Biała róża. Niedźwiedź i czarodziej - Patryk Szendzielorz, Patryk Szendzielorz


Reflow text when sidebars are open.
- Jesteś pewna, że rusza w podróż dziś późnym popołudniem? Zastanów się dobrze, proszę. - Łazik zamarł na moment z piórem zawieszonym nad kartką papieru, na którą zdążyła już skapnąć samotna kropla atramentu. Drozd, który przysiadł na wypłowiałym od słońca parapecie, dziobnął nierówną krawędź kartki swoim pomarańczowym dziobem i niecierpliwie skrobał pazurkami po chropowatej drewnianej powierzchni, jakby od razu chciał wzbić się w powietrze z przywiązaną do nóżki wiadomością.
- Tak, jestem pewna. Widziałam jego bilet. - Siwa, niemal biała wiewiórka kichnęła z rozmachem, aż zsunęła się z ramy uchylonego okna.
- Tokaj, tak? - zapytał Łazik, skrobiąc piórem po kartce.
- Zgadza się - przytaknęła wiewiórka, ocierając wilgotny nosek swoim puszystym ogonem.
- Dobrze! - Łazik doskrobał resztę wiadomości, zwinął ją w ciasny rulonik i włożył do niewielkiej skórzanej torebeczki, przytroczonej do prawej nóżki drozda. Torebka czarodziejskim sposobem zamknęła się sama, kiedy tylko liścik znalazł się w jej wnętrzu. - Sprytne, magiczne udogodnienie - szepnął do siebie i uśmiechnął się pod nosem: korespondował z Małgorzatą już od wielu miesięcy, a skórzana torebeczka była gwarancją, że wiadomość nie zostanie porwana przez wiatr w czasie lotu.
Drozd wskoczył zwinnie na zewnętrzny parapet i pożegnał się z Łazikiem skinieniem małego łebka.
- Leć do niej. Niech się spieszy, bo słońce już wysoko i... Niech uważa na siebie - powiedział chłopak.
Drozd ćwierknął w odpowiedzi w swoim śpiewnym języku i trzema ruchami zwinnych skrzydeł znalazł się wysoko nad domem. Po chwili był już tylko maleńkim czarnym punkcikiem na tle błękitnego nieba i kłębiących się na zachodzie obłoków. Zerwał się chłodny wiatr, aż zaszumiały wysokie brzozy, których liście pozłacał blask wrześniowego słońca.
Gospodarz pozwolił siwiuteńkiej wiewiórce wspiąć się na swoje ramię i razem wyszli przez przeszklone drzwi na niewielki wybrukowany taras, otoczony z każdej strony przez gęsto rosnące drzewa o biało-czarnej korze i wysokie trawy o szerokich zielonych liściach. Usiadł na wystruganym z pniaka krześle, a wtedy zwierzak zbiegł na okrągły stół, na którym stały już dawno ostygła kawa i miska z orzechami.
Gryzoń porwał dwa orzechy z miski i z zapałem zaczął je pochłaniać, nie przejmując się wcale lądującymi wokół okruchami. Jego siwe futro powiewało na wietrze, a kosmate końcówki obu uszu drgały jak rozdygotane płomienie świec. Co jakiś czas zerkał na Łazika czarnymi jak noc oczami, obserwując z zaciekawieniem, jak mężczyzna dopija zimną kawę i krzywi się z niesmakiem.
- Dziś chyba pełnia? Spotkasz się z Jankiem, Liro? - zapytał ten, odstawiając na stół kubek, w którym zostały już tylko smoliste fusy.
Wiewiórka skinęła łebkiem i zajęła się kolejnym orzechem.
- Zaczyna nad tym panować, ale... Ale jego magia jest inna niż moja - rzuciła między łapczywymi kęsami i podrapała się łapką za prawym uchem.
- Wyjaśnij mi to, Liro. Proszę - odparł, wyciągając nogi na stojący przed nim taboret.
- Ja mogę zmieniać się, kiedy tylko chcę. Janek przemienia się jedynie w czasie pełni księżyca - wyjaśniła piskliwym głosikiem, jakby starała się ukryć przed nim niepewność i...strach?
Łazik wsłuchał się w uspokajający szum brzozowych liści i szelest wysokiej trawy. Słońce zniżyło się jeszcze bardziej, rysując ciemną czerwienią kontur otaczających taras drzew i posyłając w stronę jego zmęczonej twarzy ostatnie tchnienia ciepła. Lira - tak mało o niej wiedział, chociaż znali się prawie rok. Dobrze zapamiętał dzień, kiedy do drzwi jego domu zapukała Małgorzata. Zmieniła się. Tak. Zdecydowanie różniła się od tamtej zagubionej istoty, którą spotkał dwa lata temu na szczycie Skrzycznego. W ten wrześniowy dzień, zaledwie rok temu, na jej twarzy było więcej smutku, bólu i rozterek. Towarzyszyła jej niska, wychudła dziewczyna o białych włosach, zmieszanych z ciemniejszymi pasmami siwizny. Nie potrafił określić, ile ma lat - stała przed nim patykowata nastolatka o bladej buzi i dziwnych oczach zasuszonej staruszki. Magia, która od niej emanowała, miała w sobie jakiś dziki i nieokiełznany posmak, jakby ta nie do końca nad nią panowała.
- Lira pomoże nam znaleźć czarodzieja. Jest bardzo czuła na magię i wszystkie jej zaburzenia, a do tego ma niesamowicie wyczulone zmysły, no i potrafi poruszać się bezszelestnie nawet w gęstym lesie.
- Ona? - zapytał zdziwiony.
- Tak. Chyba nie wątpisz we mnie, Łaziku? - Jej brew uniosła się do góry w groźnym geście.
Łazik wzruszył ramionami.
- Zbyt długo tkwimy w martwym punkcie, czarownico. Nie odrzucę twojej propozycji, ale... Sama na nią spójrz.
Wątła Lira zadrżała jak gałązka na wietrze, kichnęła z rozmachem i z błyskiem zmieniła się w siwiuteńką wiewiórkę, która niesamowicie szybko wspięła się po ścianie na dach, skrobiąc pazurkami przebiegła po kalenicy i w mniej niż pół minuty znalazła się na ramieniu chłopaka, łaskocząc jego ucho puszystym ogonem.
Jak znalazła drogę do wnętrza domu? Był pewny, że pozamykał wszystkie okna.
- Teraz rozumiem, co masz na myśli - odparł z pojednawczym uśmiechem.
I tak, po siedmiu latach spędzonych w samotności, znów z kimś zamieszkał. Chociaż słowo zamieszkał trochę na wyrost opisuje łączącą go z Lirą relację: po prostu choć przez chwilę nie był w domu sam, a wiewiórka w sobie tylko znanych porach dnia odwiedzała go przy kuchennym stole albo w tym skrytym kąciku na tarasie, gdzie wśród brzóz i wysokich traw mogła poczuć się jak w lesie. W gruncie rzeczy była tylko kolejnym dzieckiem, które jakaś zła wiedźma nieudolnie próbowała zamknąć w ciele zwierzęcia. Zmieniła się przez te kilkanaście miesięcy, posiwiała bardziej, wokół jej czarnych lśniących oczu pojawiły się zielonkawe obwódki, krzeszące co jakiś czas niknące w ciemności źrenic iskry.
Ale przede wszystkim...
- Dawno nie widziałem cię w ludzkiej postaci, Liro - powiedział cicho Łazik.
Znieruchomiała z czwartym orzechem w łapkach.
- Magia postępuje - szepnęła, kładąc nadgryziony smakołyk na podołku.
- Nie rozumiem - odparł chłopak i zbliżył się do niej, pochylając się nad stołem.
Tak. Teraz wyraźnie dostrzegł zielonkawe iskierki żarzące się w jej oczach oraz niezdrowo lśniące okręgi wokół tęczówek. Nie spodobała mu się ta zepsuta zieleń. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że blask cuchnie bagnem.
- Ja też na początku nie rozumiałam, ale Małgorzata rozwiała moje wątpliwości.
Nie spuszczał z niej wzroku, nie ponaglał do mówienia.
- Czarownica odwiedziła nas jakiś tydzień temu.
- Nas?
- Tak. Przesiedziałyśmy całą noc na dachu i wyjaśniła mi, że ten urok, który rzuciła na mnie wiedźma... Mogę zmieniać się w wiewiórkę, mogę też być dziewczyną, ale magia, która za każdym razem powoduje przemiany, wyczerpuje się. Jest silniejsza w czasie pełni, ale... Może się zdarzyć tak, że wyczerpie się do tego stopnia, że... - zawahała się, pyszczek jej zadrżał. - No po prostu przestanie działać. I zostanę na zawsze w jednej postaci - zakończyła, smętnie pociągając nosem.
- Boisz się, że zostaniesz na zawsze wiewiórką? - szepnął Łazik.
Lira kilkoma mrugnięciami przegoniła łzy z oczu.
- Nie boję się. Ja po prostu nie umiem zdecydować, kim chcę pozostać na resztę życia.
- Nie da się tego odwrócić? Małgorzata miała znaleźć jakiś sposób - głos mu się łamał. Zielony blask bił coraz wyraźniej z oczu Liry.
Zwierzątko pokiwało ze smutkiem głową.
- Nie bój się, coś wymyślimy. - Wziął je ostrożnie na swoją dłoń.
Zieleń skumulowała się w głębi źrenic wiewiórki. Przymknęła powieki, mimowolnie wydała z siebie słaby jęk bólu. Wyraźnie walczyła z czymś, co trawiło ją od środka. Łazik nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Z puszystego ogona na dłoń chłopaka wypadł jakiś lśniący srebrem przedmiot, do którego przywiązany był krótki sznurek. Medalion był niewiele większy od groszówki i przedstawiał drzewo. Wokół ozdobionej malutkimi listkami korony i odsłoniętych korzeni oplatał się sznur złożony z niezliczonych, splątanych ze sobą węzłów.
Przyjrzał mu się bliżej i dostrzegł, że lniany sznureczek został przegryziony przez wyjątkowo ostre zęby. Zęby, które z łatwością kruszyły twarde łupiny orzechów. Wiewiórka usiadła na jego dłoni i spojrzała wprost w jego piwne oczy. Czuł chłód i smród bijące od zgniłego blasku. W jednej chwili szum drzew umilkł, a pracująca w oddali kosiarka stała się ledwie słyszalnym szmerem.
Trwała przed nim, a on mógł tylko bezradnie ściskać w swojej dłoni medalion.
- Czarownica zrobiła go dla mnie. Amulet, który miał spowolnić działanie uroku. Dziewczyna? Czy wiewiórka? Po co mam wybierać, Łaziku? A jeśli nie chcę wybierać? O to chodzi! Chcę, żeby było jak do tej pory i... - zawahała się, zadrżała na krawędzi jego dłoni.
- Coś ty najlepszego zrobiła, Liro? - szepnął. Nie mógł się poruszyć, nie mógł nawet mrugnąć powieką, czuł na sobie tylko ten ohydny blask. Spowijał jego ciało, wypełniał umysł paraliżującym chłodem, odbierał władzę nad mową i ruchem.
Lira uśmiechnęła się niezbyt przyjemnie.
- Nie miej mi tego za złe. Byłeś dobrym gospodarzem, ale... przeszkadzałbyś tylko. Bo widzisz, tak się składa, że całkiem niedawno znalazłam rozwiązanie mojego problemu. - Zeskoczyła z powrotem na stolik, wzięła tyle orzechów, ile była w stanie unieść w maleńkich łapkach i podbiegła do krawędzi blatu. Zatrzymała się na chwilę, spojrzała w oczy sparaliżowanego opiekuna i pozwoliła, żeby wiatr zmierzwił jej futerko.
Okolicę znów wypełnił szum liści.
Nie! Nie zostawiaj mnie! Nie rób głupstw... Proszę! - Łazik krzyczał w myślach.
- Wszyscy staniemy przed czaszką - szepnęła.
Jednym susem zniknęła w wysokiej trawie.
-
Ciemny nasyp kolejowy uciekał na północ, gdzie niknął ostrym zakrętem wśród gęstwiny bukowego lasu, który ciągnął się wszędzie, jak okiem sięgnąć, na wschód od lśniącej linii torów. Mokre od deszczu szyny kolejowe rozwidlały się w wielkie, niesamowicie splątane drzewo o ciągnących się w nieskończoność nocy cieniutkich gałązkach. Srebro szyn tu i ówdzie upstrzone było czerwienią (szczególnie w miejscach, gdzie płonęły światła ostrzegawcze zawieszone na wysokich betonowych słupach trakcyjnych) lub żółcią (tam, gdzie płonęły wielkie elektryczne lampy, które były jednak tak brudne, że dawane przez nie światło nie docierało do ziemi). Po zachodniej stronie wysokiego nasypu umościła się szeroka łąka porośnięta wysoką trawą upstrzoną pozostałymi po nocnym deszczu kropelkami, które lśniły w delikatnej poświacie księżyca w pełni. Od zachodu dął wiatr, który właśnie przegonił stąd solidną burzę, a teraz oczyszczał niebo z resztek chmur.
- Zapowiada się pogodny piątek - szepnął Edmund i postukał w szkiełko zegarka. Za siedem minut miała nadejść północ, a on miał do przetoczenia jeszcze cztery pełne składy. - I tak od trzydziestu lat... - westchnął, zarzucając na ramię ciężki pręt służący do nastawiania zwrotnic pod odpowiednimi kątami.
Ruszył żwawym krokiem, rozganiając ogarniające kości zimno. Wysoko ponad nim górowało pojedyncze światło biurowca, w którym Młody (Marcin, Michał, Maciej...? - Zapomniał już jak miał na imię, zawsze przychodzili z zapałem i za szybko rezygnowali, więc stwierdził jakieś dziesięć lat temu, że będzie zwracał się do każdego z nich per młody) już pewnie szykował gorącą kawę i kanapki, o ile zestresowany, z nosem przytkniętym do szyby nie próbował go cały czas wypatrywać w ciemności. Roześmiał się sam do siebie, bo każdy młody uważał go za słabego, bezużytecznego starca, którego... Innymi słowy - choć całkiem niedawno zarzekał się, że będzie przetaczał wagony aż do śmierci - został zaszufladkowany przez swoich kolegów jako E-ME-RYT.
Minął dwudziesty siódmy słup na swojej drodze i z brzękiem odłożył ciężki pręt.
- Jeszcze dwa miesiące... Wytrzymaj, Mundziu - westchnął ciężko, odszedł dwa kroki na bok i ulżył swojemu przepełnionemu pęcherzowi.
Bez problemu włożył gruby metrowy pręt do nasady mechanizmu i napierając na niego ciężarem zaledwie klatki piersiowej, nastawił zwrotnicę. Szyny z głuchym zgrzytem wskoczyły na miejsce, aż ponad bukowy las wzleciało kilka rozbudzonych ptaków. Poprawił rękawy flanelowej koszuli i niespiesznie ruszył do kolejnej zwrotnicy, chociaż stalowy drąg coraz bardziej ciążył mu na ramieniu. Młody... Tak, dziwny chłopak z niego i wcale niepodobny do Staszka - pomyślał, idąc przed siebie po śliskich, namokniętych od deszczu podkładach. Wciąż nie mógł przypomnieć sobie jego imienia, a lśniący nad okolicą księżyc wcale nie kwapił się do podpowiedzi.
Przystanął i zapalił latarkę, którą do tej pory miał przytroczoną do paska.
- Pewnie zając, stary durniu - warknął sam do siebie, kiedy snop żółtego światła omiótł tory za nim, a on dostrzegł jedynie ślady własnych mokrych podeszew, odciśnięte na sczerniałym drewnie. Wpatrywał się w miejsce za sobą jeszcze przez pół minuty, po czym zgasił latarkę i ruszył dalej w stronę słupa numer trzydzieści jeden. Wydawało mu się, że... Nieważne! - zganił się w myślach, które ucichły, kiedy dotarł do kolejnej zwrotnicy.
Tym razem koniec pręta nie chciał wskoczyć na miejsce. Edmund musiał wspomóc się latarką, ale kiedy wreszcie udało mu się nastawić zwrotnicę we właściwej pozycji, co trwało absurdalnie długo, znów wydało mu się, że gdzieś poza zasięgiem światła, w ciemności nocy, u stóp nasypu, zwinnie przemknął jakiś cień. Wpatrywał się przez dłuższą chwilę w dół, tam, gdzie po niedawanym deszczu szumiał płytki potok wypełniający rów melioracyjny, ale snop z latarki kończył się jakiś metr od miejsca, gdzie wydawało mu się, że widział... To niemożliwe! - Nie był pewien, czy powiedział te słowa na głos, czy tylko w myślach uciszył natrętne wspomnienie.
Ale... - I tego ale nie potrafił już zatrzymać.
O czym mówił przy wieczornej kawie ten Młody? Kiedy rzęsiście padał deszcz, a wy sobie wygodnie siedzieliście skryci w ciepłym i suchym biurze, zagryzając ciastka z dżemem i popijając je gorzkim napojem. O czym on mówił? - Natłok myśli uderzył go tak gwałtownie, że musiał wesprzeć się o kolejny betonowy słup.
- Coś stało się z siostrą Młodego... z córką Staszka - szepnął i widząc obłoczek pary wydobywający się z jego własnych ust, utwierdził się w przekonaniu, że powiedział te słowa na głos.
Tak, cała wieś o tym mówi. A jutro mają rozpocząć się poszukiwania. Zbierają ludzi i sam zgłosiłeś się do pomocy, pamiętasz? - Nie pozostało mu nic innego, jak skinieniem głowy przytaknąć własnym konstatacjom. - Ale co ten Młody powiedział? - Natarczywa myśl znów wypłynęła na powierzchnię, aż Edmund musiał przystanąć. Ciężki pręt z brzękiem upadł na kamienie.
Wolną ręką chwycił się za głowę, wypuszczając na ziemię latarkę. Jak przez mgłę słyszał trzask obudowy, która pękła i leżała teraz u jego stóp w kawałkach.
- Ktoś przyszedł do niej... W zeszłym tygodniu! - wychrypiał, próbując niezdarnie sięgnąć do stalowego drąga.
Tak, przyszedł. I co dalej? Co dalej powiedział Młody? - szepnęły głosy wewnątrz jego czaszki.
- Wyszła z nim na zewnątrz w środku nocy... Zostawiła swój medalik z Matką Boską i poszła w ciemny las, ale... - Samotny stary człowiek w ciemności zawahał się.
Ale co? - zapytał głos.
- Ale wróciła, o poranku... Potwornie blada, okaleczona i podrapana przez gałęzie... Żywa - wychrypiał. Gdyby nie pręt, który udało mu się wreszcie uchwycić, osunąłby się na kolana, ale kurczowo zacisnął na nim rękę i trwał zgięty wpół na środku torów, kilka kroków za zwrotnicą przy słupie numer trzydzieści jeden.
Jesteś pewny, że żywa? - Wewnętrzny głosik zachichotał i Edmund po raz pierwszy zastanowił się, czy dotrwa do początku emerytury w zdrowiu psychicznym. - Przecież znasz aż za dobrze te objawy, prawda? Już je widziałeś i to nie tylko ty... Wiesz, co trzeba teraz zrobić, prawda? Pokazał ci ten medalik? Młody pokazał ci medalik swojej siostry!? - Edmund czuł, że po policzku ciekną mu łzy.
- Tak! Nie wyglądał na zerwany! Wyglądał, jakby ktoś sam z własnej woli go rozpiął i zdjął - łkał, a słowa ledwo przeciskały się przez jego gardło.
Zatem przyjęła go całym swoim sercem, prawda? I dobrze wiesz, co to oznacza, prawda? Prawda? Czym jest prawda... Prawda, prawda - ostatnie słowo odbijało się echem w jego głowie. Pobiegł na oślep przed siebie, ale po dwudziestu krokach potknął się o źle ustawiony podkład kolejowy i runął na twarz.
Otaczały go cisza, chłód i natarczywa wilgoć, która wdzierała się w jego ciało paraliżującym zimnem. Rzęsisty deszcz znów zaczął padać bez ostrzeżenia, a on leżał zziębnięty na twardych nierównych podkładach kolejowych, czując pod swoim ciałem wrzynające się, niewygodnie kamienie. Pojawiła się przed nim na ułamek sekundy i choć zapomniał jej imienia, był pewien, że to ona - jego martwa od pięciu lat małżonka. Patrzyła na niego smutnym spojrzeniem wyblakłych oczu, ale kąciki jej ust uśmiechały się. Odwzajemnił uśmiech, choć z wielkim trudem. Ból rozchodził się po całym ciele, pulsował we wnętrzu klatki piersiowej i kończył się denerwującym mrowieniem w dłoniach i stopach. Powiedz Młodemu. Powiedz mu o Polanie Pasterzy. I porozmawiaj. Porozmawiaj z resztą. Zrób to, zanim uczynisz cokolwiek in... - mówiła do niego tym samym spokojnym głosem co zawsze.
Wizja rozmyła się. Stanął przed nim wielki czarny wilk.
Edmund spojrzał prosto w żółte ślepia. Znasz te oczy - pisnął cicho wewnętrzny głosik.
Bestia spięła się do skoku.
-
- Zabawnie wyglądasz, kiedy się przemieniasz - zachichotała i zwinnie wspięła się po konarze drzewa, przysiadając na najniższej gałęzi starej olchy. Wiekowe drzewo chyliło się nad niewielką polanką, pokrytą w całości miękkim mchem i wysoką trawą. Po północnej stronie rosło kilka dorodnych borowików o lśniących od wilgoci kapeluszach.
Lira usiadła wygodnie między olchowymi szyszkami i spojrzała prosto w otoczony chmurami księżyc. Tej nocy - pierwszej nocy pełni - jego blask był jeszcze dość mętny, przesączony bardziej tajemniczą mgłą niż wyraźną srebrną magią. Dwa bliźniacze odbicia tańczyły w czarnych źrenicach wiewiórki, ale nie zdołały przegonić zielonkawych iskierek, które swoim blaskiem kolorowały krawędzie jej tęczówek. Zawsze cieszył ją blask księżyca, przyjemne chłodne światło, które dawało jej ukojenie, szczególnie w jej ludzkiej postaci, z której... Nie, nie mogła zmienić się teraz - wyraźnie czuła, że zostało jej niewiele przemian i że każda kolejna może być tą ostatnią.
Czaszka była jej ostatnią nadzieją. Przełknęła głośno ślinę. Nie była do końca pewna, czy jest na tyle sprytna, żeby przechytrzyć tego, który jej pilnuje.
Olcha zadrżała, kiedy wielki brunatny niedźwiedź otarł się bokiem o jej szeroki pień.
- Spokojnie, misiu - szepnęła z tym samym chichotem.
Niedźwiedź, z wibrującym w nocnym powietrzu rykiem, naparł na konar i drzewo przechyliło się jeszcze bardziej w kierunku podmokłej części łączki.
- Misiu! - pisnęła Lira i razem z kilkoma szyszkami spadła wprost na grzbiet niedźwiedzia.
Wpiła swoje łapki w jego futro. Zwierz z warknięciem ruszył przed siebie, przedzierając się przez gęsty młodnik. Cieniutkie gałązki brzózek skrobały ją nieprzyjemnie po pyszczku. Zasłoniła się swoim puszystym ogonem i wtuliła ciaśniej w sztywne brunatne futro, czując jak boki wielkiego niedźwiedzia ocierają się o większe drzewa i zrywają z nich kawałki kory. Las przerzedził się i niespodziewanie został za nimi. Jednym potężnym skokiem znaleźli się na szczycie nasypu kolejowego, a niedźwiedzie pazury zadzwoniły o lśniące szyny. Wierzgnął tylnymi łapami, wyrzucając w powietrze garść kamieni, które potoczyły się aż do rowu melioracyjnego, z pluskiem lądując w wodzie.
Wytracili tempo biegu i przez chwilę maszerowali wyraźnie wolniej wzdłuż pustego torowiska. Odważyła się usiąść na jego grzbiecie i zaraz ogarnął ją przyjemnie chłodny powiew nocnego powietrza. Ostrożnie wspięła się na czubek jego wielkiego łba.
- Dokąd idziemy, misiu? - zapytała, szczypiąc go w kosmate ucho.
Zarzucił łbem i warknął ze złością.
- Przepraszam. Już się nie gniewaj, wrażliwcu - odparła z chichotem.
Tam... - usłyszała we wnętrzu swojej małej czaszki męski głos.
Niedźwiedź nawet nie przerwał marszu, ostrożnie i bezgłośnie stawiając łapy.
- Udało ci się, misiu! Powiedziałeś coś wreszcie! - pisnęła, nachylając się nad jego szerokim czołem i próbując spojrzeć mu prosto w oczy.
Tam... Patrz... - znów odezwał się męski głos, aż usiadła z powrotem między uszami. Nie miała odwagi powiedzieć mu, żeby mówił ciszej. Nie chciała go zniechęcić.
Niedźwiedź przystanął i przysiadł na zadzie.
Cisza... - szepnął znów ten sam głos.
Wstał, zrobił trzy głębokie wdechy i ostrożnie ruszył przed siebie, z rozwagą stawiając łapy. Po dziesięciu czujnych krokach Lira zauważyła, co sprawiło, że zwierz wreszcie zwolnił: na środku torów klęczał człowiek, a ledwie kilka metrów przed nim stał wyprężony do skoku czarny wilk. Dostrzegła w ciemności jego żółte ślepia i pełną kłów paszczę ociekającą śliną. Światło księżyca naznaczyło srebrnym konturem jego nierówne kosmate futro, w kilku miejscach przerwane przez wąskie blade blizny. Niedźwiedź szedł pewnie przed siebie w kompletnej ciszy, w której mogła usłyszeć szemrzącą w dole nasypu wartką wodę i spowolnione bicie wielkiego serca brunatnego kudłacza. Z jego nozdrzy ulatywała mgiełka jego własnego chrapliwego oddechu. Lira spojrzała na wilka. Z jego pyska nie wydobywało się nic innego, poza cuchnącą gęstą śliną, która grudami kapała na podkłady kolejowe.
Nie widział ich. Żółte ślepia skupione były na człowieku.
- Przemyśl to, misiu - szepnęła Lira do lewego ucha. We wnętrzu jej czaszki rozległ się dźwięk, który nie mógł być niczym innym jak prychnięciem.
Niedźwiedź wykonał tuzin bezszelestnych kroków. Nagle uniósł się w potężnym skoku. Lira w ostatniej chwili chwyciła się mocniej kosmatego futra. Wylądowali między człowiekiem a wilkiem i dopiero wtedy król leśnych kniei wydał z siebie potężny ryk. Machnął uzbrojoną w pazury łapą. Kundel zaskowyczał tylko i uciekł na wschód z podkulonym ogonem, znikając po kilku susach w gęstych zaroślach Czarnolesia. Niedźwiedź trącił swoim wilgotnym nosem ramię leżącego na ziemi mężczyzny, a Lira zbiegła zwinnie na jego plecy.
Zemdlał... - usłyszała głos, jakby trochę spokojniejszy i cichszy.
- Chyba tak. Ale oddycha - odparła, delikatnie muskając łapką czubek nosa kolejarza.
Musimy uciekać, Liro... Szybko, wskakuj! - Tym razem głos był znów donośniejszy.
Z przeciwnej strony dotarł do ich uszu tupot stóp i dyszenie, a kiedy wspięła się z powrotem na grzbiet towarzysza, dostrzegła drgający w ciemności snop światła latarki.
- Pędem, misiu. Na polanę! - szepnęła.
Złapała się kurczowo kępek sierści i pozwoliła, aby pęd wiatru rozwiał jej własne kosmyki siwych - niemal białych - włosów, kiedy niedźwiedź skoczył z samego szczytu nasypu. Źle wyliczył odległość, bo z pluskiem i wściekłym warknięciem wylądował w lodowatej wodzie na dnie rowu melioracyjnego. Zirytowany wykaraskał się na brzeg i ruszył kilkaset metrów przed siebie wilgotną od deszczu łąką, zostawiając za sobą nieprzytomnego człowieka, do którego właśnie docierało rozdygotane światło latarki.
Przepraszam... - Zasapany szept wyrwał ją z chłodnego odrętwienia.
- Nic nie szkodzi, misiu - odparła, chociaż zęby szczękały jej z zimna.
W trawie za nimi ciągnął się szeroki czarny ślad, który niczym lśniący wąż wił się aż pod samą krawędź gęstego lasu. Ominęli wyrastający nad łąką drewniany szkielet myśliwskiej ambony, bo oboje poczuli w nozdrzach nieprzyjemny zapach źle wysuszonego tytoniu, a Lirze wydawało się nawet, że tuż pod niskim pokrytym papą daszkiem dostrzegła ludzkie sylwetki. W bladym świetle pierwszej nocy pełni nie mogła stwierdzić tego na pewno, ale we wnętrzu ambony najprawdopodobniej znajdowali się dwaj myśliwi.
Skręcili w stronę lasu.
Pieprzeni... Kłusownicy... - dotarł do niej pełen nienawiści głos.
- Masz rację, misiu. Staraj się nie krzyczeć, kiedy do mnie mówisz, bo dzwoni mi od tego w uszach - rzuciła, wykręcając swoją przemoczoną kitkę.
Przepraszam... Każde... Słowo... Wypowiadam... Jakbym... Łapał... Oddech... Wynurzając... Się... Z... Wody... - Zdyszany niedźwiedź oparł się bokiem o młodą brzozę. Chudziutkie drzewko złamało się z suchym trzaskiem i z łoskotem runęło na ziemię.
Zwierz podrapał się pazurem za uchem.
- Nie przejmuj się, misiu. Opanujesz wszystko, potrzeba tylko więcej czasu i... - zaczęła spokojnie.
Jej towarzysz ryknął donośnie.
- ...jeszcze więcej cierpliwości - dokończyła z chichotem.
Jednym ruchem zadu przepchnął spróchniały konar wielkiego buka, który zagradzał im drogę. Drewniany kloc z mlaśnięciem i bulgotaniem zagłębił się w bagnistej sadzawce. Weszli na niemal okrągłą polanę, na której nie rosło nic innego poza wysoką, sięgającą niedźwiedziowi do połowy grzbietu trawą i samotną brzozą, której kora bielała w świetle księżyca. Trzema susami znaleźli się w cieniu szemrających cicho brzozowych gałęzi, a tam Lira zeskoczyła z grzbietu na leżący u podstawy drzewa płaski kamień.
Otrzepali się i w kilka sekund osuszyli swoje futra. Usiedli na kamieniu.
Ciekawe... Co... To... Za... Człowiek - odezwał się głos.
Lira tylko wzruszyła ramionami. W wąskiej szparze między kamieniami znalazła orzech, który teraz starała się rozłupać zębami. Na próżno, wciąż było jej zimno i trzęsła się tak bardzo, że zdobycz raz po raz wypadała jej z łapek. Niedźwiedź wziął przekąskę w dwa pazury i bez większego wysiłku zmiażdżył skorupkę. Podał jej na otwartej łapie miąższ. Lira z zapałem zaczęła chrupać przysmak, jednocześnie wtulając się w ciepłe futro towarzysza.
Niedźwiedź westchnął.
Jak... Ćwiczyć... Żeby... Lepiej... Mówić? - zapytał głos.
- Rozmawiać. W tej chwili mówienie sprawia ci wysiłek, bo jesteś w ciele niedźwiedzia. Twój mózg nie jest przyzwyczajony do mówienia, dlatego to takie trudne. Ale nie wiem, czy zauważyłeś, że zaczynasz mówić coraz płynniej, misiu? - odparła wiewiórka, zlizując z łapek resztki smakołyka.
Brunatny olbrzym oblizał wielkim jęzorem swój pysk.
Czy... Ty... Też... Tak... Miałaś? Mówiłaś... Przez... - Na końcu postukał się pazurem w czoło.
Lira zachichotała.
- Nie, misiu. Moja magia jest trochę inna niż twoja. Pochodzi od innej wiedźmy... - Zadrżała na samo wspomnienie złej czarownicy, która porwała ją z jej rodzinnej wioski i zmieniła w wiewiórkę. - Ale to było setki lat temu. Na ciebie czas też nie będzie miał wpływu, misiu. Jednak... - zawahała się. Zielony błysk w jej oku sprawił, że nieprzyjemna poświata padła na kamień, na którym siedzieli.
Niedźwiedź spojrzał na nią.
Jednak? - zapytał wyjątkowo cicho.
- Nieważne, misiu. Nieważne - odparła gorzko. Zdecydowała się nie mówić mu o tym, że chociaż ich magia jest inna, to w gruncie rzeczy działa podobnie i jego przemiany też kiedyś się skończą.
Jej towarzysz wpatrywał się w księżyc, a srebrny blask rozlewał się po jego szerokim pysku, czole i pomiędzy uszami, gdzie futro tworzyło sterczącą do góry kępkę. Z największą dokładnością potrafiła dostrzec każdy, nawet najmniejszy włosek. I choć wszystko powoli przysłaniała zielonkawa mgła, to... Wyraźnie czuła w swoim małym wiewiórczym serduszku ciepło.
Ciepło, którego nie czuła od setek lat.
Opowiesz... mi... znowu... o... niej? - zapytał, zauważając, że faktycznie przerwy między wyrazami robią się krótsze i nie musi tak gwałtownie walczyć o myślowy oddech przed każdym ze słów. - Małgosia? Tak... ma... na... imię... Prawda... Liro?
- Tak... - szepnęła zamyślona. Starała się ukryć złość, która w niej wezbrała. Nie była jednak w stanie stłumić zielonego blasku, który zaczął sączyć się z jej źrenic coraz bardziej widocznym strumieniem. Niewiele większe od fragmentów kwiatowego pyłku drobinki zgniłego światła zaczęły osadzać się na jej powiekach. Strząsnęła je wierzchem dłoni i kichnęła z rozmachem.
Niedźwiedź spojrzał na nią z troską na pysku.
Chyba... się... przeziębiłaś. Te... zielone... to... też... twoja... magia? - zapytał cicho, spokojnie i czule, jakby mówił do młodszej siostry. Nie z taką czułością, jakiej od niego oczekiwała po miesiącach znajomości.
Tak, teraz zieleń to moja magia. I wkrótce twoja. Wystarczy, że zdobędziemy czaszkę! I... - Już miała odpowiedzieć, chociaż zszokował ją i trochę przeraził ogrom złości, który się w niej skumulował w ciągu tej krótkiej rozmowy. W ostatniej chwili ugryzła się w język. Miała tylko nadzieję, że nie odczytał ani nie usłyszał jej myśli. Zerknęła na niego ukradkiem, ale nie wyczytała z jego pyska niczego, co...
Oboje jednocześnie usłyszeli ten sam dźwięk: ciche metaliczne kliknięcie, które sprawiło, że kudłate uszy drgnęły zauważalnie.
Skoczyła w stronę niedźwiedzia, słysząc jak w jego gardle rodzi się wibrujący basowy ryk.
I tak było już za późno... Następne ciche metaliczne kliknięcie. A po nim rozrywający nocną ciszę huk podwójnego wystrzału z dubeltówki.
- Janek! - krzyknęła.
Niedźwiedź zerwał się w górę, odtrącając ją przednią łapą. Poleciała w krzaki jeżyn.
- Ładuj! Bo ucieknie! - wrzasnął ktoś od wschodniej strony.
Słyszała zbliżających się myśliwych. Roztaczali wokół siebie nieprzyjemny zapach słabej jakości tytoniu. Znała ten zapach, podobnie jak znała głos krzyczącej wcześniej kobiety, która... Nim zdążyli załadować na nowo strzelbę, niedźwiedź ryknął ze złością i puścił się pędem przed siebie, roztrącając swoim wielkim cielskiem gałęzie i tratując mniejsze drzewka.
Księżyc w milczeniu przyglądał się kłócącej się dwójce myśliwych, uciekającemu w szaleńczym tempie niedźwiedziowi oraz siwej wiewiórce unieruchomionej pomiędzy kolczastymi gałązkami jeżyn.
Pierwsza noc pełni powoli mijała, a on nie mógł już doczekać się następnej.
Z początku, kiedy stanęła w drzwiach pokoju, jej uśmiech był smutny. Pełen nostalgicznych wspomnień, jakby czegoś bardzo żałowała. Później, kiedy przeszła przez próg i promienie słońca padły na jej rumianą twarz, dostrzegł w jej uśmiechu więcej radości, szczęścia i miłości. Błękitne oczy iskrzyły się od czystego pożądania, a rumieńce na policzkach pogłębiły się, kiedy zostawiła za sobą szlafrok i kapcie. Wspięła się na łóżko - wyjątkowo twarde łóżko - w zwiewnej, niemal przezroczystej halce. Widział każdy szczegół jej ciała, każde zagłębienie, każdą krągłość, jakby była opleciona cieniuteńką warstwą mgły. Poczuł jak wspina się na niego, obejmuje go swoimi udami, wspiera się rękami o jego klatkę piersiową... Gdzieś w oddali, poza skąpaną w słonecznych promieniach sypialnią, zaskrzeczał ptak. Chciał zerknąć za okno, ale nie potrafił odwrócić spojrzenia od jej twarzy. Przymknęła powieki, delikatnie rozchyliła usta w tajemniczym uśmiechu i powolutku schyliła się nad nim. Jej wilgotne wargi smakowały słodkimi truskawkami, a w nozdrza uderzył go zapach świeżej morskiej bryzy. Delikatny pocałunek trwał w nieskończoność, a jej smak wypełniał mu całe usta. Przesunął dłonią po gładkim udzie, czując pod skórą mocne mięśnie, i sięgnął do jędrnych pośladków. Czarne, niesforne włosy muskały go po twarzy, kiedy... Ptak zaskrzeczał znów, wyrywając go z objęć snu.
Janek usiadł na ławce ze zduszonym okrzykiem. Spłoszona wrona poderwała się z oparcia i przeleciała na sąsiednią ławkę, przyglądając mu się lśniącym paciorkowatym okiem.
- Durne ptaszysko - warknął Janek.
Wrona nie uraczyła go odpowiedzią.
Zamknął oczy.
Osłonił twarz obiema dłońmi.
Chciała mu coś powiedzieć... Przerwała pocałunek i już otwierała lśniące usta, żeby uformować je w słowa...
Sen uleciał bezpowrotnie.
Wstał, porwał leżący na ziemi kamyk i cisnął go w dal. Patrzył, jak leci krzywym łukiem w czystym porannym powietrzu, a potem z pluskiem wpada do wody.
Sen nie wrócił.
Zostawił po sobie słodki smak w ustach, zapach świeżej morskiej bryzy i delikatne łaskotanie na twarzy, jakby czarnowłosa nieznajoma nadal muskała go koniuszkami włosów po policzkach, brodzie i czole. Z powrotem usiadł na ławce, a przycupnięta opodal wrona cicho zaskrzeczała.
- Kim jesteś, nieznajoma? - szepnął, wsłuchując się w uderzające o betonowy brzeg fale.
Małgorzata - był niemal pewien, że to wrona przemówiła do niego tym słodkim kobiecym głosem. Poczuł dreszcz na karku oraz ciepło rozchodzące się po policzkach i płynące przyjemną falą w dół ciała. Wstał i przeciągnął się.
- Niech będzie. Zostaniesz Małgorzatą. I tak pewnie nigdy... - urwał z gorzkim grymasem na twarzy. Nigdy cię nie znajdę - dokończył w myślach. Wrona zaskrzeczała jeszcze raz - nie wiedział, czy ptaszysko chciało potwierdzić, czy zaprzeczyć - i odleciała do odległego gniazda, gdzieś w głębi rozciągającego się wzdłuż brzegu lasu.
-
Słońce stało całkiem wysoko na błękitnym niebie, po którym szybko przesuwały się grupki obłoków, gromadząc się w ciasno zbity wał chmur na wschodzie. Ciemniejące podstawy, zwiastujące deszcz, odbijały się w pofalowanej tafli niespokojnego jeziora. Doszedł prawie do końca wału, zbliżając się z każdym krokiem do śluzy, której toporny kształt nie pasował w żaden sposób do otoczenia. Słodki smak zniknął z jego ust, zapach również uniósł się gdzieś z wiatrem, pozostało tylko irytujące wrażenie łaskotania na czole, policzkach i brodzie. Jakby nieznajoma... Jakby Małgorzata wciąż pochylała się nad nim w trwającym wieczność pocałunku.
Wszystko zaczęło się prawie trzy lata temu - dokładnie dwa lata i dziesięć miesięcy temu przebudził się w schronisku na Skrzycznem, całkiem sam, w otoczeniu tego niesamowitego zapachu, ze słodkim smakiem truskawek w ustach i przyjemnym łaskotaniem na twarzy. Do tego był jeszcze kwiat błękitnej róży - zasadził go w jednej ze swoich górskich kryjówek - i trzy zdjęcia, które dostał później na maila. Wyciągnął jedno z nich z wewnętrznej kieszeni bluzy - bardzo zużyta już fotografia przedstawiała jego samego z czarnowłosą dziewczyną w objęciach. Z trzech ujęć to jedno lubił najbardziej i najczęściej do niego wracał, zwłaszcza w chwilach, kiedy miał wątpliwości, czy nieznajoma rzeczywiście istnieje.
Próbował skontaktować się z fotografką, która przesłała mu te zdjęcia - dziewczyna zgodziła się na spotkanie w knajpce na dworcu w Katowicach. Bardzo się starała, ale niestety niewiele pomogła mu w rozwikłaniu tożsamości czarnowłosej.
- Wyglądaliście na zakochanych w sobie - powiedziała wtedy, poprawiając niesforny kosmyk rudych włosów i popijając kawę z niezwykle dużej filiżanki. - Chciałabym kiedyś znaleźć taką miłość... - dodała z nieśmiałym uśmiechem.
Podziękował grzecznie za spotkanie i już więcej nie próbował się z nią kontaktować.
Minął śluzę, która leniwie przepuszczała spienioną wodę, lądującą kaskadami w korycie Wisły.
Porzucił swoją wygodną pracę i poświęcił się w całości poszukiwaniom nieznajomej - ze strachem czuł, jak czysta miłość, którą ją darzył, z miesiąca na miesiąc przeradza się w obsesję. Podjął pracę w schronisku na Skrzycznem, pomagając w codziennych obowiązkach, ale także oprowadzając po okolicy odwiedzających szczyt turystów. Uwielbiał spędzać czas wśród ukochanych gór, ale tak naprawdę skrycie liczył, że któregoś dnia ujrzy w drzwiach schroniska czarnowłosą nieznajomą, która rzuci mu się w ramiona i... I co? I będą żyli długo i szczęśliwie.
Splunął za barierkę i poszedł dalej przed siebie.
Spędził w schronisku prawie rok. Liczył, że nieznajoma pojawi się któregoś dnia w drzwiach wejściowych i rozpozna go. Nie pojawiła się. Aż pewnego marcowego popołudnia, po niemal całkiem bezśnieżnej zimie, nadszedł czas rozstania - schronisko nie prosperowało już tak dobrze jak kiedyś i koniec końców właściciel musiał pożegnać kilku pracowników. Wśród nich znalazł się Janek. Z początku trudno było mu wrócić do życia poza górami. Sprzedał mieszkanie i żył przez długi czas z oszczędności, które jednak po kolejnym roku zaczęły się kurczyć i w końcu drastycznie stopniały.
- Janek! Witaj, przyjacielu! Wiedziałem, że cię tutaj znajdę! - Z naprzeciwka szedł wysoki brodacz z parą kijków pod pachą i buteleczką, z której sączył niebieskawy płyn.
- Konrad, stary druhu! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę - odparł ucieszony Janek.
Przywitali się przyjacielskim uściskiem.
- Wyglądasz jak wrak człowieka, Janku. Nadal masz problemy ze snami? - zapytał ze szczerym zmartwieniem Konrad.
Chłopak tylko skinął głową.
- Dawno nie wyrzuciło mnie tak daleko od... - Chciał powiedzieć od domu, ale przypomniał sobie przecież, że nie ma już domu.
Konrad skinął głową z niepewnym uśmiechem, jakby chciał dać znać przyjacielowi, że doskonale rozumie, o co mu chodzi. Jemu jedynemu powiedział o wszystkim. I Konrad zszokował go wtedy, bo chyba jako jedyny ze znajomych we wszystko mu uwierzył. Przecież widziałem ją wtedy. Wychodziliście ze schroniska i szliście do chaty, o której mi kiedyś opowiadałeś - powiedział do niego podczas jednej z dłuższych rozmów, którą toczyli w głównej sali schroniska. Nie wiedział jednak nic więcej o czarnowłosej nieznajomej, podobnie jak żaden z jego kompanów. Zaproponował mu kiedyś, że podejdą do tej chaty, ale Janek nie potrafił zdobyć się na odwagę - ciągle miał w pamięci spotkanie z wyskakującym z czarnej wody stworem i bał się zbliżyć do tego miejsca.
Wysoki brodacz był też jedyną osobą, której Janek zwierzył się ze swoich niepokojących snów... Wszystko zaczęło się od pełni - miesiąc po jego samotnym przebudzeniu w pokoju w schronisku na Skrzycznem. Tej feralnej nocy spał w innym schronisku. Oprowadzał przez cały dzień drużynę harcerzy po szczytach Gorców. Mieli za sobą dość ciężką wędrówkę i dotarli pod bacówkę na Maciejowej dopiero późnym wieczorem. Nikt nie znalazł w sobie sił na gotowanie kolacji, a niektórzy zasnęli w swoich łóżkach w ubraniach umorusanych od całodziennej wspinaczki. Janek zasnął również, głębokim snem, ale... Przebudził się w swoim pokoju w środku nocy skąpany w srebrzystym świetle księżyca. Pokój wydawał mu się jakiś dziwnie mały, a on sam nie pasował do niego. Musiał wyjść, bo jego pęcherz domagał się szybkiego opróżnienia. Nie mógł jednak poradzić sobie z otworzeniem drzwi. Zerknął na swoje zdrętwiałe i obolałe ręce. I dostrzegł kudłatą łapę z pięcioma szponami... W całej bacówce wybuchła panika, kiedy ktoś podniósł alarm. Niedźwiedź! Niedźwiedź w pokoju! - do dziś pamiętał te krzyki i choć teraz budziły w nim cień uśmiechu, wcześniej były dla niego jedynie powodem do strachu.
Nie umiał sobie przypomnieć nic więcej z tamtej nocy, poza nieprzyjemną pobudką o poranku - obudził się w poszarpanej piżamie i wyglądał, jakby dopiero co stoczył ciężką walkę z niedźwiedziem.
- Pamiętasz coś z tego snu? - zapytał Konrad, kiedy już podeszli do auta.
- Kompletnie nic... Tylko końcówkę - odparł Janek. Usiadł ciężko na krawędzi otwartego bagażnika.
- Znów ta dziewczyna? - dociekał ze współczuciem przyjaciel.
- Tak. Małgorzata - potwierdził. Konrad spojrzał na niego szczerze zdziwiony. - Nie patrz tak na mnie. Nie wiem, skąd ta pewność, ale usłyszałem to imię zaraz po przebudzeniu. - Z ulgą przyjął od kolegi butelkę wody. Spłukał z ust resztki słodkawego smaku truskawek.
- Te sny robią się coraz dziwniejsze - stwierdził Konrad.
- Nie musisz mi tego mówić.
I tak przez ostatnie miesiące sny wracały do niego wraz z każdą pełnią księżyca.
Nie pamiętał innych niedźwiedzich przygód. I, choć Konrad nie raz proponował mu, że będzie czuwał nad nim w czasie pełni i zobaczy... Co zobaczy? Tego Janek bał się chyba najbardziej. Jeżeli w każdą pełnię naprawdę zmieniał się w wielkiego niedźwiedzia brunatnego, z pewnością nie chciał, aby jego jedyny przyjaciel ryzykował swoim życiem, żeby ujrzeć tę przemianę.
Wsiedli do auta. Konrad włączył silnik.
- Gotowy na nowy rozdział? - zapytał z zapałem.
- Tak jest! - odparł Janek.
- Doprowadź się trochę do ładu. Mamy jakieś dwadzieścia minut jazdy - poradził kierowca i ruszyli.
- Jeszcze raz dziękuję ci, że załatwiłeś mi ten pokój - odezwał się chłopak.
- Nie ma sprawy. Mam tylko nadzieję, że polubisz właścicieli... I współlokatorkę. O tej porze nie ma u nich tłoku - oznajmił Konrad, wyjeżdżając z parkingu i opuszczając z wnęki pod sufitem panel z lusterkiem.
Janek spojrzał na swoją zmęczoną wydarzeniami minionej nocy twarz, podkrążone oczy i bladą cerę. Widział za dużo szczegółów, chociaż miał do dyspozycji maleńki prostokąt lusterka, w którym... Prawe ucho. Maleńka ranka na samym czubku płatka usznego. Prawie cała zasklepiona nierzucającym się w oczy strupem.
Dotknął tego miejsca i z bólu zacisnął zęby.
Janek! - Kobiecy krzyk rozległ się w jego głowie.
Ogłuszający huk wystrzału.
Ładuj! Bo ucieknie! - Natarczywy męski głos.
I zapach źle wysuszonego tytoniu.
Nie trwało to dłużej niż dwie sekundy.
- Coś nie w porządku z nią? Albo z nimi? - zapytał. Konrad niczego nie zauważył.
- Specyficzni ludzie, ci właściciele. A ona? Jest raczej milcząca - odparł.
- Na pewno nie chcesz, żebym poszedł z tobą? Mam jeszcze trochę czasu przed pracą - zaproponował Konrad, kiedy zajechali na ciasny placyk wciśnięty między przystanek autobusowy, dworzec kolejowy i budynek poczty.
- Dzięki. Dam sobie radę. I tak już dużo mi pomogłeś - odparł Janek, wysiadając z samochodu i zarzucając na ramiona wypchany do granic możliwości górski plecak.
- Przestań... Nie byłoby mnie i pewnie kilku innych gości, gdybyś nas wtedy nie ostrzegł przed tą niedźwiedzicą - rzucił Konrad, ignorując trąbiącego za nim kierowcę.
Janek uśmiechnął się pod nosem na dawne wspomnienie wyprawy w Fogarasze.
- Musimy kiedyś znów się tam wybrać. Chłopska siedem, tak?
- Tak. Powodzenia, Janku. I uważaj na siebie - rzucił Konrad. Rozstawał się z przyjacielem z trochę mniej zmartwionym wyrazem twarzy.
Janek wyprostował rękę w geście pożegnania, chociaż niecierpliwy kierowca - wciąż trąbiący na Konrada - przejechał obok, pokazując całkiem inny gest. "Proszę o przyłożenie opuszka środkowego palca prawej ręki w celu zweryfikowania tożsamości" - przypomniała mu się zabawna sytuacja z biura spraw obywatelskich i nie mógł powstrzymać wzbierającego w nim ataku śmiechu. Idąca chodnikiem nastolatka spojrzała na niego niepewnie i zaraz przyspieszyła kroku, jakby bała się, że ma do czynienia z niespełna rozumu szaleńcem. I chyba trochę tak wyglądał z tym swoim wielkim wyładowanym po brzegi plecakiem, wypłowiałymi od całodziennych wędrówek spodniami i wysokimi górskimi butami, z którymi przeszedł już naprawdę wiele.
Był jak ślimak - znów się roześmiał - i cały dobytek niósł na swoich obolałych plecach.
- Chłopska siedem - szepnął pod nosem i ruszył przed siebie, ostrożnie przechodząc przez ruchliwą ulicę.
Zastanawiał się, czy po tak długiej nieobecności pozna swoje rodzinne miasto. Ostatni raz był tutaj... Nie pamiętał. Na pierwszy rzut oka Czechowice-Dziedzice nie zmieniły się prawie wcale - dworzec kolejowy w wiecznym remoncie, zaniedbane krzywe chodniki, drogi połatane jak jego własne skarpetki i ponure wybetonowane centrum. Przeszedł się kawałek wzdłuż dworca i skręcił w ulicę Kolejową - Jednokierunkowa, jak mówił na nią w dzieciństwie - i dał się wciągnąć w kolorowy kolaż witryn sklepowych. Przystanął przy jednej z kawiarni - nie pamiętał, aby wcześniej znajdował się w tym miejscu taki lokal - i kupił sobie małą kawę w jednorazowym kartonowym kubku, a po namyśle skusił się jeszcze na słodką drożdżówkę z budyniem.
Usiadł na chwilę przy małym stoliku i wcisnął w kąt swój wielki plecak.
Podeszła do niego sprzedawczyni, obdarzyła go czarującym uśmiechem i położyła na stoliku prostokątny kartonik z nazwą kawiarni wtopioną między kawowe ziarna. Na odwrocie znajdowało się dziesięć białych okrągłych pól, z których tylko jedno było puste - na dziewięciu dziewczyna nabiła czerwone pieczątki, także w kształcie ziarenka kawy.
- Dziesiąta kawa gratis - szepnęła i mrugnęła do niego porozumiewawczo.
Pochyliła się nad jego stolikiem, trochę zbyt głęboko, jakby wręcz zbyt rozpaczliwie chciała, żeby zainteresował się jej opiętymi czarną koszulą piersiami. Zerknął tylko na ułamek sekundy i stwierdził, że koszula jest zdecydowanie za ciasna, a upudrowana twarz kelnerki znajduje się zbyt blisko jego własnej twarzy.
Przezornie nakrył dłonią kubek ze swoją kawą. Już widział, jak drobinki pudru osadzają się na spienionym mleku.
- Dziękuję - odparł.
Mrugnęła do niego zalotnie, przygryzła dolną wargę i wróciła do robienia kolejnych kaw.
Janek z autentycznym przerażeniem zerknął na kartonik z pieczątkami - na samym dole wściekle czerwonym długopisem zapisała numer telefonu i narysowała dwa małe serduszka. Zarumienił się i zaczął szybciej jeść drożdżówkę, a kawę pił w takim tempie, że poparzyła go w czubek języka. Po pięciu minutach nadeszło jego wybawienie - do kawiarni weszła grupa dwudziestu osób. Szybko dopił swój napój, pół drożdżówki zostawił na talerzu i razem z wielkim plecakiem wymknął się niepostrzeżenie z lokalu.
Karteczka została na stoliku.
Sami rozumiecie... Dziewczyna nie była brzydka, ale do Małgorzaty brakowało jej wiele.
Z ulgą wyszedł na deptak i pozwolił, aby owionął go świeży powiew wiatru, który wzmógł tylko działanie kofeiny. Na policzkach poczuł znajome łaskotanie. Zupełnie jakby muskały go delikatnie końcówki - czarnych jak węgiel? - włosów.
- Ty mnie pilnujesz, Małgorzato? - powiedział do siebie.
Uśmiechnął się pod nosem, bo łaskotanie nasiliło się.
Zostawił za sobą Jednokierunkową i skręcił w jedną z węższych bocznych uliczek. Nogi same prowadziły go krzywymi chodnikami, omijając ruchome kostki brukowe. Kiedyś kolega ze studiów zapytał go, czym są Czechowice-Dziedzice - czy miastem, czy bardziej wsią? Nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć. I tak, siedząc już czwartą godzinę na niezwykle nudnym wykładzie z mikroekonomii, stworzyli demograficzną teorię, która definiowała w sposób całościowy pojęcie zadupia. Zatem Czechowice-Dziedzice, jakkolwiek bardzo urokliwie usytuowane u podnóży Beskidu Śląskiego, były - i są nadal - przykładem małego szarego betonowego zadupia, z dość pospolitą, niewyróżniającą się zabudową, która wciśnięta jest w oczka gęstej sieci dziurawych asfaltowych dróg; zadupia z kilkoma chaotycznie rozmieszczonymi, oddychającymi świeżym powietrzem zielonymi wyspami oraz dwoma, może trzema, perełkami zabudowy architektonicznej o wartości kulturowej większej aniżeli wszechobecne tutaj sklepy i banki; zadupia, które pomimo wszystkich swoich wad i minusów, aspiruje do bycia przyjemnym i atrakcyjnym miastem.
Tak. Nie zamieniłby tego miejsca na żadne inne na świecie!
Zamyślił się głęboko nad definicją zadupia i...
- Uwaga! - rozległ się głośny krzyk.
Zareagował instynktownie: złapał lecącą ponad ogrodzeniem brązową piłkę.
- Matole! Nie widzisz, gdzie rzucasz? - krzyknął skądś znajomy głos.
- Przepraszam, trenerze - odparł spocony dwumetrowy matoł.
Nogi prowadziły go właśnie krzywym chodnikiem wzdłuż asfaltowego boiska do koszykówki. Boiska, które znał aż za dobrze!
- Za karę cała grupa będzie falować! - warknął znów ten skądś znajomy głos.
- Ale, trenerze... Przecież nasza drużyna wygrywa! - oburzył się wysoki chudzielec bez koszulki.
Powietrze rozerwał na strzępy krótki gwizd.
- Koniec meczu! Wygrani w nagrodę dwadzieścia pompek falowanych! Przegrani w nagrodę pięćdziesiąt pompek falowanych! Szykujcie się, matoły! - Ostatnie trzy słowa ociekały gęstą lodowatą grozą, którą Janek wyczuł pomimo panującej wokół duchoty.
Żaden z zawodników - wygrany czy przegrany - nie odważył się odezwać. Janek patrzył zza ogrodzenia, jak gracze ustawiają się w dwa równe szeregi. Chciał pozbyć się złapanej przez przypadek piłki, ale... Bał się, że jego też dosięgnie kara - w końcu przypomniał sobie, do kogo należy ten chropowaty głos. Znał trenera aż za dobrze... Mógł tylko stać nieruchomo i liczyć, że pompki tym razem go ominą!
- Zaraz będziecie skwierczeć na tej asfaltowej patelni jak kawałki boczku, które wytopiłem sobie dziś rano! Jajecznica była wyśmienita... - Krzyk przeszedł w ponury szept, kiedy z jedynego zacienionego miejsca w samym rogu boiska wyszedł ON.
Choć nie był wyższy od najniższego z graczy, wydawało się, że krocząc dumnie między dwoma szeregami, przewyższa każdego z nich co najmniej o głowę. Jajowatą czaszkę, osadzoną na samym czubku muskularnego ciała, zdobiła kępka zmierzwionych blond włosów, w których można było dostrzec pasma siwizny. Rozciągająca się wokół kędzierzawej kępki gładziutka łysina lśniła w słońcu i kończyła się tuż nad pomarszczonym czołem, które spływało aż do wiecznie nachmurzonych krzaczastych brwi. Mięśnie między brwiami były tak silne, że bez trudu mogłyby łuskać orzechy! Oczy - zwykle wyprane z wszelkich emocji - teraz wypełnione były przelewającą się przez krawędzie powiek mściwą satysfakcją, którą podkreślał jeszcze bardziej surowy uśmiech.
Jednak tym, co robiło największe wrażenie, był ubiór trenera: opinający wiecznie pracujące mięśnie dres w kolorze ciemnego błękitu naznaczony dwoma białymi pasami przypominał surowe poranne niebo, przecięte przez dwie smugi kondensacyjne odrzutowców.
Spojrzał na swoich podopiecznych z dumą, jakby nie trenował licealistów tylko komandosów.
- Gotowi!? - krzyknął, unosząc do ust gwizdek. Oba szeregi ustawiły się w pozycji do pompek, z ramionami wyprostowanymi do granic możliwości. Janek mógł tylko po wyrazie ich spoconych twarzy zgadywać, jaką temperaturę ma teraz asfalt. - Zaczynamy! Na każdy mój gwizdek robicie jedną pompkę falowaną! Liczycie na głos! Jak któryś matoł coś spieprzy albo złamie falę... Przykro mi, ale zaczynacie od nowa! Zrozumiano?
- Tak, trenerze! - odparło chórem czternaście zatrwożonych dusz.
Tak, trenerze - dołączył się do nich w myślach Janek.
Kolejny gwizdek przeciął rozgrzane południowym słońcem powietrze świdrującym uszy tonem.
- Raz! - ryknęło czternaście głosów.
- Jeden, matoły! Od nowa! - krzyknął trener z ponurym śmiechem i znowu gwizdnął.
- Jeden! - zawołało czternaście głosów.
Znów gwizdek.
- Dwa! - Dwie fale pompujących graczy wykonały drugą pompkę.
Trzeci gwizdek.
- Trzy! - Trudno było stwierdzić, czy uśmiech trenera wyraża zadowolenie.
Czwarty gwizdek.
- Cztery! - Ryk jakby trochę osłabł, ale fala pompek dotarła do końca.
Piąty gwizd nie rozległ się... Trener roześmiał się serdecznie.
- Janek!? - krzyknął, jakby spotkał starego przyjaciela.
Janek ze zgrozą patrzył na mężczyznę zmierzającego w jego stronę. Serdeczny uśmiech nie pasował do jego twarzy, a jednak na niej gościł i... Tak, chyba to go najbardziej szokowało. Zawodnicy cierpliwie czekali na kolejny gwizd, ale ten nie chciał nadejść.
- Witaj, Janku! - Uścisk dłoni był mocny. - Co u ciebie słychać? Wróciłeś na stare śmieci?
- Jakby trener zgadł - odparł pytany z niepewnym uśmiechem. Naprawdę cieszył się, że w tej chwili dzieli ich płot.
- Widzę, że nadal trenujesz? - zagadnął sportowy oprawca, bawiąc się zawieszonym na sznurku gwizdkiem.
Janek z nostalgią wykonał trzy kozły piłką, którą dotychczas wciąż trzymał w rękach.
- Szczerze? Nie miałem piłki w rękach, odkąd skończyłem liceum... Ale dużo chodzę po górach i jakoś udaje mi się utrzymać kondycję. - Chłopak zerknął na zgromadzonych za plecami trenera zawodników. Niektórzy zaczynali drżeć, przed każdym na asfalcie pojawiały się parujące szybko plamy potu.
Mężczyzna zagwizdał po raz piąty, a zaraz potem szósty, siódmy, ósmy. Po dziewiątym przeciągłym gwiździe znów zaległa cisza.
- Zawsze dobrze zobaczyć pojętnego ucznia. Szkoda, że nie poszedłeś w koszykówkę - westchnął, opierając się masywnym ramieniem o płot. Wiekowe przęsło stęknęło z wysiłkiem.
Janek podał mu piłkę.
- Wpadnij kiedyś na trening, pogramy trochę - zaproponował trener, z roztargnieniem upuszczając gwizdek na ziemię. Janek był prawie pewien, że zrobił to z premedytacją.
- Może... - odparł były uczeń. Z nostalgią patrzył na górujący ponad boiskiem budynek sali gimnastycznej oraz szarą bryłę liceum.
- Jak będziesz potrzebował pogadać, a mam nieodparte wrażenie, że potrzebujesz rozmowy... wiesz, gdzie mnie znaleźć. - Mężczyzna spojrzał na niego przenikliwym wzrokiem.
- Dzięki, trenerze - odrzekł Janek, choć wcale się tego po nim nie spodziewał. Właściwie wciśnięty w dres nauczyciel wychowania fizycznego był ostatnią osobą, którą mógłby posądzić o taką propozycję.
Trener odwrócił się i zaczął gwizdać w szybszym tempie. Nogi Janka ruszyły dalej wąską uliczką, wciskającą się między niskie kolorowe bloki. Przeszedł zaledwie dwadzieścia metrów, kiedy usłyszał niosący się echem między budynkami lodowaty mściwy śmiech.
- Od nowa, matoły! Gratulacje! - dotarł do niego głos nauczyciela. Chłopak mimowolnie uśmiechnął się. Kątem oka widział stojącego nad czternastoma spoconymi i udręczonymi duszami kata. Niebieski dres lśnił w słońcu, białe pasy po bokach odbijały promienie, potęgując wielokrotnie ich nieziemski blask, a na szerokich plecach dostrzegł dwie wielkie, emanujące bielą litery: LB.
Konrad musiał pomylić adresy. Nie ma innej opcji! - taka była jego pierwsza myśl, kiedy stanął przed domem na Chłopskiej siedem i wcisnął czerwony guzik domofonu, wprawionego w zardzewiałą furtkę. Chwilę wcześniej minął ruderę, nie zwracając na nią w ogóle uwagi i tylko kątem oka dostrzegł zaśniedziałą siódemkę przykręconą do bramki jednym samotnym wkrętem. Numerek wisiał przekrzywiony, ale nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że Janek znalazł się pod właściwym adresem.
Płot - rozlatująca się mieszanka spękanych od mrozu betonowych murków, zardzewiałych od deszczu stalowych słupków i upstrzonych ptasimi odchodami spróchniałych drewnianych sztachet - lata świetności miał już za sobą. Chylił się do środka działki, ziejąc w wielu miejscach otworami po deskach, które nie wytrzymały próby czasu. Wzdłuż ogrodzenia rósł zdziczały żywopłot, który wznosił się wysoko ponad czubki tego, co trzymało się jeszcze na zardzewiałych śrubach. Próbował dostrzec cokolwiek przez gąszcz cieniutkich gałązek upstrzonych małymi zielonymi listkami, ale nie udało mu się wyłowić zbyt wielu szczegółów, poza bryłą czającego się jakieś dwadzieścia metrów w głąb działki ponurego budynku.
Wąski, zaledwie metrowy przesmyk w żywopłocie stanowiła furtka, nad którą rośliny splotły się w krótki tunel. Za bramką ciągnęła się wąska ścieżka z pokrytych mchem i porostami betonowych płyt - ułożone były na tyle solidnie, że nie powyginał ich żaden mróz. Po obu jej stronach rósł ten sam gąszcz, który przerzedzał się i niemal niknął całkowicie dopiero trzy metry od fasady budynku.
Musiał wychylić się ponad bramkę, żeby dostrzec coś więcej. Wsparł się jedną ręką na brudnej gałce, a drugą znów wdusił na kilka sekund guzik domofonu. Ja mam tutaj zamieszkać? - pomyślał. W przeszłości wiele razy przychodziło mu nocować w różnych nieprzyjaznych miejscach - więcej niż wiele razy spał nawet pod gołym niebem, gdzie od gwiazd oddzielał go tylko tropik jego namiotu. Jednak nigdy... Z niepokojem patrzył na wyłaniający się ponad wybujałym żywopłotem dom. Kojarzył mu się z jedną z książek Kinga, ale nie potrafił sobie w tej chwili przypomnieć tytułu.
Bluszcz - ciemnozielone gęste liście, które lśniły od popołudniowego blasku słońca - pokrywał całą frontową ścianę domu, wspinając się gęsto splecionym labiryntem gałęzi aż pod samą podbitkę, skąd w wielu miejscach zwisał przypominającymi liany długimi, sięgającymi niemal parteru pętami. Liście natarczywie wciskały się do okien, które zmieniły się w ledwo widoczne czarne otwory o nieokreślonych kształtach. Wolna od bluszczu zdawała się być tylko wąska werandka, pod którą czaiły się stare drewniane drzwi. Farba odchodziła z nich długimi płatami i Janek nie mógł dostrzec jakiego są koloru. Obrazu dopełniał dach: ciąg betonowych dachówek, z których co najmniej połowę porastał mech, podczas gdy druga połowa była pęknięta lub wyszczerbiona.
Chłopak zrobił krok w tył i dostrzegł na krawędzi dachu, tam gdzie powinna znajdować się skryta w morzu bluszczu rynna, drobną brzózkę. Drzewko delikatnie powiewało na wietrze, wyciągając w stronę słońca maleńkie gałązki.
Zadzwonił jeszcze raz. Nikt nie odpowiedział.
- Może nie żyją? - szepnął pod nosem i roześmiał się ponuro. Znów przypomniał mu się King.
Przeszedł kawałek chodnikiem wzdłuż rozlatującego się płotu i dotarł do miejsca, gdzie droga zakręcała pod kątem prostym w kierunku wschodnim. Po swojej prawej miał teraz zaorane pole, za którym ciągnęło się nowe osiedle niskich bloków oraz samotnie strzelająca w niebo wieża kościoła. Po lewej miał dalszą część ogrodzenia - zbutwiałe sztachety zniknęły, zastąpiła je zardzewiała siatka. Południowa ściana budynku była niemal wolna od bluszczu, który wyciągał swoje poskręcane ramiona poza róg, ale w popękanym szarym tynku nie był w stanie znaleźć żadnego solidnego miejsca zaczepienia. Janek dostrzegł tutaj też cztery wielkie okna - to na piętrze po prawej stronie było otwarte na oścież i powiewała w nim biała firanka.
Czyżby jednak się mnie spodziewali? Może wietrzą dla mnie pokój? - zastanowił się przez chwilę.
Na wschodniej ścianie również nie dostrzegł śladu bluszczu, chociaż tynk w niektórych miejscach był w bardzo złym stanie. Szerokie drzwi tarasowe otwarte były na oścież, a na skrawku wykoszonego terenu stały trzy krzesła i malutki okrągły stolik, na którym ktoś zostawił trzy brudne kubki.
Teren opadał stromo w kierunku lawirującego między drzewami wąwozu - w bardziej deszczowych miesiącach płynąca dnem jaru rzeczka zmieniała się w bagniste rozlewisko. O trawniku nie mogło być mowy - jak okiem sięgnąć rozciągało się przed nim wielkie morze zachwaszczonej trawy, która pomału traciła swoją żywą zieleń i stawała się szara, jakby brudna. Najkrótsze jej źdźbła sięgały do połowy wysokości ogrodzenia; najdłuższe wspinały się ponad jego górną krawędź, bujając się leniwie na wietrze.
Będzie padać - Janek spojrzał z niepokojem na zbierające się na zachodzie chmury.
Tu i ówdzie z szumiącego trawiastego dywanu wyłaniały się pojedyncze drzewka owocowe - zdziczały sad ciągnął się aż do niknącego w dole wąwozu. Pod stojącą najbliżej ogrodzenia jabłonią - Janek dostrzegł na gałęziach kilka zapomnianych zasuszonych owoców - na prostej drewnianej ławeczce siedziała dziewczyna. Jasne włosy gęsto przeplatane siwymi pasmami sięgały jej nie dalej niż za ucho i zmieniały swoje ułożenie z każdym podmuchem wiatru. Sprawiała wrażenie, jakby jej to wcale nie przeszkadzało. Miała na sobie krótką białą sukienkę z prostym czarnym paskiem zapiętym w talii. Pogrążona była w lekturze, opierając się plecami o pień starej jabłoni, porośnięty szarym mchem.
Chciał zawołać do niej, ale... W połowie ogrodzenia dostrzegł zardzewiałą bramkę zespawaną ze stalowych prętów. Otwarta furtka skrzypiała na wietrze, a za nią wśród wysokich traw wiła się wąska ścieżka wydeptana przez właścicieli domu i... może tę dziewczynę?
Pchnął skrzydło i wszedł na teren posesji przy ulicy Chłopskiej siedem.
Ścieżka wiła się między śliwami, gruszami, jabłoniami i innymi drzewkami owocowymi. Kilka razy trafił pod stopą na nieprzyjemnie mlaszczącą minę w postaci zagubionych w wysokiej trawie owoców, które zgniły i rozmiękły przez lato.
Stanął wreszcie pod jabłonią i chrząknął cicho.
Dziewczyna spojrzała na niego ponad książką i znieruchomiała z drobną dłonią wyciągniętą nad miseczką z orzechami nerkowca. Ciemnobrązowe, niemal czarne oczy wpatrzyły się w niego, usta delikatnie rozchyliły, a dolna warga zadrżała. Gdzieś w głębi czarnej jak noc źrenicy błysnęła zielonkawa iskierka. Lokatorka wypuściła z drugiej ręki książkę, która spadła na trawę grzbietem do góry.
Janek uniósł obie dłonie, pokazując, że nie chce jej skrzywdzić.
- Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć - powiedział spokojnie.
Poderwała się na równe nogi - była o wiele niższa od niego, miała małe sterczące piersi i brązowe piegi rozsypane na obu policzkach - uniosła palec wskazujący prawej dłoni w górę i boso pobiegła w stronę domu. W kilkanaście bezszelestnych kroków znalazła się tuż obok krzeseł i stolika na wykoszonej przestrzeni, minęła je i znikła za szeroko otwartymi drzwiami.
Zdziwiony przybysz zdjął ciężki plecak, rzucił go niedbale na trawę i usiadł na drewnianej ławeczce. Jest raczej milcząca - przypomniał sobie słowa Konrada. Dziewczyna nie wyglądała mu na właścicielkę rozlatującego się domu. Podniósł książkę, którą upuściła tuż przed swoją tajemniczą ucieczką.
- Celtowie, ich mitologia i tajemnice - odczytał tytuł w ciszy otaczającego go ogrodu.
Z zaciekawieniem uniósł brew. Otwarł tom, tak jak upadł, i spojrzał na starą mroczną rycinę: po lewej stronie kłębiła się masa bezkształtnych demonów, na czele których zdawał się stać wielki jednooki gigant; po prawej zaś, w równych szeregach, stało wojsko aniołów, którym przewodził wielki brodaty mag z drewnianą laską w ręce. W samym środku w powietrzu unosiła się ludzka sylwetka: od lewej godził w nią promień wychodzący z oczodołu giganta, od prawej przyjmowała cios ognistej strzały wystrzelonej z końca laski maga.
Nie chciałbym być na miejscu tego gościa... [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.