Wstęp
Historia Polski obfituje w liczne wojny, które toczyliśmy o wolność, niepodległość, suwerenność, utrzymanie granic, często o honor i prawo do istnienia. Obszar państwa polskiego trzykrotnie ulegał rozbiorom w XVIII w. i po raz czwarty w 1939 r. Okres drugiej wojny światowej prowadzonej w latach 1939-1945 to niezliczona liczba potyczek, walk i bitew stoczonych przez żołnierzy II Rzeczypospolitej w celu obrony własnego państwa, odzyskania wolności, honoru i godności nie tylko żołnierza, ale i każdego obywatela Rzeczypospolitej. Rozbudzanie patriotyzmu i znajomości historii Polski ostatniego wieku, w zmaterializowanym i konsumpcyjnym życiu społecznym, rodzi potrzebę upowszechniania tej historii, by pamięć o niej nie zaginęła. Zwłaszcza że coraz mniej żyje świadków tamtych wydarzeń, którzy mogliby przekazać swoje wspomnienia i obraz minionej wojny. Jest to tym bardziej istotne, gdy często zarzuca się nam Polakom trwanie w nadmiernej martyrolologii. Zarzut ten jest niesłuszny, bowiem co innego jest rozpamiętywanie tragicznych wydarzeń i żądanie nieokreślonych bliżej rekompensat za poniesione krzywdy i straty, a co innego pamięć o wojnie, stratach, cierpieniu - w kontekście przekazu historycznego mającego na celu wychowanie społeczeństwa w duchu patriotyzmu i szacunku do dokonań naszych ojców. Czyni tak każdy kraj dla budowania swojej przyszłości. Każde działania na niwie politycznej, gospodarczej czy militarnej mają swoje uzasadnienie w historii minionych wieków.
Dlatego należy o tym pamiętać, bowiem to właśnie my Polacy byliśmy często pierwszymi ofiarami różnych wojen i konfliktów. Zdradzani i opuszczani przez sojuszników, musieliśmy sami walczyć o swoją godność, honor i niepodległość. Tej epoki nie musimy się wstydzić. Zostawieni sami sobie przez sojuszników, pierwsi stawiliśmy czoło dwóm największym totalitaryzmom - sowieckiemu i III Rzeszy. Zwłaszcza z tą ostatnią walczyliśmy od początku do końca na wszystkich frontach II wojny światowej. Wnieśliśmy istotny wkład w zwycięstwo (lokowani jesteśmy na czwartym miejscu pod względem leczebności sił zbrojnych), ale ponieśliśmy też jedną z największych strat - 6 028 000 obywateli polskich.
Nieugięta postawa Polski - która nigdy w tej wojnie, w przeciwieństwie do innych państw mieniących się dawniej i dziś mocarstwami, nie podpisała kapitulacji - pozwoliła na zachowanie ciągłości istnienia państwowości polskiej. Mimo że terytorium państwa polskiego i naród znalazły się pod okupacją, to państwo polskie trwało przez cały okres wojny. Jednym z głównych czynników istnienia państwowości były siły zbrojne. Bohaterska postawa żołnierzy w 1939 r., walki odtworzonych jeszcze w toku kampanii 1939 r. Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, trwanie pod okupacją hitlerowską i w powstaniu warszawskim, walki w ramach Wojska Polskiego na froncie wschodnim - są istotnym elementem historii państwa polskiego XX w.
Ta najtragiczniejsza z wojen, jakie dotknęły Polskę, doczekała się kilku tysięcy różnorodnych publikacji - od artykułów popularnych po duże opracowania monograficzne. W zależności od okresów i sytuacji polityczno-społecznej prezentowano w nich różną interpretację wydarzeń. Do lat 90. nie mówiono wiele i nie pisano prawie nic o działaniach na Kresach Wschodnich i o walkach z wojskami sowieckimi. Pomijano działania Armii Krajowej, zwłaszcza na Wołyniu, Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie, milczano o zbrodni katyńskiej popełnionej na polskich oficerach, co do których sowiecki totalitaryzm złamał wszelkie prawa międzynarodowe. W latach 40., 50. i 60. szkalowano żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, żołnierzy Armii Krajowej - nazywając ich "zaplutymi karłami reakcji". Wybitnym dowódcom sił zbrojnych Rzeczypospolitej, którzy pozostali na emigracji, bo w kraju czekały ich stalinowskie więzienia, odebrano obywatelstwo polskie. Wychwalano tylko żołnierzy armii gen. Berlinga i Żymierskiego, partyzantów Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Wbijano klin nienawiści między społeczeństwo. Działania te nie osiągnęły jednak zamierzonego celu. Społeczeństwo polskie dobrze wiedziało, jaka była prawda. Czym różnił się żołnierz walczący pod Narwikiem, Monte Cassino, Falaise czy partyzant AK, BCh lub powstaniec warszawski od tego, który walczył w szeregach GL i AL, szedł ze wschodu do ukochanej Polski tylko dlatego, że nie zdążył wyjść z łagru i dołączyć do armii Andersa lub nie miał takiej możliwości. Między krwią żołnierską przelaną na polach bitewnych nie ma żadnej różnicy. Jest ona jedna - polska. Wszyscy walczyli o wolną, suwerenną, niepodległą Polskę. To nie ich wina, że państwa koalicji antyhitlerowskiej dokonały takiego, a nie innego podziału Europy i państwa polskiego. To jest m.in. główny powód naszej pamięci i troski o to, by zło, jakie się dokonało, nigdy więcej nie wróciło.
W 2009 r. mija 70 lat od wybuchu II wojny światowej i zajęcia terytorium Polski przez III Rzeszę i ZSRR, dlatego rzeczą zasadną wydaje się podjęcie wydania popularnonaukowego dziejów oręża polskiego w latach 1939-1945. Dotychczasowe opracowania poświęcone były z reguły wydarzeniom o charakterze ogólnym lub na wyższych szczeblach działań wojennych. Ma to swoje odzwierciedlenie w opracowaniach naukowych. Jednak opracowania te czytane są na ogół przez niewielką grupę czytelników. Ze względu na mnogość różnorodnych opracowań autorzy tej książki nie zamierzają charakteryzować ich szczegółowo. Tym bardziej że opracowanie niniejsze ma być wydawnictwem popularnym, a czytelnik znajdzie pozycje literatury, na podstawie których będzie mógł rozszerzyć swoją wiedzę. Dlatego zespół autorski, wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniom społecznym, chciałby przedstawić propozycję opracowania najważniejszych wydarzeń z walk wojsk regularnych w latach 1939-1945 w formie popularnonaukowej, dostępnej szerokiej rzeszy społeczeństwa. Zespół autorski kierował się również stwierdzeniem prof. Wacława Tokarza - jednego z najwybitniejszych historyków polskich - wypowiedzianym na początku II Rzeczypospolitej, że "[...] życie nie znało i nie zna procesów, które by nakazywały zamknąć raz na zawsze księgę doświadczeń dawnych czasów, przeciwnie, wskrzesza ono nieraz zjawiska zdawałoby się całkowicie przeżyte i złożone do archiwów". Wydaje się, że to stwierdzenie jest jak najbardziej adekwatne dla uzasadnienia celu wydania tej publikacji. Kierowane ono jest do szerokich kręgów społeczeństwa, młodzieży szkolnej, studentów i wszystkich tych, którzy pasjonują się dziejami wojskowości polskiej. Opracowanie to powinno znaleźć swoje miejsce nie tylko w biblioteczkach domowych, ale głównie w bibliotekach szkolnych i studenckich.
