Błogostan - Martyna Gabała

Reflow text when sidebars are open.
- Nie kocham cię. I czuję, że nigdy nie będę w stanie cię pokochać. Chciałem, próbowałem, ale niestety nie jesteś dziewczyną mojego życia i nie chcę tracić czasu na relację, która nie ma przyszłości. Przykro mi. Naprawdę jesteś mi bliska, ale to nie to. I wierzę, że tobie też pisany jest ktoś inny.
Każde kolejne słowo, które wypowiadał, cięło jak żyletka. Kiedy Lila słuchała tego monologu, czuła, jak jej życie rozpływa się między palcami i przelewa między nimi niczym jakaś obrzydliwa maź, zalewając ulicę jej bólem.
Jak to? Przecież ja cię tak kocham! Musisz czuć to samo! - powtarzała w głowie.
Niestety, nie każdy czuje to samo. I niestety niektórzy potrafią zwodzić nawet samych siebie przez pewien czas, łudząc się, że to się zmieni. I tak też robił Marc. Łudził się, że będzie w stanie ją pokochać. Nadaremnie, jak widać. Miesiąc okazał się limitem, który wyznaczył sobie na "czas, aby się w niej zakochać".
Co ja teraz zrobię? - myślała Lily. Nie potrafiła przestać łkać. Choć tak bardzo starała się nie płakać przy nim, łzy same cisnęły się do oczu i wychodziły na zewnątrz, wrzeszcząc: "Wypuść nas!".
Siedziała na krawężniku. Brudnym, zapyziałym krawężniku. Na szczęście suchym. Był czerwiec, ale wieczorami i tak było chłodno i ciągnęło od ziemi. Ale ona nie czuła zimna. Nie czuła smrodu uryny wydobywającego się z otchłani stacji paryskiego metra Réaumur-Sébastopol. Nie czuła nic. Nic poza przeszywającym bólem, który rozrywał jej wnętrzności. Siedziała tak tuż obok wejścia do metra linii numer cztery. Ludzie przechodzili obok, zaaferowani własnymi zmartwieniami, terminami, spotkaniami. Czy dziwił ich widok zapłakanej dziewczyny siedzącej na ulicy? Może i tak. Pewnie tak. Ale i tak mało ich to obchodziło. Każdy w końcu żył swoim życiem. Każdy miał jakiś cel do osiągnięcia i zadanie do wykonania. Każdy gdzieś się spieszył. Jedni na kolację, inni na drinka, jeszcze inni do pracy. Inni po prostu chcieli móc cieszyć się najdłuższym dniem w roku w spokoju. Tańczyć i śpiewać podczas La F?te de la Musique, Święta Muzyki, w noc letniego przesilenia. A ona im zawadzała. Siedząc na zimnym krawężniku, zalana łzami, pogrążona w swojej histerii. Prosto na wylocie stacji metra. Czy to musiało się dziać tutaj?
Sama się nad tym zastanawiała. Czy to musi, do cholery jasnej, dziać się TUTAJ? Na środku ulicy, przy ludziach, na, niech to szlag, chodniku?!
Pewnie uznał, że tak będzie lepiej. Łatwiej. Mniejsze prawdopodobieństwo, że zrobi scenę. I mniejsze prawdopodobieństwo, że on jednak się złamie i skończą jak zawsze, w łóżku. W końcu już tyle razy chciał to zrobić, a koniec końców i tak lądowali u niego.
Tak. Tak będzie bezpieczniej, prościej. Tak myślał. Nie spodziewał się, że ona będzie tak niestabilna, że zacznie beczeć jak jakaś psychopatka na środku ulicy. No cóż. To już jej problem. On zrobił swoje. W końcu się jej pozbył i może się od niej uwolnić. Fajna jest, racja, ale nie na tyle. Zgrabna, zabawna, całkiem bystra i przyjemna w dotyku, lecz za mocno zaczynała się angażować. Za bardzo go potrzebowała. Zachowywała się, jakby byli razem, do tego na zawsze. A przecież nie byli, więc o co chodzi? A może jednak... byli? Ach no, zwał, jak zwał, tak czy siak "to nie było to". Tego był pewien. Teraz w końcu jest wolny. Owszem, przykro mu było patrzeć na to, jak ona to przeżywa. Serce mu się krajało, widząc, jak ładna dziewczyna płacze i jak w tym żalu i bólu staje się coraz brzydsza... Oj tak, straciła teraz w jego oczach, bo zachowała się naprawdę żenująco. To tylko utwierdza go w przekonaniu, że dobrze zrobił. Po co miałby się wiązać z taką desperatką? Nie, nie, nie. To nie dla niego. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Może ona się w końcu ogarnie?
Wreszcie wstała. Wydukała, że ma ją zostawić i że sobie poradzi. Był środek nocy, a ona mieszkała daleko, ale musiała się stąd wydostać. Musiała odejść. Wsiadła do pierwszego lepszego wagonu metra, nawet nie myśląc za bardzo, czy aby na pewno jedzie w dobrym kierunku. Byle gdzie, wszędzie, byle znaleźć się jak najdalej stąd. Jak najdalej od niego. Jak najdalej od tego całego zamętu i wstydu.
Na stacji Châtelet-Les Halles, najbardziej zawiłym i skomplikowanym podziemnym labiryncie korytarzy oraz torów metra w Paryżu, przesiadła się w RER A, który jedzie do niej, do Chatou-Croissy.
Usiadła w pociągu, a łzy poleciały jak z armaty. Nie potrafiła przestać wyć. Wyć. To już nawet nie był płacz, tylko lament. Łkała. Ludzie obok udawali, że jej nie widzą. No bo po co mieliby nagle zacząć ją zauważać? Co niby mieliby zrobić? Co powiedzieć? Zacząć ją pocieszać? Poklepać po ramieniu? Powiedzieć "już, już" i "wszystko będzie dobrze"? Może ma raka? A może umiera? - myśleli sobie, po czym wracali w biegu do swoich spraw.
W ten pochmurny, nieprzyjemny poranek ziąb przeszywał człowieka na wskroś, a dreszcz przechodził po całym ciele niczym dobrze zbita prasa rymarska. Ludzie, poubierani w grube zimowe płaszcze, w wełnianych szalach zawiązanych po nos, biegali to w prawo, to w lewo. Wymijali się na ulicy jak w narciarskim slalomie. Nikt nikogo nie dotykał, nikt na nikogo nie patrzył. Każdy skupiony był na indywidualnej misji. Każdy myślał tylko o sobie. I o tym, gdzie aktualnie pędzi.
I gdzie tak pędzisz? Dziwnie tak, gnać przez życie - myślała Lila, obserwując ten obrazek z okna krakowskiego biurowca przy ulicy Armii Krajowej. Była na tyle wysoko, by obserwować wszystko z pewnego dystansu, ale na tyle nisko, by widzieć nieco zamazane oblicza przechodniów. Intrygowali ją. Zastanawiała się, jaki ona przybiera wyraz twarzy, kiedy idzie ulicą. Czy robi jakiś grymas? Czy mruży oczy? A może gada coś do siebie pod nosem?
- Halo, śpiąca królewno, jesteś z nami?! To co z tym raportem? Potrzebujemy tych danych na wczoraj! - Donośny męski głos wyrwał ją z rozmyślań, niemal dotykając swą obcą dłonią jak przybysz z innego wymiaru.
- Yyy... tak, tak. Przepraszam. Jestem, jestem! Wybacz, Michał. Raport, tak. Jest prawie gotowy.
- Prawie?! - Brodaty i barczysty mężczyzna, który był jej menadżerem, zdawał się tracić cierpliwość zarówno do niej, jak i do jej braku dyscypliny.
- Jutro z samego rana będziesz mieć kompletny raport na swoim biurku.
- A prezentacja?!
- Tak, tak... prezentację oczywiście również. - Lila wykrzywiła usta w grymasie przypominającym uśmiech.
Przecież to było jasne, że w tej korporacji, jak i w każdej innej, prezentacje to rzecz święta. Tworzy się je do wszystkiego, nawet do odprawy pracowników czy składania życzeń noworocznych.
- Prezentację poszerzymy dodatkowo o wyniki roczne z dwa tysiące piętnastego i dotychczasowe z tego roku, a także uwzględnimy prognozę na kolejne dwanaście miesięcy.
- Hmm... W takim razie do roboty! - burknął przełożony i poprawił się na obrotowym krześle. - Nie rozumiem, czemu tu jeszcze jesteście? - Podniósł prawą dłoń i odprawił zebranych kiwnięciem ręki.
W oczach dwudziestoosobowego zespołu młodych ludzi odbijał się obłęd wymieszany z przerażeniem. Podnieśli się ze swoich siedzeń i w popłochu zebrali laptopy, telefony, kalendarze i długopisy, by opuścić przeszkloną salę konferencyjną. W przejściu stłoczyli się jak stado afrykańskich bawołów na brzegu Nilu.
- Trzymam cię za słowo. Liczę na ten raport - dodał do mijającej go filigranowej blondynki, lustrując jej opięte pod ołówkową spódnicą pośladki.
Dziewczyna była ubrana w biznesowy strój z marynarką w kolorze stapiającym ją z pochmurną rzeczywistością zza okna.
Lila przytaknęła i poczuła, jak emocje podchodzą jej do gardła wraz z refluksem. Gdy zatrzasnęła za sobą szklane drzwi sali, pognała pędem do toalety na następnym piętrze. Rzuciła się na pierwszą z trzech kabin, po czym zwróciła resztki kanapki z tuńczykiem, którą przyjęła dziś na drugie śniadanie. Pochłonęła ją jak zwykle, nie odchodząc od swojego biurka, wgapiona w dwudziestoczterocalowy monitor komputera.
Jak każda "mróweczka" w tym biurze jadła w biegu, ze ściśniętym żołądkiem. Pospiesznie, łapczywie i niechlujnie, byle tylko zdążyć na czas. Byle tylko wyrobić się przed spotkaniem, które trwało ponad trzy godziny, ale nie wniosło żadnej realnej wartości w ich pracę.
Teraz mogła lepiej przyjrzeć się zawartości swojego posiłku. Tuńczyk, jajko, plasterek zielonego ogórka. To musiało być dobre. Niestety ona już nie czuła smaku. Łapiąc oddech, wisiała nad deską klozetową w łazience z marmuru. I w tej chwili wiedziała, że będąc na piątym piętrze biurowca jednej z największych firm energetycznych w kraju, sięgnęła dna. Że to jej kres. Dziura bez dna. Że to pora, by w końcu powiedzieć "pas".
Przy umywalce ostudziła twarz, ochlapując ją wodą. Jej staranny niegdyś makijaż pociekł ciemną strugą wzdłuż pobladłej cery. Pozostawił po sobie jedynie odbite pod oczami - niczym od pocztowego stempla - kruczoczarne półksiężyce.
- Słuchaj, Marta, kompletnie wyleciało mi z głowy... Mam spotkanie... To znaczy, wizytę... Wizytę u lekarza... Na mieście. Teraz. To znaczy... zaraz. Muszę się zwijać - rzuciła spod zasmarkanego nosa do koleżanki, gdy po wszystkim wróciła do swojego open space'a.
Ta spoglądała na nią podejrzliwie zza biurka obok, ogrodzona zawieszonymi na pluszowych ściankach zdjęciami dzieci i psów. Lila spuściła głowę i zarzuciła na szyję gruby szal, zakrywając nim połowę rozmazanej twarzy, po czym wybiegła jak burza. I nie oglądała się za siebie.
Miała tego dość. Dość swojego życia. Dość przeprowadzania tych samych rozmów i tych samych spotkań. Dość przytakiwania ludziom i życia nie swoim życiem. Dość bycia w tym miejscu. Otoczona zimnem, wiatrem i tymi samymi twarzami. Nic nowego już mnie tu już nie czeka! Nic! - powtarzała w kółko jak w transie.
Skłamała. Nie miała żadnego spotkania na mieście. Ani żadnej wizyty lekarskiej. Po prostu potrzebowała trochę spokoju. Potrzebowała chwili, by odpocząć. Ochłonąć, odetchnąć i nabrać sił. By w końcu zdecydować się na krok, na który tak długo czekała, ale którego tak bardzo się bała.
Była jak mozaika zlepiona z uczuć i emocji. One nadawały jej życiu sens. I nie potrafiła dłużej egzystować w ich deficycie. Pragnęła miłości i pragnęła zmian. Domagała się ich każdą tkanką i każdą komórką w swym ciele. I teraz właśnie nadszedł ten czas. Czas, by zrobić ten krok.
***
Do tej pory jej dni mijały, nie różniąc się zbytnio od siebie, przechodząc od świtu w mrok, tworząc bezbarwny zlepek godzin, minut i chwil. A ona każdego wieczora wracała w to samo miejsce co poprzednio, do pustej kawalerki na krakowskim Kazimierzu.
Otwierała butelkę wina, skręcała papierosa, siadała na parapecie okna i pogrążała się w nieszczęściu. Nie lubiła skrętów, ponadto nie potrafiła za bardzo ich rolować, ale śmierdziały mniej, a właścicielka mieszkania twardo zaznaczała, że to lokal dla niepalących.
Czasem płakała. Czasem zaczynała tańczyć do lustra. Czasem po prostu słuchała w kółko tych samych melancholijnych piosenek. Aż w końcu, odpowiednio znieczulona, opadała na łóżko, wymrukując pod nosem "nothing's gonna hurt you baby"1, i pogrążała się w nierównym śnie.
Lila była ekstrawertyczką. Uwielbiała przebywać z ludźmi, kochała, gdy coś się działo. Jak tlenu potrzebowała bodźców i nowych doznań. Ale czasy studenckie dawno minęły. A jakież to było piękne, gdy z łatwością można było znaleźć i kompana, i imprezę - każdego dnia tygodnia. Wtorki w Ministerstwie, środowe Ladie's Night we Franticu, w czwartki Pauza, a później to już gdzie nogi poniosły... to Prozak, to Dym, potem Bomba, czasem domówka.
Niestety, teraz wszystko wyglądało inaczej. Codziennie wypisywała na Messengerze do wszystkich znajomych: "Chodź na piwo", "Tylko jedno!", "No nie daj się prosić!", "Też mam jutro pracę". Latem, kiedy dni były długie, a noce ciepłe, jeszcze udawało się kogoś zwerbować. Teraz ciemno robiło się o szesnastej. Smog zatykał i przyduszał tak, że ciężko było złapać oddech, a ubrania przesiąkały jego dymem aż do podszewki. Od tego ludzie zrobili się leniwi.
A ona nie potrafiła być sama. Od zawsze ktoś był obok. Ktoś, kto po prostu był. Najpierw jej siostry, z którymi dzieliła pokój przez pół życia, potem współlokatorzy. Teraz nie miała nikogo. Ani współlokatora, ani przyjaciela, ani faceta. Każdy, z kim się "spotykała", jakoś dziwnie szybko się ulatniał. Przestawał odpisywać albo mówił, że nie jest gotowy na związek, że to nie ten czas. Że to on, nie ona. A później i tak jakimś trafem dowiadywała się z Instagrama, że on jednak się z kimś umawia. Że jednak ten czas wcale nie był taki najgorszy. Że to widocznie z nią coś było nie tak.
Im bardziej kogoś pragnęła, tym bardziej go odpychała. Zadowalała się więc przygodnymi znajomościami albo tinderowymi randkami. Ale za każdym razem nazajutrz czuła się jeszcze gorzej. Może to kac, który atakował na drugi dzień ze zdwojoną siłą, przejeżdżając po jej wnętrznościach jak kombajn, a może to zbita moralność i urażona godność.
Cokolwiek to było, wiedziała, czuła, że w tym mieście zrobiła już wszystko, co mogła zrobić. Poznała, kogo miała poznać, i nic nowego ją tu nie czeka. Nic i nikt. Finito.
Lila nie tyle pragnęła zmiany. Ona jej potrzebowała, by przetrwać. Coraz bardziej czuła się jak zwierz na uwięzi. Potrzebowała oddechu. Potrzebowała nowych bodźców. Inaczej nigdy nie wyjdzie z tego dołka, w który wpadła po nos.
***
W końcu wiedziała, co ma robić. Podjęła decyzję. Wyprowadza się.
Kiedy? Jak najszybciej. Gdzie? Gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. Gdzieś, gdzie pozna nowych ludzi, gdzie będzie mogła być sobą. Oddychać pełną piersią i poczuć dreszczyk niewiadomej. Gdzie będzie czekać ją coś nowego. Gdzie stawi czoła nowej codzienności. Gdzie w końcu miłość przebiegnie po jej alabastrowym ciele jak elektryzująca błyskawica.
Może nad morze? Zawsze marzyła o domu blisko plaży. Szum fal ją uspokaja. I to właśnie szum fal był tym dźwiękiem, w który się wsłuchiwała, pogrążona w półśnie i błogim uniesieniu tuż po intensywnej dawce dziennego fitnessu z popularnego kanału na YouTubie. Wyobrażała sobie wtedy, jak wszystkie jej problemy i smutki uchodzą z niej i rozpływają się niczym morskie fale, rozbijając się o brzeg.
Od jakiegoś czasu praktykowała medytację i zaczynało jej to wychodzić całkiem nieźle. Okazało się to dobrym remedium na jej lęki i ogromny, przeszywający smutek. Smutek, który dopadał ją jak bandyta. Znienacka, zamaskowany i nieproszony. Obłapiał ją swymi mrocznymi mackami ze wszystkich stron. Smutek, który sprawiał, że zapadała się w sobie jak w bagnistym rowie. Smutek, od którego robiło jej się niedobrze i bolała ją głowa, coraz częściej i coraz intensywniej. Smutek, który powodował, że coraz mniej jadła, a coraz więcej piła. Ćwiczyła jak oszalała, wmawiając sobie, że jak schudnie jeszcze tylko ten jeden ostatni kilogram, to na pewno ktoś ją pokocha. Że wtedy na pewno wszystko będzie prostsze. Ten smutek sprawiał, że od płaczu nie była w stanie otworzyć spuchniętych oczu. Smutek, który powodował, że w tłumie znajomych twarzy wciąż była sama. Samiuteńka jak palec.
1 Nothing's... (ang.) - nic cię nie zrani, skarbie (wers z piosenki zespołu Cigarettes After Sex).
Od tego momentu każdego dnia budziła się z misją. Jej determinacja była zadziwiająca, zważywszy na to, że póki co nie miała ani sprecyzowanego planu, ani terminu wyjazdu. Na pytania otoczenia, co się z nią dzieje, odpowiadała z pewnością: "Wyprowadzam się".
Zaczęła segregować swoje rzeczy. Wbrew pozorom trochę się tego nazbierało na powierzchni piętnastu metrów kwadratowych jej kawalerki. Ale wiedziała, że tam, gdzie jedzie, nie będzie potrzebowała większości tych gratów. Zaczyna w końcu od nowa. Powystawiała na Allegro sprzęty takie jak zestaw hi-fi, żelazko czy mikrofalówka. Z kolei na Vinted chciała sprzedać ciuchy - sukienki, spodnie, swetry, kilometry wisiorków i bransoletek, których i tak nie nosiła od wieków. Kawalerka zaczęła pustoszeć wprost proporcjonalnie do stanu jej konta. Od kiedy zwolniła się z pracy, żyła z oszczędności, które stopniowo zaczynały się kurczyć.
Presja czasu zaczynała ciążyć. Dziennie wysyłała dziesiątki CV, do wszelkich międzynarodowych firm i hoteli w całej Europie, wszędzie tam, gdzie był wymagany angielski. Szybko okazało się, że fakt, iż nie jest na miejscu lub nie mówi w lokalnym języku, stanowi problem.
Czuła, że grunt pali jej się pod nogami. Wóz albo przewóz. Już nie było odwrotu. Wyszła na drinka z przyjaciółką, żeby przegadać temat. Opracować strategię.
- Dlaczego nie spróbujesz poszukać czegoś jako au pair? - zapytała Nina, drobna szatynka o piwnych oczach.
- Oj, nie, nie, nie! Nienawidzę dzieci. Nie ma szans, to kompletnie nie moja bajka. Zwariowałabym.
- Ach, daj spokój! Ja też nie przepadam za dziećmi, a jakoś dałam radę i super wspominam. Te dzieciaki są tu najmniejszym problemem! Jesteś z nimi tylko parę godzin dziennie. Odbierasz ze szkoły, pomagasz robić zadanie, zabierasz na zajęcia dodatkowe i organizujesz playdates, kiedy ty plotkujesz z innymi au pair, a dzieciaki zajmują się sobą. Czasem robisz im szybką kolację. Potem wracają rodzice, a ty możesz wyjść, imprezować, robić, co chcesz. Ranki masz dla siebie. I nie musisz się wtedy martwić o takie rzeczy, jak mieszkanie, rachunki czy jedzenie, wszystko masz zapewnione. Czasami nawet nie mieszkasz w tym samym domu, tylko dostajesz studio na mieście i jesteś totalnie niezależna. Poważnie, pomyśl o tym...
- No nie wiem... - Ten pomysł nie był taki zły, ale nie przemawiał do niej w stu procentach.
- Wejdź sobie na tę stronkę i się rozejrzyj. Co ci szkodzi?
Nina podała jej link to strony AuPairWorld, z której sama korzystała w przeszłości. W ten sposób mieszkała przez jakiś czas na Majorce, a później w Kanadzie.
To może nie jest aż takie głupie... - zastanawiała się Lila, przeglądając portal po powrocie do mieszkania. Rzeczywiście, większość tych ofert wyglądała ciekawie. Całkiem spora część rodzin oferowała odseparowaną część domu lub oddzielną kawalerkę. I to ją zainteresowało. W końcu jest już za stara na mieszkanie z jakąś rodzinką. Jest za stara na mieszkanie ze swoją, co dopiero z obcą. Jak dobijasz trzydziestki, takie ekscesy zaczynają być niemile widziane, a twoja perspektywa się kurczy. Ale tutaj miałaby swoje gniazdko i nie musiałaby się przed nikim spowiadać. Tak, to wyglądało interesująco.
Od dnia, kiedy założyła konto na portalu dla au pairs, sprawy nabrały zawrotnego tempa. Dziennie dostawała dziesiątki wiadomości od rodzin z całego świata. Wizja przeprowadzki do Australii, Nowej Zelandii, Stanów, Malagi czy Wielkiej Brytanii zaczynała się klarować. Kusiły ją propozycje wspólnych wakacji na Kostaryce, Hawajach czy w Indonezji. Potencjał wydawał się nie mieć końca. Po kilku spotkaniach online mogła przebierać w ofertach. W końcu nie tak łatwo było tym rodzinom znaleźć osobę z biegłym angielskim, doświadczeniem w opiece nad dziećmi (niemal wszyscy w jej rodzinie i całe dalsze i bliższe grono znajomych było po ślubie, a mieli też już pierwsze lub kolejne pociechy, którymi nie raz zresztą się opiekowała) i wiekiem, który wskazywałby na to, że nie puści domu z dymem podczas przyrządzania herbaty. Kto by pomyślał, że na kilka lat przed trzydziestką jej wiek mógłby być atutem? Okazała się perłą w morzu osiemnastolatek rządnych imprez i bez głowy na karku. Tutaj to ona mogła wybierać, nie na odwrót.
Pomimo że oferta australijskiego ojca samotnie wychowującego dziewięcioletnią córkę była jej zdecydowanym faworytem - dom z basenem, dwa kroki od plaży, niezależny domek dla gości, który miał być jej lokum, i wakacje na Bali dwa razy w roku - z ciężkim sercem musiała odmówić. Biurokracja, załatwianie wizy i wszelkie sprawy techniczne zajęłyby zbyt dużo czasu, a ona potrzebowała czegoś na już. Nie mogła dłużej czekać.
Przeglądając kolejne zdjęcia radosnych rodzin prezentujących perlisty uśmiech jak w reklamie wybielającej pasty do zębów czy proszku do prania, trafiła na ofertę z Francji. Trzyosobowa rodzina mieszkająca na przedmieściach Paryża, w przestronnym domu z ogrodem i studiem na poddaszu posiadającym osobne wejście, szukała pomocy na najbliższe trzy miesiące, do końca roku szkolnego.
Potrzebowali kogoś od zaraz, kto mógłby zacząć jak najszybciej. Tak, to brzmiało zdecydowanie jak coś, co mogłoby ją zainteresować. Po kilku rozmowach na Skypie i przedyskutowaniu kwestii formalnych już wiedziała - za dwa tygodnie przeprowadza się do Paryża!
- O szlag, ale pizga! - Lila, wysiadając z samolotu na lotnisku w Beauvais, otuliła się mocniej szalem.
Żeby zdążyć na poranny lot, była na nogach od piątej nad ranem. Może to zmęczenie przeszyło dreszczem jej skórę, a może jednak zdecydowanie niższe temperatury, niż się spodziewała, i wilgoć, która przenikała ją do cna.
Gdy jej stopy dotknęły już ziemi i weszła do terminalu przylotów, zamaskowani żołnierze w kamizelkach kuloodpornych i z kałasznikowami pod pachami skanowali wzrokiem przyjezdnych. Poczuła, jak serce zabiło jej mocniej, a ręce zaczęły się pocić. Trochę wyprowadziło ją to z równowagi. Nie przywykła do takiego widoku. Odebrała swój bagaż z taśmy i unikając kontaktu wzrokowego z mundurowymi, szybko ruszyła w stronę wyjścia.
Był pogodny poniedziałek, promienie słońca otulały ją, uprzyjemniając ten pełen niepewności marcowy poranek. W Costa Coffee, mieszczącej się obok przystanku autobusowego, z którego odjeżdżały autobusy do centrum Paryża, zamówiła kawę i swojego pierwszego pain au chocolate2. Zabrała papierowy kubek i przekąskę na zewnątrz i odpaliła papierosa. Potem jeszcze jednego i kolejnego. Starała się odroczyć chwilę spotkania z rodzinką. I z tym dzieckiem. Nie była pewna, jak sobie poradzi, nie była pewna, czy da radę. Czy to w ogóle dla niej, czy to ma sens? Zastanawiała się, jak to wszystko będzie wyglądać. Z jednej strony chciała tu być, z drugiej nie chciała jechać do tego domu. Pragnęła delektować się tym miejscem na własny rachunek. Czuła się jakoś tak dojrzale i niezależnie, gdy stała tu sama z walizką. Ciekawiło ją, co ludzie, którzy ją widzą, sobie o niej myślą. Bardzo chciała wyglądać na tutejszą. Prezentować się z klasą. Chciała jawić się jako wykwintna paryżanka, która tak po prostu wraca z wakacji. Tak, tak marzyła, żeby ludzie ją postrzegali. Może ten niedojedzony rogalik na to nie wskazywał. Ale taki był plan.
Po chwili zawiało. Przeszył ją kolejny dreszcz. Może jednak było po prostu chłodno? Poczuła, jak jej jelita buzują. Mieszanka kawy, papierosów i emocji dawała o sobie znać coraz wyraźniej. Ta ekscytacja nowością, wyjazdem w nieznane, startem od nowa pobudzała ją, ale i niepokoiła. Nie była pewna, czego dokładnie się boi, bo nie była pewna, czego tak naprawdę ma się spodziewać.
Początki przeważnie bywają trudne. Ale tutaj miała stać się częścią czyjeś rodziny. Rodziny, której nie znała. Miała zamieszkać w czyimś domu. Zachłannie zaciągała się papierosem i połykała powietrze, mając nadzieję, że to ją uspokoi. Przegapiła już odjazd jednego autobusu, teraz musiała poczekać na następny.
Wyciągnęła kartkę z rozpiską podróży. Zapisała sobie dokładnie trasę z Google Maps i wskazówki przekazane przez Céline, matkę dziecka, którym miała się zajmować. "Wsiąść w navette3 do centrum Paryża. Tam kierować się na stację Porte Maillot. Wsiąść w metro linii jeden, w kierunku La Défense. Na ostatniej stacji przesiąść się w RER A zmierzający do Saint-Germain-en-Laye i wysiąść w Chatou". Stamtąd Richard, ojciec rodziny, miał ją odebrać. Nie miała dostępu do internetu, umówili się więc, że wyśle SMS, kiedy będzie wsiadać w ten cały RER.
W końcu podjechał kolejny autobus. Lila zapakowała walizkę do luku i powoli wsiadła do środka. Trasa trwała ponad godzinę, ale nie potrafiła zmrużyć oka ani się wyluzować. Podekscytowana, obserwowała tętniące życie zza szyby. Myśli kotłowały się w jej głowie. Wyobrażała sobie siebie przechadzającą się ulicami Paryża. Kiedy przejeżdżali przez siedemnastą dzielnicę, nie wiedziała, w którą stronę ma odwrócić wzrok. Wszystko wyglądało jak z filmu. Fasady haussmannowskich kamienic, pączkujące drzewa na szerokich alejach, skutery przecinające w pośpiechu pasy jezdni . To wszystko wydawało się nierealne. Czuła, że śni. Czy to mogła być prawda, że to będzie jej nowy dom? Uśmiechnęła się i poczuła ciepło wypełniające jej podbrzusze.
Na stacji La Défense nie była pewna, czy stoi na odpowiednim peronie. Zapytała więc elegancko ubraną bizneswoman o potwierdzenie swojego wyboru. Kobieta odpowiedziała płynną angielszczyzną, że ma sprawdzać światełka zapalające się na rozpisce stacji. Jeśli jej destynacja była podświetlona, znaczyło to, że następny pociąg jedzie w jej kierunku. Wyciągnęła telefon i wysłała wiadomość: "Jestem w drodze, do zobaczenia!".
2 Pain au chocolate (fr.) - dosł. chleb z czekoladą; popularny wypiek na bazie ciasta francuskiego; czekoladowa wersja croissanta.
3 Navette (fr.) - autobus transferowy, kursujący na trasie prowadzącej na lotnisko; odpowiednik angielskiego shuttle bus.
Wysiadła na stacji Chatou i przeszła przez bramki biletowe, cały czas rozglądając się za Richardem, którego nie mogła dostrzec. Promienie słońca poraziły ją, zmrużyła więc oczy i dopiero wtedy dostrzegła znajomo wyglądającą twarz pospiesznie zmierzającą w jej kierunku. Pomachała i uśmiechnęła się szeroko. Szpakowaty mężczyzna z krótką, zadbaną brodą podszedł do niej i z powagą podał jej rękę, a lewą dłonią złapał rączkę walizki.
- Witaj, Lily! Jestem Richard. Hmm... strasznie długo ci to zajęło... Chodźmy już! Szybko, musimy się zbierać! Maddie nie może się ciebie doczekać od kilku godzin...
- Cześć, Richard! Ach, naprawdę? Od kilku godzin? Wiesz, autobus mi uciekł, musiałam czekać na następny, ale samolot lądował przecież dopiero o jedenastej...
- Jak to?! Byliśmy przekonani, że lądujesz o dziewiątej... Teraz wszystko jasne... No nic, chodźmy już. Dom jest tuż za rogiem. Maddie jest głodna jak wilk, ale koniecznie chciała zjeść z tobą... - powiedział trochę na odchodne, odwrócony do niej plecami, gnając przed siebie. - O rany, ależ wielka walizka, widzę, że masz bardzo dużo rzeczy jak na trzy miesiące... - dodał z dziwnym grymasem na twarzy.
Nie była pewna, czy to żart. Wzięła głęboki wdech, chcąc coś powiedzieć, ale przerwał jej i mimochodem wtrącił:
- Ruchy, ruchy! Chodźmy!
Lila przygryzła wargi, zrobiło jej się sucho w ustach a dłonie zaczęły mrowić. Ile by dała za papierosa!
Ruszyli żwawym krokiem wzdłuż ulicy biegnącej pod górkę. Po kilku minutach marszu i trochę wymuszonego small talku stanęli przed potężną bramą. Richard otworzył furtkę do ogrodu i poprowadził ją w kierunku bocznych schodów domu.
- Zostawimy rzeczy od razu w twoim pokoju - oznajmił.
Wszedł po kręconych schodach przylegających do fasady domu i otworzył ciężkie metalowe drzwi, które ze zgrzytem zaprosiły ich do środka. Porządnie wytarł buty o wycieraczkę, aż drewniana podłoga zatrzeszczała. Kiedy podszedł do lampy i zapalił światło, poddasze wypełniło się ciepłą jasnością. Przestronny pokój z pojedynczym łóżkiem, biurkiem, szafą i telewizorem połączony był z łazienką wyposażoną w prysznic, toaletę i umywalkę. Obok mikroskopijnego okna, osadzonego nieznacznie nad podłogą, na małej lodówce znajdowały się kuchenka mikrofalowa i czajnik. Pomieszczenie było schludne i zadbane, na biurku stały cięte kwiaty, a podłogę zdobił kolorowy turecki dywan. Na ścianie wisiały abstrakcyjne obrazy, trochę kłócące się z niemal antycznymi meblami. Przestrzeń wypełniał specyficzny zapach staroci i lekko zawilgoconego drewnianego poddasza.
- Masz tu wszystko, co niezbędne. Pościel i ręczniki są w komodzie. Telewizja francuska, więc pewnie i tak nic nie zrozumiesz, ale mamy też CNN i BBC. Tutaj jest hasło do wi-fi. - Wskazał na kartkę leżącą na biurku. - Możesz prać swoje rzeczy razem z naszymi lub oddzielnie, jak wolisz, już ci pokazuję, gdzie jest pralnia. Ale najpierw może chcesz się odświeżyć po podróży? Umyj ręce i chodźmy do Maddie. Umiera z ciekawości, by cię poznać. - Gestem wskazał łazienkę.
- Och, tak, tak, dziękuję.
Lily weszła do łazienki i odwracając głowę, zorientowała się, że nie ma za sobą drzwi, które oddzielałyby ją od pokoju. Zakręciła się wokół własnej osi i zrobiła krok w kierunku umywalki. Richard uważnie ją obserwował. Patrzył w skupieniu, jak mydli dłonie, a następnie przemywa je pod bieżącą wodą. Kiedy wytarła je w ręcznik, otworzył drugie drzwi, znajdujące się naprzeciwko wejścia z zewnątrz, i przeszedł do długiego korytarza prowadzącego do pralni.
- Pralka, suszarka, stojak do suszenia prania. Wiesz, jak robić pranie? - zapytał pospiesznie.
- Tak, tak, oczywiście. Mieszkam sama od kilku lat - odpowiedziała i uśmiechnęła się lekko.
- Kolorowe rzeczy pierzemy w tym płynie, a białe w tym proszku... Zawsze sprawdzaj kieszenie, Maddie lubi chować tam Lego... Wybierz ten program do ciemnych, a ten do sportowych ubrań... Nigdy nie susz w suszarce bielizny... Pamiętaj, żeby zawsze najpierw strzepnąć ubrania, o tak... Ana, nasza sprzątaczka, przychodzi trzy razy w tygodniu... W piątki i poniedziałki prasuje... Skarpetki grupujesz, o tak, a bieliznę składasz, o tak... Układasz wszystko w koszu, o tym, i roznosisz po pokojach... Rozmiarowo i tematycznie... kolorystycznie...
Lila czuła, że jej głowa zaczyna przypominać zapchany bęben pralki.
- Następnym razem, jak będziemy suszyć pościel, pokażę ci, jak ją składać, żeby nie było zagnieceń. Pytania?
- Ykhm... nie, nie, wszystko jasne, dziękuję. Na pewno się pojawią, ale może nie w tej chwili... - odpowiedziała i podrapała się po głowie, lekko przytłoczona tą nagłą oraz bezpośrednią lekcją robienia prania.
Zgasił światło i doszedł do końca korytarza. Za kolejnymi drzwiami znajdowały się kręcone schody prowadzące do głównej części domu. Na końcu schodów były kolejne drzwi.
- Na weekend zamykamy te drzwi na zamek. Są one podpięte pod główny alarm - jeśli więc będą zamknięte, nie będziesz w stanie uruchomić alarmu, kiedy nie ma nas w domu. Twoje drzwi wejściowe nie są podpięte pod alarm - wytłumaczył.
Kiedy otworzył drzwi wychodzące na niezabudowaną klatkę schodową, naturalne światło wypełniające przestrzeń poraziło niemal tak samo jak pisk dziecka dochodzący zza rogu. Mała dziewczynka, słysząc trzask, momentalnie wybiegła do salonu, który znajdował się po prawej stronie, za szerokimi przesuwanymi szklanymi drzwiami. Podekscytowane dziecko wtuliło się w Lily bez słowa i bez jakiejkolwiek krępacji. Niesamowite, jak dzieci potrafią żyć bez filtra i uprzedzeń. Potrafią być naturalne i ufne.
Po chwili cała trójka przeszła przez podłużny i przestronny salon prowadzący do otwartej kuchni z częścią jadalnianą znajdującą się na drugim końcu domu. Oczy Lily zaświeciły się, gdy mijali imponujący śnieżnobiały fortepian stojący dumnie na środku pomieszczenia. Obróciła głowę i z uśmiechem zawiesiła wzrok na lewej ścianie. Była przeszklona na całej wysokości i długości oknami, które wpuszczały promienie popołudniowego słońca. Oświetlały muzyczne instrumenty i modernistyczne obrazy porozwieszane po przeciwnej stronie.
Zeszli po trzech schodkach i weszli do kuchni połączonej z jadalnią, z wyspą na środku i podłużną ławą pod oknem. Przebijająca się przez szyby zieleń ogrodu dodawała koloru tej urządzonej w skandynawskim stylu minimalistycznej kuchni. Stół był nakryty dla trzech osób, a na środku stały karafka z wodą i misa z sałatką, chyba z kurczakiem.
Maddie wyminęła Lilę i z impetem wskoczyła na ławę, zasiadając do stołu. Richard wskazał Lily miejsce naprzeciw dziecka, a sam usiadł na krześle pomiędzy nimi. Nałożył Maddie porcję sałatki i wpatrując się intensywnie w Lily, podał jej miskę. Lila, mimo głodu, nałożyła sobie mikroskopijną porcję - nie lubiła, gdy ludzie patrzyli, jak je, dlatego też rzadko jadała przy obcych.
Gdy Maddie, zamiast jeść, zaczęła zadawać milion pytań, serce Lily zabiło mocniej, a ręce zaczęły jej drżeć. Poczuła gorącą strużkę potu spływającą po plecach. Upiła łyk chłodnej wody, by się uspokoić. Papierosa. Dajcie papierosa! - wołała w myślach.
Gdy zapadł zmierzch, Richard zapukał w ramę otwartych drzwi pokoju Maddie. Dziewczynka siedziała na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i zafascynowana słuchała, jak Lily czyta, a może bardziej duka francuskie słowa składające się na kolejny odcinek komiksu o przygodach Kaczora Donalda, Picsou.
- Maddie, wskakuj w pidżamę, za chwilę jemy kolację, mama wraca dziś z Londynu, a jutro już idziesz do szkoły - polecił ojciec, wchodząc do pokoju.
- Jeszcze tylko pięć minut, tato, proszęęęę! Dokończymy tylko tę historię, proszę, proszę, proszę! - zaskomlała dziewczynka.
- Ile stron wam zostało? - zapytał Richard.
- Jedna, już kończymy, naprawdę - odpowiedziała Lila.
- Okej, w porządku. Jak skończycie, dopilnuj, żeby Maddie przebrała się w pidżamę - wydał Lily polecenie. - Gdzie jest twój plecak na jutro? - zwrócił się do dziecka.
- Tam! - Mała wskazała palcem krzesło przy biurku, nie odrywając wzroku od komiksu.
Mężczyzna podszedł do biurka i zajrzał do tornistra. Przejrzał, co jest w środku, i upewnił się, czy niczego nie brakuje.
- Okej, pięć minut. Widzimy się na dole - polecił, rzucając Lily groźne spojrzenie.
***
Richard stał przy kuchence, tyłem do wejścia do kuchni i energicznie mieszał coś na głębokiej patelni. Po zapachu Lila wywnioskowała, że sos pomidorowy. Gdy usłyszał kroki dziewczyn, przekręcił głowę w ich kierunku.
- Nakryjcie do stołu, proszę. Maddie, pokaż Lily, jak to robimy - polecił.
Maddie wskazała gestem swojej nowej au pair, aby ta poszła za nią. Stanęły przy kuchennej wyspie, a dziewczynka otworzyła jedną z jej podłużnych szuflad.
- Tutaj są sztućce, a tutaj serwetki - każdy ma swoją klamerkę, na której są inicjały. Widzisz? Ja mam "M" jak Maddie tata ma "R" jak Richard a mama "C" jak Céline. Dla ciebie jeszcze nie mamy... Ale nie martw się! Możesz mieć tę! - Dziewczynka podała Lily bawełniane serwetki, a sama chwyciła sztućce.
Gdy położyła je na stole, wróciła do wyspy i ciągnęła entuzjastycznie:
- Tutaj są szklanki. Ja mam zawszę tę z Elsą, z Krainy Lodu. - Maddie pokazała Lily kolejną szufladę wypełnioną wszystkimi możliwymi rodzajami kieliszków.
W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i zatrzasnęły z hukiem, a elegancka kobieta w długim trenczowym płaszczu i szpilkach z czerwoną podeszwą weszła do środka. Uśmiechała się szeroko.
- Coucou4! - zawołała głośno, odstawiając walizkę, a jej długie lśniące włosy opadły falą na ramiona.
- Maamaaan5! - krzyknęła Maddie i wybiegła kobiecie naprzeciw, rzucając się jej w ramiona.
Lily udała się za nią, żeby przywitać się ze swoją nową pracodawczynią.
- Och, Lily! Witaj! Jak miło cię widzieć! Cieszymy się, że jesteś z nami! Jak się masz? Jak minął pierwszy dzień? - Kobieta zwróciła się do dziewczyny, a jej oczy odbiły blask sztucznego światła.
- Witaj, Céline! Bardzo miło mi cię poznać!
Lila wyciągnęła w jej kierunku prawą dłoń do uścisku, ale kobieta wydawała się jej nie widzieć. Zamiast tego wydęła usta w lekki dziubek, po czym ucałowała ją podwójnie - to w prawy, to w lewy policzek.
- Och, dziękuję, świetnie, wszystko w porządku! - Lila zmieszała się i niezdarnie zahaczyła nosem o jasne włosy Céline, które pachniały piżmem i lawendą. - Spędziłyśmy fajny dzień z Maddie. Pokazała mi swój pokój i zabawki... Wasz dom jest przepiękny! - odpowiedziała Lila uprzejmie.
- Och, dziękuję! Czyż nie? Znajomy architekt zaprojektował wnętrze. Chcieliśmy, żeby instrumenty Richarda były częścią dekoracji - wtrąciła Céline. - Och, ma ch?re, tak bardzo się za tobą stęskniłam! - dodała, wtulając się w drobną główkę Maddie.
- Cześć, skarbie! - Richard pomachał do żony, wychylając się z kuchni. - Kolacja gotowa! Już, już, chodźcie do stołu, bo jedzenie stygnie! - ponaglił, stawiając miskę z makaronem po jednej stronie stołu, a patelnię z sosem po bolońsku po drugiej.
- Spokojnie, skarbie, wyluzuj, a czy mogę najpierw... - Céline przeszła do jadalni powolnym, pełnym wdzięku krokiem.
Wyglądała jak modelka przechadzająca się po wybiegu Diora albo nimfa, Pani Jeziora, unosząca się nad taflą wody. Posłała mężowi ponętne spojrzenie spod długich i gęstych rzęs, po czym zbliżyła się do niego powoli i pocałowała czule. Wydawało się, że nieco dłużej niż zwykle.
- A czy mogę najpierw... umyć ręce? - ciągnęła zalotnie. Jej uśmiech zabłysł niczym świeżo wyłowione morskie perełki.
Richard nie oponował.
- Lily! Lily! - Wysoki i piskliwy głosik Maddie przerwał tę romantyczną scenę w stylu Bergman-Bogart. Mała zdążyła już się zniecierpliwić. Siedziała na swoim krześle wyprostowana jak struna i radośnie krzyczała zza stołu. - Lily! Siadaj, Lily! - Dziecko pomachało, wskazując miejsce naprzeciw siebie. Była tak podekscytowana, że zdawało się, iż zaraz eksploduje z zachwytu i nadmiaru emocji niczym dobrze nadziana piniata.
Lila, zachęcona tym gestem, usiadła dokładnie w tym samym miejscu, które zajęła przy lunchu, na prawym skraju ławy. Kątem oka dostrzegła, że Richard otwierał właśnie butelkę czerwonego wina. Dźwięk korka opuszczającego gardę wybrzmiał znajomo. Ślina samoistnie wypełniła usta Lily. Marzyła o drinku i papierosie od południa. Jednak mężczyzna ustawił na kuchennej wyspie tylko dwa kieliszki, po czym płynnym gestem, niczym najwyższej klasy sommelier, zaserwował trunek najpierw żonie, potem sobie. Lila odwróciła niezręcznie głowę, udając, że nie zrobiło na niej wrażenia to, że została pominięta. To było dziwne czy tylko jej się wydawało? W każdym razie zdecydowanie ją to ubodło. Jesteś w pracy! - upomniała się w myślach, ale w głębi duszy marzyła zanurzyć choć koniuszek języka w tym krwistoczerwonym napoju bogów.
- Cin6! - Céline mrugnęła zalotnie, stukając delikatnie w kieliszek Richarda.
Kiedy oboje przeszli z kuchni do stołu, Céline wydawała się nie dostrzegać pustego miejsca znajdującego się po lewej stronie Lily. Zamiast tego stanęła pewnie przy prawym skraju ławy, pomiędzy mężem a swoją nową au pair. Nim Lila zdążyła się zorientować, zgrabne pośladki Céline wypięły się lekko i wypchnęły ją na drugi koniec ławy, w puste miejsce. Kobieta energicznym i bardzo płynnym ruchem bioder popchnęła Lily w lewo, a sama zajęła miejsce przy Richardzie.
- Och, przepraszam. Nie wiedziałam, że to twoje miejsce... Siedziałam tu przy lunchu i... - zmieszała się Lily, czując, jak jej policzki robią się gorące.
Céline, nie odwracając wzroku od męża, machnęła tylko ręką i zadała mu pytanie o wino, które jej zaserwował.
4 Coucou (fr.) - cześć, hej (pieszczotliwy zwrot stosowany głównie na powitanie do bliskich i dzieci).
5 Maman (fr.) - mama.
6 Cin (fr.) - na zdrowie.
Następnego dnia dźwięk alarmu wybudził Lily z niespokojnego snu. Pomimo zmęczenia wierciła się w łóżku przez większość nocy, a myśli i wspomnienia z tego dnia buzowały jej w głowie, nie pozwalając spać. Normalnie w takiej sytuacji skręcała i zapalała papierosa, ale tu nie chciała wymykać się pierwszej nocy na zewnątrz na fajkę. Dopiero nad ranem udało jej się usnąć, więc kiedy budzik zadzwonił o dziewiątej, wyrwał ją brutalnie z fazy REM.
Blada i opuchnięta stanęła przed lustrem w łazience, biorąc głęboki wdech. Jutro muszę kupić wino - pomyślała. Niewiele promieni dziennego światła zdołało wpaść do jej pokoju przez małe okienko przy biurku. Uchyliła więc drzwi zewnętrzne, wyglądając na ogród. Chłód i wilgotne powietrze wślizgnęły się do środka, przeszywając ją dreszczem. Nakryła się dodatkowym swetrem. Wzięła kolejny głęboki wdech i zeszła na dół.
- Halo! Dzień dobry! - zawołała, wchodząc do głównej części domu, ale odpowiedziała jej cisza.
Na stole jadalnym leżała niedokończona miska płatków śniadaniowych zalanych mlekiem, z których zdążyła zrobić się kolorowa papka, a nieopodal zauważyła odkręcony słoik z dżemem z jagód, nadgryziony tost i dwie filiżanki po kawie.
Lily odruchowo posprzątała ze stołu - brudne naczynia włożyła do zmywarki, dżem do lodówki i przejrzała szafki, szukając miejsca dla pieczywa tostowego. Kiedy stół był już czysty, podeszła do ekspresu z kawą i napełniła go nową kapsułką Nespresso. Wpatrywała się otępiale w wypełniającą się ciurkiem filiżankę. Nie potrafiła myśleć przed pierwszą kawą.
Nagle drzwi wejściowe trzasnęły. Odwróciła się w lekkim podskoku, wyglądając, kto to.
- Ooo! Wstałaś w końcu! Dobrze, jak będziesz gotowa, zrobimy próbną jazdę samochodem i pokażę ci, gdzie jest szkoła Maddie i gdzie chodzi na zajęcia dodatkowe. - Głos Richarda dobiegł z przedpokoju.
Para buchnęła z ekspresu, sygnalizując gotowy napój.
- Fuuuck... - burknęła Lila, zabierając filiżankę i człapiąc powolnym krokiem z powrotem na poddasze.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.