Bigos z galanterią
Pan Michał Lepszy zdążał ulicą Chłodną w kierunku domowych pieleszy. Kto by obserwował z daleka wężowy szlak jego kroków, mógłby dojść do wniosku, że pan Michał ma abominację do niektórych sklepów i dlatego przechodzi ciągle z jednej strony ulicy na drugą.
To się w obecnych ciężkich czasach niejednemu zdarza. Lecz panem Michałem miotała inna siła, którą można śmiało nazwać energią wytwarzaną przez mieszankę spirytusową.
Po niezliczonych ewolucjach strudzony wędrowiec zatrzymał się wreszcie przed wystawą jadłodajni.
Poczuwszy nagle niesłychany głód, wszedł do wnętrza i zażądał porcji bigosu.
Kiedy fertyczna kelnerka, panna Władzia Piętakówna, postawiła przed nim dymiące danie, pan Lepszy pochylił się nad talerzem, wpatrywał się chwilę w poszczególne fragmenty i począł mówić do siebie:
- W poniedziałek pieczeń huzarska. we wtorek cynaderki. środa bepsztyk wiejski z cybulką. czwartek, rozumie się, przepisowo flaki z pulpetamy. w piątek była wątroba cielęca. ale co było w sobotę. trochę to podobne do kiełbasy sejmowej. ale znowuż przypomina nieco palec od włóczkowej rękawiczki. Panieneczko, proszę tu na chwilę.
- Słucham, proszę gościa.
- Czyżby to możliwe, żeby w sobotę były tu na obiad rękawiczki?
- A to w jaki sposób?
- W taki sposób, że mi się kalendarz nie zgadza i nie mogę podług waszego przeglądu tygodniowego zorientować się, co było w sobotę. na obiad. No bo tak. niech pani patrzy, pieczeń huzarska w poniedziałek jest. wtorek w porządku, środa także. flaki czwartkowe obecne. wątróbka z piątku obecna. ale co to za cholera. rękawiczka nie rękawiczka?
- Albo sobie pan szanowny śmichy chichy z poważnego interesu odstawia, albo naumyślnie domowy bigos znieważa, żeby rachonku nie regulować.
- Broń Boże, nie zależy mnie na głupiej złotówce, bo człowiek jestem zamożny, ale takie mam wychowanie, że lubię wiedzieć, co się w bigosie znajduje i jak dawno w niem leży.
Powiedziałem: palec od rękawiczki, dlatego że nie chciałem się wyrazić: pięta od fildekosowej skarpetki. żeby gości z interesu nie wystraszyć. ale kiedy się panienka na elegancji nie znasz, to wyszczególnię głośno na całą salę:
Panowie, kto konsomuje bigosik, uwaga! skarpetka w niem figuruje. Piętę ja znalazłem, proszę szukać reszty!
Goście jedzący bigos zamarli w bezruchu. Jakiś wątły jegomość pobladł, zatrzepotał rękami i wybiegł pędem na podwórze. Niecne inwektywy usłyszał także właściciel lokalu, pan Zenobiusz Figurski. Podbiegł, chwycił gościa za kark i przy pomocy dwu zręcznych kopniaków wyrzucił go na ulicę. Pan Lepszy, wypadając z zakładu, runął wprost w objęcia pana posterunkowego Migdała. Stąd protokół i sprawa o zakłócenie spokoju.
Nieznośny gość oraz nerwowy gastronom zostali skazani na grzywnę po 30 złotych.
Pan Figurski przyjął wyrok, ale wychodząc, oświadczył dumnie:
- U mnie w bigosie wyroby galanteryjne nie mają prawa się znajdować. To był listek bobkowy, proszę najwyższego sądu!
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
Cesarz i wezyr
Teatr amatorski w miasteczku W. pod Warszawą wystawił dla uczczenia 250-tej rocznicy wyprawy wiedeńskiej dramat historyczny w dziewięciu obrazach z prologiem i epilogiem pióra komendanta miejscowej straży ogniowej, pana Floriana Gibasiewicza, który też sztukę wyreżyserował i objął rolę głównego Turka, czyli wielkiego wezyra Kara Mustafy.
Postać cesarza austriackiego Leopolda wcielił pan Sylwester Gumka, zastępca kierownika poczty, a to dlatego, że służył kiedyś w austriackim wojsku.
Z obsadzeniem reszty ról nie było specjalnego kłopotu, tylko nikt nie chciał grać naczelnego eunucha, ze względów zrozumiałych. Po namyśle autor rolę tę w ogóle skreślił.
Nadszedł dzień przedstawienia. Publiczności przybyło bardzo dużo, ale już od początku coś się zaczęło nie szykować.
Światło zgasło, kurtyna zahaczała się trzy razy, zanim poszła w górę. Podczas przyjęcia posłów wiedeńskich zawalił się namiot wielkiego wezyra i przygniótł nogę jednemu z wodzów bisurmańskich, który krzyknął rozdzierająco:
- A żeby cię nagła krew zalała, w sam świąteczny odcisk dostałem!
Ale wszystkie te drobne niepowodzenia zbladły zupełnie wobec prawdziwego nieszczęścia, jakim skończył się akt piąty. Żeby zbytnio nie obarczać budżetu widowiska, reżyser tak urządził, że cesarz Leopold i dowódca obrońców, hrabia Starhemberg, posługiwali się jednym kostiumem. W teorii było to niesłychanie łatwe do urzeczywistnienia, gdyż cesarz ukazywał się na scenie dopiero wtedy, gdy hrabia z niej schodził i miał dość czasu, by oddać swe szaty monarsze. Ponieważ jednak hrabia oddalał się w prawą kulisę, a cesarz wychodził z lewej, za sceną zaś nie było przejścia, ustalono, że kostium przerzuci na drugą stronę nad dekoracjami miejscowy as lekkoatletyczny, pan Korytko.
Ale co innego teoria, co innego praktyka.
Król Sobieski dawno oczekiwał na czele swych rycerzy ukazania się cesarza Leopolda. Hrabia Starhemberg dawno wyszedł, a cesarz nie wchodził. Na scenie zapanowało denerwujące milczenie, wreszcie jeden z dworzan podszedł do kulisy i szepnął:
- Gdzie cesarz? Panie Gumka, dlaczego pan nie wchodzisz?
- Ta jakże wlizę bez portek?!
- A gdzież one są?
- Patrz pan, wiszą na ratuszu.
Istotnie z wieży starożytnego wiedeńskiego ratusza powiewały melancholijnie cesarskie spodnie. Okazało się, że Pan Korytko był tego dnia nie w formie, źle obliczył rzut i spodnie zawisły na dekoracji.
Ale pauzy niepodobna było przedłużać. Zdenerwowany inspicjent, nie bacząc na konsekwencje, wypchnął pana Gumkę na scenę.
Ukazanie się cesarza Leopolda w stosowanym kapeluszu, jegierowskiej koszulce i ciepłych kalesonach wywołało niebywały efekt. Sala zahuczała śmiechem, który jednak szybko ustąpił miejsca głosom protestu. Nieszczęśliwe matki zasłaniały oczy swym nieletnim córeczkom, wołając:
- To świństwo, opuścić kurtynę! Ubrać go, ubrać! Komendant policji przerwał przedstawienie i polecił aresztować cesarza Leopolda oraz wielkiego wezyra pod zarzutem obrazy moralności publicznej.
Sprawiedliwość długo się wahała, co zrobić z tym fantem, ale wreszcie wczoraj sprawcy katastrofy stanęli przed sądem w W. i skazani zostali na grzywnę po złotych dwadzieścia.