BLUELINERS (#2). Grinder - Lena M. Bielska

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Damien

1

Damien

Prze­bu­dze­nie w ramio­nach Hun­tera w czerw­cowy pora­nek nie jest niczym nowym. Wła­ści­wie, odkąd powie­dzia­łem mu, że chcę spró­bo­wać i zoba­czyć, dokąd nas to wszystko zapro­wa­dzi, pra­wie każdą noc spę­dzamy razem. Co zabawne... to wcale nie ozna­cza, że do cze­go­kol­wiek pomię­dzy nami doszło. Począt­kowo mocno mnie to dzi­wiło, sądzi­łem, że może czeka, aż sam coś zapro­po­nuję, ale nie. Led­wie wczo­raj się­gną­łem do jego bok­se­rek, a on chwy­cił mnie za nad­gar­stek i cmok­nął, po czym poca­ło­wał mnie w czoło i tak po pro­stu zasnął.

Może to i lepiej?

A może Hun­ter stre­suje się, że zosta­niemy przy­ła­pani?

Co prawda Arlee nie wydaje się cze­go­kol­wiek domy­ślać, ale... Ni­gdy nie można mieć co do tego pew­no­ści.

-?Led­wie wsta­łeś i już cho­dzą ci try­biki w gło­wie? -?mam­ro­cze zaspa­nym gło­sem Hun­ter.

Uśmie­cham się pod nosem.

-?A ty led­wie się roz­bu­dzi­łeś i już zrzę­dzisz?

-?Jesz­cze nie jestem roz­bu­dzony. -?Wypusz­cza długi oddech wprost na moją szyję, spra­wia­jąc, że moje ciało pokrywa gęsia skórka. Hun­ter się uśmie­cha. Oczy­wi­ście, że to wyczuł i oczy­wi­ście, że jest z sie­bie cho­ler­nie dumny. -?Wyspany?

-?Jesz­cze nie wiem. -?Ścią­gam brwi. -?W domu jest coś zbyt cicho.

-?Hm?

Prze­wra­cam oczami.

-?Jesteś pewien, że nie mówisz przez sen?

Cisza.

Odchy­lam głowę i spo­glą­dam na twarz Hun­tera. Wzdy­cham cicho, gdy się orien­tuję, że zamknął oczy i chyba ponow­nie zasnął. Nie ma jed­nak szans, żebym ja też to zro­bił -?za bar­dzo nur­tuje mnie fakt, że nie sły­szę poru­sza­ją­cego się o kulach Lucasa. Krzy­wię się do sie­bie i powstrzy­muję od gło­śnego wes­tchnie­nia. Cią­gle tkwią we mnie wyrzuty sumie­nia, że nie uchro­ni­łem go od kon­tu­zji.

Jakiś czas póź­niej wycho­dzę z sypialni i kie­ruję się na par­ter. Powoli stą­pam po stop­niach, ostroż­nie omi­ja­jąc puste, zgnie­cione kubki. W powie­trzu unosi się zapach roz­la­nego alko­holu, wyczu­wam nawet smród zioła, co ani tro­chę mi się nie podoba. Lucas... Lucas ma pro­blem i to ogromny. Do tej pory jed­nak żad­nemu z nas nie udało się do niego dotrzeć i jeśli nic się nie zmieni, to będziemy musieli poroz­ma­wiać z jego agentką.

Jestem tak bar­dzo sku­piony na tym, żeby w nic nie wdep­nąć, że kiedy wcho­dzę do kuchni, dopiero po chwili dostrze­gam sie­dzą­cych przy stole ludzi.

-?Za to ty zabi­łeś chyba wszyst­kie swoje szare komórki.

Ziry­to­wany głos Arlee spra­wia, że mru­gam zasko­czony. Nawet się nie zasta­na­wiam. Wyco­fuję się z pomiesz­cze­nia, rzu­ca­jąc tylko szyb­kie spoj­rze­nie w kie­runku Lucasa. Jest blady, ma worki pod oczami, a włosy ster­czą mu we wszyst­kie strony. Gdy­bym miał zga­dy­wać, to naj­pew­niej od niego tak nie­mi­ło­sier­nie śmier­dzi wódką.

Przy scho­dach napo­ty­kam zaspa­nego Hun­tera. Posyła mi leniwy uśmiech i przy­ciąga do sie­bie za bio­dro, ale zanim zdoła cokol­wiek powie­dzieć, mam­ro­czę cicho:

-?Arlee chyba wzięła w obroty Lucasa.

Na jego twa­rzy poja­wia się kon­ster­na­cja, która po chwili zmie­nia się w coś, co przy­po­mina ulgę.

-?Gdzie idziesz? -?pyta, kiedy chcę go omi­nąć. -?Do sie­bie?

Kręci głową i sekundę póź­niej popy­cha mnie w stronę ściany. Zatyka mi usta dło­nią i przy­suwa się do rogu, tuż przy wej­ściu do kuchni. Uno­szę wysoko brwi i gapię się na niego jak na kre­tyna. Zamie­rza pod­słu­chi­wać? Poważ­nie?

-?O co ci cho­dzi? -?odzywa się obo­jęt­nie Lucas.

-?O co mi cho­dzi? -?powta­rza za nim Arlee z jaw­nym nie­do­wie­rza­niem w gło­sie. -?O twoje zacho­wa­nie, Lucas!

Aż się wzdry­gam.

-?Długo tak zamie­rzasz się upi­jać?

-?Piję tylko w week­endy, więc prze­stań mi mat­ko­wać...

Hun­ter kręci na to głową i stuka się pal­cem w czoło, jakby suge­ro­wał, że Lucas wcho­dzi na zbyt grzą­ski grunt. Trudno się z nim nie zgo­dzić. Odkąd go pozna­łem, stą­pam wła­śnie po takim grun­cie -?Arlee to bez wąt­pie­nia jego dam­ska wer­sja. Rów­nie gbu­ro­wata i nie­trzy­ma­jąca języka za zębami co on.

-?O, mój drogi -?kpi. -?Ja dopiero mogę zacząć ci mat­ko­wać. Wszystko rozu­miem, naprawdę, ale...

-?Gówno rozu­miesz -?prze­rywa jej, cedząc przez zaci­śnięte zęby. -?Czeka mnie ope­ra­cja i chuj wie, czy będę mógł wró­cić do gry, więc sorry, że nie jestem cały w skow­ron­kach i zaje­bi­ście szczę­śliwy.

Wyraź­nie sły­szę, że któ­reś z nich wciąga gło­śno powie­trze. Hun­ter zerka na mnie z tą samą miną, z którą robi to za każ­dym razem, gdy Lucas tylko wspo­mni o nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji. Jego oczy wypeł­nione są wyrzu­tami sumie­niami -?rów­nie ogrom­nymi, które sam odczu­wam.

-?Rozu­miem wię­cej, niż ci się zdaje. -?Głos Arlee jest zadzi­wia­jący spo­kojny. -?Znacz­nie wię­cej, Lucas -?dodaje tak cicho, że led­wie potra­fię zro­zu­mieć słowa. -?Wiem, jak to jest, gdy zde­rzasz się ze ścianą i myślisz, że twoja kariera się skoń­czyła.

Lucas pry­cha pod nosem.

-?Cie­bie tylko zwol­nili, Arlee, więc...

-?Musia­łam rów­nież chwi­lowo zre­zy­gno­wać z kon­ty­nu­owa­nia kursu na tre­nera.

Spo­glą­damy po sobie z Hun­te­rem. Robiła kurs tre­ner­ski? Niczym w cho­ler­nej syn­chro­ni­za­cji obaj uno­simy wysoko brwi.

-?Dla­czego? -?pod­ła­puje Lucas. -?I czemu nic wcze­śniej nie mówi­łaś?

-?Nie chcia­łam cię mar­twić.

Hun­ter roz­dyma noz­drza, na jego twa­rzy poja­wia się zmar­twie­nie, które bez wąt­pie­nia odczuwa teraz rów­nież Lucas. Dawno temu byłem pewien, że w tym hoke­iście nie ma zbyt wiele empa­tii, ale prawda jest taka, że Mar­shall jest jed­nym z naj­bar­dziej empa­tycz­nych ludzi, jakich pozna­łem, tylko strasz­nie mocno stara się to ukry­wać pod fasadą fiuta do kwa­dratu.

-?Czym nie chcia­łaś mnie mar­twić? -?pyta twardo Lucas. -?Czego mi nie mówisz?

-?Po pro­stu mam pewne pro­blemy zdro­wotne i dopóki ich nie... wyci­szę, to kurs odcho­dzi na dal­szy plan -?wyja­śnia i szybko dodaje: -?Nie mam raka, Lucas.

Zaty­kam Hun­te­rowi usta, zanim zdoła gło­śno ode­tchnąć z ulgą. Dosko­nale wyła­puję moment, w któ­rym unosi mu się tors.

-?Nie jest to rów­nież nic, co może mnie zabić w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. Ale tak, prze­szka­dza mi to w moich pla­nach na życie, nawet bar­dzo, nie­mniej nie zamie­rzam z nich rezy­gno­wać, po pro­stu odsu­nę­łam je w cza­sie. -?Arlee chrząka. -?Ty też nie powi­nie­neś rezy­gno­wać ze swo­ich, a wła­śnie to robisz.

Zer­kam na Hun­tera i kiwam pod­bród­kiem w stronę scho­dów, a on natych­miast pota­kuje. Pospiesz­nie, ale ostroż­nie, ewa­ku­ujemy się razem na pię­tro. Już i tak usły­sze­li­śmy chyba zbyt wiele.

-?Spo­dzie­wa­łeś się tego? -?pytam, gdy wcho­dzimy do mojej sypialni.

-?Tego, że robiła kurs tre­ner­ski? -?Potrząsa głową. -?Ani tro­chę, ale byłaby dobrą tre­nerką.

Par­skam śmie­chem.

-?Wygląda jak ktoś, kto czer­pałby przy­jem­ność z drę­cze­nia swo­ich pod­opiecz­nych -?mru­czę pod nosem i posy­łam mu zna­czące spoj­rze­nie, gdy roz­wala się z powro­tem na moim łóżku.

-?Ależ ty jesteś zabawny. -?Prze­wraca oczami, naj­wy­raź­niej w mig rozu­mie­jąc moją alu­zję. -?Ja nie miał­bym takiej cier­pli­wo­ści, żeby kogo­kol­wiek tre­no­wać.

-?Mnie tre­no­wa­łeś -?zauwa­żam, wbi­ja­jąc kolano w mate­rac mię­dzy jego roz­chy­lo­nymi nogami. Opie­ram dło­nie po bokach jego głowy, po czym się zni­żam, aż wspie­ram się na łok­ciach. Uśmie­cham się z prze­ką­sem. -?Chyba że do mnie masz wyjąt­kową cier­pli­wość.

Unosi kącik ust i prze­cze­suje mi włosy. Ostat­nio zro­bił się bar­dzo... sub­telny w swoim dotyku. Tak sub­telny, jak nie on. Ale podoba mi się ta zmiana. Zdaje mi się, że po pro­stu się przede mną otwiera, cho­ciaż rów­no­cze­śnie czer­pie przy­jem­ność z draż­nie­nia mnie, kiedy bur­czy na mnie na pokaz, gdy ktoś nam się zbyt długo przy­gląda. Nie ma to jak uda­wać, że nas do sie­bie nie cią­gnie. Wszystko byłoby o wiele prost­sze, gdy­by­śmy mogli tak po pro­stu ogło­sić naszą rela­cję.

-?Jesteś wyjąt­kiem potwier­dza­ją­cym regułę -?mru­czy z zawa­diac­kim uśmiesz­kiem i prze­suwa dłoń na mój kark, po czym przy­ciąga mnie do sie­bie tak gwał­tow­nie, że pra­wie zde­rzamy się czo­łami. -?Dzień dobry, żół­to­dzio­bie.

-?Dobry, dupku -?mam­ro­czę wprost w jego usta, zanim decy­duję się go poca­ło­wać.

Minęło kilka tygo­dni od tam­tej roz­mowy i do tej pory ani razu nie poża­ło­wa­łem, że posta­no­wi­łem zary­zy­ko­wać. Nie zde­rzy­li­śmy się jed­nak w żad­nym momen­cie z rze­czy­wi­sto­ścią, nikt o nas nie wie i gene­ral­nie nie podej­mu­jemy zbęd­nego ryzyka, ale... Cie­szę się. Tak po pro­stu, po ludzku, cie­szę się, że cier­pli­wie cze­kał, aż się namy­ślę.

Mam też pew­ność, że jeśli nam nie wyj­dzie, jeśli coś się schrzani, to nie zostawi mnie na lodzie. To nie ten typ czło­wieka. Prę­dzej odciąłby sobie rękę, niż pozwo­lił na to, aby komuś z jego bli­skich stała się krzywda -?nawet naj­mniej­sza.

-?Mmm... -?mru­czę z zado­wo­le­niem, gdy odchyla głowę w bok i pogłę­bia poca­łu­nek. Jego udo owija się wokół mojej nogi. Przy­ciąga mnie do sie­bie, aż wyczu­wam na brzu­chu wzwód. -?Hun... -?Odry­wam się od jego warg i spo­glą­dam w pociem­niałe oczy. Wyglą­dają teraz bar­dziej jak burzowe niebo.

Na policz­kach wykwi­tły mu rumieńce, tęczówki błysz­czą, a opuch­nięte i wil­gotne od piesz­czot usta wykrzy­wiają się w zadzior­nym uśmie­chu.

-?Teraz ty sobie pocze­kasz -?szep­cze kąśli­wie i zaci­ska dłoń na moim pośladku, napie­ra­jąc udem na moje kro­cze, aż prze­szywa mnie dreszcz. - Do tej pory byłem wstrze­mięź­liwy, ale ocze­ki­wa­nie tylko pod­syca przy­jem­ność.

Sfru­stro­wany roz­dy­mam noz­drza, ale nie pro­te­stuję.

Nie nama­wiam.

Nie pró­buję zmie­nić jego zda­nia.

Coś w jego sło­wach mówi mi, że nie cho­dzi mu tylko o sam fakt rosną­cej przy­jem­no­ści, a o coś jesz­cze. O obawę, że nie spro­sta moim wyma­ga­niom.

Hun­ter może i jest ego topem, ale w tym jed­nym przy­padku... bra­kuje mu pew­no­ści sie­bie.

Ale prze­cież ni­gdzie nam się nie spie­szy.

Zresztą nie zamie­rzam pie­przyć się z nim jak z jakimś pierw­szym lep­szym kole­siem.

Myśle­nie o nim, jak o kimś, kto ma być tylko na chwilę i bez żad­nych kom­pli­ka­cji, już dawno ode­szło w zapo­mnie­nie.

2. Hunter

2

Hun­ter

Co to za krzyki? -?pytam, prze­kra­cza­jąc próg drzwi wej­ścio­wych. - Sły­chać was aż na ulicy.

Tuż za mną wcho­dzą Kane i Damien. Śmier­dzimy potem, jesz­cze nie prze­sta­li­śmy dyszeć po szyb­kim sprin­cie na zakoń­cze­nie teo­re­tycz­nie luź­nego tre­ningu, ale już od pod­jazdu sły­sza­łem, że w domu zde­cy­do­wa­nie nie zasta­niemy ciszy i spo­koju.

-?Arlee wyje­bała do kosza moje spodnie! -?Lucas wbija w nas roz­wście­czone spoj­rze­nie, żyłka na skroni mu pul­suje i aż poczer­wie­niał.

-?Bo zosta­wi­łeś je na pod­ło­dze -?przy­po­mina mu obo­jęt­nie Arlee. -?To, co na pod­ło­dze, to śmieci, a śmieci lądują do kosza.

Powin­ni­śmy się ewa­ku­ować. Nawet ja jestem świa­domy, że zaraz roz­pęta się tu wojna i będą latać ato­mówki, ale Kane ani drgnie -?i pew­nie ma to coś wspól­nego z jego maśla­nym spoj­rze­niem skie­ro­wa­nym na Arlee. Damien nato­miast... chyba go spa­ra­li­żo­wało. No prze­cież nie mogę zosta­wić ich tu samych.

-?Jesteś... -?Lucas milk­nie.

Arlee unosi brew i wbija w niego wycze­ku­jące spoj­rze­nie.

-?No, jaka jestem, bra­ciszku? -?dopy­tuje, wsta­jąc z kanapy. Odkłada tablet na sto­lik, naj­pew­niej wcze­śniej na nim pra­co­wała, po czym pod­cho­dzi do Lucasa, opiera dło­nie na bio­drach i unosi pod­bró­dek. Nie­do­brze. -?Nie­zno­śna? Wredna? Głu­pia? Bez­myślna? Powin­nam była spraw­dzić kie­sze­nie?

Nie mam poję­cia, co Lucas zamie­rza powie­dzieć, ale decy­duję się pospiesz­nie wtrą­cić, bo prze­cież nie mógł się aż tak wściec o głu­pie ubra­nie. Ma ich dzie­siątki -?o ile nie setki.

-?Co było w spodniach?

-?Pier­do­lone klu­czyki do merca -?cedzi przez zaci­śnięte zęby, nawet nie zer­ka­jąc na mnie przez ramię.

Wcią­gamy z sykiem powie­trze do płuc. Damien się poru­sza, jakby chciał się ewa­ku­ować, a Kane led­wie sły­szal­nie chrząka. Ja nato­miast zaczy­nam ana­li­zo­wać, czy powi­nie­nem odcią­gnąć na bok Lucasa, czy może sta­nąć pomię­dzy nimi, ryzy­ku­jąc, że wcią­gną mnie w swoją kłót­nię. Z żad­nej z tych opcji nie wyszedł­bym bez szwanku i dotych­czas mia­łem zbyt dobry humor, żeby dobro­wol­nie chcieć go sobie nisz­czyć.

-?Pro­si­łam cię -?odzywa się spo­koj­nie Arlee. -?Nie raz i nie dwa.

-?Będziesz grze­bać na wysy­pi­sku -?kwi­tuje oschle Lucas.

Arlee par­ska z nie­do­wie­rza­niem.

-?Ja? -?Wska­zuje na sie­bie dło­nią, po czym celuje w niego pal­cem. Sądząc po tym, jak Lucas się wzdryga, chyba wbija mu pazno­kieć w tors. -?Nie, mój drogi, ty będziesz tam grze­bać.

-?Zacho­wu­jesz się jak matka.

W salo­nie zapada cisza jak makiem zasiał. Kane przy­myka powieki i roz­dyma noz­drza, Damien otwiera sze­roko oczy, ja zaś po raz kolejny zasta­na­wiam się, czy może jed­nak nie zary­zy­ko­wać i znowu się nie wtrą­cić. A Lucas? Lucas tak gło­śno prze­łyka ślinę, że dosko­nale to sły­szę, cho­ciaż stoi dobre trzy metry ode mnie.

-?Arlee... -?odzywa się zała­mu­ją­cym gło­sem, jakby dopiero teraz do niego dotarło, co przed chwilą wypa­dło z jego ust.

Arlee nie daje mu powie­dzieć nic wię­cej. Schyla się i wyciąga spod sto­lika zło­żone w kostkę dresy. Na wierz­chu leżą klu­czyki do Mer­ce­desa. Widząc je, oddy­cham cicho z ulgą, ale rów­nież rośnie we mnie nie­po­kój, bo nie mam poję­cia, co się teraz wyda­rzy.

-?Gdy­bym zacho­wy­wała się jak nasza matka, szu­kał­byś tego przez naj­bliż­sze tygo­dnie, a ja uda­wa­ła­bym, że ich nie widzia­łam. -?Wci­ska mu wszystko w brzuch i odwraca się gwał­tow­nie, po czym zgar­nia tablet i rusza w stronę scho­dów. -?W kuchni macie gotowy lunch. Nie nasta­wiaj­cie się na nic wykwint­nego.

Kiedy dziew­czyna znika na pię­trze, chrzą­kam cicho i wbi­jam spoj­rze­nie w tył głowy Lucasa.

-?Chyba tro­chę prze­sa­dzi­łeś -?zauwa­żam spo­koj­nie.

-?Myślisz? -?pry­cha pod nosem i spo­gląda na mnie z miną zbi­tego psa.

-?Nie patrz tak na mnie -?par­skam. -?To nie na mnie nasko­czy­łeś. - Prze­su­wam dło­nią po karku i wzdy­cham, po czym kle­pię Lucasa w łopatkę i ruszam w stronę kuchni.

Jestem w poło­wie butelki, gdy Damien ociera się o mnie ramie­niem, się­ga­jąc po swój bidon z elek­tro­li­tami. Wpa­truję się w jego pod­ska­ku­jącą grdykę, gdy łap­czy­wie opróż­nia zawar­tość pojem­nika. Nie mogę się przed tym powstrzy­mać.

Świerz­bią mnie ręce, żeby go do sie­bie przy­cią­gnąć i poca­ło­wać -?tu i teraz -?ale nawet nie odwa­żam się poru­szyć pal­cami. Obie­ca­łem sobie, gdy zde­cy­do­wał, że zary­zy­ku­jemy, że prze­stanę się na niego napa­lać -?a przy­naj­mniej nie będę robić tego tak osten­ta­cyj­nie jak wcze­śniej. Jeśli to coś, co jest pomię­dzy nami, ma się udać... nie możemy tego zbu­do­wać wyłącz­nie na fizycz­no­ści.

Pomińmy fakt, że każdy kolejny dzień jest trud­niej­szy, a widy­wa­nie go nocami w samej bie­liź­nie to istne tor­tury rodem z pie­kła. Zawsze mia­łem wyso­kie libido, ale przy tym face­cie weszło na zupeł­nie nowy poziom.

-?Zacho­wa­nie Lucasa... -?Kane milk­nie i wzdy­cha, zmu­sza­jąc mnie, żebym ode­rwał spoj­rze­nie od szyi Damiena.

-?Coś mu się w gło­wie prze­sta­wiło -?komen­tuję, spo­glą­da­jąc na bram­ka­rza opie­ra­ją­cego się o szafkę kuchenną. -?Gdy­bym miał się zakła­dać, sta­wiał­bym, że to wina nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji.

Kane przy­ta­kuje ski­nie­niem.

-?Nie daje rady ner­wowo.

-?Dzi­wi­cie mu się? -?mru­czy pod nosem Damien, na co obaj wbi­jamy w niego zasko­czone spoj­rze­nie. Zwy­kle raczej mil­czy w trak­cie takich roz­mów. - Jego kariera wisi na wło­sku -?dodaje oczy­wi­stym tonem. -?Na jego miej­scu... -?Urywa i kręci głową. -?W sumie chcia­łem powie­dzieć, że na jego miej­scu obaj byli­by­ście rów­nie ner­wowi, ale Kane'owi to raczej nie grozi.

-?Dzięki -?pry­cham.

-?Nie ma sprawy. -?Damien uśmie­cha się z prze­ką­sem.

-?Może trzeba z nim jakoś...

-?To chyba nie jest naj­lep­szy pomysł -?opo­nuję, krzy­wiąc się do Kane'a. -?Śmiem twier­dzić, że jedyną osobą w tym domu, która ma szansę do niego dotrzeć i nie obe­rwać za to w ryj, jest jego sio­stra.

Kane potwier­dza cichym mruk­nię­ciem, kiwa­jąc głową.

-?Boicie się Lucasa? -?pyta Damien.

Par­skam śmie­chem.

-?Nie boję się go, boję się...

-?...o niego -?dokań­cza za mnie Kane i chrząka. -?Przy­naj­mniej tyle dobrze, że omi­nie go ban­kiet.

Wydaję z sie­bie odgłos przy­po­mi­na­jąc wymioty i wzdry­gam się teatral­nie.

-?Na samą myśl o tej impre­zie ode­chciewa mi się oddy­chać -?mam­ro­czę pod nosem z nie­sma­kiem i zwi­jam dło­nie w pię­ści.

-?Nie możesz dać im się pod­pu­ścić, Hun­ter -?zauważa poważ­nie Kane.

-?Serio? -?pry­cham. -?Jak­bym nie wie­dział... -?bur­czę do sie­bie i ści­skam moc­niej butelkę w dłoni, po czym wymi­jam Damiena i ruszam po scho­dach na pię­tro.

Muszę wziąć prysz­nic. Nie tylko zmyć z sie­bie potre­nin­gowy pot i roz­luź­nić ciało, ale przede wszyst­kim spró­bo­wać ukoić swoje nerwy. Nie dość, że z jed­nej strony muszę przy­po­mi­nać sobie o powol­nym tem­pie w rela­cji z Damie­nem, to jesz­cze będę musiał uda­wać na ban­kie­cie, że wszystko jest super i nie prze­szka­dza mi widok pano­szą­cego się Col­linsa.

Gdy led­wie wty­kam kciuki za gumkę bok­se­rek, kątem oka dostrze­gam ruch przy wej­ściu do łazienki. Nie spo­glą­dam w ich stronę, ale uno­szę kącik ust.

-?Zgu­bi­łeś się, John­son?

-?Praw­do­po­dob­nie tak -?mam­ro­cze z wes­tchnie­niem i zamyka za sobą drzwi. -?Wszystko w porządku?

-?Tak -?odpo­wia­dam pospiesz­nie i zsu­wam bie­li­znę, po czym kop­nię­ciem odrzu­cam w stronę kosza na pra­nie. -?A u cie­bie?

Odpo­wiada mi cisza.

Zer­kam przez ramię i uno­szę brew, dostrze­ga­jąc, że ciemne oczy Damiena sku­pione są na złą­cze­niu mojego uda i pośladka -?kon­kret­nie na ogrom­nym siniaku po jed­nym z ostat­nich tre­nin­gów na lodzie przed waka­cjami. Już dawno się tak efek­tow­nie nie wypie­przy­łem.

-?Zie­mia do John­sona. -?Pstry­kam pal­cami, aż Damien mruga i prze­ska­kuje wzro­kiem na moją twarz. -?Pyta­łem, czy u cie­bie wszystko dobrze.

-?Tak. -?Pota­kuje ski­nie­niem i wci­ska dło­nie do kie­szeni spor­to­wych spode­nek, mru­żąc nie­znacz­nie oczy.

-?Pro­wa­dzisz wewnętrzną dys­ku­sję? -?zaga­jam, włą­cza­jąc natrysk.

-?Zasta­na­wiam się, co się podziało z face­tem, który nie potra­fił utrzy­mać przy sobie rąk.

Par­skam śmie­chem i wcho­dzę pod prysz­nic. Bez­ce­re­mo­nial­nie i z pre­me­dy­ta­cją odwra­cam się do Damiena przo­dem, po czym uno­szę ramiona, napi­na­jąc mię­śnie bar­dziej niż to konieczne, żeby prze­cią­gnąć pal­cami po wło­sach.

Spo­mię­dzy warg Damiena wydo­staje się sfru­stro­wane wes­tchnie­nie, które pod koniec prze­cho­dzi w nie­za­do­wo­lony jęk. Oddech mi przy­spie­sza w reak­cji na żar bijący z jego oczu i to, jak pospiesz­nie pozbywa się spode­nek. Mam ochotę roze­śmiać się gło­śno, bo Damien wpada z takim impe­tem pod mój prysz­nic, jakby chciał mnie zabić.

A on tylko obej­muje mnie sta­now­czo dłońmi za policzki i wyci­ska na moich ustach gwał­towny poca­łu­nek, przy­wie­ra­jąc do mnie całym cia­łem.

Udaje mi się wytrzy­mać bez żad­nego odgłosu zale­d­wie kilka sekund.

Mój plan, żeby trzy­mać się z daleka od jego ciała, pali na panewce.

Oczy­wi­ście.

Jęczę ochry­ple, zaci­skam palce na jego wło­sach i oddaję żar­li­wie poca­łu­nek.

Serce bije mi gwał­tow­nie w piersi, oddech się rwie, a umysł pod­syła milion róż­nych pozy­cji, w któ­rych mogli­by­śmy zna­leźć się w prze­ciągu naj­bliż­szych sekund.

Ale wraca mi trzeź­wość myśle­nia.

Jakimś cudem udaje mi się ode­rwać od niego usta i wydy­szeć wprost do jego ucha:

-?Tro­chę cier­pli­wo­ści, John­son.

Uśmie­cham się do sie­bie, sły­sząc jego sfru­stro­wany jęk, a potem robi mi się cie­pło na sercu, bo dło­nią obej­muje mój poli­czek i prze­ciąga po nim kciu­kiem w nie­praw­do­po­dob­nie czuły spo­sób. Odszu­kuje w zapa­ro­wa­nym powie­trzu moje oczy i wzdy­cha cicho.

-?Dla­czego się powstrzy­mu­jesz? -?pyta spo­koj­nie, cho­ciaż w jego gło­sie roz­brzmiewa nie­słab­nące pożą­da­nie.

Sta­ram się nie dać po sobie poznać, jak bar­dzo zaska­kuje mnie tym pyta­niem. "Sta­ram się" to dobre okre­śle­nie, skoro nie­spe­cjal­nie mi się to udaje. Ocie­ram o sie­bie wargi, kładę dłoń na jego karku i łagod­nie prze­su­wam pal­cami po napię­tej skó­rze.

-?Nie chcę tego spier­do­lić -?odpo­wia­dam bez ogró­dek.

Damien marsz­czy brwi.

-?Czego?

-?Tego.

Mruga.

-?Nas -?dodaję sfru­stro­wany, że nie rozu­mie, co do niego mówię. - Prze­stań bujać w obło­kach.

Damien unosi brew i kręci głową, ale kącik ust mu przy tym drga, dzięki czemu odro­binę się uspo­ka­jam, bo sekundę temu oba­wia­łem się, że prze­sa­dzi­łem ze swoją oschło­ścią. Cza­sem zapo­mi­nam, że w czte­rech ścia­nach, w jego obec­no­ści, wcale nie muszę uda­wać Hun­tera "Enfor­cera" Mar­shalla.

-?Boisz się, że coś spie­przysz?

Prze­wra­cam oczami i wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech.

-?Oczy­wi­ście, że coś spie­przę, ale może jeśli wcze­śniej pokażę ci, że zależy mi na czymś wię­cej niż tylko seks, to...

-?Innymi słowy chcesz mi naj­pierw udo­wod­nić, że jed­nak nie szu­kasz nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej rela­cji? -?prze­rywa mi łagod­nie i unosi brew, się­ga­jąc dło­nią do moich wło­sów. Prze­cze­suje je pal­cami i nie odrywa przy tym oczu od moich. Zdaje się kurew­sko spo­kojny, ale jestem pra­wie pewny, że w jego gło­wie wzbiera nie­po­kój.

-?Może? -?pod­su­wam pyta­jąco i chrzą­kam, wzru­sza­jąc ramio­nami.

-?A może cho­dzi o to, że się oba­wiasz, że nie będziesz dla mnie wystar­cza­jący?

Oddech zamiera mi w piersi. Wpa­truję się w Damiena z miną, jakby mi wła­śnie oświad­czył, że rzuca hokej i wyjeż­dża do Tek­sasu hodo­wać bydło. Skąd mu to przy­szło do głowy?

-?Oczy­wi­ście, kurwa, że będę wystar­cza­jący -?war­czę ziry­to­wany. -?Masz wąt­pli­wo­ści?

Przez jego twarz prze­myka kon­ster­na­cja, jakby nie rozu­miał, skąd we mnie nagła złość. Złość, która z każdą sekundą nabiera na sile. Roz­dy­mam noz­drza, wypusz­czam długi oddech i już otwie­ram usta, żeby... wła­ści­wie nawet nie wiem, co chcę powie­dzieć, cokol­wiek, ale wtedy Damien par­ska cichym śmie­chem.

-?Nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści -?mru­czy i muska war­gami moje. -?Po pro­stu się zasta­na­wia­łem, czy ty przy­pad­kiem jakichś nie masz.

-?Nie mam -?oznaj­miam poważ­nie.

-?Świet­nie.

-?Cud­nie.

-?Mhm -?mam­ro­cze led­wie sły­szal­nie i składa na moim policzku kolejny poca­łu­nek. I jesz­cze jeden. Aż dociera do ucha i wzdy­cha prze­cią­gle. - To co? -?szep­cze niskim gło­sem. -?Trzy­mamy rączki przy sobie i uda­jemy, że wcale obaj nie pra­gniemy się na sie­bie rzu­cić?

Ude­rzam tyłem głowy o ścianę i sfru­stro­wany wypusz­czam nosem powie­trze, spo­glą­da­jąc na Damiena spod rzęs. A on się uśmie­cha. Sze­roko. Wyraź­nie z sie­bie zado­wo­lony.

-?W sumie... podo­bało mi się, jak o mnie zabie­ga­łeś. -?Zjeż­dża powoli spoj­rze­niem w dół mojego ciała i unosi kącik ust, gdy penis mi drga. - Hmm...

Roz­dy­mam noz­drza. Po raz już nie wiem który.

-?Chyba jed­nak zmie...

-?Oj, nie -?cmoka i uśmie­cha się sza­tań­sko. -?Skoro Hun­ter Mar­shall boi się, że sek­sem coś mię­dzy nami spier­doli, to będziemy grzeczni.

Boże, za jakie grze­chy?

To ja mia­łem być tym, który dyk­tuje warunki, nie on.

I dla­czego, do dia­bła, tak bar­dzo mi się podoba myśl, że Damien będzie uda­wać trudno dostęp­nego, a ja będę za nim bie­gać jak pie­sek z wywie­szo­nym jęzo­rem?

3. Damien

3

Damien

Fort Lau­der­dale, Flo­ryda

Sto­imy we trzech w sali ban­kie­to­wej i cze­kamy na Arlee. Kane wyciąga z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki komórkę i spo­gląda na ekran, po czym wbija spoj­rze­nie w główne wej­ście. Drzwi są jesz­cze otwarte, ale nie zostało zbyt wiele czasu do roz­po­czę­cia imprezy. Jego mina wyraża coraz więk­sze wąt­pli­wo­ści. Pra­wie mu współ­czuję -?ale tylko pra­wie; sam sobie wybrał dam­ską wer­sję Hun­tera na obiekt wes­tchnień, więc teraz będzie cier­pieć. Dokład­nie tak samo, jak ja, gdy Hun­tera ugry­zie coś w dupę.

-?Ona w ogóle przyj­dzie? -?pyta Hun­ter, za co mam ochotę zdzie­lić go w łeb. Mistrz taktu.

-?Tak -?odpo­wiada pew­nie Kane.

Chcie­li­śmy poje­chać wszy­scy razem, ale Arlee uznała, że z hotelu dotrze do nas tak­sówką. Moim zda­niem szansa na to, że się pojawi, wynosi jakieś... dzie­sięć pro­cent. Ona ma dokład­nie taki sam sto­su­nek do Col­linsa, jaki ja mam do mojego ojca. Jeśli­bym miał pew­ność, że go tutaj spo­tkam, wymik­so­wał­bym się z tej imprezy cho­robą -?naj­le­piej zakaźną, żeby nie mogli mnie zmu­sić do przyj­ścia "tylko na pięć minut". Arlee mieszka z nami już dwa mie­siące i może nie znam jej zbyt dobrze, ale tego aku­rat jestem pewien na milion pro­cent. Chyba nie ist­nieje na świe­cie ktoś, kogo nie­na­wi­dzi­łaby bar­dziej od swo­jego eks. Zresztą chło­paki też go nie cier­pią, a i ja naj­chęt­niej roz­kwa­sił­bym mu ryj.

-?Pisała ci coś? -?pytam.

Kane pry­cha cicho pod nosem.

-?Nie. I nie mogę do niej zadzwo­nić, bo nie mam jej numeru.

Czy mnie to dziwi? Nie, ani tro­chę. Więk­szość naszych inte­rak­cji z Arlee to krót­kie przy­wi­ta­nia, bez­myślne poga­wędki przy jedze­niu i ewen­tu­al­nie komen­ta­rze odno­szące się do Col­linsa. Nie roz­ma­wia z nami nawet na temat Lucasa. Szcze­rze powie­dziaw­szy, Arlee jest chyba bar­dziej zamknięta od Hun­tera.

-?Cho­lera -?mam­ro­cze Kane, gdy ochro­niarz sto­jący przy wej­ściu odblo­ko­wuje skrzy­dło wyso­kich, drew­nia­nych drzwi. -?Cho­lera -?powta­rza po raz kolejny.

Przez kilka sekund na jego twa­rzy widoczne jest auten­tyczne zmar­twie­nie, które bar­dzo szybko prze­ra­dza się w smu­tek, a potem... oczy mu roz­bły­skują. Chry­ste. Czy ja też tak wyglą­dam, gdy Hun­ter wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, w któ­rym jestem? Jeśli tak, to jakim cudem jesz­cze nikt się nie zorien­to­wał?

Podą­żam spoj­rze­niem za Kane'em i uno­szę bez­wied­nie brwi. Dotych­czas Arlee koja­rzyła mi się wyłącz­nie z dre­sami i za dużymi koszul­kami, więc przez uła­mek sekundy nie jestem pewien, czy to aby na pewno ona. Wło­żyła bor­dową suk­nię, która opina się na jej peł­nych bio­drach i biu­ście. Przy każ­dym kroku mate­riał roz­suwa się na boki, odsła­nia­jąc nagie udo.

Odry­wam od niej spoj­rze­nie i zer­kam na Hun­tera. Pra­wie par­skam śmie­chem na widok jego zaci­śnię­tych ust i mordu w oczach, które we mnie wbija. Pie­przony zazdro­śnik.

-?Zaraz się poka­le­czysz odłam­kami szkła -?mam­ro­czę pod nosem, żeby tylko on mnie usły­szał.

Nie­mal natych­miast roz­luź­nia uścisk na pustej lampce po szam­pa­nie.

Ale oczy­wi­ście nie prze­staje wypa­lać mi dziury w czole.

Kre­tyn.

Kane ner­wo­wym ruchem wci­ska tele­fon do mary­narki, aku­rat gdy Arlee do nas dociera.

-?Dobry wie­czór, chłopcy. -?Przy­suwa się bli­żej Kane'a i wsuwa dłoń pod jego ramię.

Odwra­cam wzrok i kiwam pod­bród­kiem w stronę sto­lika, na co Hun­ter wzdy­cha nie­mal cier­pięt­ni­czo.

-?Tak, ja też wcale nie mam ochoty tu być, stary, ale skoro musimy, to rów­nie dobrze możemy przy­naj­mniej usiąść, a nie ster­czeć jak kołki - komen­tuję.

-?Stary? -?pry­cha. -?Wsta­łeś lewą nogą czy co?

Prze­wra­cam oczami i witam się z kum­plami z dru­żyny. Chwilę póź­niej do sto­lika dociera rów­nież Kane z Arlee. Gdy tylko odsuwa jej krze­sło, kilku chło­pa­ków zaci­ska usta, jakby powstrzy­my­wało się od śmie­chu. Chyba każdy już się domy­ślił, że naszemu bram­ka­rzowi odwa­liło na punk­cie sio­stry Lucasa.

Kane dosko­nale wie, o co nam cho­dzi. Zupeł­nie jak nie on dra­pie się po policzku środ­ko­wym pal­cem, na co Owen par­ska śmie­chem. Lily, jego żona, pochyla się w jego stronę i szep­cze mu coś do ucha. Arlee mówi coś Kane'owi, ale nawet nie pró­buję się na tym sku­piać. Prze­krę­cam głowę w stronę Hun­tera i wzdy­cham cicho. Wró­cił dosko­nale znany wszyst­kim fanom Hun­ter "Enfor­cer" Mar­shall. Patrzy na kro­czą­cego przez salę ban­kie­tową Col­linsa i roz­dyma noz­drza. Nie­mal cały wibruje od wście­kło­ści. Gdy­bym tylko mógł poło­żyć dłoń na jego udzie i uści­snąć w ramach wspar­cia... ale nie mogę.

Chry­ste.

Zapo­wiada się ciężka i długa noc.

Po roz­ba­wie­niu nie zostało już ani śladu. Zewsząd ota­czają nas barwy Flo­rida Piran­has -?ich logo widoczne jest na każ­dym z ekra­nów zawie­szo­nych na ścia­nach sali. Przy naszym sto­liku panuje cisza jak makiem zasiał. Pra­wie nikt ze sobą nie roz­ma­wia i im dłu­żej tu sie­dzę, tym bar­dziej mam ochotę się stąd zmyć. W oczy szcze­gól­nie kłuje mnie puchar sto­jący na środku sceny.

Po kola­cji ludzie wstają od sto­li­ków. Prze­cha­dzają się pomię­dzy innymi, two­rzą grupki. Roz­po­znaję więk­szość twa­rzy, kiwam kilku oso­bom, gdy natra­fiamy się wzro­kiem, ale nie ruszam się z miej­sca. Nie ma szans, żebym wstał, kiedy obok mnie sie­dzi zner­wi­co­wany Hun­ter. Ska­cze mu noga. Raz po raz ociera się udem o moje i w każ­dej innej sytu­acji uznał­bym, że pró­buje coś ugrać, jed­nak nie tym razem. Nosi go. Nie muszę nawet mu się przy­glą­dać, żeby wie­dzieć, że pod obru­sem zaci­ska z całej siły pię­ści.

Ani tro­chę mu się nie dzi­wię. Nie­na­wi­dzi Col­linsa nie tylko za to, jakim chu­jem jest na lodo­wi­sku, ale przede wszyst­kim przez to, co chciał zro­bić Arlee.

Zmu­szam się do uśmie­chu, gdy obok nas poja­wia się foto­graf. Robi nam kilka zdjęć i -?na całe szczę­ście -?bar­dzo szybko odcho­dzi.

-?Idę się prze­wie­trzyć -?rzuca nie­spo­dzie­wa­nie Hun­ter i wstaje od stołu.

Nawet nie muszę się zasta­na­wiać, jak na to zare­ago­wać.

-?Ja też -?rzu­cam i zer­kam na Kane'a. -?Idziesz?

Odma­wia -?co nie jest żad­nym zasko­cze­niem. Reszta dru­żyny roz­pierz­chła się po sali chwilę temu i Arlee zosta­łaby wtedy sama. Ale zapy­ta­łem i to głów­nie dla­tego, że nie wiem, czy nie będę potrze­bo­wać pomocy w przy­trzy­ma­niu Hun­tera, gdy­by­śmy przy­pad­kiem wpa­dli na Col­linsa.

-?Lucas się odzy­wał? -?pytam, gdy wycho­dzimy z Hun­te­rem na taras.

-?Pisał jedy­nie, że żyje i chce już wró­cić do domu -?odpo­wiada zdaw­kowo i opiera się przed­ra­mio­nami o szklaną balu­stradę. -?Wczo­raj wspo­mniał jesz­cze, żeby­śmy spró­bo­wali przed­sta­wić Arlee ludziom z branży.

Przy­ta­kuję ski­nie­niem i staję obok niego, przy­pad­kiem ocie­ra­jąc się o jego ramię. Nie reaguje na to w żaden spo­sób. Podob­nie jak nie reaguje na to, że prze­su­wam po nim spoj­rze­niem. Czarna mary­narka opina się na jego ciele w odpo­wied­nich miej­scach, uwy­dat­nia­jąc mię­śnie. Już nie­jed­no­krot­nie widy­wa­łem go w odświęt­nych ciu­chach -?przed i po meczach -?ale lubię go w tej wer­sji, cho­ciaż wiem, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi w nich cho­dzić.

-?W skali od jeden do dzie­się­ciu...

-?Milion -?prze­rywa mi ze sfru­stro­wa­nym wes­tchnie­niem.

Uśmie­cham się nie­znacz­nie pod nosem i sztur­cham go lekko w ramię.

-?W ogóle tego po tobie nie widać -?żar­tuję.

Spo­gląda na mnie z ukosa tylko po to, żeby poka­zać mi, jak teatral­nie prze­wraca oczami. Unosi jed­nak przy tym kącik ust, więc przy­bi­jam sobie men­talną piątkę, bo przy­naj­mniej odro­binę go roz­ba­wi­łem.

-?Myślisz, że Lucas wróci do formy sprzed kon­tu­zji?

Minęły zale­d­wie cztery dni, odkąd spe­cja­li­ści z Toronto wzięli go na stół, i logicz­nie rzecz bio­rąc, wiem, że to zbyt krótki czas, aby cokol­wiek stwier­dzić, ale mimo to nie wyco­fuję się z pyta­nia.

-?Jeśli się nie zała­mie, to tak -?przy­ta­kuje bez waha­nia. -?Jest twardy i uparty. Wróci na lód, choćby tylko po to, żeby wpier­do­lić Col­lin­sowi.

-?Sta­wiam piwo, że ty wró­cił­byś na lód, żeby to zro­bić, nawet gdy­byś był poła­many.

Znowu drga mu kącik ust, ale tym razem nie koń­czy się tylko na tym. Hun­ter posyła mi dłu­gie spoj­rze­nie i uśmie­cha się aro­gancko.

-?Aż tak dobrze mnie znasz, John­son?

Wzru­szam nie­dbale ramio­nami.

-?Każ­dego dnia chyba coraz lepiej, co?

Hun­ter prze­ciąga języ­kiem po zębach i mruży nie­znacz­nie oczy, po czym zerka w stronę wej­ścia do budynku. Wzdy­cha, krzywi się i odpy­cha od balu­strady.

-?Lepiej wróćmy do środka, zanim zro­bimy coś głu­piego.

Par­skam śmie­chem.

-?Jak cało­wa­nie się pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem?

Roz­dyma noz­drza.

-?Na przy­kład -?mam­ro­cze pod nosem i bez słowa rusza do środka.

Resztę wie­czoru spę­dzamy w spo­rej mie­rze osobno, cho­ciaż rów­no­cze­śnie co chwilę łapiemy ze sobą kon­takt wzro­kowy. Prze­pro­wa­dzamy ze sobą nieme roz­mowy wyłącz­nie za pośred­nic­twem spoj­rzeń.

-?Zabierz mnie stąd.

-?Wytrzy­maj jesz­cze chwilę, zaraz się zwi­niemy.

-?Myślisz, że jak ukradnę im puchar, to zauważą?

Następ­nego ranka par­skam śmie­chem na widok zdję­cia, które obie­gło w nocy chyba wszyst­kie moż­liwe por­tale plot­kar­skie. Nie, nie moje -?rów­nież nie Hun­tera -?a Arlee, Kane'a i Col­linsa. Prze­staje mnie to jed­nak śmie­szyć, gdy Hun­ter wypusz­cza długi oddech i poka­zuje mi ekran dzwo­nią­cej komórki.

Lucas.

-?Co jest? -?rzuca luźno po zaak­cep­to­wa­niu połą­cze­nia i włą­cza gło­śno­mó­wiący.

Ani myślę się odzy­wać, ale miło, że chce, abym sły­szał jego roz­mowę. Lekko się do niego uśmie­cham, żeby wie­dział, że to doce­niam.

-?Widzia­łeś się dziś z moją sio­strą? -?pyta zachryp­nię­tym, zmę­czo­nym gło­sem Lucas.

Jestem pewien, że całymi dniami leży na łóżku, zamar­twia się powro­tem do zdro­wia, narzeka na fizjo­te­ra­peu­tów, bur­czy na pie­lę­gniarki i pew­nie jesz­cze milion tym podob­nych. Zmę­cze­nie nie jest więc niczym zaska­ku­ją­cym, skoro cał­kiem nie­dawno prze­szedł ope­ra­cję, dzięki któ­rej - miejmy nadzieję -?wszystko wróci u niego do normy.

-?Nie. W każ­dym razie jesz­cze nie. A co?

Wes­tchnie­nie Lucasa, przez które wybrzmiewa zmar­twie­nie, spra­wia, że Hun­ter pociera dło­nią twarz.

-?Dzwo­ni­łem do niej przed chwilą i mnie zbyła -?odpo­wiada po chwili ciszy Lucas. -?Widzia­łem zdję­cia i...

-?Wylu­zuj -?prze­rywa mu spo­koj­nie Hun­ter. -?Do Kane'a pod­biły fanki, nie chciał im się pod­pi­sać na dekol­cie i skła­mał, że ma dziew­czynę, a Arlee pod­trzy­mała jego kłam­stewko. A potem przy­pa­łę­tał się jebany Col­lins, ale twoja sio­stra go pogo­niła, cho­ciaż przez chwilę się oba­wia­łem, że zaraz będę musiał pacy­fi­ko­wać Kane'a. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, żeby został aż tak wytrą­cony z rów­no­wagi.

-?Mhm. -?Lucas nie brzmi na prze­ko­na­nego.

Ani tro­chę mu się nie dzi­wię. Też bym nie był, gdy­bym miał sio­strę, która zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej miała star­cie ze swoim porą­ba­nym byłym.

-?Mamy ją na oku -?zapew­nia Hun­ter i zerka na mnie z miną, jakby chciał, żebym mu przy­tak­nął, ale nie mogę być tego pewien. -?Ja, Damien i Kane - dodaje i chrząka. -?Jesteś na gło­śniku.

-?Na... -?Lucas milk­nie. -?Nie­ważne -?dodaje pospiesz­nie i wzdy­cha zmę­czony. -?Dzięki.

-?Nie ma sprawy.

-?Nic jej nie będzie -?odzy­wam się wresz­cie i strze­lam kar­kiem w reak­cji na nie­wielką panikę, że Lucas sko­men­tuje moją obec­ność przy Hun­te­rze o tej porze.

-?Mam nadzieję.

-?Myślisz, że ktoś chciałby ryzy­ko­wać zna­le­zie­niem się pomię­dzy mną, John­so­nem i Trem­blayem? -?par­ska Hun­ter. -?Chyba tylko wariat.

Lucas śmieje się cicho, cho­ciaż w jego gło­sie nie ma ani krzty roz­ba­wie­nia.

-?No dobra, to do mnie prze­ma­wia, ale gdyby się coś...

-?Damy ci znać.

Naj­wy­raź­niej "trzy­ma­nie gęby na kłódkę" na temat spraw innych osób w naszym domu nie doty­czy sio­stry Lucasa. Już wcze­śniej wie­dzia­łem -?rok temu, gdy poje­cha­li­śmy na urlop -?że Ben­nett się o nią mar­twi i usta­wił ją wysoko w hie­rar­chii ludzi, któ­rzy są dla niego ważni, a teraz sta­wia przy­sło­wiową kropkę nad i.

-?Dziw­nie brzmiał, nie? -?Hun­ter wbija we mnie skon­ster­no­wane spoj­rze­nie. -?Myślisz, że to od leków?

-?Chyba nie sądzisz, że ktoś prze­myca mu do kli­niki alko­hol -?par­skam z nie­do­wie­rza­niem.

-?Nie wiem -?odpo­wiada i odrzuca zablo­ko­waną komórkę na łóżko, po czym przy­suwa się do mnie i opada twa­rzą na moją szyję. Składa na niej lekki poca­łu­nek i kła­dzie dłoń na moim pra­wym boku. -?Cie­szę się, że cię mam.

Uśmie­cham się i prze­su­wam opusz­kami pal­ców wzdłuż jego krę­go­słupa, wyczu­wa­jąc, że mój dotyk wywo­łuje u niego gęsią skórkę.

-?No pro­szę -?mru­czę kpiąco. -?Bęben maszyny losu­ją­cej wyrzu­cił mi dziś uro­czego Hun­tera.

Pry­cha pod nosem i zaci­ska zęby na moim oboj­czyku na tyle mocno, że stę­kam z bólu i trze­pię go w ramię.

-?Jesz­cze tro­chę i prze­stanę być miły -?bur­czy ziry­to­wany.

-?No już. -?Prze­cią­gam dło­nią po jego wil­got­nych wło­sach i lekko za nie szar­pię, żeby uniósł głowę. Spo­glą­dam w te jego pie­kiel­nie osza­ła­mia­jące oczy i wygi­nam kącik ust. -?Cie­szę się, że się cie­szysz -?szep­czę. - Jest jakiś kon­kretny powód? Oprócz tego, oczy­wi­ście, że robisz sobie ze mnie pra­wie co noc pry­watną poduszkę?

Prze­wraca oczami i poru­sza głową, jakby pró­bo­wał mnie prze­drzeź­niać.

-?Po pro­stu dobrze jest mieć obok kogoś, z kim będę mógł zapla­no­wać inter­wen­cję, gdyby się oka­zało, że Lucas jed­nak potrze­buje pomocy.

Wcią­gam nosem powie­trze i wypusz­czam je ze świ­stem spo­mię­dzy warg.

-?Naprawdę się oba­wiasz, że w jego przy­padku to już nałóg?

-?Nie wiem. -?Marsz­czy brwi. -?Może to moja para­noja, może nie, ale nie brzmiał jak Lucas. Wiem, wiem -?dodaje pospiesz­nie, gdy otwie­ram usta. - Był kon­tu­zjo­wany, a teraz jest po ope­ra­cji i w trak­cie reha­bi­li­ta­cji, od któ­rej prak­tycz­nie zależy jego kariera, ale nie sądzę, aby to było tylko to w jego gło­sie. Ani też tylko Arlee.

-?Hmm... -?wydaję z sie­bie ciche mruk­nię­cie, marsz­cząc brwi. -?Teraz i tak niczego nie wyde­du­ku­jemy, skoro nie ma go obok, ale może powin­ni­śmy spę­dzać z nim wię­cej czasu, gdy wróci do Mont­re­alu?

-?Dobry pomysł. -?Hun­ter przy­ta­kuje z namy­słem głową.

-?Nie uzna, że to dziwne?

-?Nie sądzę. -?Chrząka. -?Będzie się cie­szyć, że wozimy mu dup­sko na fizjo­te­ra­pię czy wizyty lekar­skie. -?Posyła mi zna­czące spoj­rze­nie.

Tak, to zde­cy­do­wa­nie brzmi dość praw­do­po­dob­nie w przy­padku Lucasa.

4. Hunter

4

Hun­ter

Prze­krę­cam głowę i nie­mal sapię gło­śno na widok bla­dej, prak­tycz­nie zgię­tej wpół Arlee. Zamiast do niej jed­nak dosko­czyć, bez słowa w czymś pomóc, przy­wo­łuję swoją wer­sję chłod­nego Hun­tera, bo nie ma szans, żebym dotarł do tej kobiety, będąc miłym. To zdaje się dzia­łać wyłącz­nie w przy­padku Kane'a -?a i nie zawsze.

-?Wyglą­dasz jak trup -?oznaj­miam poważ­nie.

Nie otrzy­muję odpo­wie­dzi. Uważ­nie tak­suję spoj­rze­niem Arlee, gdy pod­cho­dzi do szafki kuchen­nej i wyciąga z niej ter­mo­for. Włą­cza czaj­nik, po czym otwiera lodówkę i zgar­nia jogurt natu­ralny.

Damien wcho­dzi do kuchni i zatrzy­muje się w progu, marsz­cząc brwi.

-?Arlee, dobrze się czu­jesz? -?Brzmi na zmar­twio­nego.

Jego ton odzwier­cie­dla to, co sam czuję. Arlee naprawdę nie wygląda naj­le­piej

-?To tylko okres -?mam­ro­cze, sia­da­jąc ostroż­nie na krze­śle, jakby każdy, nawet naj­mniej­szy ruch ciała, wywo­ły­wał u niej kolejną falę bólu.

To chyba nie jest nor­malne.

-?Nie wyglą­dasz, jak­byś miała tylko okres. Wyglą­dasz, jak­byś umie­rała - zauwa­żam powoli, nie odry­wa­jąc od niej spoj­rze­nia. -?Możemy ci jakoś pomóc?

-?Mil­cze­nie byłoby super.

Gdy­bym się zało­żył, że wła­śnie to odpo­wie, bez dwóch zdań bym wygrał.

-?No, dobra. -?Kiwam głową, cho­ciaż nie może tego widzieć, skoro wbija wzrok w blat. -?Ale gdyby coś, to wołaj, okej? -?pro­szę, bo co innego mi pozo­stało. Prze­cież jej do niczego nie zmu­szę.

-?Jasne -?cedzi przez zęby.

Kiedy na nią patrzę, gdy krzywi się mocno, wpy­cha­jąc do ust łyżeczkę jogurtu, aż mnie samego zaczyna boleć brzuch. Nie­wiele myśląc, wycią­gam komórkę i wysy­łam Kane'owi wia­do­mość.

Ja: Nie, żeby coś, ale twoja fał­szywa dziew­czyna nie czuje się naj­le­piej. Mówi, że to okres, ale nie wygląda mi to na okres -?cho­ciaż, co ja tam wiem, nie mam macicy. Za ile będziesz?

Kane: Zaraz.

Zer­kam na Damiena, a potem kiwam pod­bród­kiem w stronę wyj­ścia z kuchni. Czas się ewa­ku­ować i dać Kane'owi pole do manewru, bo -?kurwa -?to nie­nor­malne, żeby Arlee aż tak zwi­jała się z bólu. Wygląda jak śmierć. Jakby miała się zaraz prze­krę­cić.

Ści­ska mi się bole­śnie serce na myśl o tym, co poczułby Lucas, gdyby jego sio­stra nagle wylą­do­wała w szpi­talu, pod­czas gdy jego nie ma obok. Ucisk jest tak nie­wia­ry­god­nie uciąż­liwy, że przy­ty­kam pięść do torsu i roz­ma­so­wuję mostek. Damien posyła mi pyta­jące spoj­rze­nie, ale zby­wam go mach­nię­ciem ręki. To tylko ja i moja tęsk­nota za Aubrey.

Kane miał jechać z nami do klubu, na co uma­wia­li­śmy się wczo­raj, ale oczy­wi­ście został w domu, żeby mieć oko na Arlee. W sumie nie dzi­wię się, że tak to się skoń­czyło. Przez chwilę nawet myśle­li­śmy z Damie­nem, żeby też zostać, ale Kane prak­tycz­nie wygo­nił nas z domu.

Zaj­mu­jemy miej­sce przy barze i od razu zama­wiamy sobie drinki. Bar­manka mie­sza alko­hol w sha­ke­rze i co chwilę zerka na Damiena. Skła­mał­bym, gdy­bym powie­dział, że ani tro­chę nie wywo­łuje to we mnie ukłu­cia zazdro­ści. Bo wywo­łuje.

Dla­czego nie mogę go objąć, a potem poca­ło­wać tu i teraz, żeby poka­zać wszyst­kim, że jest przeze mnie zajęty?

Ach, no tak.

Ukry­wamy się.

I każdy dzień tego ukry­wa­nia się jest dla mnie niczym pie­przone pie­kło.

Cza­sem nawet łapię się na myśle­niu, żeby pie­przyć to wszystko - uda­wa­nie, oczy­wi­ście, a nie Damiena, cho­ciaż... no dobra, jego też chciał­bym pie­przyć, ale nie. Obie­ca­łem sobie, że nie wyjdę na napa­lo­nego gnojka, który myśli tylko o jed­nym, i zamie­rzam dotrzy­mać danego sobie słowa.

-?Za chwilę biedna bar­manka pad­nie tu tru­pem -?mam­ro­cze pod nosem Damien i par­ska cichym śmie­chem, gdy posy­łam mu mor­der­cze spoj­rze­nie. - Zazdro­śnik.

-?Prze­szka­dza ci to?

-?Abso­lut­nie nie.

Led­wie bar­manka sta­wia przed nim drinka, a on już posyła jej cza­ru­jący uśmiech, za co kopię go w kostkę. Damien zdaje się tym ruchem kom­plet­nie nie­wzru­szony, a ciemne oczy roz­bły­skują mu iskier­kami roz­ba­wie­nia, gdy prze­kręca w moją stronę głowę.

-?Masz syn­drom nie­spo­koj­nych nóg, Mar­shall? -?kpi.

Zgrzy­tam zębami.

-?No już -?mru­czy ze śmie­chem i sztur­cha mnie kola­nem. -?Tylko się z tobą draż­nię.

Roz­dy­mam noz­drza i wzdy­cham gło­śno, zaci­ska­jąc palce wokół chłod­nej szklanki. Upi­jam solidny łyk słod­kiego alko­holu i cie­szę się w duchu, gdy bar­manka odcho­dzi w stronę następ­nych klien­tów.

-?Jak się czu­jesz?

Marsz­czę brwi i spo­glą­dam pyta­jąco na Damiena.

-?Nor­mal­nie? -?mam­ro­czę sko­ło­wany. Wysko­czył z tym pyta­niem tak nagle, że nie mam poję­cia, o co mu cho­dzi. Dopiero gdy roz­po­znaję na jego twa­rzy zmar­twie­nie, dociera do mnie, o co tak naprawdę pyta. Żołą­dek ści­ska mi się nie­przy­jem­nie, a w gar­dle rośnie gula trzy razy więk­sza od hoke­jo­wego krążka. -?Nie wiem -?odpo­wia­dam po chwili. -?Sta­ram się o tym nie myśleć.

-?Prze­pra...

-?Nie prze­pra­szaj -?prze­ry­wam mu i kręcę głową. -?Wiem, że nie chcia­łeś schrza­nić mi humoru. -?Uśmie­cham się uspo­ka­ja­jąco. -?Po pro­stu... Nie wiem.

Przy­ta­kuje ski­nie­niem, jakby dosko­nale rozu­miał, co mam na myśli, cho­ciaż ja sam naprawdę nie wiem, jak się czuję z myślą, że za kilka dni minie pierw­sza rocz­nica śmierci Aubrey.

-?Chcesz, żebym...?

-?Tak.

Nie mam poję­cia, o co pyta, ale tak. Chcę. Cokol­wiek to jest. Chcę.

-?Nawet nie wiesz, co chcia­łem powie­dzieć.

-?I tak chcę.

Uśmie­cha się szcze­rze, naprawdę szcze­rze i nie­mal z roz­czu­le­niem, ale szybko odrywa ode mnie wzrok, jakby dopiero teraz sobie przy­po­mniał, że nie jeste­śmy zamknięci w swo­ich czte­rech ścia­nach, tylko sie­dzimy w dość ruchli­wym barze w cen­trum Mont­re­alu.

-?W takim razie po powro­cie do domu ogarnę sobie bilet.

Ukry­wam uśmiech za szklanką z drin­kiem.

Chce poje­chać ze mną do Thun­der Bay. Pod­świa­do­mie chyba się tego domy­śla­łem i dla­tego bez waha­nia się zgo­dzi­łem. Dobrze będzie mieć go tam obok sie­bie.

-?Nie musisz ogar­niać -?mam­ro­czę i chrzą­kam, gdy ściąga brwi. -?Kupi­łem dwa.

Damien wpa­truje się we mnie zasko­czony, jakby w ogóle się tego po mnie nie spo­dzie­wał. Wzru­szam ramio­nami, sta­ra­jąc się poka­zać mu, jak bar­dzo jest to banalną sprawą, cho­ciaż wcale nie jest. Obaj zda­jemy sobie sprawę, że...

-?Cze­ka­łeś, aż sam to zapro­po­nuję?

-?Być może.

Na sekundę opiera głowę na dłoni, ale szybko się pro­stuje i wbija spoj­rze­nie w szklane półki, na któ­rych stoją alko­hole. Otwie­ram usta, chcę coś dodać, jesz­cze nie wiem co, ale wtedy ktoś kle­pie mnie deli­kat­nie w ramię. Prze­krę­cam głowę i marsz­czę brwi na widok sze­roko uśmiech­nię­tych dziew­czyn.

-?O Boże, to naprawdę ty! -?mówi gło­śno jedna z nich; ładna bru­netka z tatu­ażami na ramio­nach. -?Możemy zro­bić sobie z tobą zdję­cie?!

Nie.

-?Jasne. -?Zmu­szam się do uśmie­chu, sta­ra­jąc się wyglą­dać na zado­wo­lo­nego, że mnie roz­po­znały, mimo że mam ochotę wsko­czyć za bar i uda­wać, że mnie tu nie ma. Zeska­kuję z hokera i staję pomię­dzy dwiema dziew­czy­nami, ale trzy­mam ręce przy sobie.

Nie mam poję­cia, ile robią tych zdjęć, jed­nak sądząc po tym, jak długo trzyma przy­cisk na boku komórki, to lekko ponad dwa­dzie­ścia -?o ile nie wię­cej. Kiedy tylko odcho­dzą, uśmiech­nięte i pełne rado­ści, wra­cam na swoje miej­sce.

-?Wra­ca­jąc do... -?Milknę, zauwa­ża­jąc, że Damien spo­sęp­niał i bez­wied­nie prze­suwa kciu­kiem po wil­got­nej szklance. -?Co jest?

-?Nic -?odpo­wiada pospiesz­nie i posyła mi uspo­ka­ja­jący uśmiech. -?Mam wra­że­nie, że gdzie byśmy nie poszli, to zaraz ktoś cię roz­po­zna.

Krzy­wię się.

-?Wierz mi, wolał­bym zamie­nić się miej­scami z tobą -?mam­ro­czę bez­na­mięt­nie. -?Gdy­byś sie­dział bokiem, to cie­bie też by roz­po­znały.

Przy­ta­kuje, kil­ku­krot­nie kiwa­jąc głową.

-?W takim razie dobrze, że nie sie­dzia­łem.

Nie mam poję­cia, czy cho­dzi mu o to, że boi się, iż któ­reś z kolei zdję­cie z fanem czy fanką uru­chomi lawinę w postaci prze­szło­ści jego ojca, czy może bar­dziej o ewen­tu­alne pyta­nia, dla­czego sie­dzimy tak bli­sko sie­bie w barze bez żad­nych panie­nek u boku. Z jed­nej strony chciał­bym o to zapy­tać -?z dru­giej nie mam na to naj­mniej­szej ochoty. Powód nie ma zna­cze­nia, skoro efekt jest ten sam. On zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ode mnie nie chce poja­wić się na świecz­niku mediów.

Wra­camy nad ranem. W domu jest cicho -?tak cicho, jakby nie było w nim żywej duszy. Zaglą­dam do salonu i kuchni, ale nie znaj­duję żad­nych śla­dów zbrodni. Damien trzyma się kilka kro­ków za mną, cier­pli­wie czeka przy scho­dach, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę. Gdy odwra­cam się w jego stronę, uśmie­cha się lekko.

-?Moja sypial­nia czy twoja?

-?Twoja -?odpo­wia­dam bez waha­nia, rusza­jąc w jego stronę. -?W mojej jest bur­del.

Par­ska cichym śmie­chem.

-?Tam zawsze jest bur­del -?zauważa.

-?Masz wygod­niej­szy mate­rac.

Zaci­ska usta, jakby powstrzy­my­wał śmiech, po czym wcho­dzi na schody. Idę za nim, cicho stą­pa­jąc po stop­niach, a potem skrę­camy do jego sypialni. Biorę spory wdech, zacią­ga­jąc się zapa­chem męskich per­fum uno­szą­cym się w powie­trzu. Nawet nie wiem, który z nas pierw­szy chwyta tego dru­giego za koszulkę. Jęczę cicho, gdy zde­rzamy się ustami, wzdy­cha­jąc cicho z ulgi. Dobrze wie­dzieć, że nie tylko ja umie­ra­łem wewnętrz­nie w miej­scach publicz­nych, nie mogąc go poca­ło­wać.

-?Mmm... -?mru­czy zado­wo­lony, gdy zaci­skam palce na jego wło­sach i pro­wa­dzę w stronę łóżka. -?Sma­ku­jesz owo­cami.

Par­skam śmie­chem i popy­cham go na mate­rac, po czym zrzu­cam z sie­bie koszulkę i opa­dam na Damiena. Obej­muję go za policzki, prze­cią­gam kciu­kami po nie­wiel­kim zaro­ście i wpa­truję się w przy­mknięte oczy. Cho­lera, uwiel­biam na niego patrzeć. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem kogoś, kto wywo­ły­wałby we mnie tyle emo­cji. Od zwąt­pie­nia w samego sie­bie i swoją orien­ta­cję, aż po roz­pie­ra­jące mnie szczę­ście, że dał mi szansę. Nie jedną i nie dwie.

Pochy­lam się i muskam war­gami jego usta. Gdy je roz­chyla, natych­miast pogłę­biam poca­łu­nek i wzdy­cham prze­cią­gle, wyczu­wa­jąc, że obej­muje mnie nogami w pasie. Sekundę póź­niej to ja leżę pod nim, a on ściąga przez głowę koszulkę. Bez waha­nia prze­bie­gam pal­cami po napię­tych mię­śniach na brzu­chu i uśmie­cham się głup­ko­wato, wyczu­wa­jąc gęsią skórkę.

-?Zimno ci, John­son? -?mru­czę roz­ba­wiony.

-?Gorąco jak w pie­kle -?odpiera zachryp­nię­tym gło­sem i chwyta mnie za gar­dło.

Prze­szywa mnie dreszcz. Spływa mi po karku, wzdłuż krę­go­słupa, aż dociera do lędźwi i roz­lewa na pod­brzu­sze. Napi­nam mię­śnie i wzdy­cham, gdy Damien owiewa cie­płym powie­trzem skórę tuż pod moim uchem.

-?Jaka szkoda, że ktoś tu posta­no­wił zwol­nić tempo.

Zaci­skam szczękę i się­gam dłońmi do jego ramion. Chcę go z sie­bie zepchnąć, przez chwilę nawet myślę, żeby chrza­nić wolne tempo, ale Damien jest szyb­szy. Obej­muje mnie za nad­garstki jedną dło­nią i przy­szpila mi je nad głową do poduszki. W jego ciem­nych oczach błysz­czą figlarne, pełne zadzior­no­ści iskierki, a wargi wykrzy­wiają się w aro­ganc­kim uśmieszku.

-?Już chcesz się zła­mać? -?kpi. -?Naprawdę?

Roz­dy­mam sfru­stro­wany noz­drza.

-?Gdy­bym na tobie leżał i trzy­mał cię za gar­dło, też tra­cił­byś rozum - odpo­wia­dam oschle.

Uśmie­cha się prze­bie­gle.

-?Praw­do­po­dob­nie masz rację -?przy­znaje i składa na moim policzku łagodny poca­łu­nek, roz­luź­nia­jąc uchwyt na moich rękach. Prze­kręca się na bok i kła­dzie głowę na moim barku, nogę prze­rzu­ca­jąc przez moje bio­dra. Już nie trzyma mnie za szyję, teraz tylko prze­suwa kciu­kiem po moim oboj­czyku. -?Ale chyba podoba mi się po pro­stu leże­nie z tobą.

Spo­glą­dam na niego i uśmie­cham się nie­znacz­nie.

-?Mówisz, że podoba ci się nie­mal pla­to­niczny zwią­zek?

-?A to jeste­śmy w związku?

Wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech. Moja mina bez wąt­pie­nia wyraża wię­cej niż tysiąc słów, sądząc po tym, jak Damien zaci­ska wargi, żeby się gło­śno nie roze­śmiać.

-?Nie wner­wiaj mnie przed snem, John­son, bo udu­szę cię poduszką.

Zaci­ska zęby na war­dze, ale i tak widzę, że kąciki ust mu drżą.

-?To trzy­ma­nie rąk przy sobie to był głupi pomysł -?oznaj­miam. - Naj­głup­szy z moich wszyst­kich pomy­słów.

-?A ja myślę, że jest cał­kiem zaje­bi­sty -?mam­ro­cze i przy­myka powieki.

Nie sądzę, aby wła­śnie to miał na myśli, ale mimo­wol­nie przy­po­mi­nam sobie o tym, dla­czego nie chciał się ze mną wcze­śniej pie­przyć. Bał się, że coś poczuje. Może dalej się tego boi? Może wcale nie chce...?

-?Ni­gdy nie zaczy­na­łem związku z kimś, kogo nie zali­czy­łem -?szep­cze sen­nie. -?Podoba mi się, że z tobą jest ina­czej, Hun.

Cofam tamte myśli.

Cofam zwąt­pie­nie w swój durny i jed­no­cze­śnie zaje­bi­ście mądry pomysł.

Jed­nak trzy­ma­nie rąk przy sobie ma swoje plusy, cho­ciaż jest cho­ler­nie fru­stru­jące.

-?Ni­gdy nie byłem w związku. -?Ścią­gam brwi. -?Chyba -?mam­ro­czę sko­ło­wany.

-?Chyba?

-?Hmm... -?wydaję z sie­bie ciche mruk­nię­cie. -?Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym z kimś był.

-?O Chry­ste. -?Wzdy­cha gło­śno i kręci powoli głową.

-?Co? Co ci nie pasuje?

-?Nic, nic -?zapew­nia pospiesz­nie. -?Po pro­stu nie sądzi­łem, że jesteś aż tak nie­do­świad­czony.

Walę go pię­ścią w ramię, aż stęka z bólu i spo­gląda na mnie z uda­wa­nym wyrzu­tem. Uła­mek sekundy póź­niej muszę zakryć sobie usta dło­nią, bo zaczy­nam się śmiać. Wybu­cham takim śmie­chem, że nawet nie wiem, kiedy się­gam po poduszkę i przy­ci­skam ją sobie do twa­rzy.

Kurwa, rok temu, gdy pierw­szy raz zoba­czy­łem go w naszej szatni, nie przy­pusz­cza­łem, że będę dusić się ze śmie­chu tylko dla­tego, że nawią­zał do naszych począt­ków z apli­ka­cji rand­ko­wej.

-?Idź spać, John­son -?mam­ro­czę na bez­de­chu, dalej pró­bu­jąc zła­pać powie­trze. -?Bo jesz­cze chwila, a obu­dzimy gołą­beczki.

-?Mhm. -?Obej­muje mnie w pasie ramie­niem i składa na moim oboj­czyku lekki poca­łu­nek. -?Cie­szę się, że chcesz, żebym z tobą poje­chał.

-?A ja cie­szę się, że ze mną poje­dziesz.

Tym razem nie zamie­rzam nawet pró­bo­wać ukry­wać, że jeste­śmy tylko kum­plami z dru­żyny.

5. Damien

5

Damien

Thun­der Bay, Onta­rio, Kanada

Hun­ter zgar­nia z taśmy torbę podróżną, a ja cią­gle roz­glą­dam się za swoją walizką. Minuty jed­nak mijają, bagaże zaczy­nają się powta­rzać, ale w żad­nym momen­cie nie rzuca mi się w oczy jaskrawa zie­leń. Skon­ster­no­wany marsz­czę brwi.

-?Ha. -?Hun­ter sztur­cha mnie łok­ciem i śmieje się pod nosem. -?Zgu­bili ci bagaż, nie wie­rzę.

Zer­kam na niego z ukosa z miną "nawet mnie nie wku­rzaj", ale to jesz­cze bar­dziej go roz­ba­wia. Hala nie jest za spe­cjal­nie wypeł­niona ludźmi i to pew­nie dla­tego już teraz ścią­gnął maskę wiecz­nego gbura.

Tym razem jed­nak wolał­bym, żeby uru­cho­mił swo­jego wewnętrz­nego dober­mana, bo -?cho­lera jasna -?wła­śnie ktoś zabiera ostat­nią walizkę i taśma się zatrzy­muje.

Roz­dy­mam noz­drza.

-?Kurwa -?mam­ro­czę pod nosem i wzdy­cham gło­śno, ziry­to­wany do gra­nic moż­li­wo­ści. -?To twoja wina.

-?Co? Niby dla­cze... O. -?Milk­nie i chrząka, uśmie­cha­jąc się głup­ko­wato. - Prze­cież tylko żar­to­wa­łem, że byłoby zabaw­nie, gdyby ci bagaż zagi­nął. Żaden ze mnie cza­row­nik.

-?Cza­ro­dziej.

-?Obie formy są poprawne.

Otwie­ram usta, żeby mu wyja­śnić, że może są poprawne, ale zna­czą coś zupeł­nie innego i bar­dziej do niego pasuje cza­ro­dziej, ale ole­wam ten temat. To nie jest prze­cież istotne -?a już na pewno nie teraz.

Mijam go i ruszam w stronę dziew­czyny, która wygląda, jakby tutaj pra­co­wała. Ma na sobie pla­kietkę z imie­niem. Cindy.

-?Prze­pra­szam. -?Uśmie­cham się uprzej­mie.

-?Tak?

-?Na taśmie nie było mojego bagażu.

Mruga sko­ło­wana i sapie cicho.

-?Och. Sekundę. -?Sięga do boku i chwyta za krót­ko­fa­lówkę. -?Nie zosta­wi­li­ście jakie­goś bagażu w samo­lo­cie? Jakiego koloru była walizka? -?Spo­gląda na mnie pyta­jąco.

-?Jaskra­wo­zie­lona -?odpo­wiada za mnie Hun­ter tonem nabur­mu­szo­nego gbura. -?Lepiej, żeby się zna­la­zła.

Dziew­czyna uśmie­cha się ner­wowo, po czym prze­pra­sza i pospiesz­nie odcho­dzi.

-?Teraz uru­cho­mi­łeś dober­mana? -?pytam pod nosem.

Hun­ter wzru­sza ramio­nami i wyciąga komórkę. Dostrze­gam, że dzwoni do niego ojciec.

-?Idź do niego. -?Macham dło­nią w stronę wyj­ścia z hali. -?Zacze­kam, może ją znajdą.

Waha się, ale osta­tecz­nie przy­ta­kuje i rusza pospiesz­nie w kie­runku drzwi.

Mijają minuty, w trak­cie któ­rych udaje mi się wymy­ślić plan awa­ryjny pod tytu­łem -?pojadę jutro na zakupy, a walizkę ode­ślą mi z powro­tem do Mont­re­alu. Na szczę­ście nie mia­łem tam zbyt wielu rze­czy i zde­cy­do­wa­nie nie było tam niczego, czego bym żało­wał, gdyby kom­plet­nie prze­pa­dła.

Już nawet chcę zna­leźć Cindy, żeby dać jej znać, że mogą na spo­koj­nie poszu­kać, ale wtem dziew­czyna wraca. Trzyma za rączkę moją walizkę, a przy­naj­mniej tak mi się wydaje, że to moja, cho­ciaż trudno okre­ślić na sto pro­cent, skoro jest owi­nięta czarną folią i tylko gdzie­nie­gdzie prze­bły­skuje zie­leń.

-?Naj­moc­niej pana prze­pra­szam -?sapie. -?Przy wyła­dunku spa­dła z taśmy i...

-?Nie szko­dzi. Zda­rza się.

-?Chło­paki z obsługi roz­ła­dun­ko­wej zarze­kali się, że nic nie zgi­nęło, ale gdyby jed­nak, pro­szę kon­tak­to­wać się z dzia­łem rekla­ma­cji. - Pro­wa­dzi mnie w stronę małego okienka nie­opo­dal i wypeł­nia jakiś doku­ment, a na końcu przy­bija pie­czątkę. -?Pro­szę tego nie zgu­bić, może być potrzebne.

Zer­kam na kartkę. Według nagłówka to potwier­dze­nie znisz­cze­nia bagażu, ale nie sku­piam się na dal­szych sło­wach.

-?Bar­dzo dzię­kuję.

-?Nie ma za co i raz jesz­cze prze­pra­szam w imie­niu załogi.

Posy­łam jej uspo­ka­ja­jący uśmiech i wresz­cie ruszam do wyj­ścia.

Nie­mal od razu dostrze­gam Arthura i sto­ją­cego obok niego Hun­tera. Tutaj, na głów­nej hali, gdzie prze­wija się masa osób, nie wygląda już na tak roz­luź­nio­nego i roz­ba­wio­nego jak wcze­śniej.

-?Dzień dobry -?witam się z jego ojcem uści­skiem dłoni.

-?Cześć, Damien. -?Uśmie­cha się cie­pło i spo­gląda na moją walizkę, po czym się krzywi. -?Dopa­dła cię klą­twa?

Zer­kam na Hun­tera, aku­rat gdy drga mu kącik ust.

-?Jed­nak upra­wiasz czarną magię? -?par­skam śmie­chem, na co prze­wraca osten­ta­cyj­nie oczami.

Arthur nie ma poję­cia, do czego nawią­zuję, ale to nie prze­szka­dza mu w tym, żeby się zaśmiać. Odpo­wia­dam tym samym, zanim ruszamy na par­king.

Rodzinny dom Hun­tera w ogóle się nie zmie­nił, odkąd byli­śmy tutaj zale­d­wie pół roku temu. Zdję­cie Aubrey z czarną wstążką dalej stoi w tym samym miej­scu, a w powie­trzu unosi się przy­jemny zapach świeżo upie­czo­nego cia­sta.

-?Hun­ter, skar­bie. -?Eden wycho­dzi z kuchni, wycie­ra­jąc dło­nie ścierką.

-?Cześć, mamo. -?Uśmie­cha się do niej cie­pło i obej­muje mocno ramio­nami. -?Pamię­tasz Damiena, prawda?

-?Jak­że­bym mogła zapo­mnieć. -?Eden śmieje się cicho i ści­ska mnie za przed­ra­mię. -?Jak twoje żebra?

-?Wygo­iły się, dzię­kuję -?odpo­wia­dam uprzej­mie i sko­ło­wany zer­kam na Hun­tera, bo staje tak bli­sko mnie, że nie bar­dzo wiem, co kom­bi­nuje.

A potem robi coś, na co zde­cy­do­wa­nie, kurwa, nie byłem gotowy.

Chwyta mnie za dłoń. Sta­now­czo, pew­nie i bez krztyny zawa­ha­nia.

W salo­nie zapada cisza.

Mam wra­że­nie, jakby wyssano z niego całe powie­trze.

Arthur uśmie­cha się lekko, Eden otwiera sze­rzej oczy, a moje serce zaraz chyba wysko­czy gar­dłem. Uła­mek sekundy póź­niej w oczach kobiety bły­ska eks­cy­ta­cja. Oplata nas ramio­nami i przy­ciąga do tak cia­snego obję­cia, że aż sapię gło­śno z nie­do­wie­rza­nia, ile ma pary w rękach.

-?O mój Boże, tak coś czu­łam, ale nie chcia­łam o nic pytać, bo... -?Odsuwa się nie­znacz­nie i prze­ska­kuje mię­dzy nami wzro­kiem; w oczach błysz­czą jej łzy. -?Bo jak pew­nie wiesz, Hun­ter nie lubi za wiele mówić.

-?Jakoś nie zauwa­ży­łem -?mam­ro­czę i chrzą­kam, potrzą­sa­jąc głową. -?Ale tak... -?Wbi­jam w niego ziry­to­wane spoj­rze­nie. -?Zde­cy­do­wa­nie nie lubi za wiele mówić.

Nie jestem zły, że im powie­dział, a raczej poka­zał. Domy­śla­łem się, że to zrobi -?w końcu tym razem nie ma wymówki, dla­czego mnie ze sobą wziął. Ale mógł, kurwa, uprze­dzić, żebym nie zacho­wy­wał się tak, jak teraz. Niczym spło­szony dzie­ciak, który nie wie, gdzie spoj­rzeć, żeby się nie wygłu­pić.

Eden poga­nia nas, żeby­śmy odnie­śli bagaże i przy­szli na cia­sto, tłu­ma­cząc, że szar­lotka z lodami sma­kuje naj­le­piej, gdy nie jest ani za gorąca, ani za let­nia.

-?Mam prze­srane? -?pyta pod nosem Hun­ter, gdy wcho­dzimy do jego pokoju.

-?Mógł­byś uprze­dzić -?bur­czę.

-?Mhm -?mru­czy i pociera dło­nią kark, wzdy­cha­jąc gło­śno. -?Nie pla­no­wa­łem tego. Nie zapy­ta­łem cię o zda­nie i... Kurwa, prze­pra­szam.

Ścią­gam brwi i chyba dopiero teraz, gdy jeste­śmy sami, dostrze­gam na jego twa­rzy to, co praw­do­po­dob­nie tak skrzęt­nie ukry­wał. Strach. Nie­mal panikę. Oczy ma sze­roko otwarte, czoło zmarsz­czone, a nad górną wargą dostrze­gam kro­pelki potu.

Iry­ta­cja odcho­dzi w zapo­mnie­nie.

Zbli­żam się do niego i obej­muję go za policzki, zni­ża­jąc twarz tak, że nie­mal sty­kamy się nosami.

-?Dla­czego nie wspo­mnia­łeś, że się tego boisz? -?szep­czę miękko.

Zaci­ska usta w wąską kre­skę, mię­śnie mu na żuchwie drgają.

-?Hun...

Przy­myka powieki i przy­ci­ska czoło do mojego.

-?Bo nie chcę, żebyś patrzył na mnie ina­czej niż dotych­czas -?mam­ro­cze led­wie sły­szal­nie. -?Wła­śnie tak jak teraz.

Nie wiem, o co mu cho­dzi. Wyda­wało mi się, że zawsze patrzę na niego tak samo. Głów­nie z podzi­wem, bo wiele prze­szedł, szcze­gól­nie w zeszłym roku, no i też potem, gdy odkrył, że jed­nak kręcą go faceci.

-?Czyli jak?

-?Ze współ­czu­ciem.

Wzdy­cham cicho i odchy­lam głowę, po czym łapię go za pod­bró­dek i spo­glą­dam mu w oczy.

-?To nie jest współ­czu­cie, Hun­ter. To zmar­twie­nie i może wyrzuty sumie­nia, że niczego nie zauwa­ży­łem. Że nie pomy­śla­łem, jak bar­dzo może to być dla cie­bie stre­su­jące -?wyja­śniam spo­koj­nie. -?Ale cią­gle widzę w tobie tego samego kole­sia, co wcze­śniej, jeśli to cię mar­twi. Zde­ter­mi­no­wa­nego i czę­sto dup­ko­wa­tego, lecz świet­nego hoke­istę, któ­rego podzi­wia­łem, zanim w ogóle się pozna­li­śmy. -?Uno­szę kącik ust w reak­cji na błysk aro­gan­cji w jego sza­rych tęczów­kach. -?Jak się czu­jesz?

Marsz­czy brwi.

-?Nor­mal­nie?

-?To pyta­nie czy odpo­wiedź, Mar­shall?

Prze­wraca oczami i pry­cha, sztur­cha­jąc mnie dło­nią w bark.

-?Twoje pyta­nie jest od czapy.

-?Wła­śnie oznaj­mi­łeś swoim rodzi­com, że masz chło­paka. Nie sądzę, żeby było od czapy.

Mruga, na co uno­szę brwi, a on wzru­sza ramie­niem.

-?Nor­mal­nie -?odpo­wiada; tym razem zde­cy­do­wa­nym tonem. -?Huh.

-?Co?

-?To nie było tak trudne, jak się spo­dzie­wa­łem.

Uśmie­cham się lekko.

-?Myślę, że zna­la­złeś się w tym odsetku ludzi, któ­rych rodzice zawsze ich zaak­cep­tują.

-?A ty?

Krzy­wię się.

-?To chyba nie jest naj­lep­szy moment na to, żeby o tym roz­ma­wiać.

-?Dla­czego? -?Ściąga brwi. -?Na apce pisa­łeś, że nie ukry­wa­łeś się z tym spe­cjal­nie i kilka osób z Toronto wie­działo i nie byli zasko­czeni. Kła­ma­łeś?

-?Pamię­tasz, co ci pisa­łem? -?pytam zasko­czony.

-?A to coś dziw­nego? -?pry­cha ura­żony. -?Nie mam skle­rozy, jesz­cze nie rąb­ną­łem się aż tak na lodzie, żeby stra­cić rów­nież pamięć.

-?Wypluj te słowa.

-?Tfu, tfu -?udaje, że pluje, ale szybko poważ­nieje. -?Więc?

-?Innym razem? -?pro­szę.

Wydaje z sie­bie odgłos przy­po­mi­na­jący sfru­stro­wany jęk, ale przy­ta­kuje ski­nie­niem.

-?Okej, ale powiedz mi tylko jedno.

Oczy­wi­ście, że nie odpu­ści. Być może dla­tego, że wcale nie przy­bra­łem nie­przy­stęp­nej miny kogoś, kogo drażni dany temat. Bo nie drażni. Po pro­stu nie chcę sobie chrza­nić humoru.

-?No?

-?Był ktoś, kto źle cię potrak­to­wał?

-?Tak.

-?Zaje­bię mu.

-?Mu? -?par­skam śmie­chem. -?Skąd pew­ność, że to on?

-?Bo to, kurwa, zawsze są faceci -?odpo­wiada sta­now­czo i pew­nie, jakby przed­sta­wiał prawdę obja­wioną. Sekundę póź­niej jed­nak robi skwa­szoną minę. -?No dobra, nie zawsze, ale zazwy­czaj. I wolał­bym, żeby to jed­nak był koleś, bo nie będę się prze­cież bić z laską.

Uśmie­cham się pół­gęb­kiem i przy­cią­gam go do sie­bie za kark, aż moje usta lądują na jego war­gach.

-?Ach, ty mój obrońco.

Mam­ro­cze coś do mnie, co brzmi jak "prze­cież ci mówi­łem, że moja rola nie koń­czy się tylko na lodo­wi­sku", ale uci­szam go kolej­nym poca­łun­kiem.

Nie sądzi­łem, że Hun­ter zrobi się tak osten­ta­cyjny przed swo­imi rodzi­cami. Przy­się­gam, gdy tu lecie­li­śmy, byłem nie­mal prze­ko­nany, że będzie uni­kać oka­zy­wa­nia sobie czu­ło­ści. Cho­lera, ostro się pomy­li­łem. Nie prze­szka­dza mi to jed­nak. To miłe -?wła­ści­wie cho­ler­nie miłe -?że sie­dząc na kana­pie przed tele­wi­zo­rem, trzyma mnie za rękę i prze­suwa kciu­kiem po jej wierz­chu.

Ale nie to jest w tym naj­lep­sze.

Cudow­nie jest móc sie­dzieć w towa­rzy­stwie ludzi, któ­rzy nie robią z tego wiel­kiej rze­czy. Ani Arthur, ani Eden nie wpa­trują się w nas jak urze­czeni, cho­ciaż mama Hun­tera co jakiś czas posyła mi pełne zado­wo­le­nia spoj­rze­nie i masę uśmie­chów.

-?Jakie macie plany na waka­cje? -?zagaja Arthur, sta­wia­jąc przed nami bez­al­ko­ho­lowe drinki.

-?Będziemy o tym roz­ma­wiać, gdy Lucas wróci ze szpi­tala -?odpo­wia­dam.

Eden smut­nieje.

-?Jak on się czuje?

Zer­kam na Hun­tera i tak, bez wąt­pie­nia ma taką samą minę jak ja. Krzywą i biją z niej wyrzuty sumie­nia.

-?Roz­ma­wia­łem z nim wczo­raj i przez tele­fon brzmiał nor­mal­nie, ale na ile to efekt leków, a na ile fak­tyczny jego stan... -?Milk­nie i wzru­sza ramio­nami. -?Trudno stwier­dzić.

-?A jak pro­gnozy? -?dopy­tuje Arthur.

-?Według chi­rurga ope­ra­cja poszła lepiej, niż się spo­dzie­wano. Oczy­wi­ście niczego mu nie obie­cy­wali, ale gada­łem z tre­ne­rem, który ma dokład­niej­sze infor­ma­cje i powie­dział, że mamy się nie mar­twić. O ile oczy­wi­ście Lucas będzie zgod­nie z pla­nem uczęsz­czał na fizjo i całą resztę zabie­gów.

-?Na pewno będzie -?oznaj­miam poważ­nie. -?Choć­bym miał go oso­bi­ście zawo­zić i pil­no­wać, żeby ćwi­czył.

Eden uśmie­cha się ze zro­zu­mie­niem i kiwa głową.

-?Cie­szę się, że tak się wspie­ra­cie.

Hun­ter par­ska śmie­chem.

-?Nie mówi­ła­byś tak, gdy­byś widziała, jak się wyzy­wamy na lodo­wi­sku.

-?Na całe szczę­ście nie byłam tego świad­kiem i ni­gdy nie będę. -?Mrozi go spoj­rze­niem. -?I pro­szę, nie wspo­mi­naj o tym. Dla mnie jesteś cią­gle tym samym kul­tu­ral­nym, miłym chłop­cem, któ­rego wycho­wa­łam.

Zaci­skam usta, żeby się nie roze­śmiać. Naprawdę sta­ram się tego nie zro­bić. Ale gdy Hun­ter nie­mal mor­duje mnie wzro­kiem, już nie potra­fię się powstrzy­mać.

-?Kul­tu­ralny i miły jest tylko wtedy, kiedy cze­goś chce.

-?Ej, wypra­szam sobie!

-?A co, może nie? -?Wbi­jam w niego zna­czące spoj­rze­nie. -?Mam ci przy­po­mnieć, jaki byłeś miły i kul­tu­ralny, gdy mi się przed­sta­wia­łeś?

-?Spie­przaj.

-?Hun­ter! -?Głos Eden przy­biera kar­cący ton. -?Zacho­wuj się.

-?Spe­cjal­nie mi to teraz wypo­mina.

Uśmie­cham się głup­ko­wato i zanim zdo­łam to prze­my­śleć, uno­szę jego dłoń do ust i skła­dam prze­lotny poca­łu­nek na knyk­ciach. Dopiero po sekun­dzie, gdy Hun­ter wzdy­cha i mam­ro­cze "cios poni­żej pasa", dociera do mnie, co zro­bi­łem.

-?No pro­szę -?komen­tuje roz­ba­wiony Arthur. -?Chyba zna­lazł się wresz­cie ktoś, kto roz­mięk­cza twoje serce, synu.

-?A idź­cie wszy­scy w cho­lerę -?bur­czy nabur­mu­szony i zata­pia się bar­dziej w kana­pie.

Ale nie wyrywa ręki.

Co wię­cej, ści­ska moje palce i uśmie­cha się pod nosem.

Nic dziw­nego, że robię to samo.

6. Hunter

6

Hun­ter

Biały, kamienny pomnik na pierw­szy rzut oka nie wyróż­nia się niczym pośród całej reszty, ale i tak jest jedy­nym, na któ­rym sku­piam spoj­rze­nie. Mama z tatą idą przed nami pod rękę, a ja myślę sobie tylko o tym, żeby chwy­cić Damiena za dłoń i spleść z nim palce. Żeby trzy­mał mnie cia­sno przy sobie i nie pusz­czał, bo odkąd prze­kro­czy­li­śmy cmen­tarną bramę, wal­czę ze łzami napły­wa­ją­cymi mi do oczu.

Roz­dy­mam noz­drza i wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech, gdy zbli­żamy się na tyle bli­sko, abym był w sta­nie prze­czy­tać litery.

Aubrey Mar­shall

Kochana córka i sio­stra

Zatrzy­muję się tuż obok taty i spla­tam przed sobą dło­nie. Na ramio­nach osiada mi nie­wi­dzialny cię­żar, któ­rego nie potra­fię z sie­bie zrzu­cić. Oddech mi się spłyca, łzy pieką, a broda zaczyna drżeć. Zer­kam przez ramię i spo­glą­dam na prze­peł­nioną smut­kiem twarz Damiena. Jego ciemne oczy nie są jed­nak sku­pione na pomniku, tylko na mnie. Uśmie­cha się nie­znacz­nie, jakby przy­cho­dziło mu to z tru­dem, po czym roz­gląda się powoli po cmen­ta­rzu i bie­rze głę­boki wdech.

Dwie sekundy.

Dokład­nie tylko czasu zaj­muje mu sta­nię­cie obok mnie i przy­ci­śnię­cie ramie­nia do mojego.

Nie chwyta mnie za rękę.

Nie odzywa się.

Ale czuję go obok i nagle, jak­bym wła­śnie tylko tego potrze­bo­wał, potra­fię nabrać nor­malny wdech, a cię­żar na ramio­nach już nie spra­wia, że się gar­bię.

Przy­my­kam powieki i wypusz­czam długi oddech.

-?Cześć, Aubrey -?odzy­wam się w myślach. -?Nie ma cię już rok, ale twój śmiech i pełne rado­ści oczy w mojej pamięci są tak żywe, jak­byś led­wie wczo­raj skoń­czyła szes­na­ście lat. Nawet gdy leża­łaś w domu, zawsze widzia­łem cię wła­śnie taką. Żywą. Roz­trze­paną. Rado­sną. Cho­lera, tęsk­nię za tobą i kurew­sko żałuję, że nie ma cię obok. Że... -?Prze­ły­kam gło­śno ślinę i zer­kam z ukosa na Damiena, który cią­gle przy mnie stoi. - Że go nie pozna­łaś. Pamię­tasz, jak rok temu wspo­mnia­łem, że zało­ży­łem sobie konto na apce rand­ko­wej? Nie uwie­rzysz. To wła­śnie tam się pozna­li­śmy i tylko ja mogę mieć takiego farta, żeby zabu­jać się w kum­plu z dru­żyny. -?Par­skam do sie­bie śmie­chem i pochy­lam głowę, bo nie powi­nie­nem był tego robić. -?Jestem pra­wie pewny, że to twoja sprawka.

-?Zosta­wimy was -?szep­cze płacz­li­wym gło­sem mama i pociąga nosem, odcho­dząc z ojcem na bok.

Bywają tu pra­wie codzien­nie i nie jestem zasko­czony, że nie chcą zbyt długo patrzeć na pomnik. Widok ten za bar­dzo im przy­po­mina, że stra­cili córkę. Ja zaś żałuję, że za rzadko tu przy­jeż­dżam.

-?Opo­wiesz mi o niej?

Oddy­cham głę­boko nosem i uśmie­cham się szcze­rze.

-?Polu­bił­byś ją. Pew­nie bar­dziej niż mnie -?odpo­wia­dam z prze­ką­sem. - Była miła, zawsze. Ni­gdy nikogo nie skrzyw­dziła, łatwo wyba­czała i zawsze dbała o kom­fort dru­giej osoby -?szep­czę. -?Nie potra­fię sobie przy­po­mnieć, żeby pod­no­siła na innych głos. Na mnie już tak, ale lubi­li­śmy sobie dogry­zać.

-?W ogóle mnie to nie dziwi. -?Pal­cami muska moje bio­dro; robi to tak dys­kret­nie, że gdy­bym nie był wyczu­lony na jego dotyk, praw­do­po­dob­nie nawet bym tego nie poczuł. -?W końcu to twoja sio­stra. Macie to we krwi.

-?Bar­dzo zabawne -?bur­czę z uda­waną zło­ścią, ale się uśmie­cham. A przy­naj­mniej robię to, dopóki nie wra­cam myślami do Aubrey. Na wspo­mnie­nie tego, że tar­gnęła się na wła­sne życie, zamiast z nami poroz­ma­wiać, robi mi się tak prze­raź­li­wie zimno, że aż się wzdry­gam. - Nie­stety we krwi mamy też mil­cze­nie o swo­ich pro­ble­mach i trzy­ma­nie w sobie zbyt wielu emo­cji.

-?Mam nadzieję, że się za to nie obwi­niasz.

Zaci­skam zęby na war­dze tak mocno, że ją prze­ci­nam. W ustach poja­wia mi się meta­liczny posmak krwi.

-?Jestem na sie­bie wście­kły za to, że niczego nie zauwa­ży­łem -?wyznaję zdła­wio­nym gło­sem przez zaci­ska­jące się gar­dło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki