1
Nasze krzesła stoją dokładnie dwa metry od siebie. Oba przodem do
wielkiego biurka, jakbyśmy byli parą na terapii małżeńskiej; uczucie,
które znam aż za dobrze. W pokoju dominują dwa wysokie,
osiemnastowieczne przesuwne okna bez zasłon: bliźniacze portrety
ciemnego, zamglonego nieba nad Londynem.
-?Moglibyśmy włączyć światło? -?pyta mój mąż, a młody adwokat, Andy
Walker, podnosi wzrok znad papierów, może lekko zirytowany.
-?Oczywiście -?mówi. -?Przepraszam. -?Sięga do przełącznika, który ma za
plecami, i dwie wysokie stojące lampy zalewają pokój żółtym światłem, a imponujące okna czernieją.
Widzę teraz swoje odbicie w szybie: opanowana, bierna, kolana razem. Kim
jest ta kobieta?
Nie jest taka, jak była kiedyś. Jej oczy są niebieskie jak zawsze, ale
smutniejsze. Twarz lekko zaokrąglona i blada, szczuplejsza niż dawniej.
Wciąż jest dość ładną blondynką -?ale spłowiałą i jakby skurczoną;
trzydziestotrzyletnia kobieta, w której nie pozostało nic z dziewczyny.
A jej ubranie?
Dżinsy, które były modne rok temu. Buty, które były modne rok temu.
Fioletowy sweterek z kaszmiru, całkiem ładny, ale znoszony: widać, że
przeszedł o jedno pranie za dużo. Krzywię się na widok swojego odbicia.
Powinnam się była ubrać bardziej elegancko. Ale po co miałabym to robić?
Spotykamy się tylko z prawnikiem. I całkowicie zmieniamy swoje życie.
Na zewnątrz szmer ulicznego ruchu, jak głęboki, ale niespokojny oddech
śpiącego partnera. Zastanawiam się, czy będę tęsknić za londyńskim
ruchem, za tym nieustannym, podnoszącym na duchu szmerem: jak te
aplikacje na telefon, które pomagają zasnąć, naśladując nieprzerwany
szum krwi w łonie matki, odległe bicie jej serca.
Moje bliźnięta na pewno słyszały ten odgłos, gdy pocierały się we mnie
noskami. Pamiętam, jak widziałam je na USG. Wyglądały jak dwa
heraldyczne symbole w herbie, identyczne i przeciwstawne. Jednorożec i jednorożec.
Testator. Wykonawca testamentu. Zgodne z prawem. Uwierzytelniony
odpis...
Andrew Walker zwraca się do nas, jakbyśmy byli na sali wykładowej i jakby był trochę rozczarowanym swoimi studentami profesorem.
Zapis w testamencie. Zmarła. Spadkobierca. Żyjące dzieci.
Mój mąż Angus wzdycha, tłumi zniecierpliwienie; znam to westchnienie.
Jest znudzony, pewnie rozdrażniony. I rozumiem to, ale żal mi też
adwokata. Dla Walkera to nie może być łatwe. Musi stawić czoło
wojowniczemu ojcu i wciąż pogrążonej w żałobie matce i poradzić sobie z problematycznym testamentem: musimy być dla niego trudnymi klientami. A więc jego staranna, powolna, precyzyjna wymowa może być sposobem, by się
od tego wszystkiego zdystansować. Poradzić sobie z trudną materią. Może
to prawny odpowiednik terminologii medycznej. Krwiaki dwunastnicy i uszkodzenie błony surowiczej prowadzące do zapalenia otrzewnej u dziecka
i do jego zgonu.
Ostry głos przecina powietrze.
-?Już to wszystko przerabialiśmy.
Czy Angus coś pił? W jego tonie słychać niemal złość. Jest zły, odkąd to
się stało. I dużo pije. Ale dziś wydaje się dość przytomny i prawdopodobnie jest trzeźwy.
-?Chcielibyśmy to załatwić, zanim na Ziemi zmieni się klimat, wie pan?
-?Panie Moorcroft, jak już mówiłem, Peter Kenwood wyjechał na urlop.
Możemy poczekać na jego powrót, jeśli wolałby pan...
Angus kręci głową.
-?Nie, chcemy to załatwić teraz.
-?W takim razie muszę jeszcze raz przejrzeć dokumenty i wszystko, co ma
związek z tą sprawą. Dla mojego spokoju. Poza tym Peter uważa... no cóż...
Obserwuję ich. Adwokat się waha, w jego kolejnych słowach słychać
napięcie. Są jeszcze staranniej wyważone:
-?Jak zapewne zdaje pan sobie sprawę, panie Moorcroft, Peter uważa się
za starego przyjaciela rodziny. Nie tylko za doradcę prawnego. Zna
okoliczności. Bardzo dobrze znał zmarłą panią Carnan, pańską babkę.
Dlatego prosił mnie, bym się jeszcze raz upewnił, czy oboje państwo
wiecie, w co się pakujecie.
-?Wiemy, co robimy.
-?Musicie sobie państwo zdawać sprawę, że wyspa ledwie się nadaje do
zamieszkania. -?Walker wzrusza ramionami. Widać, że czuje się nieswojo,
jakby ten upadek był w jakiś sposób winą jego kancelarii. Ale on zrobi
wszystko, by uniknąć pozwu. -?Obawiam się, że chatę latarnika zostawiono
na pastwę żywiołów. Nikt tam nie był od lat. Ale jest zabytkiem, więc
nie możecie państwo jej całkowicie zburzyć i zacząć od nowa.
-?Tak. Wiem to wszystko. Często tam jeździłem jako dzieciak. Bawiłem się
w basenach pływowych.
-?Ale czy na pewno zdaje pan sobie sprawę, jakie to wyzwanie, panie
Moorcroft? To naprawdę ogromne przedsięwzięcie. Są problemy z dostępnością, przypływy, błoto, i oczywiście poważne problemy z instalacją wodno-kanalizacyjną, ogrzewaniem i instalacją elektryczną.
Poza tym w testamencie nie ma żadnego zapisu o pieniądzach, o niczym, co
mogłoby...
-?Świetnie zdajemy sobie sprawę z tego wszystkiego.
Chwila milczenia. Walker zerka na mnie, potem znów na Angusa.
-?Rozumiem, że sprzedajecie państwo dom w Londynie?
Angus wpatruje się w niego. Uniesiony podbródek. Wyzywające spojrzenie.
-?Słucham? A co to ma do rzeczy?
Adwokat kręci głową.
-?Peter się martwi. Bo... no cóż... Biorąc pod uwagę państwa tragiczną
stratę w ostatnim czasie... chciałby mieć całkowitą pewność.
Angus zerka na mnie. Wzruszam ramionami, nie jestem pewna. Angus pochyla
się do przodu.
-?Dobra. Mniejsza z tym. Tak. Sprzedajemy dom w Camden.
-?I ta sprzedaż oznacza, że będą państwo mieli wystarczający kapitał, by
przeprowadzić remont na Ell... -?Walker marszczy czoło. Wpatruje się w to,
co ma przeczytać. -?Nie jestem w stanie tego wymówić. Ell...?
-?Eilean Torran. To po gaelicku. To znaczy Wyspa Pioruna. Wyspa Torran.
-?Tak. Oczywiście. Na wyspie Torran. A więc macie państwo nadzieję
uzyskać dostateczne fundusze ze sprzedaży swojego obecnego domu, żeby
odnowić chatę latarnika na wyspie Torran?
Czuję, że powinnam coś powiedzieć. Na pewno muszę coś powiedzieć. Angus
odwala całą robotę. A jednak moje milczenie jest pocieszające, jest jak
kokon. Otula mnie moja cisza. Jak zawsze. Taka jestem. Zawsze byłam
cicha, o ile nie pełna rezerwy. Angusa drażni to od lat. O czym
myślisz? Powiedz mi. Czemu zawsze to ja muszę mówić? I kiedy to mówi,
zwykle wzruszam ramionami i się odwracam, bo czasem milczenie mówi
wszystko.
I oto znów milczę. Słucham swojego męża.
-?Mamy już dwie hipoteki obciążające dom w Camden. Straciłem pracę, nie
jest nam lekko. Ale tak, mam nadzieję, że zarobimy na tym parę funtów.
-?Macie państwo nabywcę?
-?Aż się pali, żeby wypisać czek. -?Angus w oczywisty sposób tłumi
złość, ale ciągnie dalej: -?Niech pan posłucha: moja babka zapisała w testamencie tę wyspę mnie i mojemu bratu, zgadza się?
-?Oczywiście.
-?I mój brat bardzo wspaniałomyślnie twierdzi, że jej nie chce. Zgadza
się? Moja matka jest w domu opieki. Tak? A więc wyspa należy do mnie, do
mojej żony i mojej córki. Zgadza się?
Córki. Liczba pojedyncza.
-?W rzeczy samej...
-?I to by było na tyle. Prawda? Chcemy się wprowadzić. Naprawdę chcemy.
Tak, dom jest w ruinie. Tak, wali się. Ale sobie poradzimy. Bądź co bądź
-?odchyla się do tyłu -?przeżyliśmy gorsze rzeczy.
Patrzę w skupieniu na swojego męża.
Gdybym go teraz poznała, wciąż wydawałby mi się bardzo atrakcyjny.
Wysoki, bystry facet po trzydziestce, z miłym dla oka trzydniowym
zarostem. Ciemnooki, męski, zaradny.
Miał leciutki zarost, kiedy się poznaliśmy, i spodobało mi się to.
Podkreślało to linię jego szczęki. Gdy siedział w tym dużym, głośnym
barze tapas w Covent Garden, wydawał mi się jednym z tych niewielu
mężczyzn, o których powiedzieć, że są przystojni, to za mało.
Siedział z grupką przyjaciół przy wielkim stole i śmiał się głośno:
wszyscy mieli po dwadzieścia kilka lat. Ja i moje przyjaciółki
siedziałyśmy przy sąsiednim stoliku. Trochę młodsze, ale równie wesołe.
Wszyscy pili dużo wina rioja.
I tak to się stało. Któryś z nich rzucił do nas jakiś żart. Któraś mu
dowcipnie odpowiedziała. A potem zestawiliśmy stoły: siedzieliśmy
ciasno, śmialiśmy się i żartowaliśmy, i zaczęliśmy się sobie
przedstawiać: to jest Zoe, to jest Sacha, Alex, Imogen, Meredith...
A to jest Angus Moorcroft, a to jest Sarah Milverton. Angus jest ze
Szkocji i ma dwadzieścia sześć lat. Ona jest pół Angielką, pół
Amerykanką i ma dwadzieścia trzy lata. A teraz spędzicie razem resztę
życia.
Na zewnątrz godziny szczytu. Ruch staje się coraz głośniejszy. Wyrywa
mnie z zadumy. Andrew Walker podsuwa Angusowi do podpisania kolejne
dokumenty. Świetnie znam tę procedurę: w tym roku podpisaliśmy tak wiele
dokumentów. Papiery, które zawsze towarzyszą katastrofie.
Angus pochyla się nad biurkiem, składa podpis. Pióro wydaje się w jego
ręce zbyt małe. Odwracam się, wpatruję się w obraz. Old London Bridge na
pomalowanej na żółto ścianie. Chcę jeszcze trochę powspominać, zająć
czymś myśli. Chcę myśleć o Angusie i o sobie: o tym pierwszym wieczorze.
Pamiętam wszystko bardzo wyraźnie. Od muzyki -?meksykańska salsa -?aż po
bardzo przeciętne tapas. Jaskrawo czerwone patatas bravas, cierpkie
białe szparagi. Pamiętam, jak pozostali zaczęli się rozchodzić -?zdążyć
na ostatnie metro, trochę się przespać -?jakby wszyscy wyczuli, że do
siebie pasujemy, że to coś ważniejszego niż zwykły piątkowy flirt.
Jak wszystko się łatwo zmienia. Jak by teraz wyglądało moje życie,
gdybyśmy wybrały inny stolik, poszły do innego baru. Ale wybrałyśmy
tamten bar, tamten wieczór i tamten stolik. I przed północą siedziałam
sama z tym wysokim facetem: Angusem Moorcroftem. Powiedział mi, że jest
architektem. Powiedział mi, że jest Szkotem i singlem. A później
opowiedział mi inteligentny dowcip i zdałam sobie sprawę, że to dowcip,
dopiero minutę później. Gdy się śmiałam, zauważyłam, że na mnie patrzy:
w skupieniu, z pytaniem w oczach.
Więc ja też na niego popatrzyłam. Jego oczy były brązowe, ciemne i poważne; włosy kręcone, gęste i bardzo czarne; zęby lśniły bielą na tle
czerwieni ust i ciemnego zarostu, i znałam już odpowiedź. Tak.
Dwie godziny później skradliśmy sobie pierwszy pijany pocałunek pod
patrzącym na nas z aprobatą księżycem na placu w Covent Garden. Pamiętam
lśniący od deszczu bruk, gdy się obejmowaliśmy: chłodna słodycz
wieczornego powietrza. Spaliśmy ze sobą jeszcze tej samej nocy.
Niecały rok później byliśmy małżeństwem. Po niespełna dwóch latach
urodziły się dziewczynki: bliźniaczki jednojajowe. A teraz została tylko
jedna.
Wzbiera we mnie ból: muszę przycisnąć rękę do ust, by stłumić dreszcz.
Kiedy przeminie? Może nigdy? Jest jak wojenna rana, jak szrapnel tkwiący
w ciele, przez lata wychodzący na powierzchnię.
Więc może muszę coś powiedzieć. By stłumić ból, by uciszyć myśli. Siedzę
tu od pół godziny, potulna i cicha jak jakaś purytańska żona. Zbyt
często zdaję się na to, że Angus wszystko powie za nas oboje; że
uzupełni mnie w tym, czego mi brakuje. Ale na razie mam dosyć swojego
milczenia.
-?Jeśli doprowadzimy wyspę do dobrego stanu, może być warta nawet
milion.
Obaj odwracają się do mnie. Gwałtownie. Ona mówi!
-?Sam widok na cieśninę Sound of Sleat -?mówię -?jest wart z milion. W stronę Knoydart.
Bardzo się staram wymówić to poprawnie. Odrobiłam lekcje. Bez końca
szukałam materiałów, wyszukiwałam w Google zdjęcia i historie.
Andrew uśmiecha się uprzejmie.
-?I była tam pani, pani Moorcroft?
Rumienię się, ale się tym nie przejmuję.
-?Nie. Ale widziałam zdjęcia, czytałam książki. To jeden z najsłynniejszych widoków w Szkocji, a my będziemy mieli swoją własną
wyspę.
-?Zgadza się. Tak. Ale...
-?Był taki dom we wsi Ornsay na stałym lądzie, kilometr od Torran... -
Zerkam na notatkę w telefonie, choć świetnie wszystko pamiętam. -
Sprzedał się za siedemset pięćdziesiąt tysięcy, piętnastego stycznia
tego roku. Dom z czterema pokojami, ładnym ogródkiem i tarasem. Bardzo
ładny, choć trudno byłoby to nazwać rezydencją. Ale miał spektakularny
widok na cieśninę, i za to właśnie ludzie płacą. Siedemset pięćdziesiąt
tysięcy.
Angus patrzy na mnie i kiwa głową, by mi dodać odwagi. Potem do mnie
dołącza:
-?Zgadza się. I jeśli zrobimy remont, możemy mieć pięć pokoi i ogródek.
Chata jest na to dość duża. Bez problemu może być warta milion.
-?No cóż, tak, panie Moorcroft. W tej chwili jest warta ledwie
pięćdziesiąt tysięcy, ale potwierdzam, ma taki potencjał.
Uśmiecha się. To fałszywy uśmiech. Narasta we mnie ciekawość: dlaczego
tak bardzo nie chce, żebyśmy się przeprowadzili na Torran? Co takiego
wie? Dlaczego naprawdę zaangażował się w to Peter Kenwood? Może sami
zamierzali złożyć ofertę? To by miało sens: Kenwood od lat znał Torran,
znał babkę Angusa i mógł w pełni zdawać sobie sprawę z potencjalnej
wartości wyspy.
Tak to sobie zaplanowali? Jeśli tak, to byłoby to urzekająco proste.
Wystarczyło odczekać, aż umrze babka Angusa. Potem przycisnąć wnuki, a zwłaszcza pogrążoną w żałobie, wciąż oszołomioną parę. Wstrząśniętą
śmiercią dziecka, w niepewnej sytuacji finansowej po tym, co się stało.
Zaproponować im sto tysięcy, dwukrotnie więcej, niż potrzebują, być
wspaniałomyślnym i pełnym współczucia, ciepło i smutno się uśmiechać.
To na pewno bardzo trudne, ale możemy pomóc, możemy zdjąć z państwa
barków ten ciężar. Proszę tylko podpisać tutaj...
A potem: spacerek. Wystarczy wysłać na Skye autobus pełen polskich
robotników budowlanych. Zainwestować dwieście tysięcy, poczekać rok, aż
robota będzie skończona.
Ta przepiękna posiadłość, położona na wyspie nad słynną cieśniną Sound
of Sleat, jest na sprzedaż za milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy
funtów, cena do negocjacji...
Taki mieli plan? Walker wpatruje się we mnie i zaczynam się czuć winna.
Pewnie jestem strasznie niesprawiedliwa dla Kenwood & Partners. Ale
bez względu na to, jaką mają motywację, nie ma mowy, żebym zrezygnowała
z tej wyspy: to moje wyjście awaryjne, ucieczka przed żałobą i wspomnieniami... i przed długami i wątpliwościami.
Zbyt długo była moim marzeniem. Wpatrywałam się w zdjęcia lśniące na
ekranie mojego laptopa, w kuchni o trzeciej nad ranem. Kiedy Kirstie śpi
w swoim pokoju, a Angus leży w łóżku, zamroczony szkocką, wpatruję się w krystaliczne piękno. Eilean Torran. Nad Sound of Sleat. Otoczona pięknem
Hebrydów Wewnętrznych. Urocza posiadłość położona na osobnej wyspie.
-?A więc dobrze. Potrzebuję jeszcze tylko kilku podpisów -?mówi Walker.
-?I sprawa będzie załatwiona?
Znacząca chwila milczenia.
-?Tak.
Piętnaście minut później Angus i ja opuszczamy pomalowany na żółto
gabinet, idziemy pomalowanym na czerwono korytarzem i wychodzimy na
zewnątrz. Jest wilgotny październikowy wieczór. Na Bedford Square, w Bloomsbury.
Angus ma w plecaku dokumenty. Wszystko skończone. Stało się. Patrzę na
inny świat i mój nastrój się poprawia.
Wielkie czerwone autobusy toczą się Gower Street, z obu pięter
spoglądają puste twarze.
Angus kładzie mi dłoń na ramieniu.
-?Dobra robota.
-?Co takiego?
-?To, że się wtrąciłaś. Nieźle wybrałaś moment. Już się martwiłem, że
będę musiał mu przyłożyć.
-?Ja też. -?Spoglądamy na siebie. Porozumiewawczo i ze smutkiem. -?Ale
udało nam się. Prawda?
Angus się uśmiecha.
-?Udało nam się, kochanie. Wszystko nam się udało. -?Stawia kołnierz
płaszcza, by się osłonić przed deszczem. -?Ale, Saro... muszę cię zapytać
jeszcze raz: jesteś absolutnie pewna?
Krzywię się. Angus dodaje szybko:
-?Wiem, wiem. Tak. Ale wciąż myślisz, że to słuszna decyzja? Naprawdę
chcesz... -?Szerokim gestem wskazuje na żółte światła londyńskich taksówek
lśniące w mżawce. -?...naprawdę chcesz to wszystko zostawić? Zrezygnować z tego? Skye to takie odludzie.
-?Kiedy człowiek jest zmęczony Londynem -?mówię -?to znaczy, że ma dosyć
deszczu.
Angus się śmieje. Pochyla się nade mną. Jego brązowe oczy wpatrują się w moje, może jego usta szukają moich ust. Delikatnie głaszczę go po
podbródku i całuję w szorstki policzek, wdycham jego zapach -?nie
pachnie whisky. Pachnie Angusem. Mydłem i męskością. Czysty i zaradny,
mężczyzna, którego kochałam. Kocham. Zawsze będę kochać.
Może dziś prześpimy się ze sobą, po raz pierwszy od wielu tygodni. Może
przez to przebrniemy. Ale czy w ogóle można kiedyś przez to przebrnąć?
Idziemy obok siebie ulicą. Angus ściska mocniej moją dłoń. W tym roku
często trzymał mnie za rękę: gdy leżałam w łóżku i płakałam, bezgłośnie
i bez końca, noc za nocą. Trzymał mnie za rękę od początku do końca
potwornego pogrzebu Lydii, od Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem aż
po Z nami wszystkimi na wieki wieków.
Amen.
-?Metro czy autobus?
-?Metro -?odpowiadam. -?Będzie szybciej. Chcę przekazać Kirstie dobrą
wiadomość.
-?Mam nadzieję, że tak to odbierze.
Patrzę na niego. Nie.
Nie mogę sobie pozwolić na wątpliwości. Jeśli zacznę się zastanawiać,
ogarną mnie złe przeczucia i utkniemy na zawsze.
Zapewniam go szybko:
-?Oczywiście, że tak, Angus. Przecież musi tak to odebrać. Będziemy
mieli własną latarnię, całe to świeże powietrze, jelenie, delfiny...
-?Tak, ale pamiętaj, że widziałaś głównie zdjęcia robione latem. W słońcu. Nie zawsze tak jest. Zimą jest ciemno.
-?No to zimą... jak to się mówi? Przyczaimy się i będziemy się bronić. To
będzie przygoda.
Jesteśmy już prawie przy metrze. Czarny strumień ludzi wracających z pracy znika na schodach: rzeka połykana przez londyńskie metro. Odwracam
się na chwilę i patrzę na zamgloną New Oxford Street. Jesienne mgły w Bloomsbury są jakby duchem -?albo widocznym wspomnieniem -
średniowiecznych bagien Bloomsbury. Czytałam gdzieś o tym.
Dużo czytam.
-?No chodź.
Tym razem łapię go za rękę i ze splecionymi palcami schodzimy do metra.
Wytrzymujemy trzy przystanki w tłoku godzin szczytu, przyciśnięci do
siebie. Potem wpychamy się do stukającej windy na Mornington Crescent i kiedy wynurzamy się na powierzchnię, właściwie biegniemy.
-?Hej! -?Angus się śmieje. -?To jakaś olimpiada czy co?
-?Chcę powiedzieć naszej córce!
I chcę, bardzo chcę. Chcę przekazać mojej żyjącej córce jakąś dobrą
wiadomość, choć raz powiedzieć jej coś miłego. Coś, w czym jest
szczęście i nadzieja. Dziś mija trzynaście miesięcy od śmierci jej
siostry Lydii -?nienawidzę tego, że wciąż tak dokładnie pamiętam datę,
że z taką łatwością odmierzam czas -?i ma za sobą ponad rok udręki,
której nie potrafię pojąć. Straciła siostrę bliźniaczkę, swoją drugą
duszę. Odizolowała się we własnej otchłani, zamknęła się w niej na
trzynaście miesięcy. Ale teraz mogę ją uwolnić.
Świeże powietrze, góry, nadmorskie fiordy. I widok przez cieśninę na
Knoydart.
Biegnę do drzwi wielkiego białego domu, którego nigdy nie powinniśmy
byli kupować. Domu, na który już nas nie stać.
W drzwiach stoi Imogen. Dom pachnie jedzeniem dla dziecka, praniem i świeżą kawą. Jest jasny. Będzie mi go brakowało. Może.
-?Immy, dziękuję, że się nią zajęłaś.
-?Och, proszę cię! Daj spokój. Ale powiedz, wszystko się udało?
-?Tak, mamy ją. Przeprowadzamy się!
Imogen z zachwytem klaszcze w dłonie. Moja bystra, ciemnowłosa,
elegancka przyjaciółka, która trwa przy mnie od czasów college'u.
Pochyla się i obejmuje mnie, ale z uśmiechem odsuwam ją od siebie.
-?Muszę jej powiedzieć. Ona nic nie wie.
Imogen uśmiecha się szeroko.
-?Jest w swoim pokoju z Cwaniaczkiem.
-?Co?
-?Czyta tę książkę!
Przemierzam przedpokój, wchodzę na górę i przystaję przy drzwiach, na
których jest napisane: "Tu mieszka Kirstie" i "Najpierw zapukaj".
Niezdarnie wycięte nożyczkami z błyszczącego papieru litery. Zgodnie z instrukcją pukam.
Słyszę ciche: mmm-mmm. "Proszę" w wykonaniu mojej córki.
Otwieram drzwi i widzę moją siedmioletnią dziewczynkę. Siedzi po turecku
na podłodze, w szkolnym mundurku: czarne spodnie, biała koszulka polo.
Jej piegowaty nosek pochyla się nad książką: obraz niewinności, ale też
samotności. Pulsuje we mnie miłość i smutek. Tak bardzo chcę, by jej
życie stało się lepsze, by znów cała mogła być sobą.
-?Kirstie...
Nie odpowiada. Nie przestaje czytać. Czasem tak robi. Gra w tę grę:
"mmmNIE chcę rozmawiać". Od roku robi to coraz częściej.
-?Kirstie. Muminku. Kirstusiu.
Teraz patrzy na mnie tymi niebieskimi oczami, które ma po mnie. Tyle że
są bardziej niebieskie niż moje. Błękit Hebrydów. Jej blond włosy wydają
się niemal białe.
-?Mamusiu.
-?Mam dobrą wiadomość, Kirstie. Dobrą wiadomość. Wspaniałą wiadomość.
Siadam obok niej na podłodze, między zabawkami -?jej pingwinkami,
pluszowym lamparcikiem, Jednoręką Lalką -?i mówię jej o wszystkim.
Szybko, prawie jednym tchem. O tym, że przeprowadzamy się w szczególne
miejsce, w nowe miejsce, gdzie zaczniemy od początku, piękne, wspaniałe
i świeże, na naszą własną wyspę.
Kirstie cały czas na mnie patrzy. Prawie nie mruga oczami. Chłonie to
wszystko. Nic nie mówi, nic nie robi, jakby była w transie, oddaje mi
moje własne chwile milczenia. Kiwa głową i uśmiecha się blado. Może jest
zaintrygowana. W pokoju zapada cisza. Skończyły mi się słowa.
-?No więc -?mówię -?co o tym sądzisz? Wyprowadzimy się na naszą własną
wyspę. Nie uważasz, że będzie fajnie?
Powoli kiwa głową. Spogląda na książkę, zamyka ją, potem znów na mnie
patrzy i mówi:
-?Mamusiu, dlaczego ciągle mówisz do mnie Kirstie?
Nie odzywam się. Cisza dzwoni mi w uszach.
-?Przepraszam, kochanie -?mówię. -?Co takiego?
-?Dlaczego ciągle nazywasz mnie Kirstie, mamusiu? Kirstie nie żyje. To
K i r s t i e umarła. Ja jestem Lydia.
2
Wpatruję się w Kirstie. Próbuję się uśmiechnąć. Próbuję nie okazać, że
jestem głęboko zaniepokojona.
Pewnie w rozwijającym się umyśle Kirstie znów wynurza się na
powierzchnię ten drzemiący w niej smutek, jakieś poczucie zagubienia,
typowe dla bliźniąt, które stracą brata lub siostrę, i jestem
przyzwyczajona do tego, że moje córki... że moja córka jest inna.
Od czasu gdy moja matka w samym środku zimy po raz pierwszy przyjechała
z Devon do naszego mieszkanka, do Holloway, od chwili gdy spojrzała na
bliźniaczki ułożone obok siebie w łóżeczku, dwoje identycznych maleńkich
maluchów ssących sobie nawzajem kciuki, od chwili gdy moja matka,
oczarowana i oszołomiona, wybuchnęła śmiechem, a jej oczy rozszerzyły
się w szczerym zachwycie, wiedziałam, że urodzenie bliźniąt to coś
jeszcze bardziej imponującego niż zwykły cud zostania rodzicem. Rodząc
bliźnięta -?zwłaszcza jednojajowe -?daje się życie genetycznym
celebrytom. Ludziom, którzy są niezwykli tylko dlatego, że istnieją.
Niezwykli i bardzo inni.
Mój tata wymyślił im nawet ksywkę -?bliźnięta z lodu. Bo urodziły się w najzimniejszy, najmroźniejszy dzień roku i miały lodowobłękitne oczy i włosy jasne jak śnieg. Wydawała mi się trochę melancholijna, więc nigdy
się tak naprawdę nie przyjęła. A jednak nie mogłam zaprzeczyć, że w jakiś sposób to do nich pasowało. Tacie udało się uchwycić ich
niesamowitość.
I właśnie tak szczególne potrafią być bliźnięta: miały nawet specjalne
imię, które ze sobą dzieliły.
A teraz przeszywająco spokojne stwierdzenie Kirstie: Mamusiu, ja jestem
Lydia, to K i r s t ie umarła, mogło być po prostu kolejnym
przykładem tej bliźnięcości, kolejnym objawem ich unikalności. A mimo to
usiłuję nie panikować, nie wybuchnąć płaczem. Bo Kirstie przypomina mi
Lydię. I martwię się o nią.
Jakie potworne złudzenie ją dręczy, że mówi coś tak strasznego? Mamusiu,
ja jestem Lydia, to Kirstie umarła. Dlaczego ciągle nazywasz mnie
Kirstie?
-?Kochanie -?mówię do niej z umyślnie fałszywym spokojem. -?Niedługo
powinnaś iść do łóżka.
Spogląda na mnie tymi łagodnymi niebieskimi oczami, identycznymi jak
oczy jej siostry. Wypadł jej mleczak u góry. Kolejny na dole się kiwa.
To coś nowego. Do śmierci Lydii obie miały idealne uśmiechy. Obie tak
samo późno traciły mleczne zęby.
Kirstie unosi trochę książkę i mówi:
-?Ale ten rozdział ma jeszcze tylko trzy strony. Wiedziałaś o tym?
-?Naprawdę?
-?Tak, popatrz, mamusiu, kończy się tutaj.
-?No dobrze, to możemy przeczytać jeszcze te trzy strony, do końca
rozdziału. Przeczytasz mi je?
Kirstie kiwa głową i pochyla się nad książką. Zaczyna czytać na głos.
-?Musiałem się owinąć papierem toaletowym, żeby nie dostać hipo... hi... po...
Pochylam się nad nią, wskazuję palcem słowo i próbuję pomóc.
-?Hipot...
-?Nie, mamusiu. -?Kirstie śmieje się cicho. -?Nie. Znam to. Umiem to
powiedzieć!
-?Dobrze.
Przymyka oczy. Robi to zawsze, kiedy intensywnie myśli, a potem znów je
otwiera i czyta:
-?Żeby nie dostać hi-po-termii.
Udało jej się. Dosyć trudne słowo. Ale nie dziwi mnie to. Od całkiem
niedawna czyta znacznie lepiej. Co oznacza...
Odsuwam od siebie tę myśl.
Słychać tylko głos czytającej Kirstie, poza tym w pokoju jest cicho.
Zakładam, że Angus jest na dole z Imogen, gdzieś daleko w kuchni. Może
otwierają butelkę wina, żeby uczcić dobre wieści. Czemu nie? Od
trzynastu miesięcy przeżyliśmy zbyt wiele złych dni, zbyt wiele złych
wieści.
-?Tak spędziłem spory kawałek wa-kacji...
Kirstie czyta, a ja wtulam się w jej ramionka i całuję jej miękkie jasne
włoski. I czuję, że coś małego i ostrego wbija mi się w udo. Próbuję nie
przeszkadzać Kirstie, nie myśleć o tym, co powiedziała, i sięgam po to.
To mała zabawka: miniaturowy plastikowy smok, którego kupiliśmy w londyńskim zoo. Ale kupiliśmy go dla Lydii. Uwielbiała smoki i aligatory, wszystkie straszne gady i potworki. Kirstie wolała -?woli -
lwy i lamparty, puszyste, zwinne, ładne stworzenia. To była jedna z rzeczy, które jedną od drugiej odróżniały.
-?Gdy przyszedłem dziś do szkoły... wszy-scy zachowywali się dziwnie.
Oglądam plastikowego smoka, obracam go w dłoni. Dlaczego jest tutaj,
dlaczego leży na podłodze? Kilka miesięcy po tym, co się stało, Angus i ja starannie pochowaliśmy wszystkie zabawki Lydii do pudełek. Nie
byliśmy w stanie ich wyrzucić. To by było zbyt ostateczne, zbyt
prymitywne. Więc wynieśliśmy wszystko -?zabawki i ubranka, wszystko, co
miało związek wyłącznie z Lydią -?na strych. Psychologicznie
pochowaliśmy to w przestrzeni nad nami.
-?Prob-lem z Serowym Dotykiem polega na tym, że go masz... do-póki nie
przekażesz go ko-muś innemu...
Lydia uwielbiała tego plastikowego smoka. Pamiętam to popołudnie, kiedy
go kupiliśmy. Pamiętam, jak skakała na Regent's Park Road, wymachiwała
nim w powietrzu. Marzyła o prawdziwym własnym smoczku. I wszyscy się
uśmiechaliśmy. To wspomnienie przepełnia mnie smutkiem, więc dyskretnie
wsuwam smoka do kieszeni dżinsów i uspokajam się. Jeszcze przez kilka
minut słucham Kirstie, póki nie skończy rozdziału. Niechętnie zamyka
książkę i spogląda na mnie: niewinnie, z oczekiwaniem.
-?No dobrze, kochanie. Najwyższa pora iść do łóżka.
-?Ale mamusiu!
-?Żadnych "ale mamusiu". No chodź, Kirstie.
Chwila milczenia. Po raz pierwszy, odkąd powiedziała to, co powiedziała,
użyłam jej imienia. Spogląda na mnie zdziwiona i marszczy brwi. Znów
wypowie te straszne słowa?
Mamusiu, ja jestem Lydia, to Kirstie umarła. Dlaczego ciągle nazywasz
mnie Kirstie?
Moja córka kręci głową, jakbym popełniała jakiś bardzo podstawowy błąd.
A potem mówi:
-?Dobrze, idziemy do łóżka.
Idziemy? I d z ie my? Co chce przez to powiedzieć? W ciszy
czuję przerażający niepokój, ale nie chcę się martwić. Martwię się. Ale
martwię się o nic.
Idziemy?
-?Dobrze. Dobranoc, kochanie.
Do jutra to wszystko zniknie. Na pewno. Musi tylko położyć się spać i obudzić się rano, i wtedy to przykre poczucie zagubienia zniknie,
odejdzie razem z jej snami.
-?W porządku, mamusiu. Możemy same włożyć piżamy.
Uśmiecham się. Staram się, by moje słowa brzmiały neutralnie. Jeśli
zauważę, że jest zagubiona, mogę wszystko tylko pogorszyć.
-?Niech będzie, ale musimy się pośpieszyć. Jest już bardzo późno, a ty
masz jutro szkołę.
Z powagą kiwa głową. Patrzy na mnie.
Szkoła.
S z k o ła.
Kolejny powód do smutku.
Wiem -?i to boli, i czuję się przez to winna -?że Kirstie nie lubi
swojej szkoły. Już nie. Uwielbiała ją, gdy chodziła do niej z siostrą.
Wtedy bliźnięta z lodu były Psotnymi Siostrami. Codziennie rano
przypinałam je pasami na tylnym siedzeniu, ubrane w jednokolorowe
mundurki, i jadąc Kentish Town Road pod bramę St. Luke's, obserwowałam
je w lusterku: szeptały i dawały sobie znaki, wskazywały na ludzi za
oknem i nagle wybuchały śmiechem z jakichś własnych dowcipów,
bliźnięcych dowcipów, których nigdy nie potrafiłam pojąć.
Za każdym razem, kiedy to robiłyśmy -?co rano -?byłam dumna, czułam, że
je kocham, i czasem byłam skonsternowana, bo były tak kompletnie sobą
pochłonięte. Rozmawiały we własnym bliźnięcym języku.
Trudno było nie czuć się trochę wykluczoną, mniej ważną w ich życiu niż
ten ktoś identyczny i przeciwstawny, z kim codziennie spędzały każdą
minutę. Uwielbiałam je. Ubóstwiałam.
A teraz wszystko się skończyło: teraz Kirstie chodzi do szkoły sama, i robi to w milczeniu. Siedzi na tylnym siedzeniu. Nie odzywa się.
Wpatruje się jak w transie w smutniejszy świat. Wciąż ma w tej szkole
przyjaciół, ale nie zastąpili jej Lydii. Nic nigdy nawet się do tego nie
zbliży, nie zastąpi jej Lydii. Może to kolejny dobry powód, by opuścić
Londyn: nowa szkoła, nowi przyjaciele, plac zabaw nienawiedzany przez
ducha jej siostry bliźniaczki, który chichocze i ją przedrzeźnia.
-?Myłaś zęby?
-?Immyjen mi myła po podwieczorku.
-?W takim razie wskakuj do łóżka. Chcesz, żebym cię przytuliła?
-?Nie. Mmm... Tak...
Przestała mówić m y. Czyżby to niemądre, ale niepokojące poczucie
zagubienia minęło? Wpełza do łóżka, kładzie głowę na poduszce i wydaje
się bardzo malutka. Jakby znów była o kilka lat młodsza.
Opadają jej powieki, przyciska do piersi Lamparcika -?i pochylam się, by
sprawdzić światło przy łóżku.
Robię to niemal co wieczór od sześciu lat.
Od samego początku strasznie się bały całkowitej ciemności: przerażała
je i wydawały dziwne okrzyki. Mniej więcej po roku zdaliśmy sobie sprawę
dlaczego: bo w ciemności się nie widziały. I dlatego Angus i ja zawsze z nabożną starannością zostawialiśmy im jakieś światło. Zawsze miały pod
ręką jakieś lampki. Nawet gdy dostały osobne pokoje, wciąż chciały, by w nocy paliło się światło, jakby się widziały przez ściany. Dopóki nie
miały dość światła.
Oczywiście zastanawiam się, czy z czasem ta fobia zaniknie -?teraz jedna
z bliźniaczek odeszła na zawsze i Kirstie już nigdy jej nie zobaczy. Ale
na razie trwa to dalej. Jak choroba, która powinna się już skończyć.
Światło w nocy jest w porządku.
Stawiam lampkę na stoliku przy łóżku i odwracam się, żeby wyjść. Ale
Kirstie nagle otwiera oczy i wpatruje się we mnie. Oskarżycielsko. Ze
złością? Nie. Nie ze złością. Ale z niepokojem.
-?O co chodzi? -?pytam. -?Co się stało? Kochanie, musisz już spać.
-?Ale mamusiu.
-?Co się stało?
-?Beany!
Pies. Sawney Bean. Nasz wielki spaniel. Uwielbia go.
-?Czy Beany pojedzie z nami do Szkocji?
-?Kochanie, nie bądź głuptaskiem. Oczywiście! -?zapewniam. -?Przecież
byśmy go nie zostawili! Oczywiście, że jedzie z nami!
Kirstie, udobruchana, kiwa głową. Potem jej oczy się zamykają i mocniej
przytula Lamparcika. Całuję ją jeszcze raz, nie mogę się powstrzymać.
Teraz robię to bez przerwy: o wiele częściej niż kiedyś. Przedtem to
Angus je przytulał i całował, a ja byłam organizatorką, praktyczną
matką. Wyrażałam miłość, karmiąc je i ubierając. A teraz całuję swoją
żyjącą córkę, jakby to było jakieś żarliwe, zabobonne zaklęcie: sposób
na odwrócenie przyszłych nieszczęść.
Piegi na bladej skórze Kirstie są jak odrobina cynamonu wysypanego na
mleko. Gdy ją całuję, chłonę jej zapach: woń pasty do zębów, może
cukrowej kukurydzy, którą jadła na kolację. Pachnie Kirstie. Ale to
oznacza również, że pachnie Lydią. Zawsze pachniały identycznie. Bez
względu na to, co robiły, zawsze pachniały identycznie.
Trzeci pocałunek zapewnia, że jest bezpieczna. Szepczę cicho dobranoc.
Ostrożnie wychodzę z pokoju, w którym mruga lampka. Ale gdy cicho
zamykam za sobą drzwi, zaczyna mnie dręczyć inna myśl. Pies.
Beany.
O co mi chodzi? Coś w tym psie nie daje mi spokoju. Ale nie jestem pewna
co. Ani dlaczego.
Stoję sama na półpiętrze i zastanawiam się nad tym. Próbuję się skupić.
Kupiliśmy Beany'ego trzy lata temu: pełnego życia springer spaniela.
Wtedy mogliśmy sobie pozwolić na rodowodowego szczeniaka.
To był pomysł Angusa: pies w naszym pierwszym porządnym ogrodzie. Pies
pasujący do tego, że mieszkamy w pobliżu Regent's Park. Nazwaliśmy go
Sawney Bean, po tym szkockim kanibalu, bo zjadał wszystko, zwłaszcza
krzesła. Angus uwielbiał Beany'ego, bliźniaczki uwielbiały Beany'ego -?a ja uwielbiałam to, że tak wspaniale się razem bawią. Kochałam też -
wiem, że to płytkie -?to, jak wyglądali: dwie identyczne małe
blondyneczki uganiające się po Queen Mary's Rose Garden ze szczęśliwym,
zdyszanym, brązowym jak mahoń spanielem.
Turyści pokazywali ich sobie palcami i robili zdjęcia. Byłam matką
małych gwiazd. Och, to ona ma te śliczne bliźniaczki. I tego pięknego
psa. No wiesz.
Opieram się o ścianę, przymykam oczy i próbuję myśleć jasno. Słyszę
odgłosy dobiegające z dołu, z kuchni: brzęk sztućców na stole, a może
ktoś właśnie chowa korkociąg do szuflady.
Co takiego w Beanym mi nie pasuje? Zdecydowanie kołacze mi się po głowie
jakaś udręczona myśl, i zdecydowanie chodzi o psa -?a jednak nie
potrafię jej namierzyć, wyśledzić na manowcach wspomnień i żałoby.
Na dole zatrzaskują się frontowe drzwi. Ten odgłos przełamuje zaklęcie.
-?Saro Moorcroft -?mówię do siebie, otwierając oczy. -?Weź się w garść.
Muszę zejść na dół, porozmawiać z Immy, wypić kieliszek wina, a potem
pójść spać. A jutro Kirstie -?K ir s t i e -?pójdzie do szkoły ze swoim
czerwonym tornistrem, ubrana w czarny wełniany sweter. Ten z napisem na
metce: Kirstie Moorcroft.
Wchodzę do kuchni. Imogen siedzi przy blacie. Uśmiecha się, jest trochę
podchmielona. Tanina z czerwonego wina zabarwiła lekko jej ładne białe
zęby.
-?Gus wyskoczył do sklepu.
-?Tak?
-?Tak. Dostał małego ataku paniki, że skończy się alkohol. Macie tylko...
-?odwraca się i patrzy na stojak z winami przy lodówce -?...sześć butelek.
Poszedł do Sainsbury's coś dokupić. Zabrał Beany'ego.
Uśmiecham się uprzejmie i wysuwam sobie stołek.
-?Tak. To do niego podobne.
Nalewam sobie pół kieliszka czerwonego wina z otwartej butelki stojącej
na blacie i zerkam na etykietkę. Tani chilijski merlot. Kiedyś pijaliśmy
wytworne Barossa Shiraz. Nie dbam o to.
Imogen obserwuje mnie. Pyta:
-?Wciąż pije trochę... no wiesz, za dużo?
-?Ładnie to ujęłaś, Immy: trochę za dużo. Stracił pracę, bo upił się
tak, że przyłożył szefowi. Znokautował go.
Imogen kiwa głową.
-?Tak. Przepraszam. Nic nie poradzę na to, że ciągle używam eufemizmów.
Skrzywienie zawodowe. -?Przechyla głowę i uśmiecha się. -?Ale jego szef
był dupkiem, prawda?
-?Tak. Był absolutnie obrzydliwy, ale to i tak niefajnie, prawda? Złamać
nos najbogatszemu architektowi w Londynie.
-?Mhm... Jasne... -?Imogen uśmiecha się przebiegle. -?Ale wiesz, nie jest
tak źle. To znaczy... przynajmniej potrafi przywalić. Jak prawdziwy facet.
Pamiętasz tego Irlandczyka, z którym byłam w zeszłym roku? Chodził w spodniach do jogi.
Uśmiecha się do mnie krzywo. Zmuszam się do półuśmiechu.
Jest dziennikarką, tak jak ja, ale odnosi o wiele więcej sukcesów. Jest
zastępcą redaktora w czasopiśmie plotkarskim dla kobiet, któremu jakimś
cudem rośnie nakład. Ja ledwie coś dorabiam jako freelancerka. Mogłabym
być o to zazdrosna, ale naszą przyjaźń równoważy, albo raczej
równoważyło, to, że ja wyszłam za mąż i urodziłam dzieci. Ona jest
singielką i nie ma dzieci. Kiedyś porównywałyśmy swoje notatki: jakie
mogłoby być moje życie.
Opieram się wygodniej, trzymam nonszalancko kieliszek z winem: próbuję
się odprężyć.
-?Właściwie to nie pije już tyle co kiedyś.
-?To dobrze.
-?Ale i tak jest za późno. Żeby zrobił karierę w Kimberley.
Imogen ze współczuciem kiwa głową i wypija łyk. Sączę wino. Wzdycham,
jakbym chciała powiedzieć: i co można na to poradzić? I rozglądam się po
naszej wielkiej jasnej kuchni, patrzę na te wszystkie granitowe blaty i lśniącą stal, na ekspres do kawy, czarny z pozłacanymi elementami.
Wszystko to aż krzyczy: to kuchnia zamożnej pary z klasy średniej!
I wszystko to jest kłamstwem.
Byliśmy przez jakiś czas zamożną parą z klasy średniej; Angus trzy razy
awansował -?w ciągu trzech lat. Długo wszystko wyglądało nieskazitelnie
optymistycznie: Angus miał coraz większe szanse, by zostać wspólnikiem i naprawdę dobrze zarabiać, ja zaś byłam szczęśliwa ze świadomością, że to
on utrzymuje rodzinę, bo to pozwalało mi łączyć dziennikarstwo z porządną opieką nad dziećmi. Mogłam odwozić je do szkoły, robić im
zdrowe śniadania i ekologiczne pesto z bazylii, kiedy bawiły się jednym
z naszych iPadów. Przez pięć lat niemal nieustannie byliśmy idealną
rodziną z Camden.
A potem zginęła Lydia. Spadła z balkonu w domu moich rodziców w Devon, i to było tak, jakby ktoś zrzucił Angusa z dużej wysokości. Sto tysięcy
kawałków Angusa poniewierało się teraz wszędzie. Jego żałoba była
psychotyczna. Dzikie płomienie bólu, których nie mógł ugasić, bez
względu na to, jak bardzo próbował, nawet z butelką whisky co wieczór. W każdy wieczór.
Firma dała mu czas, całe tygodnie wolnego, ale to nie wystarczyło. Nie
dało się nad nim zapanować. Za wcześnie wrócił do pracy i wdawał się w kłótnie, a potem w bójki. Odszedł sam, inaczej zwolniono by go godzinę
później. Dziesięć godzin po tym, jak przyłożył szefowi. I od tego czasu
nie pracował, zrobił tylko kilka drobnych zleceń, które mu podsunęli
współczujący przyjaciele.
-?Pieprzyć to, Imogen -?mówię. -?Przynajmniej się przeprowadzamy.
Wreszcie.
-?Tak! -?Uśmiecha się promiennie. -?Do jaskini, tak? Na Szetlandach?
Droczy się ze mną. Nie mam nic przeciwko temu. Kiedyś, przed wypadkiem,
nieustannie się droczyłyśmy.
Teraz jest jakoś sztywniej, ale staramy się. Inne przyjaźnie całkiem się
po śmierci Lydii urwały: zbyt wiele osób nie wiedziało, co powiedzieć,
więc nie powiedziały nic. A Imogen ciągle próbuje: podtrzymuje gasnący
płomień naszej przyjaźni.
Patrzę na nią i mówię:
-?Wyspa Torran, pamiętasz? Pokazywałam ci zdjęcia za każdym razem, jak
tu przychodziłaś, przez cały ostatni miesiąc.
-?A tak. Torran! Słynna ojczyzna. Ale opowiedz mi jeszcze raz, lubię to.
-?Będzie wspaniale, Immy. Jeśli nie zamarzniemy. Podobno są tam króliki,
wydry i foki...
-?Fantastycznie. Uwielbiam foki.
-?Naprawdę?
-?O tak. Zwłaszcza małe foczki. Możesz mi załatwić futro?
Śmieję się -?szczerze, ale z poczuciem winy. Imogen i ja mamy podobne
poczucie humoru, ale ona jest trochę wredniejsza. Ciągnie dalej:
-?Więc to to miejsce, Torran. Przypomnij mi. Wciąż tam nie byłaś?
-?Nie.
-?Saro. Jak możesz się przeprowadzać gdzieś, gdzie nigdy nie byłaś?
Milczenie.
Dopijam merlota i dolewam sobie jeszcze.
-?Mówiłam ci. N i e c h c ę go oglądać.
Znowu cisza.
-?Uhu?
-?Immy, nie chcę go oglądać na własne oczy, bo co będzie, jeśli mi się
nie spodoba? -?Wpatruję się w jej rozszerzone zielone oczy. -?Hm? Co
wtedy? Wtedy utknę tutaj, Imogen. Utknę tu ze wszystkim, ze wszystkimi
wspomnieniami, z problemami z kasą, ze wszystkim. I tak jesteśmy
spłukani, więc musielibyśmy się przeprowadzić do jakiegoś głupiego
maleńkiego mieszkanka, tak jak wtedy, kiedy zaczynaliśmy, i... co dalej?
Będę musiała pójść do jakiejś pracy, Angusowi kompletnie odbije i po
prostu... po prostu, no wiesz... muszę się wydostać, musimy się stąd
wydostać, i to jest właśnie to: droga ucieczki. A na zdjęciach wygląda
tak pięknie. Naprawdę: tak cholernie pięknie. To jak marzenie, ale kogo
to obchodzi? Chcę mieć marzenia. W tej chwili właśnie tego chcę. Bo
rzeczywistość j u ż o d j a k i e g o ś cz a s u j e s t na p r a w d ę p o je b a na.
W kuchni zapada cisza. Imogen unosi kieliszek, delikatnie stuka nim w mój i mówi:
-?Kochanie. Będzie wspaniale. Tyle że będę za tobą tęsknić.
Przez krótką chwilę patrzymy sobie w oczy, a zaraz potem do kuchni
wchodzi Angus. Na płaszczu ma ślady zimnego jesiennego deszczu. Niesie
wino w podwójnej pomarańczowej reklamówce i prowadzi na smyczy mokrego
psa. Ostrożnie odstawia torby na podłogę, a potem odpina Beany'ego.
-?No idź, piesku.
Spaniel otrząsa się, macha ogonem i idzie prosto do swojego wiklinowego
koszyka. Ja w tym czasie wyjmuję butelki i ustawiam je na blacie, jak
małych, ale ważnych uczestników parady.
-?Cóż, to nam powinno wystarczyć na jakąś godzinę -?mówi Imogen,
wpatrując się w cały szereg butelek.
Angus sięga po jedną z nich i wyjmuje korek.
-?Ach! Sainsbury's to pobojowisko. Nie będę tęsknił za ćpunami z Camden,
którzy przychodzą kupować swój cytrynowy soczek.
Imogen cmoka.
-?Poczekaj, aż się znajdziesz trzysta mil od najbliższego sklepu z olejem truflowym.
Angus wybucha śmiechem -?to dobry, naturalny śmiech. Jak z czasów przed
wypadkiem. I wreszcie się odprężam. Choć pamiętam też, że chcę go
zapytać o tę zabawkę. O plastikowego smoka. Jak trafił do pokoju
Kirstie? Należał do Lydii. Został zapakowany do pudła i schowany, jestem
tego pewna.
Ale po co psuć ten niespodziewanie miły wieczór jakimś przesłuchaniem?
To pytanie może zaczekać do jutra. Albo na zawsze.
Dolewamy sobie wina, siedzimy i rozmawiamy. Improwizujemy, robimy w kuchni coś w rodzaju pikniku: kawałki ciabatty maczane w oliwie, grube
kawałki tanich suszonych kiełbasek. I godzinę albo dłużej rozmawiamy,
serdecznie, zadowoleni, jak trójka starych przyjaciół, którymi przecież
jesteśmy. Angus wyjaśnia, że jego mieszkający w Kalifornii brat
wspaniałomyślnie zrezygnował ze swojej części spadku.
-?David zarabia kupę kasy w Dolinie Krzemowej. Nie potrzebuje pieniędzy
ani tych wszystkich kłopotów. I wie, że my tego potrzebujemy. -?Przełyka
kawałek kiełbaski.
Imogen mu przerywa:
-?Ale dalej nie rozumiem, Gus, jak to się stało, że twoja babcia miała
całą tę wyspę. To znaczy -?wkłada do ust oliwkę -?nie obraź się, ale
myślałam, że twój tata był chłopem pańszczyźnianym, a mama mieszkała w wychodku. A tu nagle jakaś babcia z własną wyspą.
Angus śmieje się cicho.
-?To była babunia ze strony matki, ze Skye. Byli zwykłymi rolnikami, o oczko wyżej od tych, którzy musieli dzierżawić ziemię. Ale mieli małe
gospodarstwo i tak się składa, że na wyspie.
-?No dobra...
-?To się często zdarza. Hebrydy to tysiące maleńkich wysepek.
Pięćdziesiąt lat temu porośnięta wodorostami wysepka niedaleko Ornsay
była warta jakieś trzy funty, więc jej nie sprzedali. Potem mama
przeprowadziła się do Glasgow, babcia też tam wyjechała, i Torran stała
się czymś w rodzaju miejsca na wakacyjne wypady. Dla mnie i mojego
brata.
Dokańczam historię męża za niego, bo odchodzi od stołu, by przynieść
więcej oliwy:
-?Mama Angusa poznała jego ojca w Glasgow. Była nauczycielką w szkole
podstawowej, on pracował w dokach...
-?On... utonął, prawda?
-?Tak. Wypadek w dokach. Naprawdę tragiczny.
Angus wraca do stołu i dodaje:
-?Stary był moczymordą. I bił mamę. Nie jestem pewien, czy t r a g i c z ny to właściwe słowo.
Wpatrujemy się w ostatnie trzy butelki wina na blacie. Imogen pyta:
-?Ale mimo wszystko... jak się do tego ma latarnia morska i domek? Jak tam
trafili? Skoro twoja rodzina była biedna?
-?Zarząd Północny Latarni Morskich zarządza wszystkimi latarniami
morskimi w Szkocji -?odpowiada Angus. -?W zeszłym stuleciu, kiedy
musieli wybudować nową, oferowali właścicielowi gruntu trochę pieniędzy
za dzierżawę. Tak było z Torran. Ale potem latarnia została
zautomatyzowana. W latach sześćdziesiątych. Domek się zwolnił i wrócił
do mojej rodziny.
-?Łut szczęścia? -?pyta Imogen.
-?Jeśli spojrzeć wstecz, tak -?odpowiada Angus. -?Dostaliśmy duży,
solidnie zbudowany domek. Za darmo.
Przerywa nam głos z góry:
-?Mamusiu?
To Kirstie. Obudziła się. I woła mnie z półpiętra. To się zdarza dość
często. Ale jej głos, zwłaszcza gdy słyszę go niespodziewanie, zawsze
sprawia, że na krótką chwilę ogarnia mnie smutek. I zawsze staram się go
odpędzić. Bo mówi jak Lydia.
Chciałabym, żeby te uczucia przestały mnie zalewać.
-?M a m u s i u uu...
Angus i ja spoglądamy po sobie z rezygnacją: oboje liczymy po cichu,
kiedy ostatni raz coś takiego się stało. Jak dwoje młodych rodziców
sprzeczających się, czyja kolej nakarmić dziecko o trzeciej nad ranem.
-?Ja pójdę -?mówię. -?Moja kolej.
I to się zgadza: ostatnim razem, kiedy się obudziła po jakimś koszmarze,
zaledwie kilka dni temu, to Angus lojalnie powlókł się na górę, by ją
pocieszyć.
Odstawiam kieliszek i idę na piętro. Beany z zapałem rusza za mną,
jakbyśmy się wybierali zapolować na króliki. Uderza ogonem o nogi stołu.
Kirstie stoi boso u szczytu schodów. Z tymi wielkimi niebieskimi oczami
i Lamparcikiem przyciśniętym do piżamy wygląda jak obraz udręczonej
niewinności.
-?On znów to zrobił, mamusiu. Ten sen.
-?Chodź, muminku. To tylko zły sen.
Biorę ją na ręce -?ostatnio wydaje się prawie za ciężka -?i niosę z powrotem do pokoju. Wygląda na to, że nie jest jakoś strasznie
zdenerwowana, ale chciałabym, żeby ten koszmar przestał wracać. Gdy
kładę ją do łóżka i przykrywam, ma już na wpół przymknięte oczy, ale
mówi dalej:
-?Wszystko było białe, mamusiu, wszystko dookoła, nie mogłam wyjść z pokoju, wszędzie biało i wszystkie twarze gapiły się na mnie.
-?Szzzz...
-?Było biało, bałam się, nie mogłam się ruszyć, i wtedy... wtedy...
-?Szzzz...
Głaszczę jej lekko rozpalone, nieskazitelnie gładkie czoło. Powieki jej
opadają. Ale skowyt za moimi plecami ją budzi.
Pies wszedł za mną do pokoju.
Kirstie wpatruje się we mnie, jakby chciała poprosić o jakąś przysługę.
-?Czy Beany może ze mną zostać, mamusiu? Może dziś spać u mnie w pokoju?
Zwykle na to nie pozwalam. Ale dzisiaj chcę po prostu zejść na dół i wypić jeszcze kieliszek wina z Immy i z Angusem.
-?W porządku, Sawney Bean może zostać, ale tylko ten jeden raz.
-?Beany! -?Kirstie zsuwa się z poduszki, wyciąga rękę i głaszcze psa po
uszach.
Patrzę na moją córkę znacząco.
-?No i?
-?Dziękuję, mamusiu.
-?Dobrze. A teraz musisz zasnąć. Jutro masz szkołę.
Nie powiedziała o sobie m y, nie powiedziała, że jest Lydią. To wielka
ulga. Gdy opiera głowę na chłodnej poduszce, podchodzę do drzwi.
Wycofuję się i moje spojrzenie pada na psa.
Leży przy jej łóżku, ma potulnie przekrzywioną głowę, wygląda, jakby
zasypiał.
I znów jestem przerażona. Bo rozpracowałam to. Już wiem, co nie dawało
mi spokoju. Pies. Pies zachowuje się inaczej.
Od dnia, gdy przynieśliśmy Beany'ego do domu i przedstawiliśmy naszym
uszczęśliwionym dziewczynkom, łączyło ich coś wyjątkowego -?a jednak nie
takiego samego. Może moje bliźnięta były identyczne, ale Sawney nie
kochał ich identycznie.
Przy Kirstie, pierwszej, pełnej życia i pogodnej, tej, która przeżyła,
chętnej do psot, dziewczynce śpiącej w tym łóżku, w tym pokoju, Beany
jest ekstrawertyczny: skacze na nią, gdy wraca ze szkoły, goni ją po
przedpokoju, a ona krzyczy z zachwytu, udając, że jest przerażona.
Przy Lydii, tej cichszej, smutniejszej, tej, która potrafiła siedzieć ze
mną i czytać godzinami, która w zeszłym roku spadła i się zabiła, nasz
spaniel zawsze był łagodny, jakby wyczuwał, że jest bardziej bezbronna.
Trącał ją nosem i kładł jej łapy na kolanach: był pogodny i pełen
ciepła.
Lubił spać w pokoju Lydii, jeśli tylko miał taką możliwość, choć zwykle
go stamtąd przeganialiśmy. A kiedy już wchodził do jej pokoju, leżał w nocy przy jej łóżku i potulnie przekrzywiał głowę.
Tak, jak teraz robi przy Kirstie.
Wpatruję się w swoje ręce. Trochę się trzęsą. Niepokój jest jak
mrowienie.
Bo Beany nie jest już przy Kirstie ekstrawertykiem. Zachowuje się przy
niej dokładnie tak jak kiedyś przy Lydii.
Jest łagodny. Delikatny. Trąca ją nosem.
Znów zaczynam zadawać sobie pytania. Kiedy zaczął się zachowywać
inaczej? Zaraz po śmierci Lydii? Później?
Staram się, ale nie potrafię sobie przypomnieć. Ostatni rok zamazuje mi
się, jest jak jedno pasmo smutku. Tyle się zmieniło, że nie zwracałam
uwagi na psa. Więc co się stało? Czy to możliwe, by pies w jakiś sposób
ją opłakiwał? Czy zwierzę może opłakiwać stratę? A może to coś innego,
coś gorszego?
Muszę to zbadać. Nie mogę tego tak zostawić. Wychodzę z pokoju Kirstie,
zostawiam jej uspokajające światełko. Szybkim krokiem przemierzam pięć
metrów do innych drzwi. Do dawnego pokoju Lydii.
Zmieniliśmy jej pokój na biuro: bez powodzenia próbowaliśmy zatrzeć
wspomnienia pracą. Pod ścianami stoją regały z książkami, głównie moimi.
I wiele z nich -?przynajmniej pół półki -?dotyczy bliźniąt.
Gdy byłam w ciąży, czytałam każdą książkę na ten temat, jaką tylko
mogłam zdobyć. Tak nabywam wiedzę: czytam. Czytałam więc książki o problemach związanych z wcześniactwem u bliźniąt, książki o indywidualizacji bliźniąt, książki, z których się dowiedziałam, jak to
się dzieje, że moje córki są bliżej spokrewnione genetycznie ze sobą niż
z nami, rodzicami, a nawet bliżej, niż będą ze swoimi dziećmi.
Czytałam też coś o bliźniętach i psach. Jestem tego pewna.
Gorączkowo przeszukuję regały. To ta? Nie. Ta? Tak. Zdejmuję z półki
książkę: Wieloraczki: praktyczny poradnik -?i szybko przerzucam
strony, by znaleźć indeks.
Psy, strona 187.
Jest tutaj. Ustęp, który zapamiętałam.
Bliźnięta jednojajowe fizycznie bywają trudne do odróżnienia aż do
ukończenia kilkunastu lat -?zdarza się, że nawet dla rodziców. Ale, co
ciekawe, psy nie mają takich problemów. Dzięki zmysłowi węchu pies -?na
przykład domowy ulubieniec -?może już po kilku tygodniach odróżniać
jedno bliźnię od drugiego wyłącznie po zapachu.
Książka spoczywa w moich rękach, ale oczy wpatrują się w absolutną czerń
za niezasłoniętym oknem. Próbuję poskładać dowody.
Kirstie s ta ł a s i ę w ostatnim roku cichsza, bardziej
nieśmiała, podchodzi do wszystkiego z większą rezerwą. Bardziej jak
Lydia. Do tej pory uważałam, że to żałoba. Bądź co bądź przez ostatni
rok wszyscy się zmieniliśmy.
A co, jeśli popełniliśmy potworny błąd? Najstraszniejszy błąd, jaki
można sobie wyobrazić? Jak mogło do tego dojść? Co mogliśmy zrobić? Co
by to uczyniło z nami wszystkimi? Jednej rzeczy jestem pewna: nie mogę o tym powiedzieć mojemu załamanemu mężowi, nie mogę powiedzieć nikomu. Nie
ma sensu zrzucać tej bomby. Przynajmniej dopóki nie będę pewna. Ale jak
mam udowodnić, że jest tak albo inaczej?
Z zaschniętymi ustami, pełna niepokoju, schodzę na półpiętro. Wpatruję
się w drzwi. I w te słowa z błyszczących, wyciętych z papieru liter.
Tu mieszka Kirstie.