Wstęp
"Nie pozwól, by twoja przeszłość pozbawiła cię przyszłości".
o. Andrij Zelinski, kapelan ukraińskiej piechoty morskiej
(parafraza mądrości ludowej)
Dlaczego jeszcze jedna historia Ukrainy?
Książkowe syntezy historii Ukrainy pojawiają się niemal co roku, jedna
za drugą. Przy takim nasyceniu rynku czytelniczego autor każdej nowej
książki powinien mieć poważny powód do jej napisania.
Pierwszy powód jest najbardziej oczywisty, chociaż mało kto się do niego
przyznaje. To chęć dokarmienia własnego ego - napisania historii, która
będzie lepsza od wszystkich poprzednich i dzięki której autor doczeka
się pochwał za życia i wzmianek po śmierci.
Ta przyczyna jest tak uniwersalna jak grzech pierworodny. Jeśli jednak
jest to przyczyna główna albo wręcz jedyna, nie warto nawet zaczynać
pracy: i tak za rok czy za dwa lata znajdzie się ktoś, kto napisze
lepiej.
Głównym powodem powinno być coś innego: potrzeba napisania takiej
historii, która odpowiada nowym warunkom, daje czytelnikom szansę, aby
lepiej zrozumieć to, co się z nimi dzieje, pomaga im znaleźć drogę do
samych siebie.
Najlepiej i najbardziej lakonicznie ujął to Oscar Wilde: "Jedyny
obowiązek, jaki mamy wobec historii, to opowiadać ją na nowo". Problem z krótkimi sformułowaniami polega na tym, że wymagają one długich
wyjaśnień. Spróbujmy wytłumaczyć słowa Wilde'a na przykładach.
Historia to nauka. Tak jak każda nauka - nie tylko odsłania ona i gromadzi nowe fakty, ale też proponuje nowy sposób myślenia o nich. Na
przykład każdego dnia widzimy, jak słońce wschodzi i zachodzi. Prowadzi
to do oczywistego, chociaż błędnego wniosku, że Słońce krąży wokół
Ziemi. Na tym wniosku zbudowana była teoria geocentryczna Klaudiusza
Ptolemeusza (87-165). Za pomocą bardzo skomplikowanych schematów
pozwalała ona dość dokładnie opisywać ruch planet i przewidywać ich
miejsce na nocnym niebie.
Jednak z czasem te przewidywania stawały się coraz mniej dokładne.
Chodziło już nie o pojedyncze błędy, tylko o kryzys systemu. Rozwiązanie
zaproponował w 1543 roku Mikołaj Kopernik. Jego teoria była
nieoczywista, ale prawdziwa: to nie Słońce krąży wokół Ziemi, lecz
Ziemia wokół Słońca. Nowa teoria heliocentryczna oznaczała rewolucję
naukową w rozumieniu systemu słonecznego.
Taki sposób myślenia o świecie nosi nazwę paradygmatu. Rozwój nauki
polega przede wszystkim na zmianie paradygmatu. Nasza wiedza o systemie
słonecznym przeżyła zmianę od paradygmatu Ptolemeusza do paradygmatu
Kopernika. Ci, którzy pamiętają ze szkoły fizykę, przypomną sobie
zapewne paradygmat Izaaka Newtona i przejście do paradygmatu Alberta
Einsteina. Trzeba tu podkreślić, że stare paradygmaty niekoniecznie
muszą być błędne. Mogą one działać w granicach pewnego doświadczenia.
Newton wciąż ma rację, kiedy za pomocą jego praw chcemy opisać ruch ciał
na naszej planecie. Jego system jednak przestaje działać, gdy próbujemy
opisać ruch światła w kosmosie na odległości mierzone w latach
świetlnych, z którymi ma do czynienia nie fizyka, tylko astrofizyka.
Teraz przejdziemy do historiografii jako takiej i do historii Ukrainy w szczególności. One także przeżyły zmianę paradygmatów. Oto przykład:
kiedy pod koniec XVIII wieku jedno z największych niemieckich wydawnictw
w Halle rozpoczęło wydawanie serii Szkice Historii Powszechnej, to
włączyło do niej tom o historii Ukrainy. Napisał go austriacki historyk
Johann Christian von Engel (1770-1814). Książka ukazała się w 1796 roku
i składała się z dwóch tomów: pierwszy był poświęcony historii Księstwa
Halicko-Wołyńskiego, drugi - historii ukraińskich Kozaków. Kilkadziesiąt
lat później w innym niemieckim mieście Gotha rozpoczął się podobny
projekt tworzenia historii powszechnej. Trwał on aż do pierwszej wojny
światowej. Jednakże przez cały długi czas trwania tego projektu nikomu
nie przyszło do głowy, by włączyć doń historię Ukrainy, bo pomiędzy
pierwszym a drugim projektem nastąpiła w historiografii zmiana
paradygmatu.
Zmianę tę spowodował Georg Wilhelm Friedrich Hegel (1770-1831),
najbardziej wpływowy filozof tamtej epoki. Hegel uważał, że w historii
można mówić tylko o tych narodach, które wniosły wkład w cywilizację
światową. Kryterium ucywilizowania to posiadanie własnego państwa,
ponieważ zdaniem Hegla "państwo to ruch Boga w świecie". Z tej racji, że
Ukraińcy w tamtym okresie nie mieli własnego państwa, nie zasługiwali
więc na osobne miejsce w historii. Podobnie zresztą jak większość
narodów słowiańskich.
W naukach historycznych ten heglowski paradygmat sformułował niemiecki
historyk Leopold von Ranke (1795-1886). Nalegał on na to, by główną
jednostką opisu historycznego było państwo narodowe. Od XIX wieku
paradygmat narodowy staje się głównym paradygmatem nauk historycznych.
Nawet rosyjscy historycy, pisząc historię imperium rosyjskiego, pisali
ją jako historię narodu rosyjskiego. Miejsca dla innych narodów,
nierosyjskich, być tam nie mogło. Ukraińcy, jeśli nawet pojawiali się w tej historii, to tylko jako część trójjedynego narodu "ruskiego"
("Wielkorusów", "Małorusów" i "Białorusów").
Rzecz jasna ukraińskich historyków nie urządzała taka wersja
przeszłości. Najpełniejszą odpowiedź na imperialny opis historii dał
Mychajło Hruszewski w swojej wielotomowej ISTORIJI UKRAJINY-RUSI
[Historia Ukrainy-Rusi]. Ale dla zmiany paradygmatu ważniejszy niż ta
wielotomowa historia był jego niezbyt długi artykuł "Zwykły schemat
ruskiej historii i sprawa racjonalnego układu historii Słowian
wschodnich" (1904). Hruszewski pokazał w nim, że historia wschodnich
Słowian nie ma sensu, jeśli sprowadzi się ją tylko do historii
rosyjskiej, pomijając przy tym historię Ukraińców i Białorusinów.
Hruszewski szedł o krok dalej. Zrównywał naród nie z państwem, lecz z ludem. Lud, jak uważał, to "alfa i omega historii". W związku z tym
historia Ukrainy była nie tylko historią ukraińskiego państwa, które raz
się pojawiało, raz znikało, lecz przede wszystkim historią Ukraińców,
którzy byli zawsze i nigdy nie znikali. Ukraińcy byli prawdziwymi
twórcami ukraińskiej historii.
Prace historyczne Hruszewskiego stały się swego rodzaju przewrotem
kopernikańskim w pisaniu o Europie Wschodniej. I odpowiedzią na te błędy
systemowe, które coraz mocniej nawarstwiały się w starym paradygmacie
Hegla. Do tych "błędów" należało pojawienie się i wzrastanie w siłę
ruchów narodowych wśród narodów niepaństwowych, które chciały się stać
narodami państwowymi i mieć własny wkład w historię powszechną - Żydów,
Gruzinów, Ukraińców, Finów, Chorwatów, Czechów i innych. Większość z nich mieszkała w Europie Wschodniej. Pierwsza wojna światowa i upadek
starych imperiów - austro-węgierskiego, niemieckiego, osmańskiego i rosyjskiego - otworzyły przed nimi szansę pełnoprawnego wejścia do
światowej cywilizacji i historii. Ich przywódcy zabrali się do tworzenia
państw narodowych dla swoich narodów. Sam Hruszewski w 1917 roku stanął
na czele nowo powstałej Ukraińskiej Republiki Ludowej.
Ukraiński ruch narodowy zaznał jednak w latach 1917-1920 katastrofalnej
porażki. Jej powody znajdowały się wśród głównych tematów ukraińskich
dyskusji w okresie międzywojennym. Jako jedną z przyczyn wskazywano
właśnie Hruszewskiego i jego schemat historii. Ukraiński lud niemal w 90
procentach składał się z chłopów, a chłopi okazali się bardzo niepewną
bazą dla państwa narodowego. To wspierali je, to odwracali się do niego
plecami. Poza tym aby normalnie funkcjonować, państwo potrzebowało
dyplomatów, prawników, przedsiębiorców, bankierów, oficerów itd. - a słabo wykształcone chłopstwo nie mogło ich zapewnić. Dlatego w międzywojennej ukraińskiej nauce historycznej szkołę "narodnicką",
skupioną na ludzie, zastępuje "szkoła państwowościowa" ("derżawnicka").
Nowa szkoła akcentowała znaczenie nie ludu, tylko elit dla osiągnięcia
sukcesu w tworzeniu ukraińskiego państwa. Historykom państwowcom
chodziło w szczególności o te elity, które nie miały etnicznie
ukraińskiego pochodzenia albo też zasymilowały się z kulturą obcą, ale
przyczyniały się do budowania ukraińskiego państwa (tak jak to było w przypadku hetmana Pawła Skoropadskiego, przywódcy konserwatywnego
Ukraińskiego Państwa - Hetmanatu w 1918 roku). Oznaczało to zmianę
obiektu badań. Od tej chwili historia Ukrainy rozszerzała się od
etnicznej historii Ukraińców do historii ukraińskich ziem, włączającej
nieukraińskie etnicznie grupy i elity, które je zamieszkiwały.
Mimo różnic między narodnikami a państwowcami obie szkoły łączył wspólny
paradygmat narodowy, tylko akcenty były rozłożone inaczej: jedni
podkreślali "lud", drudzy - "elity", jedni - etniczne, drudzy -
polityczne rozumienie narodu ukraińskiego. Dyskusje te trwały też w międzywojniu wśród ukraińskich historyków mieszkających poza ZSRR, tam
gdzie swobodna wymiana myśli była jeszcze możliwa - na ziemiach
zachodnioukraińskich i na europejskiej emigracji. Po drugiej wojnie
światowej władze radzieckie przejęły całkowitą kontrolę nad wszystkimi
ziemiami ukraińskimi i położyły kres wszelkim dyskusjom. Większość
ukraińskich historyków NOLENS VOLENS przyjęła radziecką wersję historii.
Formalnie był to schemat marksistowski. U jego podstaw leżała idea
Karola Marksa o kluczowym znaczeniu pobudek ekonomicznych i walce klas
jako sile napędowej historii. W istocie zaś był to schemat
pseudomarksistowski, bo w głównych zarysach przypominał stary schemat
imperialny. Z jedną wszakże istotną różnicą: nie zaprzeczano w nim
istnienia Ukraińców. Ale w radzieckim paradygmacie Ukraińcy mieli prawo
bytu jako naród wyłącznie etniczny, nie polityczny. Mogli śpiewać swoje
pieśni i tańczyć swoje tańce, rozmawiać w domu po ukraińsku - wszystko
to robiło z nich swego rodzaju eksponat w skansenie. Teoretycznie
zarówno oni, jak i inne narody ZSRR mieli nawet prawo do samookreślenia
narodowego, czyli politycznego. W praktyce zaś Ukraińców, którzy
przypominali o tym prawie, oskarżano o burżuazyjny nacjonalizm i poddawano represjom. W ZSRR miała powstać nowa wspólnota historyczna o nazwie "naród radziecki", a Ukraińcy wraz z Białorusinami i Rosjanami
mieli stanowić jego jądro. Taka wizja przyszłości była przykładana do
przeszłości. Praobrazem "narodu radzieckiego" była "wspólnota
staroruska", która miała istnieć już w czasach Rusi Kijowskiej. Po
upadku Rusi losy tych narodów rozeszły się, aż do chwili, gdy na nowo
zjednoczyły się one po powstaniu Chmielnickiego w 1648 roku. A szczytowym punktem ich wspólnej historii była komunistyczna "wielka
rewolucja październikowa" 1917 roku, która na wieki połączyła je w jednym wielkim sojuszu. Według tego schematu wyglądało to tak, jakby
Ukraińcy pojawili się na świecie wyłącznie po to, by połączyć się z Rosjanami i wspólnie budować komunizm.
Pisanie narodowej historii Ukrainy kontynuowali tylko historycy z ukraińskiej diaspory w Ameryce Północnej i w zachodniej Europie. Ale ich
głos był cichy, niemal niesłyszalny. Na Zachodzie panował stary,
rosjocentryczny model przeszłości Europy Wschodniej. Jak ironizował
Norman Davies, "Przez wiele lat przedstawiano ich [Ukraińców] światu
jako "Rosjan" lub "Sowietów" tam, gdzie mieli sobie zasłużyć na
pochwałę, a jako "Ukraińców" jedynie wtedy, gdy robili coś złego".1 W takich okolicznościach postać ukraińskiego historyka przywodziła na myśl
bohatera piosenki The Beatles NOWHERE MAN, który "siedzi na niczyjej
ziemi/ Snując swoje plany znikąd dla nikogo" [Sitting in his nowhere
land/ Making all his nowhere plans for nobody]. Odpowiednio, Ukraina
była NOWHERE NATION - narodem znikąd.
Tak czy inaczej, w powojennych dziesięcioleciach ukraińska historia jako
pełnowartościowy przedmiot nauk historycznych niemal przestała istnieć.
Ci, którzy się nią zajmowali, z definicji byli ukraińskimi
nacjonalistami. Na komunistycznym Wschodzie kneblowano im usta, na
kapitalistycznym Zachodzie ich lekceważono. Rozpad ZSRR i pojawienie się
w 1991 roku niepodległej Ukrainy pokazały jednak, że to oni mieli rację:
naród ukraiński istnieje i ma własną historię. Dla wielu zachodnich
historyków Ukraina stała się "nieoczekiwanym narodem". Radykalnie
podważyło to wiarygodność zachodnich nauk historycznych: cóż to za
nauka, dla której pojawienie się wielkiego, aż czterdziestomilionowego
narodu stało się zaskoczeniem?
Ale zwycięstwa łatwo mogą przemienić się w porażki. Marzenia o niezależnym, zamożnym i cywilizowanym kraju się nie ziściły. Ukraina
wciąż zajmuje pierwsze miejsca w światowych rankingach produkcji stali,
odsetka gruntów ornych, eksportu produktów rolnych; Ukraińcy to jeden z najlepiej wykształconych narodów na świecie. Kiedy jednak zaczynamy
mówić o wysokości pensji, średniej długości życia i innych ważnych
wskaźnikach, Ukraina trafia do dolnej części tych rankingów. Ukraina to
bogaty kraj biednych ludzi. Jej produkt krajowy brutto na osobę jest
dwu- czy trzykrotnie niższy niż PKB jej sąsiadów, byłych krajów
komunistycznych - Białorusi, Polski, Rosji, Rumunii, Słowacji, Węgier, a ośmio-, dziesięciokrotnie niższy niż najbardziej rozwiniętych krajów
świata.
Jeśli przykład Ukrainy 1991 roku udowodnił aktualność paradygmatu
narodowego, to doświadczenia Ukrainy 2021 roku przeciwnie - podnoszą
pytanie o jego efektywność: państwo narodowe nie przelicza się na
narodowy sukces. Podobnie jak sto lat temu Ukraińcy znów dyskutują o przyczynach swoich porażek.
W języku naukowym te problemy noszą nazwę problemów krajów rozwijających
się. Na pozór Ukraińcy i inni mieszkańcy Ukrainy niezbyt albo wręcz
wcale nie różnią się od ludności bogatszych krajów. Tak samo się
ubierają, oglądają te same filmy, używają samochodów i smartfonów tych
samych marek. Ale pod względem głębszych, słabiej widocznych cech jednak
się różnią, i to czasem znacząco. Chodzi o takie kwestie jak poziom
zaufania społecznego, klimat moralny itp. Są one niewidoczne jak
powietrze, ale też - jak powietrze - wpływają na życie kraju. Wszystkie
te cechy ukształtowały się z biegiem historii. Z tego powodu każda
podejmowana przez takie kraje próba, by zmienić swój stan, jest skazana
na niepowodzenie, jeśli nie weźmie pod uwagę ich przeszłości. Historia
jest jak niewidzialna siła grawitacji: nie pozwala takim krajom pokonać
ciężaru przeszłości i powstrzymuje ich rozwój.
Tę zależność między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością
najlepiej ujął Dmitrij Furman, jeden z najbardziej błyskotliwych
współczesnych historyków, a także przyjaciel Ukrainy i Ukraińców:
Przeszłość żyje z nami, nasze życie, nasze uczucia i myśli w niemałym
stopniu wyrastają z wydarzeń nie tylko niedawnych, ale także tych sprzed
tysiąclecia. I działa tu jedna "zasada". Im mniej wiemy o tym wpływie
przeszłości, im mniej chcemy się z nim pogodzić, tym bardziej od niego
zależymy, tym bardziej na oślep poruszamy się po przetartym szlaku. I przeciwnie - im lepiej rozumiemy naszą zależność od przeszłości, tym
lepiej widzimy, która droga jest przetarta, tym bardziej jesteśmy panami
własnego losu, którzy spokojnie patrzą w przyszłość.
Historia Ukrainy, którą trzymacie w rękach, napisana została w takim
właśnie celu: próbuje ona wyjaśnić, czy (i jak) można wyrwać się z przeszłości. Pisana była przede wszystkim dla młodych, którzy urodzili
się po upadku komunizmu, osiągnęli dojrzałość w ciągu ostatnich
dziesięciu-piętnastu lat i w ciągu najbliższych dziesięciu-piętnastu lat
będą sprawować władzę w Ukrainie. Dla narodowych liderów poprzednich
pokoleń wyzwaniem było zdobycie i utrzymanie ukraińskiej niepodległości.
Dla nowego pokolenia to wyzwanie już nie istnieje: niepodległa Ukraina
jest dla nich codziennością. Stojące przed nimi wyzwanie jest inne:
przemienić Ukrainę z najbiedniejszego kraju Europy w kraj o dobrym
standardzie życia - jeśli nie takim jak w Europie Zachodniej czy Ameryce
Północnej, to przynajmniej jak w sąsiedniej Polsce, Litwie czy Rumunii.
Od razu warto podkreślić: czytelnicy tej książki nie uzyskają
jednoznacznych odpowiedzi. Od czasów starożytnych historia uważana jest
za nauczycielkę życia. Niestety jest to sformułowanie piękne, ale
pozbawione podstaw. Jak pisał Hegel i jak śpiewa Sting, historia niczego
nas nie uczy. Bo żeby historia mogła czegoś nauczyć, trzeba, żeby
przeszłość uległa powtórzeniu. W historii, podobnie jak w naturze,
działa drugie prawo termodynamiki - porusza się ona tylko w jednym
kierunku; niemożliwe jest powtórzenie jednego i tego samego wydarzenia
historycznego. Dlatego historia z definicji nie może być nauczycielką.
Przypomina raczej suflera teatralnego, który podpowiada aktorom ich
role.
Alexander Gerschenkron - historyk gospodarki, który najlepiej opisał
uwarunkowania historyczne zacofania gospodarczego - uważał, że maksimum
tego, co może dać poznanie historii, "to wyciągnięcie z wielkiego
magazynu przeszłości szeregu sensownych pytań, które dotyczą
współczesnego materiału".
Wkład historyka - pisał - polega na zidentyfikowaniu czynników
potencjalnie relewantnych oraz potencjalnie znaczących kombinacji tych
czynników, które niełatwo byłoby uzyskać w ograniczonej sferze
doświadczenia. Ale to tylko pytania. Odpowiedzi to zupełnie inna
kwestia. Ani przeszłe, nawet jeśli bogate, doświadczenie, ani
historyczne, nawet jeśli doskonałe, badania nie mogą uwolnić
dzisiejszego pokolenia od kreatywnego zadania odnalezienia własnych
odpowiedzi i określenia swojej własnej przyszłości.
To właśnie jest ambicją tej książki: zadać przeszłości pytania, na które
odpowiedzi pomogą nam lepiej zrozumieć, gdzie jesteśmy i dokąd możemy
podążać dalej.
Jak pisać historię Ukrainy?
Nie ma jednego przepisu na opowiadanie o historii. Każdy robi to wedle
własnego gustu. Podam tu moje własne kryteria "smakowe".
Po pierwsze: moim ideałem jest historia bez nazwisk i dat. Czyli
historia jako proces, a nie jako zestaw oderwanych faktów, których
znajomość sprawdzana jest podczas testów na koniec szkoły średniej. Wolę
historię, która za pojedynczymi wydarzeniami stara się dostrzec procesy.
Taka historia nie narysuje nam szczegółowej mapy, ale może posłużyć jako
kompas do orientacji we współczesnym świecie.
Oczywiście nie da się napisać historii całkowicie pozbawionej nazwisk i dat. Jak powiedział Marc Bloch, jeden z najwybitniejszych współczesnych
historyków, historycy przypominają ludożerców, bo żywią się ludzkim
mięsem. Nazwiska i daty są w historii tym, czym krew i mięśnie: jeśli
się je usunie, pozostaje suchy szkielet. Ale bez analizy szkieletu nie
zrozumiemy, na czym trzyma się ciało historii. Konieczny jest rozsądny
kompromis, który w tej książce będzie polegał na sprowadzeniu liczby
nazwisk i dat do niezbędnego minimum.
Moje drugie kryterium brzmi: historia musi być krótka. Słowa Antoniego
Czechowa, że zwięzłość to siostra talentu, dotyczą również historyków.
Zwłaszcza teraz, w epoce internetu i sieci społecznościowych, kiedy
długich tekstów i grubych książek, co wie każdy wydawca, nikt prawie nie
czyta.
Wedle tego kryterium najlepsze są dwie wersje historii Ukrainy napisane
przez Ostapa Wysznię: jedna dla ukraińskich patriotów, druga dla
rosyjskich szowinistów. Każda z nich zajmuje dokładnie stronę.
A mówiąc poważnie, najlepsze historie Ukrainy są równocześnie
najkrótsze. Mam na myśli KLEINE GESCHICHTE DER UKRAINE [Krótka historia
Ukrainy] Andreasa Kappelera i UKRAINE: A BRIEF HISTORY [Ukraina:
zwięzła historia] Romana Szporluka. W ostatnich latach pojawiły się też
dwie nowe historie Ukrainy - Paula Magocsiego i Serhija Plokhija. To
bardzo dobre książki. Ale znów: obydwie więcej uwagi poświęcają faktom.
Według pierwotnego zamysłu ta historia także miała być krótka. Im
bardziej ją jednak skracałem, tym robiła się dłuższa - zgodnie ze
wspomnianą zasadą, że krótkie sformułowania wymagają długich wyjaśnień.
Ta historia nie stała się więc tym, czym miała być - krótką historią.
Daję sobie jednak szansę podjęcia drugiej próby, do której zabiorę się
po wydaniu tej książki. Ze wstępnego założenia pozostały krótkie wstawki
między poszczególnymi obszernymi rozdziałami.
Zwięzłość oznacza umiejętność dokonywania syntezy. Największy pod tym
względem talent miał Iwan Łysiak-Rudnycki. Przez całe swoje życie pisał
wyłącznie eseje. Ale każdy z nich wart jest tyle co osobna książka. Jego
esej UKRAINA MIĘDZY WSCHODEM A ZACHODEM to jedna z najkrótszych i - znów
- najlepszych syntez historii Ukrainy.
Łysiak-Rudnycki to historyk, który najsilniej i najgłębiej wpłynął na
mój sposób myślenia i pisania o ukraińskiej przeszłości. Jego życiowym
projektem było RETHINKING UKRAINIAN HISTORY (przemyślenie ukraińskiej
historii na nowo), i to on właśnie rzucił hasło, z którym się w pełni
zgadzam i które moim zdaniem powinno stać się hasłem młodego pokolenia
Ukraińców: przestańcie budować ukraiński naród - modernizujcie go!
Wprawdzie formułując to zadanie, Łysiak-Rudnycki pozostawał w ramach
paradygmatu narodowego. Stwierdzał, że zasadniczym tematem ukraińskiej
historii jest kształtowanie się narodu ukraińskiego. A przy tak
zakreślonej perspektywie z pola uwagi wypadają tematy i problemy, bez
których nie zdołamy zrozumieć, jak wyrwać się z przeszłości.
Z takiego rozumowania wynika trzecie kryterium: historia musi być
globalna. Może któryś ze starszych Ukraińców pamięta jeszcze, jak na
początku lat dziewięćdziesiątych w Tarnopolu wyprodukowano globus
Ukrainy. Rzecz jasna był to żart, ale żart zawierający sporą dozę
poważnej prawdy. Rudyard Kipling pytał: "Cóż wiedzą o Anglii ci, którzy
tylko Anglię znają?". Podobne pytanie warto zadawać nam, historykom
Ukrainy: kto z nas zna historię Ukrainy, jeśli zna tylko historię
Ukrainy? Nawet głównych wątków ukraińskiej historii - na przykład
powstania Rusi, historii Kozaków czy genezy Wielkiego Głodu - nie da się
w pełni zrozumieć bez wyjścia poza ściśle ukraińskie ramy.
Dokąd i jak bardzo rozszerzać te ramy - na wschód czy na zachód, czy
może równocześnie na wschód i na zachód - to kwestia do dyskusji.
Dyskutuje nad nią już kilka pokoleń historyków. Ja proponuję rozwiązanie
radykalne: rozszerzyć te ramy na całą kulę ziemską. Biorąc jednak pod
uwagę to, że Ukraińcy mieli swój wkład w podbój kosmosu, na pytanie o geograficzny kontekst ukraińskiej historii najlepszą odpowiedzią jest
formuła Jamesa Bonda: "Świat to za mało".
To ten rodzaj historii, która nazywana jest globalną. Stała się ona dziś
popularna, by nie rzec - modna. Mnie jednak nie chodzi o modę, tylko o to, że jeśli chcemy zrozumieć, jak przezwyciężyć historię, to musimy
patrzeć nie tylko na najbliższych sąsiadów, z którymi jesteśmy
historycznie związani, lecz także na tak odległe krainy jak Singapur,
Ameryka Południowa, Afryka czy kraje arabskie.
Historia globalna oznacza nie tylko maksymalne rozszerzenie ram
geograficznych. Przede wszystkim zakłada ona poszukiwanie tych związków,
dzięki którym powstał i funkcjonuje współczesny zglobalizowany świat.
Aby nie być gołosłownym, pokażę to na przykładzie jednej z głównych tez
tej książki: Ukraina to produkt nowoczesności. Powstała w wyniku
globalizacji i modernizacji, które rozpoczęły się na Zachodzie wraz z odkryciem Ameryki w 1492 roku - i w tym sensie Krzysztof Kolumb
zasługuje na to, by stać się jednym z głównych bohaterów ukraińskiej
historii.
Historia globalna nie wymaga też całkowitego odrzucenia narodu jako
jednostki badań i opisu. Historycy teoretycy twierdzą, że można napisać
globalną historię czegokolwiek. Skoro tak, to można pisać również
globalną historię ukraińskiego narodu. Z pewnym, niemniej istotnym
zastrzeżeniem: pod warunkiem że nie będzie się traktować narodu jako
głównego czy tym bardziej jedynego obiektu badań. Były w historii
okresy, kiedy narody nie istniały, tak samo jak nie istniały drukowane
książki, pociągi i smartfony. Narody są produktem kilku ostatnich
stuleci. Tyle że narody zachowują się zupełnie inaczej niż ludzie. O ile
większość z nas chce wyglądać na młodszych, każdy naród pragnie wydawać
się starszy, niż jest naprawdę, i próbuje odnajdować swoje początki w najdawniejszej przeszłości - w Starym Testamencie, kulturze trypolskiej
albo chociaż u Herodota. W rzeczywistości większość narodów jest bardzo
młoda. Inna sprawa, że narody nie wyrastają w szczerym polu. Powstają -
albo, ściślej mówiąc, są budowane - z elementów konstrukcyjnych
przeszłości. Te elementy są wyobrażone, czasem aż karykaturalne, w rodzaju stwierdzeń: "Etruskowie to RUSSKIJE", a "wódz Hunów Atylla był
ukraińskim kniaziem Hatyllą", ale inne są w pełni realne: na przykład
poziom urodzajności miejscowych gleb albo dziedzictwo systemu
pańszczyźnianego. Nie da się zdiagnozować problemów narodu i stworzyć
optymalnych scenariuszy jego rozwoju, jeśli ograniczy się perspektywę
historyczną do kilku ostatnich stuleci, w których naród narodził się i uformował.
Z tego wynika czwarte i ostatnie kryterium: historię Ukrainy należy
rozpatrywać w kontekście tak zwanego LONGUE DURÉE - długiego trwania.
Wyjaśnię to za pomocą metafory. Wyobraźcie sobie, że siedzicie na brzegu
głębokiej rzeki. Wszystko, co widzicie przed sobą, to powierzchnia wody,
na której dzieją się różne mniej lub bardziej interesujące rzeczy:
ślizgają się nartniki, przepływają śmieci, czasem pluśnie ryba. Mniej
więcej w taki sposób pisze historię większość historyków: jako historię
wydarzeń, na podstawie wzmianek odnalezionych w archiwach, starych
rocznikach gazet, w dziennikach czy we wspomnieniach.
Taka historia wydarzeń jest potrzebna, ale powierzchowna. Nie zaspokaja
naszej ciekawości. Aby zobaczyć sens tych wydarzeń, historyk musi pójść
na głębszą wodę: badać struktury i procesy, które trwają dziesiątki albo
setki lat. Tę historię nazywa się historią "łagodnych rytmów" i po
umiejętności uporania się z nią można rozpoznać najlepszych historyków.
Najbardziej ambitni historycy idą jeszcze głębiej. Jeśli dalej używać
języka metafory, to próbują oni ustalić konfigurację dna, gęstość wody,
szybkość nurtu i czynniki, z których to wszystko wynika. Taką historię
nazywa się historią długiego trwania (LONGUE DURÉE) - badaniem
najgłębszych nurtów przeszłości, które wciąż mają wpływ na naszą
współczesność.
Powstanie koncepcji LONGUE DURÉE wiąże się z francuską szkołą
historyczną Annales i jednym z jej założycieli, Fernandem Braudelem -
prawdopodobnie najlepszym historykiem wszystkich czasów i narodów.
Szkoła ta stawiała sobie szlachetny cel uczynienia z historii prawdziwej
nauki, takiej jak matematyka czy fizyka. Niestety te zabiegi się nie
powiodły. Wielu historyków podejrzliwie i sceptycznie patrzyło na próby
pisania syntez obejmujących tak długie okresy. We współczesnych naukach
historycznych teleskop jako narzędzie obserwacji przeszłości został
wyparty przez mikroskop.
Analogiczne zmiany nastąpiły również w polityce. Minęły czasy "liderów
historyków" w rodzaju Konrada Adenauera czy Winstona Churchilla, którzy
wyrośli na obowiązkowej nauce greki i łaciny oraz kultury starożytnej i dlatego myśleli kategoriami wielkiej historii. Ich miejsce zajęli
politycy, których perspektywa nie wykracza poza jedną czy dwie kadencje,
czyli maksymalnie dziesięć lat. Jeśli nawet odwołują się oni do
przeszłości, to niemal wyłącznie w celu manipulowania pamięcią
historyczną. A pamięć historyczna tak się ma do prawdziwej historii jak
narkotyk do leku - daje szybkie poczucie zaspokojenia, ale nie leczy
choroby. Nasze współczesne przypadłości - globalne zmiany klimatu,
niezdolność międzynarodowych instytucji do uporania się z lokalnymi
konfliktami, narastanie nierówności między narodami i wewnątrz
poszczególnych narodów - wymagają spojrzenia na historię w znacznie
dłuższej perspektywie. Czyli powrotu do LONGUE DURÉE.
Moją ambicją jest ujęcie historii Ukrainy w podwójnym kluczu: historii
globalnej oraz LONGUE DURÉE. Tyle że nie idę tutaj w ślady większości
historyków Ukrainy, ani w ogóle większości historyków. Zapewne podejdą
oni do moich zamiarów dość sceptycznie. Podążam za pracami ekonomistów,
politologów i socjologów, którzy wykorzystują te podejścia w poszukiwaniu odpowiedzi na te same pytania, nad którymi zastanawiają się
Ukraińcy: dlaczego jedne narody są bogate, a inne biedne? Wymienię tylko
najbardziej znane nazwiska - oprócz Alexandra Gerschenkrona są to
Hernando de Soto, Douglass North, Ronald Inglehart, Robert Putnam.
Reprezentują oni różne dyscypliny nauki, ale zgadzają się w jednej
kwestii: historia ma znaczenie - w szczególności przy analizie i diagnozowaniu czasów nam współczesnych.
Jeszcze kilka subiektywnych uwag. Pisanie syntez historycznych do
pewnego stopnia przypomina intelektualne samobójstwo. Wymaga wykroczenia
poza granice własnej wąskiej specjalności i udania się w okolice, co do
których brakuje zarówno stosownej wiedzy, jak i pewności siebie. Jestem
historykiem XIX i XX wieku, dlatego nie należy oczekiwać, że będę
fachowo pisał o X czy XV wieku. Jest niemal pewne, że specjaliści od
historii tych lub innych wieków bez trudu znajdą u mnie błędy i brak
precyzji. Z góry za to przepraszam.
Ta książka nie zamierza opowiedzieć o wszystkich ważnych wydarzeniach i wątkach ukraińskiej historii. Skupia się tylko na tych, które wiążą
ukraińską historię z historią powszechną i które wpłynęły na obie z nich.
Inne wyzwanie przy pisaniu syntezy dotyczy tego, jak opowiedzieć o skomplikowanych sprawach w sposób prosty - ale nie przesadnie prosty.
Aby ułatwić sobie to pierwsze i uniknąć drugiego, uciekałem się do
metafor. Dla historyka metafory są tym, czym wzory dla matematyka,
fizyka czy chemika: pozwalają zastąpić długie wyjaśnienie krótką
formułą. Mam nadzieję, że czytelnicy zrozumieją całą umowność tej
metody.
Nigdzie w książce nie twierdzę, że mam rację. Przeciwnie, moją
intelektualną ojczyzną jest wątpienie: nie bez powodu niewierny Tomasz
jest uważany za patrona historyków! W związku z tym do każdego czy
niemal każdego swojego stwierdzenia dodaję zastrzeżenie:
"prawdopodobnie", "zazwyczaj", "przeważnie". Tam gdzie tego nie
zrobiłem, czytelnicy mogą je dodać w moim imieniu.
Historia nie zna żelaznych zasad, dlatego żadne stwierdzenie na temat
przeszłości nie może być ostateczne. Ale tak samo historia nie składa
się ze zbioru faktów. Między nieistniejącymi prawami historycznymi a depresyjnym chaosem minionych wydarzeń rozciągają się ścieżki tendencji
i schody znaczących czynników - to, do czego odkrywania nawoływał nas,
historyków, Alexander Gerschenkron, oraz to, co w miarę sił i możliwości
ja sam starałem się pokazać.
Po długich wahaniach zrezygnowałem z dokładniejszego opisu wyjątków od
tych tendencji, zwłaszcza gdy takie opisy wymagałyby znaczącego
wydłużenia tekstu i odciągałyby od głównej linii argumentacji. Zresztą -
wartość każdej syntezy określa nie tylko liczba zaprezentowanych faktów
i jakość zaproponowanych wyjaśnień, ale także dyskusje, które ta synteza
zdolna jest sprowokować. Najcięższą karą za moje intelektualne grzechy
byłoby dla mnie, gdyby niniejsza książka nie sprowokowała bardziej
dogłębnych rozmów o przeszłości i teraźniejszości Ukrainy.
Ukraina i Ukraińcy
Najpoważniejsze błędy zdarzają się w najbardziej oczywistych miejscach.
W co drugiej czy trzeciej historii Ukrainy już na samym początku możecie
przeczytać, że "Ukraina" oznacza "okraina", obrzeże. Błąd wynika z założenia, że słowa w ogóle, a słowo "Ukraina" w szczególności, mogą
mieć jedno i tylko jedno znaczenie. Filolodzy i filozofowie logicy
wiedzą, że tak się nie zdarza. Historycy też powinni.
Słowo "Ukraina" pochodzi od czasownika "krajać" i dosłownie oznacza
pewne oddzielone (odkrajane) terytorium. Odpowiednio może ono oznaczać
zarówno "kraj", jak i "okrainę". Dużo zależy od miejsca, w którym
znajduje się osoba pisząca o tym terytorium. Jeśli poza nim, na przykład
w Moskwie czy w Warszawie, wtedy jest to w odniesieniu do nich
"okraina", a jeśli w Kijowie czy we Lwowie - to najprawdopodobniej
będzie to "kraj".
Teksty historyczne notują obydwa te znaczenia. Ale po raz pierwszy
"Ukraina" wspomniana została w pierwszym znaczeniu, czyli jako "kraj".
Ta wzmianka znajduje się w latopisie kijowskim i pochodzi z 1187 roku.
Kronikarz opowiada o śmierci perejasławskiego księcia Włodzimierza
Glebowicza podczas wyprawy na Połowców i pisze: "o nim że Ukraina mnoho
postona". Pojawia się wiele logicznych pytań: kto rozpacza (postona)
po zmarłym księciu - "okraina" czy "kraina"? Czy "okraina" może być w żałobie? Nawet jeśli może, to w odniesieniu do jakiego centrum ta ziemia
jest "okrainą"? Perejasław znajduje się zaledwie o 70-80 kilometrów od
stołecznego Kijowa, to dzień lub dwa jazdy konno. Trudno go raczej
nazwać "okrainą". Znaczenie "okraina" lepiej pasowałoby do "Halickiej
Ukrainy", której nazwa też pojawia się w dawnych latopisach i do której
z Kijowa było znacznie dalej - około 600 kilometrów.
Inną wzmiankę o "Ukrainie" w znaczeniu "krainy" odnajdujemy w Ewangeliarzu Peresopnickim z 1556 roku - pierwszym przekładzie Pisma
Świętego z języka cerkiewnosłowiańskiego na miejscowy (ruski). Tam gdzie
cerkiewnosłowiański tekst mówi: "Пріиде в предѣль іудейскія", a grecki
oryginał ma na myśli "???? = kraje", przekład powiada: "Пришол в
україни иудейския" - "przyszedł w ukrainy judejskie".
Przykładów, w których "Ukraina" w najstarszych źródłach pisemnych
oznacza "krainę", powiedzmy wprost, nie ma wiele. Ale trzeba pamiętać,
że w ogóle nie mamy aż tak dużo tego rodzaju źródeł, a wieki XIV-XV nie
bez powodu nazywane są epoką "wielkiego milczenia". Mamy natomiast dużo
przykładów w tradycji ustnej - w lokalnych pieśniach i przysłowiach.
Odnajdujemy tam takie wyrażenia jak "nieodległa to Ukraina", "poszedł w daleką Ukrainę", "moja miła Ukraina", czy nawet pieszczotliwe
zdrobnienie "Ukrainońka" itp. Gdzie tak naprawdę znajduje się ta kraina,
pieśni nie precyzują. Może to być zarówno ziemia zamieszkiwana przez
tych, którzy o niej śpiewają, jak i odległa ziemia, na której chcieliby
żyć. W takim niedookreśleniu nie ma niczego dziwnego. Tak samo jak
mieszkańcy Beskidów czy Karpat nie wiedzieli, że ich góry noszą takie
nazwy, i nazywali je po prostu "górami", "Ukraina" mogła być zwyczajową
nazwą ich krainy. Można by rzec, że była to nazwa by default.
Jako inne, podobne przykłady mogą posłużyć słoweńska Kraina albo nazwa
własna Niemiec - Deutschland. Deutsch pochodzi od staroniemieckiego
diutisc, co oznacza "lud / naród". A więc Deutschland oznacza
dosłownie "kraina ludu" - "kraina, w której mieszkamy". Czyli mniej
więcej to samo co nazwa "Ukraina" w znaczeniu "kraina".
"Ukraina" w drugim sensie, czyli jako "okraina", obrzeża, dominuje w późniejszych dokumentach, poczynając od 1569 roku, kiedy ukraińskie
ziemie weszły w skład Rzeczypospolitej, ówczesnego państwa
polsko-litewskiego. W tym właśnie znaczeniu widnieje ona na mapie
francuskiego inżyniera i kartografa Guillaume'a le Vasseura de Beauplana
(wydanej w 1648 roku). Sporządził ją, będąc na służbie u polskiego króla
- budował twierdzę Kudak, która miała przeszkodzić ukraińskim Kozakom w organizowaniu wypraw wojskowych. Mapa Beauplana jest jedną z najwcześniejszych, a równocześnie najbardziej szczegółowych map Europy
Wschodniej. Pokazane na niej tereny pokrywają się z granicami
późniejszych ukraińskich ziem etnicznych - od Lwowa na zachodzie do Donu
na wschodzie. Ale dla Beauplana Ukraina, jeśli sądzić z tytułu mapy i przedmowy do jego Opisania Ukrainy, to tylko część tych ziem, czyli
terytoria kozackie (camporum desertorum - Dzikie Pola) oraz "wielkie
pogranicze rozciągające się między Moskowią a Transylwanią".
W tekstach z tamtego okresu termin "Ukraina" nie ma stałego znaczenia. W ostatnich dekadach XVI i pierwszych dekadach XVII wieku mógł on oznaczać
zarówno konkretne województwo (Ukraina Ruska, czyli ziemie halickie,
Ukraina Wołyńska, Ukraina Podolska, Ukraina Kijowska, Ukraina
Bracławska), jak i pogranicze Rzeczypospolitej (województwo bracławskie
i kijowskie) albo tereny na "końcu Europy" (świata chrześcijańskiego na
granicy ze światem muzułmańskim), a także mógł być używany w znaczeniu
"krainy", na równych prawach z ówczesnymi Polską i Rosją
("Rzeczpospolita", "Moskwa" i "Ukraina"). Tak samo jak nie ma jednego
znaczenia tego terminu, nie istnieją również jasne reguły wykorzystania
tych znaczeń w konkretnych okolicznościach. Termin "Ukraina" jest
terminem wędrownym, "nieprzyszpilonym" do jednego, wybranego terytorium.
Mniej więcej na przełomie XVI i XVII wieku pojawia się pochodne od
Ukrainy słowo "Ukrainiec" w znaczeniu etnonimu - czyli nazwy miejscowej
ludności. Tak określał się w 1619 roku Kozak zaporoski Ołeszka
Zacharjiw, kiedy trafił do rosyjskiej niewoli. I mniej więcej wtedy to
słowo pojawia się w pieśniach ludowych. Duma o Nalewajce opisuje
wydarzenia 1596 roku i rozpoczyna się tak:
Oj, w naszej sławnej Ukrainie
Bywały kiedyś nieszczęścia straszliwe, nieszczęsne godziny.
Bywały zarazy i wojskowe swary.
Nikt Ukraińców nie ratował.
Przełomowym wydarzeniem ukraińskiej historii stało się kozackie
powstanie pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego (1648-1657).
Doprowadziło ono do utworzenia państwa kozackiego. Przez kilka kolejnych
dekad "Ukraina" była jedną z nazw tego państwa. Równolegle występują
także inne nazwy, takie jak "lud ukraiński", "rodzone bractwo pospolite
ukraińskie", a samego Chmielnickiego jedna z ówczesnych satyr opisuje
następująco: "Bohdan Chmielnicki, Wojska Zaporoskiego Naczelny Dowódca,
Wojny Chłopskiej Sprawca, Powstałego Kozactwa i Ludu Ukraińskiego
Książę". Zwierzchnicy tego państwa, hetmani kozaccy, w swoich orędziach
mówią o "ojczyźnie naszej Ukrainie", "sławnej Ukrainie". Warto też
podkreślić dwie kwestie. Po pierwsze, nazwy "Ukraina" i "Ukraińcy"
odnoszą się nie tylko do państwa kozackiego i jego mieszkańców, ale
także do innych ziem aż po polsko-ukraińską granicę etniczną (do Sanu),
włącznie ze Lwowem. Po drugie, słowo "Ukraińcy" ma czytelne znaczenie
etniczne, bo przeciwstawiane jest Polakom (Lachom), Żydom, Rosjanom
(Moskowitom), Szwedom, Tatarom i Turkom.
Losy słowa "Ukraina" powtarzają los samego państwa kozackiego po jego
wejściu w 1654 roku w skład Carstwa Moskiewskiego. Dopóki państwo
zachowuje autonomię, nazwa "Ukraina" wprost rozkwita na kartach tekstów
z tamtego czasu. Ale w miarę wchłaniania państwa przez późniejsze (od
1721 roku) Imperium Rosyjskie, gubią się również same nazwy "Ukraina" i "Ukraińcy". Gubią się, lecz nie znikają. Trochę jakby bawiły się w chowanego: tu je widać, a za moment już nie. "Ukraina" zaczyna pojawiać
się częściej w XIX wieku - w epoce odrodzenia narodowego. Razem z nią
występuje również określenie "Ukrainiec". Tak przynajmniej został
zapisany w księdze uzdrowiskowej Karlsbadu (Karlowych Warów) Mikołaj
Gogol ("Mr. Nicolas de Gogol, Ukrainien, établi a Moscou" - pan Mikołaj
Gogol, Ukrainiec mieszkający w Moskwie). W 1884 roku określenie
"Ukrainka" wybrała sobie na pseudonim młoda poetka Łarysa Kosacz -
prawdopodobnie pod wpływem wuja, Mychajła Drahomanowa, który podpisywał
się pod swoimi artykułami jako "Ukrainiec". Od tamtej pory jest ona
znana jako Łesia Ukrainka.
Przykłady Mikołaja Gogola, Mychajła Drahomanowa i Łesi Ukrainki dotyczą
najwybitniejszych postaci historycznych. Słownyk ukrajinśkych
psewdonimiw [Słownik ukraińskich pseudonimów] podaje listę kolejnych
dwudziestu pięciu mniej znanych osób - dziewiętnastowiecznych pisarzy,
polityków i działaczy społecznych, którzy woleli podpisywać swoje teksty
jako "Ukrainka" albo "Ukrainiec". Ta lista nie wymienia rzecz jasna
wszystkich mieszkańców tych ziem, którzy nazywali siebie Ukraińcami.
Pokazuje tylko, że taka nazwa zyskała sporą popularność.
Trzeba jednak pamiętać, że w XIX wieku między nazwami "Ukraina" i "Ukrainiec" nie istniał jeszcze bezpośredni związek. Kiedy na początku
XX wieku ukraiński literaturoznawca Mychajło Rudnycki studiował na
Sorbonie, przychodzono oglądać go jako dziwowisko: był pierwszym
"Ukraińcem", który posługiwał się językiem innym niż polski! Wcześniej
na paryskim uniwersytecie "Ukraińcami" nazywano Polaków pochodzących ze
wschodnich polskich "okrain", czyli dzisiejszego Wołynia i środkowej
Ukrainy.
Jednocześnie nawet w Kobziarzu (1840) Tarasa Szewczenki - książce,
która pełni funkcję swego rodzaju ukraińskiej Biblii narodowej -
nieustannie mowa jest o Ukrainie, ale nie ma tam żadnego "Ukraińca" czy
"Ukrainki". Nie oznacza to, że w czasach Szewczenki Ukraińcy nie
istnieli. W Biblii też ani razu nie zostało użyte słowo "religia" czy
"religijny". Nikt jednak nie zaprzeczy, że Biblia jest księgą religijną.
Szekspir sformułował tę tezę językiem poezji:
What's in a name? That which we call a rose
By any other name would smell as sweet.
Czymże jest nazwa? To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równie by pachniało.
[tłum. Józef Paszkowski]
Czasami aż żal bierze, że język ukraiński nie ma przedimków określonych
i nieokreślonych. Pomogłyby one streścić w jednym zdaniu główny temat
ukraińskiej historii. Po angielsku brzmiałoby ono tak: "History of
Ukraine is about dropping 'the' article". W języku angielskim w przypadku nazw geograficznych przedimek the jest używany w odniesieniu
do odrębnych regionów (czy też okrain), a nie krajów. Wyjątek stanowią
nazwy w liczbie mnogiej (the United States) lub pochodzące od rzek,
gór, pustyń czy wysp (the Congo, the Lebanon, the Sudan, the
Bahamas). Jest jeden niezwykły wyjątek - the Gambia. W 1964 roku,
kiedy Gambia zdobyła niepodległość, jej premier zwrócił się do Stałego
Komitetu Ekspertów ONZ ds. Nazw Geograficznych z prośbą o dodanie do
nazwy kraju przedimka the, żeby nie mylono go z bardziej znaną Zambią.
Przez długi czas po angielsku zapisywano Ukraine z przedimkiem: the
Ukraine. Odzwierciedlało to jej formalny status: Ukraina nie była
odrębnym państwem, tylko częścią Imperium Rosyjskiego i ZSRR. Radziecką
Ukrainę porównywano niekiedy do poszczególnych stanów USA ("Ukraińcy to
rosyjscy Teksańczycy"). Zmiana nastąpiła po proklamowaniu niepodległości
przez Ukrainę w 1991 roku. Od tamtej pory Ukraine pisze się bez
przedimka the. Jeśli ktoś nadal pisze lub mówi "the Ukraine", jest
to pomyłka, niewiedza lub zły ton. Na przykład gdy Barack Obama podczas
ukraińskiego kryzysu 2014 roku w jednym z wywiadów powiedział "the
Ukraine", naraził się na kpiny ze strony dziennikarzy.
W językach słowiańskich różnicę między the Ukraine i Ukraine można
oddać jako różnicę między "na Ukrainie" i "w Ukrainie". Ta różnica jest
szczególnie widoczna w przypadku języka rosyjskiego: duża część, jeśli
nie większość, rosyjskich elit nadal uważa, że Ukraina to część
"russkiego miru", a Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród. W 2011 roku
rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew spotkał się z rosyjskimi
historykami. Gdy któryś z nich powiedział "w Ukrainie", Miedwiediew od
razu poprawił: "na Ukrainie". Słowem, to tam, u nich, jest "w" Ukrainie,
a u nas - "na". Putin z kolei mówił "w Ukrainie" do lata 2013 roku. A potem zaczął mówić "na Ukrainie" i równocześnie ogłosił, że jego celem
strategicznym jest zjednoczenie Rosjan i Ukraińców w granicach wspólnego
państwa. Innymi słowy, jego agresję wojskową z 2014 roku poprzedzała
agresja lingwistyczna. Były doradca Putina, a później jego oponent
Andriej Iłłarionow zaraz po rosyjskiej agresji radził swoim rodakom -
liberalnym Rosjanom: jeśli chcecie w jakikolwiek sposób pomóc Ukrainie,
przestańcie mówić "na Ukrainie" - mówcie "w Ukrainie".
Dla pełnego obrazu dodam, że w innych językach ta różnica nie jest aż
tak istotna. W niemieckim przedimek przy nazwie kraju to norma językowa
(używany jest przy nazwach rodzaju żeńskiego, takich jak die Schweiz,
die Türkei, die Slowakei), a po polsku mówi się "na Ukrainie", ale
też "w Ukrainie". Jednak zarówno Niemcy, jak i Polska dawno już
porzuciły pretensje terytorialne wobec Ukrainy, a Polacy nie uważają, że
Ukraińcy stanowią część tego samego narodu co oni sami.
To krótkie wprowadzenie pomaga zilustrować jedną z najważniejszych cech
ukraińskiej historii: wszystko albo prawie wszystko, co jej dotyczy,
staje się przedmiotem ostrych sporów ideologicznych, poczynając od
rzeczy tak podstawowych jak sama nazwa kraju.
Ruś i inni
Dwie inne nazwy, pod którymi znano Ukraińców, to "Kozacy" i "Czerkasi".
Tak nazywani byli członkowie formacji wojskowych powstałych na obrzeżach
etnicznych ziem ukraińskich. Oba określenia są pochodzenia tureckiego:
"Kozak" to "człowiek wolny", a także "koczownik" i "rozbójnik" (patrz
"Kazach" i "Kazachstan"), a "Czerkasi" to "ludzie wojska" (patrz nazwa
kaukaskich górali - Czerkiesów, i ukraińskiego miasta Czerkasy, które w czasach kozackich znajdowało się na granicy stepu).
Tureckie pochodzenie tych nazw kolejny raz pokazuje, że Ukraina powstała
z syntezy kilku światów. Elementy składowe tej syntezy znalazły
odzwierciedlenie w powszechnej i częstokroć obraźliwej rosyjskiej nazwie
Ukraińca - "Chachoł". "Chochołem" nazywano kosmyk włosów pozostawiony na
ogolonej głowie. Ten typ męskiej fryzury był popularny wśród ludów
stepowych. Najwcześniejszą wzmiankę o nim znajdujemy w tekstach
dotyczących jednego z chińskich plemion IV wieku. We wczesnej
Rzeczypospolitej chochoł był popularny wśród miejscowej szlachty i Kozaków wraz z innymi elementami tak zwanej kultury sarmackiej, która
świadomie kopiowała obyczaje stepowe. Chochoł na głowie szedł w parze ze
zgoloną brodą. Z tego powodu ukraińscy Kozacy różnili się od mieszkańców
Carstwa Moskiewskiego, którzy nosili brody (stąd prawdopodobnie pochodzi
ukraińska obraźliwa nazwa Rosjan - "Kacapy": ci, którzy chodzą z długimi
brodami "kak [jak] capy"). W oczach prawosławnych Moskowitów
(przyszłych Rosjan) chochoł stał się symbolem wiary katolickiej. W ich
wyobrażeniu ukraińscy Kozacy "chodzą po polsku, z chochołami", "w rzymskiej wierze brodę sieką [golą]" i w ogóle są "pohańcami
Chachłami, pachołkami szatana, chamowymi wnuczętami". Z czasem przyszło
zrozumienie, że Kozacy, choć pochodzą z Rzeczypospolitej, to należą do
tej samej wiary i także są prawosławni. Ale niesmak pozostał: "Chachły"
niby są swoi, lecz jednak odmienni, z tymi swoimi prostackimi nawykami i chytrą "chachłacką" naturą.
Istnienie pary "Chachoł / Kacap" świadczyło o tym, że przyszli Ukraińcy
i Rosjanie różnili się między sobą na długo przed tym, zanim stali się
Ukraińcami i Rosjanami. W przypadku stosunków ukraińsko-polskich taką
parą byli "Rusin / Lach". Popularne w Polsce pierogi ruskie na ukraiński
tłumaczy się jako ukrajinśki warenyky, pierogi ukraińskie, a nie
ruśki pyrohy - które wyglądają i smakują inaczej. Pierogowe
nieporozumienie to tylko jeden z wielu przykładów sporego zamieszania
związanego z inną nazwą - "Ruś", i pochodzącymi od niej: "Rosja",
"Ruski", "Rusin", "Rosjanin", "Małorusin" itd. O ile jednak historia z Ukrainą i Ukraińcami jest skomplikowana sama w sobie, to historia z Rusią i Ruskimi jest o wiele bardziej złożona i zawikłana. Inaczej niż
chaosem terminologicznym trudno ją nazwać.
Zacznijmy od tego, że nie można precyzyjnie wskazać, skąd wzięła się ta
nazwa i co oznaczała. Istnieją różne wersje pochodzenia tego terminu:
miejscowa, wschodniosłowiańska, a także gocka, celtycka, irańska,
serbska, skandynawska. Zgodnie z miejscową wersją "Ruś" pochodzi od
nazwy wschodniosłowiańskiego plemienia, które żyło nad rzeką Roś,
dopływem Dniepru. Właśnie tam miało się znajdować centrum dużego
średniowiecznego państwa o nazwie Ruś, którego stolicą był Kijów (Ruś
Kijowska).
Problem z tą wersją polega na tym, że w źródłach historycznych nie ma
wzmianki o takim plemieniu. Najprawdopodobniej zostało ono wymyślone
przez patriotycznie nastawionych historyków, którzy starali się
udowodnić miejscowe pochodzenie państwa ruskiego. W czasach radzieckich
ta teoria była dogmatem, ale jej początki sięgają połowy XVIII wieku. 6
stycznia 1794 roku członek Rosyjskiej Cesarskiej Akademii Nauk Gerhard
Friedrich Müller (1705-1783) miał wygłosić w Petersburgu wykład "O pochodzeniu narodu ruskiego i jego nazwy". Na podstawie źródeł
frankijskich i bizantyńskich starał się pokazać, że Ruś Kijowską
założyli Skandynawowie - Normanie. Müller nie zdołał dokończyć wykładu.
Jeden z rosyjskich akademików przerwał mu słowami: "Szanowny autorze,
zniesławiasz nasz naród!". Utworzono specjalną komisję, która uchwaliła,
że Müllerowi należy zakazać zajmowania się tym tematem. Doradzono mu
temat mniej szkodliwy i bezpieczniejszy - historię Syberii (dobrze, że
sprawa nie skończyła się zesłaniem w tamte okolice!).
Wspomniana historia pokazuje poziom emocji w dyskusji normanistów z antynormanistami o pochodzeniu Rusi. Ale na długo przed tą dyskusją, w XII wieku, na normańskie pochodzenie Rusi wskazywał anonimowy autor
Powieści minionych lat. Opowiada on, jak miejscowe plemiona
słowiańskie nie umiały żyć w zgodzie i postanowiły znaleźć sobie
kniazia:
I poszli za morze ku Waregom, ku Rusi. Bowiem tak się zwali ci Waregowie
- Rusią, jako się drudzy zowią Szwedami, inni Normanami i Anglami, a jeszcze inni Gotami - tako i ci. Rzekli Rusi Czudowie, Słowienie,
Krywicze i Wesowie: "Ziemia nasza wielka jest i obfita, a ładu w niej
nie ma. Przychodźcie więc rządzić i władać nami". I wybrali się trzej
bracia z rodami swoimi, i wzięli ze sobą wszystką Ruś i przyszli do
Słowien najprzód, i siadł najstarszy, Ruryk, w Nowogrodzie, a drugi,
Sineus, na Białym Jeziorze, a trzeci, Truwor, w Izborsku. I od tych
Waregów przezwała się ziemia ruska.2
Na korzyść teorii normańskiej przemawia też najwcześniejszy przykład
użycia tej nazwy: w Rocznikach bertyńskich pod datą "839 rok" mowa
jest o "Szwedach, którzy nazywają siebie Rosami". We współczesnych
językach estońskim i fińskim określenie Szwecji nadal brzmi Ruotsi.
Zgodnie z tą wersją nazwa "Ruś" miała najprawdopodobniej korzenie
wojskowe, podobnie jak Kozacy czy Czerkasi. Pochodziła ona od
starogermańskiego czasownika "wiosłować". Odpowiednio - "Ruś" była nazwą
wojskowych plemion lub drużyn, które przemieszczały się dużymi łodziami
po rzekach i morzach.
O tym, że "Ruś" stanowiła konglomerat, mówi także brzmienie tej nazwy.
Jest to rzeczownik zbiorowy - podobnie jak słowa nożyce, pieniądze,
bydło. "Jeden spośród Rusi" będzie Rusinem, Ruskim, Rusyczem czy
Rusnakiem. Powieść minionych lat wymienia jeszcze kilka innych
niesłowiańskich plemion o podobnych nazwach zbiorowych - Weś, Mera,
Mordwa, Czudź.
Termin "Ruś" był najprawdopodobniej egzonimem, czyli nazwą pochodzącą z zewnątrz. Sami jej mieszkańcy tak o sobie nie mówili - tak samo Czudź
nie nazywała siebie Czudzią ("dziwnymi", czyli innymi), Niemcy -
Niemcami ("niemymi"), Hindusi - Hindusami, a rdzenne plemiona Ameryki
nie nazywały samych siebie Indianami. Jako przykład najbliższej analogii
do "Rusi" można przywołać "Hiszpanów". Mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego
tak się sami nie określali. Byli Aragończykami, Kastylijczykami,
Katalończykami, Baskami. Ale poza granicami swojego półwyspu, w służbie
wojskowej, stawali się dla obcych Hiszpanami - bo od starożytności ich
półwysep nosił łacińską nazwę Hispania.
Początkowo nazwa "Ruś" była używana w dwóch znaczeniach - wąskim i szerokim. W szerokim sensie "Ruś" oznaczała wszystkie ziemie "ruskiej"
dynastii (potomków Ruryka), w wąskim - tylko ich jądro, czyli środkowe
Naddnieprze z centrum w Kijowie. Nazwa "Ruś" w wąskim znaczeniu wyszła z użycia w drugiej połowie XIII wieku, po zniszczeniu państwa Rurykowiczów
przez Mongołów. Od tamtej pory przez niemal sto lat tytułem władców Rusi
posługiwali się tylko książęta halicko-wołyńscy. Tytułowali się dux
totius terrae Russiae (książę całej ziemi ruskiej), dux et dominus
Russiae (książę i władca Rusi), rex Russiae (król Rusi), a ostatni z nich, Bolesław Jerzy II (zabity w 1340 roku), nazywał siebie dux totius
Russiae Minoris (książę całej Małej Rusi). Po jego śmierci włości
przeszły do jednego z krewnych króla polskiego, a tytuł "księcia
ruskiego" trafił do władcy Wielkiego Księstwa Litewskiego: ten ostatni
nosił tytuł "Wielkiego Księcia Litewskiego, Ruskiego i Żmudzkiego".
Władcy północni, moskiewscy, zaczęli używać terminu "Ruś" później. Po
raz pierwszy tytułu "gosudaria wsieja Rusi" użył w 1478 roku
moskiewski car Iwan III. Z czasem Carstwo Moskiewskie zaczęło utożsamiać
z Rusią wyłącznie siebie. To samo zrobiło również Wielkie Księstwo
Litewskie. W efekcie mamy dwie "Rusie" - południowo-zachodnią i północno-wschodnią. Władcy każdej z nich twierdzą, że tylko oni
reprezentują "wszystką Ruś" i odmawiają tego prawa stronie przeciwnej.
Dlatego litewsko-polska tradycja nazywa ziemie północno-wschodnie nie
Rusią, lecz Państwem Moskiewskim, Carstwem Moskiewskim albo po prostu
Moskowią, natomiast w Moskwie Rzeczpospolitą nazywa się Państwem
Litewskim, Litwą, ziemią litewską.
Oprócz znaczenia terytorialno-politycznego "Ruś" miała także znaczenie
religijne. Mogła oznaczać Cerkiew prawosławną ("Cerkiew ruską") i prawosławną wiarę ("wiarę ruską"). Ale nie tylko prawosławni byli
"ruskimi". Nazwy "ruska" używała też Cerkiew greckokatolicka (unicka),
która powstała w 1596 roku. Choć była podporządkowana Watykanowi,
zachowała obrządek prawosławny, a więc była "ruska". Równocześnie obie
Cerkwie nazywały się też "greckimi" - na znak, że przyjęły
chrześcijaństwo od "Greków", czyli cesarstwa bizantyńskiego.
"Ruś" i "ruski" mogły oznaczać także narodowość. Oto co deklarował ruski
uczony Melecjusz Smotrycki (1577-1623): "Nie wiara albowiem Rusina
Rusinem, Polaka Polakiem, Litwina Litwinem czyni, ale urodzenie i krew
ruska, polska i litewska". Termin "ruski" szczególnie mocno zakorzenił
się wśród prostych ludzi, żyjących blisko narodów innej wiary,
szczególnie w Galicji i na Zakarpaciu. Tożsamość religijna zbiegała się
tam z tożsamością etniczną. Powiedzieć o sobie "Ruski" było równoznaczne
z deklaracją "nie jestem katolikiem" (Polakiem ani Węgrem), "nie jestem
Żydem" albo "muzułmaninem" (Tatarem). Ale ówczesnym "Ruskim" mógł być
także ten, którego dziś nazwalibyśmy "Białorusinem". Choć nazwa
"Białorusin" pojawia się po raz pierwszy równocześnie z nazwą
"Ukrainiec" (czyli na początku XVII wieku), nie istniał jeszcze wtedy
jednoznaczny podział na Białorusinów i Ukraińców. Łączyła ich wspólna
"ruska wiara" i "ruska krew", a ich język był postrzegany jako wspólny.
Przyszłych Białorusinów i Ukraińców mogło różnić miejsce pochodzenia:
jeśli ci pierwsi pochodzili z litewskiej części Rzeczypospolitej,
nazywano ich także "Litwinami".
Wszystkie te nazwy nie były stałe i nie wykluczały się nawzajem. Gdyby
na przykład ruskiego szlachcica z litewskich ziem zapytano, kim jest,
jego odpowiedź zależałaby od tego, kto i gdzie zadał mu to pytanie. Pod
cerkwią nazwałby się Rusinem, na sejmiku szlacheckim - Litwinem, w rozmowie z cudzoziemcem - polskim szlachcicem.
Sprawę komplikował fakt, że pojęcie "Ruś" było używane w dwóch formach -
łacińskiej i greckiej. Na sposób łaciński brzmiało ono Russia. Ta
forma występowała na ziemiach sąsiadujących ze światem katolickim - na
przykład w tytułach książąt halickich. Nic więc dziwnego, że na mapie
Beauplana jedyne terytorium opisane jako Russia to ziemie dzisiejszej
Galicji, bo galicyjskie ziemie oficjalnie nosiły nazwę województwa
ruskiego.
Grecka forma Rusi to ????? ("Rosja"). Początkowo używali jej wyłącznie
Bizantyńczycy. W miejscowych tekstach słowiańskich po raz pierwszy
pojawia się ona dopiero w 1387 roku. Tak określał się tutejszy
metropolita Cyprian ("Kijewskij i wsieja Rosija"). Na ziemiach
północno-wschodnich nazwa Rossija utwierdza się dopiero w czasach
Piotra I. Tak nazwał on swoje imperium, utworzone w 1721 roku na miejscu
starego Carstwa Moskiewskiego, ale wedle wzorów zachodnich. Jednak
słowiańska forma russkij [ruski] w języku rosyjskim nie znika, tylko
istnieje równolegle z grecką rossijskij [rosyjski]. Pierwsze
określenie jest używane przeważnie wobec osób o rosyjskim pochodzeniu
etnicznym i będących wiernymi Cerkwi prawosławnej, drugie - wobec
poddanych państwa rosyjskiego. Na przykład szachowy mistrz świata Garri
Kasparow to "Rosjanin", ale nie "Ruski", bo jest osobą pochodzenia
ormiańsko-żydowskiego. Natomiast Rosjanie ukraińskiego pochodzenia mogą
być zarówno "Ruskimi", jak i "Rosjanami".
W niektórych wypadkach między "Ruskim" a "Rosjaninem" można więc
postawić znak równości, a w innych - nie. Kiedy w XIX wieku pytano
ukraińskich chłopów, czy są "Ruskimi", odpowiadali, że tak. Ale kiedy
pytano ich, czy mają takie samo pochodzenie jak Rosjanie ("Moskale"), z oburzeniem odpowiadali: "Ja nie kacap!".
Odróżnić "Ruś" od "Rosji" pomoże prosta zasada: Ruś może być "święta",
Rosja - nie. Rosyjskie elity imperialne często były innego niż ruskie
(prawosławne) pochodzenia, dlatego Imperium Rosyjskie nie zasługiwało na
określenie "święte". Odpowiednio, moskiewski car był "ruski", a petersburski imperator - "rosyjski"; lud był "ruski", a państwo
"rosyjskie". Centrami "świętej" Rusi były stare centra prawosławne,
Kijów i Moskwa, ale nie "niemiecki" Petersburg.
Na tym trudności się nie kończą. Często do "Rusi" dodawano przymiotniki,
co tylko zwiększa liczbę możliwych kombinacji. Jedna z najwcześniejszych
map świata - mapa weneckiego zakonnika Fra Mauro (1450) - wymienia aż
pięć ziem, które noszą nazwę "Ruś" (Rossia): "Rossia Biała",
"Rossia Czarna", "Rossia Czerwona", "Rossia albo Sarmacja w Europie" oraz "Rossia albo Sarmacja w Azji". Spośród nich wszystkich
podobna do nazwy współczesnej jest tylko "Rossia Biała" - Białoruś.
Tyle że, w przeciwieństwie do dzisiejszej Białorusi, swoją Białą Ruś Fra
Mauro umiejscowił na brzegu Morza Białego. Niemniej w ówczesnych
dokumentach pod nazwą "Biała Ruś" mogła występować także Kijowszczyzna.
Która z tych ziem jest prawdziwą Białą Rusią - dzisiejsza Białoruś,
Biała Ruś nad Morzem Białym czy Kijowszczyzna? Odpowiedź brzmi: każda. W tamtych czasach kolory biały i czarny były związane nie tylko ze
znacznikami geograficznymi (morza, rzeki, góry), lecz także ze statusem
prawnym ziem: "biały" mógł być synonimem "wolny". Odpowiednio "Biała
Ruś" czy "Rossia Biała" to tereny wolne od władzy mongolskiej, które
nie płacą podatków mongolskim chanom, bo pozostają w składzie Wielkiego
Księstwa Litewskiego.
Oprócz "Białej", "Czarnej" i "Czerwonej" Rusi, była jeszcze Ruś "Mała" i "Wielka". Pierwotnie nazwy te nie miały związku z rozmiarem ("małorośli
Małorusini") czy starszeństwem (wielki - starszy, mały - młodszy). W rzeczywistości "Mała" Ruś była starsza i miała wyższy status.
Odpowiadało to greckiej (bizantyńskiej) tradycji nazywania "małym"
pierwotnego jądra Kościoła czy państwa, a "wielkimi" - ziem, o które ten
Kościół czy państwo z czasem się rozrósł. Odpowiednio, Małą Rusią były
południoworuskie ziemie z centrum w Kijowie, a Wielką Rusią -
północnoruskie ziemie z centrum we Włodzimierzu, a później w Moskwie. Po
raz pierwszy nazwa "Mała Ruś" pojawia się w 1303 roku w bizantyńskich
dokumentach i oznacza metropolię halicką, a zaraz potem figuruje w tytulaturze ostatniego księcia halickiego, Bolesława Jerzego II. "Wielka
Ruś" w tytule cara moskiewskiego pojawia się dopiero w XVI wieku. Ale
nie od razu wchodzi do stałego użytku: pierwsi Romanowowie tego
określenia nie używali.
"Mała" i "Wielka" Ruś jako stałe nazwy polityczne "zmartwychwstają" po
tym, jak w 1654 roku nowo utworzone ukraińskie państwo kozackie przeszło
pod władzę cara moskiewskiego, a więc wtedy, gdy te dwie Rusie nareszcie
się "spotkały". Wydaje się jednak, że te nazwy importowali do Carstwa
Moskiewskiego właśnie Ukraińcy. Jako pierwsi zaczęli ich używać
archimandryta klasztoru kijowsko-peczerskiego Zachariasz Kopysteński
(?-1627) i metropolita kijowski Izajasz Kopiński (?-1640), a w ślad za
nimi - hetman kozacki Bohdan Chmielnicki w listach do cara
moskiewskiego. Ten kierunek importu, z Kijowa, nie powinien dziwić,
jeśli będziemy pamiętać, że Kijów w tamtym czasie pod względem poziomu
wykształcenia przerastał Moskwę, a ukraińskie elity wywierały silny
wpływ na polityczne i kulturalne życie Carstwa Moskiewskiego. Po
przekształceniu się Carstwa Moskiewskiego w Imperium Rosyjskie
określenia "Mała" i "Wielka" Ruś nabierają innego, bezpośredniego
znaczenia - zaczynają opisywać rozmiar. Odzwierciedlało to nową
rzeczywistość. "Mała" Ruś (państwo kozackie) istotnie była mniejsza od
"Wielkiej" Rusi (Imperium Rosyjskiego). Kozacki kancelarzysta Semen
Didowycz w poemacie Razgowor Wielikorossii s Małorossijej [Rozmowa
Wielkorosji z Małorosją, 1762] wkłada w usta swojej małorosyjskiej
ojczyzny następujące słowa:
Ty Wielka, a ja Mała, w sąsiednich krajach żyjemy.
Że ja się Małą nazywam, a ty Wielką,
Ani mnie to, ani ciebie wcale nie dziwuje
Wszak rozmiary twoje większe są od moich,
a moje obszernością mniejsze są od twoich.
Didowycz podkreśla jednak, że Mała i Wielka Ruś są równe godnością. Jako
oznaczenia statusu i rozmiaru "Mała" i "Wielka" Ruś i - odpowiednio -
"Małorusini" i "Wielkorusini" ostatecznie stabilizują się w XIX wieku. W Imperium Rosyjskim termin "Małorusin" staje się oficjalną normą -
podczas gdy w innej części ziem ukraińskich, pozostającej pod władzą
cesarzy austriackich, normą są "ruski" i "Rusin". W XX wieku obydwa te
terminy stopniowo wypierane są przez nazwy "Ukraina" i "Ukraińcy". Po
drugiej wojnie światowej, kiedy władza radziecka dokończy jednoczenie
wszystkich ukraińskich ziem w obrębie jednego państwa, te nazwy staną
się normą. Ale "Małorusini", "Chachły" i "Rusini" nie znikają. Pierwsze
dwa określenia pojawiają się zawsze wtedy, gdy rosyjskie elity chcą
podkreślić swoje "starszeństwo" i utwierdzić własny monopol na
przeszłość i teraźniejszość Ukrainy oraz całej Europy Wschodniej.
Natomiast "Rusini" i "ruski" pozostają w aktywnym użyciu na Zakarpaciu i na terenach, które znajdowały się poza radziecką Ukrainą (okolice
Preszowa na Słowacji).
Ta krótka historia "Rusi" i nazw od niej pochodnych odzwierciedla długą
ewolucję od plemion do nowoczesnych państw. Krzywa tej ewolucji
przypomina zawikłany labirynt, w którym jedna i ta sama nazwa mogła
oznaczać różne rzeczy, a jedna i ta sama rzecz mogła mieć różne nazwy.
Od chwili powstania Imperium Rosyjskiego jego elity proponują drogę na
skróty: "Rosja zawsze była Rusią!". Obstają one przy własnym monopolu i "prawach autorskich" do przeszłości i teraźniejszości całej Europy
Wschodniej. Dwie rzeczy pozwalają jej wprowadzać w błąd resztę świata.
Po pierwsze, Imperium Rosyjskie, dawne Carstwo Moskiewskie, utrzymało
dynastię ruską i dlatego mogło prezentować się jako jedyny prawowity
spadkobierca Rusi. Obecnie, po tym jak Rosja przestała być monarchią,
taka legitymizacja wygląda co najmniej dziwnie. Po drugie, języki
światowe nie nadążają za zmianami. W szczególności we współczesnym
języku angielskim, niemieckim, francuskim, "Ruś" i "Rosja" brzmią tak
samo. Nawet w pracach znanych zachodnich historyków można trafić na
takie niezręczne terminy jak Kievian Russia (Kijowska Rosja) czy samo
Russia. Bardziej wrażliwi historycy próbują pisać "Ruś" i "ruski" jako
Rus, Rusian (przez jedno s), Ruthenian, Ruthenische,
Reusische, a po rosyjsku - "роуский" ("rouskij"). Na razie jednak taki
zapis nie przyjął się powszechnie: stare nawyki wymierają powoli.
Dla naszej opowieści ważne jest wszakże zrozumienie, że "ruski" nie był
tożsamy z "rosyjskim". "Ruś" i "ruski" były jak dwie kostki do gry,
które mogły dawać różne kombinacje i, odpowiednio, różne znaczenia. W wielu przypadkach mogły być one bliskie temu, co dziś nazwalibyśmy
Ukrainą i ukraińskim. Przykład takiej bliskości napotykamy w jednym z najwcześniejszych dokładnych opisów naszego regionu. Sporządził go w 1584 roku Sebastian Fabian Klonowic w poemacie Roksolania:
Od zarania Ruś sławna z nieprzebytych lasów
sąsiaduje z bliskimi ziemiami Litwy,
a puszcze sięgają do granic surowej Moskwy
w odległych i niezmierzonych przestrzeniach.
Ocean stężały śniegami i wiecznym lodem
odcina Ruś od władztwa Boreasza.
Bóg ją Alpami odgrodził od Auzonii brzegów,
On Pont od wschodnich oddzielił Getów.3
"Roksolania" to poetycka forma nazwy "Ruś". Jej terytorium pokrywa się w przybliżeniu z granicami dzisiejszego terytorium Ukrainy. Potwierdza to
między innymi lista miast opisanych w poemacie Klonowica: Przemyśl,
Lwów, Łuck, Kamieniec Podolski, Kijów. Poeta wyraźnie dostrzega różnicę
między Roksolanią ("Rusią sławną", "ruską krainą") a Rosją ("surową
Moskwą"). Są one od siebie oddzielone "nieprzebytymi lasami" (w ówczesnych południoworuskich tekstach Carstwo Moskiewskie występuje jako
"Zalesie", czyli terytorium oddzielone lasami). Południowe granice
Roksolanii Klonowic hojnie rozciąga aż po Morze Czarne (Pont Euksyński).
Dzisiejszym czytelnikom zapewne trudno zrozumieć, jak Roksolania mogła
rozciągać się aż po "bliskie ziemie Litwy": gdzie miejsce na Białoruś?
Tutaj możliwe są dwa wytłumaczenia. Pierwsze: "Litwinami" w Rusi
nazywano wtedy przodków dzisiejszych Białorusinów; drugie: przodkowie
dzisiejszych Białorusinów także byli Rusinami i stanowili część
Roksolanii. W pierwszym wypadku "ziemie Litwy" obejmują także ziemie
białoruskie, w drugim - tylko etniczne litewskie. Który z tych
przypadków ma na myśli Klonowic, nie wiemy: termin "Litwa", tak samo jak
"Ruś" i "Ukraina", miał więcej niż jedno znaczenie.
Całkowicie może jednak zbić z tropu dzisiejszych czytelników wers: "Bóg
ją Alpami odgrodził od Auzonii brzegów". "Auzonia" to starożytna nazwa
Włoch. Jak Roksolania może graniczyć z Włochami, i co tu robią Alpy?
Jednak i tu można się domyślić, w czym rzecz, jeśli pamiętać o skłonności poetów do przesady. Dlatego Karpaty zostały nazwane "Alpami".
W językach starosłowiańskich wszystkie ludy posługujące się językami
romańskimi nazywano "Wołochami". Dzisiejsze "Włochy", "Włosi" brzmią tak
samo jak "Wołosi" - dzisiejsze "Rumunia", "Rumuni". Jeśli więc Karpaty
stały się "Alpami", to dlaczego by nie podnieść ojczyzny Wołochów do
statusu Włoch? Czytelnik z łatwością zrozumie istotę tych podmian, jeśli
przyjrzy się mapie Beauplana: Karpaty oddzielają na niej ziemie ruskie
od Wołoszczyzny (dzisiejszej Rumunii).
Poemat Roksolania opisuje szesnastowieczny stan rzeczy i na jego
podstawie można założyć istnienie wspólnej ukraińskiej przestrzeni.
Podobny opis podaje również Iwan Pieriewierziew, nauczyciel z Ukrainy
Słobodzkiej - czyli z ukraińsko-rosyjskiego pogranicza - dwa wieki po
Klonowicu. W 1788 roku pisał on, że kiedy mieszkańcy wielkiej
przestrzeni od Galicji po Don przychodzili na pielgrzymkę do Kijowa, to
mimo różnic obyczajów, dialektów, a nawet wyznania (prawosławni i grekokatolicy) postrzegali się nawzajem nie jako obcy, tylko jako krewni
(odnorodcy).
Zarówno Klonowic, jak i Pieriewierziew byli ludźmi wykształconymi.
Niewiele jednak wiemy o tym, jak postrzegali siebie ludzie, którzy nie
umieli ani czytać, ani pisać i dlatego nie pozostawili "papierowych
śladów". Możemy liczyć tylko na pojedyncze, fragmentaryczne świadectwa.
One zaś pokazują znany już obraz chaosu terminologicznego. Oto przykład:
na początku XX wieku przeprowadzono ankietę wśród czterystu dwudziestu
robotników cukrowni Ukrainy Centralnej. Trzystu dziewiętnastu określiło
się jako "Ruscy", szesnastu jako "Małorusini", a czterdziestu trzech
jako "Białorusini". Nie oznacza to, że należeli oni do trzech różnych
narodów. Najprawdopodobniej wchodzili w skład jednego narodu, tylko
użyli różnych nazw na jego określenie. Za "Białorusinów" uważali się ci,
którzy sądzili, że rozmawiają w języku "białego" (czyli rosyjskiego)
cara. Jaki to był język, tego powiedzieć nie potrafili. Część
twierdziła, że ich język jest "prawosławny", część w ogóle nie umiała
odpowiedzieć na to pytanie. Taki chaos przetrwał co najmniej do
pierwszych dekad XX wieku. Zaledwie sto lat temu, w 1918 roku, anonimowy
brytyjski agent donosił z Ukrainy Ministerstwu Wojny o nastrojach wśród
miejscowego chłopstwa:
Kiedy zapytać w Ukrainie prostego chłopa o jego narodowość, odpowie, że
jest prawosławny; kiedy zaś zmusi się go, by powiedział, czy jest
Wielkorusinem, Polakiem, czy Ukraińcem, odpowie, że jest chłopem; jeśli
zaś dopytywać się, w jakim mówi języku, odpowie, że "po tutejszemu".
Można oczywiście usłyszeć od niego, że jest "Ruskim", ale trudno uznać,
by takie oświadczenie mówiło coś o jego stosunku do ukraińskości; chłop
po prostu nie myśli o swojej przynależności narodowej w takich
kategoriach jak inteligencja.
Tradycja i nowoczesność
Większość z przytoczonych wcześniej przykładów ilustruje złotą regułę
historyków: "Przeszłość to inny kraj. Tam wszystko działa inaczej". Oto
jedna z podstawowych różnic: w przeszłości pochodzenie etniczne czy
przynależność narodowa nie miały takiego dużego znaczenia, jakie obecnie
im przypisujemy. Gdybyśmy w przeszłości spytali mieszkańców dowolnego
terytorium, kim są, pierwsze trzy odpowiedzi brzmiałyby: "jesteśmy
tutejsi", "jesteśmy takiej a takiej religii", "jesteśmy takiego a takiego stanu" (chłopi, mieszczanie, rzemieślnicy - kowale, młynarze
itd., a niewolnicy czy chłopi pańszczyźniani mogliby wymienić imię
swojego właściciela albo pana na majątku). Wspomniane wyżej doniesienie
brytyjskiego agenta dobrze ilustruje tę zasadę. Jest to w pewnym sensie
normalny sposób myślenia naszych przodków.
Dla nas, współczesnych ludzi, trudno to zrozumieć. Żyjemy w świecie
dokumentów. Mierzą nam wzrost, opisują kolor oczu, sprawdzają, w jakim
języku rozmawiamy, jakie osiągamy dochody itp. - a potem umieszczają te
informacje w dokumencie tożsamości. Albo gromadzi je Google. Na
podstawie tych danych określane są nasze kwalifikacje zawodowe,
lojalność wobec władzy, siła nabywcza i inne. Powiedzenie z epoki
stalinizmu: "Nie ma dokumentu, nie ma człowieka", dość precyzyjnie
oddaje tę cechę nowoczesności.
W świecie przednowoczesnym łatwo było spędzić całe życie, nie posiadając
dokumentów. Tożsamość zależała od stosunków nie tyle między ludźmi, ile
między ludźmi a Bogiem. Dlatego można było swobodnie obejść się bez
Google'a - bo nie Google, lecz Bóg był wszechwiedzący. Oto przykład:
jeszcze trzy-cztery pokolenia temu większość ludzi mieszkała na wsi i mało kto znał swoją datę urodzenia. Za to wszyscy znali swój dzień
imienin: dzień chrześcijańskiego świętego czy świętej, na którego czy
której cześć dano im imię. Jeśli dziewczynka urodziła się na początku
stycznia, w drugiej połowie sierpnia, na początku września albo w połowie października - kiedy w chrześcijańskim kalendarzu były święta
Maryi Panny - otrzymywała imię Marija. Jeśli zaś chodzi o imiona męskie,
to w cerkiewnym kalendarzu najczęściej występował dzień Świętego Iwana
(Jana). Z tego powodu określenie "Iwany" stało się nazwą zbiorową dla
Ukraińców i Rosjan ("naród Iwanów"). Jeśli chłopiec urodził się na
początku marca, to podobnie jak Taras Szewczenko mógł otrzymać imię na
cześć prawosławnego świętego - konstantynopolskiego patriarchy
Tarazjusza (784-806), którego dzień przypadał na 10 marca.
Wszystkie te imiona wskazywały, że chłopi należą do wiary
chrześcijańskiej - w przeciwieństwie na przykład do Żydów, którzy
nadawali dzieciom imiona ze Starego Testamentu (Abraham, Mojżesz, Sara
itp.). Chrześcijan i Żydów łączyło jedno: ich tożsamość była, rzec by
można, wertykalna - to znaczy wynikała ze stosunków między nimi a Bogiem. We współczesnym świecie niemal zaprzestano obchodzenia imienin -
zamiast nich świętujemy urodziny w dniu zapisanym w dokumentach. Kościół
jest oddzielony od państwa. Dlatego w oficjalnych dokumentach wyznanie
danej osoby wspominane jest rzadko, jeśli w ogóle. Posiadaczem
ukraińskiego paszportu może być zarówno prawosławny, grekokatolik, Żyd,
jak i Tatar krymski czy ateista. Nasze tożsamości odnotowywane są w wielu różnych dokumentach. I spośród wszystkich możliwych tożsamości na
pierwszy plan często wysuwa się tożsamość narodowa: tego państwa, które
dało nam paszport.
Przejście od identyfikacji religijnej wertykalnej (człowiek - Bóg) do
horyzontalnej narodowej (człowiek - człowiek) oznaczało radykalne
przewartościowanie dawnych tożsamości. W dzisiejszym społeczeństwie
dzieciom można nadawać imiona niewystępujące w chrześcijańskich źródłach
- na przykład "pogańskie" imiona kijowskich książąt. Tradycja ich
nadawania pojawiła się dopiero w połowie XIX wieku. Właśnie wtedy
popularność zyskują takie imiona jak Wołodymyr, Jarosław, Ihor, Olha -
najpierw w rodzinach świadomej narodowo inteligencji, a z czasem także
wśród mieszczan i chłopów.
Zmieniają się nie tylko imiona ludzi, lecz także nazwy ludów - w miarę
jak z tradycyjnych wspólnot religijnych przemieniają się one w nowoczesne świeckie narody. Prusowie i Bawarczycy stają się Niemcami,
Żmudzini - Litwinami, Litwini - Białorusinami, Moskowici (Moskale) -
Rosjanami, Wołosi - Rumunami, a austriaccy Rusini i rosyjscy Małorusini
- Ukraińcami.
Te zmiany powodowały i powodują spory. Na przykład Białorusini spierają
się z Litwinami, kto ma większe prawa do historycznej nazwy "Litwini";
Ukraińcy twierdzą, że Rosjanie "ukradli" ich nazwę, bo Moskwa ma tyle
samo wspólnego z Rusią ile dzisiejsza Rumunia (Romania) ze starożytnym
Rzymem (Roma); Rosjanie z kolei zapewniają, że Ukraińcy to sztuczny
naród, wymyślony w XX wieku przez niemiecki sztab generalny, Polaków,
bolszewików, żydomasonów itd. - bo wcześniej nazywano ich
"Małorusinami".
Jeśli zapomnieć na moment o politycznym wydźwięku tych waśni, to warto
podkreślić, że wyrastają one z błędnego założenia o niezmienności nazw.
W rzeczywistości wszystko na świecie jest zmienne. Bez tych zmian nadal
żylibyśmy, jak stwierdza historyk, w świecie, w którym jedna trzecia
dzieci nie dożywa piątych urodzin, a wiele kobiet umiera przy porodzie;
gdzie wielu jest despotów, ale mało (albo wcale) uniwersytetów, banków,
fabryk, okularów, kominów oraz pianin. I - dodam od siebie - dokumentów
tożsamości, i stabilnych tożsamości narodowych.
Konceptualizacja tych zmian nie jest łatwa. W przypadku różnych narodów
i na rozmaitych kontynentach te zmiany zachodziły z różną intensywnością
i w różnych okresach. Mogły być przemianami naturalnymi, a mogły zostać
zaimportowane wskutek globalizacji i kolonizacji. Ogólny ich charakter
można opisać krótkim określeniem: modernizacja. Ale również ono
potrzebuje osobnych wyjaśnień, czym jest nowoczesność i czym się różni
od świata przednowoczesnego.
Niekiedy tę różnicę opisuje się za pomocą przeciwstawień (dychotomii). W świecie przednowoczesnym większość ludzi mieszka na wsi i żyje z pracy
na roli, w świecie nowoczesnym - w miastach i pracuje w przemyśle. W świecie przednowoczesnym czytać umieją nieliczni, w nowoczesnym - tylko
nieliczni nie umieją czytać. Świat przednowoczesny charakteryzuje się
niską mobilnością społeczną i geograficzną: kto się chłopem urodził,
jako chłop umrze, przy czym najprawdopodobniej w tej samej wsi - jak
mówi pieśń o herszcie opryszków Aleksym Doboszu (Dowbuszu): "Gdziem się
rodził, tam i zginę". W świecie nowoczesnym chłopskie dzieci czy wnuki
mogą rozstać się z małą ojczyzną swoich przodków i zostać profesorami,
poetami, dowódcami armii, a nawet przywódcami supermocarstw (jak choćby
trzej ostatni sekretarze generalni partii komunistycznej Związku
Radzieckiego: Chruszczow, Breżniew i Gorbaczow, albo amerykański
prezydent Barack Obama).
Dychotomie pomagają porządkować myślenie. Kiepsko jednak nadają się do
opisywania rzeczywistości. Na przykład przeciwstawienie "wiejski /
miejski" jest jednym z kluczowych haseł do opisu przejścia od świata
przednowoczesnego do nowoczesnego. Uważa się, że społeczeństwo staje się
nowoczesne wtedy, gdy odsetek osób mieszkających w miastach osiąga 50 i więcej procent. Jeśli trzymać się tego kryterium, to Ukraina stała się
nowoczesnym krajem dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, a cały
świat - dopiero na początku pierwszej dekady kolejnego stulecia.
Dochodzimy do wniosku formalnie poprawnego, ale w istocie pozbawionego
sensu: nowoczesność zaczęła się zaledwie kilkadziesiąt lat temu!
Inna trudność polega na tym, że te kryteria mogą być różne dla różnych
społeczeństw. Dajmy na to, mówiąc o odsetku ludności miejskiej, trzeba
wziąć pod uwagę to, że w różnych krajach różnie definiuje się wielkość
miasta. W XIX wieku w Europie wahała się ona od dwóch tysięcy
mieszkańców w Irlandii, Niemczech i we Francji do dwudziestu tysięcy w Niderlandach. Odpowiednio 50 procent ludności miejskiej w Irlandii to
zupełnie co innego niż 50 procent ludności miejskiej w Niderlandach.
Kryteria, których często używamy jako uniwersalnych, są w istocie
kryteriami odnoszącymi się do konkretnego społeczeństwa. Jeśli chodzi o nowoczesność, takie społeczeństwo można opisać wzorem WASP - White
Anglo-Saxon Protestant. To właśnie angielskie społeczeństwo uważane
jest za ojczyznę nowoczesności. Pytanie brzmi: czy można według tych
kryteriów mierzyć społeczeństwa, w których większość mieszkańców nie
jest ani Anglosasami, ani protestantami, ani nawet białymi?
Żeby wyjść z tego ciasnego pasażu dychotomii i kryteriów, warto
przesunąć akcent z cech obiektywnych (tych, których można dotknąć i które można policzyć) na cechy subiektywne (te, które istnieją w naszych
głowach). Zacznijmy od historii samego terminu "nowoczesny". Pochodzi on
z łaciny od słowa modo - niedawny. Po raz pierwszy pojawił się dopiero
po upadku starożytnego Rzymu, w VI wieku, i należał do tak zwanej łaciny
wulgarnej (ludowej). Już samo pochodzenie sugeruje odcień znaczeniowy.
Łacina ludowa była uważana za gorszą od klasycznej. Odpowiednio -
"nowoczesny" oznaczało coś, o czym z góry wiadomo, że jest niższej
jakości. Wszystko nowe ("nowoczesne") przegrywało w porównaniu ze
"starymi dobrymi czasami". Homines novi (nowi ludzie) oznaczało mniej
więcej to samo co francuskie nouveaux riches (nuworysze) czy rosyjskie
"nowyje russkije", albo ukraińskie "nowi Ukraińcy": ludzie bez manier.
To, co nowoczesne, miało prawo istnienia tylko wtedy, kiedy próbowało
naśladować starożytne wzorce. Francesco Petrarca pytał retorycznie:
"Czymże jest historia, jeśli nie pochwałą (starożytnego) Rzymu?".
"Nowoczesność" radykalnie zmieniła znaczenie, z negatywnego na
pozytywne, w ciągu ostatnich trzystu-czterystu lat. Początki tej zmiany
widać w tak zwanym sporze starożytników z nowożytnikami, toczonym w XVII-XVIII wieku przez francuskich i brytyjskich pisarzy. Starożytnicy
Jean de La Fontaine, Jonathan Swift i inni twierdzili, że szczyt rozwoju
ludzkiej cywilizacji przypada na starożytne Grecję i Rzym; wszystko, co
powstało później, było mniej wartościowe. Nowożytnicy podkreślali
natomiast znaczenie odkryć naukowych. Niewykluczone, mówili, że Homer,
Platon czy Wergiliusz rzeczywiście pozostają niedoścignieni, ale
Archimedes i Ptolemeusz nie wytrzymują porównania z Kopernikiem czy
Newtonem.
Od XIX wieku "nowoczesne" i "starożytne" ostatecznie zamieniają się
miejscami. W wyobrażeniach wykształconych ludzi nowoczesność niesie w sobie obietnicę zmian na lepsze. Żeby być nowoczesnym, nie trzeba
koniecznie żyć w przemysłowym, zurbanizowanym, wykształconym itd.
społeczeństwie - wystarczy pragnąć, by twoje społeczeństwo stało się
przemysłowe, zurbanizowane i wykształcone. Jeśli tradycjonaliści to ci,
którzy są wierni tradycji, to modernistami są ci, którzy wierzą w lepszą
przyszłość. Nowoczesność zaczyna się wtedy, gdy ludzie zaczynają wierzyć
w zmiany i pragnąć zmian.
Tak jak każda dychotomia, przeciwstawienie "tradycyjna wspólnota /
nowoczesne społeczeństwo" ma swoje ograniczenia. W szczególności nie
oznacza ona, że nowoczesne społeczeństwa żyją bez tradycji i ich
znajomości. Żadne społeczeństwo nie może istnieć bez tradycji i nowoczesne nie jest wyjątkiem. A jeśli mu ich brakuje, to je wymyśla -
jak na przykład przywołaną już tradycję nadawania dzieciom książęcych
imion. Dlatego XIX wiek bywa też nazywany wiekiem "wynajdywania
tradycji". Główną cechą nowoczesności nie jest obecność czy brak
tradycji, tylko sposób, w jaki te tradycje są przekazywane. W tradycyjnym społeczeństwie syn uczy się orki, pracując w polu z ojcem;
córka uczy się prowadzenia gospodarstwa, pomagając matce; uczeń
rzemieślnika uczy się rzemiosła w pracowni swojego mistrza... Tradycyjny
sposób przekazywania wiedzy jest ustny i osobisty. Ojciec zna syna,
matka - córkę, mistrz - ucznia, i nauka nie wymaga ani podręczników, ani
nawet umiejętności czytania. Nowoczesne społeczeństwo zaś potrzebuje
oświaty. Żeby robotnicy w fabryce czy warsztacie opanowali operacje
technologiczne, muszą mieć choćby minimalne wykształcenie. Produkcja
przemysłowa także nie może istnieć bez szkół masowych, a masowo można
uczyć dzieci tylko dzięki podręcznikom w języku, który jest dla nich
zrozumiały. W tym celu różne dialekty i gwary muszą zostać sprowadzone
do wspólnego, zunifikowanego i zestandaryzowanego języka, nazywanego
językiem literackim.
Nowoczesne elity musiały dbać o język, bo od tego zależy siła gospodarki
i - odpowiednio - ich władza. Nowoczesne państwo "żeni się" z kulturą
ludową, a dzieckiem takiego związku jest naród. Tradycyjne społeczeństwo
mogło obejść się bez narodów - nowoczesne bez narodów obejść się nie
może. Nie wyklucza to możliwości istnienia w świecie przednowoczesnym
wspólnot protonarodowych. Sygnały ich istnienia widzimy w poemacie
Roksolania Klonowica czy w dziele Topograficzeskoje opisanije [Opis
topograficzny] Iwana Pieriewierziewa. Ale były to raczej narody "w sobie" niż narody "dla siebie". Wiedziały, kim nie są, ale nie umiały
powiedzieć, kim są. Aby naród "w sobie" stał się narodem "dla siebie",
potrzebne są książki, dokumenty tożsamości, mapy, szkoły itp. -
wszystkie te elementy nowoczesnego świata, które kodyfikują tożsamości
narodowe i nadają im masową skalę.
Różnicę między narodem "w sobie" a narodem "dla siebie" można opisać
także innym przeciwstawieniem: "lud" i "naród". Lud istnieje sam przez
się - tak jak rośnie trawa czy drzewa. Natomiast narody same przez się w przyrodzie nie występują. Trzeba je pielęgnować, tak jak trawniki czy
ogrody. W związku z tym nowy produkt potrzebuje nowej nazwy. Któż by
nazywał Ogrodem Luksemburskim czy Zofiówką lasy, które istniały
wcześniej na ich miejscach?!
Centralnymi postaciami w przemianie ludów w narody są "ogrodnicy"
szczególnego rodzaju - poeci, pisarze, krytycy literaccy, historycy,
geografowie, filolodzy i inni szacowni reprezentanci elit. Wysławiają
oni przeszłość narodu i przepowiadają mu jeszcze wspanialszą przyszłość,
wyznaczają jego granice i rysują mapy, piszą narodową historię, tworzą
gramatykę języka narodowego, a przede wszystkim - wybierają albo
wymyślają nazwę swojego narodu. Dopóki nie dojdą do porozumienia, jak go
nazywać, będzie panował chaos terminologiczny.
Można dość precyzyjnie wskazać, kiedy ten chaos się skończył: w ostatnich dekadach XIX wieku. Do tamtego okresu nie ma zgody odnośnie do
nazw większości narodów słowiańskich, z wyjątkiem Polaków i Rosjan. W ukraińskim przypadku terminy "ruski", "małoruski" i "ukraiński" mogą
występować jako synonimy, ale mogą też wzajemnie się wykluczać. Na
przykład anonimowy autor (lub autorzy) Istorii Rusow [Historii
Rusów], patriotycznego tekstu, który w pierwszej połowie XIX wieku
cieszył się popularnością wśród potomków ukraińskiej starszyzny
kozackiej, nie zgadzał się na zmianę nazwy swojej ojczyzny z "Rusi" na
"Ukrainę", bo jego zdaniem nazwę "Ukraina" wymyślili "bezwstydni i złośliwi polscy i litewscy bajarze". Po raz pierwszy termin
"rusko-ukraiński" pojawia się w połowie XIX wieku. Ukuł go galicyjski
ruski poeta Iwan Huszałewycz podczas Wiosny Ludów (1848-1849) dla
podkreślenia jedności Rusi Halickiej "z brzegów Dniestru" z Ukrainą "z brzegów dnieprowych". W 1890 roku termin ten pojawia się w nazwie
pierwszej ukraińskiej partii politycznej (Rusko-Ukraińska Partia
Radykalna), a w 1898 roku trafia do tytułu pierwszej historii
akademickiej - Istorii Ukrajiny-Rusi [Historii Ukrainy-Rusi]
Mychajła Hruszewskiego. Pod koniec pierwszej wojny światowej na gruzach
imperiów austro-węgierskiego i rosyjskiego powstają państwa, które mają
w swoich nazwach przymiotnik "ukraiński": Ukraińska Republika Ludowa,
Państwo Ukraińskie, Zachodnioukraińska Republika Ludowa, Ukraińska
Socjalistyczna Republika Radziecka. W okresie międzywojennym nazwy
"Ukraińcy, ukraiński" stopniowo wypierają "Rusinów, Ruskich" i po
drugiej wojnie światowej, po radzieckim zjednoczeniu wszystkich
ukraińskich ziem w składzie Ukraińskiej SRR, "Ukraina" staje się
powszechnie przyjętą normą.
Najkrócej rzecz ujmując, całą naszą długą opowieść o nazwach można
sprowadzić do następującej formuły: "Ruś" to zasadniczo nazwa
tradycyjnej wspólnoty, "Ukraina" to zasadniczo nazwa nowoczesnego
społeczeństwa. W tym sensie powstawanie Ukrainy było potrójne: z ludu -
naród, z tradycyjnego społeczeństwa - nowoczesne, z Rusi - Ukraina.
Ta formuła jest oczywiście uproszczona i wymaga uzupełnień.4 Wady tej
formuły są jednak rekompensowane przez jej podstawową zaletę: nadaje ona
sens terminologicznemu nonsensowi.
Nasza dyskusja o nazwach odsuwa na drugi plan inne, nie mniej istotne
pytania: z jakiego materiału są utworzone społeczeństwa, których nazwy
omawiamy? Jaki jest przekazywany z pokolenia na pokolenie kapitał
społeczny - wartości zbiorowe, stosunki międzyludzkie, stosunki między
społeczeństwem a władzą? Czy (i w jakim stopniu) ten kapitał ulega
zmianom przy każdym takim przekazaniu?
Autor tych słów jest zwolennikiem tezy nie aż tak chyba popularnej czy
modnej wśród współczesnych historyków i socjologów, ale lepiej jego
zdaniem opisującej naszą rzeczywistość: między światem tradycyjnym a światem nowoczesnym istnieje więcej związków, niż nam się wydaje. Te
związki z przeszłością odgrywają znaczącą rolę w tym, że przez ostatnie
trzydzieści lat byłe kraje komunistyczne po upadku komunizmu podążają
tak różnymi trajektoriami. A zwłaszcza tłumaczą one szczególne cechy
rozwoju Ukrainy - zarówno dobrodziejstwa, które odziedziczyła, jak i problemy, z którymi sobie nie radzi.
O tym właśnie traktuje reszta książki.
"Komu się na Rusi dobrze dzieje?" - pytał w latach siedemdziesiątych XIX
wieku rosyjski poeta Nikołaj Niekrasow. Zmarł, nie udzieliwszy
odpowiedzi. Gdyby nawet jej udzielił, to dotyczyłaby ona również jego
samego: na pewno nie poetom. Bycie poetą jest na Rusi zaszczytne, ale
niebezpieczne. Jak ironizował Osip Mandelsztam: "Poezję szanuje się
tylko u nas, skoro się za nią zabija. Nigdzie indziej nie zabijają za
poezję". Losy Mandelsztama były potwierdzeniem jego słów: zmarł w gułagu
w 1938 roku.
Nikt nie próbował policzyć, ilu jeszcze, oprócz Mandelsztama,
rosyjskich, ukraińskich, gruzińskich, kazachskich i innych poetów
zginęło w Imperium Rosyjskim i w ZSRR. Śmiało można przyjąć, że ich
liczba idzie w setki, jeśli nie w tysiące. Tylko w radzieckiej Ukrainie
w latach trzydziestych XX wieku ofiarami represji padło 85 procent (223
spośród 260) poetów, pisarzy i krytyków literackich. Po śmierci Stalina
w 1953 roku represje straciły skalę masową. Ale nie wyhamowały
całkowicie i wśród wszystkich represjonowanych w latach 1960-1980 poeci
i pisarze jako grupa nadal zajmowali jedno z pierwszych miejsc.
Ukraiński poeta Wasyl Stus po raz pierwszy został aresztowany w 1972
roku i skazany na pięć lat więzienia oraz trzy lata zesłania. Jesienią
1979 roku wrócił do Kijowa. Krótko pozostawał na wolności. Przyłączył
się do Ukraińskiej Grupy Helsińskiej i "zarobił" drugi areszt. W maju
1980 roku został skazany na piętnaście lat więzienia i zesłania. Kiedy
wysyłano go do zony, w sąsiedniej Polsce rozpoczęły się strajki
robotnicze i powstał wielomilionowy związek zawodowy "Solidarność".
Komunizm trwał zarówno w Ukrainie, jak i w sąsiedniej Polsce. Tyle że w Polsce był on znacznie łagodniejszy: poetów nie represjonowano tam
dziesiątkami, w miejscowych bibliotekach można było czytać książki i czasopisma zakazane w ZSRR, polscy chłopi nie znali kołchozów, Warszawa
była jedyną komunistyczną stolicą, w której koncert zagrali The Rolling
Stones, Kościół katolicki miał większe wpływy niż polscy komuniści, a w 1978 roku krakowski kardynał Karol Wojtyła został pierwszym słowiańskim
papieżem.
Stus zachwycał się Polską. W totalitarnym komunistycznym świecie -
notował w swoich zapiskach pod tytułem Taborowyj zoszyt [Zeszyt
obozowy] - nie ma drugiego narodu, który z takim poświęceniem broniłby
swoich praw ludzkich i narodowych. Przewidywał, że Polska położy kres
komunizmowi, i żałował, że sam nie jest Polakiem. Szczególnie zajmowało
go pytanie, czy "polski przykład stanie się też naszym". Uważał, że
Ukraińcy pod względem psychologicznym są najbliżsi Polakom. Ale brakuje
im najważniejszego - narodowego patriotyzmu.
Tymczasem w radzieckiej Ukrainie władze przygotowywały jubileusz
1500-lecia Kijowa. To data wyssana z palca: nikt nie wiedział dokładnie,
kiedy miasto zostało założone. Władza radziecka wymyśliła ten jubileusz
jako przeciwwagę dla tysiąclecia chrztu Rusi z 988 roku. Wszystko to
stało się dla Stusa impulsem do przemyślenia na nowo wpływu
prawosławnego chrześcijaństwa na Ukrainę. Tak pisał o chrzcie Rusi:
"Uważam, że to był pierwszy błąd - obrządek bizantyńsko-moskiewski,
który nas, najbardziej wschodnią część Zachodu, przyłączył do Wschodu.
Nasz indywidualistyczny, zachodni duch, podparty despotycznym
bizantyńskim prawosławiem, ostatecznie nie zdołał się uwolnić z tej
dwoistości ducha, dwoistości, która później zaowocowała hipokryzją".
Słowa Stusa przypominały wnioski znanego rosyjskiego bizantynisty
Alexandra Kazhdana [Aleksandra Każdana]. W 1978 roku zezwolono mu jako
Żydowi na opuszczenie ZSRR. Osiadł w USA, pracował na Uniwersytecie
Harvarda. Tam, podsumowując swoją karierę naukową, napisał:
Kiedy myślę o Bizancjum, o jego znaczeniu dla człowieka XX wieku, zawsze
wracam do jednej i tej samej idei - Bizancjum pozostawiło nam unikalne
doświadczenie europejskiego totalitaryzmu. Dla mnie Bizancjum to nie
tyle kolebka prawosławia czy strażnik skarbów starożytnej Hellady, ile
tysiącletnie laboratorium doświadczeń totalitarnych. Bez ich zrozumienia
nie jesteśmy w stanie zobaczyć naszego własnego miejsca w historii.
Wasyl Stus zmarł w obozie w Rosji 4 września 1985 roku. Według
oficjalnej wersji przyczyną śmierci było zatrzymanie akcji serca, według
innej - doprowadzili do niej więzienni nadzorcy. Niecałe cztery lata
później, zgodnie z przewidywaniami Stusa, właśnie od Polski zaczął się
upadek komunizmu. W czerwcu 1989 roku Solidarność wygrała pierwsze
demokratyczne wybory i stworzyła niekomunistyczny rząd. Rewolucyjna fala
ruszyła dalej na wschód. We wrześniu 1989 roku w Kijowie odbył się zjazd
założycielski Ludowego Ruchu Ukrainy, który wzorował się na
Solidarności.
Po długich latach komunistycznej izolacji radziecka Ukraina zaczęła się
otwierać na świat zewnętrzny. Latem 1990 roku przyjechał do Kijowa na
międzynarodową konferencję naukową harwardzki profesor, bizantynista
Ihor Ševčenko. Urodził się w międzywojennej Warszawie, w rodzinie
petlurowskiego oficera, a po wojnie wyemigrował do USA. Do Kijowa,
miasta młodości swojego ojca, przybył po raz pierwszy. Obserwując
przemiany w ukraińskiej stolicy, doszedł do wniosku:
Bizantyńskie dziedzictwo [...] wraz z późniejszymi, rozciągniętymi w czasie tendencjami [...] mogą wśród gwałtownych przemian odsunąć się na
drugi plan, ale ich skutki nie znikną w ciągu jednej nocy.
Losy Wasyla Stusa, Alexandra Kazhdana i Ihora Ševčenki potoczyły się
różnie. Ale wszyscy trzej doszli do wspólnego wniosku: to, że kijowski
książę Włodzimierz w 988 roku przyjął chrześcijaństwo z Konstantynopola,
a nie - jak Polacy - z Rzymu, miało wielki wpływ na narody, które przez
następne tysiąc lat pozostawały w cieniu prawosławnej cywilizacji
bizantyńskiej.
Między światem cywilizowanym a barbarzyńskim
Historia każdego kraju jest związana z jego geografią. Mało kto ma
świadomość tego, że Ukraina jest jednym z nielicznych krajów na świecie,
w których produkuje się koniak. Koniak (czy dokładniej: brandy) to
wynalazek XV wieku. Wcześniej głównym produktem z winogron było wino.
Ale również tu Ukraina znajduje się na czele stawki: zalicza się ona do
dwudziestu pięciu największych światowych producentów wina. Innymi
słowy, należy do krajów, których klimat i gleby pozwalają na uprawę
winorośli.
Położenie geograficzne krajów, w których krzewy winne rosną od dawna,
jest oczywiste - to okolice Morza Śródziemnego. Kultura uprawy winorośli
rozpoczęła się w ich południowo-wschodniej części, dziś nazywanej Azją
Zachodnią albo Bliskim Wschodem. Tak zwany Żyzny Półksiężyc, obszar
między Morzem Śródziemnym a Zatoką Perską, nawadniany przez Tygrys,
Eufrat i Nil, był ojczyzną pierwszych cywilizacji znających pismo.
Jednak o wiele wcześniej ziemie te stały się ojczyzną pszenicy, żyta i innych zbóż, udomowionych około 10 tysięcy lat temu, podczas
najwcześniejszej rewolucji w historii ludzkości - przejścia do
rolnictwa.
Chleb i wino to symbole chrześcijaństwa. W epoce średniowiecza
chrześcijaństwo wyznaczało granice Europy. Samo zaś powstało w otoczeniu
kultury żydowskiej, greckiej i rzymskiej. Nieważne zatem, jaką historię
wybierzemy - gospodarczą, polityczną czy kulturową - ziemie basenu Morza
Śródziemnego pozostaną kolebką cywilizacji europejskiej. Rozciągały się
one od Egiptu na południu do Morza Czarnego na północy, od Gibraltaru na
zachodzie do Kaukazu na wschodzie. Dalej na północ żyli barbarzyńcy. W dawnych czasach linia podziału między cywilizacją a światem barbarzyńców
przebiegała wzdłuż osi północ-południe. Ziemie basenu Morza Śródziemnego
były tym cywilizowanym Południem, które mieściło wszelkie bogactwa
świata: złoto i srebro, wyrafinowane tkaniny, dobre wina. Do tego, rzecz
jasna, książki i biblioteki.
Te ostatnie barbarzyńców niespecjalnie interesowały. Dla tych, którym
pozwalały na to warunki naturalne, podstawą życia była praca na ziemi, a dla całej reszty podstawą było koczownictwo. Obie grupy nawiązywały
między sobą kontakty, a razem stykały się z cywilizowanym Południem
poprzez handel i wojny. Zresztą rozbój i handel niespecjalnie się w owych czasach między sobą różniły. Często były dwiema stronami tej samej
monety, bo wspólnie wchodziły do ogólnego schematu gospodarki, w znacznym stopniu opartej na przemocy. Co charakterystyczne, aż do XVIII
wieku jednym z głównych towarów na śródziemnomorskich targowiskach byli
pojmani niewolnicy przywiezieni z Północy.
Jednocześnie bogactwa Południa działały na północnych barbarzyńców jak
magnes, czego efektem były nieustanne najazdy na cywilizowane ziemie. Za
czasów Imperium Rzymskiego Południe próbowało chronić się przed
barbarzyńcami za pomocą linii umocnień (limes). Ciągnęły się one od
atlantyckich wybrzeży północnej Brytanii przez cały kontynent europejski
aż do Morza Czarnego. W wyobraźni Rzymian limes był czymś więcej niż
tylko linią umocnień. Była to niemal święta granica, której żaden
cywilizowany człowiek nie przekracza bez bardzo ważnego powodu.
Od połowy I tysiąclecia p.n.e. jednym z głównych centrów cywilizacji
śródziemnomorskiej była "Mała Grecja" - półwysep Peloponez i kilka wysp
ubogich w surowce naturalne. Do wykorzystania w rolnictwie nadawało się
tu tylko 25 procent ziemi, resztę zajmowały góry. Niedostatek ziemi i innych zasobów zmuszał ludność do zasiedlania sąsiadujących terytoriów.
Z Peloponezu greccy kolonizatorzy wyruszali na wyprawy po całym basenie
Morza Śródziemnego, a przez odnogi docierali na sąsiednie morza i ich
wybrzeża. Grecka kolonizacja połączyła całe wybrzeże śródziemnomorskie w jeden świat, a późniejsze wyprawy Aleksandra Macedońskiego i rzymskich
dowódców wbudowały je w jedno ciało polityczne.
Podróże morskie były niebezpieczne. Odległość między życiem a śmiercią,
mawiali starożytni Grecy, mierzy się grubością burty statku. Szczególnie
niebezpieczne było Morze Czarne. Tutaj, inaczej niż na Morzu Śródziemnym
czy na Adriatyku, nie ma wysp, na których można się zatrzymać podczas
podróży, a wybrzeża zamieszkują wojownicze plemiona. Starożytni
Hellenowie początkowo nazywali to morze "niegościnnym" (Pont Auksyński).
Potem, żeby zmylić los i bogów, z właściwym dawnym Grekom sprytem,
przemianowali je na "gościnne" (Pont Euksyński).
Dla Greków, a później także dla Rzymian, wybrzeża Morza Czarnego były
ziemią odległą i mało znaną, zamieszkiwaną przez dziwne istoty i plemiona. Miały tu żyć Amazonki - znane z Iliady i z prac Heraklesa
wojownicze plemię kobiet. Tacyt pisał, że na tych ziemiach mieszkają
istoty o ludzkich twarzach i ciałach zwierząt. Wyobrażenie o basenie
Morza Czarnego jako "ojczyźnie barbarzyńców" przeżyło dawnych Greków i Rzymian i weszło do późniejszej kultury europejskiej. Właśnie tu Robert
Howard usytuował swojego bohatera, Conana Barbarzyńcę. Nazwa rzeki
Amazonki (i - odpowiednio - portalu amazon.com) także jest związana z czarnomorską mitologią. Żołnierze Francisca Pizarra, poszukujący
Eldorado w południowoamerykańskiej dżungli, natknęli się na wojownicze
plemię rządzone przez kobiety, które zabijały, kiedy ci próbowali się
wycofać - i nazwali tamtejszą rzekę na cześć czarnomorskiego kobiecego
plemienia.
O ziemiach wokół Morza Czarnego jako części antycznego świata wiemy
przede wszystkim dzięki Herodotowi, "ojcu historii". Zjeździł on i opisał niemal wszystkie śródziemnomorskie okolice. Dlatego jego dzieło
można uznać za pierwszą historię globalną - oczywiście w tych granicach,
w których świat był znany Grekom. Jak każda dobra historia, książka
została skonstruowana z wyjaśniania przyczyn, skutków i powiązań -
wszystkiego tego, co z historii czyni naukę. Jeśli chodzi o mieszkańców
basenu Morza Czarnego, jego porównanie było jasne: miejscowe
barbarzyńskie plemię Scytów osiągnęło to samo co Grecy - pokonało
kilkakrotnie większą armię Persów.
Ale Grecy i Scytowie byli jak ogień i woda. Scytowie nosili płaszcze
uszyte ze skalpów zabitych wrogów. Nie mieli osad, mężczyźni spędzali
życie na koniach, a kobiety i dzieci - na wozach. Wyróżniało ich
pijaństwo ("pije jak Scyta", czyli pije nierozcieńczone wino - Grecy
rozcieńczali wszak wino wodą), rozmowność ("gadatliwy jak Scyta"), brak
gustu (Grecy za cnotę uważali skromność, Scytowie zaś lubili obwieszać
się złotem). Grecy patrzyli na Scytów jak w krzywe zwierciadło. Scytowie
byli tym wszystkim, czym oni sami nie byli i być nie chcieli. Słowem -
barbarzyńcami.
Herodot daleki był od tej wiarygodności, której żądamy od współczesnych
historyków. Oczarowani cywilizacją starożytną, często zapominamy, jakimi
szowinistami (jeśli użyć dzisiejszego terminu) byli starożytni Grecy w stosunku do innych narodów. Ich opowieści często przemilczają przeciwny
kierunek kontaktów grecko-scytyjskich. Nie tylko Grecy przybywali nad
Morze Czarne, ale również Scytowie docierali do Małej Grecji.
Scytowie-żołnierze byli stróżami porządku w Atenach. Scytą był
Anacharsis, jeden z siedmiu największych greckich mędrców, któremu
przypisuje się wynalezienie kotwicy. Za to, że uległ hellenizacji, po
tym jak wrócił do domu, Scytowie zabili go i nigdy nie wspominali jego
imienia. Taki sam los spotkał scytyjskiego cara Scylesa, który próbował
prowadzić podwójne życie Scyta-barbarzyńcy i greckiego kolonisty, aż
wreszcie współplemieńcy odkryli jego sekret i ścięli mu głowę.
Tak czy inaczej, pisaną historię ziem ukraińskich należy zaczynać nie od
Powieści minionych lat, tylko od Historii Herodota.
W Imperium Rzymskim ziemie basenu Morza Czarnego pełniły jeszcze jedną
funkcję: były "rzymską Syberią", czyli służyły jako miejsce zesłania
przestępców i osób niepożądanych. Tu właśnie wygnany został Owidiusz (43
p.n.e.-17 n.e.), kiedy popadł w niełaskę cesarza Augusta za
demoralizowanie rzymskiej młodzieży poezją erotyczną, choć przypuszcza
się, że mogły to być porachunki osobiste. Owidiusz opłakiwał swoje
zesłanie, spędzane na "ziemi sarmackiej" albo w Scytii, gdzie cierpiał z powodu burz, morza i... srogich zim. To klasyczny przykład swobody
poetyckiej (licentia poetica), kiedy w imię pięknego obrazu poeta nie
uważa za grzech uciekania się do przesady albo nawet drobnego kłamstwa.
Nie był to zresztą obyczaj samych tylko poetów. Herodot także opowiadał,
że na ziemiach położonych na północ od Scytii z nieba sypie się pierze,
dlatego nic tam nie widać.
Nie wiemy, gdzie dokładnie znajdowało się miejsce zesłania Owidiusza.
Najprawdopodobniej było to dzisiejsze rumuńskie wybrzeże Morza Czarnego.
W drugiej połowie XVIII wieku nadczarnomorskie stepy zostały podbite
przez Imperium Rosyjskie. Ówczesna rosyjska caryca Katarzyna II
zaangażowała się w projekt stworzenia "Nowej Grecji" i nadała nowo
założonym tamtejszym miastom greckie nazwy. Na przykład przemianowała
tatarskie miasto Adżydier, położone na południe od świeżo założonej
Odessy, na Owidiopol - dosłownie "miasto Owidiusza". To nowe miasto
sąsiadowało z jednym z najstarszych miast regionu - Ophiousą ("miastem
węży", później, za Rzymian, był to Tyras, północny przyczółek imperium;
dzisiejszy Białogród nad Dniestrem).
Innym znanym zesłańcem był jeden z pierwszych rzymskich papieży Klemens
(35-95). W Imperium Rzymskim chrześcijaństwo uważano za przestępstwo,
chrześcijanie byli prześladowani i zabijani. Klemensa zesłano do
krymskich kamieniołomów pod Chersonezem Taurydzkim (w tradycji
słowiańskiej - Korsuniem). Praca w kamieniołomach była wówczas
równoznaczna z wyrokiem powolnej i tragicznej śmierci z wycieńczenia.
Według legendy Klemens nie tylko przeżył, ale także nawrócił na
chrześcijaństwo kilku więźniów i strażników. Został za to utopiony z kotwicą na szyi, by współwyznawcy nie odnaleźli relikwii i nie oddawali
im czci. Morze jednak zwróciło jego umęczone zwłoki.
Cudowne relikwie papieża Klemensa były przechowywane w Chersonezie. Tam
w IX wieku odnalazł je słowiański misjonarz Cyryl i część przeniósł do
Rzymu. Resztę zabrał do Kijowa książę Włodzimierz Wielki po tym, jak
szturmem zdobył Chersonez. Dla relikwii wzniósł w Kijowie Cerkiew
Dziesięcinną, w której później sam także został pochowany wraz z żoną,
bizantyńską księżniczką Anną. Głowę Świętego Klemensa jako najcenniejszą
relikwię Jarosław Mądry pokazywał posłańcowi króla francuskiego Henryka
I, kiedy ten starał się o rękę jego córki Anny. Kult Świętego Klemensa
objął wszystkie ziemie ruskie. Klemens stał się jednym z pierwszych
świętych miejscowej tradycji chrześcijańskiej, a jego legenda mocno
wrosła w lokalny folklor.
Geografia wędrówek tej legendy, podobnie jak innych artefaktów pisemnych
i materialnych (jak na przykład nazwy miast "Halicz", "Włodzimierz",
które przewędrowały z południa na północ, budownictwo z białego kamienia
itp.), pokazuje drogę przesuwania się cywilizacji w dzisiejszej Europie
Wschodniej. Przemieszczała się ona z południa na północ przez starożytne
wybrzeża Morza Czarnego do Kijowa, a dalej, przez Kijów, na wszystkie
ziemie ruskie. Powieść minionych lat opowiada o tym, jak apostoł
Andrzej dotarł do miejsca, gdzie później miał powstać Kijów, i pobłogosławił przyszłą "matkę grodów ruskich".
Termin ten to nic innego, niż dosłowne tłumaczenie z greckiego "stolica
Rusi" ("metropolia" - "matka miast"). Greka była językiem Cesarstwa
Bizantyńskiego. Choć Bizantyńczycy mówili po grecku, nazywali siebie
Romejami (Rzymianami). Wywodzili swoje korzenie od miasta nad Tybrem i od bliźniąt Romulusa i Remusa. Ich imperium było nie tylko bezpośrednim
spadkobiercą Cesarstwa Rzymskiego - w wyobrażeniach piśmiennych
Bizantyńczyków było ono tym samym Cesarstwem Rzymskim. Uważano, że
państwo istnieje tak długo, jak długo w stolicy sprawowana jest władza,
a gdzie znajdowała się ta stolica i jaką nosiła nazwę, miało znaczenie
drugorzędne.
Zmiana stolicy nastąpiła za cesarza Konstantyna I Wielkiego (rządził w latach 306-337). Aby uniknąć zagrożenia napadami barbarzyńców, przeniósł
on centrum imperium z Rzymu do czarnomorskiej kolonii Bizancjum, która
była doskonale chroniona ze wszystkich stron przez morze i góry.
Początkowo ta stolica miała nosić nazwę "Nowego Rzymu", ale do historii
weszła jako miasto Konstantyna - Konstantynopol. Z Konstantynem związana
była także inna wielka transformacja Imperium Rzymskiego. Do jego czasów
religia cesarstwa była pogańska i politeistyczna, od niego zaczyna się
monoteistyczne chrześcijaństwo. Konstantyn wstrzymał prześladowania
chrześcijan, ogłosił się ich protektorem, a na łożu śmierci przyjął
chrzest.
Imperium Bizantyńskie istniało nieco ponad tysiąc lat, aż do podbicia
Konstantynopola przez Turków w 1453 roku. Turcy - Osmani - niszcząc
Bizancjum, dokończyli rozpoczęty arabskimi podbojami z VII-VIII wieku
n.e. proces przemiany wschodniej i południowej części wybrzeży Morza
Śródziemnego w świat muzułmański. Od tamtej pory linia południe-północ
jako główna granica podziału cywilizacyjnego stopniowo ulegała
transformacji w linię zachód-wschód. Ale stary podział nie umarł, był
żywy aż do XIX wieku. Imperium Rosyjskie nazywano Imperium Północnym, a podróżni wyruszający z Petersburga czy Moskwy do Małorosji (na ziemie
ukraińskie) byli pewni, że jadą na Południe szukać korzeni starej
cywilizacji.
W istocie to właśnie na osi południe-północ powstało pierwsze wielkie
państwo na tych ziemiach - państwo, które w podręcznikach nazywane jest
Rusią Kijowską.
Między Waregami a Grekami
Czytelnik zdziwi się zapewne na wieść, że państwo o takiej nazwie nigdy
nie istniało. Nazwę tę wymyślili w XIX wieku rosyjscy historycy dla
odróżnienia Rusi z centrum w Kijowie od późniejszej Rusi (Rosji) z centrum w Moskwie i Petersburgu. Od nich przejęli ją historycy ukraińscy
i historycy z innych narodów.
Podobnie nie istniało Imperium Bizantyńskie jako osobny twór państwowy.
Szesnastowieczni niemieccy historycy wymyślili tę nazwę, by odróżnić
imperium z centrum w Rzymie od późniejszego imperium z centrum w Konstantynopolu. Istnieje jednak pewna zasadnicza różnica między
historią Cesarstwa Bizantyńskiego a historią Rusi Kijowskiej. O ile
pierwsza z nich obfituje w teksty, o tyle druga była dość "małomówna".
Wiemy o niej znacznie mniej niż na przykład o starożytnym Egipcie.
Staroruską historię można porównać z odwróconą do góry nogami egipską
piramidą: u podstaw leży kilka ustalonych faktów, a nad nimi wznosi się
mnóstwo hipotez, interpretacji, domysłów, spekulacji czy wręcz
manipulacji. Im dalej od fundamentów, tym swobodniej hasa fantazja.
Odzwierciedleniem jednej z takich fantazji jest spór między ukraińskimi
a rosyjskimi historykami: czyim państwem narodowym była Ruś - ukraińskim
czy rosyjskim? Ta dyskusja jest pozbawiona sensu. Ruś nie była ani
rosyjska, ani ukraińska. Państwem też do pewnego momentu trudno ją
nazwać. Przez pierwsze sto lat przypominała raczej Wschodnioindyjską
Kompanię Handlową, która przyczyniła się do założenia Imperium
Brytyjskiego. Kompania ta, utworzona w 1600 roku, przy wsparciu własnej
armii w ciągu kolejnych dwustu pięćdziesięciu lat podbiła ogromne tereny
od zachodnich Indii do wschodnich Chin. Później, w połowie XIX wieku,
władzę nad tymi ziemiami przejęła korona brytyjska. Podobnie Ruś
powstała i działała jak kompania handlowa, która pod koniec X wieku
przeistoczyła się w państwo. To nie było państwo narodowe. Nazywanie
Rusi państwem narodowym jest jak nazywanie drewnianego liczydła
pierwszym komputerem. Państwa narodowe pojawiły się znacznie później, po
upływie niemal tysiąca kolejnych lat, w XIX wieku, a jako norma
międzynarodowa utwierdziły się dopiero po pierwszej wojnie światowej.
Dyskusje o tym, czyim państwem narodowym była Ruś, mają tyle samo sensu
ile dochodzenie, czyim państwem - francuskim czy niemieckim - było inne
wczesnośredniowieczne imperium - cesarstwo Karolingów, na drugim,
zachodnim krańcu Europy. Porównanie z imperium Karolingów pomaga lepiej
zrozumieć naturę Rusi. Obydwa państwa były imperiami Północy, założonymi
przez barbarzyńskich najeźdźców - Franków w pierwszym przypadku, Ruś
(Normanów) w drugim. Ogólny schemat stosunków między najeźdźcami a podbitymi opisał Ibn Chaldun, czternastowieczny arabski autor, który
bywa nazywany "ojcem socjologii". Jak stwierdzał, w starciu między
narodami barbarzyńskimi i cywilizowanymi zwyciężają te pierwsze dzięki
lepszemu wyszkoleniu wojskowemu i solidarności plemiennej. Ale kilka
pokoleń później najeźdźcy ulegają pokusom cywilizacji, wtapiają się w podbitą większość, tracą wewnętrzną solidarność i wdają się między sobą
w kłótnie - a wtedy ich państwo pada łupem kolejnych barbarzyńców.
Ten schemat Ibn Chalduna w ogólnych zarysach opisuje historię Rusi. Dwa
pierwsze pokolenia jej władców nosiły imiona skandynawskiego
pochodzenia: Ruryk (Erik), Oleg (Helgi), Igor (Ingvar), Olga (Helga,
żeńska forma od Helgi). Poczynając od trzeciego pokolenia, pojawiają się
imiona słowiańskie: Światosław, Włodzimierz, Jarosław. Okres rządów
Włodzimierza (980-1015) i Jarosława (1019-1054) to szczyt potęgi
politycznej Rusi. W połowie XII wieku Ruś rozpada się na mniejsze
księstwa licznych Rurykowiczów, którzy z energią wartą lepszego
wykorzystania prowadzą między sobą nieustanne, okrutne wojny, aż w końcu
w latach 1237-1241 padają ofiarami nowych najeźdźców - Mongołów i Tatarów.
Pod względem składu ludności Ruś była tworem wieloetnicznym. Najeźdźcy
byli Rusią (najprawdopodobniej Skandynawami); ludy północy należały do
plemion ugrofińskich (Czudź, Weś i Mera z latopisów); ludy południowe
były turkijskimi koczownikami (Pieczyngowie, Połowcy); jądro zaś
stanowiły plemiona słowiańskie. Skąd się one wzięły na tych terenach,
pozostaje zagadką. Dwie z trzech najpoważniejszych teorii pochodzenia
Słowian - wschodnioeuropejskiej, centralnej (prypecko-dnieprowskiej) i zachodniej - lokalizują słowiańską praojczyznę na dzisiejszym terytorium
ukraińskim. Tę wersję częściowo potwierdzają niedawne badania
genetyczne. Wedle danych jednego z nich gen "słowiański" pojawił się
około 15 tysięcy lat temu na terytorium Ukrainy, skąd po epoce
lodowcowej rozprzestrzenił się na zachód, północ i południe
prawdopodobnie pod naporem migracji ludów stepowych.
Dane leksykalne pozwalają przypuścić, że najwcześniejsi Słowianie żyli
na brzegach rzek, jezior albo w pobliżu bagien. Przemawia za tym
argument "trzech drzew": buk, modrzew, cis - to jedyne drzewa, które nie
mają nazw słowiańskich, tylko zapożyczone z innych języków, i nie rosną
one w pobliżu bagien. Niewykluczone, że bagna nad Prypecią były właśnie
słowiańską praojczyzną. Pierwsi Słowianie nie zamieszkiwali morskich
wybrzeży (w językach słowiańskich słowa związane z żeglugą morską,
morskim rybactwem i handlem są obcego pochodzenia). Bałtyjskie nazwy
rzek Daugava (Dźwina), Niemen mogą wskazywać północną granicę osiedlenia
Słowian, sąsiadujących z plemionami bałtyjskimi, z którymi
prawdopodobnie tworzyli oni niegdyś wspólną grupę bałtosłowiańską.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki