzech dłoni "3". Mniejsze od niego, ale wyryte kilka razy i pogrubione, wyraźniejsze "0". I wreszcie długie "1" - wyżłobione najgłębiej, z całej siły. W rany po agresywnie nakreślonych liniach prostych i krzywych wżerała się rdza i wędrowała w dół, zastygając niczym stare ślady krwi. "Gardzę tym wszystkim. Gardzę tym mieszkaniem, drzwiami, które codziennie otwieram i zamykam, moim cholernym życiem". Numer wpatrywał się we mnie ze złością, z zaciśniętymi zębami.
Takie właśnie były drzwi mieszkania, które zamierzałam wynająć, w którym tamtej zimy zamierzałam zamieszkać.
Dzień po rozpakowaniu bagaży kupiłam pojemnik białej farby i spory płaski pędzel. Na niepokrytych tapetą ścianach kuchni widniały plamy różnej wielkości. Miejsca wokół włączników były czarne jak węgiel. Włożyłam jasnoszare spodnie dresowe i stary biały sweter, aby nie widać było na nich chlapnięć farby, i wzięłam się do malowania. Nie zamierzałam się przejmować szczegółami. "Nawet jeśli na ścianach powstaną białe smugi, to białe plamy są lepsze niż brudne". Pracowałam bez zbytniego zaangażowania, skupiając uwagę na brudnych miejscach. Zamalowałam ogromny zaciek po deszczu na suficie. Wyczyściłam mokrym ręcznikiem wnętrze jasnobrązowego zlewu i pokryłam go śnieżnobiałą farbą.
W końcu wyszłam na zewnątrz i zaczęłam malować żelazne drzwi. Za każdym razem, kiedy przeciągałam pędzlem po ich zmasakrowanej powierzchni, pozbywałam się brudu. Zniknęły cyfry wydrążone dłutem. Zniknęła rdza przypominająca krwawe ślady. Wróciłam do ciepłego pokoju i przez chwilę odpoczywałam, a kiedy po godzinie wyszłam na zewnątrz, zauważyłam, że farba się rozmazała. Użyłam pędzla zamiast wałka, więc ślady pociągnięć były bardzo widoczne. Pomalowałam wszystko porządnie jeszcze raz, aby je zamaskować, odczekałam kolejną godzinę i szurając kapciami, znów poszłam sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Wówczas spostrzegłam, że z nieba pada rzadki śnieg. W uliczce niepostrzeżenie zrobiło się ciemno. Jeszcze nie włączono latarni. Stałam tam niepewnie, trzymając w rękach pojemnik z farbą i pędzel, i w osłupieniu wpatrywałam się w wirujące płatki śniegu, które opadały powoli, jak gdyby ktoś rozrzucił setki ptasich piór.