Błogostan - Martyna Gabała

-
Proszę czekać

WSTĘP

- Nie ko­cham cię. I czu­ję, że ni­g­dy nie będę w sta­nie cię po­ko­chać. Chcia­łem, pró­bo­wa­łem, ale nie­ste­ty nie je­steś dziew­czy­ną mo­je­go ży­cia i nie chcę tra­cić cza­su na re­la­cję, któ­ra nie ma przy­szło­ści. Przy­kro mi. Na­praw­dę je­steś mi bli­ska, ale to nie to. I wie­rzę, że to­bie też pi­sa­ny jest ktoś inny.

Każ­de ko­lej­ne sło­wo, któ­re wy­po­wia­dał, cię­ło jak ży­let­ka. Kie­dy Lila słu­cha­ła tego mo­no­lo­gu, czu­ła, jak jej ży­cie roz­pły­wa się mię­dzy pal­ca­mi i prze­le­wa mię­dzy nimi ni­czym ja­kaś obrzy­dli­wa maź, za­le­wa­jąc uli­cę jej bó­lem.

Jak to? Prze­cież ja cię tak ko­cham! Mu­sisz czuć to samo! - po­wta­rza­ła w gło­wie.

Nie­ste­ty, nie każ­dy czu­je to samo. I nie­ste­ty nie­któ­rzy po­tra­fią zwo­dzić na­wet sa­mych sie­bie przez pe­wien czas, łu­dząc się, że to się zmie­ni. I tak też ro­bił Marc. Łu­dził się, że bę­dzie w sta­nie ją po­ko­chać. Nada­rem­nie, jak wi­dać. Mie­siąc oka­zał się li­mi­tem, któ­ry wy­zna­czył so­bie na "czas, aby się w niej za­ko­chać".

Co ja te­raz zro­bię? - my­śla­ła Lily. Nie po­tra­fi­ła prze­stać łkać. Choć tak bar­dzo sta­ra­ła się nie pła­kać przy nim, łzy same ci­snę­ły się do oczu i wy­cho­dzi­ły na ze­wnątrz, wrzesz­cząc: "Wy­puść nas!".

Sie­dzia­ła na kra­węż­ni­ku. Brud­nym, za­py­zia­łym kra­węż­ni­ku. Na szczę­ście su­chym. Był czer­wiec, ale wie­czo­ra­mi i tak było chłod­no i cią­gnę­ło od zie­mi. Ale ona nie czu­ła zim­na. Nie czu­ła smro­du ury­ny wy­do­by­wa­ją­ce­go się z ot­chła­ni sta­cji pa­ry­skie­go me­tra Réau­mur-Séba­sto­pol. Nie czu­ła nic. Nic poza prze­szy­wa­ją­cym bó­lem, któ­ry roz­ry­wał jej wnętrz­no­ści. Sie­dzia­ła tak tuż obok wej­ścia do me­tra li­nii nu­mer czte­ry. Lu­dzie prze­cho­dzi­li obok, za­afe­ro­wa­ni wła­sny­mi zmar­twie­nia­mi, ter­mi­na­mi, spo­tka­nia­mi. Czy dzi­wił ich wi­dok za­pła­ka­nej dziew­czy­ny sie­dzą­cej na uli­cy? Może i tak. Pew­nie tak. Ale i tak mało ich to ob­cho­dzi­ło. Każ­dy w koń­cu żył swo­im ży­ciem. Każ­dy miał ja­kiś cel do osią­gnię­cia i za­da­nie do wy­ko­na­nia. Każ­dy gdzieś się spie­szył. Jed­ni na ko­la­cję, inni na drin­ka, jesz­cze inni do pra­cy. Inni po pro­stu chcie­li móc cie­szyć się naj­dłuż­szym dniem w roku w spo­ko­ju. Tań­czyć i śpie­wać pod­czas La F?te de la Mu­si­que, Świę­ta Mu­zy­ki, w noc let­nie­go prze­si­le­nia. A ona im za­wa­dza­ła. Sie­dząc na zim­nym kra­węż­ni­ku, za­la­na łza­mi, po­grą­żo­na w swo­jej hi­ste­rii. Pro­sto na wy­lo­cie sta­cji me­tra. Czy to mu­sia­ło się dziać tu­taj?

Sama się nad tym za­sta­na­wia­ła. Czy to musi, do cho­le­ry ja­snej, dziać się TU­TAJ? Na środ­ku uli­cy, przy lu­dziach, na, niech to szlag, chod­ni­ku?!

Pew­nie uznał, że tak bę­dzie le­piej. Ła­twiej. Mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że zro­bi sce­nę. I mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że on jed­nak się zła­mie i skoń­czą jak za­wsze, w łóż­ku. W koń­cu już tyle razy chciał to zro­bić, a ko­niec koń­ców i tak lą­do­wa­li u nie­go.

Tak. Tak bę­dzie bez­piecz­niej, pro­ściej. Tak my­ślał. Nie spo­dzie­wał się, że ona bę­dzie tak nie­sta­bil­na, że za­cznie be­czeć jak ja­kaś psy­cho­pat­ka na środ­ku uli­cy. No cóż. To już jej pro­blem. On zro­bił swo­je. W koń­cu się jej po­zbył i może się od niej uwol­nić. Faj­na jest, ra­cja, ale nie na tyle. Zgrab­na, za­baw­na, cał­kiem by­stra i przy­jem­na w do­ty­ku, lecz za moc­no za­czy­na­ła się an­ga­żo­wać. Za bar­dzo go po­trze­bo­wa­ła. Za­cho­wy­wa­ła się, jak­by byli ra­zem, do tego na za­wsze. A prze­cież nie byli, więc o co cho­dzi? A może jed­nak... byli? Ach no, zwał, jak zwał, tak czy siak "to nie było to". Tego był pe­wien. Te­raz w koń­cu jest wol­ny. Ow­szem, przy­kro mu było pa­trzeć na to, jak ona to prze­ży­wa. Ser­ce mu się kra­ja­ło, wi­dząc, jak ład­na dziew­czy­na pła­cze i jak w tym żalu i bólu sta­je się co­raz brzyd­sza... Oj tak, stra­ci­ła te­raz w jego oczach, bo za­cho­wa­ła się na­praw­dę że­nu­ją­co. To tyl­ko utwier­dza go w prze­ko­na­niu, że do­brze zro­bił. Po co miał­by się wią­zać z taką de­spe­rat­ką? Nie, nie, nie. To nie dla nie­go. Tak bę­dzie le­piej dla wszyst­kich. Może ona się w koń­cu ogar­nie?

Wresz­cie wsta­ła. Wy­du­ka­ła, że ma ją zo­sta­wić i że so­bie po­ra­dzi. Był śro­dek nocy, a ona miesz­ka­ła da­le­ko, ale mu­sia­ła się stąd wy­do­stać. Mu­sia­ła odejść. Wsia­dła do pierw­sze­go lep­sze­go wa­go­nu me­tra, na­wet nie my­śląc za bar­dzo, czy aby na pew­no je­dzie w do­brym kie­run­ku. Byle gdzie, wszę­dzie, byle zna­leźć się jak naj­da­lej stąd. Jak naj­da­lej od nie­go. Jak naj­da­lej od tego ca­łe­go za­mę­tu i wsty­du.

Na sta­cji Châte­let-Les Hal­les, naj­bar­dziej za­wi­łym i skom­pli­ko­wa­nym pod­ziem­nym la­bi­ryn­cie ko­ry­ta­rzy oraz to­rów me­tra w Pa­ry­żu, prze­sia­dła się w RER A, któ­ry je­dzie do niej, do Cha­tou-Cro­is­sy.

Usia­dła w po­cią­gu, a łzy po­le­cia­ły jak z ar­ma­ty. Nie po­tra­fi­ła prze­stać wyć. Wyć. To już na­wet nie był płacz, tyl­ko la­ment. Łka­ła. Lu­dzie obok uda­wa­li, że jej nie wi­dzą. No bo po co mie­li­by na­gle za­cząć ją za­uwa­żać? Co niby mie­li­by zro­bić? Co po­wie­dzieć? Za­cząć ją po­cie­szać? Po­kle­pać po ra­mie­niu? Po­wie­dzieć "już, już" i "wszyst­ko bę­dzie do­brze"? Może ma raka? A może umie­ra? - my­śle­li so­bie, po czym wra­ca­li w bie­gu do swo­ich spraw.

1.

W ten po­chmur­ny, nie­przy­jem­ny po­ra­nek ziąb prze­szy­wał czło­wie­ka na wskroś, a dreszcz prze­cho­dził po ca­łym cie­le ni­czym do­brze zbi­ta pra­sa ry­mar­ska. Lu­dzie, po­ubie­ra­ni w gru­be zi­mo­we płasz­cze, w weł­nia­nych sza­lach za­wią­za­nych po nos, bie­ga­li to w pra­wo, to w lewo. Wy­mi­ja­li się na uli­cy jak w nar­ciar­skim sla­lo­mie. Nikt ni­ko­go nie do­ty­kał, nikt na ni­ko­go nie pa­trzył. Każ­dy sku­pio­ny był na in­dy­wi­du­al­nej mi­sji. Każ­dy my­ślał tyl­ko o so­bie. I o tym, gdzie ak­tu­al­nie pę­dzi.

I gdzie tak pę­dzisz? Dziw­nie tak, gnać przez ży­cie - my­śla­ła Lila, ob­ser­wu­jąc ten ob­ra­zek z okna kra­kow­skie­go biu­row­ca przy uli­cy Ar­mii Kra­jo­wej. Była na tyle wy­so­ko, by ob­ser­wo­wać wszyst­ko z pew­ne­go dy­stan­su, ale na tyle ni­sko, by wi­dzieć nie­co za­ma­za­ne ob­li­cza prze­chod­niów. In­try­go­wa­li ją. Za­sta­na­wia­ła się, jaki ona przy­bie­ra wy­raz twa­rzy, kie­dy idzie uli­cą. Czy robi ja­kiś gry­mas? Czy mru­ży oczy? A może gada coś do sie­bie pod no­sem?

- Halo, śpią­ca kró­lew­no, je­steś z nami?! To co z tym ra­por­tem? Po­trze­bu­je­my tych da­nych na wczo­raj! - Do­no­śny mę­ski głos wy­rwał ją z roz­my­ślań, nie­mal do­ty­ka­jąc swą obcą dło­nią jak przy­bysz z in­ne­go wy­mia­ru.

- Yyy... tak, tak. Prze­pra­szam. Je­stem, je­stem! Wy­bacz, Mi­chał. Ra­port, tak. Jest pra­wie go­to­wy.

- Pra­wie?! - Bro­da­ty i bar­czy­sty męż­czy­zna, któ­ry był jej me­na­dże­rem, zda­wał się tra­cić cier­pli­wość za­rów­no do niej, jak i do jej bra­ku dys­cy­pli­ny.

- Ju­tro z sa­me­go rana bę­dziesz mieć kom­plet­ny ra­port na swo­im biur­ku.

- A pre­zen­ta­cja?!

- Tak, tak... pre­zen­ta­cję oczy­wi­ście rów­nież. - Lila wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie przy­po­mi­na­ją­cym uśmiech.

Prze­cież to było ja­sne, że w tej kor­po­ra­cji, jak i w każ­dej in­nej, pre­zen­ta­cje to rzecz świę­ta. Two­rzy się je do wszyst­kie­go, na­wet do od­pra­wy pra­cow­ni­ków czy skła­da­nia ży­czeń no­wo­rocz­nych.

- Pre­zen­ta­cję po­sze­rzy­my do­dat­ko­wo o wy­ni­ki rocz­ne z dwa ty­sią­ce pięt­na­ste­go i do­tych­cza­so­we z tego roku, a tak­że uwzględ­ni­my pro­gno­zę na ko­lej­ne dwa­na­ście mie­się­cy.

- Hmm... W ta­kim ra­zie do ro­bo­ty! - burk­nął prze­ło­żo­ny i po­pra­wił się na ob­ro­to­wym krze­śle. - Nie ro­zu­miem, cze­mu tu jesz­cze je­ste­ście? - Pod­niósł pra­wą dłoń i od­pra­wił ze­bra­nych kiw­nię­ciem ręki.

W oczach dwu­dzie­sto­oso­bo­we­go ze­spo­łu mło­dych lu­dzi od­bi­jał się obłęd wy­mie­sza­ny z prze­ra­że­niem. Pod­nie­śli się ze swo­ich sie­dzeń i w po­pło­chu ze­bra­li lap­to­py, te­le­fo­ny, ka­len­da­rze i dłu­go­pi­sy, by opu­ścić prze­szklo­ną salę kon­fe­ren­cyj­ną. W przej­ściu stło­czy­li się jak sta­do afry­kań­skich ba­wo­łów na brze­gu Nilu.

- Trzy­mam cię za sło­wo. Li­czę na ten ra­port - do­dał do mi­ja­ją­cej go fi­li­gra­no­wej blon­dyn­ki, lu­stru­jąc jej opię­te pod ołów­ko­wą spód­ni­cą po­ślad­ki.

Dziew­czy­na była ubra­na w biz­ne­so­wy strój z ma­ry­nar­ką w ko­lo­rze sta­pia­ją­cym ją z po­chmur­ną rze­czy­wi­sto­ścią zza okna.

Lila przy­tak­nę­ła i po­czu­ła, jak emo­cje pod­cho­dzą jej do gar­dła wraz z re­fluk­sem. Gdy za­trza­snę­ła za sobą szkla­ne drzwi sali, po­gna­ła pę­dem do to­a­le­ty na na­stęp­nym pię­trze. Rzu­ci­ła się na pierw­szą z trzech ka­bin, po czym zwró­ci­ła reszt­ki ka­nap­ki z tuń­czy­kiem, któ­rą przy­ję­ła dziś na dru­gie śnia­da­nie. Po­chło­nę­ła ją jak zwy­kle, nie od­cho­dząc od swo­je­go biur­ka, wga­pio­na w dwu­dzie­stocz­te­ro­ca­lo­wy mo­ni­tor kom­pu­te­ra.

Jak każ­da "mró­wecz­ka" w tym biu­rze ja­dła w bie­gu, ze ści­śnię­tym żo­łąd­kiem. Po­spiesz­nie, łap­czy­wie i nie­chluj­nie, byle tyl­ko zdą­żyć na czas. Byle tyl­ko wy­ro­bić się przed spo­tka­niem, któ­re trwa­ło po­nad trzy go­dzi­ny, ale nie wnio­sło żad­nej re­al­nej war­to­ści w ich pra­cę.

Te­raz mo­gła le­piej przyj­rzeć się za­war­to­ści swo­je­go po­sił­ku. Tuń­czyk, jaj­ko, pla­ste­rek zie­lo­ne­go ogór­ka. To mu­sia­ło być do­bre. Nie­ste­ty ona już nie czu­ła sma­ku. Ła­piąc od­dech, wi­sia­ła nad de­ską klo­ze­to­wą w ła­zien­ce z mar­mu­ru. I w tej chwi­li wie­dzia­ła, że bę­dąc na pią­tym pię­trze biu­row­ca jed­nej z naj­więk­szych firm ener­ge­tycz­nych w kra­ju, się­gnę­ła dna. Że to jej kres. Dziu­ra bez dna. Że to pora, by w koń­cu po­wie­dzieć "pas".

Przy umy­wal­ce ostu­dzi­ła twarz, ochla­pu­jąc ją wodą. Jej sta­ran­ny nie­gdyś ma­ki­jaż po­ciekł ciem­ną stru­gą wzdłuż po­bla­dłej cery. Po­zo­sta­wił po so­bie je­dy­nie od­bi­te pod ocza­mi - ni­czym od pocz­to­we­go stem­pla - kru­czo­czar­ne pół­księ­ży­ce.

- Słu­chaj, Mar­ta, kom­plet­nie wy­le­cia­ło mi z gło­wy... Mam spo­tka­nie... To zna­czy, wi­zy­tę... Wi­zy­tę u le­ka­rza... Na mie­ście. Te­raz. To zna­czy... za­raz. Mu­szę się zwi­jać - rzu­ci­ła spod za­smar­ka­ne­go nosa do ko­le­żan­ki, gdy po wszyst­kim wró­ci­ła do swo­je­go open spa­ce'a.

Ta spo­glą­da­ła na nią po­dejrz­li­wie zza biur­ka obok, ogro­dzo­na za­wie­szo­ny­mi na plu­szo­wych ścian­kach zdję­cia­mi dzie­ci i psów. Lila spu­ści­ła gło­wę i za­rzu­ci­ła na szy­ję gru­by szal, za­kry­wa­jąc nim po­ło­wę roz­ma­za­nej twa­rzy, po czym wy­bie­gła jak bu­rza. I nie oglą­da­ła się za sie­bie.

Mia­ła tego dość. Dość swo­je­go ży­cia. Dość prze­pro­wa­dza­nia tych sa­mych roz­mów i tych sa­mych spo­tkań. Dość przy­ta­ki­wa­nia lu­dziom i ży­cia nie swo­im ży­ciem. Dość by­cia w tym miej­scu. Oto­czo­na zim­nem, wia­trem i tymi sa­my­mi twa­rza­mi. Nic no­we­go już mnie tu już nie cze­ka! Nic! - po­wta­rza­ła w kół­ko jak w tran­sie.

Skła­ma­ła. Nie mia­ła żad­ne­go spo­tka­nia na mie­ście. Ani żad­nej wi­zy­ty le­kar­skiej. Po pro­stu po­trze­bo­wa­ła tro­chę spo­ko­ju. Po­trze­bo­wa­ła chwi­li, by od­po­cząć. Ochło­nąć, ode­tchnąć i na­brać sił. By w koń­cu zde­cy­do­wać się na krok, na któ­ry tak dłu­go cze­ka­ła, ale któ­re­go tak bar­dzo się bała.

Była jak mo­zai­ka zle­pio­na z uczuć i emo­cji. One nada­wa­ły jej ży­ciu sens. I nie po­tra­fi­ła dłu­żej eg­zy­sto­wać w ich de­fi­cy­cie. Pra­gnę­ła mi­ło­ści i pra­gnę­ła zmian. Do­ma­ga­ła się ich każ­dą tkan­ką i każ­dą ko­mór­ką w swym cie­le. I te­raz wła­śnie nad­szedł ten czas. Czas, by zro­bić ten krok.

