Od autora
Od autora
Gdy 11 lat temu rozpoczynałem cykl o elitach II Rzeczypospolitej, nie
przypuszczałem, że będzie on liczył tak wiele pozycji. Chociaż bowiem
wydawałem w tym czasie książki o innej tematyce, zawsze jednak
powracałem do międzywojnia. I teraz, po latach, mogę stwierdzić, że jest
to jedna z moich ulubionych epok historycznych.
Zadecydowało o tym wiele czynników, z których za najważniejszy uważam
fakt, iż był to okres obfitujący w wybitne osobowości z każdej
dziedziny. Poza tym ówcześni celebryci to postaci z pierwszych stron
podręczników, a gwiazdy tamtych lat na zawsze zapisały się w dziejach
polskiej polityki, kultury i sztuki.
Warto też pamiętać, że był to okres zachwytu nad odzyskaną
niepodległością, a co za tym idzie - czas optymistycznego podejścia do
teraźniejszości i przyszłości. Nagle z obowiązku twórców zniknął cały
bagaż martyrologiczny, a pozostały talent i pogoda ducha.
Oczywiście nie wszystko w II RP było piękne i wspaniałe, epoka miała
także swoje ciemne strony. Ale takie jest życie: radości sąsiadują ze
smutkami, a humor z tragedią. Warto zachować zatem trzeźwe spojrzenie i odbierać okres międzywojenny jako całość - wraz z jego plusami i minusami.
Taka też jest ta książka. Tematom lekkim, łatwym i przyjemnym towarzyszą
te o cięższym charakterze, a rozrywkowej stronie życia - ta znacznie
poważniejsza. Razem jednak tworzą pewien wizerunek epoki, który - mam
nadzieję - będzie dla Czytelnika atrakcyjny.
W książce nie brakuje więc opisów ówczesnych skandali czy barwnego życia
celebrytów, ale są także rozdziały o smakach i obyczajach kulinarnych
tamtych lat oraz anegdotyczne opowieści o życiu wilków morskich II RP.
Polecam też rozdział o tajemniczych powiązaniach ówczesnych polityków z gangsterami czy o najsłynniejszym polskim kasiarzu. A do tego - obalam
mity na temat Wolnego Miasta Gdańska i odbrązawiam sztandarową
inwestycję epoki, czyli budowę Gdyni.
Jak zwykle w swoich książkach nie urywam narracji wraz z wybuchem II
wojny światowej. Wprawdzie oznaczała ona koniec pewnej epoki, ale moi
bohaterowie wciąż żyli i pozostawali aktywni zawodowo, zatem należy
zaznajomić Czytelnika z ich dalszymi losami. Tym bardziej że - jak na
przykład w przypadku reżysera Michała Waszyńskiego - były to wręcz
nieprawdopodobne wydarzenia, które w Polsce pozostają niemal zupełnie
nieznane.
Wierzę, że niniejsza książka wzbudzi zainteresowanie Czytelników i poszerzy ich wiedzę o fascynujących czasach II Rzeczypospolitej.
Sławomir Koper
Rozdział 1. Skandalista epoki
Rozdział 1
Skandalista
epoki
Wprawdzie Radziwiłłowie są symbolem najświetniejszej arystokracji, ale
trudno znaleźć inną rodzinę wzbudzającą podobnie sprzeczne emocje. Z jednej strony - zasłużeni dla Rzeczypospolitej wodzowie, jak zwycięzca
spod Kokenhausen Krzysztof "Piorun" Radziwiłł, a z drugiej - książęta
Janusz i Bogusław uwiecznieni jako zdrajcy w Potopie Henryka
Sienkiewicza. To właśnie oni mieli traktować Rzeczpospolitą jak "postaw
czerwonego sukna", z którego usiłowali jak najwięcej wyrwać dla siebie.
Gorący patrioci i typowo sarmackie okazy warcholstwa i prywaty. Jeden z przedstawicielu rodu, Michał zwany Muniem, miał się stać największym
skandalistą polskiej arystokracji epoki II Rzeczypospolitej.
W książęcej rodzinie
Bogactwo rodu było wręcz niewyobrażalne, około 1750 roku Radziwiłłowie
posiadali: 23 zamki obronne, 426 miast, 2032 majątki ziemskie, ponad 10
tysięcy wsi, a liczba ich poddanych sięgała 2,5 miliona (ludność całej
Rzeczypospolitej wynosiła wówczas około 10 milionów). Nic zatem
dziwnego, że Karol Stanisław, zwany "Panie Kochanku", podejmując króla
Stanisława Augusta w Nieświeżu, mógł używać rzędu końskiego wysadzanego
brylantami...
Ród wydał siedmiu hetmanów, siedmiu kanclerzy, trzech biskupów,
kilkudziesięciu wojewodów, starostów i kasztelanów, o pomniejszych
stanowiskach nie wspominając. Nazwisko Radziwiłł nosili również artyści,
jak protektor Chopina, kompozytor Antoni Henryk (przy okazji namiestnik
Wielkiego Księstwa Poznańskiego), powieściopisarka Anna Olimpia
Mostowska czy niezrównany pamiętnikarz epoki Wazów, Stanisław Albrycht.
Zdarzały się także skandale obyczajowe, jak choćby słynny ślub króla
Zygmunta Augusta z Barbarą, burzliwe małżeństwo Zofii z Radziwiłłów
Dorohostajskiej czy ucieczka Teofilii Morawskiej sprzed ołtarza ze swoim
ciotecznym bratem Dominikiem Hieronimem Radziwiłłem. Zawarty w ten
niecodzienny sposób związek okazał się zresztą całkiem udany.
Radziwiłłowie przez stulecia utrzymywali swoją pozycję w kraju, co w dużej mierze zawdzięczali systemowi ordynacji, który zapobiegał
podziałowi rodowego majątku. Pierwsze majoraty w Rzeczypospolitej
powstały u schyłku XVI stulecia, a do ich założenia wymagana była zgoda
Sejmu. Ordynacja musiała posiadać swój statut, majątek nie mógł zostać
sprzedany, zastawiony ani podzielony, ale zawsze przechodził w drodze
dziedziczenia na określoną osobę. Ordynat musiał utrzymywać pozostałych
członków rodziny, a w razie zaniedbywania obowiązków mógł stracić
stanowisko.
Ordynacje powstawały do wybuchu I wojny światowej, niektóre z nich
przechodziły na mocy dziedziczenia w ręce innych rodzin, zdarzały się
również konfiskaty za udział właścicieli w powstaniach narodowych.
Radziwiłłowie ostatecznie utworzyli aż pięć majoratów, do trzech
najstarszych (Nieśwież, Ołyka i Kleck) doszły jeszcze przygodzicka i dawidgródecka. Siedziby ordynatów wymagały właściwej oprawy, dlatego w każdej z nich powstała rezydencja godna pierwszego rodu
Rzeczypospolitej.
W tak rozrodzonej rodzinie nie mogło - oczywiście - zabraknąć różnego
rodzaju oryginałów. Jednym z nich był wspomniany Karol Stanisław "Panie
Kochanku" (1734-1790), którego uważano za polską wersję barona
Münchhausena, zasłynął bowiem opowiadaniem niesamowitych historii o swoich przygodach. Podobno widział kiedyś tak wielką armatę, że wjechał
do niej karetą zaprzężoną w cztery konie, natomiast podczas oblężenia
Saragossy kula armatnia miała oderwać tylne nogi wraz z zadem jego
wierzchowcowi. Radziwiłł jednak nie zrezygnował (jego koń również) i dotarł na mury twierdzy, gdzie osobiście wysiekł obrońców. Przy takich
rewelacjach pomysł wysypania cukrem dziedzińca zamku w Nieświeżu, by
latem urządzić tam kulig, wydaje się całkiem prawdopodobny...
Karol Stanisław, niestety, nie ograniczał się wyłącznie do snucia
oryginalnych opowieści. Był warchołem pierwszej wody często zmieniającym
orientację polityczną, cieszył się jednak autentycznym uznaniem
szlachty. Miał bowiem prawdziwie książęcy gest, a jego wszelkie
dziwactwa uznawano za właściwe dla wielkiego pana. Inna sprawa, że nie
zawsze były to sympatyczne zachowania - pijany książę potrafił bowiem
urządzać pokazy publicznej masturbacji czy też obnażać się na ucztach.
W rodzie Radziwiłłów trafiali się również autentyczni dewianci, jak
świetnie wykształcony krajczy wielki litewski, Marcin Mikołaj
(1705-1782), który już w wieku młodzieńczym zdradzał objawy choroby
psychicznej. Z upływem lat było coraz gorzej - krajczy uwięził żonę wraz
z dziećmi "w wielkiej niewygodzie i smrodzie, gdyż w tej jednej izbie
spać, jeść i inne potrzeby natury czynić musieli". Otoczył się
współpracownikami żydowskiego pochodzenia, przestrzegając ich praktyk
religijnych. Utrzymywał harem porwanych lub kupionych dziewcząt, a urodzone z nich dzieci podobno mordował i z ich zwłok "jakieś destylacje
czynił". Ponoć poszukiwał kamienia filozoficznego, co jednocześnie nie
przeszkadzało mu napadać na okoliczne dwory, więzić i mordować sąsiadów.
W sprawę ostatecznie wdała się dalsza rodzina i siłą ubezwłasnowolniono
szaleńca. Marcin do końca życia był trzymany w ścisłym areszcie domowym.
Radziwiłłowie zaliczali się do najświetniejszej arystokracji
europejskiej, nie brakowało zatem koligacji z rodami panującymi.
Radziwiłłówny wychodziły za Piastów mazowieckich i Jagiellonów,
mężczyźni poślubiali Hohenzollernówny. Niewiele zresztą brakowało, by
Radziwiłłówna została cesarzową Niemiec. Córka Henryka Antoniego, Eliza,
zaręczyła się w 1820 roku z następcą tronu pruskiego, Wilhelmem. Nacisk
rodziny Hohenzollernów spowodował jednak zerwanie zaręczyn, ale
późniejszy cesarz do końca życia wspominał ukochaną ze łzami w oczach...
Munio
Skandal obyczajowy, jakim było małżeństwo Dominika Hieronima Radziwiłła
z kuzynką, spowodował, że ordynacje nieświeska i ołycka trafiły w ręce
tej samej linii rodu. W jej posiadaniu znalazła się także ordynacja
przygodzicka w Wielkopolsce oraz kolejny majorat ze stolicą w Dawidgródku na Kresach.
Była to berlińska linia Radziwiłłów od lat osiedlona na terenie
królestwa pruskiego, dlatego gdy kolejni jej przedstawiciele obejmowali
majątki położone w imperium Romanowów, musieli się starać o obywatelstwo
rosyjskie. Nie stanowiło to większego problemu - Radziwiłłowie, podobnie
jak większość arystokratycznych rodów europejskich, byli rodziną
kosmopolityczną. Dobrze funkcjonowali także w berlińskim życiu
politycznym, co jednak nie przeszkadzało im w działalności na rzecz
Polaków. Książę Bogusław Fryderyk, będąc pruskim generałem, głosował
przeciwko przyłączeniu Wielkiego Księstwa Poznańskiego do Związku
Niemieckiego, a jego syn, Ferdynand, zasłynął ostrą interpelacją w sprawie strajków szkolnych we Wrześni. Do tego sprzeciwiał się
antypolskiej polityce podczas kulturkampfu, a w 1918 roku został posłem
na polski Sejm Ustawodawczy, gdzie sprawował funkcję marszałka-seniora.
Problemem księcia Ferdynanda był jego najstarszy syn, Michał. Jak
przystało na Radziwiłła, na chrzcie dostał aż osiem imion, ale od
"najmłodszych lat zdradzał najgorsze cechy charakteru" i zawsze był
"odporny na wpływy domowe". Do tego okazał się osobnikiem wyjątkowo
zachłannym na majątek i uważał, że - jako najstarszemu potomkowi -
należy mu się cały spadek po ojcu. A zatem nie tylko majorat w Ołyce,
lecz także w Przygodzicach. Nie trafiały do niego żadne argumenty, na
nic zdały się perswazje - planował pozbawić młodszego brata należnej mu
ordynacji. Nic dziwnego, że w rodzinie zaczęto powoli uważać go za
"psychopatę na podłożu rodowej megalomanii", gdyż w niczym nie był
podobny do współczesnych sobie Radziwiłłów, a bardziej przypominał
przodków z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Ferdynand Radziwiłł zmarł w lutym 1926 roku. Zgodnie z jego testamentem
Ołykę objął najmłodszy z rodzeństwa, Janusz, natomiast Michałowi
przypadły Przygodzice. Nigdy się z tym nie pogodził, zawsze podkreślał,
że został okradziony z dziedzictwa, i uważał się za czternastego
ordynata ołyckiego i czwartego hrabiego na Przygodzicach. Na co dzień
preferował jednak tytuł "Jego Wysokość Jaśnie Pan" i tak lubił się
określać.
Potrafił procesować się z ojcem, zarzucając mu skąpstwo i bezprawną
wycinkę drzew w Przygodzicach. A po jego śmierci nie rezygnował z żadnej
okazji, by oskarżać rodzinę o kradzież należnego mu majątku. Mimo że sąd
honorowy odrzucił jego pretensje, nadal nie chciał się zrzec Ołyki - w odpowiedzi rodzina nie wydała zgody na zaciąganie pożyczek pod hipotekę
Przygodzic. Było to tym ważniejsze, że Radziwiłł prowadził hulaszczy
tryb życia i miał ogromne potrzeby finansowe, a gospodarką we własnej
ordynacji kompletnie się nie interesował. W efekcie - z powodu
zaległości podatkowych odmówiono mu kiedyś wydania paszportu.
Ordynat jednak kompletnie się tym nie przejmował i mając już poważne
problemy finansowe, potrafił zamówić ogromną partię szampana, za który
później nie był w stanie zapłacić. Gdy wyjeżdżał za granicę, żył jak na
polskiego magnata przystało - pod Londynem wynajął pałac i "miał ze sobą
szereg osób ze służby w Polsce". Z reguły zabierał ze sobą "48 kufrów" z rzeczami osobistymi, a do tego dywany i pościel. Podobno miesięczny
pobyt księcia za granicą (nie licząc przejazdów i niespodziewanych
wydatków) kosztował ponad 15 tysięcy złotych (około 46 tysięcy euro).
Książę się żeni
Z racji koloru brody i włosów przylgnął do niego przydomek "Rudy", ale
ordynat w niewielkim stopniu przypominał swojego poprzednika z XVI wieku
o tym samym przezwisku. Michał regularnie dostarczał bowiem
skandalicznych plotek "z życia wyższych sfer", prasa miała o czym pisać,
a aktorzy warszawskich kabaretów mogli dowcipkować na jego temat. Inna
sprawa, że projekty matrymonialne "Jaśnie Pana" wprawiały rodzinę w przerażenie, gdyż zawierał związki małżeńskie w podobny sposób, w jaki
prowadził interesy.
Jego pierwszą żoną została Rosjanka greckiego pochodzenia, Maria de
Bernardaky. Wcześniej była młodzieńczą fascynacją Marcela Prousta, a Radziwiłł poznał ją zapewne w Londynie. Choć rodzina sprzeciwiała się
temu związkowi, Munio postawił na swoim - ożenił się w 1898 roku. Na
świat przyszło dwoje dzieci, związek nie przetrwał jednak długo -
awantury domowe były na porządku dziennym, a raz nawet książę wyrzucił
żonę z pędzącego samochodu, w wyniku czego złamała nogę.
Prawdziwe kłopoty zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy Radziwiłł
zainteresował się zamożną hiszpańską arystokratką. Markiza zza Pirenejów
była od niego starsza o cztery lata. Uczucie raczej nie wchodziło tu w grę, chyba że była to miłość do jej pieniędzy...
"Zadłużywszy się po uszy - wspominała siostra "Rudego", Maria Małgorzata
Potocka - Michał opuścił żonę i dzieci i podróżował po świecie z bogatą
wdową, Hiszpanką, panią Joachiną de Santa Sussaną [Maria Henrietta
Joaquina Martinez de Medinilla, markiza de Santa Susana - red.]. Ta
naiwnie go ubóstwiała, dogadzała wszystkim jego kaprysom, służyła mu jak
niewolnica i uważała, że Michał to nieszczęsny męczennik. Po otrzymaniu
anulacji pierwszego małżeństwa Michał wziął ślub z Joachiną w Szwajcarii
podczas pierwszej wielkiej wojny. O dzieci swoje już się nie
troszczył"1.
Rozwód orzeczono w 1915 roku, a rok później odbył się drugi ślub
Radziwiłła. Maria Bernardaky pozostała w Polsce, razem z córką
zamieszkałą pod Bydgoszczą.
Natomiast Hiszpance wystarczyło pieniędzy na 13 lat, po czym książę
wystąpił o rozwód. Tym razem sprawa była o wiele bardziej skomplikowana,
małżeństwo zawarto bowiem w Vaduz, stolicy Liechtensteinu, w którym
obowiązywało prawo austriackie i nie uznawano rozwodów cywilnych.
Radziwiłł złożył jednak pozew na terytorium Francji, gdzie w Biarritz
miał willę, ale był obywatelem polskim, a Warszawa i Paryż nie zawarły
porozumienia regulującego wzajemne uznawanie rozwodów. Ponadto z punktu
widzenia francuskich przepisów, by orzec rozwiązanie związku,
małżonkowie powinni przez dwa lata mieszkać na terenie tego kraju. Na
domiar złego hiszpańska markiza nie zamierzała potulnie pogodzić się z zachowaniem małżonka i wniosła przeciwko niemu pozew o zwrot 2 milionów
franków (około 820 tysięcy euro) oraz domagała się też oddania jej
francuskiej willi.
W tej sytuacji Radziwiłł rozpoczął starania o unieważnienie małżeństwa w Watykanie, tym bardziej że miał już nową kandydatkę na żonę. Ponownie
udało mu się wszystkich zaskoczyć.
Angielska pielęgniarka
W 1926 roku w Londynie Munio zachorował, opiekowała się nim między
innymi pielęgniarka, Mary Atkinson. Nie była specjalnie urodziwa, a do
tego miała raczej trudny charakter, jednak udało się jej całkowicie
zdominować księcia. Stała się jego nieodłączną towarzyszką, a Radziwiłł
postanowił się z nią ożenić. Oczywiście przyjechała razem z nim do
Przygodzic i towarzyszyła mu w wojażach po Europie.
Miss Atkinson była bez wątpienia osobą bardzo sprytną i dość szybko
odkryła słabe strony partnera. Zauważyła, że jest uległy, podatny na
sugestie, ma słaby charakter, a do tego był jeszcze hipochondrykiem, co
bez skrupułów wykorzystywała. W trosce o jego zdrowie pod byle pozorem
"kładła go do łóżka, okrywając kołdrami i dając kompresy". Podobno
zdarzało się, że w ten sposób książę spędzał całą zimę i jeszcze czuł
wdzięczność do swojej opiekunki2. Angielka miała wielki wpływ
na Munia - niektórzy twierdzili, że gdy wyjeżdżała, "siedział zupełnie
apatyczny i nienadający się do rozmowy ani też nie można było od niego
uzyskać żadnej decyzji"3.
Atkinson wtrącała się do wszystkiego, miała ogromny wpływ nie tylko na
sprawy kadrowe w ordynacji, lecz także na ważne decyzje gospodarcze.
Czasami nakłaniała Radziwiłła do zupełnie absurdalnych projektów, jak
choćby hodowla żab i ich eksport drogą lotniczą do Francji. Poleciła też
obciąć gałęzie drzew w parku otaczającym pałac w Antoninie, tak by
przypominały jej palmy. Potrafiła też zmusić partnera do zaniechania
planów, które wcześniej uzgodnił ze swoimi podwładnymi. Do tego była
chorobliwie skąpa i w trosce o finanse kochanka nakłaniała go do
ograniczenia wydatków na rzecz podwładnych. Oczywiście nie dotyczyło to
jej samej, gdyż uważała się już za przyszłą księżnę.
"Często prowadziłem rozmowy z księciem - wspominał profesor Uniwersytetu
Poznańskiego, Edward Schetel - i mogę powiedzieć, że nieraz prowadził
rozmowy na bardzo wysokim poziomie, a były chwile, kiedy mówił zupełnie
niedorzecznie i wykazywał zupełne niedołęstwo umysłowe. (...) Wytłumaczyć
nie mogę, co było powodem tego, a służba mówiła, że pielęgniarka
księcia, Atkinson, daje mu jakieś narkotyki, a ponadto, by utrzymać się
na swoim stanowisku, najpierw daje mu jakieś środki lecznicze, a później
mu je odejmuje, ażeby znowu widoczne było, że za jej pośrednictwem czuje
się lepiej"4.
Pracownicy, którzy sprzeciwiali się woli Angielki, byli natychmiast
zwalniani, co czasami okazywało się dość kosztowne dla księcia Michała.
Dochodzili bowiem swoich praw na drodze sądowej i Radziwiłł regularnie
płacił wysokie odszkodowania. Niektórzy byli jednak zadowoleni
(oczywiście po odzyskaniu pieniędzy), gdyż w Antoninie panowała
atmosfera jak "w domu wariatów" i dłuższa praca u Munia mogła rzutować
na stan psychiczny zatrudnionych tam osób.
Atkinson nie zadowalała się jednak rolą szarej eminencji, potrafiła
obrażać nawet zapraszanych gości, nie mówiąc już o podwładnych.
Najwyraźniej też uwielbiała popisywać się swoją władzą nad kochankiem, a okazywanie tego sprawiało jej wręcz perwersyjną radość.
"Jest osobą mało kulturalną - oceniał były pracownik ordynacji, Janusz
Biron - i niezdradzająca specjalnej inteligencji, o zachowaniu
prostackim. (...) W stosunku do księcia zachowywała się ona poufale, a nawet mówiła do księcia idiota. Robiła też ona niejednokrotnie księciu
sceny i awantury, połączone z krzykami, hałasem i płaczem"5.
Angielce zarzucano też zamordowanie (czy też zmuszenie do samobójstwa)
pewnego młodzieńca ze wsi Kocięba w pobliżu Antonina. Ponoć był jej
kochankiem, a gdy chciał się wycofać z tego związku, poniósł śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Nic więcej o sprawie jednak nie wiadomo
i trudno ocenić, ile w tym przekazie jest prawdy.
Dni Mary Atkinson w Antoninie były policzone. Wygasło jej zezwolenie na
pracę, a kochanek nie był zainteresowany jego przedłużeniem.
Najprawdopodobniej był już znużony awanturami Angielki, zresztą planował
już kolejny związek. Pielęgniarka w 1937 roku została wydalona z pałacu,
a Munio nie dał jej nawet pieniędzy na bilet na statek do Anglii - w efekcie sprzedała swoją biżuterię. Będąc już w Londynie, czyniła próby,
by powrócić do Polski - bezskutecznie. A gdy dowiedziała się, że
Radziwiłł zamierza poślubić inną, popełniła samobójstwo.
Judyta Suchestow
Kolejna miłość Munia wprawiła Radziwiłłów w prawdziwe przerażenie. W czerwcu 1937 roku książę poznał w austriackim uzdrowisku Bad Gastein
młodszą o ponad 30 lat urodziwą Żydówkę ze Lwowa. Była rozwódką, miała
syna z pierwszego małżeństwa i całkowicie oczarowała podstarzałego
arystokratę. Michał postanowił się z nią ożenić i zapowiedział, że
jeżeli nie uzyska unieważnienia małżeństwa z hiszpańską markizą, zmieni
wyznanie. Nie widział w tym żadnego problemu, podobno bowiem zdążył już
być wyznawcą prawosławia oraz członkiem jednej ze wspólnot
protestanckich.
Wtedy zadbał, by Judyta została ochrzczona przez kapłana Polskiego
Narodowego Kościoła Prawosławnego, a w dodatku obiecał przepisać na nią
część majątku niewchodzącego w skład ordynacji. Przy okazji odgrażał się
też, że syna kochanki uczyni swoim spadkobiercą i w razie potrzeby sam
przejdzie na judaizm.
Radziwiłłowie byli przerażeni, wiedzieli bowiem, że Munio jest zdolny do
wszystkiego. Tymczasem miłość kwitła - Michał i Judyta przebywali w Krynicy, gdzie książę oświadczył się swojej wybrance, potem zjechali do
Antonina. Podobno pracownicy ordynacji byli bardzo zadowoleni ze zmiany:
władczą i histeryczną Angielkę zastąpiła bowiem kobieta urodziwa i pełna
wdzięku. Nowa pani na Antoninie miała także zdecydowanie lepszy
charakter od poprzedniczki, poza tym wyjątkowo dbała o swój wygląd i ładnie grała na fortepianie oraz śpiewała. Pod jej wpływem Munio zgolił
nawet swoją słynną brodę, czego nie robił od wielu lat. W Urzędzie Stanu
Cywilnego w Przygodzicach ogłoszono zapowiedź zawarcia małżeństwa.
Cała sprawa wzbudzała zrozumiałą sensację - w polskiej prasie pojawiały
się więc artykuły na temat nowego romansu księcia i jego planów
matrymonialnych. Radziwiłł postanowił to wykorzystać i w grudniu 1937
roku na łamach "Ilustrowanego Kuriera Polskiego" zaatakował swoją
rodzinę, zarzucając jej antysemityzm:
"W Anglii to nikogo nie dziwi, że jeden z pierwszych książąt, lord
Rosebery, poślubił niearyjkę, Rothschildównę. I tylu, tylu innych,
których tu nie mam czasu ani powodu wymieniać. Żądam dla siebie
podobnych praw, jakie posiadają angielscy lordowie, to jest, aby mi
wolno było oddać serce osobie, którą sobie sam wybiorę, i aby nikt nie
wchodził i nie piętnował tego publicznie. Wypływa to z mojego programu i liberalnego nastawienia"6.
Przerażona rodzina zgłosiła do sądu doniesienie, że Michał usiłuje
popełnić "zbrodnię bigamii", dodając jednocześnie wniosek o jego
ubezwłasnowolnienie z powodu choroby psychicznej. Munio jednak uprzedził
krewnych, sprowadzając znanego psychiatrę, profesora Aleksandra
Domaszewicza, który podpisał oświadczenie, że książę jest w pełni władz
umysłowych. W tej sytuacji jedynym sukcesem Radziwiłłów okazało się
zakwestionowanie ważności chrztu Judyty, a pop, który go udzielił,
został zawieszony w czynnościach kapłańskich i wysłany do klasztoru.
Obawiano się jednak, że "Jego Wysokość Jaśnie Pan" będzie chciał się
ożenić we Francji i ambasada polska zakazała swoim konsulatom wydania
Radziwiłłowi świadectwa o zdolności do zawarcia małżeństwa.
To skutecznie pohamowało zamiary Michała, tym bardziej że do Monte
Carlo, gdzie przebywali kochankowie, trafili także wysłannicy
Radziwiłłów. Wraz z nimi pojawili się przedstawiciele ziemiaństwa
wielkopolskiego, którzy przypomnieli księciu o jego problemach
finansowych i zaproponowali ugodę z rodziną.
W efekcie Radziwiłł porzucił narzeczoną, jednak ta złożyła w angielskim
sądzie pozew o niedotrzymanie obietnicy małżeństwa i przepisania części
majątku. Przy okazji żądała też zwrotu kosztów, jakie ponosiła na jego
utrzymanie, a całość swoich pretensji oceniła na 50 tysięcy funtów
(czyli ponad 3,6 miliona euro). Wybuch II wojny światowej spowodował
jednak, że sprawa nie znalazła swojego zakończenia.
Kolejna Angielka
Radziwiłłowie odetchnęli z ulgą - jednak nie na długo. Stary książę
(Michał zbliżał się już bowiem do 70. roku życia) szybko pocieszył się w ramionach kolejnej Angielki. Wprawdzie tym razem młodszej tylko o 14
lat, ale za to bardzo zamożnej. Harriet Stewart Dawson była córką kupca
giełdowego i wdową po potentacie w branży jubilerskiej i handlu
nieruchomościami. Jej majątek oceniano na 75 milionów złotych, podczas
gdy długi Munia wynosiły 6 milionów (17,7 miliona euro)7.
Tym razem książę postanowił działać, nie pytając nikogo o zgodę. Uznał
kolejny mariaż za okazję do spłacenia zaległości finansowych i w maju
1938 roku poślubił swoją wybrankę w Londynie. Małżonka niebawem
otrzymała polski paszport, chociaż pojawił się zarzut bigamii. Sprawa
jednak wciąż nie była jasna, tym bardziej że Radziwiłł miał dokument
świadczący, iż podobno we Francji jednak rozwiódł się ze swoją drugą
żoną.
W tej sytuacji zdezorientowane polskie władze przedłużyły ważność
paszportu księcia, wychodząc z założenia, że "zamiar popełnienia
bigamii" nie był już aktualny, a całą sprawą powinien zająć się sąd.
Munio powrócił do Antonina, gdzie wiosną dołączyła do niego żona.
Prawdopodobnie zaczęła spłacać długi męża, jednak brakuje bliższych
informacji na ten temat. Niebawem zresztą wybuchła wojna, a Radziwiłł
miał jeszcze raz wszystkich zadziwić. I tym razem nie chodziło o skandal
obyczajowy.
Munio w oczach innych
Zachowane relacje jednoznacznie wskazują, że książę Michał był
człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Nie wszystko bowiem można było
zrzucić na ekstrawagancje wielkiego pana czy też wpływ miss Atkinson.
Przy bliższym kontakcie okazywał się osobnikiem pozbawionym wszelkiej
empatii, ślepym i głuchym na potrzeby czy krzywdę innych. A do tego
mściwym i pamiętliwym.
Wprawdzie swoim pracownikom płacił bardzo wysokie pensje (jego
sekretarka zarabiała 600 złotych miesięcznie; mniej więcej dwa razy
tyle, ile urzędnik państwowy średniego szczebla), jednak ogólnie był
człowiekiem nieobliczalnym. Nie bez powodu przez 11 lat ordynacją
zarządzało aż 13 administratorów, a zwalnianych urzędników Radziwiłł
potrafił szczuć psami.
Od jednego z nich, niejakiego Schrama, zażądał, by natychmiast po
otrzymaniu wypowiedzenia opuścił służbowe mieszkanie wraz z rodziną. Gdy
ten odmówił, Michał polecił wyrzucić z mieszkania jego rzeczy i zakwaterował tam swoich leśników. Natomiast gdy w drodze tymczasowej
decyzji sądu Schramowie z powrotem weszli do mieszkania, ordynat
postawił przed drzwiami "strzelców z fuzjami", nie pozwalając nikomu
wejść ani wyjść. Sprawa skończyła się interwencją policji, a Schram
uzyskał wysokie odszkodowanie.
"Jego Wysokość Jaśnie Pan" podobnie postąpił wobec osobistej sekretarki,
z którą zresztą zawarł dożywotni (!) kontrakt. Gdy jednak po dwóch
latach straciła jego łaski, okazał się człowiekiem wyjątkowo
bezwzględnym. Zwolnił pracownicę i polecił jej natychmiast opuścić
lokal, który zajmowała. Po czym kazał zamurować (!) wejście.
"W związku z zamurowaniem drzwi do mojego mieszkania - relacjonowała
nieszczęsna asystentka, Władysława Bironowa - sąd na miejscu
przeprowadził wizję lokalną i uzyskałam tymczasowe zarządzenie, mocą
którego przywrócono stan pierwotny. Ponieważ telefonowałam na policję,
książę kazał telefon w sekretariacie zastawić szafą"8.
Uderzały też pycha i buta Radziwiłła. Do wszystkich zwracał się per
"ty", nawet do nieznanego mu wcześniej osobiście wojewody poznańskiego,
hrabiego Rogera Raczyńskiego. Natomiast wobec ludzi pochodzących z "gminu" zachowywał "dystans społeczny" wynoszący minimum trzy metry -
jakby obawiał się ich oddechów i możliwości zarażenia się jakąś
plebejską chorobą. Jednak w chwili wybuchów złości nawet na prostaczków
potrafił się rzucić z pięściami, zapominając o higienie i ostrożności.
Ofiarami Radziwiłła padli także jego przodkowie. W listopadzie 1929 roku
polecił usunąć z kaplicy grobowej trumny z ich zwłokami i umieścić w wykopanych w pobliżu dołach. Podobno chciał w ten sposób znaleźć miejsce
na kino, którego był wielbicielem. Ostatecznie po interwencji rodziny
część trumien pozostawiono w kaplicy, a część przeniesiono na pobliski
cmentarz. Sala kinowa ostatecznie nie powstała.
Ciekawostką natomiast pozostaje fakt, że Radziwiłła usunięto w 1938 roku
z Zakonu Kawalerów Maltańskich. Przyczyną tego wydarzenia nie było
jednak skandaliczne życie księcia, lecz prozaiczne niepłacenie składek.
Przynajmniej oficjalnie...
Wielbiciel Hitlera
Michał Radziwiłł zawsze prezentował dość oryginalne poglądy polityczne i przez wiele lat uważał się bardziej za Niemca niż Polaka. Jego
upodobanie do Bismarcka i Prus wyjątkowo irytowało rodzinę i było jednym
z powodów, że w ogóle nie brano Michała pod uwagę przy dziedziczeniu
ordynacji ołyckiej. Inna sytuacja była w majoracie przygodzickim, który
do 1918 roku znajdował się w granicach Niemiec. Zresztą całkowite
wydziedziczenie najstarszego potomka, gdy nie był uznany za
niepoczytalnego ani nie ciążył na nim wyrok skazujący, nie wchodziło w rachubę.
Nie zmienia to jednak faktu, że już w czasach II RP Munio czasami
zadziwiał swoimi poglądami politycznymi. Dawał przy tym do zrozumienia,
że Niemcy stoją pod każdym względem wyżej od Polski i zostali
potraktowani niesprawiedliwie po I wojnie światowej.
"Kiedyś na jakimś przyjęciu - wspominał profesor Uniwersytetu
Poznańskiego, Ryszard Biehler - (...) książę zaczął wygłaszać
zapatrywania, że traktat wersalski mylnie i niewłaściwie wytyczył
granice państwa, gdyż granica zachodniej Polski powinna biec od Gdyni
przez Kalisz na Śląsk, tak że Wielkopolska powinna przypaść do Niemiec.
Natomiast Polska powinna otrzymać na wschodzie obszar Litwy"9.
Po wybuchu II wojny światowej Munio natychmiast uznał się za Niemca i wyraził zadowolenie, że Wielkopolska została włączona do III Rzeszy.
Zmuszono go jednak do opuszczenia Antonina, chociaż po kilku miesiącach
jeszcze na krótki czas tam powrócił. Ostatecznie jednak zastosowano
wobec niego areszt w Ostrowie Wielkopolskim, a następnie zezwolono na
wyjazd do Berlina. Nad Sprewą rozwiódł się z trzecią żoną, której nie
mógł wybaczyć, że nazwała go "niemiecką świnią".
Jego majątek ostatecznie skonfiskowano, ale Radziwiłł wprawił okupantów
w zakłopotanie, gdyż okazało się, że zapisał go... Adolfowi Hitlerowi.
Führer darowizny jednak nie przyjął i ordynacja przeszła w ręce Fundacji
Rzeszy dla Niemieckich Badań Wschodnich. Podważono też niemieckie
obywatelstwo księcia, wobec czego zażądał wpisania go na folkslistę (czy
też reichslistę). Ponownie spotkał się z odmową, a jako powód podano, że
po I wojnie światowej zadeklarował polską narodowość. Wprawdzie takie
postępowanie nie przeszkadzało wielu innym polskim obywatelom zostać
folksdojczami, ale Radziwiłła nawet hitlerowcy mieli już dosyć.
Lata wojny książę spędził u rodziny pod Berlinem, a następnie wyjechał
do swojej byłej hiszpańskiej żony na Teneryfę, gdzie do śmierci (1955)
przebywał na jej utrzymaniu. Nie wiadomo, by próbował kiedykolwiek się
kontaktować z najbliższą rodziną pozostałą w kraju. Nieznane są też
dalsze losy jego ostatniej żony ani Judyty Suchestow.
W pałacu w Antoninie działają obecnie restauracja i hotel, organizowane
są także koncerty Międzynarodowego Festiwalu "Chopin w barwach jesieni"
na pamiątkę dwukrotnego pobytu kompozytora na zaproszenie pradziadka
Munia.
Pałac przetrwał zresztą w dobrym stanie, ale - ku rozczarowaniu turystów
i pasjonatów historii żądnych przygód - nie pojawiły się legendy
związane z osobą ostatniego ordynata. Jego widmo nie krąży nocą po
pokojach i korytarzach, by przeklinać rodzinę, kobiety z nim związane
czy Adolfa Hitlera.
Natomiast pewna historia sprzed lat z Muniem w roli głównej znalazła
niedawno swoje potwierdzenie. Przez lata opowiadano, że książę,
wyjeżdżając po raz ostatni z pałacu, zakopał w jego pobliżu trzy cenne
depozyty. Ostatnio dzięki wnukowi leśniczego, który zajmował się ich
ukryciem, odnaleziono jeden z nich. W metalowym korytku znajdował się...
mosiężny świecznik bez żadnej wartości. Czy Munio pragnął zakpić z przyszłych poszukiwaczy skarbów, czy też dać do zrozumienia, że
przepuścił cały rodzinny majątek?10
Rozdział 2. Smaki międzywojnia
Rozdział 2
Smaki międzywojnia
Nieznany z imienia smakosz powiedział kiedyś, że analizując
przyzwyczajenia kulinarne mieszkańców danego kraju, sporo można się
dowiedzieć o jego dziejach. Chyba miał rację, wystarczy bowiem spojrzeć
na naszą kuchnię, na dania uważane za narodowe potrawy. Pierogi i chłodnik to specjalność litewska - pozostałość przenikania się wieków
tradycji wspólnego państwa. Podobnie jest z barszczem (kuchnia
ukraińska) i tatarem wołowym (białoruska). Popularne w naszym kraju
śledzie mają w większości rodowód żydowski lub skandynawski, zrazy
wołowe dotarły do nas z Czech, a kapuśniak i kiszonki z Niemiec.
Na pograniczu dwóch epok
W czasach II Rzeczypospolitej na to wszystko nakładały się jeszcze
różnice społeczne, znacznie bardziej widoczne niż obecnie. Inaczej
jadano w miastach, inaczej na ziemiańskich dworach, swoich wielbicieli
miały kuchnie mniejszości narodowych obecnie uważane za egzotyczne
(żydowska, litewska). W całym kraju widoczne były obce wpływy kulinarne:
na Śląsku popularnością cieszyła się kuchnia niemiecka, a na południu
Polski - węgierska z elementami austriackimi. Im dalej na wschód, tym
bardziej dominował jadłospis kresowy.
"Nasza kuchnia jest wspaniała właśnie dlatego - tłumaczy dziennikarz
Robert Makłowicz - że mamy różne tradycje. Inaczej wyglądają pod
względem kulinarnym Kaszuby, inaczej Podhale. (...) Do dziś trudno byłoby
namówić poznaniaka do zjedzenia kminku, który jest obecny w prawie
każdym pieczywie sprzedawanym w Krakowie. Tak samo zresztą trudno byłoby
przekonać krakowianina do zjedzenia czerniny, czyli zupy na krwi. Tak
naprawdę nie ma przecież jednej kuchni narodowej. Zamiast tego mamy w Polsce zbiór kuchni regionalnych"11.
Okres międzywojenny był jednak przełomowy dla polskich obyczajów
kulinarnych. Zapanowała moda na zdrowy tryb życia, zmieniano więc nawyki
żywieniowe. Tadeusz Boy-Żeleński zauważył z przekąsem, że w dwudziestoleciu przestał być aktualny jeden z typowych polskich grzechów
głównych - obżarstwo:
"(...) wystarczy porównać menu dawnych i dzisiejszych obiadów. Mówiąc o obżarstwie w epoce, gdy lekarze przestrzegają przed śmiercią z odchudzania się! Gdzie są te olbrzymie brzuchy, kałduny, bandziochy, te
zwały sadła, których tyle jeszcze naoglądałem się w dzieciństwie!
Jesteśmy cieńsi i lepsi"12.
Niewiele natomiast zmieniło się w upodobaniach alkoholowych. Był to
wciąż poważny problem, chociaż także miał nieco inny charakter.
"Nie da się zaprzeczyć, że ludziska piją - kontynuował Boy. - Ale piją,
wiedząc, że robią źle, świat szamoce się w najdalej idących fantazjach
prohibicyjnych, cała półkula choruje od nich. Picie jest wreszcie
prywatnym nałogiem, gdy dawniej było niemal społecznym musem, zwłaszcza
w Polsce. Obżarstwo i pijaństwo wreszcie było niegdyś wplecione we
wszystkie obrzędy religijne, chrzty, wesela, stypy, uroczyste święta;
szczytowym określeniem obżarstwa był - o ironio! - "obiadek
wielkopostny""13.
W czasach II Rzeczypospolitej na talerzach Polaków zagościły surowe
warzywa. Wcześniej uważano je za szkodliwe i dopiero w latach 20.
dietetycy dostrzegli ich zalety. Trudno jeszcze mówić o wegetarianizmie,
ale pojawiła się moda na posiłki jarskie. Jednak większość mężczyzn nie
wyobrażała sobie codziennego obiadu bez solidnej porcji mięsa. Warzywa -
owszem, ale do tego obowiązkowo sztuka pieczystego czy duży kotlet, i to
raczej nie drobiowy.
Przy inteligenckim stole
"Kobieta wracająca z biura o czwartej po południu lub mająca dwugodzinną
przerwę obiadową - oceniała autorka ówczesnych poradników kucharskich,
Maria Disslowa - chcąc mężowi i dzieciom dać zdrowy obiad, kolację i śniadanie, musi znać dokładnie nie tylko wszystkie prędko dające się
wykonać dania, lecz umieć je przyrządzić naprzód, obmyślać jadłospis
tak, aby idąc do pracy lub z niej wracając, nabyć wszystkie potrzebne
artykuły"14.
Emancypacja kobiet oznaczała najczęściej prawo do realizacji ambicji
zawodowych, nie zmieniła natomiast wiele w tradycyjnym modelu rodziny.
To właśnie kobieta dbała o codzienny jadłospis, nawet jeżeli rodzina
miała służącą. Młodych małżeństw zresztą najczęściej nie było stać na
służbę i dlatego mówiono, że "gotować dzisiaj musi umieć każda kobieta".
Ograniczeniem były jednak czas i pieniądze, w efekcie posiłki stały się
mniej skomplikowane, chociaż przy okazji zdrowsze. Ale czy na pewno
bardziej smaczne?
Zdania były podzielone i niejeden pan domu z łezką w oku wspominał
potrawy z dzieciństwa. Trudno się dziwić mężczyznom, skoro głośno
mówiono o całkowitym wyeliminowaniu potraw mięsnych. Nie mogły tego
zrekompensować "czerwona kapusta, seler, rzodkiew, rzepa, marchewka" ani
dania z drobiu. Tym bardziej że ze względów finansowych coraz rzadziej
pojawiały się na stołach popularne wcześniej pulardy i kapłony, a za
najwytworniejsze zaczęły uchodzić dania z indyka.
W II RP dużą rolę odgrywały ryby, od wieków zresztą wykorzystywane w polskich jadłospisach. W ówczesnych książkach kucharskich można było
znaleźć "niezliczone przepisy dań z sandaczy, linów, sumów, karpi,
szczupaków, pstrągów, węgorzy i oczywiście najpopularniejszych śledzi".
Pojawiały się na stołach nie tylko w dni postne, a "śledzie ceniono jako
pikantną przystawkę i zakąskę do wódki nawet w najlepszym
towarzystwie"15.
Typowo polską specjalnością pozostały natomiast raki uwielbiane przez
smakoszy pochodzenia zarówno inteligenckiego, jak i ziemiańskiego. W spożyciu tych skorupiaków (w formie zupy lub zakąski) nie przeszkadzało
narodowe upodobanie do mocnych trunków, które poważnie utrudniało
konsumpcję owoców morza. Jak bowiem zauważał jeden z ówczesnych
smakoszy, kilka kieliszków zimnej wódki na początek biesiady kompletnie
nie pasowało do ostryg, natomiast nie było zwyczaju, by posiłek
rozpoczynać od wina...
Młode panie domu gotowały samodzielnie z reguły tylko do pojawienia się
na świecie potomstwa - wówczas zatrudniano służbę. Inna sprawa, że
mężowie najczęściej zarabiali już tyle, że mogli podjąć taką decyzję.
Nie był to żaden kaprys - posiadanie służby należało do ówczesnych
standardów. Kobiety wciąż jednak nadzorowały kulinarną stronę życia
rodziny, co nie było najłatwiejszym zadaniem. Przekonała się o tym Maria
Pawlikowska-Jasnorzewska, która wzorem innych oficerskich żon z Dęblina
postanowiła zaoszczędzić na utrzymaniu domu. W tym celu wraz ze służbą
robiła zakupy na targowisku w pobliskiej Irenie.
"Zamawiała więc pani Maria - opisywał jej znajomy Janusz Kędzierski -
telefonicznie dorożkę konną, sadowiła się w niej wraz ze służbą i z całą
paradą jechały na legendarnie tani bazar w Irenie. Zakupy trwały kilka
godzin. Wreszcie około południa następował triumfalny powrót do domowych
pieleszy. Przy końcu pierwszego "tygodnia oszczędności" poetka obliczyła
koszta wyprawy. Okazało się, że same dorożki (za każdym razem cztery
kursy plus czekanie) kosztowały więcej niż łączna cena kupionych jakoby
za bezcen produktów. Ze swych wątpliwości co do sposobów robienia
oszczędności domowych pani Jasnorzewska zwierzyła się jednej z sąsiadek.
Ta w odpowiedzi tylko załamała ręce: - Przecież trzeba było chodzić z koszykiem pieszo. Pieszo, droga pani Mario!"16.
W ziemiańskim dworku
Skansenem kulinarnej tradycji pozostawały ziemiańskie dwory, których
mieszkańcy najdłużej opierali się zmianom. Inna sprawa, że dla wielu
Polaków ziemiańska tradycja stanowiła wspomnienie dzieciństwa, do
którego chętnie wracali. Nie dotyczyło to jednak wszystkich, czego
przykładem były upodobania choćby Józefa Piłsudskiego. Wprawdzie
Marszałek pochodził z kresowej ziemiańskiej rodziny, ale wcale nie
przejawiał typowych dla tego środowiska upodobań kulinarnych.
Miał zresztą niewielkie potrzeby i kompletnie nie interesował go
codzienny jadłospis. Lubił proste posiłki, a lista potraw, których nie
tolerował, jest wyjątkowo długa (trafiły na nią m.in. bigos, kołduny i wszelkie zupy, z grochówką na czele!). Właściwie prawie nie pił alkoholu
(podobno tylko dobry tokaj w niewielkich ilościach), a jego prawdziwą
namiętnością były papierosy i herbata - pochłaniał jej ogromne ilości,
około dziesięciu szklanek dziennie. Przejawiał również ogromną słabość
do wedlowskich herbatników, również krakersów, gardząc jednak bardziej
wyrafinowanymi produktami słynnej firmy.
"Jak za najmłodszych lat - wspominała Aleksandra Piłsudska - zawsze
lubił różne słodkie leguminy i domowe ciastka. Nasza wieloletnia służąca
Adelcia (...) piekła doskonały kruchy placek z masą suszonych śliwek i zapiekaną pianką na wierzchu. Zawsze w domu były też litewskie sucharki
zrobione ze specjalnych bułeczek, posypane cukrem i cynamonem. (...) Za
kawą nie przepadał. Przy łóżku stał zawsze talerz z owocami i pudełko
landrynek"17.
Niezrozumiałe już dzisiaj określenie "legumina" oznaczało po prostu
słodki deser. Leguminą były więc zarówno "suflet owocowy, krem,
galaretka, budyń", jak i "szarlotka, naleśniki lub grzanki z konfiturami".
Józef Piłsudski nie znosił kawy, bez której w ziemiańskich dworach nie
wyobrażano sobie śniadania. Do jej parzenia używano najczęściej maszynek
karlsbadzkich.
"Są to gliniane lub porcelanowe naczynia - opisywano w ówczesnym
poradniku - składające się z dwóch części, a mianowicie: właściwego
zbiornika gotowej kawy oraz naczynia, którego dno jest przekształcone na
gęste sitko porcelanowe. W to sitkowe naczynie wsypuje się miałko
zmieloną kawę i zalewa wrzątkiem, kawa pod przykryciem kroplami
przecieka do dolnego zbiornika"18.
Do kawy wlewano dużo gęstej, gorącej śmietanki, niektórzy zalecali
również dodanie "łyżeczki cykorii". Słodzono cukrem innym niż używany
dziś - wysokogatunkowym, przechowywanym w tzw. głowach. Przed podaniem
rąbano go siekierą, jego miałkość pozostawiała zatem nieco do życzenia.
"(...) do śniadania każdy otrzymywał nie tylko wyborną kawę - opisywał
obyczaje w Nieledwi na Lubelszczyźnie pochodzący z ziemiańskiej rodziny
filozof Stefan Świeżawski - ale również garnuszek gorącej,
najprzedniejszej śmietanki. Pieczywo, codziennie świeże, pieczone w domu: na wielkim stole, na półmisku, gruby plaster miodu, który krajało
się razem z woskiem i wysysało na swoim talerzyku. Bardzo lubiliśmy też
świetny topiony ser zgliwiały. Poza tym wszystkim posiłkom towarzyszyła
obfitość najrozmaitszych wspaniałych owoców"19.
Jadłospis śniadaniowy różnił się w zależności od regionu kraju.
Wprawdzie niemal wszędzie podawano jajecznicę suto okraszoną wędliną,
ale na Wileńszczyźnie nie mogło zabraknąć blinów ze śmietaną czy też
surowych ogórków z miodem. We wszystkich ziemiańskich dworkach był to
jednak wyjątkowo obfity posiłek, po którym nikt nie miał prawa czuć się
głodnym.
Śniadanie stanowiło jednak tylko wstęp do prawdziwej kulinarnej
rozwiązłości. Na wsi życie toczyło się bowiem wolniej, gospodarze mieli
więcej czasu, a służby nie brakowało. Dbano zatem o jadłospis zgodny ze
starymi przepisami, dania były wyjątkowo pracochłonne, ale przynosiły
znakomite efekty smakowe. W efekcie "obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal dzień cały", a do tego dochodził jeszcze five
o'clock z przekąską i obowiązkowy podkurek. Nic dziwnego, że Witold
Gombrowicz notował z odrazą:
"Straszliwy apetyt nie pozwala nam kontentować się zwykłym menu
obiadowym, pękają tamy, żarcie wdziera się do środka, zalewa powódź zup,
mięso nadziewa kiszkę podgardlaną (...), wsadzamy w siebie coraz to nowe
przedmioty miękkie, twarde, mokre, suche, zimne i gorące. Jedzenie
odbywa się bez przerwy i toczy się niepowstrzymanie przez wszystkie
miejsca naszej egzystencji"20.
W ziemiańskich dworkach funkcjonowały najczęściej dwa stoły - pierwszy
dla rodziny i gości, a drugi dla służby. Na pańskim stole pojawiały się
bardziej wykwintne dania - podawano tam wyrafinowane zupy (krem ze
szparagów, zupa neapolitańska) i dziczyznę. Oprócz wrażeń smakowych
ważne były również doznania wzrokowe.
"Otóż w jego wykonaniu - wspominał kucharza z kresowej Demidówki Andrzej
Kuśniewicz - słynny był na cale Podole z przyległościami (...) szczupak a
la Podiebradek. Na błękitno. Z kaparami, z koperkiem po wierzchu - dla
"szarmu", mawiał kucharz - a wszystko to w galarecie, w której po bokach
niezrównanie kolorystycznie czerwone szyjki rakowe, tak że szczupak
wjeżdżał na stół, wyglądając, jakby pływał w kryształowym
akwarium"21.
Dla tego mistrza takie potrawy jak sarnina w śmietanie czy zając w buraczkach uchodziły za zbyt proste, chociaż przyrządzał je równie
znakomicie. A zdarzali się też specjaliści, którzy dużą rybę
przygotowywali w całości zgodnie z odwiecznymi zasadami: gotowali głowę,
piekli środek, a smażyli ogon.
Amatorów miały także przysmaki rodem z chłopskiej kuchni. Zawsze
znaleźli się wielbiciele prażuchy (zakalcowate ciasto z ciemnej mąki
bogato okraszone skwarkami) czy też zwykłych ziemniaków z kwaśnym
mlekiem. Na północnych Kresach uwielbiano natomiast pierogi bez względu
na rodzaj nadzienia: na słodko i na słono. A także placki ziemniaczane,
pyzy, kołduny czy kartacze.
Melchior Wańkowicz był pomysłodawcą niezwykłego konkursu
gastronomicznego. Korzystając z wizyty delegacji polskich literatów na
Litwie (właśnie nawiązano stosunki dyplomatyczne z rządem w Kownie),
zorganizował zawody w jedzeniu kołdunów.
"Kontrola była sroga - opowiadał Wańkowicz. - Wydawało się po pięć
kołdunów. Kołdun jordański bowiem, bez żadnych idiotycznych uszu od
ciasta, kołdun pełniutki po brzegi, był tak duży, że całą dużą łyżkę od
zupy zajmował. Dawać więcej jak po pięć - to już szósty nie będzie
gorący jak się patrzy"22.
Wielu zawodników zjadło po 30 kołdunów, niebawem jednak ich szeregi
mocno się przerzedziły. Wreszcie na placu boju pozostali tylko potężny
Litwin Liudas Gira i "maleńki, chudeńki Stanisław Piasecki, redaktor
"Prosto z Mostu"". Obaj zjedli po 70 (!) kołdunów, a gdy litewski
zawodnik znacznie zwolnił tempo, Piasecki nałożył sobie kolejne porcję.
"A tu litewski Goliat już na wolne obroty przeszedł. Widzę ja, trzy
kołduny u niego na talerzu leżą i zamyślony jakiści siedzi, oka jemu
wylazły jak u krowy wzdętej na koniczynie"23.
Wańkowicz usiłował pohamować Piaseckiego, jednak ten spokojnie zjadł
kolejny kołdun i nic sobie nie robił z zakłócenia delikatnej równowagi
politycznej - wszak kołduny to litewskie danie narodowe. Dziennikarz
wyjaśniał, że zna doskonały sposób na spożywanie kołdunów: po zjedzeniu
pięciu wypija duszkiem kieliszek nalewki Trisz Divinis. Należało zatem
przypuszczać, że ma już na koncie 14 kolejek! Bagatelizując sytuację,
spokojnie dodał, że zje nie tylko te kołduny, które ma na talerzu, lecz
także pięć następnych. Dla Litwinów była to śmiertelna zniewaga.
"Poleciał ja po pomoc - relacjonował Wańkowicz. - Ludzie z jego obozu
politycznego [narodowcy - S.K.] nadbiegli, tłumaczą, rozczulił się:
- I nie w myśli mnie było psuć, co Jagiełło zaczął. Niech już będzie
moja krzywda pro publico bono.
Skoczyli mi do Giry, na siłę siedemdziesiąty trzeci kołdun jemu
wepchnęli, jak indyku orzechy włoskie w skorupach przed Wielkanocą się
wtyka, no i rozumie się, muzyka tusz, Liudas klęknął, stęknąwszy, przed
panią konsulową Harwatową, z jej rąk figurę polskiego świątka
przyjął"24.
Sklepy i towary
"Z przeglądu reklam przedwojennych sklepów kolonialnych - zauważa Robert
Makłowicz - widać, że docierały do nas między innymi: parmezan, kapary,
ostrygi, pasztety strasburskie czy homary. Te produkty były wówczas
bardziej powszechne niż dziś! Oczywiście były one dostępne tylko dla
ludzi majętnych, ale mimo wszystko były na rynku i ktoś je kupował.
Nawet patrząc z dzisiejszej perspektywy, można dostać oczopląsu,
przeglądając przedwojenne reklamy pokazujące te wszystkie
produkty"25.
Sklepy kolonialne (delikatesy) stanowiły jednak tylko ekskluzywny
dodatek do zwyczajowych miejsc handlowych. W dużych miastach, z Warszawą
na czele, głównym miejscem zakupu żywności były targowiska. Warto
pamiętać, że stołeczny Rynek Starego Miasta przestał pełnić tę funkcję
dopiero w 1912 roku (!), ale nadal funkcjonował bazar zlokalizowany na
Szerokim Dunaju, handlowano również pomiędzy Świętojerską a Franciszkańską. Największym warszawskim bazarem w tamtych czasach był
jednak słynny Kercelak na Woli. Tam rzeczywiście można było dostać
wszystko, a zakupy ułatwiał przejrzysty podział placu.
Na początku XX stulecia nad Wisłę dotarły nowe trendy w dziedzinie
handlu - uruchomiono hale targowe przy placu Mirowskim (Hale Mirowskie).
Obiekt był skanalizowany, stoiska mięsne zostały wyposażone w marmurowe
stoły, a podłogi wyłożono terakotą. Handel bazarowy ma jednak swoje
prawa, dlatego - podobnie jak dziś - nie ograniczał się do zamkniętej
przestrzeni. Hale Mirowskie nie były jedynym nowoczesnym punktem
targowym w stolicy, funkcjonowała również hala targowa przy ulicy
Koszykowej, a w 1938 roku rozpoczęto budowę nowoczesnego pawilonu
handlowego na Marymoncie. Prace przerwano jednak we wrześniu 1939 roku,
a po wojnie już ich nie wznowiono.
W okresie międzywojennym ogólnowarszawski status uzyskał praski bazar
Różyckiego przy ulicy Targowej. W jego pobliżu powstawały zakłady
rzemieślnicze produkujące na potrzeby targowiska rozmaite towary, a miejscowi handlowcy błyskawicznie reagowali na zapotrzebowanie
społeczne.
"Pamiętam - wspominał jeden z bywalców targowiska - jak w latach 30. na
bazarze Różyckiego sprzedawano takie małe pudełeczko, przez które
przeciągnięta była nitka nasmarowana kalafonią. Przesuwanie pudełeczka w górę i w dół nitki dawało skrzypiący dźwięk. To urządzenia nazywało się
"kiepura". "Komu kiepurę za 50 groszy, komu?" - wołali sprzedawcy,
wydobywając głos ze swych urządzeń przypominających gdakanie
kury"26.
W latach międzywojennych bazar Różyckiego nie uzyskał podobnego
znaczenia jak Kercelak, zapewne miały na to wpływ mniej zorganizowane
formy handlu obowiązujące na targowisku. Różycki sprawiał wrażenie
zaniedbanego placu targowego z tymczasowymi straganami i kłębiącym się
tłumem handlujących. Można tam było kupić i sprzedać wszystko - zarówno
ubrania oraz sprzęty domowego użytku, jak i "drób, gołębie, króliki i inne żywe stworzenia". Do tego dochodziły "sagany z flakami i podrobami
podgrzewanymi na miejscu". Nie było natomiast tłoku przy straganach z rybami, gdyż "drobnicę przez cały dzień dostarczali z pobliskiej łachy
wiślanej wędkarze". Natomiast wczesnym rankiem "można było często dostać
dobrego sandacza, węgorza czy suma"27.
Duże zaniepokojenie budził również stan sanitarny targowiska, a następcy
Juliana Różyckiego, założyciela bazaru, koncentrowali się raczej na
zarabianiu pieniędzy niż na inwestycjach.
"(...) bazar Różyckiego mógłby uchodzić za wzorowy - komentowano na łamach
"Głosu Pragi" w 1934 roku - gdyby... Co tu dużo pisać: wszyscy zrobili
swoje. Przede wszystkim najbiedniejsi, drobni handlarze, którzy włożyli
dużo starań, aby ich miejsce handlu wyglądało porządnie. Jeden tylko p.
Różycki (...), bogacz, prawdziwy krezus, nie tylko w skali praskiej, lecz
i warszawskiej, ograniczył się wyłącznie do wykonania - i to pod
przymusem - tego, co mu nakazały wykonać władze. (...) Ile to trzeba było
się namęczyć, by tego p. Różyckiego skłonić do wydania kilkunastu czy
kilkudziesięciu złotych na doprowadzenie do porządku jakiegoś
zaniedbanego drobiazgu. Doprawdy wstyd, p. Różycki, żeby na pana tracić
tyle energii, podczas gdy pan powinien służyć przykładem ludności
praskiej"28.
Handel uliczny starano się ucywilizować również w innych miastach, za
najlepszy sposób uznając budowę hal targowych. Powstawały one w Gdyni,
Krakowie, Katowicach, ale także inwestowano w mniejszych miastach.
"Od strony północnej - opisywano nową halę w Piotrkowie Trybunalskim -
przedstawiony jest handel regionalny, przede wszystkim płodami rolnymi,
uosabiany przez mleczarkę z bańkami, kobiety z koszami owoców i mężczyzn
pędzących zwierzęta na targ, a od południa - handlu "wielkiego",
międzynarodowego, symbolizowanego przez statek pod żaglami, wielką
lokomotywę i rybaków morskich ciągnących sieci"29.
W ścisłym centrum miast nie sytuowano targowisk, tam zakupy robiono w eleganckich sklepach spożywczych. W stolicy rywalizowały ze sobą dwie
firmy: Bracia Hirszfeld i Bracia Pakulscy. Pierwsza w swoich sklepach na
Nowym Świecie i na Marszałkowskiej postawiła na elegancję, Pakulscy zaś,
właściciele pięciu sklepów, odwoływali się do XIX-wiecznej tradycji.
"Każdy wchodzący klient - wspominał publicysta Zbigniew Pakalski - był
natychmiast przechwytywany przez wolnego ekspedienta i załatwiany od
początku do końca w jednym miejscu, z tym że po rozstawione w różnych
miejscach towary biegał sprzedawca, a nie kupujący. Ciekawe, że tam się
mijali i nawzajem sobie nie przeszkadzali"30.
Sklepy dbały o swój wizerunek, zakupione towary pakowano w papier i torebki z logo firmy, a sprawunki przewiązywano eleganckim sznurkiem z drewnianym kołkiem, który służył jako uchwyt. Kołki i sznurki również
miały znaki firmowe, a projektowali je najwybitniejsi polscy plastycy z Zofią Stryjeńską na czele! Eleganckie sklepy w centrum stolicy były
powszechnie znane, przyjezdni traktowali je jako jedną z atrakcji
turystycznych miasta.
"Zabytki i osobliwości historyczne Warszawy mają licznych miłośników -
tłumaczyła propagatorka rzemiosła i sztuki ludowej Janina Orynżyna w przewodniku przygotowanym przez współpracowników "Wiadomości
Literackich" - ale żaden przeciętny turysta nie wyjedzie ze stolicy,
zanim nie spędzi co najmniej kilku godzin przed wystawami sklepów,
choćby na Marszałkowskiej i Nowym Świecie. Przybysze stoją olśnieni
przepychem sklepów spożywczych, istnym rogiem obfitości wszelkich płodów
ziemi - złocistej krągłości owoców, krwistych płatów mięsiwa, lśniących
pokładów ryb, brunatnych brył i wieńców wędlin, srebrnych piramid
konserw. (...) Starsi przyjezdni dziwią się niespotykanej za czasów ich
młodości obfitości nowalii, które robią wiosnę w sklepach już w grudniu,
gospodynie (...) uczą się przyrządzania ryb, które wyrzuca do Warszawy
polskie morze"31.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
M. Potocka, Z moich wspomnień (pamiętnik), Łomianki 2010, s. 105 [wróć]
W. Banach, Radziwiłłowie. Burzliwe losy słynnego rodu, Poznań 2018, s. 453 [wróć]
Za: ibidem, s. 441 [wróć]
Za: ibidem, s. 447 [wróć]
Za: ibidem, s. 453 [wróć]
Za: ibidem, s. 455 [wróć]
J. Durka, Janusz Radziwiłł 1880-1967. Biografia polityczna, Warszawa 2011, s. 261 [wróć]
Za: W. Banach, op. cit., s. 450-451 [wróć]
Za: ibidem, s. 441 [wróć]
P. Kałuża, J. Lamparska, Historia tego miejsca łączy zbrodniarzy, kompozytorów i magnatów. Dzieje pałacu w Antoninie, Focus.pl/artykul/swego-nie-znacie-historia-palacu-w-antoninie?page=1 [wróć]
Za: Smaki dwudziestolecia, "Historia Do Rzeczy" 3/2013 [wróć]
T. Boy-Żeleński, Reflektorem w mrok, Warszawa 1985, s. 427 [wróć]
Ibidem [wróć]
Za: M. Łozińska, Smaki dwudziestolecia. Zwyczaje kulinarne, bale i bankiety, Warszawa 2012, s. 8 [wróć]
Ibidem, s. 14 [wróć]
Za: M. Pryzwan, Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach i listach, Warszawa 2015, e-book [wróć]
Za: W. Kalicki, Rocznica imienin Piłsudskiego. Zapraszają do Sulejówka, Warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,15658906,Rocznica_imienin_Pilsudskiego__Zapraszaja_do_Sulejowka.html?disableRedirects=true [wróć]
Za: M. Łozińska, op. cit., s. 23-24 [wróć]
Ibidem, s. 23 [wróć]
Za: ibidem [wróć]
Za: ibidem, s. 24-25 [wróć]
Za: Restauracje w II Rzeczypospolitej, Bielsko-Biała 2011, s. 24 [wróć]
Ibidem [wróć]
Za: ibidem, s. 25 [wróć]
Smaki... [wróć]
Jan.kiepura.pl [wróć]
A. Kulesza, Julian Różycki - aptekarz i społecznik, Stary.naszdziennik.pl/index.php?typ=kp&dat=20070926&id=kp31.txt [wróć]
Za: P. Kulesza, Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego, Warszawa 2004, s. 94 [wróć]
Za: M. Łozińska, op. cit., s. 40 [wróć]
Za: ibidem, s. 43-47 [wróć]
Za: ibidem, s. 42 [wróć]