Rozdziałpierwszy
Obudziłam się z krzykiem. Wymacałam dłonią kabel od stojącej na stoliku lampki i nacisnęłam pstryczek, a potem z jękiem opadłam na poduszkę. Przymknęłam powieki, starając się zapanować nad oddechem. Położyłam też dłoń na sercu. Biło tak szybko, że moim zdaniem istniało prawdopodobieństwo, że lada moment wyrwie mi się z piersi. Kiedy na powrót otworzyłam oczy, czułam się tak, jakby wszystko wokół mnie poruszało się z zawrotną prędkością. Od tego złudzenia zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. Zaschło mi też w gardle. Przez chwilę w moim ciele toczyła się walka pomiędzy przemożną chęcią ponownego zamknięcia oczu a potrzebą zaspokojenia pragnienia.
- Weronika, to był sen - wyszeptałam, patrząc na sufit. - To był tylko zły sen.
Wypowiedziałam to zdanie kilka razy, żeby się z nim oswoić. Odrzuciłam kołdrę, powtarzając w myślach, że nie mam w pokoju szafy, w której mogłyby siedzieć potwory z mojego koszmaru. Natomiast przekorny głos w głowie przypomniał mi, że brak tego mebla to żaden problem, bo te potwory mogą przecież siedzieć na fotelu albo chować się w walizkach, wśród moich ubrań. Wolałam jednak, żeby ich tam nie było.
W ciągu ostatnich sześciu lat przeprowadzałam się, o ile pamięć mnie nie myliła, siedem razy. Po raz pierwszy jednak trafiłam na lokal bez szafy. W ogóle to miałam nieprawdopodobnego pecha do tych mieszkań. Raz trafiłam na parę, która już pierwszego dnia zaproponowała mi trójkąt. Wyprowadziłam się szybciej, niż wprowadziłam. Potem pokój wynajmowała mi miła starsza pani, ale zmarła niecały miesiąc po tym, jak u niej zamieszkałam. Bardzo długo trwałam w poczuciu winy, że przyczyną jej śmierci był zawał wywołany tym, że mój wibrator zawieruszył się w rzeczach do prania, a ona go znalazła i się wystraszyła. Było też mieszkanie, które wymagało remontu po zalaniu, więc w trybie natychmiastowym musiałam sobie poszukać czegoś innego. Ale i tak największym hitem było wynajmowanie pokoju od Tadeusza. To był człowiek do rany przyłóż. Chyba od nikogo nie usłyszałam tylu pokrzepiających serce historii co od niego. Teraz wiem, że wszystko, co mi opowiadał, to były najprawdopodobniej bujdy na resorach. Ale i tak wspominam go z ogromnym sentymentem. Tadeusz wynajmował mnie i dwóm innym dziewczynom pokoje w ponadstumetrowym apartamencie znajdującym się w kamienicy w centrum miasta. Mieszkanie wyglądało obłędnie - jakby ktoś żywcem wyciągnął je z Instagrama i pozwolił nam w nim zamieszkać. Mniej więcej po pół roku prawdziwi właściciele wrócili z zagranicy i okazało się, że nasz kochany gospodarz jest włamywaczem, który postanowił skorzystać z okazji i pobawić się w pośrednika nieruchomości. Policjanci też nie mogli w to uwierzyć. Potem było względnie spokojnie. Z ostatniego mieszkania musiałam się wyprowadzić w równie dziwnych okolicznościach co z tego Tadeuszowego apartamentu, zostało ono bowiem zlicytowane przez komornika wraz z niczego nieświadomymi lokatorami. Przy tym wszystkim, co mnie spotkało w poprzednich lokalizacjach, brak szafy w obecnej wcale mi nie doskwierał.
Wyszłam z pokoju, zważając na to, żeby być cicho i nie obudzić mojej współlokatorki i zarazem właścicielki mieszkania, Mileny. Nim podpisałam z nią umowę, pokazała mi akt własności, więc mogłam spać względnie spokojnie. No okej... dziś akurat trudno było o spokojny sen. Weszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej butelkę z przefiltrowaną wodą. Wypiłam od razu połowę zawartości. Odstawiłam ją z powrotem na półkę i zamknęłam drzwiczki. Chciałam oprzeć głowę na gładkiej tafli, ale nie było mi to dane.
- Jezus Maryja! - wrzasnęłam na widok postaci, która zmaterializowała się przed moimi oczyma, niczym w jakimś horrorze. Środek nocy, zamykasz lodówkę i nagle widzisz za jej drzwiami kogoś, kogo na pewno nie było tam wtedy, kiedy zabierałaś się do ich otwierania. - Milena! Co ty odwalasz?! Chcesz, żebym zeszła na zawał?
- Wyczuwam dziwną energię - powiedziała moja współlokatorka i zaczęła machać mi przed twarzą dłonią, w której trzymała dymiącą szałwię. W moje nozdrza wdarł się specyficzny aromat. - Czemu znowu się darłaś przez sen? - zapytała, cały czas machając mi przed oczyma kadzidłem.
Miała na sobie bardzo kolorową sukienkę, a wokół niej roznosił się orientalny, delikatnie cytrusowy zapach wymieszany z wonią szałwii. Zapewne wcale nie spała. Pewnie medytowała, przywoływała duchy czy coś w tym stylu.
- Wcale nie znowu - obruszyłam się.
- Znowu. Trzeci raz w tym miesiącu.
Odebrałam jej słowa tak, jakby miała mi za te niedogodności doliczyć coś do opłaty za wynajem pokoju.
- Miałam zły sen - powiedziałam, a ona najpierw popatrzyła mi w oczy, a potem przeniosła wzrok ponad moją głowę. Odruchowo spojrzałam na sufit. Nie zobaczyłam tam żadnego ducha, którego ona prawdopodobnie widziała. Ale możliwe, że za chwilę wmówi mi, że coś tam jest.
- Poczekaj tutaj! - wykrzyknęła.
Przy tak cienkich ścianach, jakie były w tym bloku, i o godzinie czwartej trzydzieści nad ranem nie było to moim zdaniem właściwe zachowanie. Pewnie z samego rana sąsiedzi mnie w tym utwierdzą. Po chwili wróciła. Trzymała w dłoni karty. Cholera, pomyślałam, tylko nie to. Milena była zafiksowana na punkcie zjawisk paranormalnych, ezoteryki i innych tego typu głupot. Znałam ją od blisko dwóch miesięcy i wiedziałam, że ludzie przychodzą do niej, żeby im powróżyła. Byłam w szoku, że ktoś w ogóle wierzy w te bzdury. I z własnej woli płaci jej za to, żeby przepowiadała mu przyszłość. O dziwo jednak, do tej pory nie zaproponowała mi wróżenia, co wcale nie wpływało źle na moje samopoczucie. Niemniej i tak co nieco wiedziałam, bo traktowała mnie jak wolnego słuchacza - ilekroć trafiła się ku temu okazja, mówiła o różnych dziwnych rzeczach. Ostatnio zafascynowały ją reinkarnacje i zalewała mnie opisami historii, w których to małe dzieci opowiadały o tym, jak kiedyś, w innych wcieleniach, umarły albo jak rozmawiały z kimś, kto już nie żył. Słuchałam tych wszystkich rewelacji, jedynie kiwając głową, ale trzeba przyznać, że kilka razy włosy stanęły mi dęba. Z wrażenia, ma się rozumieć. No bo jak przejść obojętnie wobec opowieści o zrozpaczonej matce opłakującej samobójstwo nastoletniego syna, którą w tym samym czasie jej młodszy, czteroletni syn informuje, że jak ona się powiesiła w poprzednim życiu, to nie obchodziło ją to, jak będą się czuć jej bliscy? Między innymi on. Takich i podobnych opowieści usłyszałam naprawdę wiele. Nie podawałam jednak w wątpliwość żadnej z nich, bo nie miałam pojęcia, jaka byłaby reakcja Mileny na mój kompletny brak wiary w jej słowa. Mógł nią być na przykład wilczy bilet, a ja naprawdę, nawet pomimo braku szafy i specyficznego zachowania mojej współlokatorki, czułam się tutaj dobrze.
- Przełóż. - Milena podsunęła mi pod nos talię kart.
Wahałam się tylko przez chwilę, a potem zrobiłam, co chciała, bo z jej miny wywnioskowałam, że jeśli tego nie zrobię, ona nie da mi spokoju. Usiadła przy stole i zaczęła rozkładać karty, podczas gdy ja stałam i na nią patrzyłam.
- Masz bardzo ciekawe ścieżki losu. Wręcz fascynujące. Dawno takich nie widziałam - powiedziała i podrapała się po brodzie, wpatrując się w rozłożone przed sobą karty. - Usiądź, proszę. - Wskazała na krzesło po swojej lewej stronie.
- Jest naprawdę późno, a ja za kilka godzin wstaję do pracy - powiedziałam i zerknęłam w stronę swojego pokoju.
Ależ żałowałam, że tutaj przyszłam. Trzeba było zacisnąć powieki, zaspokoić pragnienie przełknięciem śliny i spróbować zasnąć. Zamiast tego będę tutaj tkwiła nie wiadomo ile.
- Naprawdę? - zapytała Milena, patrząc na mnie jak na kogoś, kto nie ma pojęcia, o czym mówi, a potem spojrzała na karty, jakby chciała się w tym upewnić. I znowu popatrzyła mi w oczy. - Bo ja tutaj widzę, że ty już nie masz pracy - powiedziała i wzruszyła ramionami.
- Oczywiście, że mam pracę! - Tym razem to ja podniosłam głos. - Jestem dziennikarką! - Co prawda trochę mijałam się z prawdą, ale ona nie musiała tego wiedzieć. - Mam pracę - powtórzyłam już nieco spokojniej.
- Skoro tak twierdzisz... - Milena uśmiechnęła się półgębkiem, co, nie wiedzieć czemu, cholernie mnie poirytowało. - No ale widzę też tutaj inne bardzo ciekawe rzeczy - powiedziała, wgapiając się w rozłożoną na stole talię. - Wiem, że się powtarzam, ale serio, dawno nie widziałam takiego labiryntu życiowych ścieżek. Usiądź, proszę.
Spojrzała na mnie swoimi zmrużonymi oczyma i kiwnęła głową w stronę krzesła. To był taki rodzaj zmrużenia i taki rodzaj kiwnięcia, które nie przyjmowały odmowy, mimo to nie miałam zamiaru brać udziału w tej farsie.
- Nie będę słuchać tych bzdur! - wybuchłam. - W przeciwieństwie do ciebie ja za kilka godzin wstaję do mojej prawdziwej pracy, więc daj mi, z łaski swojej, spokój z tymi idiotyzmami! Mieszkam tutaj, płacę za czynsz, ale nie muszę się z tobą spoufalać, więc się ode mnie odczep!
Doskoczyłam do stołu i zrzuciłam z niego karty. Kilka zostało na blacie, pozostałe leżały na kolanach Mileny i pod stołem. Nie miałam pojęcia, dlaczego to zrobiłam. I wcale nie czułam się tak, jakby jakaś niewidzialna siła, na którą mogłabym zrzucić winę za moje nadpobudliwe zachowanie, prowadziła mnie za dłoń. Tak po prostu miałam - czasem odcinało mi myślenie i kierowałam się emocjami.
- Porozmawiamy, jak się uspokoisz. Jutro - powiedziała bardzo opanowanym głosem Milena i zaczęła zbierać porozrzucane prostokąciki.
Tymczasem ja pobiegłam do swojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko. Obok mnie położył się wstyd i zaczął głaskać mnie po głowie, sprawiając tym samym, że odczuwałam go jeszcze mocniej. Jezu, co ja najlepszego narobiłam? Co we mnie wstąpiło? Znowu będę musiała szukać sobie mieszkania. Jestem beznadziejną lokatorką. Jestem najbardziej beznadziejnym człowiekiem na tym świecie. Chciałam iść do Mileny i ją przeprosić, a zarazem broniłam się przed tym z całych sił. Pomyślałam, że zamknę na chwilę oczy i się uspokoję, a jak je otworzę, to do niej pójdę i wytłumaczę się ze swojego zachowania.
Obudził mnie dźwięk budzika i utwór Pink Floyd Wish You Were Here. Nastawiłam drzemkę. Potem kolejną i jeszcze jedną. Przy szóstej byłam już w stanie nawiązać kontakt z otoczeniem i zwlec się z łóżka, aczkolwiek mój układ nerwowy z samego rana nie przyjmował do wiadomości, że MUSZĘ wstać. W moim przypadku droga od otwarcia oka do wstania z łóżka była naprawdę bardzo długa. Pokonałam ją w dwadzieścia minut. Wiosna, która szalała już w pełnej krasie i temperaturze nieco ponad dwudziestu stopni, pozwoliła mi założyć białą jedwabną koszulę w drobne kropki i jeansową sukienkę ogrodniczkę na bardzo cienkich ramiączkach. Do tego czarne mokasyny na grubej podeszwie oraz milion dodatków w postaci bransoletek, pierścionków, naszyjnika, z którym się nie rozstawałam, i oczywiście mojej ukochanej czerwonej torebki Pinko. Okej, akurat dziś to ona była ukochana. Gdybym nie chciała poświęcić całego swojego świata pisaniu, bawiłabym się modą. Wszystkie lumpeksy w tym mieście stały przede mną otworem. Miałam w szafie ciuchy i dodatki warte kilkaset złotych, a nawet takie przekraczające kilka tysiaków. Kupowałam je za grosze z drugiej, czasem trzeciej ręki, co napawało mnie dumą. Nim wyszłam, zostawiłam na stole w kuchni kartkę, na której napisałam "Przepraszam". Jednak kiedy znalazłam się na klatce schodowej, cofnęłam się i wróciłam do mieszkania, żeby dopisać "BARDZO". Miałam nadzieję, że Milena nie wyrzuci mnie z domu. Ledwo wyszłam z bloku na chodnik, mój humor się poprawił.
Łódź. Ależ ja lubiłam tutaj mieszkać. Przyjechałam do tego miasta sześć lat temu. Chciałam studiować dziennikarstwo. Można powiedzieć, że uciekłam z Wrocławia, żeby zapomnieć o przeszłości i zacząć wszystko od nowa tam, gdzie mnie nie znają. Nieprzypadkowo padło na Łódź. Moja najlepsza przyjaciółka Sylwia chciała studiować aktorstwo na tutejszej filmówce. Przyjeżdżając właśnie tutaj, święcie wierzyłam, że ją w ten sposób uhonoruję, chociaż moje przemądrzałe poczucie winy mówiło mi, że zamieszkanie w Łodzi było zaledwie marną namiastką rekompensaty za niespełnienie danego jej słowa. Jeśli można darzyć emocje uczuciami, to ja czułam ogromną niechęć do mojego sumienia. Sylwia poprosiła mnie przed śmiercią, żebym opiekowała się jej rodziną. Nie mogłam tego zrobić. Po prostu nie mogłam.
Pomimo tego, że praktycznie od razu poczułam się dobrze w nowym mieście, to przez te sześć lat nie było dnia, w którym moje myśli nie uciekłyby do Damiana, najstarszego brata Sylwii. To z nim całowałam się po raz pierwszy. To z nim przeżyłam swój pierwszy raz. To z nim chciałam spędzić resztę życia. Tylko że on mnie nie chciał, więc był również moim pierwszym miłosnym rozczarowaniem, którego nadal nie potrafiłam przeboleć. Wrocław - moje rodzinne miasto - kojarzył mi się ze stratą, bólem i tęsknotą za czymś, czego już nigdy nie doświadczę. Chodziło głównie o rodzinę Radomskich. O Sylwię i Damiana. Wyjechałam, tłumacząc to sobie w taki sposób, że muszę, po prostu muszę postawić na siebie. A w tym przypadku stawianie na siebie równało się odcięciu od przeszłości.
Ucieczce.
Złożyłam podanie o przyjęcie na Uniwersytet Łódzki. W zasadzie decyzję o wyjeździe podjęłam już wcześniej, ale tak naprawdę odważyłam się to zrobić dopiero wtedy, kiedy dostałam informację, że jestem na liście studentów dziennikarstwa. Tuż przed opuszczeniem Wrocławia spakowałam do pudeł wszystko, co miało dla mnie jakąkolwiek wartość. Również mój ukochany gramofon. Przyznam - poczułam ogromny smutek na myśl, że nie będzie mi dane go używać, ale ponownie odezwał się głos, który mówił, że tak będzie dla mnie najlepiej. Gramofon kojarzył mi się z Damianem, więc jego miejsce było na dnie pudła.
Moje wrocławskie mieszkanie od sześciu lat stało puste. Zostawiłam zapasowe klucze miłej starszej sąsiadce z piętra wyżej, prosząc ją, żeby od czasu do czasu do niego zajrzała, podlała kwiaty i sprawdziła, czy wszystko w porządku. Miała do mnie dzwonić tylko wtedy, gdyby coś się działo. Na przykład pękła rura, było włamanie czy stała się jakaś inna tragedia. Zgodziła się. Nie chciała przyjąć ode mnie za to nawet złotówki. Czynsz opłacałam regularnie. Nie miałam w planach sprzedawać mieszkania. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie chciałam go też wynajmować, bo pewnie wiązałoby się to z potrzebą częstego przyjeżdżania do Wrocławia. I chociaż co roku po zakończeniu semestru obiecywałam sobie, że wpadnę na Dolny Śląsk przynajmniej na chwilę, żeby zobaczyć, w jakim stanie jest mieszkanie, to zawsze coś mnie przed tym powstrzymywało. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia. A w związku z tym, że sąsiadka nie odezwała się ani razu, nie miałam w sobie nawet odrobiny poczucia winy z tego powodu. Do głowy mi nie przyszło, że ta kobieta mogła z jakiegoś powodu przestać się interesować moim mieszkaniem, a tym samym ono od tylu już lat mogło stać zamknięte na cztery spusty i zamieszkane przez pająki.
Strasznie to naiwne, wiem. Ale też wygodne.
Matka zostawiła mi sporo gotówki. Początkowo nie chciałam z niej korzystać, bo to były brudne pieniądze, gdyż moja rodzicielka zarabiała jako dama do towarzystwa, o czym dowiedziałam się na kilka miesięcy przed jej śmiercią. Postanowiłam, że będę opłacać jedynie czynsz za wrocławskie mieszkanie. Nic więcej, chociaż to i tak cholernie godziło w moją dumę. Na swoje utrzymanie chciałam zarobić sama. Byłam bardzo zmotywowana. Może tydzień po przeprowadzce do Łodzi znalazłam pracę jako barmanka. Do dziś czuję wdzięczność za to, że zatrudnili mnie bez doświadczenia, i z ogromnym rozrzewnieniem wspominam to, ile dostałam tam napiwków i propozycji małżeńskich. Ile nieszczęśliwych historii miłosnych trafiło do mojego ucha i serca. Ile razy byłam świadkiem rozstań i powrotów. A potem, na trzecim roku studiów, spełniło się moje marzenie i dostałam się na płatny staż do jednej z lokalnych gazet. Po roku zatrudnili mnie na umowę o pracę. I chociaż nie byłam jeszcze pełnoprawną dziennikarką, jak się szumnie przedstawiłam Milenie, to robiłam wszystko, żeby nią zostać.
Parzyłam najlepszą na świecie kawę, robiłam zakupy, odbierałam telefony, listy i paczki od kurierów, przychodziłam na nadgodziny, przygotowywałam prezentacje i materiały na cotygodniowe konferencje, dbałam o to, aby w drukarce był papier, a kiedy w końcu w zeszłym tygodniu pozwolili mi skrobnąć cztery zdania na przedostatnią stronę najbliższego numeru, prawie się posikałam ze szczęścia. To były najbardziej na świecie wypieszczone cztery zdania o lokalnym producencie karmy dla kotów. Oprawiłam je w ramkę i postawiłam na biurku.
Zadarłam głowę i spojrzałam na szyld przyczepiony do budynku. Moja Gazeta. Kiedyś zostanę tutaj naczelną.
- Cześć pracy! - powiedziałam radośnie i weszłam do środka.
Kiedy szłam przez główną salę, gdzie znajdowało się kilkanaście biurek, przy których siedzieli ludzie jakby przyspawani do krzeseł, czułam się, jakbym właśnie wygrała szóstkę w totka. Uwielbiałam tutaj być. To miejsce, energia pracujących tutaj ludzi, możliwości rozwoju - wszystko to dawało mi niesamowitego kopa do działania. Kochałam pisać.
- Weronika - usłyszałam za plecami głos.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam Bartka. Był redaktorem w dziale sportowym. Przyjaźniliśmy się. Zawsze bawiły mnie jego prześmiewcze artykuły o sportowej stronie miasta. Nie miałam pewności, ale wydawało mi się, że nikt nie dostał od czytelników tylu pogróżek co on.
- Podrywasz mnie dla sportu? - zapytałam, kiedy bezceremonialnie wciągnął mnie do kuchni. To było jego ulubione powiedzonko. - Jeśli chciałeś się ze mną umówić, wystarczyło poprosić. - Trzasnęłam go w ramię i zaczęłam się śmiać.
- Zaraz nie będzie ci tak wesoło - powiedział, po czym wychylił się z kuchni i rozejrzał na wszystkie strony.
- A niby dlaczego? - zapytałam, gdy znowu na mnie spojrzał.
- Bo cię zwalniają.
- Słucham?!
Dobrze, że byłam przed poranną dawką kawy, bo ciśnienie momentalnie mi skoczyło. Poczułam uderzenie gorąca na twarzy, a serce zaczęło mi się tłuc w piersi. W powietrzu, poza zapachem sera pleśniowego, dało się też wyczuć kłopoty.
- Jak to zwalniają?
- Zwalniają cię - powtórzył. - Oficjalnie redukcja etatów.
- A nieoficjalnie?
- Córka naczelnego potrzebuje pracy. A że wie, jak włączyć czajnik bezprzewodowy i zamówić chińszczyznę na wynos, to naczelny uważa, że z innymi sprawami też sobie poradzi. - Spojrzał na mnie wymownie.
- To niech naczelny odda jej swój fotel! - warknęłam, a Bartek zatkał mi usta dłonią.
- Jak ktoś się dowie, że ci o tym powiedziałem, poza posadą stracę też zęby. Chcesz, żebym żuł gumę palcami?
Odepchnęłam jego dłoń i zapytałam:
- Skąd o tym wiesz? Kto ci powiedział?
- Takiej informacji nie sprzedam. Lubię cię, mała, więc uznałem, że powinnaś to wiedzieć wcześniej. Ja sam dowiedziałem się przed momentem. Wiem, ile radości sprawia ci przychodzenie tutaj. Kiedyś też tak miałem. Teraz mobilizują mnie tylko alimenty.
- Ale dlaczego zwalniają akurat mnie? - zapytałam, w dalszym ciągu nie mogąc w to uwierzyć.
- Kogoś musieli. Zrobili losowanie. Tylko tym razem numerek nie był szczęśliwy dla ciebie.
- Powiedz, że to są żarty, Bartek. - Złapałam go za koszulkę i ścisnęłam ją z całej siły. Mój wzrok błagał go, żeby przyznał się, że mnie wkręca.
- Przykro mi, mała - odparł, kręcąc głową.
Wyszedł, a ja zostałam w kuchni sama. Piętnaście minut później wezwali mnie do gabinetu naczelnego.