Prolog
Gorąc... żar.
Było to wszystko, o czym potrafiłam myśleć, kiedy wokół mnie rozrastały się płomienie.
A jednak wciąż krzyczałam... wciąż wołałam.
- Piesku! Skarbie, gdzie jesteś?!
Wtedy znów rozległ się skowyt małego pieska sąsiadów z piętra wyżej, a ja - uważając na szalejący ogień - gwałtownie dopadłam do drzwi łazienki.
Mały piesek - przerażony tym, co się dzieje - drżał w kącie pomieszczenia, podczas gdy dym coraz gęściej osiadał nad jego niewielkim ciałkiem.
Widziałam tego psa tylko kilka razy i nie wiedziałam, czy mi zaufa, ale nie mogłam go tak zostawić.
To dlatego byłam tutaj, w tym piekle, zamiast uciec jak pozostali mieszkańcy bloku.
Kiedy piętro wyżej wybuchł pożar, moją pierwszą myślą było obudzenie siostry - a gdy to zrobiłam, kazałam jej wyjść z bloku i zabrać naszego psa wraz z moim laptopem, który był źródłem naszego utrzymania.
Miałam pójść zaraz za nią... lecz wtedy usłyszałam znajomy pisk z góry i zrozumiałam, że w mieszkaniu został pies.
Nie pamiętałam, jak zdołałam dostać się do środka. Jedyne, co wiedziałam, to - że gdy już byłam w mieszkaniu - bolało mnie ramię, o którym zaraz zapomniałam, ogarnięta paniką.
Czy tak... wyglądało piekło?
Klęczałam na ziemi, zasłaniając usta i nos rękawem za dużej bluzy, którą miałam na sobie i wyciągnęłam drugą dłoń do pieska, mówiąc pieszczotliwie:
- No chodź kochanie, zabiorę cię stąd... - ogień nagle wydał dźwięk, jakby chciał mnie pochłonąć i pies skulił się jeszcze bardziej.
Do diabła... jak tak dalej pójdzie zginiemy oboje.
Nie miałam wyboru: sięgnęłam z całej siły do psa, łapiąc go za kark - wydał przeraźliwy skowyt, pełen bólu i strachu, ale o dziwo nie ugryzł mnie. Wzięłam go w ramiona, chowając pod bluzę i zaczęłam iść na czworakach w stronę drzwi.
Dym... gorąc... na dodatek zasłonięte usta - nie mogłam oddychać, a łzy ciekły strumieniami po moich policzkach. A jednak parłam mozolnie do przodu - pamiętałam, że dym zawsze szedł do góry, więc starałam się trzymać głowę jak najniżej, jednak sam ogień był okropny - szalał głównie w pokoju obok i kuchni, lecz w całym mieszkaniu było gorąco jak w piecu.
W pewnej chwili pomyślałam, że słyszę kroki, ale nie przejęłam się tym, mozolnie idąc przed siebie, aż doszłam do rozwalonych drzwi...
- Ktoś tu jest! - usłyszałam męski krzyk, a po nim kolejny:
- Zabierzmy ją!
Poczułam, jak ktoś chce mnie podnieść i gwałtownie zacisnęłam ręce wokół ukrytego pod bluzą psa.
Nie wiem, jak znalazłam się na zewnątrz, lecz uderzył mnie podmuch zimnego powietrza, na tyle silny, że zdołałam unieść mokre powieki.
To wtedy je ujrzałam... oczy płonące błękitnym ogniem.
- Trzymaj się mała - poprosił strażak, a ja, choć na wpół przytomna, zdołałam pomyśleć, że słowo "mała" raczej nie do końca oddaje to, jaka byłam.
Zdołałam jednak szepnąć:
- Pies...
Wtedy strażak klęknął, wciąż trzymając mnie na rękach i nachylił ucho do moich ust.
- ...pod bluzą - zdołałam wyszeptać, po czym skrzywiłam się z bólu. - Boli.
Poderwał i zaczął biec.
Po chwili poczułam, jak mnie kładzie i ktoś rozpina moją bluzę - ciepło drżącego psa po chwili zniknęło, a ja zdałam sobie sprawę, że jest mi łatwiej oddychać, aż znów zdołałam unieść powieki.
Ujrzałam obok siebie spanikowaną siostrę - mówiła coś do mnie zapłakana, ale nie rozróżniałam słów - huk ognia wciąż rezonował w moich uszach.
Jednak chciałam ją uspokoić... dlatego, mimo łez, zdołałam się uśmiechnąć.
Po tym pamiętałam już tylko ciszę i spokój.
Tak wiele spokoju... w którym chciałam pozostać.
Lecz, kiedy o tym pomyślałam, zrozumiałam, że nie mogę - jeszcze nie, bo miałam młodszą siostrę i psiaka na utrzymaniu, których nie mogłam zostawić.
Nie mogłam odejść jak rodzice, dlatego zrobiłam jedyne, co mogłam uczynić: wróciłam... nie zdając sobie sprawy, że od tego wydarzenia zmieni się całe moje życie.
Moje... i nie tylko moje.
Rozdział 1
Dante
Kolejna udana akcja. Brawo, chłopaki - powiedział szef remizy, kiedy wróciliśmy do siebie.
- Na szczęście w środku była tylko jedna osoba - zauważył Don i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. - Mówiłeś, że dziewczyna ocknęła się na moment, gdy ją zabierałeś, prawda?
Właściwe... byłem pewny, że była świadoma przez cały czas, ale nawdychała się za dużo dymu.
- Tak - przyznałem jednak lakonicznie, zdejmując z siebie uniform strażaka. - Z tego, co usłyszałem, to mieszkała piętro niżej.
- To co ona tam robiła? - Robert zmarszczył brwi.
- Pies... - zacząłem i zamilkłem, czując, że mimowolnie łagodnieje mi głos. - Miała pod bluzą małego psa.
- Czyli mamy bohaterkę - stwierdził nasz szef z uśmiechem i zamyślił na moment. - Może poślemy jej kwiaty? Co wy na to?
Takie postępowanie nie było dla strażaków bardzo powszechne, lecz nasz szef zawsze lubił robić takie gesty, a my nie mieliśmy nic przeciwko.
- Ile ona może mieć lat? - zapytał nagle, kierując te słowa do mnie. - Ty widziałeś ją najdłużej.
- ... - zamilkłem na moment, przypominając sobie... ale zawahałem się nieoczekiwanie. - Wyglądała... młodo.
Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Młodo? - zapytał Robert z zaskoczeniem. - No i czemu mam wrażenie, że się zawahałeś?
- ... - nie umiałem dobrać odpowiednich słów. - Miała na sobie bluzę z jakiejś gry lub bajki - przyznałem. - Ale... - nieoczekiwanie podrapałem się po karku. - Kiedy ją trzymałem... to nie było ciało smarka.
- ... - wtedy wszyscy spojrzeli na siebie bez słowa, aż w końcu odezwał się nasz szef:
- Mówiliście, że nie była zbyt drobna...
- Nie o to chodzi - zaprzeczyłem od razu. - Ważyła jakieś siedemdziesiąt pięć kilo...
- Czyli sporo - Robert, skonsternowany, skrzyżował na piersi ramiona. - Wiemy, że dla ciebie to niewiele, szczególnie że wyciskasz najwięcej z nas wszystkich, ale bądźmy realistami - obecnie waży tyle więcej nastolatek, niż dorosłych kobiet, takie czasy.
Milczałem przez moment.
- To nie było ciało nastolatki - powtórzyłem po chwili, wciągając na siebie czystą koszulę. - Poza tym, idąc tropem twoich myśli... to takie bluzy noszą nie tylko nastolatki.
- Tu zgadzam się z Dantem - przyznał milczący dotąd Raf. - Moja siostra jest grubo po dwudziestce, a dalej gra w gry.
- Tylko że Daria to ewenement - przypomniał Robert. - No i Jest dziwna.
- Tak - przyznał od razu Raf. - A najbardziej dziwne jest to, że jeszcze nie dała sobie z tobą spokoju - przecież z ciebie kompletny dupek.
- Nie zachęcam jej - przypomniał. - Też bym wolał, by się odczepiła.
Westchnąłem cicho, podczas gdy ci zaczęli na siebie warczeć, a pozostali dopingować - to jednego, to drugiego.
Czasem... czułem się między nimi jak starzec. I faktycznie, poza szefem remizy, byłem z nich najstarszy, choć miałem dopiero trzydzieści pięć lat.
- Dante? - nagle podszedł do mnie szef i zapytał: - Czy byłby to dla ciebie spory kłopot, gdybym cię poprosił, byś zaniósł jej bukiet od nas?
Zaskoczony uniosłem brwi i zauważyłem:
- Tyle że nie jestem zbyt towarzyski... - i spojrzałem na chłopaków. - Im łatwiej rozmawia się z innymi.
- Cóż, może i nie jesteś aż tak wygadany, ale na pewno nie jesteś niesympatyczny - i uśmiechnął się lekko. - Kto wie, może ona by chciała ci podziękować?
- ...wątpię, by mnie poznała - wyznałem. - Miałem na sobie hełm.
- Nie szkodzi spróbować - zauważył. - Poza tym... słyszałem u ciebie ten ton, gdy mówiłeś, że uratowała psa - zauważył, aż zamrugałem. - Myślę, że ujrzenie jej ten ostatni raz nie zaszkodzi. Więc jak?
- ...pójdę.
"Ostatni raz"... cóż, mogłem się na to zgodzić.
Mogłem... lecz życie miało dla mnie zupełnie inne plany, niż z góry zakładałem.
Elena
Po dwóch dniach w szpitalu w końcu uznano, że mogę wrócić do domu. Powiadomiłam o tym siostrę, która powiedziała, że nie pójdzie na zajęcia i po mnie przyjedzie, ale przypomniałam jej rozbawiona, że to ja jestem starsza i że ma skupić się na lekcjach.
Uległa, choć była oporna - po śmierci rodziców nasze relacje tak naprawdę stały się głębsze niż kiedykolwiek. Sabrina - z nas dwóch - odziedziczyła charakter po mamie: była dzięki temu bardzo odporna psychicznie, podczas gdy ja... cóż, przez lata walczyłam ze stanami depresyjnymi. To dlatego wiedziałam, że się nie załamała, choć w chwili śmierci rodziców szykowała się na studia - zrobiła to dla mnie, nie chcąc, bym zapadła się w siebie.
Jej podejście tak naprawdę sprawiło, że - chociaż to ja byłam trzynaście lat starsza od niej - ja również utrzymałam się na powierzchni i co więcej, poskładałam jakoś nasze życie.
Po wypadku rodziców wszystko się zmieniło... jednak byłyśmy dla siebie prawdziwym wsparciem.
Ja pracowałam i utrzymywałam nas z pisania książek - nie było jednak tutaj na tyle dobrze, bym mogła płacić jeszcze za jej studia i za to, by mogła mieszkać na przykład w akademiku, dlatego Sabrina - również uzdolniona humanistycznie, choć pod kątem sztuki - dorabiała sprzedając swoje prace. Dzięki temu nie zalegałyśmy z żadnymi rachunkami, a Sabrina mogła studiować, przy okazji mając pieniądze również dla siebie.
Nie było z początku łatwo - bałyśmy się, że będziemy musiały sprzedać mieszkanie, w którym żyłyśmy, ale przyszła nam z pomocą rodzina. A gdy po śmierci rodziców wydałam książkę opisującą w pewien sposób ich historię, tytuł stał się ogólnopolskim bestsellerem i po latach pisania w końcu osiągnęłam sukces.
Jednak szkoła Sarbiny nie była tania... dlatego wzięłam na siebie wszystkie opłaty, chcąc by ta skupiła się na nauce i realizacji marzeń.
Co jakiś czas, gdy udało jej się więcej zarobić, bez ostrzeżenia przelewała mi to na konto - a ja nic nie mówiłam, po prostu wiedząc, że ona tego chce.
I tak trwałyśmy... już ponad pół roku.
Westchnęłam i weszłam do mieszkania, rozglądając i witając cieszącą się Nike.
Miałyśmy ją jeszcze przed śmiercią rodziców i to dobre kilka lat - i choć na jej utrzymanie szło czasem nawet kilka stów miesięcznie... nie potrafiłyśmy jej oddać.
Co więcej, żadna z nas nie brała tego nawet pod uwagę. Nike była nasza - była naszą rodziną.
Dlatego tym bardziej wiedziałam, że nigdy nie pożałuję tego, iż wpadłam do tamtego mieszkania, by uratować psiaka.
Tknięta przeczuciem udałam się na tył mieszkania i weszłam na balkon...
No tak - na szczęście ogień nie dotarł do nas, szybko go ugaszono, lecz widziałam, że daszek nad balustradą jest częściowo osmolony i podtopiony z gorąca.
Ogień... był uważany za najgroźniejszy z żywiołów.
I teraz wiedziałam dlaczego.
Wróciłam do środka i zajrzałam do kuchni, gdzie buchnęłam śmiechem, widząc talerz owinięty folią, a na nim kartkę z charakterem pisma Sabriny:
"Smacznego:3"
- Mm... - zamruczałam, widząc pod folią siostrzane placki z czekoladą.
Musiała wstać z samego rana i zrobić mi je przed pojechaniem do szkoły, a dzisiaj miała na... - zajrzałam na lodówkę, gdzie miała wydrukowany rozkład lekcji. - Na ósmą...
Poczułam łzy w oczach i wzięłam talerz, jedząc je zapłakana, podczas gdy Nike wskoczyła obok mnie na kanapę, kładąc wielki pysk na udo. Wiedziałam, że łzy niczego nie zmienią - nic nie zmieni. Lecz, w takich chwilach, jak ta... rozumiałam, jak wiele posiadałam, cały czas myśląc, że - skoro nie mam przyjaciół - to tak naprawdę nie mam nic.
Teraz miałam jedynie Sabrinę i Nike... i wiedziałam, że dla nich muszę być silna.
Pogłaskałam swojego psiaka czule po ślicznym pyszczku i powiedziałam do niej:
- Damy radę, co nie śliczna?
Od razu polizała mnie po ręku, jakby rozumiała i nachyliłam się, by pocałować ją w mordkę.
- Damy - podsumowałam i dodałam: - Ale dobre... wybacz skarbie, psiaki nie mogą jeść czekolady.
Mruknęła, jakby niezadowolona, a ja zachichotałam, ocierając łzy.
Nagle jednak coś mi się przypomniało, aż dotknęłam nieświadomie usta.
Tamten strażak... dlaczego mnie pocałował? - pomyślałam, znów się rumieniąc i opadając ciężko na oparcie. - Minęło tak wiele czasu, gdy ktoś to robił... aż zbyt wiele.
Jak on miał na imię? Da... Dan...
"Dante Reed" - wróciło do mnie obuchem i coś sobie uświadomiłam.
"Dante"? Jak ten poeta? Ciekawe imię dla faceta, który jak widać nie miał w zwyczaju wiele mówić.
Chyba że włączał mu się tryb faceta - musiałam przyznać. - Może to wcale nie był mruk... tylko taki, co mówił otwarcie co myślał, ale tylko wtedy, jeśli sam uznawał, że chce się tym podzielić?
To w sumie możliwe...
Ale to i tak nic nie tłumaczyło! Czemu on mnie pocałował? Jeszcze powiedział, że to "prezent" ode mnie... i że to jego woli...
Znów zalałam się rumieńcem i jęknęłam lekko.
Co miałam z tym zrobić? Gościu powiedział, że chce, bym przyszła do remizy, gdy wyjdę ze szpitala.
Ale po co? Dlaczego? To ma jakiś sens? Nie wierzę, że taki facet w ogóle zwrócił na mnie uwagę...
"To po cholerę by cię całował? Ogarnij się kobieto, nie jesteś mięczakiem".
Wkurzający wewnętrzny głos... głos mojego charakteru, który pomimo słabej psychiki podnosi mnie w najgorszych chwilach..
Bo choć to Sabrina miała silniejszą psychikę... to Ja miałam najsilniejszy charakter.
Charakter i grubą skórę, nabytą przez lata doświadczeń, przez które - ledwo je sobie przypomniawszy - odetchnęłam mocno i zamyśliłam.
Chciał, bym przyszła... więc istniało spore prawdopodobieństwo, że chce pociągnąć tę znajomość. Z drugiej jednak strony, czy ja tego chcę?
"Chcesz" - usłyszałam od razu w głowie i zakręciłam oczami na samą siebie.
No dobra, chcę... jednak czy to miało jakąś przyszłość? Czy taki mężczyzna mógłby chcieć ode mnie czegoś więcej niż seksu?
"Nie przekonasz się, póki tam nie pójdziesz i sama się nie dowiesz".
To prawda... poza tym wiedziałam, że są faceci, co lubią pełniejsze dziewczyny. Jednak... co jeśli jego kumple na mój widok zaczną się śmiać?
"To nie liceum czy podstawówka - to dorośli faceci. Poza tym na strażaków idą dobrzy ludzie".
I tu był pies pogrzebany... nigdy nie słyszałam, by strażakiem zostawał ktoś nie cechujący się dobrym sercem, przez co już na starcie miał duży plus... nie wspominając o tym, że był tak wielki i wspaniale umięśniony, że zamarzyłam, by mnie po prostu objął, bym mogła go poczuć.
Ech... w sumie, nawet jeśli któryś by powiedział coś głupiego... to co z tego? Możesz mu sama nagadać - umiesz to robić i to aż za dobrze. Poza tym... cały czas gadasz sama ze sobą, jednocześnie czując w sercu, że to wahanie jest bezcelowe, by zwyczajnie chcesz tam iść.
Tak... chciałam. I - chyba kiedy wróci moja siostra - zwyczajnie tam pójdę.
Istniała szansa, że będzie na akcji, ale w sumie co mi szkodziło? Najwyżej bym się trochę przeszła.
I, jak się okazało, "przeszła" skończyło się całkowicie inaczej, niż planowałam.