WSTĘP
Książki, które mogłyśmy napisać, podróże, w które mogłyśmy wyruszyć, gdybyśmy powiedziały "nie" zadaniom, które narzuca nam świat.
"Zjedz jeszcze serniczek" - mówi matka, ciotka, babcia czy teściowa, a ty grzecznie bierzesz do ręki widelczyk. Jesteś co prawda od dwóch tygodni na diecie, ale co tam. Albo nie przepadasz za sernikiem, no ale bez przesady, od tego się nie umiera, prawda? Mam złą wiadomość: umiera się.
???
Wszystkie wiemy, jak to się zaczyna:
"No, dalej, pocałuj dziadka".
"Jesteś fajną dziewczynką, tylko czy musisz ciągle tyle gadać?".
"Zrobiłam rosołek specjalnie dla ciebie, a ty nie zjesz?".
"Jak mogłaś wrócić pijana, taki wstyd przed sąsiadami!".
"To my tu flaki sobie dla ciebie wypruwamy, a ty chcesz śpiewać w jakiejś garażowej kapeli?".
Dzieci generalnie mają być grzeczne, co oznacza mniej więcej tyle, że mają robić to, czego chcą dorośli. Jednak nadal dziewczynki mają się ich oczekiwaniom podporządkować bardziej niż chłopcy. Dziewczynka ma być miła, pożyczać ołówek zawsze, gdy ktoś poprosi, odzywać się wyłącznie pytana i nie brudzić się, choćby oznaczało to rezygnację z najlepszej zabawy. Młoda dziewczyna ma się pilnie uczyć i wierzyć, że dzięki temu dojdzie do swego. W pracy ma się nie wychylać, najlepiej jak ta mróweczka zasuwać w schowku na szczotki, ufna, że w końcu ją znajdą. Nie powinna mówić za dużo i za głośno, bo profesjonalistka nie może być zbyt emocjonalna, przy czym "zbyt" jest elastyczne, więc zawsze trzeba uważać. Gniew czy wściekłość upychamy w pawlaczu, bo złość piękności szkodzi, a histeryczek nikt nie lubi, no i, heloł, są takie groteskowe. Najlepiej jest postępować tak, żeby na każdym etapie życia mama, tato, pani w przedszkolu, trener, drużynowa, promotor pracy, szef czy szefowa oraz mąż, babcia i ta ciotka, co to miała nas w pompce, odkąd skończyłyśmy dziesięć lat, ale trzeba było ją zaprosić na wesele, mogli powiedzieć: "Jestem z ciebie dumna/dumny!".
Tak sobie rośniemy w zasadzie nieme, bo jeśli głównie potakujemy, zgadzamy się, omijamy trudne tematy, to trochę tak, jakbyśmy w ogóle nie miały głosu.
Pal licho ten przeklęty serniczek. Sęk w tym, że tresowane do uległości nie tylko wpychamy w siebie desery, na które nie mamy ochoty, ale też idziemy na daleko większe kompromisy. Najpierw jako dzieci wkładamy sweter, gdy matce jest zimno, potem wybieramy studia, które ojcu wydają się sensowne, idziemy do pracy, którą rodzice uważają za stabilniejszą niż ta posada marzeń, która nas znalazła, ale niestety jest trochę bardziej ryzykowna. Nie raz i nie dwa idziemy do łóżka z kimś tylko dlatego, że zapłacił za kolację i dwa drinki. Albo dlatego, że był taki miły i naprawdę w nas zakochany, i tyle już o nas zabiegał. Ej no, trzeba być zimną suką, żeby takiego odtrącić, a przecież nią nie jesteśmy! Zostajemy w domu z dzieckiem, kiedy teściowa z dezaprobatą mówi: "No wiesz, zostawisz dziecko, żeby zarobić ledwie tyle, że wystarczy na żłobek?".
Nie mówimy "nie", bo boimy się, że kogoś urazimy lub stracimy, bo wydaje się nam, że mamy wobec niego dług wdzięczności, że przecież chce dla nas dobrze i nie wypada tego odrzucać. Świat od zawsze dba o to, żeby utrzymywać kobiety w strachu przed mówieniem "nie", by przekonać nas, że nasze "nie" tylko ściągnie na nas kłopoty, zostaniemy same i - to chyba dla nas najgorsze - przestaną nas lubić. Sęk w tym, że to nieprawda. Wszystko dookoła, w tym życie wielu mężczyzn, wskazuje, że jest wprost przeciwnie: to pilnowanie swojego interesu i komfortu, strzeżenie swoich granic oraz odwaga narażenia się na konflikt, gdy nie ma innego wyjścia, popłacają i pozwalają wieść pełne życie.
Dla świata jednak nieporadność kobiet w mówieniu "nie" zawsze była wygodna. Połowa ludzkości jest w miarę spacyfikowana i nie robi kłopotów, a do tego odwala kawał nieodpłatnej roboty, którą w przeciwnym razie musieliby zająć się też mężczyźni albo - nie wiadomo, co straszniejsze - należałoby za nią zacząć płacić. Milczące, niestawiające większego oporu swojej codzienności kobiety to najlepsze rozwiązanie, by nic się w świecie nie zmieniło.
Rebecca Solnit w eseju traktującym o tym, jak kobietom od zawsze odmawiano głosu, pisze: "Historia milczenia jest kluczem do historii kobiet".
Ta historia w moich oczach pełna jest rzeczy niedokonanych. Widzę ją jako puste strony w encyklopediach, w których nie ma niczego o wynalazkach, jakich kobiety nie dokonały. Jako puste półki w bibliotekach, gdzie nie stanęły nienapisane przez nas książki. Och, moment, nie ma pustych stron i półek - bez większego problemu całą tę przestrzeń wypełnili mężczyźni.
Tu - gdybym miała dalej płynąć na fali wyobraźni - słyszę chrzęst pantofli na żwirowej ścieżce i na ławeczce obok mnie siada Virginia Woolf szczerze załamana, że jej dwa eseje - Własny pokój z 1929 roku oraz Praca zawodowa kobiet z 1931 roku - są wciąż tak zatrważająco aktualne. Ten drugi to w istocie wykład, jaki Woolf wygłosiła jako uznana już autorka, którą poproszono o kilka refleksji na temat pozycji kobiet w zmieniającym się wówczas dynamicznie brytyjskim społeczeństwie.
Oto - wspominała chwilę z dalekiej przeszłości - siadła pisać recenzję książki autorstwa mężczyzny, gdy za jej plecami pojawiła się zjawa i wyszeptała: "Moja droga, jesteś młodą kobietą. Piszesz o książce napisanej przez mężczyznę. Bądź przychylna, delikatna, schlebiaj, zwódź, stosuj wszystkie sztuczki i fortele naszej płci. Nigdy nie pozwól, aby ktoś zauważył, że masz niezależny umysł".
Zjawę Virginia rozpoznała bezbłędnie. Był to Anioł Domowego Ogniska opisany wcześniej w wierszu przez Coventry'ego Patmore'a, poetę i eseistę z kręgu prerafaelitów. Aniołem była ni mniej, ni więcej, tylko jego żona. Woolf pisze o niej tak: "Nazwana tym imieniem kobieta była przesympatyczna i niezwykle czarująca. Całkowicie pozbawiona egoizmu. Przodowała w trudnej sztuce życia rodzinnego. Codziennie poświęcała się dla innych. Jeśli na obiad był kurczak, zawsze wybierała nóżkę; jeśli zrobił się przeciąg, siedziała w nim. Krótko mówiąc, była tak stworzona, że nigdy nie myślała o sobie, nie miała żadnych potrzeb, zawsze wolała sprzyjać innym i spełniać ich życzenia".
W pierwszym z przywołanych przeze mnie esejów Woolf napisała słynne zdanie o tym, że by tworzyć, kobieta potrzebuje własnego pokoju i pieniędzy. Był to czas, gdy wiele kobiet wciąż nie miało swojego majątku, więc w całości zależały najpierw od ojców, potem od mężów, którzy byli władni poukładać im życie wedle własnego widzimisię, a w nim fanaberie takie jak pisanie powieści czy wierszy najpewniej się nie mieściły. Pisarka analizowała też warunki życia kobiet w minionych stuleciach. Siostry Brontë czy Jane Austin miały możliwość pisać tylko we wspólnej bawialni, przez co ich dzieła powstawały na ogół w kąciku wśród rozmów innych domowników. Według Woolf dlatego właśnie pisały powieści: bo w bawialni miały możliwość obserwowania ludzi i relacji między nimi, a jednocześnie - jej zdaniem - fikcja wymaga mniejszego skupienia niż pisanie poezji, dramatów czy książek non-fiction. Virginia boleje nad tym, że z powodów lokalowych świat nigdy nie ujrzał dramatów poetyckich, jakie w lepszych warunkach mogłaby stworzyć Emily Brontë, czy historycznych książek oraz biografii, które zapewne napisałaby zamiast powieści obdarzona wielkim umysłem George Eliot. Stąd właśnie postulat Woolf: własny pokój z biurkiem i kasa, by świat się odczepił ze swoimi roszczeniami.
???
Dziś wiele z nas prawdopodobnie ma lepszy lub gorszy własny kąt, w którym może w spokoju usiąść, mamy też swoje pieniądze. Najczęściej niezbyt duże, ale powiedzmy sobie, że formalnie położenie kobiet prawie sto lat po słowach Woolf jest zdecydowanie lepsze. Problem w tym, że wciąż snuje się za nami Anioł Domowego Ogniska. Ta cholerna zjawa, która nie pozwala nam usiąść w spokoju z gazetą nawet wtedy, gdy dzieci bawią się w swoim pokoju, bo każe nam wówczas uprzątnąć blat w kuchni lub poskładać pranie. Nie pozwala położyć się spać wcześniej, lecz podsuwa kartkę i długopis i dyktuje listę zakupów. Wyłącza Netfliksa i zabiera pilota, bo trzeba poszukać w sieci ortodonty dla dziecka. Albo regału na książki, których zrobiło się za dużo. Każe zatelefonować do teściowej, a potem w jej imieniu wydzwaniać po kardiologach w całym mieście, by znaleźć jak najszybszy termin wizyty.
Woolf pisała o bolączkach kobiet pisarek, ale w istocie jej eseje dotyczą nas wszystkich i mówią o tym, jak kobiety nie są w stanie zająć się sobą i swoim życiem, bo wciąż zajmują się innymi. Nieumiejętność mówienia "nie" oczekiwaniom innych ludzi wobec nas to jednocześnie niezdolność mówienia "tak" sobie samej. Dlatego tak wiele kobiet idzie przez życie, niemal nie zostawiając śladów na piasku. Nie chodzi o to, że każda z nas ma po sobie zostawić powieść, obraz czy choćby zrobiony na drutach szalik. Chodzi o to, że z czasu, jaki mamy na tym świecie, tak niewiele wyrywamy dla nas samych. Nie tylko na wymarzoną pracę, pasję czy hobby, ale też na zwykły wypoczynek, ważne dla nas relacje pozarodzinne, na refleksję, która mogłaby przyjść i nas wzbogacić, gdybyśmy tylko miały chwilę, by w codziennym pędzie usiąść i dać myślom płynąć swobodnie. Tymczasem gnamy jak podczas gry w podchody na obozie harcerskim; lecimy z mapą od punktu do punktu, by w każdym odhaczyć zadanie, dzięki czemu możemy potem dostać sprawność dobrej samarytanki, idealnej kochanki czy perfekcyjnej matki.
Woolf uważała, że w nałożonym na kobiety przymusie bycia miłą, schlebiającą innym, wdzięczną i łagodną milkną nasze myśli, nasz własny, niepowtarzalny głos, wreszcie - po prostu nasze prawdziwe ja.
Im bardziej przyglądam się temu, jak my, kobiety, żyjemy, nie umiejąc mówić "nie" światu, a zatem, nie mówiąc też "tak" sobie samym, tym bardziej ściska mi się serce, bo widzę, jak wiele naszego potencjału się marnuje. Świat jest uboższy nie tylko o te wszystkie leki, które mogłybyśmy wynaleźć, wiersze, które mogłybyśmy napisać, prawa, jakie mogłybyśmy ustanowić, gdybyśmy zostały polityczkami, ale też o całą naszą witalną energię, dzięki której mogłybyśmy wieść lepsze, pełniejsze życie i którą mogłybyśmy wzbogacać wszystko i wszystkich dookoła, zamiast ich po prostu obsługiwać jak wielofunkcyjne, inteligentne roboty nie do zajechania.
Widzę często, jak kobieta rozpada się na tysiące kawałków. Kawałek jej jest w muffinkach upieczonych na szkolny piknik syna, kawałek w czystym, równo złożonym praniu, kolejny w idealnie odkurzonych książkach na regale, w bukiecie kwiatów na stole u teściowej (które kupiła jej na imieniny, bo mąż zapomniał), w aucie odkurzonym z resztek biszkoptów rozkruszonych przez dzieci. Nie ma tylko już jej samej.
Dlatego napisałam, że od permanentnego niemówienia "nie" umieramy - bo znikamy w codziennej krzątaninie i mentalnej jodze polegającej na wpasowywaniu się w role, których odgrywania się od nas oczekuje.
Recepta Woolf była drastyczna: trzeba zamordować Anioła Domowego Ogniska. Ona sama złapała zjawę za gardło i dusiła z całej siły, bo wiedziała, że inaczej będzie skazana na wieczne lawirowanie w świecie, bycie miłą i ugodową, czyli po prostu na życie w kłamstwie. Nie udało się zabić potwory, wracała co rusz, kiedy tylko widziała okazję, by znów złapać Virginię za ramię i sączyć jej do ucha słowa dające się streścić jako "Co z ciebie za kobieta?". Trzeba było wciąż i wciąż od nowa chwytać za kałamarz i rzucać w nią z całej siły.
Kiedy czasem moje dzieci bardzo dają mi w kość, marudzą, nie słuchają i generalnie nie współpracują tak ostentacyjnie, że czuję, że za moment puszczą mi nerwy, wykrzykuję do nich: "Halo, przestańcie, cierpliwość mi się kończy i nie będę z tym walczyć, bo nie chcę być święta, chcę być tylko szczęśliwa!".
Myślę, że to dobry start dla każdej z nas - zadać sobie pytanie: czy chcesz być święta, czy po prostu szczęśliwa? Sądzę też, że własnym pokojem kobiety w XXI wieku jest umiejętność mówienia "nie" otoczeniu wtedy, gdy czuje, że powinna powiedzieć "tak" sobie.
Nie jestem psycholożką, terapeutką ani coachką, żeby mówić wam, co i jak powinnyście zrobić. Spędziłam jednak jako dziennikarka wiele lat na opisywaniu mechanizmów, które sprawiają, że nasz świat nie do końca jest miejscem, w którym kobiety mogą swobodnie rozprostowywać swoje skrzydła. Doprowadziło mnie to do przekonania, że tylko stanowcze, głośne "nie" może nam pomóc, i umiem wyjaśnić dlaczego.
Jestem heteroseksualną kobietą z dużego miasta, pracującą zawodowo samodzielną matką po rozwodzie - doświadczenia związane z taką tożsamością znam najlepiej, stąd do nich będzie mi bliżej w tej książce podczas szukania przykładów. Ale mechanizmy uciszania kobiet dotyczą nas wszystkich, nie wymykają się im ani singielki, ani lesbijki, kobiety biseksualne czy trans. Ta książka jest dla wszystkich, bo to, co spotyka nas w pracy, w rodzinach, to, jak naciska na nas społeczeństwo, jest doświadczeniem uniwersalnym. Wiem, jak bardzo świat postarał się, by mówienie "nie" było dla nas skrajnie trudne. W tej książce chcę dać wam powody do zdrowego gniewu, dzięki któremu stanie się to łatwiejsze.