Bloodguard - Cecy Robson

Reflow text when sidebars are open.
Koła wysłużonego furgonu podskakują na kolejnych wybojach, aż pręty klatki brzęczą głośno, a szorstki metal ociera się o rozcięcie na moim ramieniu. Zaciskam zęby, by nie skrzywić się z bólu. Lepiej nie przypominać żadnemu z dziewięciu zamkniętych tu ze mną wojowników, że jestem ranny.
Wbijam wzrok w zaschniętą krew, która wciąż plami moje dłonie po ostatniej rozgrywce. Nie należy do mnie, tylko do Yulara, tak mi się przynajmniej zdaje. A może do Mundaga. Oba trolle trafiły ze mną wczoraj na arenę, bo jak my wszyscy zgodziły się walczyć na śmierć i życie, by móc wykarmić swoje rodziny.
Po prostu nie były równie brutalne jak ja. Ani tak zdesperowane.
Krzyżuję ramiona na cienkiej skórzanej zbroi, która okrywa moją nagą pierś, a potem unoszę podbródek i spoglądam na poznaczoną bliznami twarz zawodnika naprzeciwko. Jego dolne kły zakrzywiają się aż nad górną wargę, lewy jest wyszczerbiony i złamany tuż przy szramie ciągnącej się od ust aż do ucha. Ogr podchwytuje mój wzrok, jego spojrzenie twardnieje, jakby w ten sposób chciał mi udowodnić, że nadal ma w sobie ogień. Przyjmuję wyzwanie i niezrażony patrzę mu w oczy. Niech wie, że ja cały jestem ogniem.
Dźwięk rogu oznajmia nasze przybycie i ogr odwraca się z głośnym sapnięciem. Nie ma sensu się teraz nakręcać, może nawet nie wystawią nas przeciwko sobie na arenie.
Kiedy ostatnie dźwięki rogu porywa wiatr, nie potrafię pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że być może nigdy więcej nie usłyszę tego instrumentu. Arena to cholernie nieprzewidywalne miejsce.
Furgon zwalnia po dotarciu do muru otaczającego koloseum, ciężkie łańcuchy brzęczą, gdy potężna drewniana brama otwiera się z przyprawiającym o ból głowy zgrzytem zawiasów. Ze środka bucha narastający chór głosów skandujących "Bloodguard!" coraz głośniej i głośniej. Ryk otacza wóz ze wszystkich stron niczym burzowe chmury.
Sullivan, doświadczony wojownik, który siedzi obok mnie, spluwa na podłogę.
- Przeklęte łajdaki - mruczy pod nosem.
Spoglądam na niego z uniesioną brwią, bo prawie trafił plwociną w mój but, ale on tylko szczerzy się w uśmiechu.
Jest człowiekiem, tak jak ja, ale w przeciwieństwie do mnie ma dosyć jasną karnację i włosy w kolorze wyblakłej w słońcu słomy. Moja skóra jest brązowa za sprawą treningów na świeżym powietrzu, a włosy przypominają odcieniem smołę. Za to obaj jesteśmy jednakowo brudni. Sullivan ma może nieco dłuższą brodę, ale jest tak rzadka, że ledwie zakrywa czyraki szpecące jego szyję tuż nad zbroją.
To stary wyga, nieco wyższy niż ja z moim metrem osiemdziesiąt wzrostu, a poza tym bardziej barczysty, przez co te dzielące nas dwadzieścia lat różnicy przestaje się liczyć. Nie oznacza to, że jest ode mnie lepszy. Po prostu muszę mieć na niego oko.
"Chciałbym zostać płatnerzem", zdradził mi kiedyś. "Żeby móc spędzić resztę życia na wykuwaniu broni, której już nigdy więcej nie będę potrzebował". Po tych słowach popatrzył na mnie uważnie swoimi błękitnymi oczami. "A jak to jest z tobą, chłopcze?"
"Ze mną?", zapytałem wtedy. "Ja będę tym, dla którego tę broń wykuwasz".
Trzy lata później zaczynam myśleć, że może pomysł Sullivana wcale nie był najgorszy.
Spoglądam na jego przedramię, to z wytatuowanym mieczem i oplatającym go ciernistym pnączem - świadectwem dwóch poprzednich zwycięstw. Za kolejne dwa zyska prawo wytatuowania sobie róży i korony. Oraz wolność. Ma drań szczęście.
Poprawiam się na twardej ławce. Krzyki "Bloodguard! Bloodguard!" przybierają na sile.
Ta ekscytacja tłumu ożywia młodego gladiatora o mięśniach zdecydowanie większych od mózgu. Chłopak unosi pięść nad zwieńczoną burzą ciemnych loków głowę i wrzeszczy formułkę z rekrutacyjnych broszurek, które przekonały większość z nas do tego, by wstąpić na tę gównianą drogę życia. "Walcz o złoto, wygrywaj dla chwały!"
- Martwym chwała na nic się nie przyda - rzucam z przekąsem.
- Przynajmniej dzisiaj dostaliśmy coś do żarcia - mówi Sullivan, po czym kaszle krótko i znów spluwa. Choruje od paru tygodni, ale stara się to ukrywać.
Słabość w tym miejscu oznacza śmierć. Głupota także.
Chociaż czarodziej siedzący na ławce naprzeciwko nas najwyraźniej nie ma o tym pojęcia. Spogląda na wojownika z niesmakiem, a grymas to jedyna rzecz, która kazi jego gładką, białą twarz.
- No co? Brzydzisz się moją śliną? - pyta Sullivan z uśmiechem. - Daj spokój, masz tak samo przesrane jak ja.
W ciemnych oczach czarodzieja błyskają iskierki magii.
- Ciebie się brzydzę.
- A niby czemu? - Sullivan nie daje za wygraną. - Nie wszyscy mogą być takimi szlachetnie urodzonymi elegancikami jak ty.
Czarodziej rzuca się na niego, ale jednym kopniakiem w klatkę piersiową usadzam go z powrotem na miejscu.
- Wstrzymaj się z tym, dopóki nie staniesz na arenie - rzucam.
Facet przez chwilę gapi się na mnie bez słowa. Chyba nie spodziewał się po mnie podobnej siły i prędkości. Tak jak większość przeciwników, z którymi przyszło mi dotąd walczyć. Dzięki temu udało mi się przetrwać w tej branży tak długo.
Sullivan szturcha mnie łokciem.
- Cholerna szkoda, że typ potrzebuje różdżki, żeby używać magii, co nie, Leith? - Uśmiecha się, ale widać, że trochę się wkurzył. - Aż żal, że połamał ją sobie podczas ostatniej walki.
Konkretnie roztrzaskał ją na łbie jednego z ogrów, o ile mnie pamięć nie myli. Dzięki temu jednak zwyciężył i zapewnił sobie miejsce pośród nas, w dziesiątce najlepszych zawodników.
Patrzę na czarodzieja groźnie, co trzyma go w szachu. Ale to akurat nic trudnego. Na mojej twarzy z pewnością odbija się wściekłość i gorycz, które nie przestają krążyć mi w żyłach. Jego rysy wykrzywia jedynie przerażenie na myśl o nadchodzącej walce.
Bez różdżki nie ma najmniejszych szans, z czego doskonale zdaje sobie sprawę.
Reguły pozwalają nam używać podczas walki wszystkiego, co jesteśmy w stanie zdobyć po rozpoczęciu rozgrywki, ale nawet jeśli między mieczami, tarczami i sztyletami, które znajdują się na arenie, trafiłaby się jakaś różdżka, czarodziej nie miałby dość czasu, by przelać do niej swoją moc. Jest wygłodniały i słaby. Tak jak my wszyscy.
- Ja... mam rodzinę - jąka się, podczas gdy ja nie odrywam od niego wściekłego spojrzenia. - Żonę i dzieci, które naprawdę mnie potrzebują.
Czarodzieje, podobnie jak elfy i inne magiczne istoty, mają problem z poczęciem potomstwa, więc pewnie wcale nie ma dzieci, tylko próbuje wziąć nas na litość. Tu jej nie znajdzie.
Sullivan parska śmiechem, podobnie jak kilku innych gladiatorów, aż czarodziej zaczyna płakać ze złości. Łzy żłobią ślady na jego brudnej twarzy.
Ci, którzy się boją, zawsze płaczą.
Ja się nie śmieję, ale i nie okazuję współczucia. Wszyscy mamy bliskich. To wcale nie czyni go wyjątkowym.
Coś ściska mnie w piersi na wspomnienie mojej małej siostrzyczki. Jej ciało trawi choroba, a w domu brakuje pieniędzy na porządnego uzdrowiciela. Szybko jednak odsuwam od siebie te obrazy. Tak jej nie pomogę. Do jasnej cholery, muszę się skoncentrować i wygrać.
Im bliżej głównej areny jesteśmy, tym głośniejsze stają się owacje publiczności. Chciałbym, żeby dodały mi energii, ale po latach tego gówna trudno mi się cieszyć na złoto lub chwałę, które miałbym zdobyć w zbliżającej się walce.
Perspektywa zyskania dachu nad głową, jedzenia i pieniędzy, które mógłbym wysyłać do rodziny, zwabiła mnie kiedyś do znacznie bogatszego królestwa Arrow, tak samo jak pozostałych gladiatorów zamkniętych ze mną dzisiaj w tej klatce. I początkowo rzeczywiście miałem wrażenie, że trafiłem do krainy mlekiem i miodem płynącej.
Lecz zaledwie miesiąc po moim przybyciu przeprowadzono zamach na królową, która w konsekwencji zapadła w śpiączkę. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły też igrzyska, których zadaniem było "szkolić" najlepszych wojowników Starej Ziemi. Mogliśmy zapomnieć o sutych posiłkach czy szansie na odpoczynek i wykurowanie się z odniesionych ran. Tak samo jak o wiwatach publiczności, gdy udało nam się pokonać przeciwnika bez zadawania mu śmiertelnego ciosu.
Nieludzkie warunki, w jakich przychodzi nam teraz funkcjonować, kosztują życie niejednego z nas. Reszta ginie na arenie. Ci, którym udaje się przetrwać, dostają zupę z czarodziejskiego wiązu, którą nikt nie jest w stanie się najeść, i parę groszy za zwycięstwo. Ale... nawet tych parę groszy może zadecydować o losie naszych rodzin, a zimny wywar to zawsze jakieś jedzenie.
"Skup się na celu", upominam się w myślach.
Spoglądam na koloseum, wreszcie widoczne z mojego miejsca w kącie furgonu. Wzniesiona z połyskującego kamienia budowla stanowi efektowny przykład elfickiej architektury. Każde z zakończonych łukami wejść dla widzów zdobi posąg jednego z Bloodguardów, Strażników Krwi - nazwę tę ukuto na określenie pierwszych ośmiu generałów armii królestwa Arrow. Głównego wejścia strzeże rzeźba największa z nich wszystkich, przedstawiająca feniksa, symbol imperium.
- Prawie czuć już smak zwycięstwa, nie? - Sullivan doskonale potrafi ubrać w słowa to, o czym akurat myślę, ale spojrzenie nadal ma posępne. Obaj jesteśmy już naprawdę blisko, a jednak w tym miejscu trudno czepiać się czegoś równie bezużytecznego jak nadzieja.
Mimo wszystko jemu zostały jeszcze dwa pojedynki. Mnie cztery. Cztery ostatnie z, jak mi się kiedyś wydawało, nieosiągalnej setki, a zdobędę tytuł Strażnika Krwi. Otrzymam obywatelstwo Arrow i stanę się bogaty. Będę miał wszystko, czego mógłbym kiedykolwiek potrzebować - podobnie jak moja rodzina.
Potężne księżycowe konie o szerokich klatkach piersiowych zwalniają niepewnie u wlotu tunelu ciągnącego się pod całym koloseum, a kończącego się przy podziemnych stajniach i miejscu przygotowań dla zawodników, ale ostry trzask bata natychmiast przywołuje je do porządku. Skóra wierzchowców rzuca słaby blask na podobieństwo tarczy księżyca, stąd ich nazwa. Przednie nogi mają wyjątkowo długie, a zady szerokie, dzięki czemu są wystarczająco silne, by ciągnąć ciężkie wozy.
Chwilę później wjeżdżamy do tunelu. Panujący tu cień stanowi przyjemną odmianę po duszącym upale na zewnątrz, ale nie mam zbyt wiele czasu, by się nim nacieszyć, bo wilgotny odór końskiego nawozu i śmierci zatyka mi dech w piersiach.
- Kurwa, ale smród - mruczy Sullivan i ściska palcami nos. Ja nie zawracam tym sobie nawet głowy.
Przejeżdżamy z tyłu wzdłuż trybun i docieramy do głównej płyty koloseum. Tam konie się płoszą, jakby wyczuwały zapach krwi, która wsiąkła w podłoże.
- Podobno ten piasek był dawniej biały jak śniegi na zboczach gór Amdar. - Jeden z młodych zawodników wzdycha z podziwem. Nowy musiał chyba wykuć na pamięć tę cholerną broszurę reklamową.
Wszyscy wpatrujemy się teraz w arenę. Przez ostatnie trzy lata brutalnych walk zdążyła przybrać odrażająco szary odcień.
Woźnica rzuca jakimś przekleństwem i znów pogania konie trzaśnięciem bata, a zwierzęta ruszają tak gwałtownie, że wszystkich w klatce szarpie do tyłu. Tym razem nie udaje mi się powstrzymać grymasu.
- Jak myślicie, co mi tym razem wrzucą? - pyta Sullivan, w zamyśleniu drapiąc się pod napierśnikiem.
- Może parę ognistych jeleni? - podsuwa krasnoludka z kółkiem w nosie i siwym warkoczem, po czym pociera rękami o uda. - Te sukinsyny z Canvolu spalą cię na popiół, o ile wcześniej cię nie zeżrą.
- To może być cokolwiek - odpowiadam szczerze znudzonym tonem.
Zwykle jesteśmy dobierani w pary i walczymy jeden na jednego, ale czasami wypuszczają nam też na arenę parę bestii, by pojedynek był ciekawszy. Taka niepisana reguła, o której wszyscy wiedzą - im bliżej jesteś zdobycia tytułu Bloodguarda, tym gorsze rzeczy wymyślają, by cię załatwić.
Biorę głęboki oddech i staram się nie myśleć o tym, że odkąd się tu znalazłem, a Najwyższy Lord przejął władzę nad Arrow, przybyło zaledwie dwóch nowych Bloodguardów.
- Nieważne, kto czy co to będzie. - Sullivan opiera się plecami o kraty, jakby w ogóle go to nie obchodziło. - Załatwię sprawę szybko i sami zobaczycie, że zabijam i zwyciężam błyskawicznie.
Z trudem powstrzymuję uśmiech, słysząc te butne słowa, ale zaraz atmosfera w furgonie gęstnieje, bo zaczynamy objeżdżać arenę dookoła.
- Bloodguard! Bloodguard!
Ruszam szczęką na boki, by pozbyć się napięcia, które ściska mi gardło. Na Starą Ziemię, nigdy nie przywyknę do ogromu tego pola walki. W porównaniu z nim jesteśmy zupełnie bez znaczenia. Drobiny pyłu na powierzchni wspaniałego obrazu. Kiełkujące nasionka w lesie pełnym olbrzymich drzew.
Jak zawsze staram się udawać, że rozmiar nie ma znaczenia. I jak zawsze wiem, że jest wręcz przeciwnie. Mnóstwo miejsca do ucieczki, ale żadnej kryjówki.
Opieram się o ścianę, a pod nosem obrzucam przekleństwami gapiów, którzy tu dzisiaj ściągnęli. Trybuny są pełne, a ubrania widzów mienią się wszystkimi możliwymi kolorami. Cóż za odmiana w porównaniu z czernią, do której zdążyliśmy przywyknąć w ciągu ostatniego miesiąca. Żołądek ciąży mi niczym kamień.
- O, kurwa - mruczy Sullivan.
- Wygląda na to, że żałoba dobiegła końca - przerywa ciszę krasnoludka. Niemal szepcze, wpatrując się w czubki swoich butów.
Nikt więcej się nie odzywa, wszyscy rozważają w milczeniu, jakie to będzie miało dla nas skutki. Najwyższy Lord powstrzymywał swoją żądzę krwi z szacunku dla królowej, która zmarła w zeszłym miesiącu po prawie trzyletniej śpiączce. Zakłady też na ten czas zawieszono - nikt nie chciał wyjść na nieczułego gbura, kiedy całe królestwo opłakiwało odejście ukochanej monarchini.
Oddycham głęboko, próbując uspokoić serce, które wali mi jak młotem. Jeśli zacznę panikować, łatwiej mnie będzie zabić. Ponieważ dzisiaj, właśnie dzisiaj Najwyższy Lord zapewne zechce odrobić straty, jakie poniósł królewski skarbiec, i w tym celu zrobi prawdziwy spektakl z naszego życia. Oraz śmierci.
Dzisiaj nikt nie jest bezpieczny.
Nikt.
Myślami jestem już przy czekającym mnie pojedynku, kiedy zaciskam zębami zakrwawiony bandaż na lewej ręce, przyglądając się przy tym gapiom na otaczających kamienną arenę trybunach. Im wyżej umieszczone ławki, tym biedniejsi ludzie je zajmują. Przeznaczone dla biedoty rzędy na samej górze stanowią morze praktycznych strojów ze zgrzebnego płótna, okrąg poniżej to królestwo klasy średniej w jedwabnych szatach, chociaż nawet one wydają się nic niewartymi szmatami w porównaniu z tym, co można oglądać w najbliższym kręgu arystokratów przy arenie. Krynoliny i najprzedniejsze jedwabie, skrzące się kamienie szlachetne w oprawie z czystego złota - istna skrzynia ze skarbami.
Od areny aż na samą górę biegną też - niczym osiem ramion gwiazdy - umieszczone w równych odstępach szerokie schody, a wzdłuż rzędów siedzeń nie przestają krążyć ubrani w żółte tuniki ludzie, którzy przyjmują zakłady i wydają obstawiającym bilety. Widzowie mieli już okazję obejrzeć nas wszystkich podczas wjazdu na arenę, więc stawki rosną. Na samej górze nad ostatnim rzędem trzepoczą teraz chorągwie z wymalowanymi wizerunkami zawodników, choć bez imion, jedna za drugą dookoła całej areny.
Nie potrafię się powstrzymać: oglądam je wszystkie, dopóki nie trafię na znajomą twarz Sullivana - tuż obok niej zapisano jego notowania - i skóra mi cierpnie. Cholera. Sully potrzebuje jeszcze tylko dwóch zwycięstw, by zdobyć tytuł Bloodguarda, więc pula zrobiła się spora. Jest typowany na faworyta.
Ktoś zarobi dzisiaj fortunę. Albo ją straci.
Sullivan podąża za moim spojrzeniem, a potem wydaje z siebie cichy pomruk.
- Dupki.
Zwykle cieszy nas taka różnica punktowa na naszą korzyść, bo pozwala nam zarobić kilka dodatkowych monet w razie wygranej. Ale nie dzisiaj. Z takimi notowaniami Dom zarobi, tylko jeśli Sully przegra. Podejrzewam, że Najwyższy Lord Vitor ma dla nas coś wyjątkowego w zanadrzu.
Wszystko w Arrow jest ustawione, a Najwyższy Lord i jego syn są najbardziej skorumpowani ze wszystkich.
W końcu księżycowe konie zatrzymują się z rżeniem przed prywatną lożą regenta Arrow, której cztery rzędy siedzeń zaczynają się niecałe półtora metra nad poziomem areny. Wystarczająco blisko, by członkowie rodziny królewskiej mogli się nasycić przemocą i krwią, ale mimo wszystko w bezpiecznej odległości. Tę lożę również zdobi wizerunek królewskiego feniksa o czerwonych i pomarańczowych piórach, przypominających wijące się języki ognia. Nikt nie widział feniksa, odkąd ostatni został zabity sto lat temu, a jednak nadal malują to przeklęte ptaszysko na wszystkim, czego tkną arystokraci.
Wieść niesie, że czekali wiele lat na to, by mityczne stworzenie odrodziło się na nowo po tym, jak zginęło w ostatniej bitwie zwycięskiej wojny przeciwko wrogom Arrow.
Tak się jednak nie stało.
Aż śmieszne, że wciąż idealizują tego ptaka. Z drugiej strony przecież większość poczynań członków rodziny królewskiej wydaje mi się niedorzeczna.
Strażnik otwiera gwałtownie przerdzewiałe drzwi furgonu, wysiadamy jeden za drugim i stajemy w dwóch rzędach twarzami do roześmianego tłumu.
Ściągam łopatki i wbijam wzrok w królewską lożę.
Sadyści, co do jednego.
- Chętnie podpaliłbym tę budę.
Sullivan parska śmiechem, który szybko przechodzi w kaszel.
- Daj spokój, młody. Przynajmniej masz tu swoich fanów.
Wskazuje siedzenia w sektorze klasy średniej, gdzie grupka gapiów wymachuje chustami w przypisanych mi kolorach - czerwonym i fioletowym - ale nie zwracam na nich specjalnej uwagi. Przenoszę wzrok z powrotem na królewską lożę.
Następnych kilka minut zadecyduje o tym, czy będę miał szansę przeżyć, czy jednak zginę.
Niski człowieczek w okrągłych okularach na czubku nosa i z kępkami rzadkich białych włosów sterczącymi mu nad uszami, który przyjmuje zakłady dla Najwyższego Lorda, przygląda się uważnie każdemu z nas, a potem waży nasze losy na kartach swojego rejestru.
Mężczyzna teatralnym gestem wręcza zapisany pergamin Najwyższemu Lordowi Vitorowi, aktualnie sprawującemu funkcję regenta Arrow, zajmującemu należne mu centralne miejsce w pierwszym rzędzie. Jego Wysokość spogląda na zapiski, gęste, ciemne włosy zebrane w gruby warkocz, spływający od czubka jego głowy aż na plecy, odcinają się wyraźnie od bladej skóry spiczastych uszu. Wygląda na góra czterdziestkę, ale elfy żyją nawet kilkaset lat, więc trudno powiedzieć, ile tak naprawdę ma. Założył dzisiaj tradycyjny elficki strój, składający się z luźnych jedwabnych spodni i kamizeli - oczywiście w odcieniu złota - ale coś mi mówi, że wybrał go przede wszystkim po to, by móc się popisać nietypową jak na swoją rasę muskulaturą.
W przypadku Najwyższego Lorda nic nie jest przypadkowe.
Teraz odwraca się ku siedzącemu obok niego synowi i przez ułamek sekundy patrzą sobie w oczy. Nie padają żadne słowa, a jednak widać, że toczy się między nimi jakiś cichy spór. W końcu Najwyższy Lord kiwa głową i odwraca się z powrotem w stronę swojego urzędnika. Mówi coś, po czym gniewnym ruchem oddaje mu pergamin. Przyjmujący zakłady niski człowiek unosi wysoko białe brwi, a potem skreśla kilka linijek i znów zaczyna coś skrobać stalówką pióra.
Widok zaciśniętej szczęki Najwyższego Lorda sprawia, że stają mi włoski na karku.
Potem regent odwraca głowę w lewo i rzuca do syna kilka słów, niestety w tym zamieszaniu nie jestem w stanie ich zrozumieć. Generał Soro, który przypomina wyblakłą kopię ojca, wystroił się dzisiaj w odświętny granatowy mundur ze stójką, obowiązkowo obwieszony całym mnóstwem okrągłych medali ze złota, wyglądających jak guziki. Oczywiście "generał" nie odsłużył w wojsku ani jednego dnia, a ten samozwańczo przyjęty tytuł jest równie bezużyteczny jak on sam.
Ojciec i syn wymieniają parę gniewnych słów - ewidentnie za sobą nie przepadają - po czym Najwyższy Lord znów zwraca się ku przyjmującemu zakłady urzędnikowi, nie zaprzątając sobie więcej głowy potomkiem. Soro zaciska zęby, a potem patrzy mi prosto w oczy. Kącik ust wykrzywia mu okrutny uśmieszek, zupełnie jakby nie mógł się już doczekać, kiedy będzie głośno oklaskiwać moją śmierć.
Odwracam wzrok od królewskiej loży, gdy Sullivan szturcha mnie w bok i ruchem głowy wskazuje pozostałych gladiatorów w naszym rzędzie.
- Mam dobre przeczucie co do tego, z kim połączą mnie dzisiaj w parę - mamrocze cicho.
Najwyraźniej nie zwrócił uwagi na wymianę zdań między Vitorem a jego synem, zajęty ocenianiem szans ewentualnych przeciwników. Krasnoludka ma mocne, silne kończyny i grubą skórę, ale ewidentnie brak jej zwinności. Pozostali nie są tak bezwzględni jak Sullivan i ja. Sully ma nosa, damy radę przetrwać do następnej rundy. Chociaż trawi go choroba, jest zawzięty i zabójczo skuteczny. A poza tym to jedyny gladiator, którego śmiem nazywać przyjacielem.
Od pierwszego spotkania zawarliśmy niewypowiedziane na głos przymierze, że nigdy nie zwrócimy się przeciwko sobie, dopóki nie wystawią nas razem w pojedynku. Na razie jeszcze do tego nie doszło. Pewnie boją się, że Dom za dużo straci, gdyby wygrał nie ten co trzeba. Zdaję sobie jednak sprawę, że zbliża się dzień, gdy uznają, że gra jest warta ryzyka. Mam tylko nadzieję, że to nie dzisiaj.
Kiedy spoglądam na pozostałych zawodników, nie mogę się pozbyć nadziei, że to któryś z nich zginie dziś pod ciosami mojego miecza zamiast Sully'ego.
Rozlega się dźwięk wielkiego dzwonu, oznajmiający, że wkrótce przyjmowanie zakładów zostanie zakończone. To również sygnał dla nas, że mamy wracać do furgonu. Zawiezie nas z powrotem do stajni, gdzie będziemy czekać na swoje pojedynki.
- Gotowy, Leith? - pyta Sullivan.
Gotowy na śmierć? Czy może gotowy zabijać? Cokolwiek ma na myśli, i tak kiwam głową.
Krasnoludka unosi dumnie podbródek i z rykiem uderza się pięścią w pierś. Dwójka elfów z mojej ojczyzny macha do tłumu, a ich szczupłe, wytworne ramiona poruszają się niczym trzciny na wietrze. Muszę mieć na nich oko. Elfy potrafią być naprawdę silne, choć na to nie wyglądają. Najnowsi zawodnicy, minotaur i wilkołak, przyłączają się do tej dwójki, napinając mięśnie. Starają się przekonać widzów, by stawiali właśnie na nich, bo wydaje im się, że dzięki temu zarobią więcej. Większość nagród zlikwidowano w tym samym czasie, w którym do listy zawodników zaczęto dodawać skazańców.
Sullivan i ja nie próbujemy się przypodobać tłumowi. On porusza tylko głową na boki, jakby chciał rozciągnąć mięśnie szyi, a ja rozgrzewam ręce. Rana kłuta na lewej dłoni pali mnie żywym ogniem, podobnie jak ta po cięciu toporem na lewej łopatce.
Czuję, że generał znów na mnie patrzy, więc podnoszę wzrok. Spodziewałem się, że będzie mi się przyglądał ze złością, po tym jak byłem świadkiem lekceważącego zachowania jego ojca, ale on taksuje mnie spojrzeniem, podczas gdy młody szlachcic obok śmieje się z czegoś, co Soro właśnie powiedział. Nie przypominam sobie tego człowieka. Zielone włosy ma postawione na kształt kolców i ozdobione kolorowymi klejnotami, przez co wygląda jak paw z rozłożonym ogonem. Ewidentnie jest podekscytowany faktem, że został zaproszony do królewskiej loży, a w dodatku cieszy się zainteresowaniem Sora. Wskazuje dłonią na dwa rzędy zawodników poniżej i obaj wybuchają śmiechem, a mnie znowu nachodzi myśl, że kiedyś tę lożę w końcu podpalę.
Miejsce po lewej stronie lorda Pawia jest puste, dalej siedzi dwóch arystokratów: jeden starszy o siwych włosach i ciemnobrązowej skórze, drugi mniej więcej w moim wieku, z długimi czarnymi warkoczami i głową ogoloną po bokach w stylu, który jest modny wśród tutejszych wojskowych. W przeciwieństwie do reszty widzów ci dwaj nie wiwatują ani się nie śmieją, nie próbują też w ostatniej chwili stawiać na któregoś z nas. Dlaczego?
Nagle głowy całej czwórki zwracają się ku eleganckiej elfce o jasnobrązowej karnacji i wydatnych kościach policzkowych, która właśnie zmierza w ich stronę.
Jest wysoka, ma ładne krągłości, a porusza się lekko jak wiatr, kiedy przemyka wzdłuż pierwszego rzędu i wkracza do królewskiej loży. Gdyby nie sposób, w jaki się nosi, uznałbym ją za kogoś z klasy średniej. Ma na sobie świetnie skrojoną niebieską suknię, choć jak na królewskie standardy mało gustowną pod względem liczby ozdób, oraz zarzuconą na wierzch prostą czarną pelerynę z kapturem.
Kiedy siada z gracją na wolnym miejscu obok Pawia, starszy elf po jej lewej nachyla się i serdecznie ją obejmuje. Dama sadowi się wygodnie i zsuwa kaptur z głowy, a potem zakłada falujące kasztanowe włosy za spiczaste ucho. Jest po królewsku opanowana i... pełna blizn.
Niewielkie, wypukłe ślady po poparzeniu zaczynają się pod linią szczęki i ciągną wzdłuż szyi gęstą siecią coraz bardziej wydatnej zgrubiałej skóry. Podejrzewam, że na piersi musi być ich jeszcze więcej, ale kobieta szczelnie otuliła się peleryną, więc trudno mi coś dostrzec.
Elfy żyją naprawdę długo, a ich rany goją się błyskawicznie. Nigdy nie widziałem żadnego z podobnymi obrażeniami.
Lord Paw kręci głową i ewidentnie zwraca jej uwagę, kiedy kobieta zakłada kaptur z powrotem, by zasłonić blizny. Przywołana do porządku, ponownie go zsuwa, ale choć obrzuca sąsiada gniewnym spojrzeniem, nic nie mówi.
Soro wychyla się zza Pawia, by powiedzieć coś do elfki, na co ta zaciska szczęki i zakłada ramiona na piersi, jakby z wielkim wysiłkiem powstrzymywała się przed przyłożeniem obu mężczyznom. Złośliwy uśmieszek wykrzywia kącik ust Sora i zadowolony odchyla się z powrotem na oparcie siedzenia. Jego przytyk musiał trafić w samo sedno.
Obserwuję, jak kobieta starannie wygładza spódnicę bawełnianej sukni, wpatrując się gdzieś tuż ponad naszymi głowami, jakby nie chciała patrzeć wprost na tych poniżej jej pozycji społecznej. Pieprzyć to. Prostuję się na całą wysokość i zaciskam pięści, a potem mrużę lekko oczy, rzucając jej wyzwanie, by dostrzegła właśnie mnie.
Chyba usłyszała moje myśli, bo pochyla lekko głowę, a nasze spojrzenia się spotykają.
Wpatruje się teraz prosto w moje oczy, żadne z nas nawet nie drgnie. Wcale nie musimy, bo ziemia i tak drży pod naszymi stopami.
Elfka siedzi nie dalej niż trzy metry ode mnie i zaledwie półtora metra wyżej, tak blisko, że niemal mógłbym jej dotknąć - lecz równie dobrze mogłaby się znajdować w kompletnie innym królestwie. Gdy nie przestaję się w nią wpatrywać, na jej policzki wypływa leciutki rumieniec. Nie odwraca jednak wzroku, nawet kiedy w odpowiedzi unoszę brew. Po jej delikatnej twarzy przemyka coś, czego nie widziałem od tak dawna, że nie jestem pewien, czy mi się nie wydaje. Przez króciutką chwilę, nie dłuższą niż westchnienie wróżki, zamiast mięsem armatnim czy twarzą, którą wkrótce zapomni, znów jestem po prostu mężczyzną.
Cholera. Od lat nie czułem się tak bardzo człowiekiem... dopóki ona nie unosi podbródka i nie odwraca głowy, zupełnie jakby właśnie mnie odprawiła. Spadam boleśnie z powrotem do mojego piekła.
Co ja sobie myślałem? Oczekiwać czy nawet pragnąć szacunku od któregoś z tych dupków? Wydawało mi się, że ta kobieta postanowiła mi coś ofiarować - coś, bez czego musiałem się obchodzić o wiele zbyt długo. Tymczasem ona jednym prostym gestem odebrała mi tego ostatnie resztki, przypominając, kim jestem.
Lord Paw przenosi niezadowolone spojrzenie z niej na mnie. Ignoruję go, gniew rozlewa mi się po piersi, kiedy rozkładam ramiona i wykrzykuję do kobiety:
- Co się stało, księżniczko? Poczułaś się zbrukana, że spodobało ci się to, co widzisz?
Gwałtownie odwraca głowę w lewo, by nie spojrzeć na Pawia. Udaje, że wcale nie rozbierała mnie wzrokiem zaledwie parę sekund temu. Jej towarzysz wciąż patrzy na mnie ze złością spod zmarszczonych brwi.
- Myślisz, że dasz mi radę? - rzucam mu wyzwanie, rozstawiając szeroko nogi i zaciskając pięści, aż knykcie głośno strzelają. - Zejdź tu do mnie, to sprawdzimy, dupku!
- Co ty, do diabła, wyprawiasz, młody? - rzuca cicho Sullivan, ale nie zwracam na niego uwagi. Prawda jest taka, że nie mam, kurwa, pojęcia, co we mnie wstąpiło.
Lord Paw zrywa się na równe nogi, dłonią sięga do rękojeści miecza. Kobieta też się podnosi, chwyta go za ramię i tłumaczy mu coś gorączkowo. On jednak strząsa jej rękę i nachyla się do przodu, opierając stopę o niski kamienny występ, jakby szykował się do walki.
Szlachetnie urodzeni mogą rzucić wyzwanie każdemu, kto ich obrazi, nawet gladiatorowi. Ale jeśli uczynią to w obrębie areny, zgadzają się tym samym walczyć na śmierć i życie, tak samo jak my.
- Filipie, Filipie... nie rób tego - błaganie elfki staje się coraz głośniejsze. - Proszę cię, jesteś mi potrzebny!
Żeby kupować jej strojniejsze suknie, bez dwóch zdań.
Zamieszanie przyciąga uwagę Najwyższego Lorda Vitora, który już ma się wtrącić, kiedy ten jego posrany synalek uśmiecha się złośliwie z błyskiem okrucieństwa w oczach i mówi coś do młodego sąsiada tak cicho, że nie dociera to do moich uszu. Paw zaciska zęby i staje wyprostowany na kamiennym występie.
- Zapłacisz za swoją zuchwałość, brudny psie! - krzyczy w moją stronę, ściągając ramiona.
Dwaj lordowie zajmujący miejsca obok ciemnowłosej kobiety ruszają w stronę Pawia. Nie są jednak wystarczająco szybcy.
Paw zeskakuje na arenę ze wzniesionym mieczem, cała jego wściekłość jest skierowana przeciwko mnie. Wykonuje zamach, którego bez trudu unikam, po czym trafiam przeciwnika prawym sierpowym. Cios nie jest na tyle mocny, by pozbawić go przytomności, ale oszałamia młodego lorda na tyle, że wypuszcza z dłoni miecz. Teraz ja trzymam jego broń i wymachuję nią w powietrzu, podczas gdy Paw dopiero się prostuje.
Od lat nie widziałem równie wspaniałej stali. Klinga jest tak ostra, że nie czuję właściwie żadnego oporu, kiedy gładko przecina kręgosłup.
Ciskam miecz na ziemię tuż obok nieruchomego ciała, a piękna elfka patrzy, jak kolorowa głowa Pawia toczy się powoli po nasiąkniętym krwią piasku, aż wreszcie się zatrzymuje. Tłum zrywa się na równe nogi, podekscytowany tym dodatkowym pojedynkiem, który się przed chwilą rozegrał, ale ja nie odrywam wzroku od kobiety, zaciekawiony, jak zareaguje na fakt, że właśnie pozbawiłem jej towarzysza głowy.
Ona zaś szeroko otwiera oczy, ogarnięta przerażeniem, ale trwa to tylko ułamki sekund, po czym odwraca się w stronę... Najwyższego Lorda Vitora, regenta we własnej osobie. Władca kiwa głową, jakby jej słuchał. Kobieta wskazuje w kierunku wejścia, a on znowu tylko potakuje. Ona mówi coś jeszcze, a potem zakłada kaptur na głowę i oddala się gniewnym krokiem.
Jest taka opanowana. Nie podniosła głosu, nie uroniła ani jednej łzy. Wygląda na to, że piękna dama jest jednak pełna niespodzianek.
W bramie prowadzącej do tunelu pojawia się czterech starców. Dwaj z nich kładą ciało Filipa na wózku, trzeci podnosi jego głowę, a czwarty przysypuje szarym piaskiem ślady krwi, po czym zabiera miecz i wychodzi za pozostałą trójką. Szkoda. To był cholernie dobry miecz.
Ponownie przenoszę wzrok na najważniejsze tu osoby - Najwyższego Lorda Vitora i generała Soro. Technicznie rzecz biorąc, nie są w stanie nic zrobić, ale zdążyłem się już nauczyć, że po tych dwóch dupkach można się wszystkiego spodziewać.
Vitor zwraca się do urzędnika przyjmującego zakłady, który kiwa posłusznie głową i notuje coś na pergaminie. Nie słyszę jego słów, ale to na pewno nic dobrego, sądząc po uśmieszku, który Soro próbuje ukryć. Już prawie wycieram dłonie o uda, w ostatniej chwili powstrzymuję jednak ten nerwowy ruch. Nie dam mu tej satysfakcji, żeby zobaczył, jak się pocę.
Nagle cały stadion wypełnia dźwięk bębnów. Serce mi przyspiesza.
Nadeszła pora ogłoszenia par, w których zmierzą się dziś zawodnicy.
Kilku z gladiatorów staje w nonszalanckich pozach, udając pewnych siebie, chociaż odwaga dawno ich opuściła, a potem wszyscy kierujemy się w stronę furgonu.
Zazwyczaj wracamy do stajni i tam czekamy na swoje pojedynki. Jakby same igrzyska nie były wystarczająco okrutne, nigdy nie wiemy, z kim przyjdzie nam walczyć ani w jakiej kolejności, dopóki nie wywołają głośno naszego imienia. Jednak zanim zdążymy wsiąść do furgonu, krata klatki gwałtownie opada.
Pozostali gladiatorzy wymieniają półgłosem jakieś uwagi, zaskoczeni tą zmianą protokołu, ale nie musimy długo czekać, żeby zobaczyć, co się dalej stanie.
Z samego szczytu areny sfruwają cztery jastrzębie, posłańcy o ciałach dwa razy większych od mojej głowy i rozpiętości skrzydeł dwa razy większej niż mój wzrost. Pęd powietrza mierzwi ich rdzawe pióra, gdy zawisają na moment nad samym środkiem areny, by zrzucić trzymane w szponach wielkie worki, a potem z gwałtownym trzepotem skrzydeł wzbijają się znowu w niebo.
Dwa ogry pełniące funkcję strażników zbliżają się ciężkim krokiem do pakunków i wysypują ich zawartość; miecze i tarcze lądują z brzękiem w szarym piasku areny. Ledwie kończą to zadanie, a kolejne jastrzębie nadlatują z następnymi workami, które spadają na ziemię z głuchym łoskotem.
Wymieniamy z Sullivanem spojrzenia, żołądek zaciska mi się w supeł. Broni jest więcej niż zwykle... dość, by każdy gladiator na arenie mógł sobie coś wybrać.
Strażnicy nie zaganiają też zawodników z powrotem do zagród, tylko popychają ich na środek areny. Ciężkie kroki uderzają w ziemię, wzbijając w powietrze chmury pyłu porywane natychmiast przez wiatr niczym prochy zmarłych po pogrzebie.
- Następny rząd! - krzyczy inny strażnik, tym razem człowiek. Serce podchodzi mi do gardła.
- Nie będzie pojedynków. - Sullivan ignoruje polecenie strażnika, minę ma ponurą. - Będziemy walczyć wszyscy razem, każdy przeciwko każdemu.
Oddycham z trudem, a wypuszczanie powietrza z płuc sprawia mi ból. Nie przyjdzie nam zmierzyć się z jednym człowiekiem czy stworzeniem, które dla nas wybrano - wszyscy mamy walczyć przeciwko sobie nawzajem na śmierć i życie.
Stojące wysoko na niebie słońce pali ranę po uderzeniu topora na moich plecach, ale ledwo to czuję. Wnętrzności skręcają mi się ze strachu.
- Następny rząd! - wrzeszczy ponownie strażnik.
Robię krok naprzód. Sullivan podąża za mną, spluwając w piach. On jest chory, ja ranny. Ale nie pozwolimy się nikomu zatrzymać.
Na arenie nie ma na to miejsca. Istnieje tylko zwycięstwo albo śmierć.
Księżycowe konie parskają nerwowo, kierując się ku tunelowi, a rozklekotany furgon brzęczy tak głośno, że czarodziej aż podskakuje.
Śmierć unosi się w powietrzu, bardziej namacalna niż warstwa pyłu osiadającego nam na skórze.
W stosie broni dostrzegam miecz i sztylet, które mógłbym wykorzystać, a także metalowy napierśnik. Stanowiłby o wiele lepszą ochronę niż ten z lichej skóry, który mam na sobie, ale tych kilka sekund potrzebnych do jego założenia może mnie kosztować życie.
Bębny grają coraz szybciej, niemal w tym samym rytmie, co moje pulsujące serce. Na widowni zapada cisza jak makiem zasiał, a zaraz potem bębny milkną.
- Stać! - krzyczy strażnik. - I zwrot!
Wszyscy jak jeden mąż zwracamy się ku królewskiej loży. Zastanawiam się, którego przeciwnika powinienem zabić najpierw, kogo czym prędzej usunąć z drogi. "Każdy, byle nie Sullivan", powtarzam sobie w myślach. Każdy, ale nie mój przyjaciel.
W tym momencie Najwyższy Lord Vitor wstaje z miejsca.
- Minęło sto lat - zaczyna przemawiać, a magia królewskiej loży wzmacnia jego głos tak, że rozlega się on echem w całym koloseum.
Widzowie krzyczą z podekscytowaniem, powtarzając jego słowa:
- Sto lat!
- Tysiące gladiatorów - mówi Vitor.
Tłum zaczyna wiwatować jeszcze głośniej, podekscytowany perspektywą ujrzenia zmagań kolejnych dziesięciu.
- Zaś dzisiaj będziemy świadkami wyjątkowego pojedynku - dodaje Najwyższy Lord. Wskazuje dłonią na urzędników przyjmujących zakłady, którzy wciąż krążą wśród rzędów siedzisk, a potem na stos broni pośrodku areny. - Mamy tu aż dwóch pretendentów do tytułu Bloodguarda, dlatego... podwajamy wszystkie wygrane!
Trybuny oszalały.
Do diabła. Ten sukinsyn tak wszystko ustawił, że dziś widzowie mogą tylko zdobyć fortunę - nikt nie straci. Ich wygrana leży w naszych rękach.
- O kurwa - mruczy Sullivan.
Żaden z nas nie spodziewał się czegoś takiego.
Ludzie wrzeszczą z entuzjazmem i próbują zawierać kolejne zakłady, urzędnicy zwijają się jak w ukropie, zapisując pospiesznie liczby i wydając bilety tak szybko, jak tylko się da. Nikt nie wypatruje już nawet rozwinięcia chorągwi, na której zostaną zaprezentowane nasze ostateczne notowania.
Najwyższy Lord unosi rękę, chwilę czeka, aż zamieszanie nieco się uspokoi.
- W tych ostatnich chwilach przed rozpoczęciem rozgrywki obstawiajcie mądrze, moi przyjaciele, bo ci, którym dziś brakuje wody, jutro mogą pić najprzedniejsze wina!
Tłum znów eksploduje, coraz więcej widzów domaga się krzykiem, by już zaczynać.
A potem rozlega się ryk tak straszliwy, że wszystkie inne dźwięki cichną.
Nawet krążące na niebie sępy umykają.
Zamieramy bez ruchu.
Powietrze wokół nas gęstnieje od grozy.
Wymieniamy z Sullivanem ostatnie spojrzenia. Obaj wiemy, co to takiego, na długo przedtem, nim stworzenie wyląduje na arenie.
Błoniaste skrzydła, wielkie niczym żagle okrętu, rozpościerają się szeroko, szpony długości mojego ramienia drapią piach areny. Brązowy smok sapie głośno, a ogień kłębiący się w jego trzewiach jest na tyle gorący, że z nozdrzy stworzenia bucha para. Elfi jeździec na grzbiecie bestii ma na sobie zaczarowaną skórzaną zbroję, która chroni jego ciało przed żarem. Smok ma długość trzech księżycowych koni. Bywają znacznie większe, ale i ten bez problemu nas zmiażdży.
W ustach mi zasycha. To młody samiec - dostrzegam dwa pterygopodia u nasady ogona, gdy stworzenie wymachuje nim gwałtownie. Bardziej żarłoczny od starego smoka jest jedynie młody smoczy samiec. Potrzebuje więcej energii niż jego pobratymcy, bo wciąż gwałtownie rośnie.
- Zwycięzca może być tylko jeden - głos Vitora wznosi się ponad głośnymi okrzykami przerażenia i podziwu. Najwyższy Lord uśmiecha się lekko złośliwie. - Gladiator... czy też bestia?
Smok znów wydaje z siebie mrożący krew w żyłach ryk, tłum wrzeszczy i wiwatuje tak głośno, że dźwięk dzwonu oznaczającego przyjmowanie ostatnich zakładów jest teraz ledwie słyszalny.
Błyskawicznie odwracam się ku stosowi broni.
Sully odsuwa się ode mnie, przykuca i strzepuje dłonie.
Nawet się nie żegnamy. Ostatnie trzy lata staliśmy za sobą murem, a teraz nadszedł nasz koniec.
Nachylam się lekko, gotów do biegu. Skupiam się na broni, a nie na człowieku, który był - do licha, nadal jest - moim przyjacielem.
Gdy tylko wybrzmiewa dźwięk rogu, ruszam naprzód.
Nie mogę w to uwierzyć.
Podeszwy moich skórzanych pantofli uderzają w chłodną marmurową posadzkę korytarza, kiedy wściekła opuszczam arenę i zmierzam w stronę niewielkiej wnęki w tunelu, jak najdalej od tego okropnego miejsca. Zjawiłam się dzisiaj w koloseum po raz pierwszy od wielu lat i to tylko po to, by dopełnić formalności i ogłosić, że planujemy się pobrać. Mieliśmy pokazać się przed rodziną królewską jako para narzeczonych, wygłosić krótką przemowę na cześć mojej babki, a potem wyjść.
Najlepiej z cholernymi głowami wciąż na karku.
Ale Filip, niech mu ziemia lekką będzie, nie był w stanie zrobić nawet tego.
Czy marzyłam o poślubieniu niewychowanego, roszczeniowego egoisty, który bez skrupułów kazał mi zawsze zakrywać szyję?
Nie.
Jednak jestem córką "Zabójcy Królowej", w następstwie rzekomych występków mojego ojca stałam się politycznym pariasem. Może Filip nie był najostrzejszym piórem w kałamarzu, ale to jedyny nadający się do ożenku kandydat z jednego z pięciu szlacheckich rodów, gotowy przymknąć oko na wyrok ojca i moje blizny. A co najważniejsze, nie bał się Sora.
Dlatego zawarłam z nim układ.
"Zostaw mi rządzenie królestwem, a sam możesz się łajdaczyć do woli", powiedziałam mu prosto z mostu. A Filip - ponownie, niech mu ziemia lekką będzie - na to przystał.
Do zaślubin pozostało zaledwie kilka dni.
I na tym trzeba się było skupić, kiedy siedziałam w królewskiej loży. Na przyszłości. Na jednym ojcu za kratami i drugim, zupełnie załamanym. Tymczasem pozwoliłam, by moje myśli - i oczy również - powędrowały ku temu gladiatorowi. Wydawał się taki groźny, jakby arena odebrała mu wszystko poza dumą. I wściekłością.
Jest młody, zaledwie cztery albo pięć lat starszy ode mnie. Zapewne zgłosił się do walki jako dwudziestodwulatek, bo to najniższy dopuszczalny wiek. Brzmi sensownie, jeśli wziąć pod uwagę, jaki zgorzkniały się stał.
Miałam ochotę wymierzyć sobie solidnego kopniaka, kiedy Soro i Filip przyłapali mnie na gapieniu się na wojownika. Filip już i tak był przewrażliwiony na punkcie naszych zaręczyn - zwłaszcza że Soro tylko czekał, by samemu pojąć mnie za żonę. No i skoczył na arenę... a zaraz potem jego głowa potoczyła się po piasku.
Krążę niespokojnie tam i z powrotem, a żołądek podchodzi mi do gardła. Zażądałam rozmowy z Najwyższym Lordem Vitorem, ale moje prośby nie zawsze są spełniane, nieważne, że jestem księżniczką.
Tłum jest już tak podekscytowany, że jego krzyki odbijają się echem od kamiennych murów.
- Dokąd się wybierasz, Maeve? - pyta śpiewny głos za moimi plecami, potem rozlega się śmiech.
Przyjmuję obojętną minę i dopiero wtedy się odwracam.
Aisling, bezduszna magini, którą znam od czasów dzieciństwa, o włosach i oczach w odcieniu lawendy, lecz pozbawiona równie delikatnego wnętrza, najwyraźniej wymknęła się tuż za mną z areny.
- Naprawdę powinnaś bardziej dbać o dobór odpowiedniego stroju - prycha z irytacją, machając dłonią. Zbliża się do mnie niczym czerwony pająk krzyżak, gotowy dobrać się do soczystego owada, który właśnie wpadł w jego sieć. - Osobiście doradzałabym modny kapelusz z odpowiednio długim welonem. Chyba nawet ty wyglądałabyś w nim elegancko.
Cofam dłoń, którą do tej pory przytrzymywałam poły peleryny pod szyją. Kiepski moment, by wystawiać mnie na próbę.
Ale Aisling nie może sobie oczywiście odmówić tej przyjemności.
- Poważnie, Maeve, to twoja pierwsza wizyta na arenie chyba od wieków. Chodź, dołączysz do mnie i Sora w loży, postawisz trochę pieniędzy, porozmawiasz z ludźmi z naszej sfery.
Nie dbam o to, czy ta banda błaznów jeszcze kiedykolwiek zechce ze mną zamienić choćby słowo. Ale mówić "do mnie i Sora"? Czyżby całkiem pomieszało jej się w głowie? Rościć sobie prawo do Sora to jak tulić się do tygrysa. Owszem, pozwoli się pogładzić po grzbiecie raz i drugi, ale wcześniej czy później rozszarpie cię na kawałki.
- Nie popieram igrzysk, Aisling. Na feniksa, kiedy zostanę królową, położę kres tym barbarzyńskim rozrywkom.
- Kiedy zostaniesz królową? - Aisling parska śmiechem. - Nigdy nią nie będziesz, o ile nie znajdziesz kolejnego narzeczonego królewskiej krwi. - Przysuwa się bliżej gładkim, miękkim ruchem, który przywodzi mi na myśl pełzającego węża. - Może trzeba było o tym pomyśleć, zanim zaczęłaś się ślinić do tego młodego gladiatora na oczach wszystkich? - Ściąga brwi. - No wiesz, tego, za sprawą którego twoja ostatnia szansa na tron już na zawsze pozostanie wstydliwym wspomnieniem.
- Czy Filip rzeczywiście był moją ostatnią szansą? - Stukam się palcem w podbródek, jakbym zastanawiała się, kogóż jeszcze mogłabym poślubić. Aisling nieco rzednie mina, gdy uświadamia sobie, że to Soro jest tą ostatnią szansą. Co prawda nie mam zamiaru z niej korzystać... jeszcze... ale ona nie musi przecież o tym wiedzieć. - Nie, nie wydaje mi się.
Z areny dobiegają nas głośne wiwaty, a zaraz potem ryk. Gwałtownie odwracam głowę, aż włosy spadają mi falą na ramię. Czy to był... smok?
Aisling znowu się uśmiecha, kiedy spoglądam jej w oczy. Ta sadystka nie może zapanować nad ekscytacją, że walka właśnie się zaczęła. Pewnie upaja się myślą o tym, czego doświadczą na arenie ci biedni zawodnicy. Nie może się już doczekać powrotu na trybuny, tak jak ja marzę tylko o tym, by stąd wyjść.
Kiedy się odwracam, Aisling sięga, by chwycić moją dłoń, a magia żywiołów, z której jest znana, iskrzy na jej skórze. Wyrywam się.
- No chodź, Maeve. Zobaczymy, co uda się zwojować temu przystojniakowi... zanim mu się nie uda, oczywiście.
Odsuwam się od niej, żołądek ciąży mi teraz niczym wielki głaz.
- Dlaczego sądzisz, że nie ma szans na zwycięstwo?
Widziałam przecież, z jaką łatwością powalił takiego szermierza jak Filip. Z pewnością niewielu wojowników może się z nim równać.
Lecz Aisling wie chyba coś więcej, a błysk w jej oku zdradza, że nie może się już doczekać, by podzielić się ze mną tą informacją.
- No dobra, Aisling, mów wreszcie - rzucam.
Mam ochotę wrzeszczeć co sił w płucach - na nią, na cały świat - ale przecież od najwcześniejszych lat tresowano mnie, bym zawsze zachowywała się stosownie. Któregoś dnia rzucę tę stosowność w cholerę i będę robić, i mówić wszystko, na co mam ochotę. Ale jeszcze nie dzisiaj.
- Proszę - dodaję przymilnie.
Aisling przez chwilę bawi się puklem włosów; jej zadowolenie jest równie oczywiste jak iskry lawendowej magii zabarwiające jej białą skórę.
- No cóż...
Przeciąga słowa, pewnie doskonale zdaje sobie sprawę, że z każdą sekundą oczekiwania żołądek zaciska mi się w supeł coraz mocniej i mocniej. Przerażenie przypomina teraz żywą, czującą istotę szarpiącą moje wnętrzności. Zaczynam sobie wyobrażać, jak chwytam Aisling za ramiona i mocno nią potrząsam, kiedy w końcu mówi:
- Najwyższy Lord Vitor upiera się, że właśnie ten gladiator i ten drugi, który stał obok niego, nie mają prawa opuścić dzisiaj areny żywi.
- Dlaczego? - Gwałtownie wciągam powietrze, bo właśnie przypomniało mi się, że starszy zawodnik obok mojego (super, teraz nazywam go już moim) miał na przedramieniu dwa z czterech tatuaży Bloodguarda.
- Ponieważ - magini kładzie na to słowo nacisk, jakby miała mnie za ostatnią idiotkę - tylko gladiatorzy osobiście wybrani przez Vitora mają prawo zdobyć tytuł Strażnika Krwi. To chyba oczywiste.
- A cóż takiego wybrałem? - odzywa się męski głos za moimi plecami, a Aisling aż się nerwowo wzdryga. W jej szeroko otwartych oczach maluje się teraz prawdziwe przerażenie.
- Jaśnie panie - mówi, z powagą składając ukłon przed regentem Arrow, a potem po raz ostatni ściska moją dłoń. - Dołącz do nas w loży, Maeve.
Vitor patrzy w ślad za nią spod zmrużonych powiek, a potem odwraca się w moją stronę z pobłażliwym uśmiechem.
- Maeve, wyglądasz przepięknie. Cieszę się, że zdecydowałaś się do nas dzisiaj dołączyć.
- Witaj, wuju - rzucam szorstko, gdy wreszcie się przy mnie zatrzymuje.
Mam ochotę zapytać go wprost, co takiego przygotował dla tych dwóch gladiatorów, ale znam go przecież całe życie, więc wiem, że żądanie od Najwyższego Lorda Vitora wyjaśnień to najprostsza droga do tego, by nigdy nie usłyszeć odpowiedzi na swoje pytania.
- Moje kondolencje z powodu tak nieoczekiwanego odejścia narzeczonego.
Oczywiście, wcale nie jest mu przykro. Co więcej, wygląda wręcz na uradowanego.
- Soro podpuścił Filipa, żeby zeskoczył na arenę - mówię spokojnie. Oboje doskonale wiemy, że to prawda.
- A nawet jeśli? - Na twarzy Vitora ewidentnie maluje się ulga. - Za to ty miałaś dzisiaj szczęście, moja droga. Jeśli twój niedoszły małżonek tak łatwo dawał się wytrącić z równowagi, byłby z niego kiepski władca.
Nie zamierzam się spierać, ale on i tak dodaje:
- A jeśli marzy ci się ożenek z głupcem, wyjdź za Sora.
- Wuju! - strofuję go z przyzwyczajenia.
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Vitor darzy mnie większą sympatią niż własnego syna - to zawsze było przedmiotem konfliktów między nami.
Uśmiecha się, zupełnie jakby to wszystko załatwiało, a my moglibyśmy wrócić do tego, co było dawniej. Ale nie ma już odwrotu. Nie ma, dopóki papa gnije w więzieniu. Bo to wuj go tam wtrącił.
- Naprawdę nie możesz wypuścić go na wolność? - szepczę, ale muszę zadać to pytanie.
- Znowu do tego wracamy? Maeve... - Vitor kręci głową. - Nasze królestwo rozkwita dzięki przestrzeganiu prawa. Nie możemy go naginać tylko dlatego, że mnie o to prosisz.
Jego napomnienia sprawiają, że bezwiednie zaciskam pięści. Mimo wszystko nadal przemawiam opanowanym tonem:
- Nie proszę cię o naginanie prawa czy jego łamanie. Papa jest niewinny.
Nigdy nie skrzywdziłby babci. Kochał ją. Tak jak my wszyscy.
Wzrok mojego wuja łagodnieje.
- Wiem, że to nie jest dla ciebie łatwe, Maeve. Ale przecież nie wtrąciliśmy Andresa do lochu tak po prostu, bez namysłu. Zresztą koniec końców książę przyznał się do ataku na naszą wspaniałą królową Aviannę. Dobrze o tym wiesz, moja droga.
- Nie - zaprzeczam po raz tysięczny. Przy rzekomym przyznaniu się do winy byli obecni jedynie członkowie rady, dlatego nie zamierzam przyjmować tego do wiadomości, dopóki papa nie powie mi tego prosto w twarz. Jest łagodnym, przyzwoitym mężczyzną, więc nie wyobrażam sobie, że potrafiłby zabić kogokolwiek, a co dopiero własną matkę.
- Rozumiem twoje wątpliwości - mówi Vitor. - Prawda potrafi być bolesna. - Na moment się zamyśla, zanim ponownie na mnie zerka. - Wiem, że kochasz ojca, ale czy nie mogłabyś rozciągnąć tego uczucia także na królestwo Arrow?
Wciągam gwałtownie powietrze.
- Oczywiście, że kocham moją ojczyznę. Dla Arrow byłam gotowa poślubić Filipa! - przypominam wujowi.
Ale on spogląda na mnie z góry.
- I dlatego tak się chowasz? W cieniu trybun, z zasłoniętą twarzą? - Ujmuje mnie palcem pod brodę. - Unikasz udziału w igrzyskach, jakbyś miała coś do ukrycia? Lud musi cię widywać, by uznać cię za swoją przywódczynię, uwierzyć, że jesteś zdolna...
Nie próbuje być okrutny ani nieczuły. Nie łączą nas więzy krwi, ale dorastałam przy nim w zamku, więc jest mi bliski jak prawdziwa rodzina. I w moim imieniu rządzi krajem jako regent Arrow.
Będzie pełnił tę rolę, dopóki nie osiągnę pełnoletności albo nie wyjdę za mąż za kogoś z naszego rodu. Gdyby przydarzyło mi się coś złego jako dziedziczce tronu, korona powróci do pięciu rodów królewskiej krwi, które będą wspólnie sprawować władzę. A to... to oznaczałoby anarchię.
- Wróć ze mną na arenę - prosi Vitor. - I na wielkiego feniksa, postaraj się uśmiechać, przynajmniej udawaj, że dobrze się bawisz podczas tych igrzysk.
Wierzy, że tak będzie najlepiej dla mnie... i dla królestwa. Rozumiem dlaczego. Po prostu traktuje igrzyska jak narzędzie.
Jest bardzo mądry. Wykorzystuje arenę do zabawiania całego narodu, bez wyjątków, daje poddanym jedzenie, picie i możliwość odmiany losu. To czyni go popularnym wśród wszystkich stanów i umacnia jego pozycję lorda regenta. Wszyscy go popierają. Ci szlachetnej krwi, którzy poświęcają swój czas i pieniądze na oddawanie się temu "sportowi", i ci z nizin, którzy mogą postawić ostatni grosz z nadzieją, że zdołają odmienić swój los na lepsze. Gladiatorzy gotowi umierać, by zdobyć bogactwa i obywatelstwo dla swoich rodzin - bo to właśnie może im zapewnić pozycja Bloodguarda, już nie wspominając o upragnionym królewskim tytule.
Nagle otwieram szeroko oczy. Te dwa słowa - "królewski tytuł" - odbijają się echem w mojej głowie, podczas gdy serce bije mi jak szalone.
- O co chodzi? - Vitor mruży lekko oczy.
- Nic takiego. - Spuszczam wzrok, próbując przybrać potulną minę. - Masz rację, wuju. - Wsuwam rękę pod jego ramię. - Jeśli mam kiedyś zostać królową, muszę się zachowywać, jak na królową przystało.
Kiwa z aprobatą głową i całuje mnie w czubek głowy.
- Wróć do domu - mówi. - Wyjdź za Sora, twoja babka na pewno by tego chciała. Pewnie zrozumiałaby też, gdybym, oczywiście jakiś czas po waszych zaślubinach, ułaskawił twego ojca. Pod moimi rządami królestwo rozkwita. Arrow potrzebuje przede wszystkim stabilizacji i siły, które bez wątpienia będę mógł mu zapewnić, mając swojego syna i ciebie u boku.
Gdzieś w głębi ducha mam ochotę przyjąć jego propozycję - zrobiłabym wszystko, byle tylko ratować ojca. Ale chociaż bardzo go kocham, wiem, że nigdy by mi nie wybaczył, gdybym poślubiła Sora. Z tym mężczyzną jest coś nie tak. Już w dzieciństwie potrafił być okrutny, a wraz z upływem czasu stał się tylko gorszy. Chciałabym wierzyć, że Vitor nadal będzie w stanie go kontrolować, ale przecież gdybyśmy się pobrali, Soro zostanie królem - a wtedy zyskałby wręcz nieograniczone możliwości. Nie mogę tak ryzykować.
Zresztą... przyszedł mi do głowy znacznie lepszy plan.
Wuj Vitor zaciska mocniej palce na mojej dłoni, kiedy wkraczamy z powrotem na arenę, ale prawie nie zwracam na to uwagi. Kiedy zajmujemy nasze miejsca w królewskiej loży, przez szum krwi w uszach ledwo słyszę wiwaty tłumu.
Odszukuję wzrokiem młodego gladiatora. Twardo wbija stopy w piach, gotów do biegu. Nie zamierzam odwracać oczu. Bo to właśnie on dzisiaj zwycięży.
Jest mi winien narzeczonego.