Opracowanie - zbiór opisów wybranych działań bojowych - dotyczyć będzie walk na szczeblu taktycznym, czyli tych mniej popularnych, ale jakże istotnych dla przebiegu działań i chwały oręża polskiego. Walki te charakteryzowały się dużą zaciętością, poświęceniem i przyniosły chwałę żołnierzowi polskiemu. Nazwiska wielu z nich znalazły się na tablicach przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Dobór przykładów zapewne budzić może dyskusję, że można byłoby wybrać ich więcej lub też inne walki. W kwalifikacji kierowano się przede wszystkim ich znaczeniem dla szerszego kontekstu działań, heroizmem żołnierzy oraz starano się dobrać przykłady reprezentujące różne kierunki i obszary działań wojennych. Wydaje się, że dobrane przykłady odzwierciedlają te założenia. Starano się nie różnicować krwi żołnierskiej przelanej we wrześniu 1939 r., na Zachodzie i na froncie wschodnim. Czynnikiem warunkującym dobór i liczbę przykładów są ograniczenia "techniczne" wydawnictwa.
Całość poprzedzona wstępem ogólnym przedstawiona została w trzech głównych częściach, reprezentujących poszczególne obszary działań wojennych oręża polskiego w latach II wojny światowej. Podział ten jest logiczny i nie wymaga uzasadnienia, choć każda część z osobna mogłaby być samodzielnym opracowaniem. Każdy dział poprzedzony został również krótkim wstępem charakteryzującym ogólną sytuację polityczno-militarną danego okresu, będąc jednocześnie tłem dla opisywanych wydarzeń.
Część pierwsza opracowania Walki Wojska Polskiego w 1939 roku zawiera opis siedmiu walk stoczonych w kampanii polskiej 1939 r. Zaprezentowano działania w obronie Westerplatte - heroicznej walki około 200-osobowego pododdziału w obronie Polskiej Wojskowej Składnicy Tranzytowej w Gdańsku. Walki w osamotnieniu, prowadzonej bez szans na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz. Obrona, która miała trwać kilkanaście godzin, zamieniła się w siedem dni piekła na ziemi. Kolejny bój - Wołyńskiej Brygady Kawalerii stoczony pod Mokrą - jest przykładem zderzenia dwóch światów: kawalerii i nowoczesnych niemieckich wojsk pancernych; z boju tego polska brygada wcale nie wyszła pokonana. Udowodniła, że dobrze dowodzona, spieszona kawaleria, wsparta przez inne środki walki może powstrzymać nawet dywizję pancerną i zadać jej straty. Bój tym bardziej ważny, że osłaniał skrzydło i lukę w ugrupowaniu między armiami "Łódź" i "Kraków" na głównym kierunku uderzenia niemieckiego. Podobną rolę odgrywały oddziały w trzech kolejnych walkach: pod Borową Górą, na kierunku Jordanów - Myślenice i pod Wizną. Pod Borową Górą wzmocniony 2 pułk piechoty legionów osłaniał skrzydło armii "Łódź", zamykając główny kierunek na Warszawę. 10 Brygada Kawalerii (zmot.) skutecznie opóźniała działania XXII Korpusu Pancernego, nie pozwalając mu wyjść na tyły i skrzydło armii "Kraków", ratując ją w ten sposób od okrążenia i klęski. Pod Wizną 700-osobowy oddział kpt. Władysława Raginisa, osamotniony jak ongiś Leonidas pod Termopilami, zamknął jedyną drogę XIX Korpusowi Pancernemu gen. Heinza Guderiana z Prus Wschodnich na Białystok i Brześć. Walki pod Szackiem i Wytycznem to największe boje Grupy Operacyjnej Korpusu Ochrony Pogranicza z wojskami sowieckimi na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. Walki bez szans na zwycięstwo, ale walki o honor ze zdradzieckim agresorem, o której do lat 90. milczano. Dział zamyka opis walk Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" gen. Franciszka Kleeberga pod Kockiem, ostatniej bitwy kampanii 1939 r., prowadzonej w imię honoru żołnierza polskiego z dwoma agresorami.
Część druga Walki Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie 1940-1945 przedstawia działania jednostek regularnych Wojska Polskiego odtwarzanego już we wrześniu 1939 r. we Francji i Wielkiej Brytanii. Działania te otwiera opis walk pod Narwikiem w północnej Norwegii, w których wzięła udział Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich. Były to pierwsze od kampanii polskiej 1939 r. działania z udziałem żołnierzy i marynarzy II Rzeczypospolitej. Kolejna bitwa pod Lagarde, w której główną rolę odegrała polska 1 Dywizja Grenadierów, stoczona została w obronie Francji. Polska dywizja była jedyną jednostką skutecznie stawiającą opór Niemcom na tym obszarze. Po klęsce Francji jedynym rodzajem sił zbrojnych, które podjęły dalszą walkę, były Polskie Siły Powietrzne; te obok Marynarki Wojennej walczyły przez niemal cały okres wojny. W 1940 r. stanęły do walki w obronie Wielkiej Brytanii dywizjony myśliwskie, zapisując piękną kartę w historii lotnictwa. W ich ślady poszła polska Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich, sformowana w Afryce Północnej. To m.in. od waleczności Polaków zależało utrzymanie twierdzy Tobruk, która pełniła bardzo ważną rolę w planach brytyjskich. Po wyprowadzeniu z ZSRR Armii Polskiej gen. Andersa utworzono 2 Korpus Polski, którego działania pod Monte Cassino przeszły do legendy i panteonu bohaterstwa żołnierzy polskich. Podobną rolę po lądowaniu w Normandii odegrały 1 Dywizja Pancerna gen. Maczka i Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Sosabowskiego. Pierwsza stoczyła zacięty bój pod Falaise, Mont Ormel i Chambois. Druga wzięła udział w największej w historii II wojny światowej operacji powietrzno-desantowej w Holandii. Obok wojsk lądowych i sił powietrznych przez cały okres wojny walczyli polscy marynarze. Brali udział w wielu konwojach, w bitwie o Atlantyk i na Morzu Śródziemnym, a także w osłonie lądujących sił alianckich w Normandii.
Część trzecia Wojsko Polskie na froncie wschodnim 1943-1945 poświęcona jest działaniom żołnierzy polskich walczącym w szeregach wojska sformowanego u boku niedawnego agresora, a wówczas już sojusznika w koalicji antyhitlerowskiej. Ci żołnierze i obywatele polscy, którzy wyszli z łagrów i nie zdążyli dotrzeć do armii gen. Andersa, zaciągnęli się do jednostek tworzonego wojska pod dowództwem gen. Berlinga. Walczyli w 1943 r. pod Lenino, płacąc daninę krwi. Latem 1944 r. po wkroczeniu na ziemie polskie źle dowodzeni, często przez oficerów sowieckich, walczyli nad środkową Wisłą pod Dęblinem, Puławami i Studziankami. Walczyli przecież o Polskę, nie znając celów politycznych swojego kierownictwa. We wrześniu 1944 r., usiłując przyjść z pomocą walczącym powstańcom, zapłacili daninę krwi na przyczółkach warszawskich. Dalsza droga ich wiodła przez Wał Pomorski i Kołobrzeg. Na tym szlaku straty 1 Armii WP sięgnęły około 20 tys. żołnierzy, którzy z bagnetem i granatem w ręku szli na niemieckie bunkry. W kwietniu forsowali Odrę pod Siekierkami i Nysę Łużycką na Dolnym Śląsku, w ciężkich walkach wytyczając granice nowej Polski. 1 i 2 Armia WP wzięły udział w operacji berlińskiej, działając na skrzydłach frontów sowieckich. 2 Armia WP stoczyła ciężkie walki pod Budziszynem i Dreznem, odpierając przeciwuderzenia wojsk niemieckich idących na pomoc Berlinowi. Zdobycie Berlina stało się udziałem żołnierzy pięciu polskich jednostek, które jako jedyne z wszystkich formacji otrzymały ten przywilej.
Wszystkie opisy działań przedstawione są w jednolitej konwencji: tło wydarzenia, opis działań, krótka ocena. Uzupełnieniem są krótkie biogramy bohaterów wydarzeń oraz wykaz skrótów zastosowanych w opracowaniu. Ma to na celu lepsze zobrazowanie przedstawianej tematyki i pomóc czytelnikowi w umiejscowieniu działań.
Zespół autorski ma nadzieję, że prezentowane opracowanie przyczyni się do popularyzacji dziejów oręża polskiego w latach II wojny światowej w całym społeczeństwie, a zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Autorzy liczą, że wzrastająca liczba uczestników i obserwatorów coraz liczniejszych inscenizacji historycznych, realizowanych przez Grupy Rekonstrukcji Historycznej, skłoni czytelnika do sięgnięcia po to opracowanie, które - mają nadzieję - pogłębi jego wiedzę w tym zakresie.
Zygmunt Matuszak
Wstęp
Łukasz Politański
Rok 1939 był rokiem ostatnim w pokojowej egzystencji Europy przed wybuchem II wojny światowej. Zarzewia światowego konfliktu zbrojnego należy się jednak doszukiwać już na długo przed 1 września 1939 r. Nie do końca uregulowane przez zwycięzców wielkiej wojny sprawy wyglądu Europy i świata dały początek i pretekst do weryfikacji postanowień traktatu wersalskiego. Dotyczyło to zwłaszcza - osłabionego po pierwszej wojnie światowej - państwa niemieckiego i zaowocowało bardzo szybkim pojawieniem się wśród środowisk tam rządzących - głosów krytykujących postanowienia zawarte w Wersalu i Saint Germain. Po dojściu do władzy Adolfa Hitlera sytuacja ta uległa dalszemu pogorszeniu i została wykorzystana do tworzenia podwalin pod przyszłe hasła rewizjonistyczne.
Pomimo początkowego spokoju w stosunkach z naszym zachodnim sąsiadem, przypieczętowanych zawarciem układu o nieagresji, władze niemieckie z Adolfem Hitlerem na czele nie kryły swych poglądów dotyczących zmian w przyszłym wyglądzie Niemiec oraz Europy. Światowa opinia publiczna nie musiała długo czekać, aby przekonać się, którędy wiedzie droga prowadząca do odbudowy wielkich Niemiec. 16 marca 1938 r. wojska niemieckie wkroczyły do Austrii, przyłączając ten kraj do III Rzeszy, 1 października 1938 r. zajęły Sudety, a 15 marca 1939 r. zagarnęły Czechy i Morawy. Słowacja jako nowe państwo stała się satelitą Niemiec. Wraz z rozbiciem Czechosłowacji zakończyła się możliwość pokojowego zaspokajania ciągle rosnących apetytów Niemiec.
Przed dylematem stanęła również strona niemiecka. Hitlerowi pozostały jedynie dwa warianty działania - uderzenie na Polskę bądź Francję. Rząd niemiecki próbował zachęcić stronę polską do wejścia w struktury paktu antykominternowskiego. Po uzyskaniu odmownej decyzji stało się jasne, że Niemcy ostrze swego oręża skierują w pierwszej kolejności na wschód. Uwidoczniło się to 24 października 1938 r. podczas rozmowy ministra Joachima von Ribbentropa z ambasadorem polskim w Niemczech, Józefem Lipskim. Przedstawiciel rządu niemieckiego postulował, aby strona polska zgodziła się na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy i przeprowadzenia eksterytorialnego połączenia kolejowego i samochodowego Rzeszy z Prusami Wschodnimi.
Już 3 kwietnia 1939 r. Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) wydało rozkaz podpisany przez szefa OKW, gen. płk. Wilhelma Keitla, oraz Wytyczne w sprawie jednolitego przygotowania do wojny na rok 1939/1940. Składające się z trzech części wytyczne zostały podpisane przez Hitlera 11 kwietnia 1939 r. Część I dotyczyła zabezpieczenia granic, II pod kryptonimem Fall Weiss stanowiła plan ataku na Polskę, III zawierała rozporządzenia do zajęcia Wolnego Miasta Gdańska.
Podstawowym zadaniem Wehrmachtu było zniszczenie polskich sił zbrojnych i rozbicie państwa polskiego w wojnie błyskawicznej - Blitzkrieg. Za główne elementy prowadzenia tego typu wojny uznawano: szybkość, zaskoczenie oraz przewagę sił środków, które w połączeniu ze sprawnie przeprowadzoną mobilizacją rzucić miały przeciwnika na kolana. Jak twierdził dowódca niemieckich sił lądowych (OKH):
[...] Względy wyższej polityki wymagają, aby wojna rozpoczęła się gwałtownym uderzeniem przez zaskoczenie dla uzyskania szybkich rezultatów. Zamiarem Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych jest zapobiec regularnej mobilizacji i koncentracji polskiej armii przez niespodziewaną inwazję polskiego terytorium i zniszczenie masy polskiego wojska, którego należy się spodziewać na zachód od linii Wisła-Narew. Cel ten ma być osiągnięty przy pomocy koncentrycznego natarcia ze Śląska z jednej strony i z Pomorza i Prus Wschodnich z drugiej strony [...].
