Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? - Philip K. Dick

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (32,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Ricka Dec­karda obu­dził przy­jemny, deli­katny impuls elek­tryczny auto­ma­tycz­nego budzika wysłany przez sto­jący przy łóżku pro­gra­ma­tor nastroju. Zdzi­wiony - zawsze go dzi­wiło, że rap­tem wcale nie chce mu się spać - wstał z łóżka ubrany w wie­lo­barwną piżamę i prze­cią­gnął się. Jego żona Iran, leżąca w swoim łóżku, otwo­rzyła szare, nie­we­sołe oczy. Mru­gnęła, jęk­nęła cicho i znowu zamknęła powieki.

- Nasta­wi­łaś swo­jego pen­fielda na zbyt słaby impuls - powie­dział Rick. - Prze­pro­gra­muję go, obu­dzisz się i...

- Nie doty­kaj mojego pro­gra­ma­tora. - Jej głos był nie­przy­jem­nie ostry. - Wcale nie chcę się obu­dzić.

Przy­siadł na skraju łóżka, pochy­lił się i zaczął ją łagod­nie prze­ko­ny­wać:

- Jeżeli zapro­gra­mu­jesz odpo­wied­nio silny impuls, będziesz zado­wo­lona, że się obu­dzi­łaś. Na tym polega cała sprawa. Przy usta­wie­niu na pozy­cję C impuls odblo­ko­wuje świa­do­mość. Wiem to po sobie. - Przy­jaź­nie, bo czuł się życz­li­wie uspo­so­biony do całego świata (jego pro­gra­ma­tor usta­wiony był na D), pokle­pał jej nagie, nie­opa­lone ramię.

- Trzy­maj łapy przy sobie, glino - burk­nęła.

- Nie jestem gliną. - Poczuł przy­pływ iry­ta­cji, choć wcale go nie zapro­gra­mo­wał.

- Jesteś jesz­cze gor­szy - oznaj­miła żona. Oczy miała zamknięte. - Jesteś mor­dercą wyna­ję­tym przez gliny.

- Ni­gdy w życiu nie zabi­łem ludz­kiej istoty. - Jego iry­ta­cja potę­go­wała się, prze­cho­dziła w wyraźną wro­gość.

- Tylko te biedne andki - odparła Iran.

- Przy­po­mnę ci, że ni­gdy nie waha­łaś się wydać żad­nej nagrody, którą dosta­łem za tę robotę, na pierw­szą lep­szą rzecz, jaka ci wpa­dła w oko. - Wstał i pod­szedł do kon­soli swego pro­gra­ma­tora nastroju. - Nale­żało oszczę­dzać na praw­dziwą owcę, zamiast tej elek­trycz­nej imi­ta­cji. Zwy­kłe, elek­tryczne zwie­rzę za moje z tru­dem przez lata zaro­bione pie­nią­dze. - Zawa­hał się, czy zapro­gra­mo­wać tran­kwi­li­za­cję mię­dzy­mó­zgo­wia (która stłu­mi­łaby jego wście­kłość), czy też sty­mu­la­cję (co z kolei podraż­ni­łoby go wystar­cza­jąco, żeby wygrał tę sprzeczkę).

- Jeśli nasta­wisz na więk­szą agre­sję - oznaj­miła Iran, patrząc nań uważ­nie - zro­bię to samo. Nasta­wię na mak­si­mum i będziesz miał taką pyskówkę, przy któ­rej zbledną wszyst­kie nasze dotych­cza­sowe sprzeczki. No, spró­buj. - Wstała gwał­tow­nie, pod­sko­czyła do swego pro­gra­ma­tora nastroju i sta­nęła, wpa­tru­jąc się w Ricka wście­kłym wzro­kiem.

Wes­tchnął. Jej groźba podzia­łała.

- Nasta­wię to, co mam zapla­no­wane na dziś. - Odszu­kał w tabeli 3 stycz­nia 2021 roku i zoba­czył, że prze­wi­dziana jest poważna, pro­fe­sjo­nalna postawa. - Jeżeli zapro­gra­muję zgod­nie z pla­nem, czy zro­bisz to samo? - zapy­tał prze­zor­nie. Cze­kał, nie chcąc wyko­nać pierw­szego kroku, dopóki żona nie zgo­dzi się pójść w jego ślady.

- W moim pla­nie na dziś mam sześć godzin depre­sji z samo­oskar­ża­niem - odparła Iran.

- Co? Dla­czego to wpro­wa­dzi­łaś? - Taki pomysł sta­wiał na gło­wie całą kon­cep­cję pro­gra­ma­tora nastroju. - Nie mia­łem poję­cia, że można zapla­no­wać coś takiego - dodał posęp­nie.

- Sie­dzia­łam tu pew­nego popo­łu­dnia - odparła Iran - i oczy­wi­ście włą­czy­łam Przy­ja­ciel­skiego Bustera i Jego Przy­ja­ciel­skich Przy­ja­ciół. Mówił o wiel­kiej nowi­nie, którą ma zamiar wkrótce ogło­sić, i wtedy wła­śnie puścili tę wstrętną rekla­mówkę, tę, któ­rej nie cier­pię, no wiesz - o Oło­wia­nych Ochra­nia­czach Moun­ti­banka. Wyłą­czy­łam więc na chwilę dźwięk i nagle usły­sza­łam dom, ten dom. Usły­sza­łam... - Mach­nęła ręką.

- Puste miesz­ka­nia - powie­dział Rick. Cza­sem sam je sły­szał w nocy, kiedy powi­nien był spać. A prze­cież obec­nie na wpół zamiesz­kany budy­nek zaj­mo­wał wyso­kie miej­sce w sta­ty­styce zagęsz­cze­nia - tam, gdzie przed wojną były przed­mie­ścia, można było zna­leźć zupeł­nie opusz­czone domy, a w każ­dym razie tak mówiło się na mie­ście. Nie zwe­ry­fi­ko­wał tej infor­ma­cji - jak więk­szość ludzi nie miał ochoty spraw­dzić tego samemu.

- W chwili, gdy wyłą­czy­łam w tele­wi­zo­rze fonię - powie­działa Iran - byłam w nastroju 382, wła­śnie go nasta­wi­łam. Tak więc, choć odbie­ra­łam tę pustkę inte­lek­tu­al­nie, nie czu­łam jej. Moją pierw­szą reak­cją było zado­wo­le­nie, że stać nas na pro­gra­ma­tor nastroju Pen­fielda. Ale kiedy sobie uświa­do­mi­łam, jak nie­zdrowe jest to odczu­wa­nie nie­obec­no­ści życia, nie tylko w tym budynku, ale wszę­dzie, i odre­ago­wy­wa­nie tego... rozu­miesz? Chyba nie. Ale przy­jęto uwa­żać to za oznakę cho­roby umy­sło­wej, nazwano bra­kiem wła­ści­wego oddzia­ły­wa­nia. Zosta­wi­łam więc wyłą­czoną fonię, usia­dłam przy pro­gra­ma­torze i zaczę­łam eks­pe­ry­men­to­wać. I wresz­cie zna­la­złam, jak usta­wić roz­pacz. - Na jej sma­głej, zuchwa­łej twa­rzy poja­wił się wyraz zado­wo­le­nia, jakby udało się jej osią­gnąć coś god­nego uwagi. - Włą­czy­łam więc ją do mojego planu, dwa razy w mie­siącu. Sądzę, że to sen­sowny okres, by odczuć tę wszech­ogar­nia­jącą bez­na­dzieję, bez­na­dziejne tkwie­nie tu, na Ziemi, gdy wszy­scy roz­gar­nięci ludzie wyemi­gro­wali, nie uwa­żasz?

- Ale taki nastrój - odparł Rick - może cię skła­niać do pozo­sta­wa­nia w nim, nie­wy­pro­gra­mo­wa­nia się z niego. Roz­pacz obej­mu­jąca cał­ko­witą real­ność może nawra­cać.

- Pro­gra­muję prze­sta­wie­nie po trzech godzi­nach na 481 - odparła gładko. - Świa­do­mość, że otwie­rają się roz­liczne moż­li­wo­ści, nadzieja, że...

- Znam 481 - prze­rwał jej. Wie­lo­krot­nie nasta­wiał tę kom­bi­na­cję, miał do niej wiel­kie zaufa­nie. - Posłu­chaj - rzekł, sia­da­jąc na łóżku. Ujął ją za ręce i przy­cią­gnął do sie­bie. - Nawet przy auto­ma­tycz­nym wyłą­cze­niu wszel­kie depre­sje są nie­bez­pieczne. Zapo­mnij o tym, co zapla­no­wa­łaś, a ja zro­bię to samo. Nasta­wimy oboje 104 i prze­ży­jemy to razem, potem zosta­niesz w tym nastroju, a ja prze­sta­wię swój na nor­malny, urzę­dowy. Póź­niej chcę sko­czyć na chwilę na dach i zoba­czyć co z owcą, zanim polecę do biura. Dzięki temu będę miał pew­ność, że nie sie­dzisz tu, myśląc nie wia­domo o czym i nie oglą­da­jąc tele­wi­zji. - Puścił jej smu­kłe palce, prze­szedł przez całe roz­le­głe miesz­ka­nie do salo­niku pach­ną­cego ledwo uchwyt­nie ostat­nimi papie­ro­sami wypa­lo­nymi w nocy. Pochy­lił się, by włą­czyć tele­wi­zor.

Z sypialni dobiegł go głos Iran:

- Przed śnia­da­niem nie tra­wię tele­wi­zji.

- Nastaw 888 - powie­dział Rick, cze­ka­jąc, aż apa­rat się nagrzeje. - Pra­gnie­nie oglą­da­nia tele­wi­zji, bez względu na to, co w niej nadają.

- Nie mam teraz ochoty nasta­wiać cze­go­kol­wiek - odparła Iran.

- No to wybierz 3.

- Nie mogę nasta­wić pro­gramu, który pobu­dzi w mojej korze mózgo­wej pra­gnie­nie nasta­wia­nia! Jeżeli nie chcę nasta­wiać, to przede wszyst­kim nie chcę nasta­wiać, a chęć nasta­wia­nia jest mi w tej chwili bar­dziej obca niż cokol­wiek innego. Chcę po pro­stu sie­dzieć na łóżku i gapić się w pod­łogę. - Jej głos sta­wał się ostry i ponury, jakby powoli zasty­gała jej dusza. Iran zamarła, zda­wało się, że opadł na nią olbrzymi cię­żar wyczu­wal­nej wszech­obec­nej war­stewki nie­mal cał­ko­wi­tego bez­ru­chu.

Pod­krę­cił dźwięk w tele­wi­zo­rze i Przy­ja­ciel­ski Buster ryk­nął na cały pokój:

- ...hej, hej, kochani. A teraz pora na krótką pro­gnozę pogody. Sate­lita Man­gu­sta infor­muje, że opad radio­ak­tywny nasili się szcze­gól­nie koło połu­dnia, po czym będzie się zmniej­szał. A więc ci z was, któ­rzy odważą się wyjść...

Iran poja­wiła się obok niego w dłu­giej, wlo­ką­cej się po ziemi koszuli noc­nej i wyłą­czyła tele­wi­zor.

- W porządku, pod­daję się - powie­działa. - Nasta­wię. Nasta­wię, cokol­wiek zechcesz. Może eks­ta­tyczny orgazm? Czuję się tak paskud­nie, że zniosę nawet to. Do dia­bła. W końcu co za róż­nica.

- Nasta­wię dla nas obojga - odparł Rick i zapro­wa­dził ją z powro­tem do sypialni. Tam zapro­gra­mo­wał na jej kon­soli 549 - pełne zado­wo­le­nie z uświa­do­mie­nia sobie wszech­wie­dzy męża. Na swo­jej kon­soli nasta­wił twór­czy, odważny sto­su­nek do pracy, choć w grun­cie rze­czy nie musiał. Była to jego cecha wro­dzona, nie potrze­bo­wał sztucz­nego pobu­dza­nia mózgu.

Po zje­dzo­nym w pośpie­chu śnia­da­niu - stra­cił czas na dys­ku­sję z żoną - wyje­chał ubrany do wyj­ścia (miał rów­nież na sobie Oło­wiane Ochra­nia­cze Moun­ti­banka model Ajax) na dach, gdzie na osło­nię­tym pastwi­sku "pasła się" jego elek­tryczna owca, wymyślna skom­pu­te­ry­zo­wana maszy­ne­ria do nabie­ra­nia innych miesz­kań­ców budynku.

Oczy­wi­ście nie­które z ich zwie­rząt nie­wąt­pli­wie rów­nież były elek­tro­nicz­nymi imi­ta­cjami. Rzecz jasna nie wty­kał nosa w te sprawy, tak jak oni, jego sąsie­dzi, nie inte­re­so­wali się zasa­dami dzia­ła­nia jego owcy. Takie zacho­wa­nie byłoby nad wyraz nie­grzeczne. Pyta­nie "Czy pań­ska owca jest praw­dziwa?" sta­no­wiło więk­szy nie­takt niż próba dowie­dze­nia się, czy czy­jeś zęby, włosy albo organy wewnętrzne są auten­tyczne.

Na Ricka buch­nęło, draż­niąc powo­nie­nie, szare, pochmurne powie­trze z wiru­ją­cymi pył­kami radio­ak­tyw­nego kurzu. Mimo­wol­nie wcią­gnął nosem ten ślad śmierci. No nie, to zbyt mocne okre­śle­nie, uznał, idąc w stronę frag­mentu traw­nika, który nale­żał do niego wraz ze znaj­du­ją­cym się poni­żej nazbyt wiel­kim miesz­ka­niem. Wpływ tego aku­rat dzie­dzic­twa Ostat­niej Wojny Świa­to­wej wyraź­nie zma­lał: ci, któ­rzy nie prze­żyli opadu radio­ak­tyw­nego, ode­szli w nie­byt przed wie­loma laty, pył zaś - słab­szy i oddzia­łu­jący na sil­niej­sze, uod­por­nione jed­nostki - jedy­nie degra­do­wał umysł i wła­ści­wo­ści gene­tyczne. Mimo oło­wia­nych ochra­nia­czy kurz nie­wąt­pli­wie dzień po dniu osia­dał na skó­rze i prze­do­sta­wał się do wnę­trza Ricka. Nie­wiel­kie dawki plu­ga­wej nie­czy­sto­ści będą się w nim gro­ma­dziły dopóty, dopóki nie uda mu się wyemi­gro­wać. Jak dotąd comie­sięczne kon­trole medyczne potwier­dzały, że jest nor­ma­lem - męż­czy­zną zdol­nym do pro­kre­acji w gra­ni­cach okre­ślo­nych przez prawo. Jed­nakże każ­dego mie­siąca bada­nia te, prze­pro­wa­dzane przez leka­rzy z Komendy Poli­cji San Fran­ci­sco, mogły wyka­zać coś prze­ciw­nego. Za sprawą wszech­obec­nego pyłu dotych­cza­sowi nor­male wciąż zmie­niali się w nowe odmiany spe­cjali. Obie­gowe hasło, które wci­skały obec­nie pla­katy, reklamy tele­wi­zyjne i rzą­dowe ulotki przy­sy­łane pocztą, brzmiało: "Emi­gruj albo się dege­ne­ruj! Wybór należy do cie­bie!". Zupeł­nie słusz­nie, pomy­ślał Rick, otwie­ra­jąc bramkę pro­wa­dzącą na jego małe pastwi­sko i zbli­ża­jąc się do elek­tro­nicz­nej owcy. Ale ja nie mogę emi­gro­wać, rzekł do sie­bie. Ze względu na moją pracę.

Zawo­łał go wła­ści­ciel przy­le­głego pastwi­ska, sąsiad z budynku - Bill Bar­bour. Tak jak Rick był już ubrany do pracy, ale rów­nież się zatrzy­mał, by spraw­dzić, jak się ma jego zwie­rzę.

- Moja klacz jest źrebna - oznaj­mił roz­pro­mie­niony Bar­bour. Wska­zał wiel­kiego per­sze­rona, który stał, patrząc tępo w prze­strzeń. - Co na to powiesz?

- Powiem, że wkrótce będziesz miał dwa konie - odparł Rick. Dotarł już do swo­jej owcy. Leżała, prze­żu­wa­jąc, wpa­try­wała się weń badaw­czo, spraw­dza­jąc, czy nie przy­niósł owsia­nych bułe­czek. Miała wmon­to­wany obwód owso­tro­piczny - widząc jaki­kol­wiek pro­dukt z tego zboża, zerwa­łaby się i pod­bie­gła do niego.

- Od czego zaszła twoja klacz? - zapy­tał Bar­bo­ura. - Od wia­tru?

- Kupi­łem tro­chę pla­zmy inse­mi­na­cyj­nej naj­wyż­szej jako­ści, jaką można zna­leźć w Kali­for­nii - poin­for­mo­wał go Bar­bour. - Dzięki pry­wat­nym zna­jo­mo­ściom w Sta­no­wym Biu­rze Zoo­tech­nicz­nym. Pamię­tasz, jak w ubie­głym tygo­dniu ich inspek­tor badał Judy? Bar­dzo chcą, żeby się oźre­biła, ona nie ma sobie rów­nych. - Bar­bour pokle­pał piesz­czo­tli­wie kark kla­czy, która pochy­liła głowę w jego stronę.

- Czy myśla­łeś kie­dy­kol­wiek o sprze­daży konia? - zapy­tał Rick. Marzył o tym, by mieć konia albo, na dobrą sprawę, jakie­kol­wiek zwie­rzę. Czuł, że posia­da­nie i opo­rzą­dza­nie imi­ta­cji w jakiś spo­sób stop­niowo go demo­ra­li­zuje. Mimo to, ze spo­łecz­nego punktu widze­nia, nie mając auten­tyku, tak wła­śnie powi­nien był postę­po­wać. Nie miał naj­mniej­szego wyboru, musiał to cią­gnąć. Nawet gdyby jemu na tym nie zale­żało, była jesz­cze żona. Iran zaś zale­żało - i to bar­dzo.

- Sprze­daż konia - odparł Bar­bour - byłaby nie­mo­ralna.

- No to sprze­daj źre­bię. Trzy­ma­nie dwóch zwie­rząt jest bar­dziej nie­mo­ralne niż nie­trzy­ma­nie żad­nego.

- O co ci cho­dzi? - spy­tał zasko­czony Bar­bour. - Wiele osób ma dwoje zwie­rząt, nawet troje, czworo, a Fred Wash­borne, wła­ści­ciel prze­twórni alg, w któ­rej pra­cuje mój brat, aż pię­cioro. Nie czy­ta­łeś we wczo­raj­szej "Chro­nicle" arty­kułu o jego kaczce? Przy­pusz­czają, że to naj­cięż­szy i naj­więk­szy okaz kaczki piż­mo­wej na Zachod­nim Wybrzeżu. - Jego oczy zaszkliły się marzy­ciel­sko na samą myśl, że mógłby mieć coś takiego.

Rick prze­szu­kał kie­sze­nie płasz­cza i wycią­gnął wymięty, wie­lo­krot­nie prze­glą­dany egzem­plarz stycz­nio­wego dodatku do "Kata­logu Zwie­rząt i Pta­ków Sid­neya". Spoj­rzał do indeksu, zna­lazł źre­baki (patrz konie, potom­stwo) i wkrótce miał już naj­częst­sze kra­jowe oferty.

- Mogę kupić od Sid­neya źre­baka per­sze­rona za pięć tysięcy dola­rów - oznaj­mił.

- Nie, nie możesz - odparł Bar­bour. - Przyj­rzyj się jesz­cze raz, cena jest podana kur­sywą. To zna­czy, że nie mają żad­nego na skła­dzie, ale gdyby mieli, tyle wła­śnie by kosz­to­wał.

- Załóżmy - powie­dział Rick - że przez dzie­sięć mie­sięcy będę ci pła­cić po pięć­set dola­rów. Dosta­niesz pełną cenę kata­lo­gową.

- Zupeł­nie się nie orien­tu­jesz, Dec­kard, jak wygląda sprawa z końmi - rzekł z poli­to­wa­niem Bar­bour. - To nie przy­pa­dek, że Sid­ney nie ma żad­nego źre­baka nawet po cenach kata­lo­go­wych. Są rzad­ko­ścią, rów­nież te sto­sun­kowo gor­szej jako­ści. - Prze­chy­lił się, gesty­ku­lu­jąc, przez ogro­dze­nie. - Mam Judy od trzech lat i cały ten czas nie widzia­łem kobyły tej rasy, która mogłaby się z nią rów­nać. Aby ją zdo­być, musia­łem lecieć do Kanady i przy­wieźć ją tu samemu, by mieć pew­ność, że jej nie ukradną. Poka­żesz się z takim zwie­rzę­ciem gdzieś w Colo­rado czy Wyoming i roz­walą ci głowę, żeby je zdo­być. Wiesz dla­czego? Bo już przed OWŚ było ich zale­d­wie kil­ka­set...

- Ale to, że masz dwa konie - prze­rwał mu Rick - a ja nie mam żad­nego, pod­waża fun­da­menty teo­lo­gicz­nej i moral­nej struk­tury mer­ce­ry­zmu.

- Prze­cież masz swoją owcę. Do licha, możesz pro­wa­dzić Wspi­naczkę w życiu oso­bi­stym i kiedy ujmu­jesz dwa uchwyty empa­tii, przy­stę­pu­jesz do tego uczci­wie. Oczy­wi­ście, gdy­byś nie miał tej swo­jej owcy, mógł­bym dostrzec pewne logiczne prze­słanki two­jego sta­no­wi­ska. Natu­ral­nie, gdy­bym miał dwoje zwie­rząt, a ty nie miał­byś żad­nego, w jakiś spo­sób przy­czy­niał­bym się do odbie­ra­nia ci moż­li­wo­ści praw­dzi­wego zespo­le­nia z Mer­ce­rem. Ale każda rodzina w tym budynku - pocze­kaj... około pięć­dzie­się­ciu, jedna na trzy miesz­ka­nia, jeśli dobrze liczę - każde z nas ma jakieś zwie­rzę. Gra­ve­son trzyma tam kur­czaka. - Wska­zał na pół­noc. - Oakes z żoną mają tego dużego rudego psa, który szczeka nocami. - Zamy­ślił się. - Mam wra­że­nie, że Ed Smith trzyma w miesz­ka­niu kota. W każ­dym razie tak utrzy­muje, choć nikt go jesz­cze nie widział. Moż­liwe, że tylko udaje.

Rick pod­szedł do swo­jej owcy i pochy­lił się nad nią. Grze­bał w gęstej bia­łej weł­nie - przy­naj­mniej runo było praw­dziwe - aż wresz­cie zna­lazł to, czego szu­kał: ukryty mały pul­pit ste­row­ni­czy. Czu­jąc na sobie wzrok Bar­bo­ura, otwo­rzył pokrywę pul­pitu, odsła­nia­jąc wnę­trze.

- Widzisz? - rzekł do sąsiada. - Teraz rozu­miesz, dla­czego tak bar­dzo chcę mieć two­jego źre­baka?

- Bie­daku - Bar­bour ode­zwał się po krót­kiej prze­rwie. - Czy zawsze tak było?

- Nie - odparł Rick, zamy­ka­jąc pokrywę. Wypro­sto­wał się, odwró­cił i spoj­rzał sąsia­dowi pro­sto w oczy. - Począt­kowo mia­łem praw­dziwą owcę. Dał nam ją mój teść, tuż przed tym, jak wyemi­gro­wał. A póź­niej, mniej wię­cej rok temu, pamię­tasz, kiedy wzią­łem ją do wete­ry­na­rza - byłeś tu tego ranka. Przy­sze­dłem i zoba­czy­łem, że leży na boku i nie może się pod­nieść.

- Posta­wi­łeś ją na nogi - przy­po­mniał sobie Bar­bour i ski­nął głową. - Tak, udało ci się ją pod­nieść, ale cho­dziła tylko minutę albo dwie i znowu upa­dła.

- Owce cier­pią na dziwne cho­roby - powie­dział Rick. - Albo ujmę to ina­czej: owce zapa­dają na wiele cho­rób, ale objawy są zawsze takie same - owca nie może się pod­nieść i nie spo­sób oce­nić, jak bar­dzo to jest poważne, czy skrę­ciła nogę, czy zdy­cha na tężec. Moja padła wła­śnie na tężec.

- Tężec? Tutaj? - zapy­tał Bar­bour. - Na dachu?

- Siano - wyja­śnił Rick. - Nie wyją­łem wtedy z beli wszyst­kich kawał­ków drutu. Jeden został i Gro­ucho - tak ją nazy­wa­li­śmy - zadra­pała się i w ten spo­sób zara­ziła tęż­cem. Zabra­łem ją do wete­ry­na­rza i zde­chła. Długo o tym myśla­łem, aż wresz­cie zadzwo­ni­łem do jed­nego z tych zakła­dów, w któ­rych pro­du­kują sztuczne zwie­rzęta, i posła­łem im foto­gra­fię Gro­ucho. Zro­bili mi to. - Wska­zał leżący erzac zwie­rzę­cia, który w dal­szym ciągu prze­żu­wał uważ­nie, wciąż wycze­ku­jąc na jaki­kol­wiek ślad owsa. - Wspa­niała robota. I poświę­cam jej rów­nie wiele czasu, opie­kuję się rów­nie tro­skli­wie, jak wtedy, gdy była praw­dziwa. Ale... - Wzru­szył ramio­nami.

- To nie to samo - skoń­czył za niego Bar­bour.

- Ale pra­wie. Czuje się przy tym to samo. Wciąż trzeba bar­dzo na nią uwa­żać, jak wtedy, kiedy była naprawdę żywa. W prze­ciw­nym razie popsuje się i wszy­scy w całym domu się zorien­tują. Musia­łem sześć razy wozić ją do warsz­tatu. Prze­waż­nie były to drobne usterki, ale gdyby ktoś je zoba­czył - na przy­kład, gdy się zerwała czy zaplą­tała taśma i owca beczała bez prze­rwy - mógłby się zorien­to­wać, że to mecha­nizm, urzą­dze­nie. Cię­ża­rówka z warsz­tatu napraw­czego - dodał - jest oczy­wi­ście ozna­ko­wana "Jakaś­tam kli­nika dla zwie­rząt". I kie­rowca ubrany jest jak wete­ry­narz, cały na biało. - Nagle spoj­rzał na zega­rek, przy­po­mniaw­szy sobie, że na niego czas. - Muszę iść do pracy - rzekł do Bar­bo­ura. - Zoba­czymy się wie­czo­rem.

Gdy ruszył w stronę swo­jego pojazdu, Bar­bour zawo­łał za nim pośpiesz­nie:

- Hej! Nic nie powiem żad­nemu z sąsia­dów!

Rick zatrzy­mał się, żeby podzię­ko­wać, ale nagle poczuł, jak dotyka go jakaś cząstka tej roz­pa­czy, o któ­rej mówiła Iran, i rzekł:

- Bo ja wiem? Może to nie ma żad­nego zna­cze­nia...?

- Ale prze­cież będą patrzeć na cie­bie z góry. Nie wszy­scy, ale nie­któ­rzy tak. Wiesz, co ludzie myślą, gdy ktoś nie opie­kuje się zwie­rzę­ciem. Uwa­żają to za nie­mo­ralne i nie­em­pa­tyczne. Oczy­wi­ście teo­re­tycz­nie to nie jest prze­stęp­stwo, tak jak tuż po OWŚ, ale emo­cje pozo­stały te same.

- O Boże - powie­dział zre­zy­gno­wany Rick i mach­nął ręką. - Prze­cież chcę mieć zwie­rzę. Pró­buję je kupić. Ale przy mojej pen­sji, przy zarob­kach miej­skiego urzęd­nika... - Gdyby, pomy­ślał, znowu mi się poszczę­ściło w pracy. Tak jak dwa lata temu, kiedy udało mi się w jed­nym mie­siącu upo­lo­wać cztery andki. Gdy­bym wtedy wie­dział, pomy­ślał, że Gro­ucho zdech­nie... ale to było przed tęż­cem. Przed tym dwu­ca­lo­wym, ostrym jak igła kawał­kiem drutu.

- Możesz kupić kota - zapro­po­no­wał Bar­bour. - Koty są tanie, sprawdź w swoim Sid­neyu.

- Nie chcę domo­wego zwie­rzątka - odparł cicho Rick. - Chcę mieć to, co mia­łem poprzed­nio: duże zwie­rzę. Owcę albo, jeżeli uda mi się zdo­być pie­nią­dze, krowę, wołu czy jak ty, konia. - Nagroda za pięć and­ków by wystar­czyła, uzmy­sło­wił sobie. Po tysiąc dola­rów od sztuki, dodat­kowy dochód poza pen­sją. A wtedy mógł­bym dostać od kogoś to, czego pra­gnę. Nawet jeżeli w "Zwie­rzę­tach i Pta­kach Sid­neya" wydru­ko­wali cenę kur­sywą. Pięć tysięcy dola­rów - ale, pomy­ślał, naj­pierw te pięć and­ków musi się dostać na Zie­mię z któ­rejś pla­nety kolo­nii. Nie mam na to wpływu, nie mogę ich zmu­sić, by tu przy­le­ciały, a nawet gdy­bym mógł, są jesz­cze inni łowcy, któ­rzy na całym świe­cie współ­pra­cują z poli­cją. Andki musia­łyby spe­cjal­nie upodo­bać sobie pół­nocną Kali­for­nię, a star­szy łowca w tym rejo­nie, Dave Hol­den, musiałby aku­rat umrzeć albo się wyco­fać.

- Kup sobie świersz­cza - zapro­po­no­wał Bar­bour dow­cip­nie. - Albo mysz. Hej, za dwa­dzie­ścia pięć zie­lo­nych możesz sobie kupić doro­słą mysz.

- Twój koń może nie­spo­dzie­wa­nie zdech­nąć - odparł Rick - tak jak zde­chła moja Gro­ucho. Kiedy wró­cisz wie­czo­rem z pracy do domu, możesz zna­leźć swoją kobyłę leżącą na grzbie­cie, z nogami wycią­gnię­tymi w górę jak chra­bąszcz. Jak ten świerszcz, o któ­rym mówi­łeś.

- Prze­pra­szam, jeżeli cię ura­zi­łem - ner­wowo powie­dział Bar­bour.

Rick Dec­kard w mil­cze­niu otwo­rzył drzwiczki swego hovera. Nie miał już nic do powie­dze­nia sąsia­dowi, myślał o swo­jej pracy, o cze­ka­ją­cym go dniu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki