Biała róża. Niedźwiedź i czarodziej - Patryk Szendzielorz, Patryk Szendzielorz

-
Proszę czekać

Prolog

- Je­steś pew­na, że ru­sza w po­dróż dziś póź­nym po­po­łu­dniem? Za­sta­nów się do­brze, pro­szę. - Ła­zik za­marł na mo­ment z pió­rem za­wie­szo­nym nad kart­ką pa­pie­ru, na któ­rą zdą­ży­ła już skap­nąć sa­mot­na kro­pla atra­men­tu. Drozd, któ­ry przy­siadł na wy­pło­wia­łym od słoń­ca pa­ra­pe­cie, dziob­nął nie­rów­ną kra­wędź kart­ki swo­im po­ma­rań­czo­wym dzio­bem i nie­cier­pli­wie skro­bał pa­zur­ka­mi po chro­po­wa­tej drew­nia­nej po­wierzch­ni, jak­by od razu chciał wzbić się w po­wie­trze z przy­wią­za­ną do nóż­ki wia­do­mo­ścią.

- Tak, je­stem pew­na. Wi­dzia­łam jego bi­let. - Siwa, nie­mal bia­ła wie­wiór­ka kich­nę­ła z roz­ma­chem, aż zsu­nę­ła się z ramy uchy­lo­ne­go okna.

- To­kaj, tak? - za­py­tał Ła­zik, skro­biąc pió­rem po kart­ce.

- Zga­dza się - przy­tak­nę­ła wie­wiór­ka, ocie­ra­jąc wil­got­ny no­sek swo­im pu­szy­stym ogo­nem.

- Do­brze! - Ła­zik do­skro­bał resz­tę wia­do­mo­ści, zwi­nął ją w cia­sny ru­lo­nik i wło­żył do nie­wiel­kiej skó­rza­nej to­re­becz­ki, przy­tro­czo­nej do pra­wej nóż­ki droz­da. To­reb­ka cza­ro­dziej­skim spo­so­bem za­mknę­ła się sama, kie­dy tyl­ko li­ścik zna­lazł się w jej wnę­trzu. - Spryt­ne, ma­gicz­ne udo­god­nie­nie - szep­nął do sie­bie i uśmiech­nął się pod no­sem: ko­re­spon­do­wał z Mał­go­rza­tą już od wie­lu mie­się­cy, a skó­rza­na to­re­becz­ka była gwa­ran­cją, że wia­do­mość nie zo­sta­nie po­rwa­na przez wiatr w cza­sie lotu.

Drozd wsko­czył zwin­nie na ze­wnętrz­ny pa­ra­pet i po­że­gnał się z Ła­zi­kiem ski­nie­niem ma­łe­go łeb­ka.

- Leć do niej. Niech się spie­szy, bo słoń­ce już wy­so­ko i... Niech uwa­ża na sie­bie - po­wie­dział chło­pak.

Drozd ćwierk­nął w od­po­wie­dzi w swo­im śpiew­nym ję­zy­ku i trze­ma ru­cha­mi zwin­nych skrzy­deł zna­lazł się wy­so­ko nad do­mem. Po chwi­li był już tyl­ko ma­leń­kim czar­nym punk­ci­kiem na tle błę­kit­ne­go nie­ba i kłę­bią­cych się na za­cho­dzie ob­ło­ków. Ze­rwał się chłod­ny wiatr, aż za­szu­mia­ły wy­so­kie brzo­zy, któ­rych li­ście po­zła­cał blask wrze­śnio­we­go słoń­ca.

Go­spo­darz po­zwo­lił si­wiu­teń­kiej wie­wiór­ce wspiąć się na swo­je ra­mię i ra­zem wy­szli przez prze­szklo­ne drzwi na nie­wiel­ki wy­bru­ko­wa­ny ta­ras, oto­czo­ny z każ­dej stro­ny przez gę­sto ro­sną­ce drze­wa o bia­ło-czar­nej ko­rze i wy­so­kie tra­wy o sze­ro­kich zie­lo­nych li­ściach. Usiadł na wy­stru­ga­nym z pnia­ka krze­śle, a wte­dy zwie­rzak zbiegł na okrą­gły stół, na któ­rym sta­ły już daw­no osty­gła kawa i mi­ska z orze­cha­mi.

Gry­zoń po­rwał dwa orze­chy z mi­ski i z za­pa­łem za­czął je po­chła­niać, nie przej­mu­jąc się wca­le lą­du­ją­cy­mi wo­kół okru­cha­mi. Jego siwe fu­tro po­wie­wa­ło na wie­trze, a ko­sma­te koń­ców­ki obu uszu drga­ły jak roz­dy­go­ta­ne pło­mie­nie świec. Co ja­kiś czas zer­kał na Ła­zi­ka czar­ny­mi jak noc ocza­mi, ob­ser­wu­jąc z za­cie­ka­wie­niem, jak męż­czy­zna do­pi­ja zim­ną kawę i krzy­wi się z nie­sma­kiem.

- Dziś chy­ba peł­nia? Spo­tkasz się z Jan­kiem, Liro? - za­py­tał ten, od­sta­wia­jąc na stół ku­bek, w któ­rym zo­sta­ły już tyl­ko smo­li­ste fusy.

Wie­wiór­ka ski­nę­ła łeb­kiem i za­ję­ła się ko­lej­nym orze­chem.

- Za­czy­na nad tym pa­no­wać, ale... Ale jego ma­gia jest inna niż moja - rzu­ci­ła mię­dzy łap­czy­wy­mi kę­sa­mi i po­dra­pa­ła się łap­ką za pra­wym uchem.

- Wy­ja­śnij mi to, Liro. Pro­szę - od­parł, wy­cią­ga­jąc nogi na sto­ją­cy przed nim ta­bo­ret.

- Ja mogę zmie­niać się, kie­dy tyl­ko chcę. Ja­nek prze­mie­nia się je­dy­nie w cza­sie peł­ni księ­ży­ca - wy­ja­śni­ła pi­skli­wym gło­si­kiem, jak­by sta­ra­ła się ukryć przed nim nie­pew­ność i...strach?

Ła­zik wsłu­chał się w uspo­ka­ja­ją­cy szum brzo­zo­wych li­ści i sze­lest wy­so­kiej tra­wy. Słoń­ce zni­ży­ło się jesz­cze bar­dziej, ry­su­jąc ciem­ną czer­wie­nią kon­tur ota­cza­ją­cych ta­ras drzew i po­sy­ła­jąc w stro­nę jego zmę­czo­nej twa­rzy ostat­nie tchnie­nia cie­pła. Lira - tak mało o niej wie­dział, cho­ciaż zna­li się pra­wie rok. Do­brze za­pa­mię­tał dzień, kie­dy do drzwi jego domu za­pu­ka­ła Mał­go­rza­ta. Zmie­ni­ła się. Tak. Zde­cy­do­wa­nie róż­ni­ła się od tam­tej za­gu­bio­nej isto­ty, któ­rą spo­tkał dwa lata temu na szczy­cie Skrzycz­ne­go. W ten wrze­śnio­wy dzień, za­le­d­wie rok temu, na jej twa­rzy było wię­cej smut­ku, bólu i roz­te­rek. To­wa­rzy­szy­ła jej ni­ska, wy­chu­dła dziew­czy­na o bia­łych wło­sach, zmie­sza­nych z ciem­niej­szy­mi pa­sma­mi si­wi­zny. Nie po­tra­fił okre­ślić, ile ma lat - sta­ła przed nim pa­ty­ko­wa­ta na­sto­lat­ka o bla­dej buzi i dziw­nych oczach za­su­szo­nej sta­rusz­ki. Ma­gia, któ­ra od niej ema­no­wa­ła, mia­ła w so­bie ja­kiś dzi­ki i nie­okieł­zna­ny po­smak, jak­by ta nie do koń­ca nad nią pa­no­wa­ła.

- Lira po­mo­że nam zna­leźć cza­ro­dzie­ja. Jest bar­dzo czu­ła na ma­gię i wszyst­kie jej za­bu­rze­nia, a do tego ma nie­sa­mo­wi­cie wy­czu­lo­ne zmy­sły, no i po­tra­fi po­ru­szać się bez­sze­lest­nie na­wet w gę­stym le­sie.

- Ona? - za­py­tał zdzi­wio­ny.

- Tak. Chy­ba nie wąt­pisz we mnie, Ła­zi­ku? - Jej brew unio­sła się do góry w groź­nym ge­ście.

Ła­zik wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Zbyt dłu­go tkwi­my w mar­twym punk­cie, cza­row­ni­co. Nie od­rzu­cę two­jej pro­po­zy­cji, ale... Sama na nią spójrz.

Wą­tła Lira za­drża­ła jak ga­łąz­ka na wie­trze, kich­nę­ła z roz­ma­chem i z bły­skiem zmie­ni­ła się w si­wiu­teń­ką wie­wiór­kę, któ­ra nie­sa­mo­wi­cie szyb­ko wspię­ła się po ścia­nie na dach, skro­biąc pa­zur­ka­mi prze­bie­gła po ka­le­ni­cy i w mniej niż pół mi­nu­ty zna­la­zła się na ra­mie­niu chło­pa­ka, ła­sko­cząc jego ucho pu­szy­stym ogo­nem.

Jak zna­la­zła dro­gę do wnę­trza domu? Był pew­ny, że po­za­my­kał wszyst­kie okna.

- Te­raz ro­zu­miem, co masz na my­śli - od­parł z po­jed­naw­czym uśmie­chem.

I tak, po sied­miu la­tach spę­dzo­nych w sa­mot­no­ści, znów z kimś za­miesz­kał. Cho­ciaż sło­wo za­miesz­kał tro­chę na wy­rost opi­su­je łą­czą­cą go z Lirą re­la­cję: po pro­stu choć przez chwi­lę nie był w domu sam, a wie­wiór­ka w so­bie tyl­ko zna­nych po­rach dnia od­wie­dza­ła go przy ku­chen­nym sto­le albo w tym skry­tym ką­ci­ku na ta­ra­sie, gdzie wśród brzóz i wy­so­kich traw mo­gła po­czuć się jak w le­sie. W grun­cie rze­czy była tyl­ko ko­lej­nym dziec­kiem, któ­re ja­kaś zła wiedź­ma nie­udol­nie pró­bo­wa­ła za­mknąć w cie­le zwie­rzę­cia. Zmie­ni­ła się przez te kil­ka­na­ście mie­się­cy, po­si­wia­ła bar­dziej, wo­kół jej czar­nych lśnią­cych oczu po­ja­wi­ły się zie­lon­ka­we ob­wód­ki, krze­szą­ce co ja­kiś czas nik­ną­ce w ciem­no­ści źre­nic iskry.

Ale przede wszyst­kim...

- Daw­no nie wi­dzia­łem cię w ludz­kiej po­sta­ci, Liro - po­wie­dział ci­cho Ła­zik.

Znie­ru­cho­mia­ła z czwar­tym orze­chem w łap­kach.

- Ma­gia po­stę­pu­je - szep­nę­ła, kła­dąc nad­gry­zio­ny sma­ko­łyk na po­doł­ku.

- Nie ro­zu­miem - od­parł chło­pak i zbli­żył się do niej, po­chy­la­jąc się nad sto­łem.

Tak. Te­raz wy­raź­nie do­strzegł zie­lon­ka­we iskier­ki ża­­­­­rzą­ce się w jej oczach oraz nie­zdro­wo lśnią­ce okrę­gi wo­­­­­­­kół tę­czó­wek. Nie spodo­ba­ła mu się ta ze­psu­ta zie­leń. Przez uła­mek se­kun­dy wy­da­wa­ło mu się, że blask cuch­nie ba­gnem.

- Ja też na po­cząt­ku nie ro­zu­mia­łam, ale Mał­go­rza­ta roz­wia­ła moje wąt­pli­wo­ści.

Nie spusz­czał z niej wzro­ku, nie po­na­glał do mó­wie­nia.

- Cza­row­ni­ca od­wie­dzi­ła nas ja­kiś ty­dzień temu.

- Nas?

- Tak. Prze­sie­dzia­ły­śmy całą noc na da­chu i wy­ja­śni­ła mi, że ten urok, któ­ry rzu­ci­ła na mnie wiedź­ma... Mogę zmie­niać się w wie­wiór­kę, mogę też być dziew­czy­ną, ale ma­gia, któ­ra za każ­dym ra­zem po­wo­du­je prze­mia­ny, wy­czer­pu­je się. Jest sil­niej­sza w cza­sie peł­ni, ale... Może się zda­rzyć tak, że wy­czer­pie się do tego stop­nia, że... - za­wa­ha­ła się, pysz­czek jej za­drżał. - No po pro­stu prze­sta­nie dzia­łać. I zo­sta­nę na za­wsze w jed­nej po­sta­ci - za­koń­czy­ła, smęt­nie po­cią­ga­jąc no­sem.

- Bo­isz się, że zo­sta­niesz na za­wsze wie­wiór­ką? - szep­nął Ła­zik.

Lira kil­ko­ma mru­gnię­cia­mi prze­go­ni­ła łzy z oczu.

- Nie boję się. Ja po pro­stu nie umiem zde­cy­do­wać, kim chcę po­zo­stać na resz­tę ży­cia.

- Nie da się tego od­wró­cić? Mał­go­rza­ta mia­ła zna­leźć ja­kiś spo­sób - głos mu się ła­mał. Zie­lo­ny blask bił co­raz wy­raź­niej z oczu Liry.

Zwie­rząt­ko po­ki­wa­ło ze smut­kiem gło­wą.

- Nie bój się, coś wy­my­śli­my. - Wziął je ostroż­nie na swo­­­­­­­ją dłoń.