***

Do tej pory jej dni mi­ja­ły, nie róż­niąc się zbyt­nio od sie­bie, prze­cho­dząc od świ­tu w mrok, two­rząc bez­barw­ny zle­pek go­dzin, mi­nut i chwil. A ona każ­de­go wie­czo­ra wra­ca­ła w to samo miej­sce co po­przed­nio, do pu­stej ka­wa­ler­ki na kra­kow­skim Ka­zi­mie­rzu.

Otwie­ra­ła bu­tel­kę wina, skrę­ca­ła pa­pie­ro­sa, sia­da­ła na pa­ra­pe­cie okna i po­grą­ża­ła się w nie­szczę­ściu. Nie lu­bi­ła skrę­tów, po­nad­to nie po­tra­fi­ła za bar­dzo ich ro­lo­wać, ale śmier­dzia­ły mniej, a wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia twar­do za­zna­cza­ła, że to lo­kal dla nie­pa­lą­cych.

Cza­sem pła­ka­ła. Cza­sem za­czy­na­ła tań­czyć do lu­stra. Cza­sem po pro­stu słu­cha­ła w kół­ko tych sa­mych me­lan­cho­lij­nych pio­se­nek. Aż w koń­cu, od­po­wied­nio znie­czu­lo­na, opa­da­ła na łóż­ko, wy­mru­ku­jąc pod no­sem "no­thing's gon­na hurt you baby"1, i po­grą­ża­ła się w nie­rów­nym śnie.

Lila była eks­tra­wer­tycz­ką. Uwiel­bia­ła prze­by­wać z ludź­mi, ko­cha­ła, gdy coś się dzia­ło. Jak tle­nu po­trze­bo­wa­ła bodź­ców i no­wych do­znań. Ale cza­sy stu­denc­kie daw­no mi­nę­ły. A ja­kież to było pięk­ne, gdy z ła­two­ścią moż­na było zna­leźć i kom­pa­na, i im­pre­zę - każ­de­go dnia ty­go­dnia. Wtor­ki w Mi­ni­ster­stwie, śro­do­we La­die's Ni­ght we Fran­ti­cu, w czwart­ki Pau­za, a póź­niej to już gdzie nogi po­nio­sły... to Pro­zak, to Dym, po­tem Bom­ba, cza­sem do­mów­ka.

Nie­ste­ty, te­raz wszyst­ko wy­glą­da­ło ina­czej. Co­dzien­nie wy­pi­sy­wa­ła na Mes­sen­ge­rze do wszyst­kich zna­jo­mych: "Chodź na piwo", "Tyl­ko jed­no!", "No nie daj się pro­sić!", "Też mam ju­tro pra­cę". La­tem, kie­dy dni były dłu­gie, a noce cie­płe, jesz­cze uda­wa­ło się ko­goś zwer­bo­wać. Te­raz ciem­no ro­bi­ło się o szes­na­stej. Smog za­ty­kał i przy­du­szał tak, że cięż­ko było zła­pać od­dech, a ubra­nia prze­sią­ka­ły jego dy­mem aż do pod­szew­ki. Od tego lu­dzie zro­bi­li się le­ni­wi.

A ona nie po­tra­fi­ła być sama. Od za­wsze ktoś był obok. Ktoś, kto po pro­stu był. Naj­pierw jej sio­stry, z któ­ry­mi dzie­li­ła po­kój przez pół ży­cia, po­tem współ­lo­ka­to­rzy. Te­raz nie mia­ła ni­ko­go. Ani współ­lo­ka­to­ra, ani przy­ja­cie­la, ani fa­ce­ta. Każ­dy, z kim się "spo­ty­ka­ła", ja­koś dziw­nie szyb­ko się ulat­niał. Prze­sta­wał od­pi­sy­wać albo mó­wił, że nie jest go­to­wy na zwią­zek, że to nie ten czas. Że to on, nie ona. A póź­niej i tak ja­kimś tra­fem do­wia­dy­wa­ła się z In­sta­gra­ma, że on jed­nak się z kimś uma­wia. Że jed­nak ten czas wca­le nie był taki naj­gor­szy. Że to wi­docz­nie z nią coś było nie tak.

Im bar­dziej ko­goś pra­gnę­ła, tym bar­dziej go od­py­cha­ła. Za­do­wa­la­ła się więc przy­god­ny­mi zna­jo­mo­ścia­mi albo tin­de­ro­wy­mi rand­ka­mi. Ale za każ­dym ra­zem na­za­jutrz czu­ła się jesz­cze go­rzej. Może to kac, któ­ry ata­ko­wał na dru­gi dzień ze zdwo­jo­ną siłą, prze­jeż­dża­jąc po jej wnętrz­no­ściach jak kom­bajn, a może to zbi­ta mo­ral­ność i ura­żo­na god­ność.

Co­kol­wiek to było, wie­dzia­ła, czu­ła, że w tym mie­ście zro­bi­ła już wszyst­ko, co mo­gła zro­bić. Po­zna­ła, kogo mia­ła po­znać, i nic no­we­go ją tu nie cze­ka. Nic i nikt. Fi­ni­to.

Lila nie tyle pra­gnę­ła zmia­ny. Ona jej po­trze­bo­wa­ła, by prze­trwać. Co­raz bar­dziej czu­ła się jak zwierz na uwię­zi. Po­trze­bo­wa­ła od­de­chu. Po­trze­bo­wa­ła no­wych bodź­ców. Ina­czej ni­g­dy nie wyj­dzie z tego doł­ka, w któ­ry wpa­dła po nos.

***

W koń­cu wie­dzia­ła, co ma ro­bić. Pod­ję­ła de­cy­zję. Wy­pro­wa­dza się.

Kie­dy? Jak naj­szyb­ciej. Gdzie? Gdzie­kol­wiek, byle jak naj­da­lej stąd. Gdzieś, gdzie po­zna no­wych lu­dzi, gdzie bę­dzie mo­gła być sobą. Od­dy­chać peł­ną pier­sią i po­czuć dresz­czyk nie­wia­do­mej. Gdzie bę­dzie cze­kać ją coś no­we­go. Gdzie sta­wi czo­ła no­wej co­dzien­no­ści. Gdzie w koń­cu mi­łość prze­bie­gnie po jej ala­ba­stro­wym cie­le jak elek­try­zu­ją­ca bły­ska­wi­ca.

Może nad mo­rze? Za­wsze ma­rzy­ła o domu bli­sko pla­ży. Szum fal ją uspo­ka­ja. I to wła­śnie szum fal był tym dźwię­kiem, w któ­ry się wsłu­chi­wa­ła, po­grą­żo­na w pół­śnie i bło­gim unie­sie­niu tuż po in­ten­syw­nej daw­ce dzien­ne­go fit­nes­su z po­pu­lar­ne­go ka­na­łu na YouTu­bie. Wy­obra­ża­ła so­bie wte­dy, jak wszyst­kie jej pro­ble­my i smut­ki ucho­dzą z niej i roz­pły­wa­ją się ni­czym mor­skie fale, roz­bi­ja­jąc się o brzeg.

Od ja­kie­goś cza­su prak­ty­ko­wa­ła me­dy­ta­cję i za­czy­na­ło jej to wy­cho­dzić cał­kiem nie­źle. Oka­za­ło się to do­brym re­me­dium na jej lęki i ogrom­ny, prze­szy­wa­ją­cy smu­tek. Smu­tek, któ­ry do­pa­dał ją jak ban­dy­ta. Znie­nac­ka, za­ma­sko­wa­ny i nie­pro­szo­ny. Ob­ła­piał ją swy­mi mrocz­ny­mi mac­ka­mi ze wszyst­kich stron. Smu­tek, któ­ry spra­wiał, że za­pa­da­ła się w so­bie jak w ba­gni­stym ro­wie. Smu­tek, od któ­re­go ro­bi­ło jej się nie­do­brze i bo­la­ła ją gło­wa, co­raz czę­ściej i co­raz in­ten­syw­niej. Smu­tek, któ­ry po­wo­do­wał, że co­raz mniej ja­dła, a co­raz wię­cej piła. Ćwi­czy­ła jak osza­la­ła, wma­wia­jąc so­bie, że jak schud­nie jesz­cze tyl­ko ten je­den ostat­ni ki­lo­gram, to na pew­no ktoś ją po­ko­cha. Że wte­dy na pew­no wszyst­ko bę­dzie prost­sze. Ten smu­tek spra­wiał, że od pła­czu nie była w sta­nie otwo­rzyć spuch­nię­tych oczu. Smu­tek, któ­ry po­wo­do­wał, że w tłu­mie zna­jo­mych twa­rzy wciąż była sama. Sa­miu­teń­ka jak pa­lec.

1 No­thing's... (ang.) - nic cię nie zra­ni, skar­bie (wers z pio­sen­ki ze­spo­łu Ci­ga­ret­tes After Sex).

2.

Od tego mo­men­tu każ­de­go dnia bu­dzi­ła się z mi­sją. Jej de­ter­mi­na­cja była za­dzi­wia­ją­ca, zwa­żyw­szy na to, że póki co nie mia­ła ani spre­cy­zo­wa­ne­go pla­nu, ani ter­mi­nu wy­jaz­du. Na py­ta­nia oto­cze­nia, co się z nią dzie­je, od­po­wia­da­ła z pew­no­ścią: "Wy­pro­wa­dzam się".

Za­czę­ła se­gre­go­wać swo­je rze­czy. Wbrew po­zo­rom tro­chę się tego na­zbie­ra­ło na po­wierzch­ni pięt­na­stu me­trów kwa­dra­to­wych jej ka­wa­ler­ki. Ale wie­dzia­ła, że tam, gdzie je­dzie, nie bę­dzie po­trze­bo­wa­ła więk­szo­ści tych gra­tów. Za­czy­na w koń­cu od nowa. Po­wy­sta­wia­ła na Al­le­gro sprzę­ty ta­kie jak ze­staw hi-fi, że­laz­ko czy mi­kro­fa­lów­ka. Z ko­lei na Vin­ted chcia­ła sprze­dać ciu­chy - su­kien­ki, spodnie, swe­try, ki­lo­me­try wi­sior­ków i bran­so­le­tek, któ­rych i tak nie no­si­ła od wie­ków. Ka­wa­ler­ka za­czę­ła pu­sto­szeć wprost pro­por­cjo­nal­nie do sta­nu jej kon­ta. Od kie­dy zwol­ni­ła się z pra­cy, żyła z oszczęd­no­ści, któ­re stop­nio­wo za­czy­na­ły się kur­czyć.

Pre­sja cza­su za­czy­na­ła cią­żyć. Dzien­nie wy­sy­ła­ła dzie­siąt­ki CV, do wszel­kich mię­dzy­na­ro­do­wych firm i ho­te­li w ca­łej Eu­ro­pie, wszę­dzie tam, gdzie był wy­ma­ga­ny an­giel­ski. Szyb­ko oka­za­ło się, że fakt, iż nie jest na miej­scu lub nie mówi w lo­kal­nym ję­zy­ku, sta­no­wi pro­blem.

Czu­ła, że grunt pali jej się pod no­ga­mi. Wóz albo prze­wóz. Już nie było od­wro­tu. Wy­szła na drin­ka z przy­ja­ciół­ką, żeby prze­ga­dać te­mat. Opra­co­wać stra­te­gię.

- Dla­cze­go nie spró­bu­jesz po­szu­kać cze­goś jako au pair? - za­py­ta­ła Nina, drob­na sza­tyn­ka o piw­nych oczach.

- Oj, nie, nie, nie! Nie­na­wi­dzę dzie­ci. Nie ma szans, to kom­plet­nie nie moja baj­ka. Zwa­rio­wa­ła­bym.

- Ach, daj spo­kój! Ja też nie prze­pa­dam za dzieć­mi, a ja­koś da­łam radę i su­per wspo­mi­nam. Te dzie­cia­ki są tu naj­mniej­szym pro­ble­mem! Je­steś z nimi tyl­ko parę go­dzin dzien­nie. Od­bie­rasz ze szko­ły, po­ma­gasz ro­bić za­da­nie, za­bie­rasz na za­ję­cia do­dat­ko­we i or­ga­ni­zu­jesz play­da­tes, kie­dy ty plot­ku­jesz z in­ny­mi au pair, a dzie­cia­ki zaj­mu­ją się sobą. Cza­sem ro­bisz im szyb­ką ko­la­cję. Po­tem wra­ca­ją ro­dzi­ce, a ty mo­żesz wyjść, im­pre­zo­wać, ro­bić, co chcesz. Ran­ki masz dla sie­bie. I nie mu­sisz się wte­dy mar­twić o ta­kie rze­czy, jak miesz­ka­nie, ra­chun­ki czy je­dze­nie, wszyst­ko masz za­pew­nio­ne. Cza­sa­mi na­wet nie miesz­kasz w tym sa­mym domu, tyl­ko do­sta­jesz stu­dio na mie­ście i je­steś to­tal­nie nie­za­leż­na. Po­waż­nie, po­myśl o tym...

- No nie wiem... - Ten po­mysł nie był taki zły, ale nie prze­ma­wiał do niej w stu pro­cen­tach.

- Wejdź so­bie na tę stron­kę i się ro­zej­rzyj. Co ci szko­dzi?

Nina po­da­ła jej link to stro­ny Au­Pa­ir­World, z któ­rej sama ko­rzy­sta­ła w prze­szło­ści. W ten spo­sób miesz­ka­ła przez ja­kiś czas na Ma­jor­ce, a póź­niej w Ka­na­dzie.

To może nie jest aż ta­kie głu­pie... - za­sta­na­wia­ła się Lila, prze­glą­da­jąc por­tal po po­wro­cie do miesz­ka­nia. Rze­czy­wi­ście, więk­szość tych ofert wy­glą­da­ła cie­ka­wie. Cał­kiem spo­ra część ro­dzin ofe­ro­wa­ła od­se­pa­ro­wa­ną część domu lub od­dziel­ną ka­wa­ler­kę. I to ją za­in­te­re­so­wa­ło. W koń­cu jest już za sta­ra na miesz­ka­nie z ja­kąś ro­dzin­ką. Jest za sta­ra na miesz­ka­nie ze swo­ją, co do­pie­ro z obcą. Jak do­bi­jasz trzy­dziest­ki, ta­kie eks­ce­sy za­czy­na­ją być nie­mi­le wi­dzia­ne, a two­ja per­spek­ty­wa się kur­czy. Ale tu­taj mia­ła­by swo­je gniazd­ko i nie mu­sia­ła­by się przed ni­kim spo­wia­dać. Tak, to wy­glą­da­ło in­te­re­su­ją­co.

3.

Od dnia, kie­dy za­ło­ży­ła kon­to na por­ta­lu dla au pa­irs, spra­wy na­bra­ły za­wrot­ne­go tem­pa. Dzien­nie do­sta­wa­ła dzie­siąt­ki wia­do­mo­ści od ro­dzin z ca­łe­go świa­ta. Wi­zja prze­pro­wadz­ki do Au­stra­lii, No­wej Ze­lan­dii, Sta­nów, Ma­la­gi czy Wiel­kiej Bry­ta­nii za­czy­na­ła się kla­ro­wać. Ku­si­ły ją pro­po­zy­cje wspól­nych wa­ka­cji na Ko­sta­ry­ce, Ha­wa­jach czy w In­do­ne­zji. Po­ten­cjał wy­da­wał się nie mieć koń­ca. Po kil­ku spo­tka­niach on­li­ne mo­gła prze­bie­rać w ofer­tach. W koń­cu nie tak ła­two było tym ro­dzi­nom zna­leźć oso­bę z bie­głym an­giel­skim, do­świad­cze­niem w opie­ce nad dzieć­mi (nie­mal wszy­scy w jej ro­dzi­nie i całe dal­sze i bliż­sze gro­no zna­jo­mych było po ślu­bie, a mie­li też już pierw­sze lub ko­lej­ne po­cie­chy, któ­ry­mi nie raz zresz­tą się opie­ko­wa­ła) i wie­kiem, któ­ry wska­zy­wał­by na to, że nie pu­ści domu z dy­mem pod­czas przy­rzą­dza­nia her­ba­ty. Kto by po­my­ślał, że na kil­ka lat przed trzy­dziest­ką jej wiek mógł­by być atu­tem? Oka­za­ła się per­łą w mo­rzu osiem­na­sto­la­tek rząd­nych im­prez i bez gło­wy na kar­ku. Tu­taj to ona mo­gła wy­bie­rać, nie na od­wrót.

Po­mi­mo że ofer­ta au­stra­lij­skie­go ojca sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­ce­go dzie­wię­cio­let­nią cór­kę była jej zde­cy­do­wa­nym fa­wo­ry­tem - dom z ba­se­nem, dwa kro­ki od pla­ży, nie­za­leż­ny do­mek dla go­ści, któ­ry miał być jej lo­kum, i wa­ka­cje na Bali dwa razy w roku - z cięż­kim ser­cem mu­sia­ła od­mó­wić. Biu­ro­kra­cja, za­ła­twia­nie wizy i wszel­kie spra­wy tech­nicz­ne za­ję­ły­by zbyt dużo cza­su, a ona po­trze­bo­wa­ła cze­goś na już. Nie mo­gła dłu­żej cze­kać.

Prze­glą­da­jąc ko­lej­ne zdję­cia ra­do­snych ro­dzin pre­zen­tu­ją­cych per­li­sty uśmiech jak w re­kla­mie wy­bie­la­ją­cej pa­sty do zę­bów czy prosz­ku do pra­nia, tra­fi­ła na ofer­tę z Fran­cji. Trzy­oso­bo­wa ro­dzi­na miesz­ka­ją­ca na przed­mie­ściach Pa­ry­ża, w prze­stron­nym domu z ogro­dem i stu­diem na pod­da­szu po­sia­da­ją­cym osob­ne wej­ście, szu­ka­ła po­mo­cy na naj­bliż­sze trzy mie­sią­ce, do koń­ca roku szkol­ne­go.

Po­trze­bo­wa­li ko­goś od za­raz, kto mógł­by za­cząć jak naj­szyb­ciej. Tak, to brzmia­ło zde­cy­do­wa­nie jak coś, co mo­gło­by ją za­in­te­re­so­wać. Po kil­ku roz­mo­wach na Sky­pie i prze­dys­ku­to­wa­niu kwe­stii for­mal­nych już wie­dzia­ła - za dwa ty­go­dnie prze­pro­wa­dza się do Pa­ry­ża!

4.

- O szlag, ale pi­zga! - Lila, wy­sia­da­jąc z sa­mo­lo­tu na lot­ni­sku w Be­au­va­is, otu­li­ła się moc­niej sza­lem.

Żeby zdą­żyć na po­ran­ny lot, była na no­gach od pią­tej nad ra­nem. Może to zmę­cze­nie prze­szy­ło dresz­czem jej skó­rę, a może jed­nak zde­cy­do­wa­nie niż­sze tem­pe­ra­tu­ry, niż się spo­dzie­wa­ła, i wil­goć, któ­ra prze­ni­ka­ła ją do cna.

Gdy jej sto­py do­tknę­ły już zie­mi i we­szła do ter­mi­na­lu przy­lo­tów, za­ma­sko­wa­ni żoł­nie­rze w ka­mi­zel­kach ku­lo­od­por­nych i z ka­łasz­ni­ko­wa­mi pod pa­cha­mi ska­no­wa­li wzro­kiem przy­jezd­nych. Po­czu­ła, jak ser­ce za­bi­ło jej moc­niej, a ręce za­czę­ły się po­cić. Tro­chę wy­pro­wa­dzi­ło ją to z rów­no­wa­gi. Nie przy­wy­kła do ta­kie­go wi­do­ku. Ode­bra­ła swój ba­gaż z ta­śmy i uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go z mun­du­ro­wy­mi, szyb­ko ru­szy­ła w stro­nę wyj­ścia.

Był po­god­ny po­nie­dzia­łek, pro­mie­nie słoń­ca otu­la­ły ją, uprzy­jem­nia­jąc ten pe­łen nie­pew­no­ści mar­co­wy po­ra­nek. W Co­sta Cof­fee, miesz­czą­cej się obok przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go, z któ­re­go od­jeż­dża­ły au­to­bu­sy do cen­trum Pa­ry­ża, za­mó­wi­ła kawę i swo­je­go pierw­sze­go pain au cho­co­la­te2. Za­bra­ła pa­pie­ro­wy ku­bek i prze­ką­skę na ze­wnątrz i od­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Po­tem jesz­cze jed­ne­go i ko­lej­ne­go. Sta­ra­ła się od­ro­czyć chwi­lę spo­tka­nia z ro­dzin­ką. I z tym dziec­kiem. Nie była pew­na, jak so­bie po­ra­dzi, nie była pew­na, czy da radę. Czy to w ogó­le dla niej, czy to ma sens? Za­sta­na­wia­ła się, jak to wszyst­ko bę­dzie wy­glą­dać. Z jed­nej stro­ny chcia­ła tu być, z dru­giej nie chcia­ła je­chać do tego domu. Pra­gnę­ła de­lek­to­wać się tym miej­scem na wła­sny ra­chu­nek. Czu­ła się ja­koś tak doj­rza­le i nie­za­leż­nie, gdy sta­ła tu sama z wa­liz­ką. Cie­ka­wi­ło ją, co lu­dzie, któ­rzy ją wi­dzą, so­bie o niej my­ślą. Bar­dzo chcia­ła wy­glą­dać na tu­tej­szą. Pre­zen­to­wać się z kla­są. Chcia­ła ja­wić się jako wy­kwint­na pa­ry­żan­ka, któ­ra tak po pro­stu wra­ca z wa­ka­cji. Tak, tak ma­rzy­ła, żeby lu­dzie ją po­strze­ga­li. Może ten nie­do­je­dzo­ny ro­ga­lik na to nie wska­zy­wał. Ale taki był plan.

Po chwi­li za­wia­ło. Prze­szył ją ko­lej­ny dreszcz. Może jed­nak było po pro­stu chłod­no? Po­czu­ła, jak jej je­li­ta bu­zu­ją. Mie­szan­ka kawy, pa­pie­ro­sów i emo­cji da­wa­ła o so­bie znać co­raz wy­raź­niej. Ta eks­cy­ta­cja no­wo­ścią, wy­jaz­dem w nie­zna­ne, star­tem od nowa po­bu­dza­ła ją, ale i nie­po­ko­iła. Nie była pew­na, cze­go do­kład­nie się boi, bo nie była pew­na, cze­go tak na­praw­dę ma się spo­dzie­wać.

Po­cząt­ki prze­waż­nie by­wa­ją trud­ne. Ale tu­taj mia­ła stać się czę­ścią czy­jeś ro­dzi­ny. Ro­dzi­ny, któ­rej nie zna­ła. Mia­ła za­miesz­kać w czy­imś domu. Za­chłan­nie za­cią­ga­ła się pa­pie­ro­sem i po­ły­ka­ła po­wie­trze, ma­jąc na­dzie­ję, że to ją uspo­koi. Prze­ga­pi­ła już od­jazd jed­ne­go au­to­bu­su, te­raz mu­sia­ła po­cze­kać na na­stęp­ny.

Wy­cią­gnę­ła kart­kę z roz­pi­ską po­dró­ży. Za­pi­sa­ła so­bie do­kład­nie tra­sę z Go­ogle Maps i wska­zów­ki prze­ka­za­ne przez Céli­ne, mat­kę dziec­ka, któ­rym mia­ła się zaj­mo­wać. "Wsiąść w na­vet­te3 do cen­trum Pa­ry­ża. Tam kie­ro­wać się na sta­cję Por­te Ma­il­lot. Wsiąść w me­tro li­nii je­den, w kie­run­ku La Défen­se. Na ostat­niej sta­cji prze­siąść się w RER A zmie­rza­ją­cy do Sa­int-Ger­ma­in-en-Laye i wy­siąść w Cha­tou". Stam­tąd Ri­chard, oj­ciec ro­dzi­ny, miał ją ode­brać. Nie mia­ła do­stę­pu do in­ter­ne­tu, umó­wi­li się więc, że wy­śle SMS, kie­dy bę­dzie wsia­dać w ten cały RER.

W koń­cu pod­je­chał ko­lej­ny au­to­bus. Lila za­pa­ko­wa­ła wa­liz­kę do luku i po­wo­li wsia­dła do środ­ka. Tra­sa trwa­ła po­nad go­dzi­nę, ale nie po­tra­fi­ła zmru­żyć oka ani się wy­lu­zo­wać. Pod­eks­cy­to­wa­na, ob­ser­wo­wa­ła tęt­nią­ce ży­cie zza szy­by. My­śli ko­tło­wa­ły się w jej gło­wie. Wy­obra­ża­ła so­bie sie­bie prze­cha­dza­ją­cą się uli­ca­mi Pa­ry­ża. Kie­dy prze­jeż­dża­li przez sie­dem­na­stą dziel­ni­cę, nie wie­dzia­ła, w któ­rą stro­nę ma od­wró­cić wzrok. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jak z fil­mu. Fa­sa­dy haus­sman­now­skich ka­mie­nic, pącz­ku­ją­ce drze­wa na sze­ro­kich ale­jach, sku­te­ry prze­ci­na­ją­ce w po­śpie­chu pasy jezd­ni . To wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­re­al­ne. Czu­ła, że śni. Czy to mo­gła być praw­da, że to bę­dzie jej nowy dom? Uśmiech­nę­ła się i po­czu­ła cie­pło wy­peł­nia­ją­ce jej pod­brzu­sze.

Na sta­cji La Défen­se nie była pew­na, czy stoi na od­po­wied­nim pe­ro­nie. Za­py­ta­ła więc ele­ganc­ko ubra­ną biz­ne­swo­man o po­twier­dze­nie swo­je­go wy­bo­ru. Ko­bie­ta od­po­wie­dzia­ła płyn­ną an­gielsz­czy­zną, że ma spraw­dzać świa­teł­ka za­pa­la­ją­ce się na roz­pi­sce sta­cji. Je­śli jej de­sty­na­cja była pod­świe­tlo­na, zna­czy­ło to, że na­stęp­ny po­ciąg je­dzie w jej kie­run­ku. Wy­cią­gnę­ła te­le­fon i wy­sła­ła wia­do­mość: "Je­stem w dro­dze, do zo­ba­cze­nia!".

2 Pain au cho­co­la­te (fr.) - dosł. chleb z cze­ko­la­dą; po­pu­lar­ny wy­piek na ba­zie cia­sta fran­cu­skie­go; cze­ko­la­do­wa wer­sja cro­is­san­ta.

3 Na­vet­te (fr.) - au­to­bus trans­fe­ro­wy, kur­su­ją­cy na tra­sie pro­wa­dzą­cej na lot­ni­sko; od­po­wied­nik an­giel­skie­go shut­tle bus.

5.

Wy­sia­dła na sta­cji Cha­tou i prze­szła przez bram­ki bi­le­to­we, cały czas roz­glą­da­jąc się za Ri­char­dem, któ­re­go nie mo­gła do­strzec. Pro­mie­nie słoń­ca po­ra­zi­ły ją, zmru­ży­ła więc oczy i do­pie­ro wte­dy do­strze­gła zna­jo­mo wy­glą­da­ją­cą twarz po­spiesz­nie zmie­rza­ją­cą w jej kie­run­ku. Po­ma­cha­ła i uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna z krót­ką, za­dba­ną bro­dą pod­szedł do niej i z po­wa­gą po­dał jej rękę, a lewą dło­nią zła­pał rącz­kę wa­liz­ki.

- Wi­taj, Lily! Je­stem Ri­chard. Hmm... strasz­nie dłu­go ci to za­ję­ło... Chodź­my już! Szyb­ko, mu­si­my się zbie­rać! Mad­die nie może się cie­bie do­cze­kać od kil­ku go­dzin...

- Cześć, Ri­chard! Ach, na­praw­dę? Od kil­ku go­dzin? Wiesz, au­to­bus mi uciekł, mu­sia­łam cze­kać na na­stęp­ny, ale sa­mo­lot lą­do­wał prze­cież do­pie­ro o je­de­na­stej...

- Jak to?! By­li­śmy prze­ko­na­ni, że lą­du­jesz o dzie­wią­tej... Te­raz wszyst­ko ja­sne... No nic, chodź­my już. Dom jest tuż za ro­giem. Mad­die jest głod­na jak wilk, ale ko­niecz­nie chcia­ła zjeść z tobą... - po­wie­dział tro­chę na od­chod­ne, od­wró­co­ny do niej ple­ca­mi, gna­jąc przed sie­bie. - O rany, ależ wiel­ka wa­liz­ka, wi­dzę, że masz bar­dzo dużo rze­czy jak na trzy mie­sią­ce... - do­dał z dziw­nym gry­ma­sem na twa­rzy.

Nie była pew­na, czy to żart. Wzię­ła głę­bo­ki wdech, chcąc coś po­wie­dzieć, ale prze­rwał jej i mi­mo­cho­dem wtrą­cił:

- Ru­chy, ru­chy! Chodź­my!

Lila przy­gry­zła war­gi, zro­bi­ło jej się su­cho w ustach a dło­nie za­czę­ły mro­wić. Ile by dała za pa­pie­ro­sa!

Ru­szy­li żwa­wym kro­kiem wzdłuż uli­cy bie­gną­cej pod gór­kę. Po kil­ku mi­nu­tach mar­szu i tro­chę wy­mu­szo­ne­go small tal­ku sta­nę­li przed po­tęż­ną bra­mą. Ri­chard otwo­rzył furt­kę do ogro­du i po­pro­wa­dził ją w kie­run­ku bocz­nych scho­dów domu.

- Zo­sta­wi­my rze­czy od razu w two­im po­ko­ju - oznaj­mił.

Wszedł po krę­co­nych scho­dach przy­le­ga­ją­cych do fa­sa­dy domu i otwo­rzył cięż­kie me­ta­lo­we drzwi, któ­re ze zgrzy­tem za­pro­si­ły ich do środ­ka. Po­rząd­nie wy­tarł buty o wy­cie­racz­kę, aż drew­nia­na pod­ło­ga za­trzesz­cza­ła. Kie­dy pod­szedł do lam­py i za­pa­lił świa­tło, pod­da­sze wy­peł­ni­ło się cie­płą ja­sno­ścią. Prze­stron­ny po­kój z po­je­dyn­czym łóż­kiem, biur­kiem, sza­fą i te­le­wi­zo­rem po­łą­czo­ny był z ła­zien­ką wy­po­sa­żo­ną w prysz­nic, to­a­le­tę i umy­wal­kę. Obok mi­kro­sko­pij­ne­go okna, osa­dzo­ne­go nie­znacz­nie nad pod­ło­gą, na ma­łej lo­dów­ce znaj­do­wa­ły się ku­chen­ka mi­kro­fa­lo­wa i czaj­nik. Po­miesz­cze­nie było schlud­ne i za­dba­ne, na biur­ku sta­ły cię­te kwia­ty, a pod­ło­gę zdo­bił ko­lo­ro­wy tu­rec­ki dy­wan. Na ścia­nie wi­sia­ły abs­trak­cyj­ne ob­ra­zy, tro­chę kłó­cą­ce się z nie­mal an­tycz­ny­mi me­bla­mi. Prze­strzeń wy­peł­niał spe­cy­ficz­ny za­pach sta­ro­ci i lek­ko za­wil­go­co­ne­go drew­nia­ne­go pod­da­sza.

- Masz tu wszyst­ko, co nie­zbęd­ne. Po­ściel i ręcz­ni­ki są w ko­mo­dzie. Te­le­wi­zja fran­cu­ska, więc pew­nie i tak nic nie zro­zu­miesz, ale mamy też CNN i BBC. Tu­taj jest ha­sło do wi-fi. - Wska­zał na kart­kę le­żą­cą na biur­ku. - Mo­żesz prać swo­je rze­czy ra­zem z na­szy­mi lub od­dziel­nie, jak wo­lisz, już ci po­ka­zu­ję, gdzie jest pral­nia. Ale naj­pierw może chcesz się od­świe­żyć po po­dró­ży? Umyj ręce i chodź­my do Mad­die. Umie­ra z cie­ka­wo­ści, by cię po­znać. - Ge­stem wska­zał ła­zien­kę.

- Och, tak, tak, dzię­ku­ję.

Lily we­szła do ła­zien­ki i od­wra­ca­jąc gło­wę, zo­rien­to­wa­ła się, że nie ma za sobą drzwi, któ­re od­dzie­la­ły­by ją od po­ko­ju. Za­krę­ci­ła się wo­kół wła­snej osi i zro­bi­ła krok w kie­run­ku umy­wal­ki. Ri­chard uważ­nie ją ob­ser­wo­wał. Pa­trzył w sku­pie­niu, jak my­dli dło­nie, a na­stęp­nie prze­my­wa je pod bie­żą­cą wodą. Kie­dy wy­tar­ła je w ręcz­nik, otwo­rzył dru­gie drzwi, znaj­du­ją­ce się na­prze­ciw­ko wej­ścia z ze­wnątrz, i prze­szedł do dłu­gie­go ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­ce­go do pral­ni.

- Pral­ka, su­szar­ka, sto­jak do su­sze­nia pra­nia. Wiesz, jak ro­bić pra­nie? - za­py­tał po­spiesz­nie.

- Tak, tak, oczy­wi­ście. Miesz­kam sama od kil­ku lat - od­po­wie­dzia­ła i uśmiech­nę­ła się lek­ko.

- Ko­lo­ro­we rze­czy pie­rze­my w tym pły­nie, a bia­łe w tym prosz­ku... Za­wsze spraw­dzaj kie­sze­nie, Mad­die lubi cho­wać tam Lego... Wy­bierz ten pro­gram do ciem­nych, a ten do spor­to­wych ubrań... Ni­g­dy nie susz w su­szar­ce bie­li­zny... Pa­mię­taj, żeby za­wsze naj­pierw strzep­nąć ubra­nia, o tak... Ana, na­sza sprzą­tacz­ka, przy­cho­dzi trzy razy w ty­go­dniu... W piąt­ki i po­nie­dział­ki pra­su­je... Skar­pet­ki gru­pu­jesz, o tak, a bie­li­znę skła­dasz, o tak... Ukła­dasz wszyst­ko w ko­szu, o tym, i roz­no­sisz po po­ko­jach... Roz­mia­ro­wo i te­ma­tycz­nie... ko­lo­ry­stycz­nie...

Lila czu­ła, że jej gło­wa za­czy­na przy­po­mi­nać za­pcha­ny bę­ben pral­ki.

- Na­stęp­nym ra­zem, jak bę­dzie­my su­szyć po­ściel, po­ka­żę ci, jak ją skła­dać, żeby nie było za­gnie­ceń. Py­ta­nia?

- Ykhm... nie, nie, wszyst­ko ja­sne, dzię­ku­ję. Na pew­no się po­ja­wią, ale może nie w tej chwi­li... - od­po­wie­dzia­ła i po­dra­pa­ła się po gło­wie, lek­ko przy­tło­czo­na tą na­głą oraz bez­po­śred­nią lek­cją ro­bie­nia pra­nia.

Zga­sił świa­tło i do­szedł do koń­ca ko­ry­ta­rza. Za ko­lej­ny­mi drzwia­mi znaj­do­wa­ły się krę­co­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce do głów­nej czę­ści domu. Na koń­cu scho­dów były ko­lej­ne drzwi.

- Na week­end za­my­ka­my te drzwi na za­mek. Są one pod­pię­te pod głów­ny alarm - je­śli więc będą za­mknię­te, nie bę­dziesz w sta­nie uru­cho­mić alar­mu, kie­dy nie ma nas w domu. Two­je drzwi wej­ścio­we nie są pod­pię­te pod alarm - wy­tłu­ma­czył.

Kie­dy otwo­rzył drzwi wy­cho­dzą­ce na nie­za­bu­do­wa­ną klat­kę scho­do­wą, na­tu­ral­ne świa­tło wy­peł­nia­ją­ce prze­strzeń po­ra­zi­ło nie­mal tak samo jak pisk dziec­ka do­cho­dzą­cy zza rogu. Mała dziew­czyn­ka, sły­sząc trzask, mo­men­tal­nie wy­bie­gła do sa­lo­nu, któ­ry znaj­do­wał się po pra­wej stro­nie, za sze­ro­ki­mi prze­su­wa­ny­mi szkla­ny­mi drzwia­mi. Pod­eks­cy­to­wa­ne dziec­ko wtu­li­ło się w Lily bez sło­wa i bez ja­kiej­kol­wiek krę­pa­cji. Nie­sa­mo­wi­te, jak dzie­ci po­tra­fią żyć bez fil­tra i uprze­dzeń. Po­tra­fią być na­tu­ral­ne i ufne.

Po chwi­li cała trój­ka prze­szła przez po­dłuż­ny i prze­stron­ny sa­lon pro­wa­dzą­cy do otwar­tej kuch­ni z czę­ścią ja­dal­nia­ną znaj­du­ją­cą się na dru­gim koń­cu domu. Oczy Lily za­świe­ci­ły się, gdy mi­ja­li im­po­nu­ją­cy śnież­no­bia­ły for­te­pian sto­ją­cy dum­nie na środ­ku po­miesz­cze­nia. Ob­ró­ci­ła gło­wę i z uśmie­chem za­wie­si­ła wzrok na le­wej ścia­nie. Była prze­szklo­na na ca­łej wy­so­ko­ści i dłu­go­ści okna­mi, któ­re wpusz­cza­ły pro­mie­nie po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca. Oświe­tla­ły mu­zycz­ne in­stru­men­ty i mo­der­ni­stycz­ne ob­ra­zy po­roz­wie­sza­ne po prze­ciw­nej stro­nie.

Ze­szli po trzech schod­kach i we­szli do kuch­ni po­łą­czo­nej z ja­dal­nią, z wy­spą na środ­ku i po­dłuż­ną ławą pod oknem. Prze­bi­ja­ją­ca się przez szy­by zie­leń ogro­du do­da­wa­ła ko­lo­ru tej urzą­dzo­nej w skan­dy­naw­skim sty­lu mi­ni­ma­li­stycz­nej kuch­ni. Stół był na­kry­ty dla trzech osób, a na środ­ku sta­ły ka­raf­ka z wodą i misa z sa­łat­ką, chy­ba z kur­cza­kiem.

Mad­die wy­mi­nę­ła Lilę i z im­pe­tem wsko­czy­ła na ławę, za­sia­da­jąc do sto­łu. Ri­chard wska­zał Lily miej­sce na­prze­ciw dziec­ka, a sam usiadł na krze­śle po­mię­dzy nimi. Na­ło­żył Mad­die por­cję sa­łat­ki i wpa­tru­jąc się in­ten­syw­nie w Lily, po­dał jej mi­skę. Lila, mimo gło­du, na­ło­ży­ła so­bie mi­kro­sko­pij­ną por­cję - nie lu­bi­ła, gdy lu­dzie pa­trzy­li, jak je, dla­te­go też rzad­ko ja­da­ła przy ob­cych.

Gdy Mad­die, za­miast jeść, za­czę­ła za­da­wać mi­lion py­tań, ser­ce Lily za­bi­ło moc­niej, a ręce za­czę­ły jej drżeć. Po­czu­ła go­rą­cą struż­kę potu spły­wa­ją­cą po ple­cach. Upi­ła łyk chłod­nej wody, by się uspo­ko­ić. Pa­pie­ro­sa. Daj­cie pa­pie­ro­sa! - wo­ła­ła w my­ślach.

6.

Gdy za­padł zmierzch, Ri­chard za­pu­kał w ramę otwar­tych drzwi po­ko­ju Mad­die. Dziew­czyn­ka sie­dzia­ła na zie­mi ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi i za­fa­scy­no­wa­na słu­cha­ła, jak Lily czy­ta, a może bar­dziej duka fran­cu­skie sło­wa skła­da­ją­ce się na ko­lej­ny od­ci­nek ko­mik­su o przy­go­dach Ka­czo­ra Do­nal­da, Pic­sou.

- Mad­die, wska­kuj w pi­dża­mę, za chwi­lę jemy ko­la­cję, mama wra­ca dziś z Lon­dy­nu, a ju­tro już idziesz do szko­ły - po­le­cił oj­ciec, wcho­dząc do po­ko­ju.

- Jesz­cze tyl­ko pięć mi­nut, tato, pro­szę­ę­ęę! Do­koń­czy­my tyl­ko tę hi­sto­rię, pro­szę, pro­szę, pro­szę! - za­skom­la­ła dziew­czyn­ka.

- Ile stron wam zo­sta­ło? - za­py­tał Ri­chard.

- Jed­na, już koń­czy­my, na­praw­dę - od­po­wie­dzia­ła Lila.

- Okej, w po­rząd­ku. Jak skoń­czy­cie, do­pil­nuj, żeby Mad­die prze­bra­ła się w pi­dża­mę - wy­dał Lily po­le­ce­nie. - Gdzie jest twój ple­cak na ju­tro? - zwró­cił się do dziec­ka.

- Tam! - Mała wska­za­ła pal­cem krze­sło przy biur­ku, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ko­mik­su.

Męż­czy­zna pod­szedł do biur­ka i zaj­rzał do tor­ni­stra. Przej­rzał, co jest w środ­ku, i upew­nił się, czy ni­cze­go nie bra­ku­je.

- Okej, pięć mi­nut. Wi­dzi­my się na dole - po­le­cił, rzu­ca­jąc Lily groź­ne spoj­rze­nie.

***

Ri­chard stał przy ku­chen­ce, ty­łem do wej­ścia do kuch­ni i ener­gicz­nie mie­szał coś na głę­bo­kiej pa­tel­ni. Po za­pa­chu Lila wy­wnio­sko­wa­ła, że sos po­mi­do­ro­wy. Gdy usły­szał kro­ki dziew­czyn, prze­krę­cił gło­wę w ich kie­run­ku.

- Na­kryj­cie do sto­łu, pro­szę. Mad­die, po­każ Lily, jak to ro­bi­my - po­le­cił.

Mad­die wska­za­ła ge­stem swo­jej no­wej au pair, aby ta po­szła za nią. Sta­nę­ły przy ku­chen­nej wy­spie, a dziew­czyn­ka otwo­rzy­ła jed­ną z jej po­dłuż­nych szu­flad.

- Tu­taj są sztuć­ce, a tu­taj ser­wet­ki - każ­dy ma swo­ją kla­mer­kę, na któ­rej są ini­cja­ły. Wi­dzisz? Ja mam "M" jak Mad­die tata ma "R" jak Ri­chard a mama "C" jak Céli­ne. Dla cie­bie jesz­cze nie mamy... Ale nie martw się! Mo­żesz mieć tę! - Dziew­czyn­ka po­da­ła Lily ba­weł­nia­ne ser­wet­ki, a sama chwy­ci­ła sztuć­ce.

Gdy po­ło­ży­ła je na sto­le, wró­ci­ła do wy­spy i cią­gnę­ła en­tu­zja­stycz­nie:

- Tu­taj są szklan­ki. Ja mam za­wszę tę z Elsą, z Kra­iny Lodu. - Mad­die po­ka­za­ła Lily ko­lej­ną szu­fla­dę wy­peł­nio­ną wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi ro­dza­ja­mi kie­lisz­ków.

W tym mo­men­cie drzwi wej­ścio­we otwo­rzy­ły się i za­trza­snę­ły z hu­kiem, a ele­ganc­ka ko­bie­ta w dłu­gim tren­czo­wym płasz­czu i szpil­kach z czer­wo­ną po­de­szwą we­szła do środ­ka. Uśmie­cha­ła się sze­ro­ko.

- Co­ucou4! - za­wo­ła­ła gło­śno, od­sta­wia­jąc wa­liz­kę, a jej dłu­gie lśnią­ce wło­sy opa­dły falą na ra­mio­na.

- Ma­ama­aan5! - krzyk­nę­ła Mad­die i wy­bie­gła ko­bie­cie na­prze­ciw, rzu­ca­jąc się jej w ra­mio­na.

Lily uda­ła się za nią, żeby przy­wi­tać się ze swo­ją nową pra­co­daw­czy­nią.

- Och, Lily! Wi­taj! Jak miło cię wi­dzieć! Cie­szy­my się, że je­steś z nami! Jak się masz? Jak mi­nął pierw­szy dzień? - Ko­bie­ta zwró­ci­ła się do dziew­czy­ny, a jej oczy od­bi­ły blask sztucz­ne­go świa­tła.

- Wi­taj, Céli­ne! Bar­dzo miło mi cię po­znać!

Lila wy­cią­gnę­ła w jej kie­run­ku pra­wą dłoń do uści­sku, ale ko­bie­ta wy­da­wa­ła się jej nie wi­dzieć. Za­miast tego wy­dę­ła usta w lek­ki dziu­bek, po czym uca­ło­wa­ła ją po­dwój­nie - to w pra­wy, to w lewy po­li­czek.

- Och, dzię­ku­ję, świet­nie, wszyst­ko w po­rząd­ku! - Lila zmie­sza­ła się i nie­zdar­nie za­ha­czy­ła no­sem o ja­sne wło­sy Céli­ne, któ­re pach­nia­ły piż­mem i la­wen­dą. - Spę­dzi­ły­śmy faj­ny dzień z Mad­die. Po­ka­za­ła mi swój po­kój i za­baw­ki... Wasz dom jest prze­pięk­ny! - od­po­wie­dzia­ła Lila uprzej­mie.

- Och, dzię­ku­ję! Czyż nie? Zna­jo­my ar­chi­tekt za­pro­jek­to­wał wnę­trze. Chcie­li­śmy, żeby in­stru­men­ty Ri­char­da były czę­ścią de­ko­ra­cji - wtrą­ci­ła Céli­ne. - Och, ma ch?re, tak bar­dzo się za tobą stę­sk­ni­łam! - do­da­ła, wtu­la­jąc się w drob­ną głów­kę Mad­die.

- Cześć, skar­bie! - Ri­chard po­ma­chał do żony, wy­chy­la­jąc się z kuch­ni. - Ko­la­cja go­to­wa! Już, już, chodź­cie do sto­łu, bo je­dze­nie sty­gnie! - po­na­glił, sta­wia­jąc mi­skę z ma­ka­ro­nem po jed­nej stro­nie sto­łu, a pa­tel­nię z so­sem po bo­loń­sku po dru­giej.

- Spo­koj­nie, skar­bie, wy­lu­zuj, a czy mogę naj­pierw... - Céli­ne prze­szła do ja­dal­ni po­wol­nym, peł­nym wdzię­ku kro­kiem.

Wy­glą­da­ła jak mo­del­ka prze­cha­dza­ją­ca się po wy­bie­gu Dio­ra albo nim­fa, Pani Je­zio­ra, uno­szą­ca się nad ta­flą wody. Po­sła­ła mę­żo­wi po­nęt­ne spoj­rze­nie spod dłu­gich i gę­stych rzęs, po czym zbli­ży­ła się do nie­go po­wo­li i po­ca­ło­wa­ła czu­le. Wy­da­wa­ło się, że nie­co dłu­żej niż zwy­kle.

- A czy mogę naj­pierw... umyć ręce? - cią­gnę­ła za­lot­nie. Jej uśmiech za­błysł ni­czym świe­żo wy­ło­wio­ne mor­skie pe­reł­ki.

Ri­chard nie opo­no­wał.

- Lily! Lily! - Wy­so­ki i pi­skli­wy gło­sik Mad­die prze­rwał tę ro­man­tycz­ną sce­nę w sty­lu Berg­man-Bo­gart. Mała zdą­ży­ła już się znie­cier­pli­wić. Sie­dzia­ła na swo­im krze­śle wy­pro­sto­wa­na jak stru­na i ra­do­śnie krzy­cza­ła zza sto­łu. - Lily! Sia­daj, Lily! - Dziec­ko po­ma­cha­ło, wska­zu­jąc miej­sce na­prze­ciw sie­bie. Była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że zda­wa­ło się, iż za­raz eks­plo­du­je z za­chwy­tu i nad­mia­ru emo­cji ni­czym do­brze na­dzia­na pi­nia­ta.

Lila, za­chę­co­na tym ge­stem, usia­dła do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, któ­re za­ję­ła przy lun­chu, na pra­wym skra­ju ławy. Ką­tem oka do­strze­gła, że Ri­chard otwie­rał wła­śnie bu­tel­kę czer­wo­ne­go wina. Dźwięk kor­ka opusz­cza­ją­ce­go gar­dę wy­brzmiał zna­jo­mo. Śli­na sa­mo­ist­nie wy­peł­ni­ła usta Lily. Ma­rzy­ła o drin­ku i pa­pie­ro­sie od po­łu­dnia. Jed­nak męż­czy­zna usta­wił na ku­chen­nej wy­spie tyl­ko dwa kie­lisz­ki, po czym płyn­nym ge­stem, ni­czym naj­wyż­szej kla­sy som­me­lier, za­ser­wo­wał tru­nek naj­pierw żo­nie, po­tem so­bie. Lila od­wró­ci­ła nie­zręcz­nie gło­wę, uda­jąc, że nie zro­bi­ło na niej wra­że­nia to, że zo­sta­ła po­mi­nię­ta. To było dziw­ne czy tyl­ko jej się wy­da­wa­ło? W każ­dym ra­zie zde­cy­do­wa­nie ją to ubo­dło. Je­steś w pra­cy! - upo­mnia­ła się w my­ślach, ale w głę­bi du­szy ma­rzy­ła za­nu­rzyć choć ko­niu­szek ję­zy­ka w tym krwi­sto­czer­wo­nym na­po­ju bo­gów.

- Cin6! - Céli­ne mru­gnę­ła za­lot­nie, stu­ka­jąc de­li­kat­nie w kie­li­szek Ri­char­da.

Kie­dy obo­je prze­szli z kuch­ni do sto­łu, Céli­ne wy­da­wa­ła się nie do­strze­gać pu­ste­go miej­sca znaj­du­ją­ce­go się po le­wej stro­nie Lily. Za­miast tego sta­nę­ła pew­nie przy pra­wym skra­ju ławy, po­mię­dzy mę­żem a swo­ją nową au pair. Nim Lila zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać, zgrab­ne po­ślad­ki Céli­ne wy­pię­ły się lek­ko i wy­pchnę­ły ją na dru­gi ko­niec ławy, w pu­ste miej­sce. Ko­bie­ta ener­gicz­nym i bar­dzo płyn­nym ru­chem bio­der po­pchnę­ła Lily w lewo, a sama za­ję­ła miej­sce przy Ri­char­dzie.

- Och, prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łam, że to two­je miej­sce... Sie­dzia­łam tu przy lun­chu i... - zmie­sza­ła się Lily, czu­jąc, jak jej po­licz­ki ro­bią się go­rą­ce.

Céli­ne, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od męża, mach­nę­ła tyl­ko ręką i za­da­ła mu py­ta­nie o wino, któ­re jej za­ser­wo­wał.

4 Co­ucou (fr.) - cześć, hej (piesz­czo­tli­wy zwrot sto­so­wa­ny głów­nie na po­wi­ta­nie do bli­skich i dzie­ci).

5 Ma­man (fr.) - mama.

6 Cin (fr.) - na zdro­wie.

7.

Na­stęp­ne­go dnia dźwięk alar­mu wy­bu­dził Lily z nie­spo­koj­ne­go snu. Po­mi­mo zmę­cze­nia wier­ci­ła się w łóż­ku przez więk­szość nocy, a my­śli i wspo­mnie­nia z tego dnia bu­zo­wa­ły jej w gło­wie, nie po­zwa­la­jąc spać. Nor­mal­nie w ta­kiej sy­tu­acji skrę­ca­ła i za­pa­la­ła pa­pie­ro­sa, ale tu nie chcia­ła wy­my­kać się pierw­szej nocy na ze­wnątrz na faj­kę. Do­pie­ro nad ra­nem uda­ło jej się usnąć, więc kie­dy bu­dzik za­dzwo­nił o dzie­wią­tej, wy­rwał ją bru­tal­nie z fazy REM.

Bla­da i opuch­nię­ta sta­nę­ła przed lu­strem w ła­zien­ce, bio­rąc głę­bo­ki wdech. Ju­tro mu­szę ku­pić wino - po­my­śla­ła. Nie­wie­le pro­mie­ni dzien­ne­go świa­tła zdo­ła­ło wpaść do jej po­ko­ju przez małe okien­ko przy biur­ku. Uchy­li­ła więc drzwi ze­wnętrz­ne, wy­glą­da­jąc na ogród. Chłód i wil­got­ne po­wie­trze wśli­zgnę­ły się do środ­ka, prze­szy­wa­jąc ją dresz­czem. Na­kry­ła się do­dat­ko­wym swe­trem. Wzię­ła ko­lej­ny głę­bo­ki wdech i ze­szła na dół.

- Halo! Dzień do­bry! - za­wo­ła­ła, wcho­dząc do głów­nej czę­ści domu, ale od­po­wie­dzia­ła jej ci­sza.

Na sto­le ja­dal­nym le­ża­ła nie­do­koń­czo­na mi­ska płat­ków śnia­da­nio­wych za­la­nych mle­kiem, z któ­rych zdą­ży­ła zro­bić się ko­lo­ro­wa pap­ka, a nie­opo­dal za­uwa­ży­ła od­krę­co­ny sło­ik z dże­mem z ja­gód, nad­gry­zio­ny tost i dwie fi­li­żan­ki po ka­wie.

Lily od­ru­cho­wo po­sprzą­ta­ła ze sto­łu - brud­ne na­czy­nia wło­ży­ła do zmy­war­ki, dżem do lo­dów­ki i przej­rza­ła szaf­ki, szu­ka­jąc miej­sca dla pie­czy­wa to­sto­we­go. Kie­dy stół był już czy­sty, po­de­szła do eks­pre­su z kawą i na­peł­ni­ła go nową kap­suł­ką Ne­spres­so. Wpa­try­wa­ła się otę­pia­le w wy­peł­nia­ją­cą się ciur­kiem fi­li­żan­kę. Nie po­tra­fi­ła my­śleć przed pierw­szą kawą.

Na­gle drzwi wej­ścio­we trza­snę­ły. Od­wró­ci­ła się w lek­kim pod­sko­ku, wy­glą­da­jąc, kto to.

- Ooo! Wsta­łaś w koń­cu! Do­brze, jak bę­dziesz go­to­wa, zro­bi­my prób­ną jaz­dę sa­mo­cho­dem i po­ka­żę ci, gdzie jest szko­ła Mad­die i gdzie cho­dzi na za­ję­cia do­dat­ko­we. - Głos Ri­char­da do­biegł z przed­po­ko­ju.

Para buch­nę­ła z eks­pre­su, sy­gna­li­zu­jąc go­to­wy na­pój.

- Fu­uuck... - burk­nę­ła Lila, za­bie­ra­jąc fi­li­żan­kę i czła­piąc po­wol­nym kro­kiem z po­wro­tem na pod­da­sze.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.