Błoto jak złoto
Nie wiem, czy to ja całuję ziemię, czy ziemia całuje mnie. Ale
"cmok-cmok, cmok-cmok" rozlega się z każdym krokiem. Trudnym krokiem.
Staniesz na twardej kępie -?noga zsuwa się i skręca, wpada w mokry mech
między kępami. Staniesz na mchu -?noga wpada tak głęboko, że trudno ją
wyjąć, a jak się uda, to w zamian trzeba zostawić kalosz w grzęzawisku.
Dookoła horyzont pusty, pofalowany od kęp roślinności, przypominający,
że dotarcie gdziekolwiek będzie prawdziwą mordęgą. Tak się właśnie idzie
po wielkim bagnie Ławki -?największym nieosuszonym torfowisku Basenu
Dolnego doliny Biebrzy i jednym z największych zachowanych bagien w Europie. Słowo "ławki" kojarzy się z wypoczynkiem i wygodą, ale to chyba
najmniej wygodne ławki świata -?skazujące ciało i duszę na katorgę.
Tylko ławki szkolne bywały miejscem jeszcze gorszej, choć raczej
duchowej udręki. Mimo to biebrzańskie ławki przez wielkie Ł kocham nad
życie. Gdyby nie było tak mokro, mógłbym tu paść na ziemię i ucałować ją
naprawdę, gdyż zapewniła mi tyle przygód, spostrzeżeń, wrażeń.
Rodzinne kopanie torfu na opał -?dziś już prawie zarzucone.
To nie przypadek, że Centrum Ochrony Mokradeł, które powstało przy
współudziale profesora Wiktora Kotowskiego, specjalisty od badania
takich terenów, przyjęło skróconą nazwę CMOK. Jest zresztą w Polsce
bagno, też spore, które nazywa się Całowanie -?czy aby nie od tego
cmokania, jakie słychać, gdy chodzi się po mokrym dywanie mchów? Jeżeli
tak, to na Całowaniu już nie ma całowania. Teren osuszono. Bagno Ławki
jeszcze całuje. Dziś zaznają tego głównie badacze mający tu swoje
powierzchnie próbne i ścieżki zwane transektami. Kiedyś zaznawali też
gospodarze wykaszający całą powierzchnię bagna, by zebrać liche siano.
Bagno -?czym jest naprawdę? Gdy niemal 40 lat temu omawiałem z wydawnictwem treść naszej pierwszej książki z bagnem w tytule, siwa pani
redaktor wstała i poszła do serwantki po słownik, by znaleźć znaczenie
tego słowa. Jest ono niejednolite -?nawet gdy odnosi się tylko do
przyrodniczych siedlisk; istnieje też wiele słów stanowiących jego
odpowiedniki i synonimy. Kto jednak przeszedł po prawdziwym bagnie, wie,
czym ono jest. Czuje to pod nogami, w powietrzu nad głową, w przestrzeni
akustycznej.
Przedwiośnie na bezkresnym torfowisku.
Aż dech zapiera... Zresztą nie tylko z wrażenia, lecz także z powodu
wysiłku podczas wyciągania nóg z nabiegłej wodą, uginającej się pod
nogami kołderki. Wokół pustka. Gdzieś tam sterczy samotna brzózka -
niczym chorągiew zatknięta przez kogoś, kto szczyci się zdobyciem tego
smętnego, utrudniającego każdy krok uroczyska. Ta przestrzeń wręcz
onieśmiela. I zadziwia: że coś takiego mogło uchować się w samym centrum
cywilizowanej Europy. Na przedwiośniu, nim jeszcze wybuchnie zieleń, w blasku nisko stojącego słońca bagno wydaje się złociste, miejscami
rdzawe, jakby pokryte metalem, gdzieś w dali zamyka je fioletowa smużka
bezlistnego jeszcze olsu. Płowe, a miejscami brunatne czupryny
zeszłorocznych turzyc, równo zaczesane przez śniegi i wichury, tworzą
ciągnącą się w dal pofałdowaną powierzchnię przypominającą jakąś
gigantyczną słomiankę utkaną ze złotawych nitek. Pod tymi czuprynami
połyskują widoczne dopiero z bliska lusterka wody. Miejscami jest
głębsza i rozlewa się szerzej, a małe jeziorka wraz z kępami tworzą
niebiesko-żółtą szachownicę.
Taki obraz zapamiętałem z pierwszej wędrówki po bagnie. Ale nie tylko
obraz -?ważne były też dźwięki! Najpierw przestrzeń powitała nas upiorną
ciszą, w której ginęły cmokania naszych kroków. Już po chwili rozległ
się jednak hałas. Z nierównej powierzchni bagna podrywały się ptaki,
obrzucając nas jękliwymi, piskliwymi, a po trosze też skrzypiącymi
głosami. Krzykliwe, długodziobe rycyki, zawodzące ochryple czajki,
perliście trelujące kuliki, piskliwe krwawodzioby, bekasy... Większość
latających mieszkańców bagna miała tu już gniazda, ukryte w zagłębieniach turzycowych kęp. Ptaki widziały w nas intruzów
niespodziewanie zakłócających ich mir domowy. Zaczynaliśmy trafiać na
ich ukryte skarby -?brunatne i zielonkawe gruszkowate jajka w plamki,
ułożone zgrabnie po cztery w wysłanych źdźbłami traw dołeczkach.
Nieosłonięte, a i tak prawie niewidoczne dzięki swym ochronnym barwom i deseniom. O tych ptakach i ich gniazdach czytaliśmy jako o wielkich i coraz większych rzadkościach. W naszej wyobraźni stały się ambasadorami
najdzikszej przyrody, którą wciąż da się u nas znaleźć. Ich nagłe
spotkanie na dobre zawróciło nam w rozmarzonych głowach. Oślepieni
ciepłym blaskiem tej przestrzeni wypełnionej ukrytymi ptasimi skarbami,
powiedzieliśmy sobie: "Błoto jak złoto!".
Zachód słońca nad bagnami.
Mieszkańcy tych okolic, z trudem wykaszający ubogie bagienne łąki,
słyszeli wtedy inne hasło: "Było błoto, będzie złoto". Osuszanie takich
terenów -?ostatnich już naturalnych mokradeł -?w czasach PRL-u nabierało
rozpędu. Było traktowane jako sposób na poprawienie sytuacji rolników i wyciągnięcie bagnistych regionów z biedy. Zniknęło położone w pradolinie
Biebrzy i Narwi bagno Wizna, tworzące kompleks wraz z bagnami Biebrzy;
wcześniej zmeliorowano bagno Kuwasy koło Rajgrodu, a także wiele
pomniejszych terenów podmokłych koło Osowca, Sztabina, Suchowoli. Bagno
Ławki -?nasze Ławki, jak wkrótce zaczęliśmy o nim mówić -?a także
położone na północ od niego Bagno Podlaskie i cały wielki obszar
mokradeł Basenu Środkowego Biebrzy ze słynnym już Czerwonym Bagnem
włącznie -?ostały się, choć ich także nie ominęła ludzka ingerencja.
Pozostawiła szereg kanałów i rowów, jednak na szczęście natura z czasem
sobie z nimi poradziła.
Nasze Bagno Ławki zaczynało się kiedyś zaraz za domkiem dróżnika w uroczysku Kopciowe. Dziś ta część zarosła lasem, ale pół wieku temu
zaraz za budyneczkiem i przepływającym pod szosą kanałem otwierał się
bagienny przestwór. Trochę podobny do stepu, ale wystarczyło, by
przebiegły po nim łoś czy sarna, a rozbryzgi wody spod kopyt mówiły
wszystko: przed nami bagna. A przed nimi -?marna przyszłość... Co rusz
docierały do nas hiobowe wieści.
Oczko wodne w otoczeniu częstych tutaj bagiennych brzezin.
Domkiem dróżnika opiekował się wtedy pracownik nadzorujący ten odcinek
drogi, Poldek Dyra z Laskowca. Początkowo go nie lubiłem, bo co roku na
początku sezonu wiosennego raczył nas złymi wiadomościami. Szukał u nas
potwierdzenia tych doniesień: "Mówią, że mają robić meliorację tej
bieli. Prawda to?". Sądził, że skoro jesteśmy z miasta, to wiemy więcej.
"Coś gadali, że jakiś wał do Biebrzy będą sypać i mają orać tę biel za
Kopciowym". "Biel" -?to w ludowym języku bagienna łąka, w chłodne
wieczory i poranki bielona przez mgły. Informacje o tym, co się stanie z biebrzańskimi bielami, też były wtedy osnute mgłą. Na przedwiośniu
przyjeżdżaliśmy na bagna ze strachem. Czy aby nie zobaczymy koparek -
potworów prujących miękką jak dywan powierzchnię torfowiska głębokimi
ranami rowów?
Właśnie -?torfowiska. Wszystkie tutejsze bagna, błota, mokradła, moczary
-?czy jak zechcemy je nazwać w naszej potocznej mowie -?są torfowiskami.
A więc czymś, co można uznać za żywe, powstające na naszych oczach złoża
węgla. Rośliny błotne, gdy kończą żywot w płytkiej wodzie, osiadają pod
jej powierzchnią i nie rozkładają się, lecz ulegają mumifikacji. Przy
ograniczonym dostępie tlenu zawarty w nich węgiel -?główny budulec życia
na Ziemi -?nie ulega utlenieniu, lecz pozostaje nienaruszony. Wraz z osiadaniem kolejnych roślinnych zwłok tworzy złoże, które tu, nad
Biebrzą, ma już kilka metrów grubości, czyli fachowo mówiąc -
miąższości. Torf to zaś utkana z roślinnych szczątków gąbka nasączona
wodą, pokrywająca złoże płytką warstwą. Jest bogactwem, które samo się
odnawia. Wszak umarłe rośliny, utrzymując wodę, gwarantują, że ich
kolejne pokolenie dokonujące żywota podzieli los poprzednich i zniknie
pod powierzchnią wody. Torfowisko rośnie, a wraz z tym wzrostem podnosi
się poziom wody. Bo -?jak zauważa w swoich wykładach wspomniany na
początku profesor Wiktor Kotowski, znawca biologii i hydrologii mokradeł
-?torf to gleba najlepiej zatrzymująca wodę1. Nie do wiary, ale
trzy do czterech procent powierzchni lądów zajmowanych dziś przez
nieosuszone mokradła magazynuje więcej wody niż pozostałe 96 procent,
wraz z jeziorami i rzekami.
Podobno bagna Biebrzy przechowują więcej wody niż wszystkie polskie
zbiorniki retencyjne razem wzięte. Wilgotna nawet w najsuchsze lata
gąbka torfowa ochładza klimat, co wobec globalnego ocieplenia należy
uznać za kolejną, niedocenianą dawniej, korzyść istnienia bagna.
Oczywiście pokłady węgla, które zalegają tuż pod darnią i nie wymagają
wkopywania się w głąb ziemi, nie mogły pozostać niezauważone przez
ludzi. Wydobywano więc ten węgiel, suszono go i używano jako opał. Kto
posiadał kawałek łąki, miał z czasem i dół potorfowy. Był nawet szalony
pomysł, by w rejonie Wizny zbudować elektrownię zasilaną tym paliwem.
Nie myślano zapewne, jak gigantyczne i zarazem wszechstronne byłoby to
marnotrawstwo. Doły potorfowe zachowały się w wielu miejscach. Bodaj
najbardziej znane i odwiedzane znajdują się w okolicach Osowca.
Zarastają stopniowo i zamieniają się w grząskie pułapki, w które wpadają
zwierzęta i ludzie. Sam w taką wpadłem, a później miałem okazję widzieć,
jak z podobnej matni wyciągano łosia -?na szczęście z powodzeniem.
Torf od zawsze był w tych okolicach znany i ceniony. Gdy wracaliśmy do
kwatery w mocno ubłoconych butach, gospodyni mówiła, że powodujemy
"zatorfienie". Tak jak jeziora czy starorzecza zarastają i stopniowo
napełniają się torfem, tak wypełnią się nim doły potorfowe -?ale na to
potrzeba setek lat. Prawdziwe, naturalne zatorfienie następuje jednak w ciągu tysięcy lat; tutaj, nad Biebrzą, ten proces trwa od ostatniego
zlodowacenia, które miało miejsce około 10 tysięcy lat temu. Lodowiec
stopniał, zostawiwszy po sobie płytkie jezioro, w którym z czasem
wytworzyła się torfowa "gąbka".
Torfowisko jest zatem czymś w rodzaju księgi, w której zostały zapisane
dzieje szaty roślinnej i jej zmian z ostatnich 10 tysięcy lat.
Pofalowana powierzchnia pełna kwiatów, owadów i ptaków -?to jakby
okładka tej księgi, zresztą bardzo obszernej. Pod spodem zalegają
warstwy torfu -?różne, w zależności od tego, jaka roślinność dominowała
w danym okresie, a następnie uległa zakonserwowaniu w płytkiej wodzie.
Są więc torfy trzcinowe, turzycowe, olchowe... Ich warstwy to rozdziały
tej księgi. Tkwią w nich różne szczątki -?roślinne, ale i zwierzęce,
które możemy badać. Księgi nie da się jednak otworzyć, można do niej
sięgnąć tylko przy pomocy ręcznego świdra torfowego albo cięższych
maszyn.
Istnieją nie tylko różne torfy, lecz także różne torfowiska -?zależne
przede wszystkim od źródła i mechanizmu zasilania w wodę, a także od
rodzaju tej wody, która może być żyzna i obfitująca w związki chemiczne
potrzebne organizmom albo uboga pod tym względem. Wielkie torfowiska
biebrzańskie, chociaż leżą w dolinie rzeki, w ogóle nie korzystają z jej
wód. Zasilają je wody ze źródlisk i -?a może przede wszystkim -
spływające z wysoczyzn otaczających bagienną nieckę. To wody dość żyzne,
dziś przeważnie mocno wzbogacone nawozami z pól. Torfowiska, zwane z racji położenia w dolinach rzek niskimi, odznaczają się sporym bogactwem
roślin. Ale gdy w pozbawionej odpływu kotlince między wydmami zbiera się
woda, powstają inne torfowiska, tak zwane wysokie, gdyż taka kotlinka
może istnieć nawet na pogórzu czy w górach pomiędzy wzniesieniami
terenu. Jeżeli w pobliżu nie ma źródeł, takie torfowisko "żywi się"
tylko wodą z niebios -?opadami. Torf tworzy się tu z roślin
niewymagających żyzności: z mchów torfowców i krzewinek. To światy
całkiem odmienne od nadrzecznych torfowisk; tu, nad Biebrzą, są
nieliczne i małe, wyjątkiem jest Czerwone Bagno liczące dwa i pół
tysiąca hektarów i pokryte grubym dywanem mokrych mchów i lasem
skarlałych sosen.
Śladów przeszłości możemy szukać nie tylko w warstwach torfu. Są także
na zmierzwionej powierzchni torfowiska. Niepozorne roślinki, jak
lipiennik Loesela czy skalnica torfowiskowa, to żywe relikty
polodowcowe, dziś szczególnie hołubione i chronione w parku. Pod wodzą
botaniczek -?między innymi Magdy Marczakiewicz -?całe grupy
wolontariuszy krążą po bagiennej powierzchni i szukają maleńkich
roślinek, by je policzyć. Ale są wśród roślin także okazy większych
rozmiarów: choćby ginący gnidosz królewski, rozmieszczeniem i smukłością
żółtych kwiatów nieco przypominający wysoką dziewannę, czy kwitnący
niebiesko wielosił błękitny.
Całe obszary torfowisk położone z dala od rzeki są pokryte tak zwanymi
mechowiskami. Tam, między kępami turzyc, ścielą się mchy, niebędące
zresztą torfowcami. Tylko znawca umie je rozpoznać -?nam wystarczy
wiedzieć, że część z nich to też żywe wspomnienia z epoki tuż po
ustąpieniu lodowca. Dzięki wilgotności i chłodnemu mikroklimatowi mogły
utworzyć znaczne połacie przypominające rosnącą tu zaraz po ustąpieniu
lodowca tundrę. Podobieństwo dzisiejszych torfowisk doliny Biebrzy do
tundry zauważyli już dawno ornitolodzy. Wykryli tu pojedyncze gniazda
ptaków typowych dla tundry, takich jak bekasik (inaczej bekas mały) czy
biegus zmienny. Warto zauważyć, że inne gatunki ptaków siewkowych,
łącznie z dubeltem i batalionem, mają główne ostoje właśnie w tundrze i są tam znacznie liczniejsze niż u nas. Na ptakach nie kończy się lista
tundrowych gatunków zamieszkujących torfowiska. Gdy na polach pospolitym
gryzoniem jest nornik zwyczajny, na bagnach jego miejsce zajmuje nornik
północny. No a sam król bagien -?łoś? To też zdecydowanie borealne
zwierzę.
Wokół zdradzieckich torfianek owocuje wełnianka.
Ale, jak to często nad Biebrzą bywa, mamy tu też coś z przeciwległego
bieguna. Obok zielonych wspomnień po lodowcu znajdziemy bowiem
przedstawicieli flory potrzebujących raczej ciepła niż długotrwałych
chłodów -?ich życie świetnie ilustruje niewiarygodne wręcz powiązania
roślin ze środowiskiem, z innymi roślinami, z owadami. Do tego są to
gatunki popularne, bo ich krewniaków często spotykamy w ogródkach i kwiaciarniach. Chodzi bowiem o storczyki. Choćby kukułkę krwistą, której
mocno różowe kolby kwiatowe w maju i czerwcu wystrzelają ponad zieloną
powierzchnię turzycowej łąki, tworząc miejscami całe klomby. Innym
przykładem jest niepozorny biały kruszczyk błotny. I wiele innych.
Wspomnieliśmy o tych, które dobrze się czują, rosnąc wprost na mokradle,
ale jeszcze większe bogactwo kryje się tam, gdzie jest nieco suszej.
Unikalne, zanikające murawy na śródbagiennych wydmach.
Storczyki są na Ziemi niewiele dłużej niż ludzie. Należą do najmłodszych
przedstawicieli królestwa roślin. Gdy się więc pojawiły, świat był już
gęsto zasiedlony przez inne rośliny, grzyby i owady. Musiały umieć
nawiązać współpracę. Dlatego storczyki, czyli orchidee, wytworzyły
niespotykaną u innych grup roślin rozmaitość stylów życia opartych na
symbiozie. Z tego względu stały się wyjątkowo wrażliwe na wszelkie
zmiany środowiska -?dziś są w większości zagrożonymi gatunkami.
Nadchodzi jednak pomoc.
Pofalowane, bezkresne morze torfowiskowych "bieli" ma też swoje wyspy i wysepki. Nazywają je tutaj grądami, ale przyrodnicy wolą mówić
zdrobniale: grądziki, by podkreślić ich maleńkość wobec ogromu
ciągnących się po horyzont mokradeł, ale też dlatego, że naukowe
określenie "grąd" oznacza typ siedliska leśnego, gdzie na dość bogatej
glebie wyrastają lasy liściaste złożone z grabów, dębów, a w niektórych
miejscach także z buków. Kiedyś większość tych małych grądzików też była
pokryta mniej lub bardziej zwartym lasem, przez co wiosną i latem
stanowiły one niedostępne dla ludzi ostoje zwierzyny. Tu rodziły się
młode łosie i gniazdowały orły. Ale chłopska siekiera i piła wreszcie
sobie z nimi poradziły, pozostawiwszy tylko pojedyncze grupy żylastych
dębów, czasem osamotnionych sosen w otoczeniu szybko wyrastających
brzóz. Na niektórych z tych wysepek wypasano też zwierzęta, przez co
wiele z nich świeci dziś łysinami polanek. Tu przyroda leśna spotyka się
z łąkową, a ta z bagienną, tworząc jedyne w swoim rodzaju trudno
dostępne oazy i prawdziwy raj dla storczyków.
Oto taka polanka -?pyszna i zaciszna, ozdobiona fioletowymi dzwonkami.
Pochylone nad nią brzozy i dęby wyglądają, jakby chciały się przyjrzeć
barwnym kwiatom. Dzwonki brzoskwinio-, pokrzywo -?i okrągłolistne tworzą
miejscami wyniosłe bukiety, wokół których wirują motyle. Ale nasza
przewodniczka, doktor Izabela Tałałaj z Uniwersytetu w Białymstoku,
pochyla się nad jednym z najbardziej niepozornych. Lekko potrząsa
wydłużonym liliowym kielichem, jakby chciała przywołać słowa piosenki:
"dzwoń, dzwoneczku!".
Ale nie wypowiada ich, bo ta roślina nie jest dzwonkiem. To buławnik
czerwony, przedstawiciel storczykowatych. I gdyby przymierzyć doń ludzką
miarę, należało by dodać: oszust i manipulator działający tak jak w znanym powiedzeniu: jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak
one! Roślina kształtem i barwą kielichowatych kwiatów do złudzenia
przypomina dzwonek. Nam, ale co najważniejsze -?owadom. Botanicy jednak
nie dają się nabrać i potrafią wyłuskać tego oszusta pośród kwiatów, co
czynią z przejęciem, bo jest on dziś wielką rzadkością.
Doktor Iza demaskuje przed nami buławnika i objaśnia istotę całej
mistyfikacji. Otóż kwiaty tej rośliny, w przeciwieństwie do otaczających
ją uczciwych dzwonków, nie zawierają nektaru. Wyglądając jednak jak
tamte i złudzeniem słodkiego prezentu, zapraszają owady do swych
kwiatów. Owad zapylacz, a jest to tutaj przeważnie pszczolinka,
przysiada na buławniku, a nie znalazłszy niczego, jak niepyszny odlatuje
ku innym roślinom. Ten krótki pobyt na kwiatku wystarcza jednak, by do
ciała małego lotnika przyczepiły się pyłkowiny -?zlepki pyłku związanego
naturalnym kitem charakterystyczne dla storczyków -?którymi potem zapyli
inne buławniki.
No dobrze, a czy storczyk nie mógłby najprzyzwoiciej w świecie wytwarzać
nektaru jak inne szanujące się rośliny wokół? Przecież wtedy owady
jeszcze chętniej odwiedzałyby kwiaty, zostawałyby dłużej, a następnie
wynosiłyby na swym ciele pyłkowe pakiety. Tak -?wyjaśnia nasza
przewodniczka -?ale wtedy owad wizytowałby wszystkie kwiaty danego
kwiatostanu i przenosiłby ładunki pyłku z jednego na drugi, zamiast
nieść je na inne kwiatostany. Doprowadzałby do samozapylenia rośliny, a to forma zapłodnienia mniej korzystna dla jej rozwoju. Dużo lepsze jest
zapylanie między różnymi osobnikami (zwane fachowo krzyżowym) -?wtedy
latający zapylacz najlepiej spełnia swe zadanie. Ewolucja pozwoliła
buławnikowi uniknąć tej pierwszej, gorszej formy i pchnęła go na drogę
wyrafinowanego oszustwa!
Nasz buławnik czerwony wcale nie jest czerwony, ale fioletowy jak
dzwonki, tylko z nutą różowego. Badaczka wyjaśnia jednak, że dla
zapylających pszczolinek wszystkie odcienie widocznych tu kwiatów to
jedno barwne spektrum. Wabi je ono w takim samym stopniu do wszystkich
kwiatów.
Wędrując za naszą przewodniczką z jednej polany na drugą, przecinamy
mokrą śródleśną łąkę o typowo bagiennym runie. Strzelają tu w górę
niczym ozdobne świece mocno czerwone kwiatostany kukułki krwistej. To
kolejny oszust. Kolor jej pysznych kwiatów wabi nie tylko nas -?nie
oprze mu się żaden owad, ale i tu nie znajdzie choćby kropelki nektaru.
Można rzec, że roślina wolała zainwestować w mamiącą urodę niż w produkcję poczęstunku dla owadów. A gdy owad odleci zniechęcony, unosząc
grudkę pyłku na inną roślinę -?a kukułki rosną zwykle niedaleko siebie -
znów da się wyprowadzić w pole, a tym samym dokona chwalebnego aktu
zapylenia.
Nie wszyscy jednak oszukują. Gdy wchodzimy na kolejną polanę, na jej
obrzeżach prężą się jak struny smukłe kwiatostany podkolanu białego. On
dla odmiany ma nektar, ale... nie dla wszystkich. Wśród białych kwiatów
widać wygięte, zielonkawe ostrogi pełne poszukiwanej przez owady
słodyczy. Dostać się do nich mogą jednak tylko te dysponujące
odpowiednio długą ssawką. Są to przeważnie ćmy. W ciemnościach nie ma
sensu wabić kolorem, więc kwiaty są białe. Ale za to jak pachną! Z bliska i my wyczuwamy tę delikatną, nieledwie waniliową woń.
Wśród storczyków są jednak i takie, które oszczędzają nie tylko na
barwie kwiatów, lecz nawet nie wytwarzają zieleni. W cieniu drzew
oglądamy okaz gnieźnika leśnego -?storczyka, którego kwiatostan
przypomina raczej jakiś grzyb, tylko kształtem podobny do kwiatu. Nasuwa
się tu kolejne znane powiedzenie: kto z kim przestaje, takim się staje.
Ta roślina, nie mając zielonego barwnika i nie wytwarzając pokarmu, żyje
na koszt grzybów, tyle że niewidocznych, bo ukrytych w gruncie.
Zapylenia dokonują chętnie obłażące ten dziwny kwiat mrówki. Dla odmiany
bliski krewny tego gatunku, gnieźnik jajowaty, zwany też listerą,
odznacza się, owszem, zielenią, ale kwiatów, zapylanych przeważnie przez
chrząszcze.
Z kolei maleńka tajęża tak się zżyła z mchami, że rośnie zawieszona w ich poduchach, nie dotykając korzonkami ziemi. U nas to pewien
ewenement, ale w tropikach, gdzie rośnie większość z 20 tysięcy
poznanych gatunków storczyków, taki tryb egzystencji jest powszechny. To
tak zwane epifity -?rośliny rosnące na innych roślinach. Trudno zresztą
wskazać jakikolwiek znany w świecie roślin sposób życia, który nie byłby
wykorzystywany przez orchidee.
Na niewielkim pagórku pod dębami zaskoczenie: klomb okazałych,
bańkowatych, żółtych kwiatów o brunatnych, rozchylonych listkach
okwiatu. Rośliny są tak dorodne, jakby wyszły spod ręki doświadczonego
ogrodnika. Każda żółta banieczka ma u góry otwór, przez co przypomina
pantofel. Stąd nazwa tego przedstawiciela flory: obuwik pospolity.
Największy i najokazalszy z rosnących u nas storczyków. Niektóre pędy
mają opaski i plakietki -?znak, że nasza badaczka już kiedyś odwiedziła
to miejsce.
Teraz zachęca, by zajrzeć przez otworek do środka kwiatu. Widać tam
kilka zaschniętych owadów. Czyżby to była roślina mięsożerna,
konkurująca z rosiczką, pływaczem czy tłustoszem? Nie, wyjaśnia Izabela
Tałałaj, ta roślina nie czerpie z owadów pokarmu, ale jej kwiaty dla
wielu są śmiertelną pułapką. Gładkie i śliskie płatki tworzące ów bucik
sprawiają, że owad, który na nich siądzie, łatwo zsuwa się do otworu i wpada do środka. Gdy jest mały i słaby -?już się nie wygramoli z tej
matni, ale spora pszczolinka tylko trochę w niej pogmera, po czym
wyleci, unosząc pyłkowinę niczym plecak. Kwiaty tego typu są nazywane
pułapkowymi.
Kępa wygląda dziarsko i świeżo, gdy tymczasem -?jak się dowiadujemy -?to
prawdopodobnie staruszka mająca już około 70 lat. Ma szanse dociągnąć do
setki. W niesprzyjających warunkach -?choćby przy braku odpowiedniej
liczby zapylających pszczolinek -?ta roślina potrafi na dobrych parę lat
przejść w stan podziemnego uśpienia, kiedy nie wydaje kwiatów. Niektóre
storczyki -?jak choćby wspomniany już gnieźnik -?potrafią nawet
zakwitnąć pod ziemią!
Storczyki nie mogą jednak zbyt długo pozostawać w takim letargu, a długotrwały niedostatek zapylaczy może się dla nich okazać wyrokiem
śmierci. Wyrastające przed nami okazy wyglądają dorodnie i zdrowo, ale
nasza badaczka przegląda je z niepokojem.
-?Zostało sporo pyłkowin, a kwitnienie już się kończy! -?zauważa ze
smutkiem.
Najwidoczniej zapylacze, mimo dobrej pogody, w tym roku nie dopisały.
Nie ma rady, trzeba przystąpić do akcji "tanie zapylanie". Przy pomocy
delikatnych patyczków Iza ostrożnie przenosi pyłkowiny z jednych kwiatów
na drugie. Takie wcielanie się w pszczolinki to tylko jedna z form
pomocy niesionej tym rzadkim storczykom. Ponadto nasza przewodniczka i jej koledzy co jakiś czas rozrzedzają gałęzie i krzewy wokół, by słońce
zwabiało owady. Dosadzają też osobniki wyhodowane w laboratorium z nasion pobieranych od roślin i przechowywanych w kriobanku.
Sowa błotna -?echo dalekiej tundry, gdzie gnieździ się o niebo częściej niż w Polsce. Nawet nad Biebrzą wielka rzadkość.
Iza przynosi młode obuwiki w szklanym pojemniku z glebą. Maleńkie, choć
od ich wykiełkowania minęły już trzy lata. Długowieczne z natury
storczyki nie zwykły się spieszyć, badacze jednak muszą. Niosące zagładę
rzadszych gatunków zmiany środowiska zachodzą dziś szybciej niż
kiedykolwiek, nieraz w trakcie życia jednego osobnika. Siewki, które
oglądamy, zostaną wsadzone do ziemi, ale nie gdziekolwiek i kiedykolwiek. Bo storczyk, by mógł żyć, potrzebuje nie tylko zapylaczy.
Iza wysypuje na szkiełko trochę obuwikowych nasion. Wyglądają jak kupka
kurzu. To najmniejsze nasiona w świecie roślin. Nie ma w nich miejsca na
choćby odrobinę pokarmu dla rodzącej się rośliny. By takie nasionko
wykiełkowało, musi wejść w symbiozę z mikroskopijnym grzybem ściśle
określonego gatunku.
Rycyk zakłada gniazdo w kępie turzycy.
Nasza badaczka wydobywa więc ramkę do slajdów, w której zamiast obrazka
tkwią dwie warstwy bardzo gęstej siateczki, zaś między nimi -?maleńkie
nasiona obuwika. Ramka zostaje wbita w glebę obok rosnących storczyków.
Oczka siatki są tak małe, że nawet te nasionka nie wypadną przez nie do
gleby, za to mikroskopijne grzyby spokojnie wnikną do wewnątrz i sięgną
do nasion. Dzięki temu będzie wiadomo, jakie grzyby wchodzą we
współpracę z rośliną, czy jest ich dużo i gdzie najlepiej posadzić
uzyskane już siewki, by w przyszłości ich własne nasiona miały szansę
wykiełkować. Bez grzyba nie poradzi sobie żaden gatunek storczyka. A gdy
roślina na jakiś czas wchodzi w stan spoczynku, jej podziemna część żyje
właśnie na koszt grzybów.
Miejsce, które odwiedziliśmy, to największe stanowisko obuwika
pospolitego w Polsce. W Anglii storczyk ten rośnie już tylko w jednym
jedynym miejscu, obok postawiono nawet budkę strażnika. U nas tych
stanowisk jest przynajmniej kilkanaście, choć niedawno było ich aż 240.
Spadek postępuje błyskawicznie, a dawna nazwa -?obuwik pospolity -
przestała mieć związek z rzeczywistością. Podobnie wygląda sytuacja
innych storczykowych rzadkości. Botanicy obawiają się, że możemy dziś
oglądać ostatnie pokolenia miodokwiatu krzyżowego, tajęży jednostronnej,
listery jajowatej i wielu innych.
Wśród pokrytych lasem wydm ulokowały się niewielkie torfowiska, zwane w odróżnieniu od tych nadrzecznych, czyli niskich, wysokimi, ewentualnie przejściowymi.
-?To właśnie wąska specjalizacja i skomplikowane powiązania z innymi
organizmami sprawiają, że storczyki są tak czułe na zmiany środowiska -
tłumaczy Iza Tałałaj. -?Są doskonałymi wskaźnikami tych zmian, ale też,
niestety, ich pierwszymi ofiarami.
Ostatni dzwonek zabrzmiał też dla naszego niby-dzwonka -?buławnika
czerwonego. Badacze pomagają mu, dosadzając w pobliżu prawdziwe dzwonki,
by zwabiały owady. Zwiększają w ten sposób szansę, że któryś choć na
chwilę przysiądzie także na kwiatku wdzięcznego oszusta. Cóż, dla
ochrony przyrody czasem trzeba pomagać także w manipulacji.
Wśród drzemiących między bagnami grądzików są też suchsze bezdrzewne
pagórki pokryte murawami napiaskowymi, a w niższych partiach, bliżej
mokradła -?łąkowymi zespołami roślinnymi z takimi klejnotami flory jak
kosaciec syberyjski czy pełnik europejski, a to tylko te rzucające się w oczy dzięki okazałym kwiatom. Kiedyś nagie lub pokryte tylko nielicznymi
drzewami wydmy były czymś pospolitym w pradolinach nizinnych rzek:
Wisły, Bugu, Narwi czy Noteci, ale większość zalesiono, zabudowano albo
zarosły same. Biebrzańskie skrawki minipustyń uchowały się tylko dzięki
otaczającym je mokradłom i terenom zalewowym, a po części też dzięki
wypasaniu krów, owiec czy kóz.
W zarastających dołach potorfowych koło Osowca grzęzną łosie i nie potrafią się z nich wydostać bez ludzkiej pomocy. Akcja ratunkowa pracowników Biebrzańskiego Parku Narodowego.
Na otwarte, a nawet zagubione wśród bagien obszary wciskają się jednak
ekspansywne rośliny obcego pochodzenia. Zresztą rodzime też nie
próżnują. Pokaźna trawa -?trzcinnik piaskowy -?z czasem opanowuje
wydmowe pagórki i wypiera wszelkie inne, subtelniejsze, a w związku z tym zanikające rośliny. Skrawki, gdzie się jeszcze zachowały, są
traktowane jak skarbce, a pracownicy Biebrzańskiego Parku Narodowego
skrzykują się, by samodzielnie, bez potrzeby wynajmowania
wyspecjalizowanych firm dysponujących ciężkim sprzętem, własnymi rękami
odkrzaczać je, a nawet ręcznie wykaszać. Słynny ciąg wydm Basenu
Środkowego doliny Biebrzy -?Grzędy -?gdzie kiedyś rozciągała się spalona
przez niemieckich okupantów wieś, stał się areną tych zabiegów. Dzięki
temu murawy pozostaną murawami.
Te śródbagienne sanktuaria życia są dostępne tylko dla badaczy, bowiem
jedynie oni mogą je odwiedzać. Naukowcy potrafią wniknąć w tajniki
toczącego się na wydmach życia, by dokonywać mniejszych i większych
odkryć. A wtedy coś, co dla przeciętnego turysty byłoby zwykłą górką, tu
i ówdzie zwieńczoną koronami drzew, okazuje się unikatem. Takim, jakim
dla Darwina okazały się wyspy Galapagos, gdzie zobaczył, jak blisko
spokrewnione ptaki na skutek izolacji zaczynają się rozwijać na własną
modłę, zmuszone przystosować się do warunków wyspy, na której żyją.
Tutejsze pagórki wystające z bagien odgrywają podobną rolę, choć nie dla
ptaków, gdyż leżą na tyle blisko, że ptaki bez trudu pokonują dzielące
je odległości. Ale już na przykład motyle, mało skłonne do dalekich
podróży, mogą w tych odseparowanych zaciszach rozwijać się inaczej niż
na łatwiej dostępnych terenach.
Widoku maszyn, kopiących rowy odwadniające, nie lubiły nigdy ptaki, ale tęsknie wyglądali miejscowi ludzie. Dziś coraz więcej jest tych, co tych wehikułów nie lubią.
Takie zjawisko odkrył tu Marcin Sielezniew, badacz motyli z Wydziału
Biologii Uniwersytetu w Białymstoku. Ma on na oku grupę drobnych
barwnych motylków, zwanych modraszkami. Ich rozród jest uzależniony od
mrówek, które same zabierają gąsienice tego motyla do swego podziemnego
królestwa, by korzystać z wydzieliny, jaką specjalnie na tę okoliczność
wytwarzają gąsienice modraszka. Gdy te znajdą się już w domu mrówek,
pobierają haracz w postaci ich larw, które ochoczo pożerają, dzięki
czemu rosną i mogą się ostatecznie przeobrazić w dorosłego motyla. Ten
triumfalnie wylatuje w świat z norki prowadzącej do mrówczego gniazda.
Powiązanie tych dwóch organizmów przypomina zależność łączącą storczyki
z zapylającymi je owadami, a także storczyki ze sobą nawzajem. Ale to
nie koniec: dotąd sądzono, że dany gatunek modraszka jest ściśle
powiązany z określonym gatunkiem mrówki, bez którego nie może się
rozmnażać. Tymczasem Marcin Sielezniew znalazł na jednej ze
śródbagiennych wysepek motyla tegoż gatunku powiązanego z innym
gatunkiem mrówki. Tu, w sytuacji odizolowania, powstał nowy rodzaj
życiodajnego związku.
Grądziki okazują się więc żywymi laboratoriami, w których możemy śledzić
przebieg ewolucji. Swe odosobnienie zawdzięczają bagiennemu otoczeniu,
ale niestety nie są całkiem niedostępne. Część z nich pozostaje w rękach
prywatnych, inne należały kiedyś do kogoś, ale dziś już nie wiadomo do
kogo. Zimą można na nie wjechać ciągnikiem po grubszym lodzie i wyciąć
sobie kilka drzewek. W ten sposób w ostatnich latach padło wiele dębów,
sosen i brzóz, niekoniecznie zresztą z rąk prawowitego właściciela.
-?Jak ja nie wytnę, to sąsiad pojedzie i wytnie -?tłumaczył mi jeden z chłopów. I tyle.
Bagienna przestrzeń otaczająca te sanktuaria życia wydaje się
rozpaczliwie pusta, tymczasem jest wcale nie mniej urozmaicona i bogata.
To przecież olbrzymi archipelag małych stromych wysepek, jakimi są
sztywne kolumny turzyc. Na wierzchołku każdej takiej kępy panują niemal
stepowe warunki, u jej podnóża znajduje się zaś środowisko wodne. To
sprzyja niespotykanej różnorodności bezkręgowców -?owadów, pajęczaków i innej zwierzęcej drobnicy. Każdy z zamieszkujących tu lub przynajmniej
szukających zdobyczy ptaków jest dla tego drobiazgu niczym Rodan -?ptak
śmierci z filmu pod tym samym tytułem. To właśnie rozmaitość tego
owadziego czy pajęczego ludu przyciąga na mokradła najróżniejsze gatunki
ptaków -?do tego stopnia, że na przykład samice wodniczek zwolniły samce
z obowiązku karmienia piskląt. Same znajdują dość pożywienia w promieniu
kilkudziesięciu metrów i nietrudno zobaczyć, że co chwilę kursują w tę i z powrotem z nowym pęczkiem drobnych pajączków, motylków czy gąsienic w dziobie. Typowa współczesna łąka nie dorasta do tego poziomu
bioróżnorodności. Zajeżdżana maszynami, "chrzczona" nawozami, zalewana
gnojowicą i prasowana wałami ubożeje z każdym rokiem, co zauważają także
chłopi.
-?Kiedyś ile tu było ptaszków, jeden zgiełk, skowronków, jaskółek,
czajek, a dziś?! -?żalił się jakiś rolnik zaproszony na posiedzenie Rady
Naukowej Biebrzańskiego Parku Narodowego.
-?Często nawet skowronka tam nie uświadczysz! -?dopowiada z pozycji
znawcy tematu Agnieszka Henel z BPN.
Co się stanie, gdy to będące ostoją bioróżnorodności bagno zostanie
odwodnione siecią rowów? Złoże torfowe wyłoni się z wody, która odpłynie
kanałami, a zyskawszy kontakt z tlenem atmosferycznym, zacznie się
palić. Bez ognia wprawdzie -?jak mówią fachowcy: "bezpłomieniowo" -
jednak nastąpi jego utlenianie. Co da węgiel powiązany z tlenem?
Oczywiście dwutlenek węgla. Osuszone torfowisko wnosi go do atmosfery
mnóstwo, potęgując efekt cieplarniany, zamiast stanowić chłodzący
kompres, jakim było pod powierzchnią wody. Naturalne mokre bagno działa
jak gąbka wchłaniająca moc dwutlenku węgla, osuszone staje się natomiast
rodzajem rury wydechowej czy komina wysyłającego ten zwodniczy gaz do
atmosfery. Gdy torf przeschnie, może się też palić "płomieniowo". Wtedy
złoże żarzy się niekiedy całymi tygodniami, zadymiając otoczenie. Gdy w Basenie Dolnym Biebrzy zapłonęło w ten sposób niewielkie przesuszone
leśne torfowisko, strażacy wlewali weń całe beczkowozy wody, a w promieniu kilku kilometrów przez dobre dwa miesiące unosiła się
niebieskawa mgła roznosząca zapach spalonego czajnika.
Wystawiony na działanie powietrza torf zamienia się w mursz torfowy -
pylistą substancję o wyglądzie kawy marnego gatunku zmieszanej z sadzami. W każdym zagłębieniu pozostawionym przez maszyny rolnicze po
deszczu tworzy się nie bagno, ale prawdziwe błoto. W czasie suszy wiatr
roznosi brunatny pył. Wraz z rozkładem torfu uwalniają się też
niedostępne dotąd dla roślin lądowych substancje mineralne, toteż
krzewią się wybujałe zielska. Jeżeli torfowisko ma być użytkowane,
zostaje zaorane i obsiane nasionami produktywnych traw łąkowych. Ziemia
jest dość żyzna, więc trawy rosną jak na drożdżach i mamy poczucie
wielkiego zwycięstwa nad przyrodą. Z czasem jednak ta eksplozja słabnie,
łąki trzeba nawozić, regulować dopływ i odpływ wody rowami. Złoże
stopniowo ulega utlenieniu, staje się coraz cieńsze, a po pewnym czasie
może nieomal zniknąć i odsłonić podłoże -?w tych stronach z reguły
piaszczyste. Z bogactwa bagiennej przyrody nie zostaje prawie nic. I po
co to robimy? Żeby, odebrawszy pożywienie wielu istotom, wyprodukować
jeszcze więcej mięsa i wyrobów pochodzenia zwierzęcego, które zresztą od
dawna są na naszym kontynencie pochłaniane w nadmiarze.
Melioracyjny szał za czasów Polski Ludowej miał na celu tworzenie PGR-ów
(zwanych tu kombinatami łąkarskimi) na wielkich połaciach odwodnionych
bagien. Na osuszonym bagnie Wizna powstał jeden z nich, ale w czasach
transformacji, jak wiele innych, zbankrutował. Dziś pozostał po nim,
wybudowany w miejscu dawnej wioski rozciągniętej na wzgórzu zewsząd
otoczonym bagnami, kombinat Grądy Woniecko -
architektoniczno-przemysłowy potworek. Karłowate blokowisko, więzienie,
kościół z wieżą wyglądającą z dala jak komin fabryczny, prymitywne drogi
z betonowych płyt, zionące pustką dawne hale otoczone gruzami i chwastami, droga do tego osiedla biegnąca przez gaj wyniosłego barszczu
Sosnowskiego... Podobny kompleks -?Kombinat Łąkarski Gugny -?miał się
pojawić na bagnie Ławki. I pomyśleć, że na bajkowych grądzikach miały
stanąć suszarnie, chlewnie czy inne rolniczo-przemysłowe bohomazy.
Wiele razy rozmawiałem z chłopami o melioracjach -?zwłaszcza z tymi,
którzy, urzeczeni rewolucją koło Wizny, napomykali, że "Fabrykę tu u nas, panie, też czas stawiać". Próbowałem nakreślić ponętny obraz
przyrodniczego bogactwa bagien, a wtedy oni starali się mnie zbić z tropu tym samym argumentem:
-?Ale mięso to wy tam, w mieście, lubicie, co? No powiedz pan sam, ale
tak od serca: lubisz czy nie?
Lubiłem.