Zie­leń sku­mu­lo­wa­ła się w głę­bi źre­nic wie­wiór­ki. Przy­mknę­ła po­wie­ki, mi­mo­wol­nie wy­da­ła z sie­bie sła­by jęk bólu. Wy­raź­nie wal­czy­ła z czymś, co tra­wi­ło ją od środ­ka. Ła­zik nie bar­dzo wie­dział, jak jej po­móc. Z pu­szy­ste­go ogo­na na dłoń chło­pa­ka wy­padł ja­kiś lśnią­cy sre­brem przed­miot, do któ­re­go przy­wią­za­ny był krót­ki sznu­rek. Me­da­lion był nie­wie­le więk­szy od gro­szów­ki i przed­sta­wiał drze­wo. Wo­kół ozdo­bio­nej ma­lut­ki­mi list­ka­mi ko­ro­ny i od­sło­nię­tych ko­rze­ni opla­tał się sznur zło­żo­ny z nie­zli­czo­nych, splą­ta­nych ze sobą wę­złów.

Przyj­rzał mu się bli­żej i do­strzegł, że lnia­ny sznu­re­czek zo­stał prze­gry­zio­ny przez wy­jąt­ko­wo ostre zęby. Zęby, któ­re z ła­two­ścią kru­szy­ły twar­de łu­pi­ny orze­chów. Wie­wiór­ka usia­dła na jego dło­ni i spoj­rza­ła wprost w jego piw­ne oczy. Czuł chłód i smród bi­ją­ce od zgni­łe­go bla­sku. W jed­nej chwi­li szum drzew umilkł, a pra­cu­ją­ca w od­da­li ko­siar­ka sta­ła się le­d­wie sły­szal­nym szme­rem.

Trwa­ła przed nim, a on mógł tyl­ko bez­rad­nie ści­skać w swo­jej dło­ni me­da­lion.

- Cza­row­ni­ca zro­bi­ła go dla mnie. Amu­let, któ­ry miał spo­wol­nić dzia­ła­nie uro­ku. Dziew­czy­na? Czy wie­wiór­ka? Po co mam wy­bie­rać, Ła­zi­ku? A je­śli nie chcę wy­bie­rać? O to cho­dzi! Chcę, żeby było jak do tej pory i... - za­wa­ha­ła się, za­drża­ła na kra­wę­dzi jego dło­ni.

- Coś ty naj­lep­sze­go zro­bi­ła, Liro? - szep­nął. Nie mógł się po­ru­szyć, nie mógł na­wet mru­gnąć po­wie­ką, czuł na so­bie tyl­ko ten ohyd­ny blask. Spo­wi­jał jego cia­ło, wy­peł­niał umysł pa­ra­li­żu­ją­cym chło­dem, od­bie­rał wła­dzę nad mową i ru­chem.

Lira uśmiech­nę­ła się nie­zbyt przy­jem­nie.

- Nie miej mi tego za złe. By­łeś do­brym go­spo­da­rzem, ale... prze­szka­dzał­byś tyl­ko. Bo wi­dzisz, tak się skła­­­­­da, że cał­kiem nie­daw­no zna­la­złam roz­wią­za­nie mo­je­go pro­ble­mu. - Ze­sko­czy­ła z po­wro­tem na sto­lik, wzię­ła tyle orze­chów, ile była w sta­nie unieść w ma­leń­kich łap­kach i pod­bie­gła do kra­wę­dzi bla­tu. Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, spoj­rza­ła w oczy spa­ra­li­żo­wa­ne­go opie­ku­na i po­zwo­li­ła, żeby wiatr zmierz­wił jej fu­ter­ko.

Oko­li­cę znów wy­peł­nił szum li­ści.

Nie! Nie zo­sta­wiaj mnie! Nie rób głupstw... Pro­szę! - Ła­zik krzy­czał w my­ślach.

- Wszy­scy sta­nie­my przed czasz­ką - szep­nę­ła.

Jed­nym su­sem znik­nę­ła w wy­so­kiej tra­wie.

-

Ciem­ny na­syp ko­le­jo­wy ucie­kał na pół­noc, gdzie nik­nął ostrym za­krę­tem wśród gę­stwi­ny bu­ko­we­go lasu, któ­ry cią­gnął się wszę­dzie, jak okiem się­gnąć, na wschód od lśnią­cej li­nii to­rów. Mo­kre od desz­czu szy­ny ko­le­jo­we roz­wi­dla­ły się w wiel­kie, nie­sa­mo­wi­cie splą­ta­ne drze­wo o cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność nocy cie­niut­kich ga­łąz­kach. Sre­bro szyn tu i ów­dzie upstrzo­ne było czer­wie­nią (szcze­gól­nie w miej­scach, gdzie pło­nę­ły świa­tła ostrze­gaw­cze za­wie­szo­ne na wy­so­kich be­to­no­wych słu­pach trak­cyj­nych) lub żół­cią (tam, gdzie pło­nę­ły wiel­kie elek­trycz­ne lam­py, któ­re były jed­nak tak brud­ne, że da­wa­ne przez nie świa­tło nie do­cie­ra­ło do zie­mi). Po za­chod­niej stro­nie wy­so­kie­go na­sy­pu umo­ści­ła się sze­ro­ka łąka po­ro­śnię­ta wy­so­ką tra­wą upstrzo­ną po­zo­sta­ły­mi po noc­nym desz­czu kro­pel­ka­mi, któ­re lśni­ły w de­li­kat­nej po­świa­cie księ­ży­ca w peł­ni. Od za­cho­du dął wiatr, któ­ry wła­śnie prze­go­nił stąd so­lid­ną bu­rzę, a te­raz oczysz­czał nie­bo z resz­tek chmur.

- Za­po­wia­da się po­god­ny pią­tek - szep­nął Ed­mund i po­stu­kał w szkieł­ko ze­gar­ka. Za sie­dem mi­nut mia­ła na­dejść pół­noc, a on miał do prze­to­cze­nia jesz­cze czte­ry peł­ne skła­dy. - I tak od trzy­dzie­stu lat... - wes­tchnął, za­rzu­ca­jąc na ra­mię cięż­ki pręt słu­żą­cy do na­sta­wia­nia zwrot­nic pod od­po­wied­ni­mi ką­ta­mi.

Ru­szył żwa­wym kro­kiem, roz­ga­nia­jąc ogar­nia­ją­ce ko­ści zim­no. Wy­so­ko po­nad nim gó­ro­wa­ło po­je­dyn­cze świa­tło biu­row­ca, w któ­rym Mło­dy (Mar­cin, Mi­chał, Ma­ciej...? - Za­po­mniał już jak miał na imię, za­wsze przy­cho­dzi­li z za­pa­łem i za szyb­ko re­zy­gno­wa­li, więc stwier­dził ja­kieś dzie­sięć lat temu, że bę­dzie zwra­cał się do każ­de­go z nich per mło­dy) już pew­nie szy­ko­wał go­rą­cą kawę i ka­nap­ki, o ile ze­stre­so­wa­ny, z no­sem przy­tknię­tym do szy­by nie pró­bo­wał go cały czas wy­pa­try­wać w ciem­no­ści. Ro­ze­śmiał się sam do sie­bie, bo każ­dy mło­dy uwa­żał go za sła­be­go, bez­u­ży­tecz­ne­go star­ca, któ­re­go... In­ny­mi sło­wy - choć cał­kiem nie­daw­no za­rze­kał się, że bę­dzie prze­ta­czał wa­go­ny aż do śmier­ci - zo­stał za­szu­flad­ko­wa­ny przez swo­ich ko­le­gów jako E-ME-RYT.

Mi­nął dwu­dzie­sty siód­my słup na swo­jej dro­dze i z brzę­kiem odło­żył cięż­ki pręt.

- Jesz­cze dwa mie­sią­ce... Wy­trzy­maj, Mun­dziu - wes­tchnął cięż­ko, od­szedł dwa kro­ki na bok i ulżył swo­je­mu prze­peł­nio­ne­mu pę­che­rzo­wi.

Bez pro­ble­mu wło­żył gru­by me­tro­wy pręt do na­sa­dy me­cha­ni­zmu i na­pie­ra­jąc na nie­go cię­ża­rem za­le­d­wie klat­ki pier­sio­wej, na­sta­wił zwrot­ni­cę. Szy­ny z głu­chym zgrzy­tem wsko­czy­ły na miej­sce, aż po­nad bu­ko­wy las wzle­cia­ło kil­ka roz­bu­dzo­nych pta­ków. Po­pra­wił rę­ka­wy fla­ne­lo­wej ko­szu­li i nie­spiesz­nie ru­szył do ko­lej­nej zwrot­ni­cy, cho­ciaż sta­lo­wy drąg co­raz bar­dziej cią­żył mu na ra­mie­­­­niu. Mło­dy... Tak, dziw­ny chło­pak nie­go wca­le nie­po­dob­ny do Stasz­ka - po­my­ślał, idąc przed sie­bie po śli­skich, na­mok­nię­tych od desz­czu pod­kła­dach. Wciąż nie mógł przy­po­mnieć so­bie jego imie­nia, a lśnią­cy nad oko­li­cą księ­życ wca­le nie kwa­pił się do pod­po­wie­dzi.

Przy­sta­nął i za­pa­lił la­tar­kę, któ­rą do tej pory miał przy­tro­czo­ną do pa­ska.

- Pew­nie za­jąc, sta­ry dur­niu - wark­nął sam do sie­bie, kie­dy snop żół­te­go świa­tła omiótł tory za nim, a on do­strzegł je­dy­nie śla­dy wła­snych mo­krych po­de­szew, od­ci­śnię­te na sczer­nia­łym drew­nie. Wpa­try­wał się w miej­sce za sobą jesz­cze przez pół mi­nu­ty, po czym zga­sił la­tar­kę i ru­szył da­lej w stro­nę słu­pa nu­mer trzy­dzie­ści je­den. Wy­da­wa­ło mu się, że... Nie­waż­ne! - zga­nił się w my­ślach, któ­re uci­chły, kie­dy do­tarł do ko­lej­nej zwrot­ni­cy.

Tym ra­zem ko­niec prę­ta nie chciał wsko­czyć na miej­sce. Ed­mund mu­siał wspo­móc się la­tar­ką, ale kie­dy wresz­cie uda­ło mu się na­sta­wić zwrot­ni­cę we wła­ści­wej po­zy­cji, co trwa­ło ab­sur­dal­nie dłu­go, znów wy­da­ło mu się, że gdzieś poza za­się­giem świa­tła, w ciem­no­ści nocy, u stóp na­sy­pu, zwin­nie prze­mknął ja­kiś cień. Wpa­try­wał się przez dłuż­szą chwi­lę w dół, tam, gdzie po nie­da­wa­nym desz­czu szu­miał płyt­ki po­tok wy­peł­nia­ją­cy rów me­lio­ra­cyj­ny, ale snop z la­tar­ki koń­czył się ja­kiś metr od miej­sca, gdzie wy­da­wa­ło mu się, że wi­dział... To nie­moż­li­we! - Nie był pe­wien, czy po­wie­dział te sło­wa na głos, czy tyl­ko w my­ślach uci­szył na­tręt­ne wspo­mnie­nie.

Ale... - I tego ale nie po­tra­fił już za­trzy­mać.

czym mó­wił przy wie­czor­nej ka­wie ten Mło­dy? Kie­dy rzę­si­ście pa­dał deszcz, wy so­bie wy­god­nie sie­dzie­li­ście skry­ci cie­płym su­chym biu­rze, za­gry­za­jąc ciast­ka dże­mem po­pi­ja­jąc je gorz­kim na­po­jem. czym on mó­wił? - Na­tłok my­śli ude­rzył go tak gwał­tow­nie, że mu­siał wes­przeć się o ko­lej­ny be­to­no­wy słup.

- Coś sta­ło się z sio­strą Mło­de­go... z cór­ką Stasz­ka - szep­nął i wi­dząc ob­ło­czek pary wy­do­by­wa­ją­cy się z jego wła­snych ust, utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że po­wie­dział te sło­wa na głos.

Tak, cała wieś tym mówi. ju­tro mają roz­po­cząć się po­szu­ki­wa­nia. Zbie­ra­ją lu­dzi sam zgło­si­łeś się do po­mo­cy, pa­mię­tasz? - Nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak ski­nie­niem gło­wy przy­tak­nąć wła­snym kon­sta­ta­cjom. - Ale co ten Mło­dy po­wie­dział? - Na­tar­czy­wa myśl znów wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię, aż Ed­mund mu­siał przy­sta­nąć. Cięż­ki pręt z brzę­kiem upadł na ka­mie­nie.

Wol­ną ręką chwy­cił się za gło­wę, wy­pusz­cza­jąc na zie­mię la­tar­kę. Jak przez mgłę sły­szał trzask obu­do­wy, któ­ra pę­kła i le­ża­ła te­raz u jego stóp w ka­wał­kach.

- Ktoś przy­szedł do niej... W ze­szłym ty­go­dniu! - wy­chry­piał, pró­bu­jąc nie­zdar­nie się­gnąć do sta­lo­we­go drą­ga.

Tak, przy­szedł. I co da­lej? Co da­lej po­wie­dział Mło­dy? - szep­nę­ły gło­sy we­wnątrz jego czasz­ki.

- Wy­szła z nim na ze­wnątrz w środ­ku nocy... Zo­sta­wi­ła swój me­da­lik z Mat­ką Bo­ską i po­szła w ciem­ny las, ale... - Sa­mot­ny sta­ry czło­wiek w ciem­no­ści za­wa­hał się.

Ale co? - za­py­tał głos.

- Ale wró­ci­ła, o po­ran­ku... Po­twor­nie bla­da, oka­le­czo­na i po­dra­pa­na przez ga­łę­zie... Żywa - wy­chry­piał. Gdy­by nie pręt, któ­ry uda­ło mu się wresz­cie uchwy­cić, osu­nął­by się na ko­la­na, ale kur­czo­wo za­ci­snął na nim rękę i trwał zgię­ty wpół na środ­ku to­rów, kil­ka kro­ków za zwrot­ni­cą przy słu­pie nu­mer trzy­dzie­ści je­den.

Je­steś pew­ny, że żywa? - We­wnętrz­ny gło­sik za­chi­cho­tał i Ed­mund po raz pierw­szy za­sta­no­wił się, czy do­trwa do po­cząt­ku eme­ry­tu­ry w zdro­wiu psy­chicz­nym. - Prze­cież znasz aż za do­brze te ob­ja­wy, praw­da? Już je wi­dzia­łeś i to nie tyl­ko ty... Wiesz, co trze­ba te­raz zro­bić, praw­da? Po­ka­zał ci ten me­da­lik? Mło­dy po­ka­zał ci me­da­lik swo­jej sio­stry!? - Ed­mund czuł, że po po­licz­ku ciek­ną mu łzy.

- Tak! Nie wy­glą­dał na ze­rwa­ny! Wy­glą­dał, jak­by ktoś sam z wła­snej woli go roz­piął i zdjął - łkał, a sło­wa le­d­wo prze­ci­ska­ły się przez jego gar­dło.

Za­tem przy­ję­ła go ca­łym swo­im ser­cem, praw­da? do­brze wiesz, co to ozna­cza, praw­da? Praw­da? Czym jest praw­da... Praw­da, praw­da - ostat­nie sło­wo od­bi­ja­ło się echem w jego gło­wie. Po­biegł na oślep przed sie­bie, ale po dwu­dzie­stu kro­kach po­tknął się o źle usta­wio­ny pod­kład ko­le­jo­wy i ru­nął na twarz.

Ota­cza­ły go ci­sza, chłód i na­tar­czy­wa wil­goć, któ­ra wdzie­ra­ła się w jego cia­ło pa­ra­li­żu­ją­cym zim­nem. Rzę­si­sty deszcz znów za­czął pa­dać bez ostrze­że­nia, a on le­żał zzięb­nię­ty na twar­dych nie­rów­nych pod­kła­dach ko­le­jo­wych, czu­jąc pod swo­im cia­łem wrzy­na­ją­ce się, nie­wy­god­nie ka­mie­nie. Po­ja­wi­ła się przed nim na uła­mek se­kun­dy i choć za­po­mniał jej imie­nia, był pe­wien, że to ona - jego mar­twa od pię­ciu lat mał­żon­ka. Pa­trzy­ła na nie­go smut­nym spoj­rze­niem wy­bla­kłych oczu, ale ką­ci­ki jej ust uśmie­cha­ły się. Od­wza­jem­nił uśmiech, choć z wiel­kim tru­dem. Ból roz­cho­dził się po ca­łym cie­le, pul­so­wał we wnę­trzu klat­ki pier­sio­wej i koń­czył się de­ner­wu­ją­cym mro­wie­niem w dło­niach i sto­pach. Po­wiedz Mło­de­mu. Po­wiedz mu Po­la­nie Pa­ste­rzy. po­roz­ma­wiaj. Po­roz­ma­wiaj resz­tą. Zrób to, za­nim uczy­nisz co­kol­wiek in... - mó­wi­ła do nie­go tym sa­mym spo­koj­nym gło­sem co za­wsze.

Wi­zja roz­my­ła się. Sta­nął przed nim wiel­ki czar­ny wilk.

Ed­mund spoj­rzał pro­sto w żół­te śle­pia. Znasz te oczy - pi­snął ci­cho we­wnętrz­ny gło­sik.

Be­stia spię­ła się do sko­ku.

-

- Za­baw­nie wy­glą­dasz, kie­dy się prze­mie­niasz - za­chi­cho­ta­ła i zwin­nie wspię­ła się po ko­na­rze drze­wa, przy­sia­da­jąc na naj­niż­szej ga­łę­zi sta­rej ol­chy. Wie­ko­we drze­wo chy­li­ło się nad nie­wiel­ką po­lan­ką, po­kry­tą w ca­ło­ści mięk­kim mchem i wy­so­ką tra­wą. Po pół­noc­nej stro­nie ro­sło kil­ka do­rod­nych bo­ro­wi­ków o lśnią­cych od wil­go­ci ka­pe­lu­szach.

Lira usia­dła wy­god­nie mię­dzy ol­cho­wy­mi szysz­ka­mi i spoj­rza­ła pro­sto w oto­czo­ny chmu­ra­mi księ­życ. Tej nocy - pierw­szej nocy peł­ni - jego blask był jesz­cze dość męt­ny, prze­są­czo­ny bar­dziej ta­jem­ni­czą mgłą niż wy­raź­ną srebr­ną ma­gią. Dwa bliź­nia­cze od­bi­cia tań­czy­ły w czar­nych źre­ni­cach wie­wiór­ki, ale nie zdo­ła­ły prze­go­nić zie­lon­ka­wych iskie­rek, któ­re swo­im bla­skiem ko­lo­ro­wa­ły kra­wę­dzie jej tę­czó­wek. Za­wsze cie­szył ją blask księ­ży­ca, przy­jem­ne chłod­ne świa­tło, któ­re da­wa­ło jej uko­je­nie, szcze­gól­nie w jej ludz­kiej po­sta­ci, z któ­rej... Nie, nie mo­gła zmie­nić się te­raz - wy­raź­nie czu­ła, że zo­sta­ło jej nie­wie­le prze­mian i że każ­da ko­lej­na może być tą ostat­nią.

Czasz­ka była jej ostat­nią na­dzie­ją. Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. Nie była do koń­ca pew­na, czy jest na tyle spryt­na, żeby prze­chy­trzyć tego, któ­ry jej pil­nu­je.

Ol­cha za­drża­ła, kie­dy wiel­ki bru­nat­ny niedź­wiedź otarł się bo­kiem o jej sze­ro­ki pień.

- Spo­koj­nie, mi­siu - szep­nę­ła z tym sa­mym chi­cho­tem.

Niedź­wiedź, z wi­bru­ją­cym w noc­nym po­wie­trzu ry­kiem, na­parł na ko­nar i drze­wo prze­chy­li­ło się jesz­cze bar­dziej w kie­run­ku pod­mo­kłej czę­ści łącz­ki.

- Mi­siu! - pi­snę­ła Lira i ra­zem z kil­ko­ma szysz­ka­mi spa­dła wprost na grzbiet niedź­wie­dzia.

Wpi­ła swo­je łap­ki w jego fu­tro. Zwierz z wark­nię­ciem ru­szył przed sie­bie, prze­dzie­ra­jąc się przez gę­sty młod­nik. Cie­niut­kie ga­łąz­ki brzó­zek skro­ba­ły ją nie­przy­jem­nie po pyszcz­ku. Za­sło­ni­ła się swo­im pu­szy­stym ogo­nem i wtu­li­ła cia­śniej w sztyw­ne bru­nat­ne fu­tro, czu­jąc jak boki wiel­kie­go niedź­wie­dzia ocie­ra­ją się o więk­sze drze­wa i zry­wa­ją z nich ka­wał­ki kory. Las prze­rze­dził się i nie­spo­dzie­wa­nie zo­stał za nimi. Jed­nym po­tęż­nym sko­kiem zna­leź­li się na szczy­cie na­sy­pu ko­le­jo­we­go, a niedź­wie­dzie pa­zu­ry za­dzwo­ni­ły o lśnią­ce szy­ny. Wierz­gnął tyl­ny­mi ła­pa­mi, wy­rzu­ca­jąc w po­wie­trze garść ka­mie­ni, któ­re po­to­czy­ły się aż do rowu me­lio­ra­cyj­ne­go, z plu­skiem lą­du­jąc w wo­dzie.

Wy­tra­ci­li tem­po bie­gu i przez chwi­lę ma­sze­ro­wa­li wy­raź­nie wol­niej wzdłuż pu­ste­go to­ro­wi­ska. Od­wa­ży­ła się usiąść na jego grzbie­cie i za­raz ogar­nął ją przy­jem­nie chłod­ny po­wiew noc­ne­go po­wie­trza. Ostroż­nie wspię­ła się na czu­bek jego wiel­kie­go łba.

- Do­kąd idzie­my, mi­siu? - za­py­ta­ła, szczy­piąc go w ko­sma­te ucho.

Za­rzu­cił łbem i wark­nął ze zło­ścią.

- Prze­pra­szam. Już się nie gnie­waj, wraż­liw­cu - od­par­ła z chi­cho­tem.

Tam... - usły­sza­ła we wnę­trzu swo­jej ma­łej czasz­ki mę­ski głos.

Niedź­wiedź na­wet nie prze­rwał mar­szu, ostroż­nie i bez­gło­śnie sta­wia­jąc łapy.

- Uda­ło ci się, mi­siu! Po­wie­dzia­łeś coś wresz­cie! - pi­snę­ła, na­chy­la­jąc się nad jego sze­ro­kim czo­łem i pró­bu­jąc spoj­rzeć mu pro­sto w oczy.

Tam... Patrz... - znów ode­zwał się mę­ski głos, aż usia­dła z po­wro­tem mię­dzy usza­mi. Nie mia­ła od­wa­gi po­wie­dzieć mu, żeby mó­wił ci­szej. Nie chcia­ła go znie­chę­cić.

Niedź­wiedź przy­sta­nął i przy­siadł na za­dzie.

Ci­sza... - szep­nął znów ten sam głos.

Wstał, zro­bił trzy głę­bo­kie wde­chy i ostroż­nie ru­szył przed sie­bie, z roz­wa­gą sta­wia­jąc łapy. Po dzie­się­ciu czuj­nych kro­kach Lira za­uwa­ży­ła, co spra­wi­ło, że zwierz wresz­cie zwol­nił: na środ­ku to­rów klę­czał czło­wiek, a le­d­wie kil­ka me­trów przed nim stał wy­prę­żo­ny do sko­ku czar­ny wilk. Do­strze­gła w ciem­no­ści jego żół­te śle­pia i peł­ną kłów pasz­czę ocie­ka­ją­cą śli­ną. Świa­tło księ­ży­ca na­zna­czy­ło srebr­nym kon­tu­rem jego nie­rów­ne ko­sma­te fu­tro, w kil­ku miej­scach prze­rwa­ne przez wą­skie bla­de bli­zny. Niedź­wiedź szedł pew­nie przed sie­bie w kom­plet­nej ci­szy, w któ­rej mo­gła usły­szeć szem­rzą­cą w dole na­sy­pu wart­ką wodę i spo­wol­nio­ne bi­cie wiel­kie­go ser­ca bru­nat­ne­go ku­dła­cza. Z jego noz­drzy ula­ty­wa­ła mgieł­ka jego wła­sne­go chra­pli­we­go od­de­chu. Lira spoj­rza­ła na wil­ka. Z jego py­ska nie wy­do­by­wa­ło się nic in­ne­go, poza cuch­ną­cą gę­stą śli­ną, któ­ra gru­da­mi ka­pa­ła na pod­kła­dy ko­le­jo­we.

Nie wi­dział ich. Żół­te śle­pia sku­pio­ne były na czło­wie­ku.

- Prze­myśl to, mi­siu - szep­nę­ła Lira do le­we­go ucha. We wnę­trzu jej czasz­ki roz­legł się dźwięk, któ­ry nie mógł być ni­czym in­nym jak prych­nię­ciem.

Niedź­wiedź wy­ko­nał tu­zin bez­sze­lest­nych kro­ków. Na­gle uniósł się w po­tęż­nym sko­ku. Lira w ostat­niej chwi­li chwy­ci­ła się moc­niej ko­sma­te­go fu­tra. Wy­lą­do­wa­li mię­dzy czło­wie­kiem a wil­kiem i do­pie­ro wte­dy król le­śnych kniei wy­dał z sie­bie po­tęż­ny ryk. Mach­nął uzbro­jo­ną w pa­zu­ry łapą. Kun­del za­sko­wy­czał tyl­ko i uciekł na wschód z pod­ku­lo­nym ogo­nem, zni­ka­jąc po kil­ku su­sach w gę­stych za­ro­ślach Czar­no­le­sia. Niedź­wiedź trą­cił swo­im wil­got­nym no­sem ra­mię le­żą­ce­go na zie­mi męż­czy­zny, a Lira zbie­gła zwin­nie na jego ple­cy.

Ze­mdlał... - usły­sza­ła głos, jak­by tro­chę spo­koj­niej­szy i cich­szy.

- Chy­ba tak. Ale od­dy­cha - od­par­ła, de­li­kat­nie mu­ska­jąc łap­ką czu­bek nosa ko­le­ja­rza.

Mu­si­my ucie­kać, Liro... Szyb­ko, wska­kuj! - Tym ra­zem głos był znów do­no­śniej­szy.

Z prze­ciw­nej stro­ny do­tarł do ich uszu tu­pot stóp i dy­sze­nie, a kie­dy wspię­ła się z po­wro­tem na grzbiet to­wa­rzy­sza, do­strze­gła drga­ją­cy w ciem­no­ści snop świa­tła la­tar­ki.

- Pę­dem, mi­siu. Na po­la­nę! - szep­nę­ła.

Zła­pa­ła się kur­czo­wo kę­pek sier­ści i po­zwo­li­ła, aby pęd wia­tru roz­wiał jej wła­sne ko­smy­ki si­wych - nie­mal bia­łych - wło­sów, kie­dy niedź­wiedź sko­czył z sa­me­go szczy­tu na­sy­pu. Źle wy­li­czył od­le­głość, bo z plu­skiem i wście­kłym wark­nię­ciem wy­lą­do­wał w lo­do­wa­tej wo­dzie na dnie rowu me­lio­ra­cyj­ne­go. Zi­ry­to­wa­ny wy­ka­ra­skał się na brzeg i ru­szył kil­ka­set me­trów przed sie­bie wil­got­ną od desz­czu łąką, zo­sta­wia­jąc za sobą nie­przy­tom­ne­go czło­wie­ka, do któ­re­go wła­śnie do­cie­ra­ło roz­dy­go­ta­ne świa­tło la­tar­ki.

Prze­pra­szam... - Za­sa­pa­ny szept wy­rwał ją z chłod­ne­go odrę­twie­nia.

- Nic nie szko­dzi, mi­siu - od­par­ła, cho­ciaż zęby szczę­ka­ły jej z zim­na.

W tra­wie za nimi cią­gnął się sze­ro­ki czar­ny ślad, któ­ry ni­czym lśnią­cy wąż wił się aż pod samą kra­wędź gę­ste­go lasu. Omi­nę­li wy­ra­sta­ją­cy nad łąką drew­nia­ny szkie­let my­śliw­skiej am­bo­ny, bo obo­je po­czu­li w noz­drzach nie­przy­jem­ny za­pach źle wy­su­szo­ne­go ty­to­niu, a Li­rze wy­da­wa­ło się na­wet, że tuż pod ni­skim po­kry­tym papą dasz­kiem do­strze­gła ludz­kie syl­wet­ki. W bla­dym świe­tle pierw­szej nocy peł­ni nie mo­gła stwier­dzić tego na pew­no, ale we wnę­trzu am­bo­ny naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­li się dwaj my­śli­wi.

Skrę­ci­li w stro­nę lasu.

Pie­prze­ni... Kłu­sow­ni­cy... - do­tarł do niej pe­łen nie­na­wi­ści głos.

- Masz ra­cję, mi­siu. Sta­raj się nie krzy­czeć, kie­dy do mnie mó­wisz, bo dzwo­ni mi od tego w uszach - rzu­ci­ła, wy­krę­ca­jąc swo­ją prze­mo­czo­ną kit­kę.

Prze­pra­szam... Każ­de... Sło­wo... Wy­po­wia­dam... Jak­bym... Ła­pał... Od­dech... Wy­nu­rza­jąc... Się... Z... Wody... - Zdy­sza­ny niedź­wiedź oparł się bo­kiem o mło­dą brzo­zę. Chu­dziut­kie drzew­ko zła­ma­ło się z su­chym trza­skiem i z ło­sko­tem ru­nę­ło na zie­mię.

Zwierz po­dra­pał się pa­zu­rem za uchem.

- Nie przej­muj się, mi­siu. Opa­nu­jesz wszyst­ko, po­trze­ba tyl­ko wię­cej cza­su i... - za­czę­ła spo­koj­nie.

Jej to­wa­rzysz ryk­nął do­no­śnie.

- ...jesz­cze wię­cej cier­pli­wo­ści - do­koń­czy­ła z chi­cho­tem.

Jed­nym ru­chem zadu prze­pchnął spróch­nia­ły ko­nar wiel­kie­go buka, któ­ry za­gra­dzał im dro­gę. Drew­nia­ny kloc z mla­śnię­ciem i bul­go­ta­niem za­głę­bił się w ba­gni­stej sa­dzaw­ce. We­szli na nie­mal okrą­głą po­la­nę, na któ­rej nie ro­sło nic in­ne­go poza wy­so­ką, się­ga­ją­cą niedź­wie­dzio­wi do po­ło­wy grzbie­tu tra­wą i sa­mot­ną brzo­zą, któ­rej kora bie­la­ła w świe­tle księ­ży­ca. Trze­ma su­sa­mi zna­leź­li się w cie­niu szem­ra­ją­cych ci­cho brzo­zo­wych ga­łę­zi, a tam Lira ze­sko­czy­ła z grzbie­tu na le­żą­cy u pod­sta­wy drze­wa pła­ski ka­mień.

Otrze­pa­li się i w kil­ka se­kund osu­szy­li swo­je fu­tra. Usie­dli na ka­mie­niu.

Cie­ka­we... Co... To... Za... Czło­wiek - ode­zwał się głos.

Lira tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. W wą­skiej szpa­rze mię­dzy ka­mie­nia­mi zna­la­zła orzech, któ­ry te­raz sta­ra­ła się roz­łu­pać zę­ba­mi. Na próż­no, wciąż było jej zim­no i trzę­sła się tak bar­dzo, że zdo­bycz raz po raz wy­pa­da­ła jej z ła­pek. Niedź­wiedź wziął prze­ką­skę w dwa pa­zu­ry i bez więk­sze­go wy­sił­ku zmiaż­dżył sko­rup­kę. Po­dał jej na otwar­tej ła­pie miąższ. Lira z za­pa­łem za­czę­ła chru­pać przy­smak, jed­no­cze­śnie wtu­la­jąc się w cie­płe fu­tro to­wa­rzy­sza.

Niedź­wiedź wes­tchnął.

Jak... Ćwi­czyć... Żeby... Le­piej... Mó­wić? - za­py­tał głos.

- Roz­ma­wiać. W tej chwi­li mó­wie­nie spra­wia ci wy­si­łek, bo je­steś w cie­le niedź­wie­dzia. Twój mózg nie jest przy­zwy­cza­jo­ny do mó­wie­nia, dla­te­go to ta­kie trud­ne. Ale nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, że za­czy­nasz mó­wić co­raz płyn­niej, mi­siu? - od­par­ła wie­wiór­ka, zli­zu­jąc z ła­pek reszt­ki sma­ko­ły­ka.

Bru­nat­ny ol­brzym ob­li­zał wiel­kim ję­zo­rem swój pysk.

Czy... Ty... Też... Tak... Mia­łaś? Mó­wi­łaś... Przez... - Na koń­cu po­stu­kał się pa­zu­rem w czo­ło.

Lira za­chi­cho­ta­ła.

- Nie, mi­siu. Moja ma­gia jest tro­chę inna niż two­ja. Po­cho­dzi od in­nej wiedź­my... - Za­drża­ła na samo wspo­mnie­nie złej cza­row­ni­cy, któ­ra po­rwa­ła ją z jej ro­dzin­nej wio­ski i zmie­ni­ła w wie­wiór­kę. - Ale to było set­ki lat temu. Na cie­bie czas też nie bę­dzie miał wpły­wu, mi­siu. Jed­nak... - za­wa­ha­ła się. Zie­lo­ny błysk w jej oku spra­wił, że nie­przy­jem­na po­świa­ta pa­dła na ka­mień, na któ­rym sie­dzie­li.

Niedź­wiedź spoj­rzał na nią.

Jed­nak? - za­py­tał wy­jąt­ko­wo ci­cho.

- Nie­waż­ne, mi­siu. Nie­waż­ne - od­par­ła gorz­ko. Zde­cy­do­wa­ła się nie mó­wić mu o tym, że cho­ciaż ich ma­gia jest inna, to w grun­cie rze­czy dzia­ła po­dob­nie i jego prze­mia­ny też kie­dyś się skoń­czą.

Jej to­wa­rzysz wpa­try­wał się w księ­życ, a srebr­ny blask roz­le­wał się po jego sze­ro­kim py­sku, czo­le i po­mię­dzy usza­mi, gdzie fu­tro two­rzy­ło ster­czą­cą do góry kęp­kę. Z naj­więk­szą do­kład­no­ścią po­tra­fi­ła do­strzec każ­dy, na­wet naj­mniej­szy wło­sek. I choć wszyst­ko po­wo­li przy­sła­nia­ła zie­lon­ka­wa mgła, to... Wy­raź­nie czu­ła w swo­im ma­łym wie­wiór­czym ser­dusz­ku cie­pło.

Cie­pło, któ­re­go nie czu­ła od se­tek lat.

Opo­wiesz... mi... zno­wu... o... niej? - za­py­tał, za­uwa­ża­jąc, że fak­tycz­nie prze­rwy mię­dzy wy­ra­za­mi ro­bią się krót­sze i nie musi tak gwał­tow­nie wal­czyć o my­ślo­wy od­dech przed każ­dym ze słów. - Mał­go­sia? Tak... ma... na... imię... Praw­da... Liro?

- Tak... - szep­nę­ła za­my­ślo­na. Sta­ra­ła się ukryć złość, któ­ra w niej wez­bra­ła. Nie była jed­nak w sta­nie stłu­mić zie­lo­ne­go bla­sku, któ­ry za­czął są­czyć się z jej źre­nic co­raz bar­dziej wi­docz­nym stru­mie­niem. Nie­wie­le więk­sze od frag­men­tów kwia­to­we­go pył­ku dro­bin­ki zgni­łe­go świa­tła za­czę­ły osa­dzać się na jej po­wie­kach. Strzą­snę­ła je wierz­chem dło­ni i kich­nę­ła z roz­ma­chem.

Niedź­wiedź spoj­rzał na nią z tro­ską na py­sku.

Chy­ba... się... prze­zię­bi­łaś. Te... zie­lo­ne... to... też... two­ja... ma­gia? - za­py­tał ci­cho, spo­koj­nie i czu­le, jak­by mó­wił do młod­szej sio­stry. Nie z taką czu­ło­ścią, ja­kiej od nie­go ocze­ki­wa­ła po mie­sią­cach zna­jo­mo­ści.

Tak, te­raz zie­leń to moja ma­gia. wkrót­ce two­ja. Wy­star­czy, że zdo­bę­dzie­my czasz­kę! I... - Już mia­ła od­po­wie­dzieć, cho­ciaż zszo­ko­wał ją i tro­chę prze­ra­ził ogrom zło­ści, któ­ry się w niej sku­mu­lo­wał w cią­gu tej krót­kiej roz­mo­wy. W ostat­niej chwi­li ugry­zła się w ję­zyk. Mia­ła tyl­ko na­dzie­ję, że nie od­czy­tał ani nie usły­szał jej my­śli. Zer­k­nę­ła na nie­go ukrad­kiem, ale nie wy­czy­ta­ła z jego py­ska ni­cze­go, co...

Obo­je jed­no­cze­śnie usły­sze­li ten sam dźwięk: ci­che me­ta­licz­ne klik­nię­cie, któ­re spra­wi­ło, że ku­dła­te uszy drgnę­ły za­uwa­żal­nie.

Sko­czy­ła w stro­nę niedź­wie­dzia, sły­sząc jak w jego gar­dle ro­dzi się wi­bru­ją­cy ba­so­wy ryk.

I tak było już za póź­no... Na­stęp­ne ci­che me­ta­licz­ne klik­nię­cie. A po nim roz­ry­wa­ją­cy noc­ną ci­szę huk po­dwój­ne­go wy­strza­łu z du­bel­tów­ki.

- Ja­nek! - krzyk­nę­ła.

Niedź­wiedź ze­rwał się w górę, od­trą­ca­jąc ją przed­nią łapą. Po­le­cia­ła w krza­ki je­żyn.

- Ła­duj! Bo uciek­nie! - wrza­snął ktoś od wschod­niej stro­ny.

Sły­sza­ła zbli­ża­ją­cych się my­śli­wych. Roz­ta­cza­li wo­kół sie­bie nie­przy­jem­ny za­pach sła­bej ja­ko­ści ty­to­niu. Zna­ła ten za­pach, po­dob­nie jak zna­ła głos krzy­czą­cej wcze­śniej ko­bie­ty, któ­ra... Nim zdą­ży­li za­ła­do­wać na nowo strzel­bę, niedź­wiedź ryk­nął ze zło­ścią i pu­ścił się pę­dem przed sie­bie, roz­trą­ca­jąc swo­im wiel­kim ciel­skiem ga­łę­zie i tra­tu­jąc mniej­sze drzew­ka.

Księ­życ w mil­cze­niu przy­glą­dał się kłó­cą­cej się dwój­ce my­śli­wych, ucie­ka­ją­ce­mu w sza­leń­czym tem­pie niedź­wie­dzio­wi oraz si­wej wie­wiór­ce unie­ru­cho­mio­nej po­mię­dzy kol­cza­sty­mi ga­łąz­ka­mi je­żyn.

Pierw­sza noc peł­ni po­wo­li mi­ja­ła, a on nie mógł już do­cze­kać się na­stęp­nej.

Niedźwiedź

po­cząt­ku, kie­dy sta­nę­ła drzwiach po­ko­ju, jej uśmiech był smut­ny. Pe­łen no­stal­gicz­nych wspo­mnień, jak­by cze­goś bar­dzo ża­ło­wa­ła. Póź­niej, kie­dy prze­szła przez próg pro­mie­nie słoń­ca pa­dły na jej ru­mia­ną twarz, do­strzegł jej uśmie­chu wię­cej ra­do­ści, szczę­ścia mi­ło­ści. Błę­kit­ne oczy iskrzy­ły się od czy­ste­go po­żą­da­nia, ru­mień­ce na po­licz­kach po­głę­bi­ły się, kie­dy zo­sta­wi­ła za sobą szla­frok kap­cie. Wspię­ła się na łóż­ko - wy­jąt­ko­wo twar­de łóż­ko - zwiew­nej, nie­mal prze­zro­czy­stej hal­ce. Wi­dział każ­dy szcze­gół jej cia­ła, każ­de za­głę­bie­nie, każ­dą krą­głość, jak­by była ople­cio­na cie­niu­teń­ką war­stwą mgły. Po­czuł jak wspi­na się na nie­go, obej­mu­je go swo­imi uda­mi, wspie­ra się rę­ka­mi jego klat­kę pier­sio­wą... Gdzieś w od­da­li, poza ską­pa­ną w sło­necz­nych pro­mie­niach sy­pial­nią, za­skrze­czał ptak. Chciał zer­k­nąć za okno, ale nie po­tra­fił od­wró­cić spoj­rze­nia od jej twa­rzy. Przy­mknę­ła po­wie­ki, de­li­kat­nie roz­chy­li­ła usta ta­jem­ni­czym uśmie­chu po­wo­lut­ku schy­li­ła się nad nim. Jej wil­got­ne war­gi sma­ko­wa­ły słod­ki­mi tru­skaw­ka­mi, a w noz­drza ude­rzył go za­pach świe­żej mor­skiej bry­zy. De­li­kat­ny po­ca­łu­nek trwał nie­skoń­czo­ność, jej smak wy­peł­niał mu całe usta. Prze­su­nął dło­nią po gład­kim udzie, czu­jąc pod skó­rą moc­ne mię­śnie, się­gnął do jędr­nych po­ślad­ków. Czar­ne, nie­sfor­ne wło­sy mu­ska­ły go po twa­rzy, kie­dy... Ptak za­skrze­czał znów, wy­ry­wa­jąc go z ob­jęć snu.

Ja­nek usiadł na ław­ce ze zdu­szo­nym okrzy­kiem. Spło­szo­na wro­na po­de­rwa­ła się z opar­cia i prze­le­cia­ła na są­sied­nią ław­kę, przy­glą­da­jąc mu się lśnią­cym pa­cior­ko­wa­tym okiem.

- Dur­ne pta­szy­sko - wark­nął Ja­nek.

Wro­na nie ura­czy­ła go od­po­wie­dzią.

Za­mknął oczy.

Osło­nił twarz obie­ma dłoń­mi.

Chcia­ła mu coś po­wie­dzieć... Prze­rwa­ła po­ca­łu­nek już otwie­ra­ła lśnią­ce usta, żeby ufor­mo­wać je sło­wa...

Sen ule­ciał bez­pow­rot­nie.

Wstał, po­rwał le­żą­cy na zie­mi ka­myk i ci­snął go w dal. Pa­trzył, jak leci krzy­wym łu­kiem w czy­stym po­ran­nym po­wie­trzu, a po­tem z plu­skiem wpa­da do wody.

Sen nie wró­cił.

Zo­sta­wił po so­bie słod­ki smak w ustach, za­pach świe­żej mor­skiej bry­zy i de­li­kat­ne ła­sko­ta­nie na twa­rzy, jak­by czar­no­wło­sa nie­zna­jo­ma na­dal mu­ska­ła go ko­niusz­ka­mi wło­sów po po­licz­kach, bro­dzie i czo­le. Z po­wro­tem usiadł na ław­ce, a przy­cup­nię­ta opo­dal wro­na ci­cho za­skrze­cza­ła.

- Kim je­steś, nie­zna­jo­ma? - szep­nął, wsłu­chu­jąc się w ude­rza­ją­ce o be­to­no­wy brzeg fale.

Mał­go­rza­ta - był nie­mal pe­wien, że to wro­na prze­mó­wi­ła do nie­go tym słod­kim ko­bie­cym gło­sem. Po­czuł dreszcz na kar­ku oraz cie­pło roz­cho­dzą­ce się po po­licz­kach i pły­ną­ce przy­jem­ną falą w dół cia­ła. Wstał i prze­cią­gnął się.

- Niech bę­dzie. Zo­sta­niesz Mał­go­rza­tą. I tak pew­nie ni­g­dy... - urwał z gorz­kim gry­ma­sem na twa­rzy. Ni­g­dy cię nie znaj­dę - do­koń­czył w my­ślach. Wro­na za­skrze­cza­ła jesz­cze raz - nie wie­dział, czy pta­szy­sko chcia­ło po­twier­dzić, czy za­prze­czyć - i od­le­cia­ła do od­le­głe­go gniaz­da, gdzieś w głę­bi roz­cią­ga­ją­ce­go się wzdłuż brze­gu lasu.

-

Słoń­ce sta­ło cał­kiem wy­so­ko na błę­kit­nym nie­bie, po któ­rym szyb­ko prze­su­wa­ły się grup­ki ob­ło­ków, gro­ma­dząc się w cia­sno zbi­ty wał chmur na wscho­dzie. Ciem­nie­ją­ce pod­sta­wy, zwia­stu­ją­ce deszcz, od­bi­ja­ły się w po­fa­lo­wa­nej ta­fli nie­spo­koj­ne­go je­zio­ra. Do­szedł pra­wie do koń­ca wału, zbli­ża­jąc się z każ­dym kro­kiem do ślu­zy, któ­rej to­por­ny kształt nie pa­so­wał w ża­den spo­sób do oto­cze­nia. Słod­ki smak znik­nął z jego ust, za­pach rów­nież uniósł się gdzieś z wia­trem, po­zo­sta­ło tyl­ko iry­tu­ją­ce wra­że­nie ła­sko­ta­nia na czo­le, po­licz­kach i bro­dzie. Jak­by nie­zna­jo­ma... Jak­by Mał­go­rza­ta wciąż po­chy­la­ła się nad nim w trwa­ją­cym wiecz­ność po­ca­łun­ku.

Wszyst­ko za­czę­ło się pra­wie trzy lata temu - do­kład­nie dwa lata i dzie­sięć mie­się­cy temu prze­bu­dził się w schro­ni­sku na Skrzycz­nem, cał­kiem sam, w oto­cze­niu tego nie­sa­mo­wi­te­go za­pa­chu, ze słod­kim sma­kiem tru­ska­wek w ustach i przy­jem­nym ła­sko­ta­niem na twa­rzy. Do tego był jesz­cze kwiat błę­kit­nej róży - za­sa­dził go w jed­nej ze swo­ich gór­skich kry­jó­wek - i trzy zdję­cia, któ­re do­stał póź­niej na ma­ila. Wy­cią­gnął jed­no z nich z we­wnętrz­nej kie­sze­ni blu­zy - bar­dzo zu­ży­ta już fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła jego sa­me­go z czar­no­wło­są dziew­czy­ną w ob­ję­ciach. Z trzech ujęć to jed­no lu­bił naj­bar­dziej i naj­czę­ściej do nie­go wra­cał, zwłasz­cza w chwi­lach, kie­dy miał wąt­pli­wo­ści, czy nie­zna­jo­ma rze­czy­wi­ście ist­nie­je.

Pró­bo­wał skon­tak­to­wać się z fo­to­graf­ką, któ­ra prze­sła­ła mu te zdję­cia - dziew­czy­na zgo­dzi­ła się na spo­tka­nie w knajp­ce na dwor­cu w Ka­to­wi­cach. Bar­dzo się sta­ra­ła, ale nie­ste­ty nie­wie­le po­mo­gła mu w roz­wi­kła­niu toż­sa­mo­ści czar­no­wło­sej.

- Wy­glą­da­li­ście na za­ko­cha­nych w so­bie - po­wie­dzia­ła wte­dy, po­pra­wia­jąc nie­sfor­ny ko­smyk ru­dych wło­sów i po­pi­ja­jąc kawę z nie­zwy­kle du­żej fi­li­żan­ki. - Chcia­ła­bym kie­dyś zna­leźć taką mi­łość... - do­da­ła z nie­śmia­łym uśmie­chem.

Po­dzię­ko­wał grzecz­nie za spo­tka­nie i już wię­cej nie pró­bo­wał się z nią kon­tak­to­wać.

Mi­nął ślu­zę, któ­ra le­ni­wie prze­pusz­cza­ła spie­nio­ną wodę, lą­du­ją­cą ka­ska­da­mi w ko­ry­cie Wi­sły.

Po­rzu­cił swo­ją wy­god­ną pra­cę i po­świę­cił się w ca­ło­ści po­szu­ki­wa­niom nie­zna­jo­mej - ze stra­chem czuł, jak czy­sta mi­łość, któ­rą ją da­rzył, z mie­sią­ca na mie­siąc prze­ra­dza się w ob­se­sję. Pod­jął pra­cę w schro­ni­sku na Skrzycz­nem, po­ma­ga­jąc w co­dzien­nych obo­wiąz­kach, ale tak­że opro­wa­dza­jąc po oko­li­cy od­wie­dza­ją­cych szczyt tu­ry­stów. Uwiel­biał spę­dzać czas wśród uko­cha­nych gór, ale tak na­praw­dę skry­cie li­czył, że któ­re­goś dnia uj­rzy w drzwiach schro­ni­ska czar­no­wło­są nie­zna­jo­mą, któ­ra rzu­ci mu się w ra­mio­na i... I co? I będą żyli dłu­go i szczę­śli­wie.

Splu­nął za ba­rier­kę i po­szedł da­lej przed sie­bie.

Spę­dził w schro­ni­sku pra­wie rok. Li­czył, że nie­zna­jo­ma po­ja­wi się któ­re­goś dnia w drzwiach wej­ścio­wych i roz­po­zna go. Nie po­ja­wi­ła się. Aż pew­ne­go mar­co­we­go po­po­łu­dnia, po nie­mal cał­kiem bez­śnież­nej zi­mie, nad­szedł czas roz­sta­nia - schro­ni­sko nie pro­spe­ro­wa­ło już tak do­brze jak kie­dyś i ko­niec koń­ców wła­ści­ciel mu­siał po­że­gnać kil­ku pra­cow­ni­ków. Wśród nich zna­lazł się Ja­nek. Z po­cząt­ku trud­no było mu wró­cić do ży­cia poza gó­ra­mi. Sprze­dał miesz­ka­nie i żył przez dłu­gi czas z oszczęd­no­ści, któ­re jed­nak po ko­lej­nym roku za­czę­ły się kur­czyć i w koń­cu dra­stycz­nie stop­nia­ły.

- Ja­nek! Wi­taj, przy­ja­cie­lu! Wie­dzia­łem, że cię tu­taj znaj­­­dę! - Z na­prze­ciw­ka szedł wy­so­ki bro­dacz z parą kij­ków pod pa­chą i bu­te­lecz­ką, z któ­rej są­czył nie­bie­ska­wy płyn.

- Kon­rad, sta­ry dru­hu! Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę, że cię wi­dzę - od­parł ucie­szo­ny Ja­nek.

Przy­wi­ta­li się przy­ja­ciel­skim uści­skiem.

- Wy­glą­dasz jak wrak czło­wie­ka, Jan­ku. Na­dal masz pro­ble­my ze sna­mi? - za­py­tał ze szcze­rym zmar­twie­niem Kon­rad.

Chło­pak tyl­ko ski­nął gło­wą.

- Daw­no nie wy­rzu­ci­ło mnie tak da­le­ko od... - Chciał po­wie­dzieć od domu, ale przy­po­mniał so­bie prze­cież, że nie ma już domu.

Kon­rad ski­nął gło­wą z nie­pew­nym uśmie­chem, jak­­­by chciał dać znać przy­ja­cie­lo­wi, że do­sko­na­le ro­zu­mie, o co mu cho­dzi. Jemu je­dy­ne­mu po­wie­dział o wszyst­kim. I Kon­rad zszo­ko­wał go wte­dy, bo chy­ba jako je­dy­ny ze zna­jo­mych we wszyst­ko mu uwie­rzył. Prze­cież wi­dzia­łem ją wte­dy. Wy­cho­dzi­li­ście ze schro­ni­ska i szli­ście do cha­ty, o któ­rej mi kie­dyś opo­wia­da­łeś - po­wie­dział do nie­go pod­czas jed­nej z dłuż­szych roz­mów, któ­rą to­czy­li w głów­nej sali schro­ni­ska. Nie wie­dział jed­nak nic wię­cej o czar­no­wło­sej nie­zna­jo­mej, po­dob­nie jak ża­den z jego kom­pa­nów. Za­pro­po­no­wał mu kie­dyś, że po­dej­dą do tej cha­ty, ale Ja­nek nie po­tra­fił zdo­być się na od­wa­gę - cią­gle miał w pa­mię­ci spo­tka­nie z wy­ska­ku­ją­cym z czar­nej wody stwo­rem i bał się zbli­żyć do tego miej­sca.

Wy­so­ki bro­dacz był też je­dy­ną oso­bą, któ­rej Ja­nek zwie­rzył się ze swo­ich nie­po­ko­ją­cych snów... Wszyst­ko za­czę­ło się od peł­ni - mie­siąc po jego sa­mot­nym prze­bu­dze­niu w po­ko­ju w schro­ni­sku na Skrzycz­nem. Tej fe­ral­nej nocy spał w in­nym schro­ni­sku. Opro­wa­dzał przez cały dzień dru­ży­nę har­ce­rzy po szczy­tach Gor­ców. Mie­li za sobą dość cięż­ką wę­drów­kę i do­tar­li pod ba­ców­kę na Ma­cie­jo­wej do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Nikt nie zna­lazł w so­bie sił na go­to­wa­nie ko­la­cji, a nie­któ­rzy za­snę­li w swo­ich łóż­kach w ubra­niach umo­ru­sa­nych od ca­ło­dzien­nej wspi­nacz­ki. Ja­nek za­snął rów­nież, głę­bo­kim snem, ale... Prze­bu­dził się w swo­im po­ko­ju w środ­ku nocy ską­pa­ny w sre­brzy­stym świe­tle księ­ży­ca. Po­kój wy­da­wał mu się ja­kiś dziw­nie mały, a on sam nie pa­so­wał do nie­go. Mu­siał wyjść, bo jego pę­cherz do­ma­gał się szyb­kie­go opróż­nie­nia. Nie mógł jed­nak po­ra­dzić so­bie z otwo­rze­niem drzwi. Zer­k­nął na swo­je zdrę­twia­łe i obo­la­łe ręce. I do­strzegł ku­dła­tą łapę z pię­cio­ma szpo­na­mi... W ca­łej ba­ców­ce wy­bu­chła pa­ni­ka, kie­dy ktoś pod­niósł alarm. Niedź­wiedź! Niedź­wiedź w po­ko­ju! - do dziś pa­mię­tał te krzy­ki i choć te­raz bu­dzi­ły w nim cień uśmie­chu, wcze­śniej były dla nie­go je­dy­nie po­wo­dem do stra­chu.

Nie umiał so­bie przy­po­mnieć nic wię­cej z tam­tej nocy, poza nie­przy­jem­ną po­bud­ką o po­ran­ku - obu­dził się w po­szar­pa­nej pi­ża­mie i wy­glą­dał, jak­by do­pie­ro co sto­czył cięż­ką wal­kę z niedź­wie­dziem.

- Pa­mię­tasz coś z tego snu? - za­py­tał Kon­rad, kie­dy już po­de­szli do auta.

- Kom­plet­nie nic... Tyl­ko koń­ców­kę - od­parł Ja­nek. Usiadł cięż­ko na kra­wę­dzi otwar­te­go ba­gaż­ni­ka.

- Znów ta dziew­czy­na? - do­cie­kał ze współ­czu­ciem przy­ja­ciel.

- Tak. Mał­go­rza­ta - po­twier­dził. Kon­rad spoj­rzał na nie­­­­go szcze­rze zdzi­wio­ny. - Nie patrz tak na mnie. Nie wiem, skąd ta pew­ność, ale usły­sza­łem to imię za­raz po prze­bu­dze­niu. - Z ulgą przy­jął od ko­le­gi bu­tel­kę wody. Spłu­kał z ust reszt­ki słod­ka­we­go sma­ku tru­ska­wek.

- Te sny ro­bią się co­raz dziw­niej­sze - stwier­dził Kon­rad.

- Nie mu­sisz mi tego mó­wić.

I tak przez ostat­nie mie­sią­ce sny wra­ca­ły do nie­go wraz z każ­dą peł­nią księ­ży­ca.

Nie pa­mię­tał in­nych niedź­wie­dzich przy­gód. I, choć Kon­rad nie raz pro­po­no­wał mu, że bę­dzie czu­wał nad nim w cza­sie peł­ni i zo­ba­czy... Co zo­ba­czy? Tego Ja­nek bał się chy­ba naj­bar­dziej. Je­że­li w każ­dą peł­nię na­praw­dę zmie­niał się w wiel­kie­go niedź­wie­dzia bru­nat­ne­go, z pew­no­ścią nie chciał, aby jego je­dy­ny przy­ja­ciel ry­zy­ko­wał swo­im ży­ciem, żeby uj­rzeć tę prze­mia­nę.

Wsie­dli do auta. Kon­rad włą­czył sil­nik.

- Go­to­wy na nowy roz­dział? - za­py­tał z za­pa­łem.

- Tak jest! - od­parł Ja­nek.

- Do­pro­wadź się tro­chę do ładu. Mamy ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut jaz­dy - po­ra­dził kie­row­ca i ru­szy­li.

- Jesz­cze raz dzię­ku­ję ci, że za­ła­twi­łeś mi ten po­kój - ode­zwał się chło­pak.

- Nie ma spra­wy. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że po­lu­bisz wła­ści­cie­li... I współ­lo­ka­tor­kę. O tej po­rze nie ma u nich tło­ku - oznaj­mił Kon­rad, wy­jeż­dża­jąc z par­kin­gu i opusz­cza­jąc z wnę­ki pod su­fi­tem pa­nel z lu­ster­kiem.

Ja­nek spoj­rzał na swo­ją zmę­czo­ną wy­da­rze­nia­mi mi­nio­nej nocy twarz, pod­krą­żo­ne oczy i bla­dą cerę. Wi­dział za dużo szcze­gó­łów, cho­ciaż miał do dys­po­zy­cji ma­leń­ki pro­sto­kąt lu­ster­ka, w któ­rym... Pra­we ucho. Ma­leń­ka ran­­ka na sa­mym czub­ku płat­ka uszne­go. Pra­wie cała za­skle­pio­na nie­rzu­ca­ją­cym się w oczy stru­pem.

Do­tknął tego miej­sca i z bólu za­ci­snął zęby.

Ja­nek! - Ko­bie­cy krzyk roz­legł się w jego gło­wie.

Ogłu­sza­ją­cy huk wy­strza­łu.

Ła­duj! Bo uciek­nie! - Na­tar­czy­wy mę­ski głos.

I za­pach źle wy­su­szo­ne­go ty­to­niu.

Nie trwa­ło to dłu­żej niż dwie se­kun­dy.

- Coś nie w po­rząd­ku z nią? Albo z nimi? - za­py­tał. Kon­rad ni­cze­go nie za­uwa­żył.

- Spe­cy­ficz­ni lu­dzie, ci wła­ści­cie­le. A ona? Jest ra­czej mil­czą­ca - od­parł.

- Na pew­no nie chcesz, że­bym po­szedł z tobą? Mam jesz­cze tro­chę cza­su przed pra­cą - za­pro­po­no­wał Kon­rad, kie­dy za­je­cha­li na cia­sny pla­cyk wci­śnię­ty mię­dzy przy­sta­nek au­to­bu­so­wy, dwo­rzec ko­le­jo­wy i bu­dy­nek pocz­ty.

- Dzię­ki. Dam so­bie radę. I tak już dużo mi po­mo­głeś - od­parł Ja­nek, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du i za­rzu­ca­jąc na ra­mio­na wy­pcha­ny do gra­nic moż­li­wo­ści gór­ski ple­cak.

- Prze­stań... Nie by­ło­by mnie i pew­nie kil­ku in­nych go­ści, gdy­byś nas wte­dy nie ostrzegł przed tą niedź­wie­dzi­cą - rzu­cił Kon­rad, igno­ru­jąc trą­bią­ce­go za nim kie­row­cę.

Ja­nek uśmiech­nął się pod no­sem na daw­ne wspo­mnie­nie wy­pra­wy w Fo­ga­ra­sze.

- Mu­si­my kie­dyś znów się tam wy­brać. Chłop­ska sie­dem, tak?

- Tak. Po­wo­dze­nia, Jan­ku. I uwa­żaj na sie­bie - rzu­cił Kon­rad. Roz­sta­wał się z przy­ja­cie­lem z tro­chę mniej zmar­twio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

Ja­nek wy­pro­sto­wał rękę w ge­ście po­że­gna­nia, cho­ciaż nie­cier­pli­wy kie­row­ca - wciąż trą­bią­cy na Kon­ra­da - prze­je­chał obok, po­ka­zu­jąc cał­kiem inny gest. "Pro­szę o przy­ło­że­nie opusz­ka środ­ko­we­go pal­ca pra­wej ręki w celu zwe­ry­fi­ko­wa­nia toż­sa­mo­ści" - przy­po­mnia­ła mu się za­baw­na sy­tu­acja z biu­ra spraw oby­wa­tel­skich i nie mógł po­wstrzy­mać wzbie­ra­ją­ce­go w nim ata­ku śmie­chu. Idą­ca chod­ni­kiem na­sto­lat­ka spoj­rza­ła na nie­go nie­pew­nie i za­raz przy­spie­szy­ła kro­ku, jak­by bała się, że ma do czy­nie­nia z nie­speł­na ro­zu­mu sza­leń­cem. I chy­ba tro­chę tak wy­glą­dał z tym swo­im wiel­kim wy­ła­do­wa­nym po brze­gi ple­ca­kiem, wy­pło­wia­ły­mi od ca­ło­dzien­nych wę­dró­wek spodnia­mi i wy­so­ki­mi gór­ski­mi bu­ta­mi, z któ­ry­mi prze­szedł już na­praw­dę wie­le.

Był jak śli­mak - znów się ro­ze­śmiał - i cały do­by­tek niósł na swo­ich obo­la­łych ple­cach.

- Chłop­ska sie­dem - szep­nął pod no­sem i ru­szył przed sie­bie, ostroż­nie prze­cho­dząc przez ru­chli­wą uli­cę.

Za­sta­na­wiał się, czy po tak dłu­giej nie­obec­no­ści po­zna swo­je ro­dzin­ne mia­sto. Ostat­ni raz był tu­taj... Nie pa­mię­tał. Na pierw­szy rzut oka Cze­cho­wi­ce-Dzie­dzi­ce nie zmie­ni­ły się pra­wie wca­le - dwo­rzec ko­le­jo­wy w wiecz­nym re­mon­cie, za­nie­dba­ne krzy­we chod­ni­ki, dro­gi po­ła­ta­ne jak jego wła­sne skar­pet­ki i po­nu­re wy­be­to­no­wa­ne cen­trum. Prze­szedł się ka­wa­łek wzdłuż dwor­ca i skrę­cił w uli­cę Ko­le­jo­wą - Jed­no­kie­run­ko­wa, jak mó­wił na nią w dzie­ciń­stwie - i dał się wcią­gnąć w ko­lo­ro­wy ko­laż wi­tryn skle­po­wych. Przy­sta­nął przy jed­nej z ka­wiar­ni - nie pa­mię­tał, aby wcze­śniej znaj­do­wał się w tym miej­scu taki lo­kal - i ku­pił so­bie małą kawę w jed­no­ra­zo­wym kar­to­no­wym kub­ku, a po na­my­śle sku­sił się jesz­cze na słod­ką droż­dżów­kę z bu­dy­niem.

Usiadł na chwi­lę przy ma­łym sto­li­ku i wci­snął w kąt swój wiel­ki ple­cak.

Po­de­szła do nie­go sprze­daw­czy­ni, ob­da­rzy­ła go cza­ru­ją­cym uśmie­chem i po­ło­ży­ła na sto­li­ku pro­sto­kąt­ny kar­to­nik z na­zwą ka­wiar­ni wto­pio­ną mię­dzy ka­wo­we ziar­na. Na od­wro­cie znaj­do­wa­ło się dzie­sięć bia­łych okrą­głych pól, z któ­rych tyl­ko jed­no było pu­ste - na dzie­wię­ciu dziew­czy­na na­bi­ła czer­wo­ne pie­cząt­ki, tak­że w kształ­cie zia­ren­ka kawy.

- Dzie­sią­ta kawa gra­tis - szep­nę­ła i mru­gnę­ła do nie­go po­ro­zu­mie­waw­czo.

Po­chy­li­ła się nad jego sto­li­kiem, tro­chę zbyt głę­bo­ko, jak­by wręcz zbyt roz­pacz­li­wie chcia­ła, żeby za­in­te­re­so­wał się jej opię­ty­mi czar­ną ko­szu­lą pier­sia­mi. Zer­k­nął tyl­ko na uła­mek se­kun­dy i stwier­dził, że ko­szu­la jest zde­cy­do­wa­nie za cia­sna, a upu­dro­wa­na twarz kel­ner­ki znaj­du­je się zbyt bli­sko jego wła­snej twa­rzy.

Prze­zor­nie na­krył dło­nią ku­bek ze swo­ją kawą. Już wi­dział, jak dro­bin­ki pu­dru osa­dza­ją się na spie­nio­nym mle­ku.

- Dzię­ku­ję - od­parł.

Mru­gnę­ła do nie­go za­lot­nie, przy­gry­zła dol­ną war­gę i wró­ci­ła do ro­bie­nia ko­lej­nych kaw.

Ja­nek z au­ten­tycz­nym prze­ra­że­niem zer­k­nął na kar­to­nik z pie­cząt­ka­mi - na sa­mym dole wście­kle czer­wo­nym dłu­go­pi­sem za­pi­sa­ła nu­mer te­le­fo­nu i na­ry­so­wa­ła dwa małe ser­dusz­ka. Za­ru­mie­nił się i za­czął szyb­ciej jeść droż­dżów­kę, a kawę pił w ta­kim tem­pie, że po­pa­rzy­ła go w czu­bek ję­zy­ka. Po pię­ciu mi­nu­tach na­de­szło jego wy­ba­wie­nie - do ka­wiar­ni we­szła gru­pa dwu­dzie­stu osób. Szyb­ko do­pił swój na­pój, pół droż­dżów­ki zo­sta­wił na ta­le­rzu i ra­zem z wiel­kim ple­ca­kiem wy­mknął się nie­po­strze­że­nie z lo­ka­lu.

Kar­tecz­ka zo­sta­ła na sto­li­ku.

Sami ro­zu­mie­cie... Dziew­czy­na nie była brzyd­ka, ale do Mał­go­rza­ty bra­ko­wa­ło jej wie­le.

Z ulgą wy­szedł na dep­tak i po­zwo­lił, aby owio­nął go świe­ży po­wiew wia­tru, któ­ry wzmógł tyl­ko dzia­ła­nie ko­fe­iny. Na po­licz­kach po­czuł zna­jo­me ła­sko­ta­nie. Zu­peł­nie jak­by mu­ska­ły go de­li­kat­nie koń­ców­ki - czar­nych jak wę­giel? - wło­sów.

- Ty mnie pil­nu­jesz, Mał­go­rza­to? - po­wie­dział do sie­bie.

Uśmiech­nął się pod no­sem, bo ła­sko­ta­nie na­si­li­ło się.

Zo­sta­wił za sobą Jed­no­kie­run­ko­wą i skrę­cił w jed­ną z węż­szych bocz­nych uli­czek. Nogi same pro­wa­dzi­ły go krzy­wy­mi chod­ni­ka­mi, omi­ja­jąc ru­cho­me kost­ki bru­ko­we. Kie­dyś ko­le­ga ze stu­diów za­py­tał go, czym są Cze­cho­wi­ce-Dzie­dzi­ce - czy mia­stem, czy bar­dziej wsią? Nie po­tra­fił jed­no­znacz­nie od­po­wie­dzieć. I tak, sie­dząc już czwar­tą go­dzi­nę na nie­zwy­kle nud­nym wy­kła­dzie z mi­kro­eko­no­mii, stwo­rzy­li de­mo­gra­ficz­ną teo­rię, któ­ra de­fi­nio­wa­ła w spo­sób ca­ło­ścio­wy po­ję­cie za­du­pia. Za­tem Cze­cho­wi­ce-Dzie­dzi­ce, jak­kol­wiek bar­dzo uro­kli­wie usy­tu­owa­ne u pod­nó­ży Be­ski­du Ślą­skie­go, były - i są na­dal - przy­kła­dem ma­łe­go sza­re­go be­to­no­we­go za­du­pia, z dość po­spo­li­tą, nie­wy­róż­nia­ją­cą się za­bu­do­wą, któ­ra wci­śnię­ta jest w oczka gę­stej sie­ci dziu­ra­wych as­fal­to­wych dróg; za­du­pia z kil­ko­ma cha­otycz­nie roz­miesz­czo­ny­mi, od­dy­cha­ją­cy­mi świe­żym po­wie­trzem zie­lo­ny­mi wy­spa­mi oraz dwo­ma, może trze­ma, pe­reł­ka­mi za­bu­do­wy ar­chi­tek­to­nicz­nej o war­to­ści kul­tu­ro­wej więk­szej ani­że­li wszech­obec­ne tu­taj skle­py i ban­ki; za­du­pia, któ­re po­mi­mo wszyst­kich swo­ich wad i mi­nu­sów, aspi­ru­je do by­cia przy­jem­nym i atrak­cyj­nym mia­stem.

Tak. Nie za­mie­nił­by tego miej­sca na żad­ne inne na świe­cie!

Za­my­ślił się głę­bo­ko nad de­fi­ni­cją za­du­pia i...

- Uwa­ga! - roz­legł się gło­śny krzyk.

Za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie: zła­pał le­cą­cą po­nad ogro­dze­niem brą­zo­wą pił­kę.

- Ma­to­le! Nie wi­dzisz, gdzie rzu­casz? - krzyk­nął skądś zna­jo­my głos.

- Prze­pra­szam, tre­ne­rze - od­parł spo­co­ny dwu­me­tro­wy ma­toł.

Nogi pro­wa­dzi­ły go wła­śnie krzy­wym chod­ni­kiem wzdłuż as­fal­to­we­go bo­iska do ko­szy­ków­ki. Bo­iska, któ­re znał aż za do­brze!

- Za karę cała gru­pa bę­dzie fa­lo­wać! - wark­nął znów ten skądś zna­jo­my głos.

- Ale, tre­ne­rze... Prze­cież na­sza dru­ży­na wy­gry­wa! - obu­rzył się wy­so­ki chu­dzie­lec bez ko­szul­ki.

Po­wie­trze ro­ze­rwał na strzę­py krót­ki gwizd.

- Ko­niec me­czu! Wy­gra­ni w na­gro­dę dwa­dzie­ścia pom­pek fa­lo­wa­nych! Prze­gra­ni w na­gro­dę pięć­dzie­siąt pom­pek fa­lo­wa­nych! Szy­kuj­cie się, ma­to­ły! - Ostat­nie trzy sło­wa ocie­ka­ły gę­stą lo­do­wa­tą gro­zą, któ­rą Ja­nek wy­czuł pomi­­­mo pa­nu­ją­cej wo­kół du­cho­ty.

Ża­den z za­wod­ni­ków - wy­gra­ny czy prze­gra­ny - nie od­wa­żył się ode­zwać. Ja­nek pa­trzył zza ogro­dze­nia, jak gra­cze usta­wia­ją się w dwa rów­ne sze­re­gi. Chciał po­zbyć się zła­pa­nej przez przy­pa­dek pił­ki, ale... Bał się, że jego też do­się­gnie kara - w koń­cu przy­po­mniał so­bie, do kogo na­le­ży ten chro­po­wa­ty głos. Znał tre­ne­ra aż za do­brze... Mógł tyl­ko stać nie­ru­cho­mo i li­czyć, że pomp­ki tym ra­zem go omi­ną!

- Za­raz bę­dzie­cie skwier­czeć na tej as­fal­to­wej pa­tel­ni jak ka­wał­ki bocz­ku, któ­re wy­to­pi­łem so­bie dziś rano! Ja­jecz­ni­ca była wy­śmie­ni­ta... - Krzyk prze­szedł w po­nu­ry szept, kie­dy z je­dy­ne­go za­cie­nio­ne­go miej­sca w sa­mym rogu bo­iska wy­szedł ON.

Choć nie był wyż­szy od naj­niż­sze­go z gra­czy, wy­da­wa­ło się, że kro­cząc dum­nie mię­dzy dwo­ma sze­re­ga­mi, prze­wyż­sza każ­de­go z nich co naj­mniej o gło­wę. Ja­jo­wa­tą czasz­kę, osa­dzo­ną na sa­mym czub­ku mu­sku­lar­ne­go cia­ła, zdo­bi­ła kęp­ka zmierz­wio­nych blond wło­sów, w któ­rych moż­na było do­strzec pa­sma si­wi­zny. Roz­cią­ga­ją­ca się wo­kół kę­dzie­rza­wej kęp­ki gła­dziut­ka ły­si­na lśni­ła w słoń­cu i koń­czy­ła się tuż nad po­marsz­czo­nym czo­łem, któ­re spły­wa­ło aż do wiecz­nie na­chmu­rzo­nych krza­cza­stych brwi. Mię­śnie mię­dzy brwia­mi były tak sil­ne, że bez tru­du mo­gły­by łu­skać orze­chy! Oczy - zwy­kle wy­pra­ne z wszel­kich emo­cji - te­raz wy­peł­nio­ne były prze­le­wa­ją­cą się przez kra­wę­dzie po­wiek mści­wą sa­tys­fak­cją, któ­rą pod­kre­ślał jesz­cze bar­dziej su­ro­wy uśmiech.

Jed­nak tym, co ro­bi­ło naj­więk­sze wra­że­nie, był ubiór tre­ne­ra: opi­na­ją­cy wiecz­nie pra­cu­ją­ce mię­śnie dres w ko­lo­rze ciem­ne­go błę­ki­tu na­zna­czo­ny dwo­ma bia­ły­mi pa­sa­mi przy­po­mi­nał su­ro­we po­ran­ne nie­bo, prze­cię­te przez dwie smu­gi kon­den­sa­cyj­ne od­rzu­tow­ców.

Spoj­rzał na swo­ich pod­opiecz­nych z dumą, jak­by nie tre­no­wał li­ce­ali­stów tyl­ko ko­man­do­sów.

- Go­to­wi!? - krzyk­nął, uno­sząc do ust gwiz­dek. Oba sze­re­gi usta­wi­ły się w po­zy­cji do pom­pek, z ra­mio­na­mi wy­pro­sto­wa­ny­mi do gra­nic moż­li­wo­ści. Ja­nek mógł tyl­ko po wy­ra­zie ich spo­co­nych twa­rzy zga­dy­wać, jaką tem­pe­ra­tu­rę ma te­raz as­falt. - Za­czy­na­my! Na każ­dy mój gwiz­dek ro­bi­cie jed­ną pomp­kę fa­lo­wa­ną! Li­czy­cie na głos! Jak któ­ryś ma­toł coś spie­przy albo zła­mie falę... Przy­kro mi, ale za­czy­na­cie od nowa! Zro­zu­mia­no?

- Tak, tre­ne­rze! - od­par­ło chó­rem czter­na­ście za­trwo­żo­nych dusz.

Tak, tre­ne­rze - do­łą­czył się do nich w my­ślach Ja­nek.

Ko­lej­ny gwiz­dek prze­ciął roz­grza­ne po­łu­dnio­wym słoń­cem po­wie­trze świ­dru­ją­cym uszy to­nem.

- Raz! - ryk­nę­ło czter­na­ście gło­sów.

- Je­den, ma­to­ły! Od nowa! - krzyk­nął tre­ner z ponu­­­rym śmie­chem i zno­wu gwizd­nął.

- Je­den! - za­wo­ła­ło czter­na­ście gło­sów.

Znów gwiz­dek.

- Dwa! - Dwie fale pom­pu­ją­cych gra­czy wy­ko­na­ły dru­­­gą pomp­kę.

Trze­ci gwiz­dek.

- Trzy! - Trud­no było stwier­dzić, czy uśmiech tre­ne­ra wy­ra­ża za­do­wo­le­nie.

Czwar­ty gwiz­dek.

- Czte­ry! - Ryk jak­by tro­chę osłabł, ale fala pom­pek do­tar­ła do koń­ca.

Pią­ty gwizd nie roz­legł się... Tre­ner ro­ze­śmiał się ser­decz­nie.

- Ja­nek!? - krzyk­nął, jak­by spo­tkał sta­re­go przy­ja­cie­la.

Ja­nek ze zgro­zą pa­trzył na męż­czy­znę zmie­rza­ją­ce­go w jego stro­nę. Ser­decz­ny uśmiech nie pa­so­wał do jego twa­rzy, a jed­nak na niej go­ścił i... Tak, chy­ba to go naj­bar­dziej szo­ko­wa­ło. Za­wod­ni­cy cier­pli­wie cze­ka­li na ko­lej­ny gwizd, ale ten nie chciał na­dejść.

- Wi­taj, Jan­ku! - Uścisk dło­ni był moc­ny. - Co u cie­bie sły­chać? Wró­ci­łeś na sta­re śmie­ci?

- Jak­by tre­ner zgadł - od­parł py­ta­ny z nie­pew­nym uśmie­chem. Na­praw­dę cie­szył się, że w tej chwi­li dzie­li ich płot.

- Wi­dzę, że na­dal tre­nu­jesz? - za­gad­nął spor­to­wy opraw­­ca, ba­wiąc się za­wie­szo­nym na sznur­ku gwizd­kiem.

Ja­nek z no­stal­gią wy­ko­nał trzy ko­zły pił­ką, któ­rą do­tych­czas wciąż trzy­mał w rę­kach.

- Szcze­rze? Nie mia­łem pił­ki w rę­kach, od­kąd skoń­czy­łem li­ceum... Ale dużo cho­dzę po gó­rach i ja­koś uda­je mi się utrzy­mać kon­dy­cję. - Chło­pak zer­k­nął na zgro­ma­dzo­nych za ple­ca­mi tre­ne­ra za­wod­ni­ków. Nie­któ­rzy za­czy­na­li drżeć, przed każ­dym na as­fal­cie po­ja­wia­ły się pa­ru­ją­ce szyb­ko pla­my potu.

Męż­czy­zna za­gwiz­dał po raz pią­ty, a za­raz po­tem szó­sty, siód­my, ósmy. Po dzie­wią­tym prze­cią­głym gwiź­dzie znów za­le­gła ci­sza.

- Za­wsze do­brze zo­ba­czyć po­jęt­ne­go ucznia. Szko­da, że nie po­sze­dłeś w ko­szy­ków­kę - wes­tchnął, opie­ra­jąc się ma­syw­nym ra­mie­niem o płot. Wie­ko­we przę­sło stęk­nę­ło z wy­sił­kiem.

Ja­nek po­dał mu pił­kę.

- Wpad­nij kie­dyś na tre­ning, po­gra­my tro­chę - za­pro­po­no­wał tre­ner, z roz­tar­gnie­niem upusz­cza­jąc gwiz­dek na zie­mię. Ja­nek był pra­wie pe­wien, że zro­bił to z pre­me­dy­ta­cją.

- Może... - od­parł były uczeń. Z no­stal­gią pa­trzył na gó­ru­ją­cy po­nad bo­iskiem bu­dy­nek sali gim­na­stycz­nej oraz sza­rą bry­łę li­ceum.

- Jak bę­dziesz po­trze­bo­wał po­ga­dać, a mam nie­od­par­te wra­że­nie, że po­trze­bu­jesz roz­mo­wy... wiesz, gdzie mnie zna­leźć. - Męż­czy­zna spoj­rzał na nie­go prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

- Dzię­ki, tre­ne­rze - od­rzekł Ja­nek, choć wca­le się tego po nim nie spo­dzie­wał. Wła­ści­wie wci­śnię­ty w dres na­uczy­ciel wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go był ostat­nią oso­bą, któ­rą mógł­by po­są­dzić o taką pro­po­zy­cję.

Tre­ner od­wró­cił się i za­czął gwiz­dać w szyb­szym tem­pie. Nogi Jan­ka ru­szy­ły da­lej wą­ską ulicz­ką, wci­ska­ją­cą się mię­dzy ni­skie ko­lo­ro­we blo­ki. Prze­szedł za­le­d­wie dwa­dzie­ścia me­trów, kie­dy usły­szał nio­są­cy się echem mię­dzy bu­dyn­ka­mi lo­do­wa­ty mści­wy śmiech.

- Od nowa, ma­to­ły! Gra­tu­la­cje! - do­tarł do nie­go głos na­uczy­cie­la. Chło­pak mi­mo­wol­nie uśmiech­nął się. Ką­tem oka wi­dział sto­ją­ce­go nad czter­na­sto­ma spo­co­ny­mi i udrę­czo­ny­mi du­sza­mi kata. Nie­bie­ski dres lśnił w słoń­cu, bia­łe pasy po bo­kach od­bi­ja­ły pro­mie­nie, po­tę­gu­jąc wie­lo­krot­nie ich nie­ziem­ski blask, a na sze­ro­kich ple­cach do­strzegł dwie wiel­kie, ema­nu­ją­ce bie­lą li­te­ry: LB.

Kon­rad mu­siał po­my­lić ad­re­sy. Nie ma in­nej opcji! - taka była jego pierw­sza myśl, kie­dy sta­nął przed do­mem na Chłop­skiej sie­dem i wci­snął czer­wo­ny gu­zik do­mo­fo­nu, wpra­wio­ne­go w za­rdze­wia­łą furt­kę. Chwi­lę wcze­śniej mi­nął ru­de­rę, nie zwra­ca­jąc na nią w ogó­le uwa­gi i tyl­ko ką­tem oka do­strzegł za­śnie­dzia­łą sió­dem­kę przy­krę­co­ną do bram­ki jed­nym sa­mot­nym wkrę­tem. Nu­me­rek wi­siał prze­krzy­wio­ny, ale nie po­zo­sta­wiał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że Ja­nek zna­lazł się pod wła­ści­wym ad­re­sem.

Płot - roz­la­tu­ją­ca się mie­szan­ka spę­ka­nych od mro­zu be­to­no­wych mur­ków, za­rdze­wia­łych od desz­czu sta­lo­wych słup­ków i upstrzo­nych pta­si­mi od­cho­da­mi spróch­nia­łych drew­nia­nych szta­chet - lata świet­no­ści miał już za sobą. Chy­lił się do środ­ka dział­ki, zie­jąc w wie­lu miej­scach otwo­ra­mi po de­skach, któ­re nie wy­trzy­ma­ły pró­by cza­su. Wzdłuż ogro­dze­nia rósł zdzi­cza­ły ży­wo­płot, któ­ry wzno­sił się wy­so­ko po­nad czub­ki tego, co trzy­ma­ło się jesz­cze na za­rdze­wia­łych śru­bach. Pró­bo­wał do­strzec co­kol­wiek przez gąszcz cie­niut­kich ga­łą­zek upstrzo­nych ma­ły­mi zie­lo­ny­mi list­ka­mi, ale nie uda­ło mu się wy­ło­wić zbyt wie­lu szcze­gó­łów, poza bry­łą cza­ją­ce­go się ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów w głąb dział­ki po­nu­re­go bu­dyn­ku.

Wą­ski, za­le­d­wie me­tro­wy prze­smyk w ży­wo­pło­cie sta­no­wi­ła furt­ka, nad któ­rą ro­śli­ny splo­tły się w krót­ki tu­nel. Za bram­ką cią­gnę­ła się wą­ska ścież­ka z po­kry­tych mchem i po­ro­sta­mi be­to­no­wych płyt - uło­żo­ne były na tyle so­lid­nie, że nie po­wy­gi­nał ich ża­den mróz. Po obu jej stro­nach rósł ten sam gąszcz, któ­ry prze­rze­dzał się i nie­mal nik­nął cał­ko­wi­cie do­pie­ro trzy me­try od fa­sa­dy bu­dyn­ku.

Mu­siał wy­chy­lić się po­nad bram­kę, żeby do­strzec coś wię­cej. Wsparł się jed­ną ręką na brud­nej gał­ce, a dru­gą znów wdu­sił na kil­ka se­kund gu­zik do­mo­fo­nu. Ja mam tu­taj za­miesz­kać? - po­my­ślał. W prze­szło­ści wie­le razy przy­cho­dzi­ło mu no­co­wać w róż­nych nie­przy­ja­znych miej­scach - wię­cej niż wie­le razy spał na­wet pod go­łym nie­bem, gdzie od gwiazd od­dzie­lał go tyl­ko tro­pik jego na­mio­tu. Jed­nak ni­g­dy... Z nie­po­ko­jem pa­trzył na wy­ła­nia­ją­cy się po­nad wy­bu­ja­łym ży­wo­pło­tem dom. Ko­ja­rzył mu się z jed­ną z ksią­żek Kin­ga, ale nie po­tra­fił so­bie w tej chwi­li przy­po­mnieć ty­tu­łu.

Bluszcz - ciem­no­zie­lo­ne gę­ste li­ście, któ­re lśni­ły od po­po­łu­dnio­we­go bla­sku słoń­ca - po­kry­wał całą fron­to­wą ścia­nę domu, wspi­na­jąc się gę­sto sple­cio­nym la­bi­ryn­tem ga­łę­zi aż pod samą pod­bit­kę, skąd w wie­lu miej­scach zwi­sał przy­po­mi­na­ją­cy­mi lia­ny dłu­gi­mi, się­ga­ją­cy­mi nie­mal par­te­ru pę­ta­mi. Li­ście na­tar­czy­wie wci­ska­ły się do okien, któ­re zmie­ni­ły się w le­d­wo wi­docz­ne czar­ne otwo­ry o nie­okre­ślo­nych kształ­tach. Wol­na od blusz­czu zda­wa­ła się być tyl­ko wą­ska we­rand­ka, pod któ­rą cza­iły się sta­re drew­nia­ne drzwi. Far­ba od­cho­dzi­ła z nich dłu­gi­mi pła­ta­mi i Ja­nek nie mógł do­strzec ja­kie­go są ko­lo­ru. Ob­ra­zu do­peł­niał dach: ciąg be­to­no­wych da­chó­wek, z któ­rych co naj­mniej po­ło­wę po­ra­stał mech, pod­czas gdy dru­ga po­ło­wa była pęk­nię­ta lub wy­szczer­bio­na.

Chło­pak zro­bił krok w tył i do­strzegł na kra­wę­dzi da­chu, tam gdzie po­win­na znaj­do­wać się skry­ta w mo­rzu blusz­czu ryn­na, drob­ną brzóz­kę. Drzew­ko de­li­kat­nie po­wie­wa­ło na wie­trze, wy­cią­ga­jąc w stro­nę słoń­ca ma­leń­kie ga­łąz­ki.

Za­dzwo­nił jesz­cze raz. Nikt nie od­po­wie­dział.

- Może nie żyją? - szep­nął pod no­sem i ro­ze­śmiał się po­nu­ro. Znów przy­po­mniał mu się King.

Prze­szedł ka­wa­łek chod­ni­kiem wzdłuż roz­la­tu­ją­ce­go się pło­tu i do­tarł do miej­sca, gdzie dro­ga za­krę­ca­ła pod ką­tem pro­stym w kie­run­ku wschod­nim. Po swo­jej pra­wej miał te­raz za­ora­ne pole, za któ­rym cią­gnę­ło się nowe osie­dle ni­skich blo­ków oraz sa­mot­nie strze­la­ją­ca w nie­bo wie­ża ko­ścio­ła. Po le­wej miał dal­szą część ogro­dze­nia - zbu­twia­łe szta­che­ty znik­nę­ły, za­stą­pi­ła je za­rdze­wia­ła siat­ka. Po­łu­dnio­wa ścia­na bu­dyn­ku była nie­mal wol­na od blusz­czu, któ­ry wy­cią­gał swo­je po­skrę­ca­ne ra­mio­na poza róg, ale w po­pę­ka­nym sza­rym tyn­ku nie był w sta­nie zna­leźć żad­ne­go so­lid­ne­go miej­sca za­cze­pie­nia. Ja­nek do­strzegł tu­taj też czte­ry wiel­kie okna - to na pię­trze po pra­wej stro­nie było otwar­te na oścież i po­wie­wa­ła w nim bia­ła fi­ran­ka.

Czyż­by jed­nak się mnie spo­dzie­wa­li? Może wie­trzą dla mnie po­kój? - za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

Na wschod­niej ścia­nie rów­nież nie do­strzegł śla­du blusz­czu, cho­ciaż tynk w nie­któ­rych miej­scach był w bar­dzo złym sta­nie. Sze­ro­kie drzwi ta­ra­so­we otwar­te były na oścież, a na skraw­ku wy­ko­szo­ne­go te­re­nu sta­ły trzy krze­sła i ma­lut­ki okrą­gły sto­lik, na któ­rym ktoś zo­sta­wił trzy brud­ne kub­ki.

Te­ren opa­dał stro­mo w kie­run­ku la­wi­ru­ją­ce­go mię­dzy drze­wa­mi wą­wo­zu - w bar­dziej desz­czo­wych mie­sią­cach pły­ną­ca dnem jaru rzecz­ka zmie­nia­ła się w ba­gni­ste roz­le­wi­sko. O traw­ni­ku nie mo­gło być mowy - jak okiem się­gnąć roz­cią­ga­ło się przed nim wiel­kie mo­rze za­chwasz­czo­nej tra­wy, któ­ra po­ma­łu tra­ci­ła swo­ją żywą zie­leń i sta­wa­ła się sza­ra, jak­by brud­na. Naj­krót­sze jej źdźbła się­ga­ły do po­ło­wy wy­so­ko­ści ogro­dze­nia; naj­dłuż­sze wspi­na­ły się po­nad jego gór­ną kra­wędź, bu­ja­jąc się le­ni­wie na wie­trze.

Bę­dzie pa­dać - Ja­nek spoj­rzał z nie­po­ko­jem na zbie­ra­ją­ce się na za­cho­dzie chmu­ry.

Tu i ów­dzie z szu­mią­ce­go tra­wia­ste­go dy­wa­nu wy­ła­nia­­­­ły się po­je­dyn­cze drzew­ka owo­co­we - zdzi­cza­ły sad cią­gnął się aż do nik­ną­ce­go w dole wą­wo­zu. Pod sto­ją­cą naj­bli­żej ogro­dze­nia ja­bło­nią - Ja­nek do­strzegł na ga­łę­ziach kil­ka za­po­mnia­nych za­su­szo­nych owo­ców - na pro­stej drew­nia­nej ła­wecz­ce sie­dzia­ła dziew­czy­na. Ja­sne wło­sy gę­sto prze­pla­ta­ne si­wy­mi pa­sma­mi się­ga­ły jej nie da­lej niż za ucho i zmie­nia­ły swo­je uło­że­nie z każ­dym po­dmu­chem wia­tru. Spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by jej to wca­le nie prze­szka­dza­ło. Mia­ła na so­bie krót­ką bia­łą su­kien­kę z pro­stym czar­nym pa­skiem za­pię­tym w ta­lii. Po­grą­żo­na była w lek­tu­rze, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o pień sta­rej ja­bło­ni, po­ro­śnię­ty sza­rym mchem.

Chciał za­wo­łać do niej, ale... W po­ło­wie ogro­dze­nia do­strzegł za­rdze­wia­łą bram­kę ze­spa­wa­ną ze sta­lo­wych prę­tów. Otwar­ta furt­ka skrzy­pia­ła na wie­trze, a za nią wśród wy­so­kich traw wiła się wą­ska ścież­ka wy­dep­ta­na przez wła­ści­cie­li domu i... może tę dziew­czy­nę?

Pchnął skrzy­dło i wszedł na te­ren po­se­sji przy uli­cy Chłop­skiej sie­dem.

Ścież­ka wiła się mię­dzy śli­wa­mi, gru­sza­mi, ja­bło­nia­mi i in­ny­mi drzew­ka­mi owo­co­wy­mi. Kil­ka razy tra­fił pod sto­pą na nie­przy­jem­nie mlasz­czą­cą minę w po­sta­ci za­gu­bio­nych w wy­so­kiej tra­wie owo­ców, któ­re zgni­ły i roz­mię­kły przez lato.

Sta­nął wresz­cie pod ja­bło­nią i chrząk­nął ci­cho.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go po­nad książ­ką i znie­ru­cho­mia­ła z drob­ną dło­nią wy­cią­gnię­tą nad mi­secz­ką z orze­cha­mi ner­kow­ca. Ciem­no­brą­zo­we, nie­mal czar­ne oczy wpa­trzy­ły się w nie­go, usta de­li­kat­nie roz­chy­li­ły, a dol­­­­na war­ga za­drża­ła. Gdzieś w głę­bi czar­nej jak noc źre­ni­cy bły­snę­ła zie­lon­ka­wa iskier­ka. Lo­ka­tor­ka wy­pu­ści­ła z dru­giej ręki książ­kę, któ­ra spa­dła na tra­wę grzbie­tem do góry.

Ja­nek uniósł obie dło­nie, po­ka­zu­jąc, że nie chce jej skrzyw­dzić.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć - po­wie­dział spo­koj­nie.

Po­de­rwa­ła się na rów­ne nogi - była o wie­le niż­sza od nie­go, mia­ła małe ster­czą­ce pier­si i brą­zo­we pie­gi roz­sy­pa­ne na obu po­licz­kach - unio­sła pa­lec wska­zu­ją­cy pra­wej dło­ni w górę i boso po­bie­gła w stro­nę domu. W kil­ka­na­ście bez­sze­lest­nych kro­ków zna­la­zła się tuż obok krze­seł i sto­li­ka na wy­ko­szo­nej prze­strze­ni, mi­nę­ła je i zni­kła za sze­ro­ko otwar­ty­mi drzwia­mi.

Zdzi­wio­ny przy­bysz zdjął cięż­ki ple­cak, rzu­cił go nie­dba­le na tra­wę i usiadł na drew­nia­nej ła­wecz­ce. Jest ra­czej mil­czą­ca - przy­po­mniał so­bie sło­wa Kon­ra­da. Dziew­czy­na nie wy­glą­da­ła mu na wła­ści­ciel­kę roz­la­tu­ją­ce­go się domu. Pod­niósł książ­kę, któ­rą upu­ści­ła tuż przed swo­ją ta­jem­ni­czą uciecz­ką.

- Cel­to­wie, ich mi­to­lo­gia ta­jem­ni­ce - od­czy­tał ty­tuł w ci­szy ota­cza­ją­ce­go go ogro­du.

Z za­cie­ka­wie­niem uniósł brew. Otwarł tom, tak jak upadł, i spoj­rzał na sta­rą mrocz­ną ry­ci­nę: po le­wej stro­nie kłę­bi­ła się masa bez­kształt­nych de­mo­nów, na cze­le któ­rych zda­wał się stać wiel­ki jed­no­oki gi­gant; po pra­wej zaś, w rów­nych sze­re­gach, sta­ło woj­sko anio­łów, któ­rym prze­wo­dził wiel­ki bro­da­ty mag z drew­nia­ną la­ską w ręce. W sa­mym środ­ku w po­wie­trzu uno­si­ła się ludz­ka syl­wet­ka: od le­wej go­dził w nią pro­mień wy­cho­dzą­cy z oczo­do­łu gi­gan­ta, od pra­wej przyj­mo­wa­ła cios ogni­stej strza­ły wy­strze­lo­nej z koń­ca la­ski maga.

Nie chciał­bym być na miej­scu tego go­ścia... [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.