Błogosławieństwo Niebios. Tom 6 - Mo Xiang Tong Xiu

Reflow text when sidebars are open.
IMIĘ: Xie Lian
ALIASY: Hua Xie
PRZYDOMKI: Książę, Który Raduje Bogów; Radujący Bogów, Kwietny Bóg-Wojownik, Kwietny Generał/Generał Hua
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Pawilon Xianle w stolicy Niebios
MIEJSCE URODZENIA: Xianle (następca tronu)
DATA URODZENIA: 15 lipca
WZROST: 178 cm
ZNAKI SZCZEGÓLNE: dwie Przeklęte Obręcze
BROŃ: wstęga Ruoye
EKWIPUNEK: słomkowy kapelusz, zawieszony na szyi pierścień
ISTOTNE INFORMACJE: wniebowstąpił trzykrotnie, dwukrotnie zdegradowany, jedna z Czterech Wielkich Legend
"Xie Lian nie odpowiedział, podniósł tylko gałąź i zaczął ćwiczyć sztukę miecza. Chociaż nie miał w rękach prawdziwego miecza, to prezentował się pięknie, a i przedstawiana przez niego technika zachwycała, dlatego wielu ludziom się spodobało. Feng Xin stał z boku i obserwował, po chwili odwrócił głowę. A Xie Lian bez cienia wstydu ani obawy dalej fechtował.
-?Beznadzieja! Nie da się na to patrzeć! -?dobiegło nagle z tłumu.
[...]
Xie Lian lekko zwolnił, spojrzał w dal. Zobaczył w tłumie mężczyznę, który jadł melona i pluł pestkami. Z pewnością wyczekiwał sensacji.
-?Przyszedłem tu oglądać występy! -?krzyknął do Feng Xina. -?Będę mówił, co mi się podoba! Chcecie od nas pieniędzy, a śmiecie nas pouczać? Zamień to na prawdziwy miecz! Zamień, a rozważę, czy dać ci parę groszy!
Pozostali się przyłączyli. Rozgniewany Feng Xin już miał się rzucić do bicia, kiedy przemknęła koło niego biała postać. Xie Lian stał już przy tamtym mężczyźnie, chwycił go i rzucił. Miał wielką siłę: mężczyzna poszybował kilkanaście metrów w górę, a skórka melona upadła na ziemię".
IMIĘ: Hua Cheng
PRZYDOMKI: Krwawy Deszcz w Poszukiwaniu Kwiatu, Sanlang
RANKING: armagedon -?władca demonów
GDZIE GO SZUKAĆ: Dom Gry lub Dom Najwyższej Uciechy w Mieście Duchów, często przebywa w Kasztanowym Przybytku
WZROST: 190 cm
ZNAKI SZCZEGÓLNE: opaska na prawym oku
BROŃ: zakrzywione ostrze losu Eming
EKWIPUNEK: dzwoneczki przy butach, srebrne karwasze, wpleciony w warkocz czerwony koralik
ISTOTNE INFORMACJE: jeden z Czterech Wielkich Gróz
SPECJALNA UMIEJĘTNOŚĆ: srebrne motyle
"-?Sanlang!!!
Echo jeszcze brzmiało, gdy czyjeś ramiona przyciągnęły go do siebie i zamknęły w uścisku. Xie Lian zesztywniał. Spojrzał w dół. Rozluźnił się dopiero, kiedy zobaczył, że obejmują go ręce w czerwonych rękawach i srebrnych karwaszach.
-?Oszaleję! -?Przy jego uchu zabrzmiał głęboki głos.
Usłyszawszy to, Xie Lian odwrócił się gwałtownie. Wziął twarz Hua Chenga w dłonie i pocieszał:
-?Nie szalej, nie szalej, już wyszedłem!
Włosy Hua Chenga były w nieładzie, w oczach wciąż jeszcze miał rozpacz. Jednym ruchem zdjął i wyrzucił maskę, której Xie Lian nie mógł zerwać z twarzy. Xie Lian nie wiedział, dlaczego ciągle trzyma w dłoniach jego twarz. Robił to nieświadomie, pewnie z zamiarem pocieszenia go albo jakby się bał, że tamten zamarznie pod wpływem wiatru i śniegu. W końcu długo przebywał wewnątrz Paleniska, Hua Cheng musiał przez cały ten czas strzec krateru wulkanu. Do środka weszli razem, ale gdy jeden z nich został nagle wyrzucony i nie miał pojęcia, co się działo w środku, czy może dziwić, że o mało nie oszalał?
Hua Cheng mocno przytulił Xie Liana.
-?Nie mogłem wejść do Paleniska... -?powiedział cicho".
IMIĘ: Ling Wen
PRZYDOMKI: Czcigodna Ling Wen
ALIASY: Ministra Jie, Nangong Jie
RANKING: bóg
GDZIE JEJ SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
ISTOTNE INFORMACJE: jedna z Trzech Trucizn
"Wtem otworzyły się drzwi Pawilonu Boskiego Wojownika. Nastrój natychmiast się zmienił i niebianie gotowi byli się rzucić szaleńczo w ich stronę, zamarli jednak w bezruchu, widząc, kto w nich stanął. Drogę ucieczki blokował im wysoki, ubrany w czerń mężczyzna, który roztaczał ciężką atmosferę nieproszonego gościa. Był to Ling Wen, obleczony w Nieśmiertelny Haft!
Tłum niebian nie wiedział, co począć, i obserwował Ling Wena, który wszedł do pawilonu i klęknął przed Jun Wu.
-?Wasza Cesarska Mość -?powiedział głosem pełnym szacunku.
-?Zabierz się do tego. Wiesz, co robić -?odparł Jun Wu.
Ling Wen się uśmiechnął.
-?Oczywiście, rozumiem".
IMIĘ: Pei Ming
PRZYDOMKI: Świetlisty Generał; Generał, Który Złamał Miecz
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
ISTOTNE INFORMACJE: jeden z Trzech Trucizn, uwodziciel, czczony jako bóg od spraw miłosnych, jedna z Czterech Wielkich Legend
"Z wnętrza Świetlistego Pawilonu dobiegały wrzaski, a zaalarmowany Xie Lian pobiegł, żeby zbadać sytuację. W środku panował chaos!
Twarz Pei Minga była wręcz szara. Xuan Ji owinęła się wokół niego niczym wąż, oplatając go ciasno, jakby chciała się zawiązać w supeł. Jej długie włosy opadały luźno, twarz była zielona, zęby ociekały krwią, ostrym wzrokiem mierzyła Pei Minga, jakby chciała zatopić w nim kły.
-?Mój! Mój! Jesteś mój! -?syczała".
IMIĘ: Jun Wu
PRZYDOMKI: Władca Niebios, Pierwszy Bóg-Wojownik Trzech Światów, Cesarz Boski Wojownik
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
ISTOTNE INFORMACJE: większą część roku spędza na patrolowaniu gór i mórz
"W tej właśnie chwili przez gęste czarne chmury przebiła się smuga białego światła, jakby coś zalśniło ponad nimi. Wraz z nią niezliczone promienie rażącej w oczy jasności przebiły czarne chmury i mściwe duchy. To białe światło, tak ostre, że aż oślepiające, było dobrze znane wszystkim niebianom. Wypełniało i otulało całą Stolicę Nieśmiertelnych.
Przybył Jun Wu!
Promienie padały na mściwe duchy, które znikały jeden za drugim, jak chmury rozproszone przez wiatr. Z obłoków wyłonił się bóg-wojownik w białej zbroi, dzierżący miecz. To naprawdę był on!
Wszyscy poczuli ulgę.
-?Wasza Cesarska Mość, jednak przybyłeś! -?krzyczeli jeden przez drugiego".
IMIĘ: Yushi Huang
PRZYDOMKI: Pani Deszczu; Księżniczka, Która Podcięła Sobie Gardło
RANKING: bóg
GDZIE JEJ SZUKAĆ: królestwo Yushi
ISTOTNE INFORMACJE: jedna z Czterech Wielkich Legend
"W końcu przed Pawilonem Boskiego Wojownika pojawiła się postać. Taoistka w zielonych szatach siedziała na wysokim czarnym wole, a przy jej talii luźno wisiał miecz. Za nią szło kilku farmerów o różnej budowie i wzroście.
Przybyła Pani Deszczu!
Xie Lian był nieco zaskoczony. Biorąc pod uwagę metody przez siebie stosowane -?przynajmniej już po tym, jak został nakryty -?Jun Wu powinien zabić każdego boga i nieśmiertelnego, którzy stanęliby mu na drodze. Dlaczego więc dla Pani Wiatru zrobił wyjątek?
Wszedłszy do pawilonu, Pani Wiatru skinęła im lekko.
-?Wasza Książęca Mość, Wasza Cesarska Mość, mam nadzieję, że pozostajecie w dobrym zdrowiu".
IMIĘ: Yin Yu
PRZYDOMKI: Wysłannik Ubywającego Księżyca
GDZIE GO SZUKAĆ: Miasto Duchów
ISTOTNE INFORMACJE: Przeklęta Obręcz na prawym nadgarstku, shixiong boga-wojownika zachodu Quan Yizhena
"-?Yin Yu?
W podłodze, nie wiadomo kiedy, pojawiła się dziura, a z niej wynurzył się Yin Yu. W dłoni trzymał ostry szpadel, drugą ręką ocierał pot z czoła.
-?Tak, Wasza Książęca Mość, to ja. Jak dobrze, że się nie dokopałem w złe miejsce. Chodź, szybko!
Xie Lian całkowicie zapomniał, że Yin Yu miał magiczną broń -?szpadel Pana Ziemi! Nie został też przez nikogo odkryty. Jak widać, ignorancja wychodzi czasami na dobre. Xie Lian już miał go wyciągnąć, kiedy jego ciało cofnęło się mimowolnie.
-?Wasza Książęca Mość? Coś się stało? -?zdziwił się Yin Yu".
IMIĘ: Quan Yizhen
PRZYDOMKI: Jego Wysokość Qiying, bóg-wojownik zachodu
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
"Nagle rozległ się ryk, obwieszczając szarżę watahy czarnych dziczych demonów zostawiających za sobą chmurę pyłu. Na grzbiecie odyńca pędzącego na czele siedział młody chłopak, wyglądał na bardzo zadowolonego. Wszyscy pierzchali w popłochu, a on zmusił swojego nowego wierzchowca, żeby jeszcze szybciej biegł w stronę posągu.
-?Qiying, nie biegnij tak! -?zawołali szybko pasażerowie.
Yin Yu na jego widok od razu dostał migreny, bez wątpienia wolałby przez trzy dni i trzy noce słuchać krzyków Qi Ronga, niż zamienić jedno słowo z Quan Yizhenem. Natychmiast założył maskę. Quan Yizhen miał jednak bystre oczy, od razu go zauważył.
-?Shixiong?! -?zawołał głośno.
-?Włodarzu, ja sobie pójdę -?powiedział pospiesznie Yin Yu.
-?Nie bój się tak -?odparł Hua Cheng.
-?Nie. On naprawdę jest przerażający!
Quan Yizhen popędził biednego demonicznego odyńca, pięć razy większego od niego, i pognał w ich kierunku.
-?Shixiong! -?krzyknął ponownie".
IMIĘ: Mu Qing
PRZYDOMKI: Xuanzhen, Bóg Sprzątacz
ALIASY: Fu Yao
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
MIEJSCE URODZENIA: Xianle
"Gigantyczny "Xie Lian" robił tak wielkie wrażenie, że patrząc na niego, trudno było dostrzec cokolwiek innego. W zasięgu wzroku Mu Qinga była wyłącznie ta twarz.
-?Czy ja zwariowałem...?
Oczy Feng Xina też były skupione tylko na jednym.
-?Co to, do kurwy nędzy, jest?
Byli w takim szoku, że Xie Lian musiał krzyknąć kilka razy, zanim dostrzegli, gdzie jest. Wtem Xie Lian poczuł unoszący się w powietrzu ostry zapach siarki. Odwrócił się i zobaczył, jak w szalonym tempie niebo pokrywają czarne chmury i popiół.
-?Szybko, wsiadajcie, wywiozę was stąd!
Powoli wspinali się na ręce posągu, każdy szukał sobie miejsca. Pei Ming i Yin Yu oniemieli, ale zaledwie na moment. Feng Xin i Mu Qing już stali na ramionach posągu, chociaż wciąż nie wierzyli własnym oczom.
[...]
-?W jaki sposób nim poruszasz? -?dociekał Mu Qing. -?Nie potrzeba do tego przypadkiem dużo mocy? A czy ty czasem nie jesteś w ogóle jej pozbawiony?"
IMIĘ: Feng Xin
PRZYDOMKI: Nanyang, Bóg Hojnie Obdarzony, Bóg Hojnie Obdarzający
ALIASY: Nan Feng
RANKING: bóg
GDZIE GO SZUKAĆ: Wyższe Niebiosa
MIEJSCE URODZENIA: Xianle
"Feng Xin wpatrywał się w niego okrągłymi oczami. Przypomniał sobie, że król i królowa są za ścianą, ściszył więc głos.
-?Ukradłeś to?
-?Nie patrz tak na mnie. Wszystkim jest ciężko, a z tym będzie lżej.
-?Ale nie musisz kraść! Możemy dawać uliczne występy!
-?Ile można na tym zarobić, żeby się utrzymać przy życiu? A jak robisz to cały dzień, to jesteś śmiertelnie zmęczony.
Niepewny, czy się nie przesłyszał, Feng Xin chwiejnie się cofnął.
-?Jak to się stało, że tak się zmieniłeś?
-?Jak? -?odparł Xie Lian, unosząc głowę.
-?Nie będę ci wyjaśniał! -?Feng Xin był rozgniewany. -?Sam widzisz, jaki teraz jesteś! Nie pytałem cię już o tę sprawę z rabunkiem, ale jakim cudem teraz jest jeszcze gorzej?"
IMIĘ: Shi Qingxuan
PRZYDOMKI: pan Wiatr
RANKING: człowiek
POWIĄZANIA RODZINNE: Shi Wudu, Pan Wody [nie żyje]
ISTOTNE INFORMACJE: hojny, łatwo nawiązuje przyjaźnie
"-?Hej, hej! Słuchajcie mnie wszyscy! Słuchajcie, nie gadać! Najpierw niech powie, o jaką sprawę chodzi.
Xie Lian odwrócił się w stronę, skąd dobiegły te słowa, i zobaczył, że wypowiedział je żebrak z chorą nogą. Miał poszarpane ubrania, potargane włosy i brudną twarz, był wychudzony, trudno dostrzec, jak właściwie wyglądał. Głos jednak zdawał się należeć do kogoś młodego. Machał na zgromadzonych w świątyni, ale co dziwne, używał tyko jednej ręki, co czyniło jego ruchy niezgrabnymi. Wydawało się, że żebracy go posłuchali, wyzwiska ucichły".
IMIĘ: Lan Chang
RANKING: demonica
ISTOTNE INFORMACJE: matka Cuocuo, ducha płodu
"Wtem nieopodal rozbrzmiał kolejny głos:
-?Cuocuo? Cuocuo?
Cichy odgłos stóp stawał się coraz głośniejszy i zza ściany wyłoniła się drobna kobieca postać. Lan Chang.
Xie Lian westchnął. Stolicę Nieśmiertelnych naprawdę opanowały demony wszelkiej maści!
Lan Chang w końcu dostrzegła swoje dziecko na dachu.
-?Cuocuo! -?zaczęła go karcić. -?Mówiłam ci, że masz się nie oddalać. Nie znasz tego miejsca, a jeszcze tak tu jasno, że prawie oślepłam! Biegasz i biegasz, a ja ciągle muszę cię szukać... I jak tu skończyłeś?!
Spojrzała na tabliczkę nad pawilonem i cofnęła się dwa kroki. Na widok jej reakcji Xie Lian przypomniał sobie, że pod stopami mieli Pawilon Nanyanga. I zamkniętego w nim Feng Xina!
Lan Chang również musiała to wyczuć, ponieważ jej twarz wykrzywił lekki grymas. Spojrzała na ducha płodu i upomniała go:
-?Po coś tu przylazł!"
IMIĘ: Qi Rong
PRZYDOMKI: Zielony Demon, Nocny Wędrowiec Zielonej Latarni, Książę Lustrzanego Odbicia
RANKING: masakra -?władca demonów
GDZIE GO SZUKAĆ: Kasztanowy Przybytek na ziemi
POWIĄZANIA RODZINNE: kuzyn Xie Liana, opętał ciało ojca Guziego
ISTOTNE INFORMACJE: jeden z Czterech Wielkich Gróz
"-?O kurde, ha, ha, ha, Niebiosa są jednak niczym! -?dobiegł ich szalony śmiech. -?I tak skończyły pod moim butem!
Ten głos sprawił, że cała trójka zamarła.
Do pokoju wparował mężczyzna w zielonej szacie i był to oczywiście nie kto inny jak Qi Rong! Wyglądało na to, że Jun Wu nie tylko zamknął wszystkich niebian w Stolicy, lecz także pozwolił demonom, by robiły, co zechcą, a one oczywiście od razu zaczęły się panoszyć i siać zamęt. Co samo w sobie było dość zabawne. Ale zabawniejszy był Qi Rong, który od razu po wejściu do pokoju wycelował palcem w Mei Nianqinga.
-?Ty przeklęty dziadu! -?ryknął".
IMIĘ: Biel Bez Twarzy
ALIASY: Zguba w Bieli
RANKING: armagedon
ISTOTNE INFORMACJE: jeden z Czterech Gróz
"Biel bez Twarzy nie miał jednak zamiaru uciekać. Szedł nie za szybko, nie za wolno, niespiesznie, ale ciągle wyprzedzając Xie Liana o siedem, osiem kroków. Xie Lian ruszył za nim, gdy przez głowę przemknęła mu pewna myśl. Stanął i się odwrócił. Spostrzegłszy, że książę już za nim nie idzie, Biel bez Twarzy również się zatrzymał.
-?Czemu za mną nie podążasz?
Xie Lian odwrócił głowę.
-?Czyż nie chcesz po prostu mnie odciągnąć, żeby móc rozsiewać znów chorobę szkaradnych obliczy? Dlaczego miałbym iść za tobą i ci to ułatwić?
-?Nie, mylisz się. Moim celem nie jest odciągnięcie cię. Moim celem jesteś właśnie ty.
Chociaż nosił smucącą się i śmiejącą się maskę, Xie Lian, nie wiedzieć czemu, wyczuwał, że Biel się uśmiecha.
[...]
-?Czego ty właściwie chcesz? -?spytał.
Zadawał to pytanie niezliczoną liczbę razy, zaczynał już tracić cierpliwość.
-?Mówiłem ci, chcę, żebyś stanął u mego boku -?odparł Biel bez Twarzy".
IMIĘ: Mei Nianqing
RANKING: człowiek
ISTOTNE INFORMACJE: mistrz i nauczyciel Xie Liana
"Mei Nianqing nie był sam. Gdy Xie Lian otworzył drzwi, wszyscy odwrócili się w jego stronę.
-?Mistrzu? -?wydukał zszokowany Xie Lian.
Mei Nianqing zerknął na niego przelotnie.
-?Poczekaj chwilę -?rzucił. -?Jak to możliwe, jak?!
Xie Lian i Hua Cheng stali w bezruchu.
Mei Nianqing oraz trzy inne osoby rozgrywały właśnie partyjkę. Chociaż te trzy osoby były w rzeczywistości martwe -?zwykłe, niedbale wycięte papierowe ludziki -?trudno powiedzieć, jakie przedziwne zaklęcie je ożywiło, a nawet sprawiło, że grały w karty. A słowa Mei Nianqinga, które usłyszeli, wywołały właśnie rozdane karty".
IMIĘ: Bezimienny
RANKING: duch
"Wtem gdzieś z tyłu dobiegł głos:
-?Wasza Wysokość...
Odwrócił się. Nie wiadomo kiedy, za plecami postaci w bieli pojawił się młodzieniec ubrany na czarno. Skłonił mu się i przyklęknął na jedno kolano. Xie Lian nazwał go "młodzieńcem", kierując się brzmieniem jego głosu i sylwetką. Wysoki chłopak nosił schludny żołnierski mundur, sylwetkę miał smukłą jak świeża łodyga bambusa, nie stracił jeszcze aury młodzieńczej niewinności. Jego szaty były czarne jak atrament, równie czarne włosy nosił związane. U pasa wisiała mu szabla, długa i smukła. Powoli podniósł głowę, twarz zasłaniała mu śnieżnobiała maska, na której widniał krzywy uśmiech".
Sto mieczy przeszywa serce, demon zemsty przyjmuje kształt
Nie wiedział, jak długo wędrował wśród samotnych gór i gęstych, starych lasów. Mgła gęstniała coraz bardziej.
Ze wszystkich stron czarne jak smoła drzewa wyciągały w jego kierunku pazurzaste łapy. Wszystkie przechylały się do przodu, jakby na niego naciskały, jakby zapraszały go do wstąpienia do krainy bez powrotu. Xie Lian w głębi ducha wiedział, że nie czeka go nic dobrego, ale nie mógł się już wycofać. Musiał, wcześniej czy później, doprowadzić tę sprawę do końca. Dlatego z marsową miną parł dalej. Szedł i szedł, aż we mgle przed nim zamajaczył jakiś świetlisty kształt, jakby błyszcząca ściana.
Xie Lian nigdy nie widział czegoś takiego. Zmarszczył lekko brwi, zatrzymał się w pół kroku. A "ściana" zaczęła się powoli zbliżać.
Zaalarmowany odłamał gałąź i czekał z nią w ręku, zwarty i gotowy. Kiedy "ściana" była już kilka metrów przed nim, zdumiony dostrzegł, że to nie ściana, a niezliczone błędne ogniki. Było ich tak dużo, że z daleka przypominały świetlistą ścianę albo sieć. Chociaż wyglądały tajemniczo, nie wydawały się mieć złych zamiarów. Unosiły się tylko milcząco przed jego oczami i nie pozwalały iść dalej. Spróbował je ominąć, ale natychmiast zmieniły kierunek i znów stanęły mu na drodze. Do jego uszu dobiegły głosy:
-?Nie przechodź.
-?Nie idź dalej.
-?Czyha na ciebie coś złego.
-?Zawróć, nie wolno ci dalej iść!
Głosy były przytłumione, lecz liczne, jak fala przypływu. Przyprawiały o ciarki na plecach. Otoczony przez nie Xie Lian zauważył, że był wśród nich milczący, niezwykle jasno płonący ognik. I chociaż wiedział, że istoty takie jak błędne ogniki nie mają oczu, czuł na sobie jego palący wzrok. Wyglądało też na to, że ten duch jest najsilniejszy, pozostałe ogniki tylko za nim podążały.
-?Przepuśćcie mnie -?powiedział chłodno.
Ale ogniki się nie ruszyły.
-?Dlaczego nie pozwalacie mi przejść?
Ognik nie odpowiedział. A pozostałe naciskały:
-?Nie idź.
Xie Lian nie miał zamiaru dalej się z nimi męczyć, rozproszył je jednym gestem. Nie było to druzgoczące uderzenie, ledwie lekko rozgonił stworzoną przez ogniki barykadę, jakby płoszył świetliki albo złote rybki. Przeszedł szybko, gałązki i suche liście miękko chrzęściły pod jego stopami. Zerknął za siebie. Ogniki podążały za nim, jakby wciąż chciały spróbować go zatrzymać.
-?Nie idźcie za mną -?ostrzegł je.
Najjaśniejszy ognik zignorował jego słowa i wysforował się na czoło. Xie Lian wyciągnął dłoń, jakby chciał uderzyć, i odezwał się groźnie:
-?Jeśli nadal będziecie za mną iść, załatwię was tak, że ulecą z was dusze!
Wiele ogników przestraszyło się tej groźby, zamigotały i wycofały się lękliwie. Ale ten na czele zawisł na chwilę w powietrzu, po czym ruszył, trzymając się jakieś pięć kroków za nim. Jakby mówił: "Jest mi obojętne, czy wyrwiesz mi duszę". Albo jakby wiedział, że książę tak naprawdę tego nie zrobi. Xie Liana ogarnął niewytłumaczalny gniew -?wcześniej wystarczyło jedno jego słowo i żadna istota nie śmiałaby go kłopotać, uciekałyby z podkulonymi ogonami. A teraz nie tylko ludzie ośmielali się go deptać, lecz nawet te małe błędne ogniki go nie słuchały, nie traktowały poważnie. Z gniewu aż zaczerwieniły mu się oczy.
-?Nawet ty, mały draniu, tak się zachowujesz... Wszyscy tacy są... Bez wyjątku! -?mamrotał pod nosem.
To trochę zabawne, wściekać się z tak błahego powodu, ale był już u kresu wytrzymałości. Ognik jednak, kiedy usłyszał te słowa, jakby zrozumiał, że Xie Lian jest jednocześnie zagniewany i smutny. Już nie gnał przed siebie: zawisł w powietrzu, a potem powoli się wycofał, wiodąc za sobą kilkuset towarzyszy. Po chwili wszystkie się rozpłynęły w mroku nocy.
Xie Lian odetchnął głęboko, odwrócił się i kontynuował swój marsz.
Przeszedł może siedemset, osiemset kroków, gdy we mgle przed nim zamajaczyło coś jakby rogi okapu, wyglądało to na górską świątynię. Xie Lian postąpił naprzód, przyjrzał się, a jego oczy zrobiły się ogromne.
To była... książęca świątynia.
Oczywiście opuszczona i zrujnowana. Już dawno splądrowali ją bandyci. Rozbita na pół tablica z nazwą leżała na ziemi. Xie Lian przystanął na chwilę w progu, przestąpił nad nią i wszedł do środka. Posągi zniknęły, nie wiadomo, rozbite, spalone czy zatopione w morzu. Ołtarz świecił pustkami, zresztą i tak pozostał po nim tylko sczerniały piedestał. Inskrypcję "Ciało w piekle, dusza w raju" pokrywało kilkadziesiąt rys, jakby ktoś pociął nożem twarz pięknej kobiety, zmieniając jej oblicze w ponury i przerażający obrazek. Xie Lian wstrzymał oddech. Usiadł na środku i czekał na pojawienie się Bieli bez Twarzy. Wreszcie po wypaleniu się jednego kadzidła z mgły na zewnątrz wyłoniła się postać. Coś z nią było nie tak, brakowało jej niespiesznej nonszalancji Zguby w Bieli, a jej kroki wydawały się szybkie, nie tak dyskretne i niezauważalne jak u demona. Przybysz nie mógł więc być Bielą bez Twarzy. Ani nikim, kogo Xie Lian znał.
Kim więc był?
Xie Lian wytężył wszystkie zmysły, czekając, aż postać zatrzyma się przed świątynią. Wreszcie mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Rozczarował się. Przybysz nie odpowiadał żadnemu z jego przewidywań: jakkolwiek patrzeć, to zwykły podróżny. Żadnych wskazówek.
Xie Lian nie osłabił jednak czujności. Kto wie, może to Biel bez Twarzy w przebraniu?
Spotkanie z nieznajomym w zniszczonej świątyni w środku dziczy. Xie Lian patrzył nieufnie na tamtego, tamten patrzył nieufnie na niego.
-?Taoisto... -?odezwał się w końcu przybysz. -?Wiesz, co to za miejsce?
Xie Lian zmarszczył lekko brwi.
-?Nie wiesz, co to za miejsce? Jak tu trafiłeś?
-?Zabłądziłem! -?odparł tamten. -?Krążyłem i krążyłem, ale nie mogłem wyjść.
W głębi duszy Xie Lian wiedział, że przybysz zdecydowanie nie zabłądził. Jeśli nie był przebranym Zgubą w Bieli, to najprawdopodobniej został tu jakoś zwabiony.
-?Już nie szukaj, i tak nie wyjdziesz -?stwierdził.
-?Co? O czym ty mówisz?
Ale Xie Lian nie odpowiedział, siedział dalej. Jeżeli zwabił ich tu Biel bez Twarzy, to nie ma co się gorączkować, nikomu nie pozwoli odejść, można tylko spokojnie czekać na jego ruch.
Zmęczony drogą przybysz usiadł obok, by odetchnąć. Milczeli obaj. Minęła chwila i z mgły znowu ktoś się wyłonił. Też zbłąkany wędrowiec. Podszedł do świątyni. Zobaczył, że w środku są ludzie, więc pospieszył do nich.
-?Szanowni panowie! Wiecie, co to za miejsce?
Podróżni zaczęli rozmawiać, a w Xie Lianie zakiełkowała wątpliwość.
To nie koniec. Ktoś jeszcze tu przyjdzie.
Rzeczywiście, nie minęła godzina, a do świątyni zeszło się kilkadziesiąt osób. Mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi, podróżujący samotnie i w grupie albo z rodzinami. Większość się zgubiła, ale na najróżniejsze i dziwaczne sposoby. Niektórym przydarzyło się to, kiedy spacerowali ulicą. Wręcz nie do pomyślenia. Xie Lian dostrzegł nawet ulicznego artystę, z którym rywalizował na rozłupywanie kamieni na klatce piersiowej. Nie wyglądał najlepiej, chyba podczas ich zawodów odniósł poważne rany. Wymienili spojrzenia. W milczeniu skinęli do siebie. Wszyscy byli zwykłymi ludźmi, co więcej, ludźmi, których Biel bez Twarzy umyślnie zwabił do starego lasu. Dzwonek w głowie Xie Liana donośnie dźwięczał na alarm, ale on sam pozostał niewzruszony. Wyciągnął z rękawa zimną bułeczkę na parze i niechętnie wziął kęs, niechętnie przeżuł, po czym równie niechętnie przełknął. Musiał oszczędzać siły tak bardzo, jak to możliwe, bo wkrótce mogło dojść do wielkiej bitwy.
Po godzinie zarówno w środku, jak i na zewnątrz świątyni tłoczyli się "zagubieni". Xie Lian dyskretnie ich policzył, było to około stu osób. Nikomu nie udało się wyjść z lasu. Im więcej ludzi, tym większy się robił gwar. Ludzie gadali jeden przez drugiego.
-?Ty też znalazłeś się tutaj nie wiadomo skąd? Naprawdę przerażająca sprawa!
-?Może powinniśmy jeszcze poszukać? -?zaproponował ktoś.
-?Idźmy, idźmy! -?zawtórował ktoś inny. -?Nie wierzę, tylu ludzi, a nikt nie może wyjść?
Siedzący w kącie Xie Lian podniósł głowę.
-?Cokolwiek byście próbowali, to bez sensu. Nie wyjdziecie.
Wszystkie oczy skierowały się na niego.
-?Dlaczego?
-?Bo wszystkich was przywiodła tu pewna demoniczna istota -?odparł chłodno. -?Wszyscy jesteście jego zabawkami. Dlaczego miałby was tak po prostu wypuścić?
Niektórzy posądzali go o sianie paniki, inni twierdzili, że jest dziwakiem, a jeszcze inni przekonywali, żeby go nie lekceważyć.
-?Kim jesteś? Na jakiej podstawie tak mówisz? -?spytał ktoś z tłumu.
-?Przyszedł pierwszy. Kiedy tu dotarłem, już tu siedział.
-?Dziwne, dziwne...
-?No właśnie, jeszcze zasłania twarz.
-?Masz jakiś dowód?
-?Nie mam -?odparł Xie Lian miękko. -?Możecie wierzyć lub nie. Ta istota raczej nie zaprosiła was tu na obiad. Chyba nie muszę wam przypominać, żebyście byli ostrożni?
Jeszcze nikt nie zdążył odpowiedzieć, a z zewnątrz dobiegł ich odgłos pędzących w szalonej ucieczce kroków. Wszyscy od razu się ożywili.
-?Znowu ktoś idzie!
Kilka osób wyszło na zewnątrz, żeby sprawdzić, ale ledwo opuścili świątynię, już pospiesznie do niej wracali. Odgłosowi kroków towarzyszył bowiem dziki wrzask. Nie przypominał dźwięku, jaki zdołałby wydobyć z siebie człowiek. Wszyscy obecni pobledli i jak jeden mąż cofnęli się w głąb świątyni.
-?O matko, co to za człowiek? Czy raczej: cóż to za dzika bestia?
Postać we mgle zbliżała się coraz bardziej.
-?Nie, to z pewnością jest człowiek! -?Xie Lian zmrużył oczy.
Mężczyzna pędził w ich stronę, krzycząc i trzymając się obiema dłońmi za twarz. Biegł do świątyni. Xie Lian przecisnął się przez tłum, żeby zobaczyć, co się właściwie dzieje. Wydawało się, że mężczyzna ma zamknięte oczy. Wpadł prosto na rosnące przy wejściu drzewo. Rozległ się łomot, odrzuciło go na kilka metrów, po czym padł nieprzytomny.
Tłum aż podskoczył przestraszony i ścisnął się wewnątrz świątyni.
-?Co... co się z nim stało? -?dopytywali niespokojnie ludzie, wyciągając szyje.
Kilku odważniejszych, wliczając w to ulicznego sztukmistrza, chciało wyjść sprawdzić sytuację, ale Xie Lian natychmiast ich zatrzymał.
-?Nie zbliżać się!
Aż podskoczyli, przestraszeni surowością jego tonu.
-?To co mamy robić? Ma tam tak leżeć?
-?Pójdę sprawdzić -?odparł Xie Lian.
-?Powinieneś uważać...
Xie Lian skinął głową, powoli podszedł do drzewa i kucnął. Chciał właśnie oderwać dłonie mężczyzny od jego twarzy, kiedy ten nagle podskoczył i wydał z siebie podwójny wrzask.
Tak, podwójny. Jednocześnie bowiem krzyczały dwa głosy. Jeden z nich wydobywał się z gardła mężczyzny, drugi zaś z... z twarzy, która wyrosła na jego twarzy.
Choroba szkaradnych obliczy!
Ciało Xie Liana pokryło się gęsią skórką, jego źrenice się zwęziły. Zebrani w świątyni też zdębieli, przerażeni tym strasznym widokiem. Nagle człowiek ten zerwał się na równe nogi, rozłożył ręce i już miał wbiec w tłum, gdy Xie Lian, który na szczęście miał bystre oko i zręczne dłonie, jednym ciosem odrzucił go na kilka metrów. Xie Lian cofnął się i zablokował wejście do świątyni. Zza jego pleców dochodziły przerażone krzyki:
-?To ta choroba nie występuje tylko w królewskim mieście? Zginęło tylu ludzi, zaraza nie powinna już zniknąć?
-?To nie może być prawda! To oszustwo!
-?On naprawdę ma na twarzy drugą twarz?
Bardziej przerażające były krzyki, które chwilę później zaczęły dobiegać ze wszystkich stron. Kilkanaście osób zbliżało się na chwiejnych nogach.
Nie trzeba było nawet na nie patrzeć, by to zrozumieć: wszystkie były zarażone!
-?Wszyscy uciekać! -?krzyknął ktoś. -?Rozdzielmy się! Nie pozwólcie im podejść bliżej!
-?Nie rozdzielajcie się! -?zawołał Xie Lian. -?Nie wiadomo, ilu ich jeszcze zostało w lesie! Jeśli jest ich tam więcej, to koniec!
-?To co robić?
-?Nie możemy tu zostać, podaliśmy się im jak na talerzu!
-?Mamy czekać na śmierć?!
Gałąź, którą Xie Lian ułamał po drodze, wciąż tkwiła za jego paskiem. Wyciągnął ją i chwycił jak miecz.
-?Uspokójcie się, nie podejdą tu -?zapewnił. -?To ja decyduję, czy będą mogli podejść blisko!
To była przecież jego domena, książęca świątynia!
-?Ty...
Nie czekając na kolejne pytania, wypadł na zewnątrz. Kilkoma ruchami gałęzi położył zarażonych. Xie Lianowi nie przysporzyło to najmniejszych trudności. Nie zdołali się nawet do niego zbliżyć. Przerażeni ludzie w świątyni wstrzymali oddech, ale kiedy zobaczyli, że odniósł zwycięstwo, jeden przez drugiego wznosili radosne okrzyki i składali podziękowania. Z głębi ciemnego lasu, nie wiedzieć kiedy, nadleciały liczne błędne ogniki. Tańczyły w powietrzu, może pomagały odganiać zarażonych? Xie Lian nie czuł jednak, że chcą mu przeszkodzić. Zatoczył krąg, po czym kierowany przyzwyczajeniem chciał schować miecz do pochwy i dopiero gdy jego ręce natrafiły na pustkę, zdał sobie sprawę, że w dłoni trzyma nie miecz, a gałąź. Zgłupiał na moment. Chwilę później zauważył, że macha do niego ubrana na biało postać. Krew wciąż wrzała w nim po walce, od razu więc rzucił się w pogoń.
-?Nawet nie myśl o ucieczce!
Chmara ogników leciała za nim, jakby chciała oświetlić mu drogę. Biel bez Twarzy nie miał jednak zamiaru uciekać. Szedł nie za szybko, nie za wolno, niespiesznie, ale ciągle wyprzedzając Xie Liana o siedem, osiem kroków. Xie Lian ruszył za nim, gdy przez głowę przemknęła mu pewna myśl. Zawrócił. Spostrzegłszy, że książę już za nim nie idzie, Biel bez Twarzy również się zatrzymał.
-?Czemu za mną nie podążasz?
Xie Lian odwrócił głowę.
-?Czyż nie chcesz po prostu mnie odciągnąć, żeby móc rozsiewać znów chorobę szkaradnych obliczy? Dlaczego miałbym iść za tobą i ci to ułatwić?
-?Nie, mylisz się. Moim celem nie jest odciągnięcie cię. Moim celem jesteś właśnie ty.
Chociaż nosił smucącą się i śmiejącą się maskę, Xie Lian, nie wiedzieć czemu, wyczuwał, że Biel się uśmiecha.
Wywabianie go faktycznie nie miało sensu. Jeśli Biel bez Twarzy chciał znowu rozsiewać zarazę, mógł to robić gdziekolwiek, a Xie Lian nie zdołałby mu przeszkodzić. Dlaczego miałby to robić akurat w górach, w dziczy?
-?Czego ty właściwie chcesz? -?spytał.
Zadawał to pytanie niezliczoną liczbę razy, zaczynał już tracić cierpliwość.
-?Mówiłem ci, chcę, żebyś stanął u mego boku -?odparł Biel bez Twarzy.
Xie Lian wyciągnął gałąź i wycelował w niego. Chociaż nie mógł nią nikogo wystraszyć, a wręcz ocierało się to o śmieszność, w tej chwili była to jedyna broń, jaką miał. Najjaśniejszy błędny ognik osiadł na czubku gałęzi, dodając podniosłości jego postawie.
-?Co niby mam zrobić u twego boku? Zabić cię? -?spytał Xie Lian surowo.
Zguba w Bieli zaśmiał się cicho.
-?Wasza Książęca Mość, pozwól, że cię nauczę -?powiedział łagodnie.
Dla Xie Liana sytuacja była zarówno komiczna, jak i niezwykle drażniąca.
-?Niby czemu sądzisz, że jesteś godzien czegoś mnie uczyć? Moim nauczycielem był Mistrz Xianle, za kogo ty się masz? -?parsknął.
Biel bez Twarzy pokiwał palcem.
-?Znowu błąd. Wasza Książęca Mość, należałoby rzec, że na tym świecie jedynie ja jestem godny cię uczyć. Spójrz, jak dobrze przyswoiłeś to, czego cię uczyłem.
-?Czego mnie nauczyłeś? -?rozgniewał się Xie Lian. -?Co to za bzdury? Nic nie rozumiem!
-?Pierwszym, czego cię nauczyłem, było to, że na świecie istnieje wiele rzeczy, nad którymi nie masz kontroli. -?Demon zaśmiał się szyderczo.
W głowie Xie Liana pojawił się chaos obrazów i głosów. W końcu książę zacisnął zęby i dźgnął "mieczem". Biel bez Twarzy bez wysiłku zrobił unik.
-?A drugim... -?Chwycił Xie Liana tak gwałtownie, że ten się zachwiał i prawie runął. Poczuł, jak ręka demona gładzi go po głowie. -?Chcesz ratować zwykłych ludzi? Nie potrzebują twojej pomocy. Nie zasługują na nią.
Ruchy Xie Liana znowu zwolniły: strącił z siebie jego dłoń, drugą ręką znów próbował go dźgnąć. Zguba w Bieli z trzaskiem złamał jego gałąź, w okamgnieniu znalazł się za nim i przycisnął zimnymi palcami punkt z tyłu głowy Xie Liana. Xie Lian zesztywniał. Czuł, jakby tamten miał się zaraz przebić mu przez czaszkę. Za nim rozbrzmiał głos:
-?Jeśli nie staniesz po mojej stronie, nigdy mnie nie pokonasz, zawsze cię zwyciężę.
Xie Lian odetchnął kilka razy.
-?Niedoczekanie! -?zapowiedział niskim głosem. -?To teraz nie mogę z tobą wygrać -?cedził słowo za słowem, walcząc z bólem. -?Możesz mnie pokonać niezliczoną ilość razy, ale mnie nie zabijesz. A jeżeli mnie nie zabijesz, nadejdzie dzień, kiedy to ja pokonam ciebie!
Na te słowa błędny ognik pojaśniał jeszcze bardziej, jakby chciał rozświetlić noc.
-?Nie zabiję cię? -?spytał Biel bez Twarzy po chwili milczenia.
Xie Lian wstrzymał oddech.
Tak naprawdę nie wiedział, do jakiego stopnia nieśmiertelne ciało, które dał mu Jun Wu, jest w stanie go chronić. Co, jeśli Zguba w Bieli w gniewie naprawdę roztrzaska mu głowę? Czy to przeżyje?
-?Rzeczywiście, nie mogę cię zabić -?mówił cicho Biel bez Twarzy. -?Nie mam nawet takiego zamiaru. Ale nie bądź zbyt pewny siebie. Żebyś później nie żałował.
Żałować? Dlaczego miałby żałować?
Zanim Xie Lian zdążył zrozumieć, cios w szyję pogrążył go w ciemności.
W mroku widział tylko płynące z daleka światło i wyczuwał ciepło. Podążył za nimi. Powoli się budził.
Ostrożnie otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był błędny ognik. Wyglądało na to, że światło i ciepło, jakie poczuł podczas omdlenia, pochodziły właśnie od niego.
Kiedy ognik dostrzegł, że Xie Lian się ocknął, zbliżył się trochę, po czym znów nieco oddalił, jakby pomyślał, że skracanie dystansu z człowiekiem to nic dobrego. Xie Lian odniósł wrażenie, że ten ognik nie był zwyczajny. O ile się nie mylił, to właśnie on próbował wcześniej zajść mu drogę. Chciał wyciągnąć do niego rękę, ale... nie był w stanie. Co zdumiało Xie Liana tak, że w jednej chwili całkowicie oprzytomniał. Spojrzał w dół i zrozumiał: nie mógł wyciągnąć rąk, bo miał je związane.
Leżał skrępowany na zniszczonym piedestale. Pod ołtarzem tłoczyli się ludzie, którzy wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami.
Dlaczego się tak gapili?
Do oszołomionego Xie Liana dotarły przyciszone głosy:
-?Bardzo podobny...
-?Nie jest podobny... jest identyczny!
-?To naprawdę on?
-?Ty jesteś... tym księciem? -?spytał ktoś bezpośrednio.
-?Nie jestem -?rzucił odruchowo.
Ledwo padły te słowa, zdał sobie sprawę, że biały jedwab zasłaniający jego twarz nie wiadomo kiedy opadł. I że to właśnie nim został związany. I że wszyscy mogli zobaczyć jego twarz.
Serce podeszło mu do gardła. Z wysiłkiem podniósł wzrok, żeby napotkać ich spojrzenia. Nie wiedział, czy to tylko jego wyobraźnia, zdawało mu się jednak, że ludzie patrzą na niego bardzo dziwnie. Ale to nic takiego, pewnie chodziło o obecną trudną sytuację. W ich spojrzeniach nie było niechęci ani gniewu, których się spodziewał.
Chwilę później na zewnątrz rozległy się nieludzkie wrzaski.
Xie Lian zmusił się do odwrócenia głowy. Krzyczeli zarażeni, których przedtem powalił. Nie wiadomo kiedy powstali, a ich liczba zwiększyła się kilkukrotnie. Otoczyli świątynię, trzymając się za ręce i formując krąg. Okrążali ją, wrzeszcząc, jakby odprawiali jakiś straszny rytuał, jakiś szalony taniec demonów. W środku skulili się przerażeni ludzie. Jakieś dziecko się rozpłakało, rodzice wzięli je w ramiona i zasłonili mu oczy i uszy. Nie było twarzy, na której nie malowałoby się przerażenie.
-?Co robić? Co robić?
-?Wtargną tu...?
-?Nawet jeśli nie, to są tak blisko, że możemy się zarazić... Co, jeżeli zachorujemy?
Xie Lian z całych sił próbował się uwolnić, ale więzy nie rozluźniły się ani trochę, wyglądało na to, że ktoś przy nich manipulował, pewnie użyto magii. Szarpał się, aż na czoło wyszły mu sine żyły.
-?Biel bez Twarzy! -?ryknął.
Nikt nie odpowiedział, ale zimna ręka poklepała go po głowie. Zamarł, zjeżyły mu się włoski na karku. Odwrócił głowę i aż ścierpła mu skóra.
Nic dziwnego, że ludzie patrzyli na niego w taki sposób. Nie tylko miał odsłoniętą twarz, lecz także za nim w ciemności stał Zguba w Bieli! Mając przed sobą tę niezwykłą postać w bieli, nikt nie odważył się oddychać, a co dopiero podejmować jakieś pochopne działania. Biel bez Twarzy potraktował ich jak powietrze, na oczach wszystkich pomógł Xie Lianowi się podnieść. Xie Lian siedział teraz na ołtarzu jak żywy posąg spętanego boga. Mógł poruszać tylko oczami i głową, poza tym nie był w stanie nic zrobić. Chociaż przedstawiał sobą bardzo niepokojący widok, jeszcze bardziej przerażające były dobiegające z zewnątrz krzyki zarażonych. Spojrzenia zebranych szybko powędrowały w tamtą stronę.
-?Słyszałem... słyszałem... że ludzie, którzy mieszkają na jednym obszarze, mogą się zarazić, a ta choroba rozprzestrzenia się bardzo szybko! - wymamrotał ktoś. -?Są tak blisko, że na pewno... na pewno!
Na myśl o tym, z jak dużą dozą prawdopodobieństwa mogą się zarazić tą przerażającą chorobą, wewnątrz świątyni zapanowały rozpacz i beznadzieja.
-?Może wyślemy paru ludzi na zewnątrz, żeby ubili kilka tych dziwadeł, a reszta w tym czasie ucieknie? -?zaproponował ktoś.
Nie mówiąc już o tym, czy zdołaliby pokonać taką liczbę zarażonych, to wdając się z nimi w walkę, również mogli się zarazić. To oznaczało poświęcenie się dla ratowania pozostałych. Oczywisty wyrok śmierci. Kto zechciałby się podjąć takiego zadania? Nikt. Xie Lian może by i chciał, ale pozostawał pod kontrolą Bieli bez Twarzy. I chociaż mógł jednym ciosem położyć siedmiu czy ośmiu, to w przypadku siedemnastu czy osiemnastu ktoś z pewnością zdołałby się prześlizgnąć. Co oznaczało, że jacyś zarażeni dostaliby się do świątyni. A zabić Zgubę w Bieli? Nie ma co o tym myśleć, to tylko mrzonki.
Ale teraz ktoś musiał uspokoić tłum. Xie Lian skupił się i powiedział:
-?Nie panikujcie! Nie tak szybko, mamy jeszcze czas, żeby coś wymyślić.
"Nie tak szybko" jednak nie wystarczy, by podnieść ludzi na duchu.
Tę beznadzieję przerwał niespodziewanie Biel bez Twarzy.
-?Chorobę szkaradnych obliczy można leczyć.
Na te słowa ludzie jak jeden mąż podnieśli głowy.
-?Można leczyć? Jak?
Serce Xie Liana się zatrzymało.
-?Spytajcie Jego Książęcą Mość. On zna ten sposób -?odparł spokojnie Zguba w Bieli.
Sto par oczu jednocześnie zwróciło się ku Xie Lianowi. Spojrzenia kłuły tak, że aż się cofnął, ale Biel bez Twarzy popchnął go do przodu.
-?Wasza Wysokość, naprawdę to wiesz? -?spytało z nadzieją kilku obecnych.
Xie Lian nie zdążył odpowiedzieć, kiedy odezwał się podekscytowany głos:
-?Przecież słyszałem, on to wie!
-?Skoro wie, to czemu królewskie miasto... Skoro wie, to dlaczego nam nie mówi? -?wątpił ktoś inny.
-?Wasza Książęca Wysokość, powiedz nam!
-?Nie wiem! -?zaprzeczył natychmiast Xie Lian.
-?Kłamie -?odparował Zguba w Bieli.
Wściekły Xie Lian chciał znów zaprzeczyć, ale bał się, że tamten powie o jedno słowo za dużo. Miał jednak przeczucie, że czy się przyzna, czy nie, Biel bez Twarzy i tak to zdradzi. Walczył ze sobą chwilę, po czym powiedział bezsilnie:
-?Ten sposób... nie ma go. Jest daremny!
Ludzie zdębieli, ale po chwili znów wybuchła wrzawa.
-?Jak to daremny? Skąd mamy to wiedzieć, jeśli nam o nim nie powiesz?
"Nie mogę tego powiedzieć", pomyślał Xie Lian, a czoło oblał mu zimny pot. "Nie mogę!"
Jeżeli to wyjdzie na jaw, wszystko skończone, wszystko stracone!
-?To nasze być albo nie być, czemu niby nie możesz powiedzieć?! - krzyczał ktoś. -?Nie powiesz, to wszyscy tu umrzemy!
-?Ja wam powiem -?oznajmił łagodnie Zguba w Bieli.
-?Zamknij się! -?wrzasnął gniewnie Xie Lian.
Oczywiście jego groźby nie miały żadnej mocy. Biel bez Twarzy udał, że nic nie słyszy.
-?Wiecie, kto w królewskim mieście i wokół niego najrzadziej zapada na tę chorobę?
Ludzie patrzyli na niego, drżąc ze strachu. Nie ośmielali się zbliżyć, ale nie mogli się powstrzymać, by nie pytać:
-?Kto... kto taki?
-?Żołnierze -?odparł Zguba w Bieli.
Stało się.
-?A wiecie, dlaczego akurat żołnierze? -?kontynuował bezlitośnie. -?Bo większość żołnierzy zrobiła coś, czego nie robią zwyczajni ludzie. Dlatego to zwyczajni ludzie się zarażają.
Oczy zebranych robiły się coraz większe, nie śmieli nawet przełknąć śliny.
-?Co takiego zrobili?
Xie Lian rzucił się w jego kierunku, ale na próżno. Biel bez Twarzy roześmiał się tylko i jednym ciosem go odepchnął.
-?No, cóż takiego?
-?Zabili -?wyszeptał Xie Lian.
Stało się!
Jednak to powiedział. Xie Lian padł jak sparaliżowany na ołtarz, jego serce osunęło się w lodową czeluść.
-?Zabić? -?zaczęli rozpytywać zszokowani ludzie. -?Trzeba zabić, żeby nie zachorować? Zabicie człowieka może wyleczyć z tej choroby?
-?To musi być oszustwo!
Najstraszniejsze było to, że nie. Że to nie oszustwo!
To bolesna prawda. Xie Lian sam to sprawdził: ci, którzy mieli krew na rękach, ci, którzy odebrali życie, nie zarażali się chorobą szkaradnych obliczy! Ludzie też żadną miarą się nie spodziewali, że warunek będzie właśnie taki. Zamarli. Potem jeden przez drugiego zaczęli pytać:
-?Czy to ma sens?
-?Już wcześniej wydawało mi się to dziwne... Wygląda na to, że... Naprawdę zaraza nie rozprzestrzenia się wśród żołnierzy! Obawiam się, że to może być prawda!
-?To prawda!
-?Ale czy to znaczy, że aby nie zachorować, musimy kogoś zabić?
-?Kogo?
Człowiek, który zadał to pytanie, natychmiast znalazł się pod ostrzałem.
-?Jakie znów "kogo"? Chyba nie zamierzasz naprawdę kogoś zabić?
Tamten nie śmiał już powiedzieć ani słowa. Ale w tych setkach par oczu poza czystym strachem i bezsilnością było coś jeszcze, coś nieuchwytnego i niepokojącego. Takiej sytuacji Xie Lian najbardziej miał nadzieję nie doświadczyć. Jeśli wieść o tym, jak uniknąć choroby szkaradnych obliczy, pójdzie w świat, niechybnie coś się wydarzy.
Ludzie zaczną się wzajemnie mordować!
Właśnie z tego powodu Xie Lian nie chciał nikomu powiedzieć, że odkrył sposób na powstrzymanie choroby. Wystarczy zabić człowieka, żeby się uchronić przed katastrofą. Pewnie większość ludzi zdoła się kontrolować, ale zawsze znajdą się desperaci, którzy posuną się do ostateczności. A kiedy ktoś jako pierwszy przeleje krew, za nim pójdzie drugi, trzeci... Naśladowców będzie coraz więcej, aż wreszcie świat pogrąży się w chaosie. Dlatego lepiej utrzymać to w sekrecie, nie pozwolić, by ktokolwiek się dowiedział.
Xie Lian uśmiechnął się gorzko.
-?Teraz już wiecie, dlaczego powiedziałem, że ten sposób jest daremny.
Tłum nie odpowiedział. Xie Lian westchnął i zebrał się w sobie. Wypuścił powietrze i powiedział:
-?Niezależnie od wszystkiego, nie panikujcie, nie działajcie pochopnie. Inaczej wpadniecie w jego pułapkę.
W dole stała para, wyglądali dość wytwornie.
-?Jak to możliwe? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to się nam przytrafiło? Przecież my nic nie zrobiliśmy! -?szlochała kobieta, tuląc dziecko.
-?Czego ryczysz? -?zirytował się ktoś stojący obok. -?Umiesz jedynie płakać? Nikt z nas tu zebranych nic nie zrobił! Myślisz, że tylko ty masz pecha?
-?A ty co, zabraniasz jej płakać? -?odparł gniewnie mąż kobiety.
-?A co ma płakać, tylko dołuje pozostałych. Zamknij się!
Kłótnia o taki drobiazg świadczyła o jednym: wszyscy byli na skraju załamania. Kiedy już, już mieli wybuchnąć, Xie Lian się odezwał:
-?Nie kłóćcie się! Ochłońcie! Tylko jeśli się uspokoicie, zdołamy znaleźć rozwiązanie!
Im bardziej kazał im się uspokoić, tym bardziej się oburzali.
-?Uspokoić się? Jak mamy się uspokoić w takiej sytuacji? Ty jesteś spokojny, więc pewnie już znalazłeś wyjście! Co tam wymyśliłeś?
Xie Lianowi odebrało mowę. Jakie wyjście znalazł?
Żadne!
Myślał i myślał usilnie, aż głowa prawie mu się zagotowała, ale nie wpadł na żaden sposób, jak poradzić sobie z tą sytuacją. Nagle poczuł, że coś ścisnęło jego policzki. Czyjaś ręka chwyciła jego podbródek i odwróciła jego twarz w stronę ludzi pod ołtarzem. Xie Lian wybałuszył oczy, nie miał pojęcia, o co chodzi. Za nim zabrzmiał lodowaty głos:
-?Kogo zabić? Spójrzcie na tę twarz. Nadal nie wiecie, kogo trzeba zabić?
Gdy padły te słowa, nie tylko ludzie pod ołtarzem zamarli, lecz także unoszący się w powietrzu ognik nagle zawisł bez ruchu.
-?Zapomnieliście już? -?spytał łagodnie Biel bez Twarzy. -?On jest bogiem. To znaczy, że...
Xie Lian poczuł w sercu lodowate ukłucie.
Zamarł, pochylił głowę. Zobaczył tylko czarne jak smoła ostrze miecza wystające z jego podbrzusza.
Miecz był długi i smukły, jak jadeit o barwie głębokiej czerni. Wzdłuż ostrza biegła cienka srebrna linia, świeciło blaskiem zimnej nocy. Bez wątpienia był to rzadki i cenny okaz, jeden z takich, dla zdobycia których Xie Lian kiedyś zrobiłby wiele i które by hołubił. Wpatrywał się w niego przez chwilę, czubek miecza wysunął się delikatnie, po czym znów zniknął w jego podbrzuszu.
-?...jest nieśmiertelny -?dokończył Zguba w Bieli.
Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Biel bez Twarzy machnął ręką i wyrzucił miecz. Ostrze upadło z brzękiem i wbiło się ukośnie w posadzkę, roztaczając przed niezliczonymi parami oczu aurę głębokiego zimna.
Xie Lian poczuł w gardle odór krwi. Zakrztusił się. Błędny ognik rzucił się w jego kierunku, jakby chciał zatamować ranę.
-?Ty... ty...! -?wysyczał Xie Lian przez zaciśnięte zęby.
Przed oczami pojawiły mu się mroczki. Błędny ognik oszalał i ruszył na Biel bez Twarzy, ale tamten złapał go i zamknął w dłoni.
-?Patrz dobrze. -?Siłą odwrócił twarz Xie Liana. -?No i co? Nie głosiłeś czasem, że chcesz ratować zwykłych ludzi?
-?Ale... Ale ja... ja... -?wykrztusił Xie Lian.
Nie myślał, że będzie musiał to robić w takiej sytuacji, takim sposobem?
Niektórzy ludzie pod ołtarzem już szlochali, przerażeni krwawą łaźnią, inni zaś wciąż odważnie patrzyli.
-?On... on naprawdę nie może umrzeć?
-?Naprawdę... Patrzcie, nie stracił wiele krwi... Nadal żyje, i to całkiem nieźle!
Xie Lian zaczął gwałtownie kaszleć.
-?To znaczy, że jak go zabijemy, i tak nie umrze? -?spytał ktoś.
-?Świetnie!
-?Świetnie? Co w tym niby świetnego? -?zbeształ przedmówcę ktoś inny.
-?Skoro nie umrze... To czy nie znaleźliśmy właśnie rozwiązania tej sytuacji? -?bąknął nieśmiało zbesztany.
-?Ale trzeba go ugodzić mieczem, to zbyt...
-?Przecież jest bogiem. Nawet jak go dźgniesz, to nie umrze. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, jeśli zarazimy się chorobą szkaradnych obliczy, umrzemy na pewno!
Przed ołtarzem rozgorzała kłótnia.
-?Zwykli ludzie oczekują na twój ratunek. Proszę bardzo -?odezwał się Biel bez Twarzy.
Oczy Xie Liana ciskały gromy.
-?Najlepszy i jedyny sposób na uratowanie ludzi to zniszczenie takiego potwora jak ty!
Zguba w Bieli zaśmiał się lodowato.
-?Co z tobą? Książę, czy nie twierdziłeś z całą pewnością, że nie możesz umrzeć? A teraz się boisz? Skoro i tak nie umrzesz, dlaczego się nie poświęcisz, żeby ulżyć ich cierpieniu?
-?O to ci chodzi? Myślisz, że wszyscy na świecie są tak źli jak ty? - rzucił mu w twarz Xie Lian.
Faktycznie, wielu ludzi zamiast szalonej radości ze znalezionego w końcu ratunku miało na twarzach wahanie. Podzielili się na kilka grup, nie mogąc dojść do porozumienia. Nikt też nie wystąpił naprzód, żeby złapać za czarny miecz. Jakby zrozumiał, o czym książę myśli, Biel bez Twarzy zaśmiał się i pokręcił głową.
-?Głupie dziecko, głupie dziecko. -?Westchnął.
Xie Lian odchylił głowę, by nie pozwolić mu się złapać.
-?Precz! -?ryknął.
-?Myślisz, że to dlatego, że nie chcą cię skrzywdzić? Błąd. Chcą. Po prostu żaden nie chce ruszyć pierwszy.
Pod ołtarzem nagle rozległ się krzyk. Szlochała tamta wytworna kobieta.
-?Dziecko! Moje dziecko!
Dziecko w jej ramionach płakało i płakało. Na jego pulchnym ramieniu pojawiło się kilka ciemnych, nierównych wybrzuszeń. Ludzie wokół nich natychmiast się rozstąpili.
-?Niedobrze! Dziecko się zaraziło!
Rodzice wyglądali na zrozpaczonych. Wymienili spojrzenia, podnieśli się i podeszli do ołtarza. Wyciągnęli czarny miecz, wsadzili go w rączkę dziecka i zaciskając zęby, dźgnęli Xie Liana. Miecz był niesamowicie ostry. Xie Lian poczuł przeszywający ból w podbrzuszu, a para już wyciągnęła ostrze z jego brzucha i z brzękiem upuściła je na ziemię.
-?Wybacz... Nasze dziecko jest jeszcze małe, naprawdę... Nie ma innego wyjścia. Wybacz, wybacz, wybacz...
Przepraszali i kłaniali się Xie Lianowi kilkakrotnie, a ich twarze były trupioblade. Z dzieckiem w ramionach zniknęli w tłumie. Krew gęstniała w gardle Xie Liana, już miał zwymiotować, gdy usłyszał, że Biel bez Twarzy chichocze szyderczo.
Zacisnął zęby i przełknął krew.
-?Z czego się śmiejesz? -?spytał. -?Myślisz, że zobaczyłeś to, co chciałeś zobaczyć? To ty ich do tego zmusiłeś!
Ognik w garści Bieli bez Twarzy zabłysnął jeszcze jaśniej.
-?Właśnie kiedy ludzie są do czegoś zmuszani, odsłaniają swoje prawdziwe oblicze -?odparł spokojnie demon.
Wśród setki ludzi był już jeden, który nie musiał się bać choroby szkaradnych obliczy. Ciemne ślady na ramieniu dziecka powoli znikały. Stojący wokół obserwatorzy przełknęli ślinę, nie odezwali się.
Minęła chwila w martwej ciszy, a znowu ktoś wystąpił. Młody mężczyzna.
Ociągając się, szedł w stronę ołtarza, kłaniając się raz po raz.
-?Wybacz mi, nie chcę tego, naprawdę nie chcę, ale nie mam wyjścia. Niedawno się ożeniłem, matka i żona czekają na mnie w domu... -?powiedział słabym głosem.
Mówił, mówił, ale nie mógł złożyć składnego zdania. Zamknął oczy, wziął w dłoń czarny miecz i dźgnął mocno w kierunku Xie Liana. Ponieważ ciął z zamkniętymi oczami, nie trafił, ugodził Xie Liana w bok. Podniósł powieki i zdał sobie sprawę, że to nie jest śmiertelna rana. Przerażony wyciągnął miecz i drżącą ręką dźgnął ponownie.
Xie Lian zacisnął zęby i nie wydał z siebie głosu. Ugodzony kilka razy jęknął cicho, a z ust pociekła mu krew. Naprawdę nie mógł umrzeć. Nie oznaczało to jednak, że zraniony nie czuł bólu. Dźwięk rozrywania ciała ostrzem, uczucie tarcia nim o kości, to sprawiało mu niewyobrażalny ból, doprowadzało na skraj szaleństwa. Pod tym względem nie różnił się od zwykłych ludzi.
Kiedy mężczyzna skończył, zszedł, tym razem się nie kłaniając. Na jego twarzy mieszały się poczucie winy i radość ocaleńca, trudno powiedzieć, czego było więcej. Nad tłumem znowu zaległa martwa cisza.
Minęło trochę czasu, a znów kilka osób z wahaniem chciało wstać, nie wiadomo, jakie powody podaliby tym razem. Ale nie zdążyli się podnieść, gdy nagle ktoś powiedział:
-?Naprawdę, nie mogę na to patrzeć.
Wszyscy spojrzeli w kierunku, z którego dobiegał głos. Trupioblady Xie Lian też podniósł wzrok. Był to tamten osiłek, uliczny artysta.
-?Robicie to, co każe wam ta dziwna kreatura? -?kontynuował. -?Moim zdaniem gada bzdury. A nawet jeśli to nie bzdury, to co? Skoro tamten nie może umrzeć, to znaczy, że nie popełniacie zbrodni?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki