Błogosławieństwo Niebios. Tom 6 - Mo Xiang Tong Xiu

-
Proszę czekać

Karty postaci

IMIĘ: Xie Lian

ALIASY: Hua Xie

PRZY­DOMKI: Książę, Który Raduje Bogów; Radu­jący Bogów, Kwietny Bóg-Wojow­nik, Kwietny Gene­rał/Gene­rał Hua

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Pawi­lon Xianle w sto­licy Nie­bios

MIEJ­SCE URO­DZE­NIA: Xianle (następca tronu)

DATA URO­DZE­NIA: 15 lipca

WZROST: 178 cm

ZNAKI SZCZE­GÓLNE: dwie Prze­klęte Obrę­cze

BROŃ: wstęga Ruoye

EKWI­PU­NEK: słom­kowy kape­lusz, zawie­szony na szyi pier­ścień

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: wnie­bo­wstą­pił trzy­krot­nie, dwu­krot­nie zde­gra­do­wany, jedna z Czte­rech Wiel­kich Legend

"Xie Lian nie odpo­wie­dział, pod­niósł tylko gałąź i zaczął ćwi­czyć sztukę mie­cza. Cho­ciaż nie miał w rękach praw­dzi­wego mie­cza, to pre­zen­to­wał się pięk­nie, a i przed­sta­wiana przez niego tech­nika zachwy­cała, dla­tego wielu ludziom się spodo­bało. Feng Xin stał z boku i obser­wo­wał, po chwili odwró­cił głowę. A Xie Lian bez cie­nia wstydu ani obawy dalej fech­to­wał.

-?Bez­na­dzieja! Nie da się na to patrzeć! -?dobie­gło nagle z tłumu.

[...]

Xie Lian lekko zwol­nił, spoj­rzał w dal. Zoba­czył w tłu­mie męż­czy­znę, który jadł melona i pluł pest­kami. Z pew­no­ścią wycze­ki­wał sen­sa­cji.

-?Przy­sze­dłem tu oglą­dać występy! -?krzyk­nął do Feng Xina. -?Będę mówił, co mi się podoba! Chce­cie od nas pie­nię­dzy, a śmie­cie nas pouczać? Zamień to na praw­dziwy miecz! Zamień, a roz­ważę, czy dać ci parę gro­szy!

Pozo­stali się przy­łą­czyli. Roz­gnie­wany Feng Xin już miał się rzu­cić do bicia, kiedy prze­mknęła koło niego biała postać. Xie Lian stał już przy tam­tym męż­czyź­nie, chwy­cił go i rzu­cił. Miał wielką siłę: męż­czy­zna poszy­bo­wał kil­ka­na­ście metrów w górę, a skórka melona upa­dła na zie­mię".

IMIĘ: Hua Cheng

PRZY­DOMKI: Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, San­lang

RAN­KING: arma­ge­don -?władca demo­nów

GDZIE GO SZU­KAĆ: Dom Gry lub Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy w Mie­ście Duchów, czę­sto prze­bywa w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku

WZROST: 190 cm

ZNAKI SZCZE­GÓLNE: opa­ska na pra­wym oku

BROŃ: zakrzy­wione ostrze losu Eming

EKWI­PU­NEK: dzwo­neczki przy butach, srebrne kar­wa­sze, wple­ciony w war­kocz czer­wony kora­lik

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

SPE­CJALNA UMIE­JĘT­NOŚĆ: srebrne motyle

"-?San­lang!!!

Echo jesz­cze brzmiało, gdy czy­jeś ramiona przy­cią­gnęły go do sie­bie i zamknęły w uści­sku. Xie Lian zesztyw­niał. Spoj­rzał w dół. Roz­luź­nił się dopiero, kiedy zoba­czył, że obej­mują go ręce w czer­wo­nych ręka­wach i srebr­nych kar­wa­szach.

-?Osza­leję! -?Przy jego uchu zabrzmiał głę­boki głos.

Usły­szaw­szy to, Xie Lian odwró­cił się gwał­tow­nie. Wziął twarz Hua Chenga w dło­nie i pocie­szał:

-?Nie sza­lej, nie sza­lej, już wysze­dłem!

Włosy Hua Chenga były w nie­ła­dzie, w oczach wciąż jesz­cze miał roz­pacz. Jed­nym ruchem zdjął i wyrzu­cił maskę, któ­rej Xie Lian nie mógł zerwać z twa­rzy. Xie Lian nie wie­dział, dla­czego cią­gle trzyma w dło­niach jego twarz. Robił to nie­świa­do­mie, pew­nie z zamia­rem pocie­sze­nia go albo jakby się bał, że tam­ten zamar­z­nie pod wpły­wem wia­tru i śniegu. W końcu długo prze­by­wał wewnątrz Pale­ni­ska, Hua Cheng musiał przez cały ten czas strzec kra­teru wul­kanu. Do środka weszli razem, ale gdy jeden z nich został nagle wyrzu­cony i nie miał poję­cia, co się działo w środku, czy może dzi­wić, że o mało nie osza­lał?

Hua Cheng mocno przy­tu­lił Xie Liana.

-?Nie mogłem wejść do Pale­ni­ska... -?powie­dział cicho".

IMIĘ: Ling Wen

PRZY­DOMKI: Czci­godna Ling Wen

ALIASY: Mini­stra Jie, Nan­gong Jie

RAN­KING: bóg

GDZIE JEJ SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jedna z Trzech Tru­cizn

"Wtem otwo­rzyły się drzwi Pawi­lonu Boskiego Wojow­nika. Nastrój natych­miast się zmie­nił i nie­bia­nie gotowi byli się rzu­cić sza­leń­czo w ich stronę, zamarli jed­nak w bez­ru­chu, widząc, kto w nich sta­nął. Drogę ucieczki blo­ko­wał im wysoki, ubrany w czerń męż­czy­zna, który roz­ta­czał ciężką atmos­ferę nie­pro­szo­nego gościa. Był to Ling Wen, oble­czony w Nie­śmier­telny Haft!

Tłum nie­bian nie wie­dział, co począć, i obser­wo­wał Ling Wena, który wszedł do pawi­lonu i klęk­nął przed Jun Wu.

-?Wasza Cesar­ska Mość -?powie­dział gło­sem peł­nym sza­cunku.

-?Zabierz się do tego. Wiesz, co robić -?odparł Jun Wu.

Ling Wen się uśmiech­nął.

-?Oczy­wi­ście, rozu­miem".

IMIĘ: Pei Ming

PRZY­DOMKI: Świe­tli­sty Gene­rał; Gene­rał, Który Zła­mał Miecz

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jeden z Trzech Tru­cizn, uwo­dzi­ciel, czczony jako bóg od spraw miło­snych, jedna z Czte­rech Wiel­kich Legend

"Z wnę­trza Świe­tli­stego Pawi­lonu dobie­gały wrza­ski, a zaalar­mo­wany Xie Lian pobiegł, żeby zba­dać sytu­ację. W środku pano­wał chaos!

Twarz Pei Minga była wręcz szara. Xuan Ji owi­nęła się wokół niego niczym wąż, opla­ta­jąc go cia­sno, jakby chciała się zawią­zać w supeł. Jej dłu­gie włosy opa­dały luźno, twarz była zie­lona, zęby ocie­kały krwią, ostrym wzro­kiem mie­rzyła Pei Minga, jakby chciała zato­pić w nim kły.

-?Mój! Mój! Jesteś mój! -?syczała".

IMIĘ: Jun Wu

PRZY­DOMKI: Władca Nie­bios, Pierw­szy Bóg-Wojow­nik Trzech Świa­tów, Cesarz Boski Wojow­nik

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: więk­szą część roku spę­dza na patro­lo­wa­niu gór i mórz

"W tej wła­śnie chwili przez gęste czarne chmury prze­biła się smuga bia­łego świa­tła, jakby coś zalśniło ponad nimi. Wraz z nią nie­zli­czone pro­mie­nie rażą­cej w oczy jasno­ści prze­biły czarne chmury i mściwe duchy. To białe świa­tło, tak ostre, że aż ośle­pia­jące, było dobrze znane wszyst­kim nie­bia­nom. Wypeł­niało i otu­lało całą Sto­licę Nie­śmier­tel­nych.

Przy­był Jun Wu!

Pro­mie­nie padały na mściwe duchy, które zni­kały jeden za dru­gim, jak chmury roz­pro­szone przez wiatr. Z obło­ków wyło­nił się bóg-wojow­nik w bia­łej zbroi, dzier­żący miecz. To naprawdę był on!

Wszy­scy poczuli ulgę.

-?Wasza Cesar­ska Mość, jed­nak przy­by­łeś! -?krzy­czeli jeden przez dru­giego".

IMIĘ: Yushi Huang

PRZY­DOMKI: Pani Desz­czu; Księż­niczka, Która Pod­cięła Sobie Gar­dło

RAN­KING: bóg

GDZIE JEJ SZU­KAĆ: kró­le­stwo Yushi

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jedna z Czte­rech Wiel­kich Legend

"W końcu przed Pawi­lo­nem Boskiego Wojow­nika poja­wiła się postać. Tao­istka w zie­lo­nych sza­tach sie­działa na wyso­kim czar­nym wole, a przy jej talii luźno wisiał miecz. Za nią szło kilku far­me­rów o róż­nej budo­wie i wzro­ście.

Przy­była Pani Desz­czu!

Xie Lian był nieco zasko­czony. Bio­rąc pod uwagę metody przez sie­bie sto­so­wane -?przy­naj­mniej już po tym, jak został nakryty -?Jun Wu powi­nien zabić każ­dego boga i nie­śmier­tel­nego, któ­rzy sta­nę­liby mu na dro­dze. Dla­czego więc dla Pani Wia­tru zro­bił wyją­tek?

Wszedł­szy do pawi­lonu, Pani Wia­tru ski­nęła im lekko.

-?Wasza Ksią­żęca Mość, Wasza Cesar­ska Mość, mam nadzieję, że pozo­sta­je­cie w dobrym zdro­wiu".

IMIĘ: Yin Yu

PRZY­DOMKI: Wysłan­nik Uby­wa­ją­cego Księ­życa

GDZIE GO SZU­KAĆ: Mia­sto Duchów

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: Prze­klęta Obręcz na pra­wym nad­garstku, shi­xiong boga-wojow­nika zachodu Quan Yizhena

"-?Yin Yu?

W pod­ło­dze, nie wia­domo kiedy, poja­wiła się dziura, a z niej wynu­rzył się Yin Yu. W dłoni trzy­mał ostry szpa­del, drugą ręką ocie­rał pot z czoła.

-?Tak, Wasza Ksią­żęca Mość, to ja. Jak dobrze, że się nie doko­pa­łem w złe miej­sce. Chodź, szybko!

Xie Lian cał­ko­wi­cie zapo­mniał, że Yin Yu miał magiczną broń -?szpa­del Pana Ziemi! Nie został też przez nikogo odkryty. Jak widać, igno­ran­cja wycho­dzi cza­sami na dobre. Xie Lian już miał go wycią­gnąć, kiedy jego ciało cof­nęło się mimo­wol­nie.

-?Wasza Ksią­żęca Mość? Coś się stało? -?zdzi­wił się Yin Yu".

IMIĘ: Quan Yizhen

PRZY­DOMKI: Jego Wyso­kość Qiy­ing, bóg-wojow­nik zachodu

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

"Nagle roz­legł się ryk, obwiesz­cza­jąc szarżę watahy czar­nych dzi­czych demo­nów zosta­wia­ją­cych za sobą chmurę pyłu. Na grzbie­cie odyńca pędzą­cego na czele sie­dział młody chło­pak, wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego. Wszy­scy pierz­chali w popło­chu, a on zmu­sił swo­jego nowego wierz­chowca, żeby jesz­cze szyb­ciej biegł w stronę posągu.

-?Qiy­ing, nie bie­gnij tak! -?zawo­łali szybko pasa­że­ro­wie.

Yin Yu na jego widok od razu dostał migreny, bez wąt­pie­nia wolałby przez trzy dni i trzy noce słu­chać krzy­ków Qi Ronga, niż zamie­nić jedno słowo z Quan Yizhe­nem. Natych­miast zało­żył maskę. Quan Yizhen miał jed­nak bystre oczy, od razu go zauwa­żył.

-?Shi­xiong?! -?zawo­łał gło­śno.

-?Wło­da­rzu, ja sobie pójdę -?powie­dział pospiesz­nie Yin Yu.

-?Nie bój się tak -?odparł Hua Cheng.

-?Nie. On naprawdę jest prze­ra­ża­jący!

Quan Yizhen popę­dził bied­nego demo­nicz­nego odyńca, pięć razy więk­szego od niego, i pognał w ich kie­runku.

-?Shi­xiong! -?krzyk­nął ponow­nie".

IMIĘ: Mu Qing

PRZY­DOMKI: Xuan­zhen, Bóg Sprzą­tacz

ALIASY: Fu Yao

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

MIEJ­SCE URO­DZE­NIA: Xianle

"Gigan­tyczny "Xie Lian" robił tak wiel­kie wra­że­nie, że patrząc na niego, trudno było dostrzec cokol­wiek innego. W zasięgu wzroku Mu Qinga była wyłącz­nie ta twarz.

-?Czy ja zwa­rio­wa­łem...?

Oczy Feng Xina też były sku­pione tylko na jed­nym.

-?Co to, do kurwy nędzy, jest?

Byli w takim szoku, że Xie Lian musiał krzyk­nąć kilka razy, zanim dostrze­gli, gdzie jest. Wtem Xie Lian poczuł uno­szący się w powie­trzu ostry zapach siarki. Odwró­cił się i zoba­czył, jak w sza­lo­nym tem­pie niebo pokry­wają czarne chmury i popiół.

-?Szybko, wsia­daj­cie, wywiozę was stąd!

Powoli wspi­nali się na ręce posągu, każdy szu­kał sobie miej­sca. Pei Ming i Yin Yu onie­mieli, ale zale­d­wie na moment. Feng Xin i Mu Qing już stali na ramio­nach posągu, cho­ciaż wciąż nie wie­rzyli wła­snym oczom.

[...]

-?W jaki spo­sób nim poru­szasz? -?docie­kał Mu Qing. -?Nie potrzeba do tego przy­pad­kiem dużo mocy? A czy ty cza­sem nie jesteś w ogóle jej pozba­wiony?"

IMIĘ: Feng Xin

PRZY­DOMKI: Nany­ang, Bóg Hoj­nie Obda­rzony, Bóg Hoj­nie Obda­rza­jący

ALIASY: Nan Feng

RAN­KING: bóg

GDZIE GO SZU­KAĆ: Wyż­sze Nie­biosa

MIEJ­SCE URO­DZE­NIA: Xianle

"Feng Xin wpa­try­wał się w niego okrą­głymi oczami. Przy­po­mniał sobie, że król i kró­lowa są za ścianą, ści­szył więc głos.

-?Ukra­dłeś to?

-?Nie patrz tak na mnie. Wszyst­kim jest ciężko, a z tym będzie lżej.

-?Ale nie musisz kraść! Możemy dawać uliczne występy!

-?Ile można na tym zaro­bić, żeby się utrzy­mać przy życiu? A jak robisz to cały dzień, to jesteś śmier­tel­nie zmę­czony.

Nie­pewny, czy się nie prze­sły­szał, Feng Xin chwiej­nie się cof­nął.

-?Jak to się stało, że tak się zmie­ni­łeś?

-?Jak? -?odparł Xie Lian, uno­sząc głowę.

-?Nie będę ci wyja­śniał! -?Feng Xin był roz­gnie­wany. -?Sam widzisz, jaki teraz jesteś! Nie pyta­łem cię już o tę sprawę z rabun­kiem, ale jakim cudem teraz jest jesz­cze gorzej?"

IMIĘ: Shi Qin­gxuan

PRZY­DOMKI: pan Wiatr

RAN­KING: czło­wiek

POWIĄ­ZA­NIA RODZINNE: Shi Wudu, Pan Wody [nie żyje]

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: hojny, łatwo nawią­zuje przy­jaź­nie

"-?Hej, hej! Słu­chaj­cie mnie wszy­scy! Słu­chaj­cie, nie gadać! Naj­pierw niech powie, o jaką sprawę cho­dzi.

Xie Lian odwró­cił się w stronę, skąd dobie­gły te słowa, i zoba­czył, że wypo­wie­dział je żebrak z chorą nogą. Miał poszar­pane ubra­nia, potar­gane włosy i brudną twarz, był wychu­dzony, trudno dostrzec, jak wła­ści­wie wyglą­dał. Głos jed­nak zda­wał się nale­żeć do kogoś mło­dego. Machał na zgro­ma­dzo­nych w świą­tyni, ale co dziwne, uży­wał tyko jed­nej ręki, co czy­niło jego ruchy nie­zgrab­nymi. Wyda­wało się, że żebracy go posłu­chali, wyzwi­ska uci­chły".

IMIĘ: Lan Chang

RAN­KING: demo­nica

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: matka Cuocuo, ducha płodu

"Wtem nie­opo­dal roz­brzmiał kolejny głos:

-?Cuocuo? Cuocuo?

Cichy odgłos stóp sta­wał się coraz gło­śniej­szy i zza ściany wyło­niła się drobna kobieca postać. Lan Chang.

Xie Lian wes­tchnął. Sto­licę Nie­śmier­tel­nych naprawdę opa­no­wały demony wszel­kiej maści!

Lan Chang w końcu dostrze­gła swoje dziecko na dachu.

-?Cuocuo! -?zaczęła go kar­cić. -?Mówi­łam ci, że masz się nie odda­lać. Nie znasz tego miej­sca, a jesz­cze tak tu jasno, że pra­wie ośle­płam! Bie­gasz i bie­gasz, a ja cią­gle muszę cię szu­kać... I jak tu skoń­czy­łeś?!

Spoj­rzała na tabliczkę nad pawi­lo­nem i cof­nęła się dwa kroki. Na widok jej reak­cji Xie Lian przy­po­mniał sobie, że pod sto­pami mieli Pawi­lon Nany­anga. I zamknię­tego w nim Feng Xina!

Lan Chang rów­nież musiała to wyczuć, ponie­waż jej twarz wykrzy­wił lekki gry­mas. Spoj­rzała na ducha płodu i upo­mniała go:

-?Po coś tu przy­lazł!"

IMIĘ: Qi Rong

PRZY­DOMKI: Zie­lony Demon, Nocny Wędro­wiec Zie­lo­nej Latarni, Książę Lustrza­nego Odbi­cia

RAN­KING: masa­kra -?władca demo­nów

GDZIE GO SZU­KAĆ: Kasz­ta­nowy Przy­by­tek na ziemi

POWIĄ­ZA­NIA RODZINNE: kuzyn Xie Liana, opę­tał ciało ojca Guziego

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

"-?O kurde, ha, ha, ha, Nie­biosa są jed­nak niczym! -?dobiegł ich sza­lony śmiech. -?I tak skoń­czyły pod moim butem!

Ten głos spra­wił, że cała trójka zamarła.

Do pokoju wpa­ro­wał męż­czy­zna w zie­lo­nej sza­cie i był to oczy­wi­ście nie kto inny jak Qi Rong! Wyglą­dało na to, że Jun Wu nie tylko zamknął wszyst­kich nie­bian w Sto­licy, lecz także pozwo­lił demo­nom, by robiły, co zechcą, a one oczy­wi­ście od razu zaczęły się pano­szyć i siać zamęt. Co samo w sobie było dość zabawne. Ale zabaw­niej­szy był Qi Rong, który od razu po wej­ściu do pokoju wyce­lo­wał pal­cem w Mei Nia­nqinga.

-?Ty prze­klęty dziadu! -?ryk­nął".

IMIĘ: Biel Bez Twa­rzy

ALIASY: Zguba w Bieli

RAN­KING: arma­ge­don

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: jeden z Czte­rech Gróz

"Biel bez Twa­rzy nie miał jed­nak zamiaru ucie­kać. Szedł nie za szybko, nie za wolno, nie­spiesz­nie, ale cią­gle wyprze­dza­jąc Xie Liana o sie­dem, osiem kro­ków. Xie Lian ruszył za nim, gdy przez głowę prze­mknęła mu pewna myśl. Sta­nął i się odwró­cił. Spo­strze­gł­szy, że książę już za nim nie idzie, Biel bez Twa­rzy rów­nież się zatrzy­mał.

-?Czemu za mną nie podą­żasz?

Xie Lian odwró­cił głowę.

-?Czyż nie chcesz po pro­stu mnie odcią­gnąć, żeby móc roz­sie­wać znów cho­robę szka­rad­nych obli­czy? Dla­czego miał­bym iść za tobą i ci to uła­twić?

-?Nie, mylisz się. Moim celem nie jest odcią­gnię­cie cię. Moim celem jesteś wła­śnie ty.

Cho­ciaż nosił smu­cącą się i śmie­jącą się maskę, Xie Lian, nie wie­dzieć czemu, wyczu­wał, że Biel się uśmie­cha.

[...]

-?Czego ty wła­ści­wie chcesz? -?spy­tał.

Zada­wał to pyta­nie nie­zli­czoną liczbę razy, zaczy­nał już tra­cić cier­pli­wość.

-?Mówi­łem ci, chcę, żebyś sta­nął u mego boku -?odparł Biel bez Twa­rzy".

IMIĘ: Mei Nia­nqing

RAN­KING: czło­wiek

ISTOTNE INFOR­MA­CJE: mistrz i nauczy­ciel Xie Liana

"Mei Nia­nqing nie był sam. Gdy Xie Lian otwo­rzył drzwi, wszy­scy odwró­cili się w jego stronę.

-?Mistrzu? -?wydu­kał zszo­ko­wany Xie Lian.

Mei Nia­nqing zer­k­nął na niego prze­lot­nie.

-?Pocze­kaj chwilę -?rzu­cił. -?Jak to moż­liwe, jak?!

Xie Lian i Hua Cheng stali w bez­ru­chu.

Mei Nia­nqing oraz trzy inne osoby roz­gry­wały wła­śnie par­tyjkę. Cho­ciaż te trzy osoby były w rze­czy­wi­sto­ści mar­twe -?zwy­kłe, nie­dbale wycięte papie­rowe ludziki -?trudno powie­dzieć, jakie prze­dziwne zaklę­cie je oży­wiło, a nawet spra­wiło, że grały w karty. A słowa Mei Nia­nqinga, które usły­szeli, wywo­łały wła­śnie roz­dane karty".

IMIĘ: Bez­i­mienny

RAN­KING: duch

"Wtem gdzieś z tyłu dobiegł głos:

-?Wasza Wyso­kość...

Odwró­cił się. Nie wia­domo kiedy, za ple­cami postaci w bieli poja­wił się mło­dzie­niec ubrany na czarno. Skło­nił mu się i przy­klęk­nął na jedno kolano. Xie Lian nazwał go "mło­dzień­cem", kie­ru­jąc się brzmie­niem jego głosu i syl­wetką. Wysoki chło­pak nosił schludny żoł­nier­ski mun­dur, syl­wetkę miał smu­kłą jak świeża łodyga bam­busa, nie stra­cił jesz­cze aury mło­dzień­czej nie­win­no­ści. Jego szaty były czarne jak atra­ment, rów­nie czarne włosy nosił zwią­zane. U pasa wisiała mu sza­bla, długa i smu­kła. Powoli pod­niósł głowę, twarz zasła­niała mu śnież­no­biała maska, na któ­rej wid­niał krzywy uśmiech".

Rozdział czwarty

Sto mie­czy prze­szywa serce, demon zemsty przyj­muje kształt

Nie wie­dział, jak długo wędro­wał wśród samot­nych gór i gęstych, sta­rych lasów. Mgła gęst­niała coraz bar­dziej.

Ze wszyst­kich stron czarne jak smoła drzewa wycią­gały w jego kie­runku pazu­rza­ste łapy. Wszyst­kie prze­chy­lały się do przodu, jakby na niego naci­skały, jakby zapra­szały go do wstą­pie­nia do kra­iny bez powrotu. Xie Lian w głębi ducha wie­dział, że nie czeka go nic dobrego, ale nie mógł się już wyco­fać. Musiał, wcze­śniej czy póź­niej, dopro­wa­dzić tę sprawę do końca. Dla­tego z mar­sową miną parł dalej. Szedł i szedł, aż we mgle przed nim zama­ja­czył jakiś świe­tli­sty kształt, jakby błysz­cząca ściana.

Xie Lian ni­gdy nie widział cze­goś takiego. Zmarsz­czył lekko brwi, zatrzy­mał się w pół kroku. A "ściana" zaczęła się powoli zbli­żać.

Zaalar­mo­wany odła­mał gałąź i cze­kał z nią w ręku, zwarty i gotowy. Kiedy "ściana" była już kilka metrów przed nim, zdu­miony dostrzegł, że to nie ściana, a nie­zli­czone błędne ogniki. Było ich tak dużo, że z daleka przy­po­mi­nały świe­tli­stą ścianę albo sieć. Cho­ciaż wyglą­dały tajem­ni­czo, nie wyda­wały się mieć złych zamia­rów. Uno­siły się tylko mil­cząco przed jego oczami i nie pozwa­lały iść dalej. Spró­bo­wał je omi­nąć, ale natych­miast zmie­niły kie­ru­nek i znów sta­nęły mu na dro­dze. Do jego uszu dobie­gły głosy:

-?Nie prze­chodź.

-?Nie idź dalej.

-?Czyha na cie­bie coś złego.

-?Zawróć, nie wolno ci dalej iść!

Głosy były przy­tłu­mione, lecz liczne, jak fala przy­pływu. Przy­pra­wiały o ciarki na ple­cach. Oto­czony przez nie Xie Lian zauwa­żył, że był wśród nich mil­czący, nie­zwy­kle jasno pło­nący ognik. I cho­ciaż wie­dział, że istoty takie jak błędne ogniki nie mają oczu, czuł na sobie jego palący wzrok. Wyglą­dało też na to, że ten duch jest naj­sil­niej­szy, pozo­stałe ogniki tylko za nim podą­żały.

-?Prze­puść­cie mnie -?powie­dział chłodno.

Ale ogniki się nie ruszyły.

-?Dla­czego nie pozwa­la­cie mi przejść?

Ognik nie odpo­wie­dział. A pozo­stałe naci­skały:

-?Nie idź.

Xie Lian nie miał zamiaru dalej się z nimi męczyć, roz­pro­szył je jed­nym gestem. Nie było to dru­zgo­czące ude­rze­nie, led­wie lekko roz­go­nił stwo­rzoną przez ogniki bary­kadę, jakby pło­szył świe­tliki albo złote rybki. Prze­szedł szybko, gałązki i suche liście miękko chrzę­ściły pod jego sto­pami. Zer­k­nął za sie­bie. Ogniki podą­żały za nim, jakby wciąż chciały spró­bo­wać go zatrzy­mać.

-?Nie idź­cie za mną -?ostrzegł je.

Naj­ja­śniej­szy ognik zigno­ro­wał jego słowa i wysfo­ro­wał się na czoło. Xie Lian wycią­gnął dłoń, jakby chciał ude­rzyć, i ode­zwał się groź­nie:

-?Jeśli na­dal będzie­cie za mną iść, zała­twię was tak, że ulecą z was dusze!

Wiele ogni­ków prze­stra­szyło się tej groźby, zami­go­tały i wyco­fały się lękli­wie. Ale ten na czele zawisł na chwilę w powie­trzu, po czym ruszył, trzy­ma­jąc się jakieś pięć kro­ków za nim. Jakby mówił: "Jest mi obo­jętne, czy wyrwiesz mi duszę". Albo jakby wie­dział, że książę tak naprawdę tego nie zrobi. Xie Liana ogar­nął nie­wy­tłu­ma­czalny gniew -?wcze­śniej wystar­czyło jedno jego słowo i żadna istota nie śmia­łaby go kło­po­tać, ucie­ka­łyby z pod­ku­lo­nymi ogo­nami. A teraz nie tylko ludzie ośmie­lali się go dep­tać, lecz nawet te małe błędne ogniki go nie słu­chały, nie trak­to­wały poważ­nie. Z gniewu aż zaczer­wie­niły mu się oczy.

-?Nawet ty, mały dra­niu, tak się zacho­wu­jesz... Wszy­scy tacy są... Bez wyjątku! -?mam­ro­tał pod nosem.

To tro­chę zabawne, wście­kać się z tak bła­hego powodu, ale był już u kresu wytrzy­ma­ło­ści. Ognik jed­nak, kiedy usły­szał te słowa, jakby zro­zu­miał, że Xie Lian jest jed­no­cze­śnie zagnie­wany i smutny. Już nie gnał przed sie­bie: zawisł w powie­trzu, a potem powoli się wyco­fał, wio­dąc za sobą kil­ku­set towa­rzy­szy. Po chwili wszyst­kie się roz­pły­nęły w mroku nocy.

Xie Lian ode­tchnął głę­boko, odwró­cił się i kon­ty­nu­ował swój marsz.

Prze­szedł może sie­dem­set, osiem­set kro­ków, gdy we mgle przed nim zama­ja­czyło coś jakby rogi okapu, wyglą­dało to na gór­ską świą­ty­nię. Xie Lian postą­pił naprzód, przyj­rzał się, a jego oczy zro­biły się ogromne.

To była... ksią­żęca świą­ty­nia.

Oczy­wi­ście opusz­czona i zruj­no­wana. Już dawno splą­dro­wali ją ban­dyci. Roz­bita na pół tablica z nazwą leżała na ziemi. Xie Lian przy­sta­nął na chwilę w progu, prze­stą­pił nad nią i wszedł do środka. Posągi znik­nęły, nie wia­domo, roz­bite, spa­lone czy zato­pione w morzu. Ołtarz świe­cił pust­kami, zresztą i tak pozo­stał po nim tylko sczer­niały pie­de­stał. Inskryp­cję "Ciało w pie­kle, dusza w raju" pokry­wało kil­ka­dzie­siąt rys, jakby ktoś pociął nożem twarz pięk­nej kobiety, zmie­nia­jąc jej obli­cze w ponury i prze­ra­ża­jący obra­zek. Xie Lian wstrzy­mał oddech. Usiadł na środku i cze­kał na poja­wie­nie się Bieli bez Twa­rzy. Wresz­cie po wypa­le­niu się jed­nego kadzi­dła z mgły na zewnątrz wyło­niła się postać. Coś z nią było nie tak, bra­ko­wało jej nie­spiesz­nej non­sza­lan­cji Zguby w Bieli, a jej kroki wyda­wały się szyb­kie, nie tak dys­kretne i nie­zau­wa­żalne jak u demona. Przy­bysz nie mógł więc być Bielą bez Twa­rzy. Ani nikim, kogo Xie Lian znał.

Kim więc był?

Xie Lian wytę­żył wszyst­kie zmy­sły, cze­ka­jąc, aż postać zatrzyma się przed świą­ty­nią. Wresz­cie mógł się jej dokład­nie przyj­rzeć. Roz­cza­ro­wał się. Przy­bysz nie odpo­wia­dał żad­nemu z jego prze­wi­dy­wań: jak­kol­wiek patrzeć, to zwy­kły podróżny. Żad­nych wska­zó­wek.

Xie Lian nie osła­bił jed­nak czuj­no­ści. Kto wie, może to Biel bez Twa­rzy w prze­bra­niu?

Spo­tka­nie z nie­zna­jo­mym w znisz­czo­nej świą­tyni w środku dzi­czy. Xie Lian patrzył nie­uf­nie na tam­tego, tam­ten patrzył nie­uf­nie na niego.

-?Tao­isto... -?ode­zwał się w końcu przy­bysz. -?Wiesz, co to za miej­sce?

Xie Lian zmarsz­czył lekko brwi.

-?Nie wiesz, co to za miej­sce? Jak tu tra­fi­łeś?

-?Zabłą­dzi­łem! -?odparł tam­ten. -?Krą­ży­łem i krą­ży­łem, ale nie mogłem wyjść.

W głębi duszy Xie Lian wie­dział, że przy­bysz zde­cy­do­wa­nie nie zabłą­dził. Jeśli nie był prze­bra­nym Zgubą w Bieli, to naj­praw­do­po­dob­niej został tu jakoś zwa­biony.

-?Już nie szu­kaj, i tak nie wyj­dziesz -?stwier­dził.

-?Co? O czym ty mówisz?

Ale Xie Lian nie odpo­wie­dział, sie­dział dalej. Jeżeli zwa­bił ich tu Biel bez Twa­rzy, to nie ma co się gorącz­ko­wać, nikomu nie pozwoli odejść, można tylko spo­koj­nie cze­kać na jego ruch.

Zmę­czony drogą przy­bysz usiadł obok, by ode­tchnąć. Mil­czeli obaj. Minęła chwila i z mgły znowu ktoś się wyło­nił. Też zbłą­kany wędro­wiec. Pod­szedł do świą­tyni. Zoba­czył, że w środku są ludzie, więc pospie­szył do nich.

-?Sza­nowni pano­wie! Wie­cie, co to za miej­sce?

Podróżni zaczęli roz­ma­wiać, a w Xie Lia­nie zakieł­ko­wała wąt­pli­wość.

To nie koniec. Ktoś jesz­cze tu przyj­dzie.

Rze­czy­wi­ście, nie minęła godzina, a do świą­tyni zeszło się kil­ka­dzie­siąt osób. Męż­czyźni, kobiety, sta­rzy i mło­dzi, podró­żu­jący samot­nie i w gru­pie albo z rodzi­nami. Więk­szość się zgu­biła, ale na naj­róż­niej­sze i dzi­waczne spo­soby. Nie­któ­rym przy­da­rzyło się to, kiedy spa­ce­ro­wali ulicą. Wręcz nie do pomy­śle­nia. Xie Lian dostrzegł nawet ulicz­nego arty­stę, z któ­rym rywa­li­zo­wał na roz­łu­py­wa­nie kamieni na klatce pier­sio­wej. Nie wyglą­dał naj­le­piej, chyba pod­czas ich zawo­dów odniósł poważne rany. Wymie­nili spoj­rze­nia. W mil­cze­niu ski­nęli do sie­bie. Wszy­scy byli zwy­kłymi ludźmi, co wię­cej, ludźmi, któ­rych Biel bez Twa­rzy umyśl­nie zwa­bił do sta­rego lasu. Dzwo­nek w gło­wie Xie Liana dono­śnie dźwię­czał na alarm, ale on sam pozo­stał nie­wzru­szony. Wycią­gnął z rękawa zimną bułeczkę na parze i nie­chęt­nie wziął kęs, nie­chęt­nie prze­żuł, po czym rów­nie nie­chęt­nie prze­łknął. Musiał oszczę­dzać siły tak bar­dzo, jak to moż­liwe, bo wkrótce mogło dojść do wiel­kiej bitwy.

Po godzi­nie zarówno w środku, jak i na zewnątrz świą­tyni tło­czyli się "zagu­bieni". Xie Lian dys­kret­nie ich poli­czył, było to około stu osób. Nikomu nie udało się wyjść z lasu. Im wię­cej ludzi, tym więk­szy się robił gwar. Ludzie gadali jeden przez dru­giego.

-?Ty też zna­la­złeś się tutaj nie wia­domo skąd? Naprawdę prze­ra­ża­jąca sprawa!

-?Może powin­ni­śmy jesz­cze poszu­kać? -?zapro­po­no­wał ktoś.

-?Idźmy, idźmy! -?zawtó­ro­wał ktoś inny. -?Nie wie­rzę, tylu ludzi, a nikt nie może wyjść?

Sie­dzący w kącie Xie Lian pod­niósł głowę.

-?Cokol­wiek byście pró­bo­wali, to bez sensu. Nie wyj­dzie­cie.

Wszyst­kie oczy skie­ro­wały się na niego.

-?Dla­czego?

-?Bo wszyst­kich was przy­wio­dła tu pewna demo­niczna istota -?odparł chłodno. -?Wszy­scy jeste­ście jego zabaw­kami. Dla­czego miałby was tak po pro­stu wypu­ścić?

Nie­któ­rzy posą­dzali go o sia­nie paniki, inni twier­dzili, że jest dzi­wa­kiem, a jesz­cze inni prze­ko­ny­wali, żeby go nie lek­ce­wa­żyć.

-?Kim jesteś? Na jakiej pod­sta­wie tak mówisz? -?spy­tał ktoś z tłumu.

-?Przy­szedł pierw­szy. Kiedy tu dotar­łem, już tu sie­dział.

-?Dziwne, dziwne...

-?No wła­śnie, jesz­cze zasła­nia twarz.

-?Masz jakiś dowód?

-?Nie mam -?odparł Xie Lian miękko. -?Może­cie wie­rzyć lub nie. Ta istota raczej nie zapro­siła was tu na obiad. Chyba nie muszę wam przy­po­mi­nać, żeby­ście byli ostrożni?

Jesz­cze nikt nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, a z zewnątrz dobiegł ich odgłos pędzą­cych w sza­lo­nej ucieczce kro­ków. Wszy­scy od razu się oży­wili.

-?Znowu ktoś idzie!

Kilka osób wyszło na zewnątrz, żeby spraw­dzić, ale ledwo opu­ścili świą­ty­nię, już pospiesz­nie do niej wra­cali. Odgło­sowi kro­ków towa­rzy­szył bowiem dziki wrzask. Nie przy­po­mi­nał dźwięku, jaki zdo­łałby wydo­być z sie­bie czło­wiek. Wszy­scy obecni poble­dli i jak jeden mąż cof­nęli się w głąb świą­tyni.

-?O matko, co to za czło­wiek? Czy raczej: cóż to za dzika bestia?

Postać we mgle zbli­żała się coraz bar­dziej.

-?Nie, to z pew­no­ścią jest czło­wiek! -?Xie Lian zmru­żył oczy.

Męż­czy­zna pędził w ich stronę, krzy­cząc i trzy­ma­jąc się obiema dłońmi za twarz. Biegł do świą­tyni. Xie Lian prze­ci­snął się przez tłum, żeby zoba­czyć, co się wła­ści­wie dzieje. Wyda­wało się, że męż­czy­zna ma zamknięte oczy. Wpadł pro­sto na rosnące przy wej­ściu drzewo. Roz­legł się łomot, odrzu­ciło go na kilka metrów, po czym padł nie­przy­tomny.

Tłum aż pod­sko­czył prze­stra­szony i ści­snął się wewnątrz świą­tyni.

-?Co... co się z nim stało? -?dopy­ty­wali nie­spo­koj­nie ludzie, wycią­ga­jąc szyje.

Kilku odważ­niej­szych, wli­cza­jąc w to ulicz­nego sztuk­mi­strza, chciało wyjść spraw­dzić sytu­ację, ale Xie Lian natych­miast ich zatrzy­mał.

-?Nie zbli­żać się!

Aż pod­sko­czyli, prze­stra­szeni suro­wo­ścią jego tonu.

-?To co mamy robić? Ma tam tak leżeć?

-?Pójdę spraw­dzić -?odparł Xie Lian.

-?Powi­nie­neś uwa­żać...

Xie Lian ski­nął głową, powoli pod­szedł do drzewa i kuc­nął. Chciał wła­śnie ode­rwać dło­nie męż­czy­zny od jego twa­rzy, kiedy ten nagle pod­sko­czył i wydał z sie­bie podwójny wrzask.

Tak, podwójny. Jed­no­cze­śnie bowiem krzy­czały dwa głosy. Jeden z nich wydo­by­wał się z gar­dła męż­czy­zny, drugi zaś z... z twa­rzy, która wyro­sła na jego twa­rzy.

Cho­roba szka­rad­nych obli­czy!

Ciało Xie Liana pokryło się gęsią skórką, jego źre­nice się zwę­ziły. Zebrani w świą­tyni też zdę­bieli, prze­ra­żeni tym strasz­nym wido­kiem. Nagle czło­wiek ten zerwał się na równe nogi, roz­ło­żył ręce i już miał wbiec w tłum, gdy Xie Lian, który na szczę­ście miał bystre oko i zręczne dło­nie, jed­nym cio­sem odrzu­cił go na kilka metrów. Xie Lian cof­nął się i zablo­ko­wał wej­ście do świą­tyni. Zza jego ple­ców docho­dziły prze­ra­żone krzyki:

-?To ta cho­roba nie wystę­puje tylko w kró­lew­skim mie­ście? Zgi­nęło tylu ludzi, zaraza nie powinna już znik­nąć?

-?To nie może być prawda! To oszu­stwo!

-?On naprawdę ma na twa­rzy drugą twarz?

Bar­dziej prze­ra­ża­jące były krzyki, które chwilę póź­niej zaczęły dobie­gać ze wszyst­kich stron. Kil­ka­na­ście osób zbli­żało się na chwiej­nych nogach.

Nie trzeba było nawet na nie patrzeć, by to zro­zu­mieć: wszyst­kie były zara­żone!

-?Wszy­scy ucie­kać! -?krzyk­nął ktoś. -?Roz­dzielmy się! Nie pozwól­cie im podejść bli­żej!

-?Nie roz­dzie­laj­cie się! -?zawo­łał Xie Lian. -?Nie wia­domo, ilu ich jesz­cze zostało w lesie! Jeśli jest ich tam wię­cej, to koniec!

-?To co robić?

-?Nie możemy tu zostać, poda­li­śmy się im jak na tale­rzu!

-?Mamy cze­kać na śmierć?!

Gałąź, którą Xie Lian uła­mał po dro­dze, wciąż tkwiła za jego paskiem. Wycią­gnął ją i chwy­cił jak miecz.

-?Uspo­kój­cie się, nie podejdą tu -?zapew­nił. -?To ja decy­duję, czy będą mogli podejść bli­sko!

To była prze­cież jego domena, ksią­żęca świą­ty­nia!

-?Ty...

Nie cze­ka­jąc na kolejne pyta­nia, wypadł na zewnątrz. Kil­koma ruchami gałęzi poło­żył zara­żo­nych. Xie Lia­nowi nie przy­spo­rzyło to naj­mniej­szych trud­no­ści. Nie zdo­łali się nawet do niego zbli­żyć. Prze­ra­żeni ludzie w świą­tyni wstrzy­mali oddech, ale kiedy zoba­czyli, że odniósł zwy­cię­stwo, jeden przez dru­giego wzno­sili rado­sne okrzyki i skła­dali podzię­ko­wa­nia. Z głębi ciem­nego lasu, nie wie­dzieć kiedy, nad­le­ciały liczne błędne ogniki. Tań­czyły w powie­trzu, może poma­gały odga­niać zara­żo­nych? Xie Lian nie czuł jed­nak, że chcą mu prze­szko­dzić. Zato­czył krąg, po czym kie­ro­wany przy­zwy­cza­je­niem chciał scho­wać miecz do pochwy i dopiero gdy jego ręce natra­fiły na pustkę, zdał sobie sprawę, że w dłoni trzyma nie miecz, a gałąź. Zgłu­piał na moment. Chwilę póź­niej zauwa­żył, że macha do niego ubrana na biało postać. Krew wciąż wrzała w nim po walce, od razu więc rzu­cił się w pogoń.

-?Nawet nie myśl o ucieczce!

Chmara ogni­ków leciała za nim, jakby chciała oświe­tlić mu drogę. Biel bez Twa­rzy nie miał jed­nak zamiaru ucie­kać. Szedł nie za szybko, nie za wolno, nie­spiesz­nie, ale cią­gle wyprze­dza­jąc Xie Liana o sie­dem, osiem kro­ków. Xie Lian ruszył za nim, gdy przez głowę prze­mknęła mu pewna myśl. Zawró­cił. Spo­strze­gł­szy, że książę już za nim nie idzie, Biel bez Twa­rzy rów­nież się zatrzy­mał.

-?Czemu za mną nie podą­żasz?

Xie Lian odwró­cił głowę.

-?Czyż nie chcesz po pro­stu mnie odcią­gnąć, żeby móc roz­sie­wać znów cho­robę szka­rad­nych obli­czy? Dla­czego miał­bym iść za tobą i ci to uła­twić?

-?Nie, mylisz się. Moim celem nie jest odcią­gnię­cie cię. Moim celem jesteś wła­śnie ty.

Cho­ciaż nosił smu­cącą się i śmie­jącą się maskę, Xie Lian, nie wie­dzieć czemu, wyczu­wał, że Biel się uśmie­cha.

Wywa­bia­nie go fak­tycz­nie nie miało sensu. Jeśli Biel bez Twa­rzy chciał znowu roz­sie­wać zarazę, mógł to robić gdzie­kol­wiek, a Xie Lian nie zdo­łałby mu prze­szko­dzić. Dla­czego miałby to robić aku­rat w górach, w dzi­czy?

-?Czego ty wła­ści­wie chcesz? -?spy­tał.

Zada­wał to pyta­nie nie­zli­czoną liczbę razy, zaczy­nał już tra­cić cier­pli­wość.

-?Mówi­łem ci, chcę, żebyś sta­nął u mego boku -?odparł Biel bez Twa­rzy.

Xie Lian wycią­gnął gałąź i wyce­lo­wał w niego. Cho­ciaż nie mógł nią nikogo wystra­szyć, a wręcz ocie­rało się to o śmiesz­ność, w tej chwili była to jedyna broń, jaką miał. Naj­ja­śniej­szy błędny ognik osiadł na czubku gałęzi, doda­jąc pod­nio­sło­ści jego posta­wie.

-?Co niby mam zro­bić u twego boku? Zabić cię? -?spy­tał Xie Lian surowo.

Zguba w Bieli zaśmiał się cicho.

-?Wasza Ksią­żęca Mość, pozwól, że cię nauczę -?powie­dział łagod­nie.

Dla Xie Liana sytu­acja była zarówno komiczna, jak i nie­zwy­kle draż­niąca.

-?Niby czemu sądzisz, że jesteś godzien cze­goś mnie uczyć? Moim nauczy­cie­lem był Mistrz Xianle, za kogo ty się masz? -?par­sk­nął.

Biel bez Twa­rzy poki­wał pal­cem.

-?Znowu błąd. Wasza Ksią­żęca Mość, nale­ża­łoby rzec, że na tym świe­cie jedy­nie ja jestem godny cię uczyć. Spójrz, jak dobrze przy­swo­iłeś to, czego cię uczy­łem.

-?Czego mnie nauczy­łeś? -?roz­gnie­wał się Xie Lian. -?Co to za bzdury? Nic nie rozu­miem!

-?Pierw­szym, czego cię nauczy­łem, było to, że na świe­cie ist­nieje wiele rze­czy, nad któ­rymi nie masz kon­troli. -?Demon zaśmiał się szy­der­czo.

W gło­wie Xie Liana poja­wił się chaos obra­zów i gło­sów. W końcu książę zaci­snął zęby i dźgnął "mie­czem". Biel bez Twa­rzy bez wysiłku zro­bił unik.

-?A dru­gim... -?Chwy­cił Xie Liana tak gwał­tow­nie, że ten się zachwiał i pra­wie runął. Poczuł, jak ręka demona gła­dzi go po gło­wie. -?Chcesz rato­wać zwy­kłych ludzi? Nie potrze­bują two­jej pomocy. Nie zasłu­gują na nią.

Ruchy Xie Liana znowu zwol­niły: strą­cił z sie­bie jego dłoń, drugą ręką znów pró­bo­wał go dźgnąć. Zguba w Bieli z trza­skiem zła­mał jego gałąź, w oka­mgnie­niu zna­lazł się za nim i przy­ci­snął zim­nymi pal­cami punkt z tyłu głowy Xie Liana. Xie Lian zesztyw­niał. Czuł, jakby tam­ten miał się zaraz prze­bić mu przez czaszkę. Za nim roz­brzmiał głos:

-?Jeśli nie sta­niesz po mojej stro­nie, ni­gdy mnie nie poko­nasz, zawsze cię zwy­ciężę.

Xie Lian ode­tchnął kilka razy.

-?Nie­do­cze­ka­nie! -?zapo­wie­dział niskim gło­sem. -?To teraz nie mogę z tobą wygrać -?cedził słowo za sło­wem, wal­cząc z bólem. -?Możesz mnie poko­nać nie­zli­czoną ilość razy, ale mnie nie zabi­jesz. A jeżeli mnie nie zabi­jesz, nadej­dzie dzień, kiedy to ja poko­nam cie­bie!

Na te słowa błędny ognik poja­śniał jesz­cze bar­dziej, jakby chciał roz­świe­tlić noc.

-?Nie zabiję cię? -?spy­tał Biel bez Twa­rzy po chwili mil­cze­nia.

Xie Lian wstrzy­mał oddech.

Tak naprawdę nie wie­dział, do jakiego stop­nia nie­śmier­telne ciało, które dał mu Jun Wu, jest w sta­nie go chro­nić. Co, jeśli Zguba w Bieli w gnie­wie naprawdę roz­trza­ska mu głowę? Czy to prze­żyje?

-?Rze­czy­wi­ście, nie mogę cię zabić -?mówił cicho Biel bez Twa­rzy. -?Nie mam nawet takiego zamiaru. Ale nie bądź zbyt pewny sie­bie. Żebyś póź­niej nie żało­wał.

Żało­wać? Dla­czego miałby żało­wać?

Zanim Xie Lian zdą­żył zro­zu­mieć, cios w szyję pogrą­żył go w ciem­no­ści.

W mroku widział tylko pły­nące z daleka świa­tło i wyczu­wał cie­pło. Podą­żył za nimi. Powoli się budził.

Ostroż­nie otwo­rzył oczy. Pierw­szą rze­czą, jaką zoba­czył, był błędny ognik. Wyglą­dało na to, że świa­tło i cie­pło, jakie poczuł pod­czas omdle­nia, pocho­dziły wła­śnie od niego.

Kiedy ognik dostrzegł, że Xie Lian się ock­nął, zbli­żył się tro­chę, po czym znów nieco odda­lił, jakby pomy­ślał, że skra­ca­nie dystansu z czło­wie­kiem to nic dobrego. Xie Lian odniósł wra­że­nie, że ten ognik nie był zwy­czajny. O ile się nie mylił, to wła­śnie on pró­bo­wał wcze­śniej zajść mu drogę. Chciał wycią­gnąć do niego rękę, ale... nie był w sta­nie. Co zdu­miało Xie Liana tak, że w jed­nej chwili cał­ko­wi­cie oprzy­tom­niał. Spoj­rzał w dół i zro­zu­miał: nie mógł wycią­gnąć rąk, bo miał je zwią­zane.

Leżał skrę­po­wany na znisz­czo­nym pie­de­stale. Pod ołta­rzem tło­czyli się ludzie, któ­rzy wpa­try­wali się w niego sze­roko otwar­tymi oczami.

Dla­czego się tak gapili?

Do oszo­ło­mio­nego Xie Liana dotarły przy­ci­szone głosy:

-?Bar­dzo podobny...

-?Nie jest podobny... jest iden­tyczny!

-?To naprawdę on?

-?Ty jesteś... tym księ­ciem? -?spy­tał ktoś bez­po­śred­nio.

-?Nie jestem -?rzu­cił odru­chowo.

Ledwo padły te słowa, zdał sobie sprawę, że biały jedwab zasła­nia­jący jego twarz nie wia­domo kiedy opadł. I że to wła­śnie nim został zwią­zany. I że wszy­scy mogli zoba­czyć jego twarz.

Serce pode­szło mu do gar­dła. Z wysił­kiem pod­niósł wzrok, żeby napo­tkać ich spoj­rze­nia. Nie wie­dział, czy to tylko jego wyobraź­nia, zda­wało mu się jed­nak, że ludzie patrzą na niego bar­dzo dziw­nie. Ale to nic takiego, pew­nie cho­dziło o obecną trudną sytu­ację. W ich spoj­rze­niach nie było nie­chęci ani gniewu, któ­rych się spo­dzie­wał.

Chwilę póź­niej na zewnątrz roz­le­gły się nie­ludz­kie wrza­ski.

Xie Lian zmu­sił się do odwró­ce­nia głowy. Krzy­czeli zara­żeni, któ­rych przed­tem powa­lił. Nie wia­domo kiedy powstali, a ich liczba zwięk­szyła się kil­ku­krot­nie. Oto­czyli świą­ty­nię, trzy­ma­jąc się za ręce i for­mu­jąc krąg. Okrą­żali ją, wrzesz­cząc, jakby odpra­wiali jakiś straszny rytuał, jakiś sza­lony taniec demo­nów. W środku sku­lili się prze­ra­żeni ludzie. Jakieś dziecko się roz­pła­kało, rodzice wzięli je w ramiona i zasło­nili mu oczy i uszy. Nie było twa­rzy, na któ­rej nie malo­wa­łoby się prze­ra­żenie.

-?Co robić? Co robić?

-?Wtar­gną tu...?

-?Nawet jeśli nie, to są tak bli­sko, że możemy się zara­zić... Co, jeżeli zacho­ru­jemy?

Xie Lian z całych sił pró­bo­wał się uwol­nić, ale więzy nie roz­luź­niły się ani tro­chę, wyglą­dało na to, że ktoś przy nich mani­pu­lo­wał, pew­nie użyto magii. Szar­pał się, aż na czoło wyszły mu sine żyły.

-?Biel bez Twa­rzy! -?ryk­nął.

Nikt nie odpo­wie­dział, ale zimna ręka pokle­pała go po gło­wie. Zamarł, zje­żyły mu się wło­ski na karku. Odwró­cił głowę i aż ścier­pła mu skóra.

Nic dziw­nego, że ludzie patrzyli na niego w taki spo­sób. Nie tylko miał odsło­niętą twarz, lecz także za nim w ciem­no­ści stał Zguba w Bieli! Mając przed sobą tę nie­zwy­kłą postać w bieli, nikt nie odwa­żył się oddy­chać, a co dopiero podej­mo­wać jakieś pochopne dzia­ła­nia. Biel bez Twa­rzy potrak­to­wał ich jak powie­trze, na oczach wszyst­kich pomógł Xie Lia­nowi się pod­nieść. Xie Lian sie­dział teraz na ołta­rzu jak żywy posąg spę­ta­nego boga. Mógł poru­szać tylko oczami i głową, poza tym nie był w sta­nie nic zro­bić. Cho­ciaż przed­sta­wiał sobą bar­dzo nie­po­ko­jący widok, jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jące były dobie­ga­jące z zewnątrz krzyki zara­żo­nych. Spoj­rze­nia zebra­nych szybko powę­dro­wały w tamtą stronę.

-?Sły­sza­łem... sły­sza­łem... że ludzie, któ­rzy miesz­kają na jed­nym obsza­rze, mogą się zara­zić, a ta cho­roba roz­prze­strze­nia się bar­dzo szybko! - wymam­ro­tał ktoś. -?Są tak bli­sko, że na pewno... na pewno!

Na myśl o tym, z jak dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa mogą się zara­zić tą prze­ra­ża­jącą cho­robą, wewnątrz świą­tyni zapa­no­wały roz­pacz i bez­na­dzieja.

-?Może wyślemy paru ludzi na zewnątrz, żeby ubili kilka tych dzi­wa­deł, a reszta w tym cza­sie uciek­nie? -?zapro­po­no­wał ktoś.

Nie mówiąc już o tym, czy zdo­ła­liby poko­nać taką liczbę zara­żo­nych, to wda­jąc się z nimi w walkę, rów­nież mogli się zara­zić. To ozna­czało poświę­ce­nie się dla rato­wa­nia pozo­sta­łych. Oczy­wi­sty wyrok śmierci. Kto zechciałby się pod­jąć takiego zada­nia? Nikt. Xie Lian może by i chciał, ale pozo­sta­wał pod kon­trolą Bieli bez Twa­rzy. I cho­ciaż mógł jed­nym cio­sem poło­żyć sied­miu czy ośmiu, to w przy­padku sie­dem­na­stu czy osiem­na­stu ktoś z pew­no­ścią zdo­łałby się prze­śli­zgnąć. Co ozna­czało, że jacyś zara­żeni dosta­liby się do świą­tyni. A zabić Zgubę w Bieli? Nie ma co o tym myśleć, to tylko mrzonki.

Ale teraz ktoś musiał uspo­koić tłum. Xie Lian sku­pił się i powie­dział:

-?Nie pani­kuj­cie! Nie tak szybko, mamy jesz­cze czas, żeby coś wymy­ślić.

"Nie tak szybko" jed­nak nie wystar­czy, by pod­nieść ludzi na duchu.

Tę bez­na­dzieję prze­rwał nie­spo­dzie­wa­nie Biel bez Twa­rzy.

-?Cho­robę szka­rad­nych obli­czy można leczyć.

Na te słowa ludzie jak jeden mąż pod­nie­śli głowy.

-?Można leczyć? Jak?

Serce Xie Liana się zatrzy­mało.

-?Spy­taj­cie Jego Ksią­żęcą Mość. On zna ten spo­sób -?odparł spo­koj­nie Zguba w Bieli.

Sto par oczu jed­no­cze­śnie zwró­ciło się ku Xie Lia­nowi. Spoj­rze­nia kłuły tak, że aż się cof­nął, ale Biel bez Twa­rzy popchnął go do przodu.

-?Wasza Wyso­kość, naprawdę to wiesz? -?spy­tało z nadzieją kilku obec­nych.

Xie Lian nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, kiedy ode­zwał się pod­eks­cy­to­wany głos:

-?Prze­cież sły­sza­łem, on to wie!

-?Skoro wie, to czemu kró­lew­skie mia­sto... Skoro wie, to dla­czego nam nie mówi? -?wąt­pił ktoś inny.

-?Wasza Ksią­żęca Wyso­kość, powiedz nam!

-?Nie wiem! -?zaprze­czył natych­miast Xie Lian.

-?Kła­mie -?odpa­ro­wał Zguba w Bieli.

Wście­kły Xie Lian chciał znów zaprze­czyć, ale bał się, że tam­ten powie o jedno słowo za dużo. Miał jed­nak prze­czu­cie, że czy się przy­zna, czy nie, Biel bez Twa­rzy i tak to zdra­dzi. Wal­czył ze sobą chwilę, po czym powie­dział bez­sil­nie:

-?Ten spo­sób... nie ma go. Jest daremny!

Ludzie zdę­bieli, ale po chwili znów wybu­chła wrzawa.

-?Jak to daremny? Skąd mamy to wie­dzieć, jeśli nam o nim nie powiesz?

"Nie mogę tego powie­dzieć", pomy­ślał Xie Lian, a czoło oblał mu zimny pot. "Nie mogę!"

Jeżeli to wyj­dzie na jaw, wszystko skoń­czone, wszystko stra­cone!

-?To nasze być albo nie być, czemu niby nie możesz powie­dzieć?! - krzy­czał ktoś. -?Nie powiesz, to wszy­scy tu umrzemy!

-?Ja wam powiem -?oznaj­mił łagod­nie Zguba w Bieli.

-?Zamknij się! -?wrza­snął gniew­nie Xie Lian.

Oczy­wi­ście jego groźby nie miały żad­nej mocy. Biel bez Twa­rzy udał, że nic nie sły­szy.

-?Wie­cie, kto w kró­lew­skim mie­ście i wokół niego naj­rza­dziej zapada na tę cho­robę?

Ludzie patrzyli na niego, drżąc ze stra­chu. Nie ośmie­lali się zbli­żyć, ale nie mogli się powstrzy­mać, by nie pytać:

-?Kto... kto taki?

-?Żoł­nie­rze -?odparł Zguba w Bieli.

Stało się.

-?A wie­cie, dla­czego aku­rat żoł­nie­rze? -?kon­ty­nu­ował bez­li­to­śnie. -?Bo więk­szość żoł­nie­rzy zro­biła coś, czego nie robią zwy­czajni ludzie. Dla­tego to zwy­czajni ludzie się zara­żają.

Oczy zebra­nych robiły się coraz więk­sze, nie śmieli nawet prze­łknąć śliny.

-?Co takiego zro­bili?

Xie Lian rzu­cił się w jego kie­runku, ale na próżno. Biel bez Twa­rzy roze­śmiał się tylko i jed­nym cio­sem go ode­pchnął.

-?No, cóż takiego?

-?Zabili -?wyszep­tał Xie Lian.

Stało się!

Jed­nak to powie­dział. Xie Lian padł jak spa­ra­li­żo­wany na ołtarz, jego serce osu­nęło się w lodową cze­luść.

-?Zabić? -?zaczęli roz­py­ty­wać zszo­ko­wani ludzie. -?Trzeba zabić, żeby nie zacho­ro­wać? Zabi­cie czło­wieka może wyle­czyć z tej cho­roby?

-?To musi być oszu­stwo!

Naj­strasz­niej­sze było to, że nie. Że to nie oszu­stwo!

To bole­sna prawda. Xie Lian sam to spraw­dził: ci, któ­rzy mieli krew na rękach, ci, któ­rzy ode­brali życie, nie zara­żali się cho­robą szka­rad­nych obli­czy! Ludzie też żadną miarą się nie spo­dzie­wali, że waru­nek będzie wła­śnie taki. Zamarli. Potem jeden przez dru­giego zaczęli pytać:

-?Czy to ma sens?

-?Już wcze­śniej wyda­wało mi się to dziwne... Wygląda na to, że... Naprawdę zaraza nie roz­prze­strze­nia się wśród żoł­nie­rzy! Oba­wiam się, że to może być prawda!

-?To prawda!

-?Ale czy to zna­czy, że aby nie zacho­ro­wać, musimy kogoś zabić?

-?Kogo?

Czło­wiek, który zadał to pyta­nie, natych­miast zna­lazł się pod ostrza­łem.

-?Jakie znów "kogo"? Chyba nie zamie­rzasz naprawdę kogoś zabić?

Tam­ten nie śmiał już powie­dzieć ani słowa. Ale w tych set­kach par oczu poza czy­stym stra­chem i bez­sil­no­ścią było coś jesz­cze, coś nie­uchwyt­nego i nie­po­ko­ją­cego. Takiej sytu­acji Xie Lian naj­bar­dziej miał nadzieję nie doświad­czyć. Jeśli wieść o tym, jak unik­nąć cho­roby szka­rad­nych obli­czy, pój­dzie w świat, nie­chyb­nie coś się wyda­rzy.

Ludzie zaczną się wza­jem­nie mor­do­wać!

Wła­śnie z tego powodu Xie Lian nie chciał nikomu powie­dzieć, że odkrył spo­sób na powstrzy­ma­nie cho­roby. Wystar­czy zabić czło­wieka, żeby się uchro­nić przed kata­strofą. Pew­nie więk­szość ludzi zdoła się kon­tro­lo­wać, ale zawsze znajdą się despe­raci, któ­rzy posuną się do osta­tecz­no­ści. A kiedy ktoś jako pierw­szy prze­leje krew, za nim pój­dzie drugi, trzeci... Naśla­dow­ców będzie coraz wię­cej, aż wresz­cie świat pogrąży się w cha­osie. Dla­tego lepiej utrzy­mać to w sekre­cie, nie pozwo­lić, by kto­kol­wiek się dowie­dział.

Xie Lian uśmiech­nął się gorzko.

-?Teraz już wie­cie, dla­czego powie­dzia­łem, że ten spo­sób jest daremny.

Tłum nie odpo­wie­dział. Xie Lian wes­tchnął i zebrał się w sobie. Wypu­ścił powie­trze i powie­dział:

-?Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, nie pani­kuj­cie, nie dzia­łaj­cie pochop­nie. Ina­czej wpad­nie­cie w jego pułapkę.

W dole stała para, wyglą­dali dość wytwor­nie.

-?Jak to moż­liwe? Dla­czego tak się dzieje? Dla­czego to się nam przy­tra­fiło? Prze­cież my nic nie zro­bi­li­śmy! -?szlo­chała kobieta, tuląc dziecko.

-?Czego ryczysz? -?ziry­to­wał się ktoś sto­jący obok. -?Umiesz jedy­nie pła­kać? Nikt z nas tu zebra­nych nic nie zro­bił! Myślisz, że tylko ty masz pecha?

-?A ty co, zabra­niasz jej pła­kać? -?odparł gniew­nie mąż kobiety.

-?A co ma pła­kać, tylko dołuje pozo­sta­łych. Zamknij się!

Kłót­nia o taki dro­biazg świad­czyła o jed­nym: wszy­scy byli na skraju zała­ma­nia. Kiedy już, już mieli wybuch­nąć, Xie Lian się ode­zwał:

-?Nie kłóć­cie się! Ochłoń­cie! Tylko jeśli się uspo­ko­icie, zdo­łamy zna­leźć roz­wią­za­nie!

Im bar­dziej kazał im się uspo­koić, tym bar­dziej się obu­rzali.

-?Uspo­koić się? Jak mamy się uspo­koić w takiej sytu­acji? Ty jesteś spo­kojny, więc pew­nie już zna­la­złeś wyj­ście! Co tam wymy­śli­łeś?

Xie Lia­nowi ode­brało mowę. Jakie wyj­ście zna­lazł?

Żadne!

Myślał i myślał usil­nie, aż głowa pra­wie mu się zago­to­wała, ale nie wpadł na żaden spo­sób, jak pora­dzić sobie z tą sytu­acją. Nagle poczuł, że coś ści­snęło jego policzki. Czy­jaś ręka chwy­ciła jego pod­bró­dek i odwró­ciła jego twarz w stronę ludzi pod ołta­rzem. Xie Lian wyba­łu­szył oczy, nie miał poję­cia, o co cho­dzi. Za nim zabrzmiał lodo­waty głos:

-?Kogo zabić? Spójrz­cie na tę twarz. Na­dal nie wie­cie, kogo trzeba zabić?

Gdy padły te słowa, nie tylko ludzie pod ołta­rzem zamarli, lecz także uno­szący się w powie­trzu ognik nagle zawisł bez ruchu.

-?Zapo­mnie­li­ście już? -?spy­tał łagod­nie Biel bez Twa­rzy. -?On jest bogiem. To zna­czy, że...

Xie Lian poczuł w sercu lodo­wate ukłu­cie.

Zamarł, pochy­lił głowę. Zoba­czył tylko czarne jak smoła ostrze mie­cza wysta­jące z jego pod­brzu­sza.

Miecz był długi i smu­kły, jak jadeit o bar­wie głę­bo­kiej czerni. Wzdłuż ostrza bie­gła cienka srebrna linia, świe­ciło bla­skiem zim­nej nocy. Bez wąt­pie­nia był to rzadki i cenny okaz, jeden z takich, dla zdo­by­cia któ­rych Xie Lian kie­dyś zro­biłby wiele i które by hołu­bił. Wpa­try­wał się w niego przez chwilę, czu­bek mie­cza wysu­nął się deli­kat­nie, po czym znów znik­nął w jego pod­brzu­szu.

-?...jest nie­śmier­telny -?dokoń­czył Zguba w Bieli.

Zanim kto­kol­wiek zdo­łał zare­ago­wać, Biel bez Twa­rzy mach­nął ręką i wyrzu­cił miecz. Ostrze upa­dło z brzę­kiem i wbiło się uko­śnie w posadzkę, roz­ta­cza­jąc przed nie­zli­czo­nymi parami oczu aurę głę­bo­kiego zimna.

Xie Lian poczuł w gar­dle odór krwi. Zakrztu­sił się. Błędny ognik rzu­cił się w jego kie­runku, jakby chciał zata­mo­wać ranę.

-?Ty... ty...! -?wysy­czał Xie Lian przez zaci­śnięte zęby.

Przed oczami poja­wiły mu się mroczki. Błędny ognik osza­lał i ruszył na Biel bez Twa­rzy, ale tam­ten zła­pał go i zamknął w dłoni.

-?Patrz dobrze. -?Siłą odwró­cił twarz Xie Liana. -?No i co? Nie gło­si­łeś cza­sem, że chcesz rato­wać zwy­kłych ludzi?

-?Ale... Ale ja... ja... -?wykrztu­sił Xie Lian.

Nie myślał, że będzie musiał to robić w takiej sytu­acji, takim spo­so­bem?

Nie­któ­rzy ludzie pod ołta­rzem już szlo­chali, prze­ra­żeni krwawą łaź­nią, inni zaś wciąż odważ­nie patrzyli.

-?On... on naprawdę nie może umrzeć?

-?Naprawdę... Patrz­cie, nie stra­cił wiele krwi... Na­dal żyje, i to cał­kiem nie­źle!

Xie Lian zaczął gwał­tow­nie kasz­leć.

-?To zna­czy, że jak go zabi­jemy, i tak nie umrze? -?spy­tał ktoś.

-?Świet­nie!

-?Świet­nie? Co w tym niby świet­nego? -?zbesz­tał przed­mówcę ktoś inny.

-?Skoro nie umrze... To czy nie zna­leź­li­śmy wła­śnie roz­wią­za­nia tej sytu­acji? -?bąk­nął nie­śmiało zbesz­tany.

-?Ale trzeba go ugo­dzić mie­czem, to zbyt...

-?Prze­cież jest bogiem. Nawet jak go dźgniesz, to nie umrze. Jeste­śmy zwy­kłymi ludźmi, jeśli zara­zimy się cho­robą szka­rad­nych obli­czy, umrzemy na pewno!

Przed ołta­rzem roz­go­rzała kłót­nia.

-?Zwy­kli ludzie ocze­kują na twój ratu­nek. Pro­szę bar­dzo -?ode­zwał się Biel bez Twa­rzy.

Oczy Xie Liana ciskały gromy.

-?Naj­lep­szy i jedyny spo­sób na ura­to­wa­nie ludzi to znisz­cze­nie takiego potwora jak ty!

Zguba w Bieli zaśmiał się lodo­wato.

-?Co z tobą? Książę, czy nie twier­dzi­łeś z całą pew­no­ścią, że nie możesz umrzeć? A teraz się boisz? Skoro i tak nie umrzesz, dla­czego się nie poświę­cisz, żeby ulżyć ich cier­pie­niu?

-?O to ci cho­dzi? Myślisz, że wszy­scy na świe­cie są tak źli jak ty? - rzu­cił mu w twarz Xie Lian.

Fak­tycz­nie, wielu ludzi zamiast sza­lo­nej rado­ści ze zna­le­zio­nego w końcu ratunku miało na twa­rzach waha­nie. Podzie­lili się na kilka grup, nie mogąc dojść do poro­zu­mie­nia. Nikt też nie wystą­pił naprzód, żeby zła­pać za czarny miecz. Jakby zro­zu­miał, o czym książę myśli, Biel bez Twa­rzy zaśmiał się i pokrę­cił głową.

-?Głu­pie dziecko, głu­pie dziecko. -?Wes­tchnął.

Xie Lian odchy­lił głowę, by nie pozwo­lić mu się zła­pać.

-?Precz! -?ryk­nął.

-?Myślisz, że to dla­tego, że nie chcą cię skrzyw­dzić? Błąd. Chcą. Po pro­stu żaden nie chce ruszyć pierw­szy.

Pod ołta­rzem nagle roz­legł się krzyk. Szlo­chała tamta wytworna kobieta.

-?Dziecko! Moje dziecko!

Dziecko w jej ramio­nach pła­kało i pła­kało. Na jego pulch­nym ramie­niu poja­wiło się kilka ciem­nych, nie­rów­nych wybrzu­szeń. Ludzie wokół nich natych­miast się roz­stą­pili.

-?Nie­do­brze! Dziecko się zara­ziło!

Rodzice wyglą­dali na zroz­pa­czo­nych. Wymie­nili spoj­rze­nia, pod­nie­śli się i pode­szli do ołta­rza. Wycią­gnęli czarny miecz, wsa­dzili go w rączkę dziecka i zaci­ska­jąc zęby, dźgnęli Xie Liana. Miecz był nie­sa­mo­wi­cie ostry. Xie Lian poczuł prze­szy­wa­jący ból w pod­brzu­szu, a para już wycią­gnęła ostrze z jego brzu­cha i z brzę­kiem upu­ściła je na zie­mię.

-?Wybacz... Nasze dziecko jest jesz­cze małe, naprawdę... Nie ma innego wyj­ścia. Wybacz, wybacz, wybacz...

Prze­pra­szali i kła­niali się Xie Lia­nowi kil­ka­krot­nie, a ich twa­rze były tru­pio­blade. Z dziec­kiem w ramio­nach znik­nęli w tłu­mie. Krew gęst­niała w gar­dle Xie Liana, już miał zwy­mio­to­wać, gdy usły­szał, że Biel bez Twa­rzy chi­cho­cze szy­der­czo.

Zaci­snął zęby i prze­łknął krew.

-?Z czego się śmie­jesz? -?spy­tał. -?Myślisz, że zoba­czy­łeś to, co chcia­łeś zoba­czyć? To ty ich do tego zmu­si­łeś!

Ognik w gar­ści Bieli bez Twa­rzy zabły­snął jesz­cze jaśniej.

-?Wła­śnie kiedy ludzie są do cze­goś zmu­szani, odsła­niają swoje praw­dziwe obli­cze -?odparł spo­koj­nie demon.

Wśród setki ludzi był już jeden, który nie musiał się bać cho­roby szka­rad­nych obli­czy. Ciemne ślady na ramie­niu dziecka powoli zni­kały. Sto­jący wokół obser­wa­to­rzy prze­łknęli ślinę, nie ode­zwali się.

Minęła chwila w mar­twej ciszy, a znowu ktoś wystą­pił. Młody męż­czy­zna.

Ocią­ga­jąc się, szedł w stronę ołta­rza, kła­nia­jąc się raz po raz.

-?Wybacz mi, nie chcę tego, naprawdę nie chcę, ale nie mam wyj­ścia. Nie­dawno się oże­ni­łem, matka i żona cze­kają na mnie w domu... -?powie­dział sła­bym gło­sem.

Mówił, mówił, ale nie mógł zło­żyć skład­nego zda­nia. Zamknął oczy, wziął w dłoń czarny miecz i dźgnął mocno w kie­runku Xie Liana. Ponie­waż ciął z zamknię­tymi oczami, nie tra­fił, ugo­dził Xie Liana w bok. Pod­niósł powieki i zdał sobie sprawę, że to nie jest śmier­telna rana. Prze­ra­żony wycią­gnął miecz i drżącą ręką dźgnął ponow­nie.

Xie Lian zaci­snął zęby i nie wydał z sie­bie głosu. Ugo­dzony kilka razy jęk­nął cicho, a z ust pocie­kła mu krew. Naprawdę nie mógł umrzeć. Nie ozna­czało to jed­nak, że zra­niony nie czuł bólu. Dźwięk roz­ry­wa­nia ciała ostrzem, uczu­cie tar­cia nim o kości, to spra­wiało mu nie­wy­obra­żalny ból, dopro­wa­dzało na skraj sza­leń­stwa. Pod tym wzglę­dem nie róż­nił się od zwy­kłych ludzi.

Kiedy męż­czy­zna skoń­czył, zszedł, tym razem się nie kła­nia­jąc. Na jego twa­rzy mie­szały się poczu­cie winy i radość oca­leńca, trudno powie­dzieć, czego było wię­cej. Nad tłu­mem znowu zale­gła mar­twa cisza.

Minęło tro­chę czasu, a znów kilka osób z waha­niem chciało wstać, nie wia­domo, jakie powody poda­liby tym razem. Ale nie zdą­żyli się pod­nieść, gdy nagle ktoś powie­dział:

-?Naprawdę, nie mogę na to patrzeć.

Wszy­scy spoj­rzeli w kie­runku, z któ­rego dobie­gał głos. Tru­pio­blady Xie Lian też pod­niósł wzrok. Był to tam­ten osi­łek, uliczny arty­sta.

-?Robi­cie to, co każe wam ta dziwna kre­atura? -?kon­ty­nu­ował. -?Moim zda­niem gada bzdury. A nawet jeśli to nie bzdury, to co? Skoro tam­ten nie może umrzeć, to zna­czy, że nie popeł­nia­cie zbrodni?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki