Rozdział 1
Anna Stańczyk
Smutno mi było tak samej w domu.
Moja kochana wnusia wyprowadziła się ode mnie rok temu. Co prawda odwiedzała mnie co jakiś czas, dzwoniła i pisała wiadomości, ale jednak nie było to samo, co wspólne mieszkanie.
Oczywiście, miałam tę moją sąsiadkę Gabryśkę, z nią nie dało się nudzić. Ciągle coś wymyślała, czasami aż głowa mnie bolała od tych jej rewelacyjnych pomysłów. Aktualnie była na etapie farbowania włosów na różne kolory. Wymyśliła sobie, że co miesiąc jej fryzura będzie... aż nie wiem, co myśleć o tym wszystkim.
Trudno ubrać w słowa, to co można zobaczyć na jej głowie.
Zaczęło się od zieleni. Później jej włosy były fioletowe, bordowe, czarne, niebieskie, a nawet białe. Nie siwe, nie blond, tylko białe czy tam śnieżnobiałe. Przynajmniej ona twierdziła, że właśnie tak nazywa się kolor tej farby.
Nie miałam pojęcia, skąd ona bierze te wszystkie inspiracje albo kolory. Pytałam kiedyś, to najpierw odpowiedziała, że mam się nie interesować, bo kociej mordy dostanę, a później niby w tajemnicy powiedziała, że podpatruje modę i z dalekich krajów sprowadza farby do włosów. Nie chciałam kontynuować tego tematu, zatem o nic więcej się nie dopytywałam.
Podczas ostatniego roku miał miejsce pewien epizod - Gabi mieszkała u mnie przez dwa tygodnie. Wszystko to za sprawą hałasów w jej mieszkaniu. Podejrzewała, że straszą ją duchy. Nawet zaczęła chodzić do kościoła i prosić księdza, aby przyszedł i poświęcił wszystkie pomieszczenia. Ten na początku nie chciał się zgodzić. Mówił, że on nie jest od takich rzeczy, a poza tym duchy nie istnieją.
Gabi była osobą bardzo upartą i nie dawała za wygraną, więc ksiądz w końcu wybrał się do jej mieszkania, ale wyłącznie po to, aby mieć święty spokój z tą jawnogrzesznicą. Moja sąsiadka niby nie wierzyła w to, czego nie mogła zobaczyć, dlatego z kościołem miała na bakier. Mnie zdawało się to trochę dziwne, bo w takim razie w duchy też nie powinna była wierzyć. Przecież ich również nie widać.
Ona była innego zdania, uważała, że duchy słychać, i to właśnie w jej mieszkaniu. Machnęłam ręką i starałam się zmienić temat, bo z tą durną babą nie było co dyskutować.
No i wracając do tego księdza, to przyszedł do jej mieszkania. Pochodził po pomieszczeniach, coś nasłuchiwał, w końcu wyjął z torby wodę święconą i kropidło, coś "poszamanił" i ostatecznie stwierdził, że z racji tego, iż Gabriela nie chodzi do kościoła, to diabeł ją opętał i hałasując w jej mieszkaniu, zmusił do odwiedzenia świątyni.
Gdybym nie była przy tym zajściu, tobym nie uwierzyła w to, co pan w czarnej sukience mówił mojej sąsiadce. Nie mogłam wytrzymać ze śmiechu, więc czym prędzej wyszłam z mieszkania.
Co dalej się działo - nie wiedziałam.
Gabrysia wspominała, że miała dość ciekawą rozmowę z tym księdzem i stwierdziła, że chcąc wypędzić szatana, musi co jakiś czas chodzić do kościoła. Niestety straszenie nie ustawało, co bardzo dziwiło moją sąsiadkę. Nawet proponowałam jej, że pójdę do niej na kilka nocy i razem posłuchamy tego straszenia. Nie chciała się zgodzić, więc ja nie nalegałam.
Co w końcu z tego wyszło?
Gabriela w swoim mieszkaniu miała drewniane meble i drewniane podłogi. Nie wyglądało to ładnie, bo według mnie taki wystrój można mieć w jakimś domku wolnostojącym, a nie w mieszkaniu w bloku. Ale co zrobić... Gabi miała dziwny gust, zatem uznałam, że już mnie nic nie zaskoczy.
Wracając do tych drewnianych rzeczy, a w sumie mebli - to chyba logiczne dla wszystkich, że one czasami tak jakoś dziwnie strzelają. Ja to wiedziałam, nawet dzieci to wiedziały, lecz istniała jedna osoba, która tego nie wiedziała. Była nią właśnie moja koleżanka, przyjaciółka i jednocześnie sąsiadka - Gabriela Wąsek.
Koniec końców sprawa została wyjaśniona i Gabi nareszcie wyprowadziła się ode mnie.
Przypominając sobie tamte chwile, to śmiało mogłam stwierdzić, że wolę mieszkać sama niż z tą starą kobietą. Mieszkanie z tą kolorową głową to sama udręka. Jeżeli ona przez te wszystkie lata z byłym mężem "cyrkowała" tak, jak to robiła, mieszkając u mnie, to ja się nie dziwiłam, że on dawno temu zostawił ją dla innej.
Gabriela Wąsek wstawała codziennie równo o trzeciej trzydzieści trzy i od razu szła w stronę kuchni, by zrobić kawę i śniadanie. Śniadanie robiła wyłącznie dla siebie. O mnie nie pomyślała ani jeden raz. Zaraz po wstawieniu wody na ten ciemny dający energii napój włączała radio.
Twierdziła bowiem, że dom bez muzyki jest nudny i każdy obywatel tego świata powinien z samego rana włączać ulubione piosenki, by sprawić, że dzień będzie lepszy. Zupełnie tego nie rozumiałam, bo ja z tych osób, które z rana upajały się ciszą, a nie przyśpiewkami góralskimi. Niestety, Gabi miała tak odmienne zdanie, że za nic nie liczyła się z tym, co mówiłam, i oprócz słuchania tych jej ulubionych kawałków jeszcze śpiewała, w dodatku niemiłosiernie fałszując.
Dla niej śniadanie stanowiło podstawowy posiłek, przynajmniej tak wywnioskowałam. Każdego poranka robiła sobie jajecznicę z czterech jajek, do niej dodawała szczypiorek i jakąś wędlinę. Po skończonej konsumpcji szła do pokoju oglądać telewizję. Przy każdej z tych czynności ani razu nie pomyślała o mnie i o tym, że ja mogę mieć ochotę na poranny relaks w formie spania. Przecież kto normalny chwilę przed czwartą rano zasiadał w fotelu i oglądał seriale kryminalne? Poza tym były to powtórki, które ona mogła obejrzeć też wieczorem, bo transmitowali kolejny raz.
Niestety, ale każda jej pobudka i czynności, które wykonywała, sprawiały, że momentalnie się budziłam i chociaż próbowałam zasnąć kolejny raz, nie udawało mi się to.
Co miałam więc robić?
Nie lubiłam bezczynnie leżeć w łóżku, zatem wstawałam skoro świt, robiłam sobie kawę i w ciszy oglądałam te durnoty, które leciały w telewizji.
Oczywiście nie mogłam pisnąć ani słowa, bo Gabrysia zaraz zaczynała krzyczeć i wyzywać mnie od niekulturalnych ludzi. Ta cała sytuacja to jedna wielka nauczka dla mnie. Teraz już wiedziałam, że lepiej nie proponować noclegu mojej przyjaciółce.
Dziś, siedząc przy oknie i patrząc się na bawiące się dzieci na podwórku, wspominałam te bądź co bądź straszne chwile i cieszyłam się, że aktualnie w moim mieszkaniu panuje błoga cisza.
Niestety, to, co dobre, szybko się kończy.
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka. Po pierwszym razie nie otworzyłam, ale mimo to zastanawiałam się, kto może nachodzić mnie w sobotnie popołudnie. Ponownie usłyszałam znajomy dźwięk i szarpanie za klamkę. W tej chwili już doskonale wiedziałam, kto to może być.
To ona - moja sąsiadka i najlepsza przyjaciółka w jednym.
Wstałam z krzesła, podeszłam do drzwi i popatrzyłam przez judasza.
Przeczucia mnie nie myliły.
Przekręciłam zamek, złapałam za klamkę i nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, bo nagle w moim mieszkaniu znalazła się kobieta z naprzeciwka.
- Matko, Anka! Już myślałam, że nie żyjesz! - krzyczała Gabi.
- Niby czemu miałabym nie żyć? - dziwiłam się.
- Ty się jeszcze pytasz? - odparła oburzona. - Wydzwaniam do ciebie od samego rana, napisałam kilka wiadomości i ciągle cisza...
Przysłuchiwałam się tylko temu monologowi, a Gabi kontynuowała...
- Myślę sobie: no tak, kobiecina poszła pod prysznic, oblewała się gorącą wodą, a może wrzątkiem, stare ciało nie wytrzymało temperatury, w głowie zaszumiało, zahuczało i fik-mik. Anna Stańczyk w jednym momencie osunęła się po drzwiach kabiny i leży tam ze sztywnymi członkami swymi. Już nawet zastanawiałam się nad tym, co napisać w nekrologu i jak o tym wszystkim powiedzieć innym sąsiadom. - Podrapała się po głowie.
- I co takiego wymyśliłaś? - zapytałam bardzo ciekawa.
- Pomysłów miałam mnóstwo, ale stwierdziłam, że... - przerwała i zaczęła szukać czegoś w kieszeni.
Po chwili podała mi kartkę.
- Co to jest? - zagadnęłam, trzymając papier.
- No twój nekrolog. Gdybyś nie otworzyła, to przywiesiłabym na drzwiach wejściowych do klatki - odparła zadowolona z siebie.
Nekrolog
Zawiadamiam, że dzisiaj, czyli tego pięknego słonecznego i letniego dnia, odeszła od nas - a konkretniej osunęła się po drzwiach od kabiny, w której brała poranny prysznic - nasza kochana, uwielbiana przez wszystkich, a jednocześnie złośliwa i wtrącająca się we wszystko sąsiadka:
Anna Stańczyk
Kobiecina mimo swojego wieku - nie będę zdradzać szczegółów, ale miała już ponad siedemdziesiąt lat - była żwawą staruszką, a teraz jest martwa. Uwielbiała spacery i spotkania w Klubie Seniora, gdzie jej wątroba nie raz ucierpiała. Anna niby nie piła, ale wiele razy mówiła o piwie i że jak ktoś go nawarzy, to musi wypić. Śmiem sądzić, że ona chodziła tam tylko z jednego powodu, a mianowicie tego piwa właśnie. Anna była zawsze pomocna zarówno sąsiadom, jak i przyjaciołom, w tym mnie. Miejmy nadzieję, że teraz pomaga Świętemu Piotrowi przygarnąć inne zbłąkane owieczki do świętego stada Bożego.
Osoby, które chcą ją pożegnać, a konkretniej to, co z niej zostało - czyli martwe ciało przystrojone w garsonkę - mogą to zrobić jutro.
Miejsce i godzinę podam, gdy tylko dowiem się czegoś więcej.
Ślę pozdrowienia i ubolewam nad stratą przyjaciółki.
Zawsze jej wierna
Gabriela Wąsek
Po przeczytaniu tego nie wiedziałam, co powiedzieć. Miałam dwa wyjścia, albo śmiać się z głupoty mojej sąsiadki, albo wkurzyć się na nią i nieźle ochrzanić.
Naprawdę myślałam, że po tylu latach znajomości ta osoba nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć. Teraz śmiało mogłam stwierdzić, że jeszcze wiele ciekawych sytuacji przede mną, oczywiście z Gabi w roli głównej.
- I jak ci się podoba twój nekrolog? - zapytała z uśmiechem na twarzy.
- Wiesz... aż zabrakło mi słów - odparłam szczerze.
- To znaczy, że ci się podoba, prawda? Widzisz, jaką masz kreatywną koleżankę, sąsiadkę i przyjaciółkę w jednym? - Była naprawdę dumna z siebie.
- Trudno się nie zgodzić, bo rzeczywiście nie podejrzewałam cię o takie coś. Ale mam jedną wątpliwość...
- Niby jaką? Co ci się nie podoba? - zdziwiła się.
- Jeżeli faktycznie bym nie żyła, bo coś by mi się stało, to dlaczego nie wezwałaś policji, straży pożarnej albo karetki pogotowia? Chyba to się robi jako pierwsze, prawda? Jak ty to sobie wyobrażałaś? Skoro nie mogłaś się ze mną skontaktować, to mogłaś wykonać jakieś inne czynności niż pisanie nekrologu.
- Ty... ty... ty jesteś niewdzięczna za całą moją dobroć. Ja się staram, myślę jak powiadomić sąsiadów, jak dbać o twoje dobre imię, a ty co robisz? - Gabi była wkurzona.
- Ja próbuję dowiedzieć się, co tobą kierowało, że zamiast wykonywać poważne czynności, to zaczęłaś zajmować się głupstwami.
- Dla ciebie nekrolog to głupstwo? - prychnęła. - Przecież po każdym zejściu z tego świata wiesza się informację kto, gdzie i kiedy się wymeldował.
- Skąd się wymeldował? - zdziwiłam się.
- Jak to skąd? No właśnie z tego świata. I w związku z tym chciałam wykonać dla ciebie jakąś ostatnią przysługę, więc postanowiłam, że będzie to nekrolog, który powieszę na drzwiach klatki.
- Zacznijmy od tego, że nekrolog w ogóle tak nie wygląda. - Spojrzałam na nią.
- Właśnie wiem i dlatego zależało mi na tym, aby zrobić coś innego, wyjątkowego. Takiego od siebie dla ciebie - odparła.
- Jak to dla mnie, skoro ja niby miałabym nie żyć?
- Oj, wiesz, o co mi chodzi... taki ostatni ukłon w twoją stronę.
- Dobra. - Machnęłam ręką. - Nie ma co kontynuować tego tematu. Jak widzisz... - obróciłam się wokół własnej osi - żyję i mam się dobrze. Więc możesz już wyrzucić tę kartkę. A najlepiej będzie, jak najpierw podrzesz ją i dopiero potem wyrzucisz. Jeszcze ktoś przez przypadek przeczyta i będzie afera.
- Anka, ja muszę na chwilę pójść do siebie. Zaraz wracam - powiedziała i wyszła.
Ja to się miałam z tą moją sąsiadką. Ale patrząc przez pryzmat naszej znajomości, to wiodłam bardzo wesołe życie i żaden dzień, który tak szybko mijał, nie był taki sam.
Długo nie czekałam, bo po chwili wróciła Gabi. Weszła bez dzwonienia ani pukania.
- Coś ty tak nagle uciekła? - zapytałam.
- A bo... - przerwała - bo... wydawało mi się, że zostawiłam coś na gazie.
- Dobra, mów wprost, po co przyszłaś.
- Po nic. Tak zwyczajnie chciałam odwiedzić cię i zobaczyć, co u ciebie słychać - odparła.
- Ale widziałyśmy się wczoraj wieczorem przecież. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło.
- Zmieniło czy nie zmieniło. Wypada odwiedzić i zapytać, co robiłaś, że nie odbierałaś telefonu i tak długo podchodziłaś do drzwi.
- Siedziałam przy oknie i patrzałam, jak dzieci bawią się na placu zabaw - powiedziałam szczerze.
- Pokaż, co tam widziałaś? - zapytała i udała się w stronę okna, które znajdowało się w pokoju.
- Mam taki sam widok jak ty. U siebie patrz, a nie u mnie.
- Ty masz lepszy, bo u mnie zasłania to duże drzewo. Tu widać o wiele więcej - odparła i usiadła w miejscu, w którym ja siedziałam chwilę temu.
Nie sądziłam, że ten moment przy oknie może zmienić nasze życie, a konkretniej wprowadzić do niego sporo radości, ale też pracy, bo o problemach lepiej było nie wspominać.
- Anka, a co to za baba siedzi tam na ławce? - Pokazała palcem.
Spojrzałam w miejsce, które Gabi wciąż wskazywała, i odpowiedziałam:
- To stara Mańkowska jest.
- Która to?
- Gertruda Mańkowska, mieszka tu obok w bloku, w tej oooo pierwszej klatce. - Teraz to ja pokazałam palcem.
- A to mów, że to Gienia jest. Nie znam jej z nazwiska, ale wiem, że fajna i sprytna z niej babka.
- Tak, kilka razy z nią rozmawiałam. Naprawdę inteligentna kobieta. Szkoda, że jest sama - odparłam.
- No sama, sama... Jej chłop wymeldował się jakieś trzy lata temu - dodała Gabi.
- Do innej odszedł? W tym wieku? - byłam zaskoczona.
- Do jakiej innej? Wymeldował się z tego świata. Anka, zacznij w końcu rozumieć podstawowe zwroty.
- To nie możesz mówić wprost, że jej mąż nie żyje? Tylko jakichś dziwnych słówek używasz?
- Ty stara jesteś, to dużo nie rozumiesz... - Machnęła ręką.
- Młódka się odezwała. Przecież dzieli nas tylko rok różnicy.
- Widocznie ten rok w naszym przypadku to wieczność.
- A wracając do tematu, to wiele starszych i samotnych pań jest na naszym osiedlu.
- My dwie, Gienia, to jest nas już trzy. Do tego dochodzą ci twoi koledzy i koleżanki z tego koła dla starszych pijaków. To faktycznie trochę nas się uzbiera.
- Naucz się w końcu, że jest to Klub Seniora i my tam nie pijemy żadnego alkoholu.
- Ty wiesz swoje, a ja wiem swoje. - Machnęła ręką. - Wracając do tych samotnych starszych ludzi, to... - Przerwała na chwilę.
Spojrzałam na moją sąsiadkę i doskonale wiedziałam, że wpadła na kolejny niby-genialny pomysł. Aż się bałam, co to takiego może być. Oczywiście wiedziałam, że jak nie zapytam, to się nie dowiem. Gabi taka właśnie była - potrzebowała konkretnych pytań, bo niby nie lubiła się narzucać. Phi, akurat, ona! Nawet teraz stała z buzią rozdziawioną, tak jakby czekała na to najważniejsze pytanie i momentalnie miała odpowiedzieć.
- Mów, co wymyśliłaś - zainteresowałam się.
- A co byś powiedziała, jak byśmy założyły... - próbowała przeciągnąć ten ważny moment.
- Mów w końcu! - ponaglałam ją.
- Co powiesz na... biuro matrymonialne dla seniorów? - wydusiła wreszcie.
- Biuro? Matrymonialne? Dla seniorów? Już raz był taki pomysł i nie wypalił - dukałam.
Nie wierzyłam!
Nigdy bym nie przypuszczała, że Gabriela wymyśli coś takiego. Ja bym nie wymyśliła, szczególnie że wtedy mimo szczerych chęci kompletnie nam się to nie udało. Byłam zaskoczona, ale i zaciekawiona, jak ona to sobie wyobraża.
- Tak! - Klasnęła. - To świetny pomysł i teraz się uda. Ja to czuję w kościach. Starych, bo starych, ale czuję. Dzięki nam ci samotni seniorzy będą mogli znaleźć bratnią duszę!
- A co, jeżeli miłości z tych swatów nie będzie? - zainteresowałam się.
- A czy musi być miłość? Nie może być przyjaźń?
- W sumie masz rację - odparłam.
- Mam rację i obie mamy doświadczenie - powiedziała. - Pamiętasz, jak szukałyśmy twojej wnuczce męża na portalu randkowym?
- Jak mogłabym o tym zapomnieć. - Zaśmiałam się. - Po wielu próbach znalazłyśmy idealnego kandydata i dzięki temu moja wnusia jest bardzo szczęśliwa.
Gabi miała rację. Założenie konta na portalu randkowym i podszywanie się pod moją wnuczkę było fantastycznym pomysłem. Dzięki temu ona teraz była szczęśliwa i kto wie... może niebawem staną na ślubnym kobiercu? Bardzo bym tego chciała.
- Więc sama widzisz, że już jakieś doświadczenie w tym mamy.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz? Mamy starszym ludziom zakładać profil na portalu randkowym?
- Głupia? Otworzymy stacjonarne biuro, gdzie ludzie będą mogli przyjść. Założymy im teczki, w których będą ich zdjęcia. Na kartkach wypiszemy zainteresowania, wymagania. Wiesz, to będzie biuro z prawdziwego zdarzenia - mówiła podekscytowana.
- Potrafimy już trochę więcej na komputerze, zatem możemy najpierw pisać na nim, a później drukować te kartki z różnymi ważnymi informacjami - dodałam.
- Czyli zgadzasz się?
***
I co ja miałam odpowiedzieć? Tak, miałam dwa wyjścia, albo się nie zgodzić i powiedzieć, że to głupi pomysł, albo zaryzykować i trochę poudawać, że się bardzo cieszę, ale gdzieś w głębi serca czy tam duszy mieć cień wątpliwości. Oczywiście, gdybym się nie zgodziła, to Gabi by się na mnie obraziła i zapewne powiedziała, że zamykam jej drzwi do kariery. Już kiedyś to od niej usłyszałam.
A to było tak...
Moja sąsiadka Gabriela lubiła oglądać programy, w których wygrywa się pieniądze. Najpierw oczywiście trzeba odpowiedzieć na jakieś pytania, a dopiero później jest finał i jak się komuś poszczęści, to jego konto bankowe zostaje zasilone niezłą sumą.
Ona akurat oglądała sobie jeden z odcinków, w którym odsłaniało się literki mające utworzyć hasło. Tyle się tego naoglądała, że prawie zawsze udawało jej się zgadnąć, co kryje się na planszy. Wtedy była bardzo zadowolona z siebie i wydawało jej się, że jest mądrzejsza od innych.
Taka właśnie była Gabriela, nic na to się nie poradziło.
Pamiętałam, że wtedy zaprosiła mnie do swojego mieszkania na kawę. Rzadko to robiła, więc się bardzo zdziwiłam. Zazwyczaj to ona u mnie przesiadywała. Oczywiście skorzystałam z okazji, bo jak by inaczej.
Teraz wiedziałam, że zrobiła to specjalnie, bo w telewizji leciał ten jej program z literkami.
Strasznie się popisywała, wyzywała tych uczestników od głąbów i nieuków. Twierdziła, że to łatwe hasła i chyba każdy powinien je odgadnąć po kilku odsłoniętych literkach. Musiałam przyznać szczerze, że naprawdę świetnie jej szło i byłam pod wrażeniem szybkości odpowiedzi, ale to nie powód, aby kogoś wyzywać.
Nie wytrzymałam i w końcu się odezwałam:
- Gabryśka, możesz przestać?! - uniosłam lekko głos. - Nie zapominaj, że ty siedzisz w swoim mieszkaniu, na swojej kanapie, a oni...
- Co oni? Co oni? - przerwała mi.
- Oni są w telewizji. Wokół jest pełno kamer, oni walczą o prawdziwe pieniądze, a nie tak jak ty...
- Co ja? - zdziwiła się.
- Ty możesz rzucać na lewo i prawo literkami i mówić bez zastanowienia, bo ty nic nie tracisz i nic nie zyskujesz. A tam - pokazałam palcem na telewizor - jak ktoś się pomyli, to może stracić dużo pieniędzy. Czy ty masz świadomość, że to wielki stres dla tych wszystkich uczestników?
- Anka, weź przestań gadać głupoty! Stres stresem, ale jakąś wiedzę też trzeba mieć, prawda?
- Nie wiem, ja się nie znam - powiedziałam, bo chciałam jak najszybciej skończyć tę rozmowę.
- Najlepiej odwrócić tego kota dupą - prychnęła. - Wiesz co... ja wyślę do nich swoje zgłoszenie i pokażę ci, aż ci skarpetki ze stóp spadną.
- Ojojoj... - złapałam się za głowę - już się boję. Ty nie gadaj takich głupot i nigdzie nic nie wysyłaj, bo się jeszcze na pośmiewisko wystawisz.
- Na co? Kto? Ja? - zadawała pytania, będąc lekko wzburzona. - Ty... ty zamykasz mi drzwi do kariery!
- Do czego? - Zaczęłam się śmiać. - Czy ty myślisz, że pojawienie się w takim programie to już sława?
- Oczywiście, że tak! Ale ty się nie znasz i uważasz inaczej. Czy może się mylę? - Założyła ręce na piersiach i odwróciła głowę.
- Czy znam się, czy nie, to nie ma znaczenia. Tylko mam jedno pytanie... Proszę, odpowiedz mi na nie szczerze... - Spojrzałam na nią, lecz ona wciąż była odwrócona.
- No mów, na co czekasz? - Usłyszałam.
- Proszę, powiedz mi, ile z tych osób, które tu występują, widziałaś gdzieś na ściankach, w filmach czy w gazetach albo telewizji? Bo o stronach plotkarskich w Internecie to już nie wspomnę.
Gabi odwróciła głowę w moją stronę, lecz ręce wciąż miała założone na piersi.
- No słucham... co masz mi do powiedzenia na ten temat? - zapytałam ponownie. - Ile z tych osób zostało celebrytami?
- Chyba żadna... - powiedziała cicho.
- Więc sama widzisz, że nie zamykam ci żadnych drzwi do kariery. Dzięki udziałowi w jednym teleturnieju nie da się jej zrobić, i tyle.
- Zawsze mogę brać udział we wszystkich, jakie są, i będę znana z tego, że jestem miłośniczką takich programów.
- Szczerze mówiąc, to wątpię... Ja rozumiem takie odgadywanie literek, ale granie o milion złotych czy umiejętne zadawanie pytań, gdzie tylko widać odpowiedź, to już sztuka. A coś mi się wydaje, że ty aż tak rozległej wiedzy jak ci wszyscy uczestnicy to nie masz.
- Dobra... zakończmy ten temat. Ty masz swoją rację, ja mam swoją i niech tak będzie - odburknęła i wzięła ciastko ze stolika.
Dla mnie to był znak, że rozmowa dobiegła końca.
***
- Anka! - Głos sąsiadki wyrwał mnie ze wspomnień. - O czym ty myślisz, że w ogóle nie reagujesz na to, co się do ciebie mówi?
- Zastanawiałam się nad tą twoją propozycją - skłamałam.
- I co wymyśliłaś? - Czekała na moją odpowiedź.
- To jest genialny pomysł! - krzyknęłam z radości, całe szczęście nie odkryła, że ta radość była trochę wymuszona. - Tylko jest mały problem...
- Jaki? - zapytała moja sąsiadka.
- Skoro chcemy otworzyć stacjonarne biuro, to... skąd weźmiemy lokal? - Spojrzałam na nią.
- Z lokalem nie będzie problemu. Gorzej z opłatami.
- Nie rozumiem...
- Jest na wynajem ten lokal po piekarni, tuż obok nas. Tam mogłybyśmy otworzyć biuro. W dodatku znajduje się on blisko naszego mieszkania, więc nie traciłybyśmy czasu na dojazdy do centrum czy coś.
- A jest tam jakiś numer telefonu? - zapytałam. - Może byśmy zadzwoniły i zapytały o cenę.
- Tak, wydaje mi się, że jest. Niedługo będę szła do sklepu, to zobaczę.
- Super. Teraz mam drugie pytanie.
- Zamieniam się w słuch.
- Przyjmijmy, że mamy to biuro, logo, zarejestrowaną działalność. Otwieramy i co dalej? Ustalamy jakieś opłaty czy coś?
- A jak to sobie wyobrażasz? Przecież musimy opłacać lokal, wszystkie składki, kupić kartki do drukarki czy teczki. Cokolwiek. Wszystko kosztuje. A co za tym idzie, chętni będą płacili za nasze usługi. To ustalimy później. Najpierw musimy zapytać o lokal i znaleźć kogoś, kto załatwi za nas sprawy urzędowe - odparła.
- A co z nazwą? Bo przecież jakaś nazwa musi być, prawda? - zaciekawiłam się.
- Musi i będzie. Ale o tym jutro. Teraz lecę do sklepu. Spiszę numer i zadzwonię zapytać o cenę tego lokalu. Gdy się wszystkiego dowiemy, wtedy będziemy mogły myśleć o innych rzeczach - powiedziała
Gabi i wyszła z mojego mieszkania.
Zostałam sama z mnóstwem myśli w głowie. Z jednej strony byłam zła na Gabrysię za ten nekrolog i to, co w nim napisała. A z drugiej cieszyłam się, że wpadła na taki pomysł. Co prawda obawiałam się jednak, czy w ogóle nam się uda. Faktycznie, seniorów w naszym miasteczku było dość dużo, ale czy będą oni chętni, aby skorzystać z naszych usług? I w ogóle jak to brzmiało...
Niemniej im dłużej o tym wszystkim myślałam, tym bardziej przekonywałam się, że Gabrysia jest osobą naprawdę kreatywną i pomysłową. W końcu dzięki temu, że założymy to biuro matrymonialne dla seniorów, znowu będziemy miały zajęcie.
Po wyprowadzce mojej wnusi dni stały się szare. Oczywiście nie wszystkie, ale większość. Niby się nie nudziłam, ale jednak samotne wieczory czasami dawały się we znaki.
Gdy założymy to biuro, pracy będziemy miały co nie miara. I już teraz niezwykle mnie to cieszyło. A kto wie... może i my we dwie znajdziemy jakichś mężczyzn, przy których będziemy szczęśliwe i zawsze uśmiechnięte.
Rozmarzyłam się.
Co prawda ja na razie nie chciałam mieć żadnego faceta, ale nigdy nie wiadomo czy to myślenie mi się nie zmieni z czasem. Samotność była straszna, ale jak sobie pomyślałam o tym, że byłabym ograniczana przez jakiegoś samca, w dodatku alfa, to z wielką radością mówiłam stanowcze "nie".
Nie wiedziałam, czy po tylu latach bycia samej umiałabym przyzwyczaić się do tego, że ktoś ze mną mieszka. A co, jeżeli on miałby ochotę na coś zupełnie innego niż ja? W końcu ja już miałam swoje przyzwyczajenia i trudno byłoby mi się przestawić na coś innego, nowego. Dlatego jednak podziękuję.
Kolegów to ja miałam w moim Klubie Seniora i to mi wystarczyło.
Ale może do Gabrieli uśmiechnie się szczęście. Będę trzymała za nią kciuki, i to mocno. Po rozstaniu się z Ambrożym była chyba gotowa na nową znajomość. Przynajmniej czasami tak się zachowywała - jakby chciała, by ktoś był u jej boku.