2
Jedenaście minut później Blix zatrzymał się przed wejściem do budynku przy Leirfallsgata 11. Zobaczył opartą o ścianę hulajnogę elektryczną.
Siąpił deszcz.
Blix z wahaniem uniósł palec wskazujący i zbliżył go do przycisku domofonu przy drzwiach wejściowych, ale w ostatniej chwili zatrzymał się i zrobił krok do tyłu.
Nie musisz tego robić, powiedział do siebie. Możesz odwrócić się i odejść. A jednak odszukał na panelu nazwisko "Krissander Dokken" i wcisnął jasnozielony przycisk dzwonka. Zaledwie sekundę później zabrzęczał mechanizm zamka.
Blix wszedł po schodach na drugie piętro i zbliżył się do uchylonych drzwi. Otworzył je ostrożnie. Krissander Dokken wyciągnął rękę na powitanie, siląc się na uśmiech. Drugą dłoń zaciskał na lasce, którą się podpierał.
- Zapraszam.
Blix zdjął buty i powiesił mokrą kurtkę. Nie mówiąc ani słowa, gospodarz wprowadził go do pokoju, w którym daleko od siebie stały dwa krzesła, oddzielone małym, okrągłym stolikiem. Na blacie, obok karafki wypełnionej po same brzegi wodą, Blix zobaczył dwie szklanki i niewielkie sześciokątne pudełko, z którego wystawała cienka chusteczka higieniczna.
Usiadł na krześle w głębi pokoju i założył nogę na nogę. Głęboki wdech wywołał ostry ból w klatce piersiowej. Usiłował wytłumaczyć sobie, że może powinien się odprężyć, ale bez rezultatu.
Dokken zajął swoje stałe miejsce, odstawił laskę i położył na kolanach notes. Za nim na ścianie wisiała znana reprodukcja obrazu Vincenta van Gogha. Na podłodze, obok pomalowanego na biało regału na książki, stała donica z terakoty z pachirą wodną w odcieniu świeżej zieleni.
- A więc - zaczął mężczyzna i poprawił okrągłe okulary, które ledwo zakrywały oczy. - Co słychać? Jak się pan miewał od naszego ostatniego spotkania?
Dokken mówił powoli, jasnym, suchym głosem. Blix nie wiedział, co powiedzieć. Mógł przyznać się do tego, że kiedy budzi się rano, wciąż ma wrażenie, że jakaś niewidzialna siła wciska go w prześcieradło. Że nie ma chwili w ciągu dnia, by nie myślał o Iselin i o mężczyźnie, który ją zamordował. O tym, co Blix później zrobił. O czasie spędzonym w zakładzie karnym. O tym, co działo się po wyjściu z więzienia.
Zamiast tego odpowiedział:
- Dobrze.
Przełknął ślinę.
- Czuję się... całkiem dobrze.
- A dokładniej?
Mężczyzna przyglądał mu się natarczywie.
- Cóż - Blix zawahał się. - Sam nie wiem.
- Co dla pana oznacza czuć się dobrze?
Minęła dłuższa chwila, zanim Blix odpowiedział:
- Dobre pytanie. Chyba nie bardzo wiem, co to dokładnie oznacza.
Dokken pokiwał powoli głową.
- Jak pan myśli, czego potrzeba, żeby poczuł się pan lepiej?
Blix namyślał się. Długo.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia.
- Próbował pan medytować?
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Ja... jeszcze się do tego nie przekonałem.
Na chwilę zapadła cisza.
- Co pan robił w ciągu ostatnich kilku tygodni?
- Właściwie niewiele. Ja... sporo czytam. Gazety, książki. I wiążę... muchy.
- Ma pan na myśli... muchy do wędkowania?
- Tak, to moje dawne hobby, do którego właśnie wróciłem.
- Świetnie. Miło mi to słyszeć. Dużo pan wędkuje?
- Już nie wędkuję. Kiedyś to robiłem. Dawno temu.
- Może powinien pan przetestować swoje nowe muchy?
Blix wzruszył ramionami.
- Może.
Dokken czekał chwilę, a potem zadał kolejne pytanie:
- Jada pan regularnie?
- Tak, można tak powiedzieć.
- A jada pan zdrowo?
Blix zastanowił się.
- Na pewno nie tak często, jak powinienem.
- Wie pan, jesteśmy tym, co jemy - skwitował Dokken, siląc się na uśmiech.
Blix nie odpowiedział.
- A jak pan sypia?
- Raz lepiej, raz gorzej. Zresztą tak było zawsze, również wtedy, gdy pracowałem.
Dokken zwilżył wargi.
- Nadal chodzi pan rano na spacer?
- Zazwyczaj tak.
- Ta sama trasa?
- Tak, zmiany są raczej niewielkie. Cóż, jak wiele innych osób, ja również mam swoje przyzwyczajenia.
Mężczyzna złożył palce tak, że utworzyły trójkąt.
- Nadal czuje się pan obserwowany? Ma pan wrażenie, że ktoś pana śledzi?
Blix zapomniał, że poprzednim razem wspomniał o tym Dokkenowi.
- Nie - zaprzeczył, czując, jak oblewa się rumieńcem. - Wiele osób wie, kim jestem - dodał. - Po... tym wszystkim, co się wydarzyło. Zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie rozpozna, na ulicy czy w sklepie.
- Cena sławy - odparł mężczyzna, uśmiechając się lekko. - Cieszę się, że nie jestem celebrytą.
Blix nie odpowiedział.
- Nadal dostaje pan dużo listów?
Zawahał się.
- Teraz przychodzi ich chyba trochę mniej.
- Co to są za listy?
- Nie wiem, nie przyglądam im się zbyt dokładnie.
- Dlaczego?
Blix zamyślił się. Właściwie nie miał dobrej odpowiedzi na to pytanie.
- Ma pan z kimś kontakt?
- Z Emmą. Emmą Ramm. Od czasu do czasu.
- Dawni koledzy nie przesyłają panu wiadomości? Nie umawiają się z panem w mieście na piwo?
Blix potrząsnął przecząco głową.
- Pan również nie wysyła nikomu wiadomości?
- Nie. Nie licząc Merete. Mojej byłej żony. Ale to też robię bardzo rzadko.
Przez dłuższą chwilę Dokken patrzył przed siebie w milczeniu, jakby pogrążony w myślach.
- A pańscy rodzice?
Blix spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Co z nimi?
- Nadal ich pan ma?
- Pyta pan, czy jeszcze żyją?
- Yhm?
- Mój ojciec... żyje - odparł, wzdychając ciężko. - Mama zmarła dawno temu.
- Ile miał pan wtedy lat?
Blix wyprostował się na krześle. Podrapał się szybko po policzku, jego paznokieć był nadspodziewanie ostry.
- Szesnaście.
- Utrzymuje pan kontakt ze swoim ojcem?
Były policjant położył dłoń na udzie i ścisnął je lekko przez materiał spodni.
- Nie bardzo.
- Dlaczego?
- On... przebywa w domu opieki.
- Czy to stanowi przeszkodę, by miał pan z nim kontakt?
Blix spuścił wzrok i splótł palce. Nie odpowiedział.
- Dlaczego jest w domu opieki? - kontynuował mężczyzna. - Jeśli wolno spytać?
- On... nie jest w stanie się sobą zająć.
Dokken skinął powoli głową.
- Gdzie znajduje się ten dom opieki?
- Niedaleko Gj?vik.
- Pan chyba stamtąd pochodzi?
- Prawie. Pochodzę ze Skreia.
- Skreia - powtórzył Dokken, jakby miejsce samo w sobie było ważne. - Kiedy odwiedził go pan ostatnio?
- Nie pamiętam...
- Czy to było przed pobytem w zakładzie karnym, czy później?
- Przed - odparł szybko.
- W takim razie kiedy ostatnio rozmawialiście ze sobą?
- Nie pamię...
Przerwał w pół słowa.
- To było jakiś czas temu.
Zauważył, że na czole psychoterapeuty pojawiły się głębokie zmarszczki.
- Może powinien się pan tam wybrać - powiedział. - Choćby po to, żeby...
- Nie.
Dokken przyglądał mu się przez chwilę.
- Dlaczego?
- Nie mam ochoty.
Przez kilkanaście sekund panowała cisza.
- Jak układały się pana relacje z matką?
Blix westchnął.
- Dobrze - odpowiedział. - Porozmawiajmy o czymś innym.
Mężczyzna wpatrywał się w niego w milczeniu. Odchylił się lekko do tyłu na krześle i założył nogę na nogę.
- Wróćmy do tego, od czego zaczęliśmy nasze dzisiejsze spotkanie. Czego potrzeba, żeby poczuł się pan lepiej? W gruncie rzeczy wszyscy o to zabiegamy. Każdego dnia, przez całe życie.
Zabębnił palcami w notes. Wyglądało na to, że waży kolejne słowa.
- Prawie osiem miesięcy spędził pan w zakładzie karnym. Ale sąd okręgowy pana uniewinnił. Od trochę ponad dwóch miesięcy jest pan wolnym człowiekiem.
- To zależy, co pan ma na myśli, mówiąc "wolny" - zauważył Blix. - Nigdy do końca nie uwolnię się od tego, co się stało, ani od tego, co zrobiłem. To nigdy nie zniknie.
- Nie, ale to dotyczy nas wszystkich. Wszyscy nosimy na swoich barkach bagaż naszych doświadczeń, wszystko to, co zrobiliśmy i przeżyliśmy w ciągu krótkiego lub długiego życia. To część nas samych. Nie możemy cofnąć czasu ani niczego zmienić. Jedyne, na co pan, ja - my - mamy wpływ, to nasza przyszłość.
- To znaczy, że muszę przejść nad tym do porządku dziennego? Czy właśnie to usiłuje mi pan powiedzieć? - zapytał.
- Absolutnie nie - odrzekł psychoterapeuta, niezrażony tym, że Blix podniósł głos. - Pańskie doświadczenia odcisnęły na panu piętno. To, co tutaj robimy, to nie jest próba nałożenia plastra na pańskie rany, żeby przestały krwawić. Wręcz przeciwnie: otwieramy je i pozwalamy krwi sączyć się tak długo, jak to konieczne. Chodzi o to, by z czasem nauczyć pańskie ciało i mózg, że może pan krwawić, nie myśląc o tym zbyt często i nie odczuwając zbyt dużego bólu.
- To rzeczywiście nie brzmi jak zupełna abstrakcja - skomentował ironicznie.
- Ale to nie jest abstrakcja. Istnieją konkretne techniki, które okazały się wyjątkowo skuteczne w przypadku osób zmagających się z bolesnymi traumami lub głębokim smutkiem.
Zaczekał, aż Blix spojrzy na niego, i wtedy powiedział:
- Słyszał pan o EMDR?
Blix potrząsnął głową.
- To skrót od Eye Movement Desensitization and Reprocessing. Mózg jest stymulowany w taki sposób, by łatwiej mógł sobie poradzić z bolesnymi doświadczeniami.
Blix uniósł brew.
- Kiedy przeżywamy jakąś traumę - mówił dalej Dokken, wygładzając fałdę błękitnej koszuli - nasza zdolność do przetwarzania emocji i wspomnień zostaje całkowicie wyłączona. To się po prostu staje zbyt przytłaczające, sprawia ból. EMDR polega na przeprogramowaniu mózgu, tak aby przetwarzał stres i traumy, nie aktywizując silnych emocji.
Blix słyszał, że Dokken szczegółowo wyjaśnia, na czym polega ta metoda, ale jego myśli znów krążyły wokół mężczyzny w zielonej kurtce przeciwdeszczowej.
- Możemy również wypróbować coś, co się nazywa EFT - kontynuował psychoterapeuta po krótkiej chwili. - Albo tapping. To kolejna z technik. Mógłby pan stosować ją także w domu, samodzielnie.
Blix potarł się po brodzie, ale nic nie powiedział.
- Mówił pan wcześniej - odchrząknął Dokken - że fakt, iż nie siedzi pan dłużej w więzieniu, stoi w sprzeczności z pańskim poczuciem sprawiedliwości. Ponieważ zastrzelił pan człowieka.
- Zrobiłem to z zemsty - odrzekł cicho.
- Dzięki panu Emma Ramm nie została zabita ani ranna. To pan temu zapobiegł.
- Tak, ale przede wszystkim kierowała mną chęć ukarania go, a nie uratowania Emmy. To jest szczera odpowiedź.
Psychoterapeuta spojrzał na niego.
- Nie powinno mnie tu być - rzekł Blix. - Mówiąc "tutaj", nie mam na myśli konkretnie tego miejsca. Chodzi mi o bycie na wolności. Powinienem wyznać to szczerze i otrzymać za to karę jak wszyscy inni przestępcy.
- I to wywołuje u pana wyrzuty sumienia.
Blix wbił w niego wzrok.
- Tak.
Dokken bębnił długopisem w notes.
- Jakie to ma znaczenie, czy był w tym element nienawiści, zemsty lub kary? Kto zareagowałby inaczej w stosunku do zabójcy, który pozbawił życia jego własne dziecko?
Blix spuścił wzrok. Milczał.
- Nie czyni to z pana złego człowieka.
- Może nie. Ale czyni to ze mnie złego policjanta.
- Czy właśnie to pana definiuje? To, jakim kiedyś pan był policjantem?
Na to pytanie Blix nie umiał odpowiedzieć.
- I jeszcze jedno: czy pańskie życie byłoby lepsze, gdyby puścił go pan wolno? Gdyby pozwolił mu zabić również Emmę Ramm?
Blix wpatrywał się w podłogę.
- W pewnym sensie dostał pan od życia nową szansę - skwitował psychoterapeuta.
- Nie sądzę. Już nigdy nie będę mógł pracować w policji.
- Nie, ale być może warto spojrzeć na to tak, że dostał pan w prezencie wolność. To już się wcześniej zdarzało w historii, i to o wiele gorszym ludziom od pana. Może pan zrobić cokolwiek z tą wolnością, z tym darem.
Blix spojrzał na niego.
- Na przykład co?
- Ja nie mogę udzielić panu odpowiedzi na to pytanie. Sam musi pan ją odnaleźć.
Znowu zapadła cisza.
- Mogę podzielić się z panem pewnym spostrzeżeniem? - spytał po chwili psychoterapeuta.
Były policjant wpatrywał się w niego w milczeniu. Czekał.
- Odnoszę wrażenie, że sam się pan biczuje. Przede wszystkim dlatego, że nie udało się panu uratować córki, ale również dlatego, że zabił pan człowieka, a mimo to jest pan wolny. Chodzi pan nawet na spacer i mija swoje dawne miejsce pracy. Niemal codziennie. W ten sposób stale przypomina pan samemu sobie o tym, co pan zrobił i kim pan już nie jest. Postępuje pan w stosunku do siebie wyjątkowo okrutnie.
Blix nie zareagował.
- W tej chwili - powiedział Dokken i odchrząknął - pana największym wrogiem jest pana głowa, ponieważ nie może się pan uwolnić od własnych myśli. Nie posuwa się pan do przodu. Jest pan jak pies, który próbuje dogonić własny ogon.
Blix słuchał, ale nie miał nic do powiedzenia.
- Nadal jednak pan tu przychodzi, pomimo wcześniejszych doświadczeń z ludźmi uprawiającymi mój zawód, i robi to pan z własnej, nieprzymuszonej woli. To dowodzi, że w głębi serca liczy pan na pomoc. Chce pan poczuć się lepiej. To świadczy o sile charakteru. A ja chętnie panu pomogę. Ale musi mi pan na to pozwolić.
Blix spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Psychoterapeuta powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem.
Znowu zapadła cisza.
- W psychologii istnieje pojęcie self compassion - odezwał się Dokken. - Po norwesku nie brzmi to najlepiej, wiem, ale chodzi o to, żeby być dobrym dla samego siebie. Umieć przyznać, że owszem, teraz jest mi źle, ale jednocześnie powiedzieć sobie, że w odczuwaniu bólu nie ma nic złego. Ważne, by umieć się sobą zaopiekować. I nie pogarszać sprawy. Nie dolewać oliwy do ognia.
- To znaczy, że powinienem chodzić na spacer w inne miejsce?
- W każdym razie od tego mógłby pan zacząć. I jak już wspominałem wcześniej: jeśli nie jest pan alergikiem, proszę sprawić sobie psa. Psy są fantastyczne.
Przez następne minuty psychoterapeuta dzielił się z Blixem anegdotami na temat swoich czworonogów, które towarzyszyły mu przez całe życie. Opowiadał o tym, jakim były dla niego wsparciem w trudnych chwilach. Gdy zbliżała się 11:45, dał znać, że sesja dobiegła końca.
Blix wstał. Czuł pot spływający mu między łopatkami. Cieszył się, że ma to już za sobą. Dokken odprowadził go na korytarz, a gdy Blix włożył kurtkę, która wciąż była mokra, powiedział:
- Niech pan odwiedzi swojego ojca. Chociaż nie ma pan na to ochoty. Może potrzebuje tych odwiedzin. Zresztą kto wie, może również pan potrzebuje tego spotkania.
Blix pochylił się, żeby poprawić sznurowadła, chociaż dopiero co je zawiązał. Po chwili wyprostował się, ale nic nie powiedział.
- Proszę to zrobić - nalegał psycholog. - Dopóki nie jest za późno.
Blix zapiął kurtkę i położył dłoń na klamce.
- Dziękuję za dzisiaj - odezwał się, nie patrząc na terapeutę. - Życzę miłego dnia.