Siły Wehrmachtu podzielono na dwie grupy armii: Grupę Armii "Północ", skoncentrowaną na Pomorzu i w Prusach Wschodnich, oraz Grupę Armii "Południe" na Śląsku - z możliwością wyjścia na teren Słowacji w celu pogłębienia oskrzydlenia obszaru operacyjnego. Wojska lądowe przeznaczone do wykonania planu Weiss dysponować miały pięćdziesięcioma sześcioma dywizjami oraz samodzielnymi oddziałami stanowiącymi około dziewięciu dywizji przeliczeniowych.
W skład Grupy Armii "Północ", dowodzonej przez gen. płk. Fedora von Bocka, wchodziły: 3 armia rozwinięta w Prusach Wschodnich i 4 armia zgrupowana na Pomorzu Zachodnim. Miały one w jak najkrótszym czasie połączyć Prusy Wschodnie z Pomorzem Zachodnim oraz przy jednoczesnym uderzeniu większości sił wzdłuż Wisły na Warszawę rozbić, a następnie zniszczyć siły polskie skoncentrowane na Pomorzu i Mazowszu. Główne zgrupowanie uderzeniowe wojsk niemieckich tworzyła Grupa Armii "Południe" gen. płk. Gerda von Rundstedta. W jej skład wchodziły 8, 10 i 14 armie, skupiające trzydzieści cztery dywizje, które wraz z jednostkami wsparcia liczyły 886 tysięcy żołnierzy. Łącznie niemieckie siły zbrojne mogły wystawić armię wspartą około 3,5 tys. czołgów oraz 4 tys. samolotów, czemu strona polska mogła przeciwstawić jedynie 889 czołgów (w tym 102 przestarzałe i używane jedynie do ćwiczeń) oraz 406 samolotów.
Polski plan wojny z Niemcami opierał się w okresie międzywojennym na sojuszu zawartym w 1921 r. z Francją. Tajna konwencja tego układu przewidywała wystąpienie obu stron w wypadku mobilizacji niemieckiej lub pogwałcenia przez nie postanowień traktatu wersalskiego. Do 1935 r. większość uwagi skupiano na kwestii wschodniej, uznając za bardziej prawdopodobne niebezpieczeństwo wojny grożące ze strony ZSRR.
Sytuacja uległa zmianie w 1934 r., kiedy to rozpoczął się wzrost potęgi militarnej Niemiec. W 1936 r. na polecenie Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych Sztab Główny przystąpił do opracowania studium możliwości mobilizacyjnych Niemiec pod względem personalnym oraz studium operacyjnego ewentualnej wojny z Niemcami. Istniejący od 1936 r. prowizoryczny plan wojny z Niemcami przewidywał, że największe zagrożenie dla strony polskiej występuje na kierunku północnym, z niemieckiego Pomorza i Prus Wschodnich.
Konkretne przygotowania obronne podjęto dopiero na początku 1939 r., w związku ze wzrastającym napięciem w stosunkach z Niemcami. W drugiej połowie lutego 1939 r. Generalny Inspektor Sił Zbrojnych wydał szefowi Sztabu Głównego gen. bryg. Wacławowi Stachiewiczowi wytyczne dotyczące ogólnego podziału sił i zadań poszczególnych związków operacyjnych. 4 marca 1939 r. Sztab Główny przystąpił do prac nad planem wojny Zachód ("Z"). Od początku Polacy przyjęli wariant zakładający prowadzenie działań zbrojnych w warunkach, co najmniej, dwukrotnej przewagi sił i środków nieprzyjaciela. Zakładano również, że bez aktywnej pomocy Francji strona polska nie będzie w stanie pomyślnie prowadzić wojny. Fundamentem polskiego planu wojny była zasada prowadzenia działań opartych na obronie manewrowej. Siły polskie na przedpolu i na głównej pozycji obrony miały bronić obszarów koniecznych do prowadzenia wojny i nie dać się rozbić do czasu wystąpienia sił francuskich na zachodzie.
Zamiar marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego przedstawiał się następująco:
[...] Na hipotezie rzucenia pierwszego ataku gros sił niemieckich na Polskę opiera się mój plan operacyjny. Jest to plan defensywny. Cel jego jest: zadając Niemcom jak największe straty, broniąc pewnych koniecznych do prowadzenia wojny obszarów, wykorzystując nadarzające się sposobności do przeciwuderzeń odwodami - nie dać się rozbić przed rozpoczęciem działań sprzymierzonych na zachodzie. Muszę się liczyć z nieuniknioną na początku wojny stratą pewnych części terytorium polskiego, które się potem odbije. Po zaangażowaniu się sprzymierzonych sił w sposób zdecydowany i poważny, gdy nacisk na froncie osłabnie, będę działał zależnie od położenia [...].
Marszałek Rydz-Śmigły wyszczególnił w całości działań zbrojnych trzy etapy:
? działania opóźniające na przedpolu pozycji głównej, mające na celu spowolnić tempo natarcia wojsk niemieckich, osłaniając tym samym mobilizację jednostek w głębi kraju;
? walki na głównej rubieży obrony, mające na celu osłonić obszary kraju niezbędne do prowadzenia wojny i umożliwić zakończenie pełnej mobilizacji powszechnej. Polacy mieli wytrzymać do czasu rozpoczęcia ofensywy na zachodzie, zachowując siły zdolne do ewentualnych działań zaczepnych;
? zakończenie walk na głównej pozycji obrony i wycofanie się przy współudziale odwodów na linię Biebrzy-Narwi-Wisły-Dunajca, opartych na fortyfikacjach śląskich jako zawiasie ruchu.
Plan "Z" wyznaczał zasadniczą linię oporu, dzieląc jej obronę pomiędzy sześć armii i Samodzielną Grupę Operacyjną "Narew". Pas obrony rozciągał się od rejonu Augustowa poprzez Osowiec, Łomżę, Pułtusk, Modlin, Toruń, Bydgoszcz, Żnin, Koło, Sieradz, dalej wzdłuż biegu rzek Warty i Widawki oraz przez Częstochowę, Katowice, Bielsko, Żywiec, a na południu biegł Podgórzem Karpackim.
23 marca 1939 r. Generalny Inspektor wręczył dowódcom związków operacyjnych bardzo ogólne wytyczne dotyczące zadań, wskazówek wykonawczych i ogólnego składu sił każdego związku. Otrzymały je wyłącznie związki pierwszorzutowe.
Główną siłę północnego skrzydła polskiego ugrupowania stanowiła armia "Modlin" gen. Emila Przedrzymirskiego-Krukowicza. Miała ona opóźniać ruchy nieprzyjaciela na najkrótszym kierunku z Prus Wschodnich na Warszawę. Jej prawe skrzydło ubezpieczała SGO "Narew" gen. Czesława Młota-Fijałkowskiego. Miała ona dozorować dwustukilometrową linię frontu, koncentrując swe główne siły w rejonie Łomży. Osłonę północnego zgrupowania wojsk polskich pełnił odwód Grupa Operacyjna "Wyszków", skoncentrowana na styku obydwu związków.
W północno-zachodniej części kraju skoncentrowano armię "Pomorze" i "Poznań". Armia "Pomorze" gen. Władysława Bortnowskiego miała za zadanie osłonę kierunków z zachodniej części Prus Wschodnich na Toruń i Włocławek oraz z Pomorza Zachodniego i Gdańska na Bydgoszcz. Armia "Poznań" gen. Tadeusza Kutrzeby miała osłaniać Wielkopolskę ze szczególnym uwzględnieniem kierunku Frankfurt nad Odrą-Poznań. Na ich zapleczu miano skoncentrować Odwód "Kutno".
Główny ciężar walki miały podjąć związki operacyjne ześrodkowane wzdłuż południowych granic Polski. Armia "Łódź" gen. Juliusza Rómmla miała za wszelką cenę bronić Łodzi i Piotrkowa Trybunalskiego, zabezpieczając tym samym kierunek warszawski i koncentrację odwodu Naczelnego Wodza. Armia "Kraków" gen. Antoniego Szyllinga, opierając się na umocnieniach śląskich, tworzyła swoisty zawias zabezpieczający odwrót całej armii polskiej w kierunku południowo-wschodnim.
Na tyłach armii "Łódź" i "Kraków", w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, Kielc i Radomia, zamierzano skoncentrować odwód główny Naczelnego Wodza - armię "Prusy" gen. Stefana Dąb-Biernackiego. Szczegółowego planu użycia tej armii nie opracowano w ogóle.
W lipcu 1939 r. utworzono armię "Karpaty" pod dowództwem gen. Kazimierza Fabrycego. Jej głównym zadaniem była osłona południowej granicy Polski wzdłuż Karpat od Nowego Sącza po granicę z Rumunią, ochrona Centralnego Okręgu Przemysłowego oraz skrzydeł i tyłów armii "Kraków".
Polskie władze wojskowe, z oczywistych względów, całkowicie odrzucały możliwość prowadzenia działań zbrojnych na dwa fronty, zakładając pozostawienie na granicy wschodniej niewielkiej liczby odtworzonych w okresie mobilizacji jednostek Korpusu Ochrony Pogranicza w celu jej dozorowania.
Przewaga niemiecka, zwłaszcza techniczna, od pierwszego dnia wojny obnażyła słabość sił zbrojnych II Rzeczypospolitej. Runął w gruzy plan Naczelnego Wodza marsz. Rydza-Śmigłego. Zbyt późne ogłoszenie mobilizacji, a co za tym idzie, rozwinięcie sił zbrojnych, spowodowało, że od pierwszych chwil polskie dywizje toczyły ciężkie walki o utrzymanie swoich pozycji. Tylko poświęceniu i bohaterstwu żołnierza i dowódców szczebla taktycznego zawdzięczać możemy to, że walki te trwały 36 dni, a nie 2 tygodnie. Niemiecki Blitzkrieg nie mógł wszędzie rozwinąć swoich skrzydeł. Twarda i uporczywa obrona, często do ostatniego żołnierza, spowodowała, że Niemcy ponosili straty. Błędne decyzje niektórych wyższych dowódców powodowały, że przegraliśmy tę kampanię, bo wygrać jej nie mogliśmy. Była ona przegraną, zanim się rozpoczęła. Chociaż Francja i Wielka Brytania 3 września wypowiedziały wojnę Niemcom, to nie zrobiły nic, by wesprzeć osamotnionego sojusznika. 12 września sojusznicy podjęli decyzję o nieudzielaniu Polsce pomocy militarnej i to w chwili, gdy przeciwuderzenie armii "Poznań" i "Pomorze" święciło sukces w największej naszej bitwie zaczepnej nad Bzurą.
Działania te wykorzystali Rosjanie, atakując Polskę 17 września, wbijając zatem nam nóż w plecy. Osamotnione oddziały KOP stanęły do nierównej walki z sowieckim agresorem. Opuszczone przez Naczelne Dowództwo i rząd wojsko trwało w nierównej walce do końca, do ostatniego naboju. Kapitulowały poszczególne ośrodki walki, gdy nie miały już innej możliwości.
Kampania polska 1939 r. obfituje w wiele przykładów bohaterskich zmagań z dwoma agresorami. W tej części pracy przedstawiono te działania szczebla taktycznego, od których zależały losy poszczególnych armii lub dalszych działań na poszczególnych obszarach. Uzasadniona wydawałaby się tu wątpliwość, jaki wpływ mogą mieć walki 700 żołnierzy kpt. Raginisa pod Wizną czy zgrupowania płk. Czyżewskiego pod Borową Górą na losy działań operacyjnych. Jednak miały one ten wpływ ogromny. Od ich przebiegu, od postawy kilkuset czy kilku tysięcy żołnierzy zależały losy całych armii, a pośrednio losy wojny.
Walki na Westerplatte 1-7.09.1939
Łukasz Politański
Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 r. jednym z naglących tematów stała się sprawa dostępu do morza oraz przynależność państwowa Gdańska. Rząd niemiecki dążył, aby za wszelką cenę utrzymać istniejący status miasta, stanowiącego silnie oddziałujący na niemieckich mieszkańców tej części Europy ośrodek. Kwestia Gdańska rozwiązana została na trwającej od stycznia do czerwca 1919 r. konferencji w Paryżu. Zgodnie z postanowieniami przedstawicieli poszczególnych mocarstw utworzono z Gdańska i jego okolic Wolne Miasto, terytorialnie odrębne; niezależne ani od państwa polskiego, ani od niemieckiego.
Kolejną niezwykle ważną kwestią stały się uprawnienia, które miały przysługiwać w Gdańsku stronie polskiej. Szczególny nacisk obie strony kładły na prawo do posiadania w tym mieście baz dla własnych sił zbrojnych, a w szczególności marynarki wojennej. Zgodnie z postanowieniem Rady Ligi Narodów z czerwca 1921 r. uznano, że Polska posiada szczególne uprawnienia w sferze zapewnienia miastu ochrony na lądzie, w przypadku gdyby miejscowe siły policyjne okazały się niewystarczające. Trzy lata później Liga Narodów uchwaliła, że będący własnością Rady Portu i Wolnego Miasta półwysep Westerplatte stanowić będzie teren polskiej składnicy materiałów wybuchowych i wojskowych, transportowanych przez port Gdański. Ten liczący 60 ha teren przekazany został przez Senat Gdański Radzie Portu, która z kolei oddała go w bezpłatne i bezterminowe użytkowanie rządowi polskiemu. Wraz z przyznaniem Polsce tych terenów Rada Portu zobowiązała się do wykonania basenu przeładunkowego i doprowadzenia do niego linii kolejowej, co było jednym z warunków przystosowania obiektu do pełnienia funkcji składnicy amunicyjnej. Mimo szybko posuwających się na półwyspie prac przed rządem polskim pozostał jeszcze jeden problem. 22 października 1925 r. strona polska wystąpiła do Wysokiego Komisarza Ligi Narodów o udzielenie zgody na przebywanie na Westerplatte oddziału wartowniczego. W atmosferze sprzeciwu senatu Wolnego Miasta - Rada Ligi Narodów ustaliła ostatecznie, że na terenie placówki może stacjonować oddział wartowniczy liczący łącznie 88 ludzi, w tym 2 oficerów, 20 podoficerów i 66 szeregowych, uzbrojonych i umundurowanych zgodnie z polskimi regulaminami. Jednocześnie rząd polski zastrzegł sobie możliwość zwiększenia obsady placówki w przypadku pojawienia się szczególnych okoliczności. Wejście na teren placówki było możliwe jedynie po okazaniu specjalnej przepustki. Opuszczanie składnicy przez umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy było kategorycznie zabronione. W celu ochrony terenu Westerplatte Rada Portu powołała niezależną od władz gdańskich policję portową. Stronie polskiej zakazano wznoszenia na terenie półwyspu jakichkolwiek obiektów fortyfikacyjnych. Pierwszy pododdział przybył na teren "Wojskowych Magazynów Tranzytowych", nazwanych później "Wojskową Składnicą Tranzytową", 18 stycznia 1926 r. i składał się z 2 oficerów, 4 podoficerów i 16 szeregowych. W celu zwiększenia bezpieczeństwa składnicy od strony kanału portowego, a więc wzdłuż granicy zachodniej, oraz na odcinku południowym wzniesiono z cegły mur wysokości 2 metrów, pozostawiając w nim dwie bramy: główną - od strony kanału i kolejową - we wschodniej części muru. Od strony morza zorganizowano system zasieków z drutu kolczastego.
Początkowo na terenie Westerplatte nie było żadnego obiektu, który spełniałby wymogi stawiane przez ówczesne pole walki. Najbardziej wyróżniającym się na półwyspie obiektem była, wykonana z "muru pruskiego", willa oficerska. Na zachód od niej w odległości około 300 metrów znajdował się parterowy budynek mieszkalny dla starszych podoficerów. Kwatery dla żołnierzy i kadry liniowej znajdowały się w dawnych pomieszczeniach wypoczynkowych, znajdujących się pomiędzy willą oficerską i podoficerską. W celu polepszenia warunków bytowych żołnierzy oraz zwiększenia obronności terenu składnicy, w 1933 r. przystąpiono do budowy na jej terenie czterech wartowni, które razem z nowo wybudowanymi w centrum koszarami oraz ze wzmocnioną podpiwniczeniem willą stworzyć miały pierścień obrony, zdolny na wypadek konfliktu zbrojnego do 36-godzinnego oporu.
W celu zachowania pozorów przestrzegania zobowiązań względem władz Wolnego Miasta prace fortyfikacyjne były odpowiednio maskowane i prowadzone przy zachowaniu daleko idącej ostrożności. Nowo powstałe wartownie miały do złudzenia przypominać typowe budynki o tym przeznaczeniu. Budowane były według specjalnego projektu, na planie kwadratu o wymiarach 7 × 7 metrów. W piwnicy każdej z wartowni znajdował się schron bojowy. W przypadku Wartowni nr 1 rozmiary jego wynosiły 2 × 1,5 m, przy grubości ścian 50-60 cm i wykonanym z żelbetonu stropie. Zorganizowano tutaj dwa, oddzielone od siebie ścianką, stanowiska na ckm. W stanowiących strzelnice okienkach, zabezpieczonych metalową płytą, wmontowane były czopy, na których osadzano ckm-y. Mury zewnętrzne wartowni wykonano z zaprawy cementowo-wapiennej o grubości od 45 do 60 cm. Aby umożliwić żołnierzom prowadzenie ognia w postawie stojącej, okna umieszczone były stosunkowo wysoko, a ich wielkość umożliwiała zastosowanie dodatkowej ochrony w postaci worków z piaskiem. W podstawie każdego okna znajdowało się mocowanie na ręczny karabin maszynowy.
W wyniku podjętych prac, na południowym odcinku granicy Westerplatte, w pobliżu muru z cegły, wzniesiono Wartownię nr 2. Jej zadaniem było zabezpieczenie dostępu do bramy głównej oraz kanału portowego. Niedaleko schronów amunicyjnych, w pobliżu toru kolejowego wybudowano Wartownię nr 4 z zadaniem obrony terenu składnicy od strony basenu amunicyjnego i wzdłuż toru kolejowego. Również przy torze kolejowym, w okolicy willi oficerskiej powstała Wartownia nr 5. Miała ona razem z Wartownią nr 1 bronić kierunku wschodniego, lądowego - łączącego Westerplatte z Wisłoujściem.
Kolejnym etapem prac fortyfikacyjnych wykonywanych na półwyspie Westerplatte, była budowa koszar, mających stanowić w założeniu projektantów rdzeń polskiej obrony. Podstawowym warunkiem, jaki spełniać miały koszary, było zabezpieczenie przed bombardowaniem lotniczym bądź ogniem artylerii dowolnych kalibrów. Był to budynek trójkondygnacyjny, wykonany z cegły uzupełnionej elementami żelbetonowymi o grubości dochodzącej do 60 cm. Na najniższą kondygnację składały się: izba dowodzenia z centralą telefoniczną i radiostacją dalekiego zasięgu, skład amunicji, elektrownia, motopompa, centrala ogrzewniczo-wentylacyjna i szereg innych urządzeń. We wschodniej jej części znajdowała się kabina bojowa z trzema stanowiskami ckm, nazywana Wartownią nr 6. W pozostałych kondygnacjach znajdowały się pomieszczenia sanitarne, gospodarcze oraz służbowe.
W celu zwiększenia wglądu na przedpole rozebrane zostały trzy spośród pięciu domów letniskowych, a gruz z nich wykorzystano do wyrównywania dołów, rowów i innych przeszkód tworzących martwe pola w polskim systemie obrony. Na kierunkach szczególnie niebezpiecznych przerzedzano drzewostan i karczowano krzewy, mogące również posłużyć jako osłona dla ruchów nieprzyjaciela. Szczególnie niekorzystnie sprawa ta przedstawiała się na przedpolu Wartowni nr 1 i 5 najbardziej wysuniętych w kierunku Wisłoujścia. Prace prowadzone niemalże do wybuchu wojny wykonywano tak, aby nie wzbudzać zainteresowania posterunków policji gdańskiej.
Tymczasem sytuacja w Europie zaczęła się zaogniać w błyskawicznym tempie. 15 marca 1939 r. III Rzesza zajęła Czechosłowację. Tydzień później wojska niemieckie wkroczyły do Kłajpedy. Wszystkie te wydarzenia na tle żądań, jakie wystosował rząd niemiecki do strony polskiej, oznajmiały nieuchronnie zbliżający się konflikt zbrojny. Atmosfera niepokoju ogarnęła również i załogę Westerplatte. 20 marca 1939 r. do dowództwa składnicy wpłynął rozkaz ostrego pogotowia całej załogi, połączonego z nakazem zaciemniania terenu po zmroku, oraz zwiększenia ilości wysyłanych patroli. Żołnierze zostali zapoznani ze znajdującymi się pod podłogami poszczególnych wartowni schronami.
W toku prac zorganizowane zostały kolejne gniazda oporu. W celu zabezpieczenia wysuniętych w kierunku przesmyku lądowego Wartowni nr 1 i 5, w miejscu gdzie przybijał prom łączący brzegi kanału portowego Westerplatte z Nowym Portem, wzniesiono placówkę "Prom". Składały się na nią dwa schrony ziemno-drewniane, rów strzelecki oraz polowe stanowiska ckm zabezpieczone zasiekami z drutu kolczastego. Na terenie pomiędzy placówką "Prom" a torem kolejowym zorganizowano, przy wykorzystaniu ściętych pni drzew, zaporę przeciwpancerną. Na lewo od placówki "Prom", na wprost bramy kolejowej przygotowano stanowisko ogniowe dla ckm oraz 6 osób - nazwane następnie placówką "Wał". Miała ona przyjąć na siebie pierwszy atak, zabezpieczając Wartownie nr 4 i 5 oraz dając placówce "Prom" sygnał o zbliżającym się nieprzyjacielu. Wykorzystując położone w głębi półwyspu dawne stanowisko dla działa artylerii nadbrzeżnej, a dokładniej betonowy schron na amunicję do tegoż działa, zorganizowano placówkę "Fort" z zadaniem powstrzymania wroga próbującego przebić się od strony morza. Na skraju lasu, pomiędzy kanałem portowym, Basenem Amunicyjnym i elektrownią wykonano umocnienia polowe, tworząc opartą na nim placówkę "Przystań". Miała ona powstrzymać ewentualny atak na zachodnim odcinku kanału portowego, zablokować dostęp do Basenu Amunicyjnego oraz wesprzeć swym ogniem Wartownię nr 2. W celu zwalczania prób desantu nieprzyjaciela z morza zorganizowana została na plaży w pobliżu basenu amunicyjnego placówka "Łazienki". Na wale schronu amunicyjnego nr 19, naprzeciw bramy wjazdowej do basenu, zorganizowano stanowisko ogniowe mające prowadzić ogień na rzecz placówki "Łazienka" oraz wystawionej na lewo od niej placówki "Elektrownia".
Możliwość utrzymania zorganizowanego w ten sposób punktu oporu była ściśle związana z jego uzbrojeniem. Tymczasem załoga Wojskowej Składnicy Tranzytowej dowodzona przez mjr. Henryka Sucharskiego dysponowała niezwykle szczupłą ilością broni ciężkiej, przemyconej na teren składnicy w wagonach kolejowych. Ostatecznie na półwyspie znalazły się:
? armata wz. 02/26 kal. 75 mm pod dowództwem kpr. Eugeniusza Grabowskiego - okopana w pobliżu elektrowni, na skraju lasu od Nowego Portu. Jej zadaniem była likwidacja stanowisk broni maszynowej, zorganizowanych przez nieprzyjaciela po przeciwnej stronie kanału portowego;
? dwa działka przeciwpancerne Bofors wz. 36 kal. 37 mm, dowodzone przez plut. Józefa Łopatniuka, umieszczone w terenie tak, aby bronić najbardziej zagrożonych kierunków: od głównej bramy wjazdowej prowadzącej na Wartownię nr 1 (działko nr 1) oraz od bramy kolejowej wzdłuż torów kolejowych (działko nr 2);
? cztery moździerze Stokes-Brandt kal. 81 mm pod dowództwem plut. Józefa Bieniasza, ulokowane w pobliżu koszar.
Dodatkowo na uzbrojeniu placówki znalazło się osiemnaście ręcznych karabinów maszynowych Browning wz. 28, osiemnaście ciężkich karabinów maszynowych wz. 30, sześć lekkich karabinów maszynowych Maxim wz. 08/15, sto sześćdziesiąt karabinów Mauser wz. 98, czterdzieści pistoletów i rewolwerów różnych kalibrów i typów, pięćset sześćdziesiąt granatów zaczepnych i tyleż granatów obronnych.
Plan obrony Westerplatte przewidywał działanie na dwóch odcinkach - wschodnim (od strony nasady półwyspu) i zachodnim (od strony kanału portowego). Posiadane siły i środki zostały podzielone w ten sposób, że do obsadzenia zewnętrznego pierścienia obrony wykorzystano jedynie trzecią ich część. Pozostała część żołnierzy stanowiła załogę koszar i wartowni oraz obsługę broni towarzyszącej. Czas przewidywanej obrony składnicy wynosił 6 godzin i miał się zakończyć wraz z przyjściem z pomocą tzw. korpusu interwencyjnego.
Podczas gdy załoga Westerplatte przygotowywała się do ewentualnego odparcia nieprzyjaciela, Naczelne Dowództwo Wehrmachtu wydało 3 kwietnia 1939 r. rozkaz, podpisany przez szefa OKW, gen. płk. Wilhelma Keitla, oraz Wytyczne w sprawie jednolitego przygotowania do wojny na rok 1939/1940, zatwierdzone kilka dni później przez Adolfa Hitlera. Według sztabowców niemieckich zajęcia Wolnego Miasta Gdańska miała dokonać Armia "Północ" gen. płk Fedora von Bocka, przy odpowiednim zabezpieczeniu akcji przez miejscowe oddziały, które zaczęły powstawać wiosną 1939 r. pod nazwą Danzig SS-Heimwehr.
25 sierpnia 1939 r. do Gdańska przybił z trzydniową wizytą pancernik Schleswig-Holstein. Nie był to okręt najnowszej klasy, jednak siła ognia, jaką dysponował, mogła w znacznym stopniu przyczynić się do sukcesu oddziałów niemieckich walczących na Westerplatte. Na jego artylerię składały się: cztery działa kal. 280 mm, dziesięć dział kal. 150 mm (5 dział na burtę), cztery działa przeciwlotnicze kal. 88 mm.
Siły lądowe skupione w Gdańsku w ramach tzw. Grupy Eberhardta, włączonej następnie w skład niemieckiej 3 Armii, liczyły około 12 tysięcy żołnierzy wspartych 44 działami polowymi, 12 działami przeciwlotniczymi, 48 działkami przeciwpancernymi, 160 ciężkimi i 500 ręcznymi karabinami. Organizacyjnie w skład grupy wchodziły: dwa pułki Landespolizei, pułk SS-Heimwehr Danzig, batalion SS-Wachsturmbann Eimann, oddział artylerii, zmotoryzowana kompania saperów, batalion straży granicznej S.A., oddział dozoru granicznego S.A. oraz inne oddziały pomocnicze.
Złamania polskiej obrony na Westerplatte miała dokonać wchodząca w skład Kriegsmarine - kompania szturmowa por. W. Hennigsena z III Batalionu Artylerii Nadbrzeżnej w Świnoujściu. Ten liczący 4 oficerów i 225 podoficerów i szeregowych pododdział został przeokrętowany w rejonie Ławicy Słupskiej na pancernik Schleswig-Holstein, pod którego pokładem wpłynął do Gdańska.
W związku z pojawieniem się w porcie Gdańskim niemieckiego pancernika (przebywającego tam po 28 sierpnia bezprawnie) wprowadzony został na Westerplatte stan podwyższonego pogotowia, zakładający ciągłą gotowość bojową jednej trzeciej załogi. Dyskusyjna pozostaje do chwili obecnej kwestia sił, jakie zgromadzono przed wybuchem wojny na terenie składnicy. W literaturze przedmiotu spotkać można dwie dane, szacujące stan osobowy placówki na 182-210 ludzi.
Walki w rejonie półwyspu Westerplatte rozpoczęły się 1 września 1939 r. po godzinie 4.45. Jak czytamy w Dzienniku działań bojowych pancernika Schleswig-Holstein kmdr. Gustawa Kleikampa:
[...] O godzinie 4.47 padł rozkaz: "Rozpocząć ostrzał!". Dokładnie sześćdziesiąt sekund później "Schleswig-Holstein" otworzył ogień w kierunku Westerplatte.
Ostrzał artylerii prowadzony z niemieckiego okrętu wymierzony był głównie w zabudowania znajdujące się w południowo-wschodniej części półwyspu.
Po chwilowym "zagłuszeniu" polskiej załogi oraz zrobieniu wyłomów w okalającym składnicę murze, do akcji weszły trzy plutony kompanii szturmowej. Jako pierwsze miały stawić czoło atakującemu nieprzyjacielowi załogi wysuniętych najdalej w stronę Wisłoujścia placówek "Prom" i "Wał". Należy nadmienić, że duży wpływ na opanowanie zdenerwowania, jakie wybuchło wśród widzących pierwszy raz wojnę żołnierzy, miał chor. Jan Gryczman - weteran z czasów I wojny światowej. Dzięki jego postawie oraz innych dowódców - pierwszy atak został odparty, a nieprzyjaciel zmuszony do odwrotu. Obrońcy poszczególnych placówek pozwolili podejść żołnierzom niemieckim na bliską odległość, zwiększając tym samym skuteczność prowadzonego ognia. Jak relacjonował po latach dowódca jednego z ckm ulokowanego na placówce "Prom", plut. Władysław Baran:
[...] Puściłem bez chwili namysłu długą serię, zamykając jak najszczelniej drogę odwrotu tym, którzy usiłowali wyrwać się z pułapki i jednocześnie drogę natarcia owym ugrupowaniom. Los oddziału zamkniętego z jednej strony moją zaporą ogniową, z drugiej zaś - ogniem kolegi Szamlewskiego, został przesądzony. Podawaliśmy sobie uciekających w popłochu Niemców dosłownie z rąk do rąk, niszcząc do ostatniego celnym ogniem broni maszynowej.
Równocześnie zaplecze placówki "Prom" ostrzelane zostało z broni ręcznej umieszczonej w budynku niemieckiej wartowni przy bramie głównej składnicy. Choć prowadzony ogień nie był celny, to w przypadku ewakuacji placówki mógł stanowić zagrożenie dla wycofujących się żołnierzy. W celu zabezpieczenia tego kierunku kpr. Andrzej Kowalczyk, strz. Bronisław Uss i strz. Antoni Łankiewicz granatami ręcznymi zlikwidowali niemiecką wartownię.
Od pierwszych chwil w obronie składnicy udział wzięło jedyne posiadane przez Polaków działo. Armata wtoczona została do przygotowanej wcześniej działobitni, z zadaniem zlikwidowania wrogich stanowisk ckm zorganizowanych w oknach budynków w Nowym Porcie. Jak wspominał kpr. Grabowski:
[...] Obsługa pracuje zupełnie spokojnie jak na poligonie, celowniczy dokładnie celuje, tak go uczono... "Gotowe, od działa pal!". [...] I tak kolejno, w lewo, budynek po budynku, okno po oknie [...].
Tymczasem pluton niemieckich pionierów po wycofaniu się za mur i uporządkowaniu swoich szeregów, podjął kolejną próbę przełamania polskiej obrony, przesuwając ciężar walki na placówkę "Wał". Na skutek zacięcia się jedynego posiadanego rkm jej dowódca, kpr. Edmund Szamlewski, postanowił opuścić zajmowane stanowisko i wycofać się na placówkę "Fort". W wyniku zaistniałej sytuacji nieprzyjaciel skierował swój marsz na południe, w celu wyparcia Polaków z placówki "Prom". Sytuacja stała się na tyle groźna, że por. Leon Pająk poprosił kpt. Franciszka Dąbrowskiego (zastępca dowódcy) o wsparcie ogniem moździerzy. 26 salw oddanych z czterech moździerzy zmusiło nieprzyjaciela do zaprzestania szturmu i wycofania na pozycje wyjściowe. Podobnie zakończyła się akcja 1 plutonu kompanii szturmowej próbującego zdobyć, frontalnym atakiem wzdłuż plaży, placówkę "Fort".
O godzinie 6.22, po półtoragodzinnej walce, dobiegł końca pierwszy atak kompanii szturmowej na Wojskową Składnicę Tranzytową. W wyniku poniesionych przez kompanię strat sięgających 50 osób postanowiono wycofać się na pozycje wyjściowe. Po analizie dotychczasowego przebiegu działań dowództwo niemieckie doszło do wniosku, że nie jest możliwe zdobycie składnicy niespodziewanym atakiem, a jedyną szansą dla szturmujących pozycje polskie oddziałów może być odpowiednie przygotowanie artyleryjskie. W tym celu około godziny 7.40 rozpoczęto ostrzał artyleryjski placówki "Prom". Trwające do godziny 8.55 przygotowanie artyleryjskie wyeliminowało z walki jedyne posiadane przez stronę polską działo.
Do akcji weszły ponownie pododdziały z kompanii szturmowej wsparte wzmocnionym plutonem SS Heimwehr-Danzig. Sytuacja placówki "Prom", na której skupił się główny impet uderzenia, stawała się beznadziejna, a jej załodze groziło odcięcie od własnego zaplecza. