Myrk
Nie mógł liczyć na to, że uda mu się pozostać nierozpoznanym - zbyt wielu soirskich rzezimieszków wpadło w jego sidła. Inni wciąż przebywali na wolności, ale tylko dlatego, że ani tutejszy książę Pagadaal, ani nikt inny nie wyznaczył za nich nagrody. Nie byli warci nawet pół eyra.
Przemykał ulicami stolicy Soiru z głową schowaną pod kapturem opończy i jak dotąd nie zwrócił niczyjej uwagi. Tutaj każdy gdzieś się spieszył, gnał od straganu do straganu, by we wszechobecnym tumulcie wytargować najlepszą cenę i jakość towaru. Wszędzie indziej tego, kto skrywał tożsamość, z góry uznawano za szemranego. W Myrku podejrzliwość wzbudzali ci, którzy na pierwszy rzut oka dawali się rozpoznać.
Musiał być ostrożny, szczególnie w tym miejscu. Najprawdopodobniej Anah w pierwszej kolejności udali się właśnie do stolicy, a więc wiadomość o zaginionej córce króla dawno zdążyła się roznieść, może nawet spowszednieć. Ci nawiedzeni durnie pewnie pytali wprost, stwierdził z drwiną. Trudno, żeby matka bękarcicy była na tyle naiwna, by w takich okolicznościach dać się złapać. Trzeba na nią sposobu.
Zatrzymał się obok przypadkowego straganu, udając zainteresowanie bogactwem rodzajów i zapachów przypraw.
- Spokojnie ostatnio w mieście - zagaił.
- Jana taraah. - Handlarka wzruszyła ramionami.
Przybysz wyjrzał spod kaptura, by popatrzeć na całkiem niebrzydką twarz młodej Rhandyjki. Włosy i ramiona miała przykryte cienką bawełnianą chustą o kwiecistych wzorach w różnych odcieniach zieleni. Posłał straganiarce zalotny uśmieszek, ale ta najwyraźniej go nie zauważyła albo celowo zignorowała. Zbiło to mężczyznę z tropu - przywykł do tego, że kobiety z południa są bardziej rozmowne i towarzyskie niż Jordyjki czy nawet Soirki.
- Sune is dhavee mei tu Anah - przeszedł płynnie na rhandyjski.
- Kame Anah - zaklęła i splunęła, co dostatecznie jasno pokazywało stosunek miejscowych do klanu. - Garay dekaa mer, garay...
- Shaade, shaade - próbował ją uspokoić, bo lamentowała coraz głośniej i nerwowo wymachiwała rękami. Niewiele obchodziło go to, co Anah zrobili z jej straganikiem. - Kao mer... Kheya ve kva ve dhen?
- Nahin nada. - Rhandyjka rozłożyła ręce w geście niewiedzy, po czym burknęła pod nosem jeszcze kilka przekleństw.
Nie było sensu drążyć tematu, by nie wzbudzać podejrzeń. Dziewczyna nie miała pojęcia, czy Anah znaleźli to, czego szukali, więc najwyraźniej sprawa obchodziła ją tyle co nic.
Języka najlepiej zasięgnąć w karczmach, jednak to wiązało się z ryzykiem zdemaskowania. Łowca nagród musiał więc uzbroić się w obojętność, jak przystało na profesjonalistę. Co nie oznaczało, że furia nie będzie rozsadzać go od środka.
Zajrzał do pierwszej lepszej oberży - dosyć obskurnej, ale w takich najwięcej się plotkowało o tym i owym. Emblematem przybytku był niezbyt zręcznie wystrugany w drewnie żmij, przypominający raczej łasicę ze spiczastymi zębiskami i wyjątkowo długim ogonem.
Jeszcze zanim łowca trącił uchylone drzwi, dopadł go odór potu, rumu oraz piwa - a raczej jego imitacji, bo z jakościowego trunku Soirczycy bynajmniej nie słynęli. Karczma już z zewnątrz wyglądała na niewielką i rzeczywiście mieściła zaledwie cztery stoły, w tym momencie gęsto oblegane.
Mężczyzna usiadł przy kontuarze. Pozostawił kaptur na głowie, wciąż licząc na zachowanie anonimowości. Trudno jednak, by smukły, szpakowaty karczmarz o jasnej karnacji - najpewniej Jordyjczyk albo mieszaniec - nie zauważył, że przybysz mało dyskretnie chowa twarz.
- Co podać?
- Rum - odparł łowca obniżonym głosem. - Najlepszy, jaki macie.
Przyjrzał się gościom siedzącym przy stołach i z ulgą stwierdził, że nie przyciągnął uwagi żadnego z nich. Dopiero teraz zauważył, że kilku barczystych Soirczyków oddaje się grze w karty. Zacisnął pięści. Wściekał się na myśl, że minione zdarzenia wciąż wyprowadzają go z równowagi.
Karczmarz postawił przed nim wypełnione prawie do połowy szklane naczynie w kształcie pulchnej, wąsatej twarzy. Łowca przyjrzał jej się z dezaprobatą, ale i ciekawością.
- Zaraz, czy to... niech mnie żmij pokąsa! - Szpakowaty klasnął. - Frae Serpent we własnej osobie!
Noż kurwa..., Roy stłumił kolejne przekleństwa. Tyle z cholernej dyskrecji.
Zza pleców zaczęły dochodzić go rechoty i pogwizdywania.
Zaraz się zacznie.
- Co was tu sprowadza? - Oberżysta odsłonił pożółkłe zęby. - Znów na tropie podpalaczy, dziwkarzy i koniokradów?
Jasne, wrzeszcz jeszcze głośniej, miał ochotę syknąć. Nie ręczył za siebie - jeśli dureń powie o jedno słowo za dużo, wyświadczy mu przysługę i jeszcze bardziej uszczupli to marne uzębienie.
- Nie inaczej - odparł z wymuszoną obojętnością, po czym jednym haustem opróżnił wąsate naczynie. - Polejcie jeszcze.
- Nie bądźcie tacy tajemniczy, frae Serpent. - Karczmarz nieznośnie się spoufalał. - Wiem, żeście popytać przyszli, ja już was, tropicieli, znam!
Roy tylko kiwnął głową, by podziękować za dolewkę.
- Czego wam trzeba? Mówcie śmiało!
- Wiecie, czego mi nie trzeba? - Spojrzał na oberżystę spode łba. - Rozgłosu, jasne? Więc bądźcie tak łaskawi zawrzeć gębę.
- Gdzieżbym śmiał rozpowiadać, no co wy!
Roy westchnął i podparł czoło na dłoni. Zdążył zapomnieć, dlaczego tak bardzo ciągnęło go na zachód, do Jordu. Natychmiast sobie przypomniał.
- Ej ty, Serpent! - zawołał w jego stronę któryś z karciarzy. - Może zagramy partyjkę?
- Byle nie twoją kością - rzucił inny, na co wszyscy zarechotali.
- Damy ci fory, nie bój nic!
Łowca nawet się nie odwrócił, tylko zacisnął palce wokół naczynia. Nie myśl o niej, powtarzał sobie raz za razem. Nie myśl.
Wychylił drugą kolejkę i otarł usta rękawem bordowej tuniki. Tym razem nie musiał prosić o dolewkę.
- No to jak, w czym można wam pomóc? - zagaił ponownie karczmarz, wciąż beztrosko wyszczerzony. - Dobrzeście trafili, do mnie ich wielu zachodzi, łachudrów zawszonych. Kogo szukacie?
- To nie takie proste - mruknął Roy, obracając w tę i we w tę wąsatą głowę. - Słyszałem, że mieliście tu na głowie Anah...
- Powsinogi zasrane, tfu! Czyli ich tropicie?
- Niezupełnie... Byli tu u was?
- Ano. - Oberżysta przytaknął nieznacznie. - Kogo jak kogo, ale ich to przegapić się nie da.
- O czym mówili?
- Pytali o jakowąś Tove, wiedźmę. A panoszyli się jak, za przeproszeniem, dziwki przy pańskim stole! - Podrapał się po przerzedzonych włosach na czubku głowy, wyraźnie próbując coś sobie przypomnieć. - Po dobroci wam powiem, żem tę kobitę raz czy dwa widział, jeno z dawien dawna. To i pomóc, nawet jakobym chciał, tym gadzinom żem nie mógł.
- Powiedzieliście im cokolwiek? - Roy pochylił się, by rozmawiać półszeptem.
- Ech, nie trzeba było pary z gęby puszczać. - Gospodarz otarł nerwowo czoło. - Oni... panie, z nożem do mnie... tak do szyi przystawili. - Zaprezentował zaciśniętą dłonią. - A ja żem prosty człek, to i więcej nie wyciągli... Jeno gdzie onegdaj bywała, i tyle.
Łowca zamyślił się na moment, po czym przypomniał sobie o rumie i wypił go tak jak poprzednio - za jednym razem.
- Im to Śmierć z oczu wygląda - ciągnął strwożony karczmarz. - Zarżną jak świnię i ani się obejrzą, tacy oni. Frae Serpent, jak się z nimi rozprawicie...
- Macie może wolną izbę? Coś mi się zdaje, że zostanę na dłużej.
- A znajdzie się, znajdzie! Jeno łoża zgrzytają, a na suficie...
- Jakoś przeżyję. Jeszcze kolejkę, ostatnią.
Frae Serpent rzucił na szynkwas garść eyrów. Oberżysta spojrzał z ukosa w prawo i pospiesznie zebrał drobniaki, bo obok Roya usiadło dwóch szerokich Soirczyków - jeden nalany i wąsaty, z kudłatymi bokobrodami, a drugi roślejszy, z rozległym tatuażem na łysej głowie i kilkudniowym zarostem. Łowca nawet nie musiał się obracać, by natychmiast poczuć unoszący się w powietrzu odór potu wymieszany z pogardą.
- My wciąż czekamy, Serpent. Same chłopy, ani jednej dziewki.
- Tylko partyjka, bez dupczenia! - odezwał się łysy piskliwym głosem. - Chyba że nie uznajesz jednego bez drugiego?
- Głuchy jesteś?! - Wąsacz nie wytrzymał i trącił Roya w ramię.
Frae Serpent odchylił się tak, że o mało nie spadł ze stołka. Kiedy bydlaki zaczęły się śmiać, łowca oparł nogę o bok szynkwasu i odepchnął się w ich stronę, wysuwając zza pasa sztylet. Ostrze zatrzymało się tuż przy podwójnym podbródku wąsacza, podejrzanie przypominającego wizerunek na szklanym naczyniu.
- Mówiłeś coś, kmiocie?
Bydlak rozdziawił gębę, łysemu również zrzedła mina. Karczmarz tymczasem zdążył wycofać się na zaplecze.
- Masz coś na sumieniu, tłusta bryjo? - Łowca musiał się wyżyć po tak długim zachowywaniu cierpliwości. - Żeby jeszcze ktoś płacił za takich jak ty. - Splunął mu na buty. - No i czego się gapisz? Wydupczyć cię jak tanią dziwkę?
Bydlak jęknął i zerknął na kompana w poszukiwaniu ratunku. Roy skinął głową w stronę łysego, na co ten zerwał się i odciągnął wąsacza z powrotem do stołu.
Frae Serpent uważnie obserwował, jak obaj wraz z towarzyszami dopijają piwopodobne szczyny, zbierają pospiesznie karty i kierują się do wyjścia. Dopiero gdy zniknęli mu z oczu, schował sztylet do pochwy.
Karczmarz zjawił się po dłuższej chwili i drżącą ręką położył przed łowcą klucz.
- Druga od lewej - bąknął, wskazując schody prowadzące na piętro.
Roy kiwnął głową na znak podziękowania. Dopił duszkiem rum, odetchnął ciężko, zabrał klucz i udał się do wskazanej izby. Tym razem poszło gładko, przyznał bez poczucia ulgi. Doskonale wiedział, że to dopiero przedsmak Myrku.
Długo nie mógł pogrążyć się we śnie. Leżał na plecach z rękami pod poduszką, wdychał stęchłe powietrze i obserwował pająka wijącego sieć w rogu sufitu. Światło księżyca wdzierało się do izby wąskim strumieniem spomiędzy zawilgotniałych skórzanych zasłon, które luźno opadały na niewielkie drewniane okno.
Po raz kolejny Roy wspominał minione wydarzenia. Nie myślał jednak o upokorzeniu, które jeszcze długo miało się za nim ciągnąć. Przywołał raczej w pamięci dreszcz emocji towarzyszący rozgrywce i... tak, tamta noc również często do niego wracała. Choć oboje upili się jak świnie, wspomnienie było wyraźne, zbyt namacalne. Zamierzał ją osłabić, i poniekąd mu się udało. Łapał się na tym, że chciałby powtórzyć to, co między nimi zaszło. Ponownie poczuć jej oddech na policzku, być w niej dłużej, bardziej, bez zahamowań.
Miał w życiu wiele kobiet, w tym całe mnóstwo dziwek cieszących się renomą. Ale żadna z nich nie rozpaliła go tak bardzo jak Karciana Królowa.
W końcu zasnął, śnił o czymś, czego po przebudzeniu nie pamiętał. Zerwał się wczesnym rankiem, gdyż zamierzał dotrzeć do przedmieść, zanim Myrk zapełni się tłumami. Wieść o przybyciu frae Serpenta do stolicy pewnie już się rozniosła, musiał więc działać jeszcze dyskretniej.
Co ja gadam, przypomniał sobie. Słynny łowca nagród zawsze i wszędzie zostanie rozpoznany.
Mimo głębokiego rozczarowania karczmarza Roy zrezygnował ze śniadania, nigdy bowiem nie jadał tak wcześnie. Czuł jeszcze w żołądku ryż z jagnięciną i fasolą zanurzony w słodkim sosie - danie, którym gospodarz uraczył go minionego wieczoru, po powrocie frae Serpenta z rekonesansu. Od miejscowych dowiedział się niewiele ponad to, co usłyszał od rhandyjskiej handlarki i jordyjskiego oberżysty - jak wiele by dali za to, żeby w końcu ktoś zrobił porządek z Anah. Chętnie udzielali informacji na wieść o tym, że Roy rzekomo dostał zlecenie na grupę zamaskowanych wojowników oskarżanych o rozboje, przemoc i szerzenie postrachu. W ten sposób łowca mógł dyskretnie pytać o Tove, na razie jednak nie przyniosło mu to szczególnie zadowalających rezultatów.
Według relacji Myrkijczyków kochanka króla z dnia na dzień rozpłynęła się w powietrzu.
Roy zdobył informacje, gdzie dokładnie oberżysta ją widywał. Odkrył również, że gdy mężczyzna mówił o "wiedźmie", chodziło tak naprawdę o zielarkę - tyle że podejrzewaną o magiczne zdolności, nie tylko uzdrowicielskie. Frae Serpent nie wierzył w podobne farmazony, ale nie wykluczał, że ten trop wkrótce mu się przyda.
Tove podobno mieszkała na północno-wschodnich przedmieściach, gdzieś wśród tych wszystkich obdartusów i dziwaków, dla których nie było miejsca przy głównych traktach. Oberżysta nie omieszkał przypomnieć Royowi, że to tam niejaki Trudy Sirkus wypatrzył szansę na spory zysk i założył wędrowny teatr zwany cyrkiem. Okazało się, że wielu ludzi świetnie się bawi na występach bezrękich albo beznogich kalek, bezpłciowych dvergów, wynaturzonych półskelfii czy innych, równie odrażających, zdaniem karczmarza, osobliwości.
Zatrwożony mężczyzna ostrzegł Roya jeszcze przed czymś - a raczej kimś. O nim również frae Serpent wielokrotnie słyszał i dziwił się, że jeszcze nie dostał zlecenia na owego osobnika. Musiał być pożyteczny, skoro nikt nie chciał go zlikwidować. Zwłaszcza że Maelchos zdawał się nieszczególnie kryć ze swoimi upodobaniami do badań nad ludźmi i zwierzętami. Dysponował potężną wiedzą, to akurat było godne podziwu, jednak nie zawsze wykorzystywał ją we właściwym celu. Gdyby miał zadatki na dobroczyńcę, mógłby przywracać miejscowe dziwadła do normalności - podobno bez większego trudu przyszywał oderwane kończyny, może nawet równie dobrze radził sobie z przyrodzeniami. Tymczasem cyrk Trudy'ego Sirkusa słynął z ludzko-zwierzęcych mieszańców będących w sporej mierze "dziełami" Maelchosa.
Sam o sobie mówił, że jest cyrulikiem. Co odważniejsi albo niezrażeni złą sławą mistrza Soirczycy korzystali z jego usług. Jedni twierdzili, że zdołał wyleczyć ich po zażyciu śmiertelnej trucizny, inni - że przywracał łysym włosy, a jeszcze ktoś pokazywał zdrową nogę wcześniej pochłoniętą przez martwicę. Podatki pewnie płacił, może nawet lokalna arystokracja miała wobec niego długi wdzięczności. To by tłumaczyło, czemu wciąż pozostawał nietykalny.
Frae Serpent zaczął rozważać wizytę w szemranych progach Maelchosa. Szczerze wątpił, by Anah się nim zainteresowali. A nawet jeśli, cyrulik zapewne pokazał im mały palec, co wśród Soirczyków było mniej więcej równoznaczne z powiedzeniem komuś, żeby spierdalał.
Po raz nie wiedzieć który Roy grzecznie odmówił karczmarzowi propozycji śniadania i ruszył w kierunku najbardziej zniesławionej dzielnicy Myrku. Prosto w paszczę węża.
Na głównym trakcie zgodnie z oczekiwaniami nie spotkał prawie nikogo. Pierwsi handlarze dopiero zabierali się za rozkładanie towarów. Łowca nie dał się jednak zwieść - nauczony doświadczeniem z poprzedniego dnia, nie tylko nasunął na głowę kaptur, ale również zasłonił usta i nos bordową chustą obwiązaną wokół szyi.
Zaczął żałować, że zostawił konia we Frosku. Tyle kosztowało go tanie zagranie, które po prawdzie nie dało mu satysfakcji, bo nie zobaczył reakcji karciarki. Pewnie się wściekła, domyślił się i uśmiechnął. Chciałby ją taką widzieć.
Dzień był wyjątkowo ciepły, zbyt ciepły jak na późne lato. Wprawdzie w Soirze nie zdarzały się surowe zimy, jednak o tej porze roku zwykle robiło się chłodno. Tymczasem Roy niezmiennie nosił lnianą opończę i chustę, zupełnie jak w upalne dni.
Myrk stopniowo zaczął się zmieniać z dostatniego, barwnego miasta w śmierdzące brudem i odchodami skupisko prowizorycznych namiotów oraz chałup skleconych z przypadkowych materiałów. Dzieci biegały tu boso - na buty mogłyby zapracować w centrum, gdyby już w nastoletnim wieku nie dorobiły się wielu gąb do wykarmienia, które czekała ta sama przyszłość, i tak w kółko. Frae Serpent nigdy nie zamierzał zostać ojcem. A szczególnie jako przedstawiciel sławetnego rodu bankrutów.
Musiał zasięgnąć języka, w końcu po to tu przyszedł. Ale długo się wzbraniał, obawiając się bezpośredniego kontaktu z kimś, kto jeśli nie miał wszy, z pewnością zarażał gorączką, wysypką albo cholera wie, czym jeszcze.
Zatrzymał się przy jednym z chybotliwych drewnianych domków. Śniady, drobnej postury starzec o siwej, niemal białej brodzie sięgającej klatki piersiowej rozwieszał na sznurze mokre ubrania. Z pewnością wyprał je w pobliskiej rzece, która - jak kojarzył Roy - była raczej mulistym strumykiem niż wodą zdatną do użytku.
- Przepraszam. - Frae Serpent zsunął z twarzy chustę. - Można na słówko?
Mężczyzna powoli się odwrócił. Przyjrzał się przybyszowi ze zmrużonymi oczami, jak gdyby słabo widział albo próbował dostrzec w Royu kogoś znajomego.
- Name kaar. - Skłonił się, przytrzymując owiniętą wokół głowy chustę o żółtopomarańczowej barwie owocu kakui. - Czy ja was skądś kojarzę? - spytał, tym razem po jordyjsku.
- Nie sądzę - mruknął Roy, dusząc w sobie przekleństwo. - Powiedzcie mi... byli tu ostatnio Anah? Ci w maskach. - Przejechał ręką po połowie twarzy, gdy dostrzegł, że starzec nie bardzo rozumie albo po prostu słabo słyszy.
- Aaa... - olśniło go. - Kame ghat - zaklął i zmarszczył gęste, posiwiałe brwi.
- Tak się składa, że ścigam tych drani. Zrobili wam jaką krzywdę?
Mężczyzna chwilę się zastanowił, jakby odpowiedź wymagała głębszej refleksji, po czym pokręcił głową.
- Całe szczęście - rzucił frae Serpent, choć po prawdzie gówno go to obchodziło. - Powiedzcie mi jeszcze taką rzecz. Doszły mnie słuchy - mówił powoli, by starzec nadążył - że szukali niejakiej Tove...
Na dźwięk imienia mężczyzna rozwarł szeroko oczy.
- Gaara Tove - mruknął i pociągnął nosem. - Tyle nieszczęścia, tyle...
- Nie widzieliście jej ostatnio?
- Nahin. - Starzec spochmurniał jeszcze bardziej. - Jej chata długo już pusta stoi.
- Daleko stąd mieszkała?
Mężczyzna pokierował Roya na wprost i wyjaśnił, w które odnogi trzeba skręcić.
- Przy rzece, zaraz przy rzece - dodał na koniec i westchnął smutno. - Taka niedola, taka straszna...
- Czemu wciąż to powtarzacie? Co takiego jej się przytrafiło?
- Nahin kaare - odparł starzec, po czym wrócił do rozwieszania mokrych ubrań, lamentując pod nosem.
Łowcy musiała wystarczyć odpowiedź, że nic dobrego. I tak był wdzięczny za uzyskanie cennych informacji.
Nie minęło wiele czasu, nim dotarł we wskazane miejsce. W odnalezieniu drogi pomogła mu narastająca woń mętnej wody. Na szczęście nikt nie zbliżył się do niego na odległość mniejszą niż stenkast. Ani grupka dzieci zajęta układaniem kopczyków z kamieni, ani kobiety zamiatające przed domostwami czy gotujące posiłki na paleniskach nie zwróciły uwagi na łowcę. Z kolei wszechobecne w Soirze koty, jak to koty, chadzały własnymi ścieżkami.
Natychmiast rozpoznał poszukiwaną chałupę, gdyż zdecydowanie wyróżniała się na tle innych. Choć niewielka, została starannie wybudowana z równo przyciętych desek. Trzcinowe poszycie dachu również wykonano całkiem solidnie.
Łowca zastał lekko uchylone drzwi, więc nie zawahał się zajrzeć do środka. Zawiasy zaskrzypiały przeciągle, po czym rozległ się hałas tłuczonego szkła i donośne odgłosy kroków. Roy się domyślił, że pewnie ktoś z miejscowych nie pierwszy raz tu szpera.
Wszedł powoli, trzymając prawą dłoń przy rękojeści sztyletu. Skromne wnętrze, pewnie niegdyś schludne, teraz było kompletnie zdewastowane. Po podłodze walały się potłuczone naczynia, poniszczone książki i wyrwane z nich kartki, części kobiecej garderoby, a także zgniłe resztki jedzenia. Jakiś gęsty płyn zmierzał ciurkiem w kierunku stóp frae Serpenta. Łowca ominął go i choć próbował stąpać jak najciszej, każdy ruch zdradzały skrzypiące w podłożu deski.
W sąsiedniej izbie znów coś się poruszyło. Dłoń niemal samoistnie zacisnęła się na rękojeści i wysunęła nieco ostrze. Roya doszedł zapach ziół, których lokatorka najwyraźniej nie zabrała ze sobą w ferworze ucieczki. Wyglądało na to, że ktoś postanowił je sobie przywłaszczyć.
Skradanie się nie miało sensu, jednak pośpiech, tak czy inaczej, nie był wskazany. Frae Serpent szedł wzdłuż ściany, prawie nie mrugał, gotowy na konfrontację. Cisza stawała się coraz bardziej niepokojąca, co mogło zwiastować nagły atak.
Zatrzymał się tuż przy framudze. Zrobił głęboki wdech i wyskoczył przed siebie, by skierować ostrze w stronę potencjalnego wroga. Jego oczom ukazało się mniejsze pomieszczenie. Zdążył przelotnie zobaczyć pozostawioną w nieładzie pościel na łożu oraz przetrzebione półki pełne zwojów, ksiąg, szklanych naczyń i pewnie czegoś jeszcze. Nie zdołał jednak zapamiętać szczegółów, bo zaczął się wpatrywać w postać opartą o blat stołu. Zamarł na moment, po czym opuścił sztylet, nie mogąc oderwać wzroku od jaskrawozielonych, pełnych wigoru oczu.
Właściwie nie wiedział, kogo się spodziewał, ale z pewnością nie kogoś takiego. Ledwie zarysowane pod luźną tuniką piersi i szerokie biodra świadczyły o tym, że miał do czynienia z płcią niewieścią, lecz po twarzy nie dało się tego łatwo osądzić. Włosy nieznajomej były ostrzyżone całkiem na krótko, być może odrastały po zgoleniu głowy na łyso. Od czoła przez nos po same usta przebiegał wąski tatuaż, cienkimi zawijasami okalał brwi oraz górną wargę. Po drobnych zmarszczkach dało się oszacować, że kobieta przekroczyła czterdziesty rok życia. Jednak tym, co najbardziej niepokoiło i rzucało się w oczy, były pojedyncze szwy na policzkach, biegnące od kącików ust niemal po uszy.
Roy frae Serpent, który twierdził, że niczego się nie boi, właśnie cholernie się wystraszył.
- Co tu robicie? - rzucił. Nic innego nie przyszło mu do głowy.
- Mogłabym spytać o to samo - odparła kobieta niskim, dźwięcznym głosem i skrzyżowała ręce.
- Nieładnie to tak kraść cudze mienie. - Uśmiechnął się łajdacko, usiłując grać pewnego siebie. - Bo nie sądzę, żeby właścicielka domu was przysłała.
- A wy kto, koroner? - Łypnęła na niego kpiąco.
- Blisko. Proszę wybaczyć, ale przeszkadzacie mi w pracy.
- A więc śledczy. Za czym tu węszycie?
- Nie twój... nie wasz interes.
- A co, jeśli jednak mój?
Odepchnęła się od stołu. Roy natychmiast zrobił krok w tył i skierował ku niej sztylet. Kobieta zaśmiała się ironicznie.
- Nie bój nic, piesku, nie gryzę. Przynajmniej nie ja.
Usłyszał za sobą skrzypienie podłogi. Nie zdążył się odwrócić, gdy ktoś zerwał mu z głowy kaptur i przydusił go jego własną chustą. Próbował się wyrwać, jednak napastnik był zbyt wysoki i silny.
Zobaczył jeszcze triumfalny uśmiech nieznajomej, nim stracił przytomność.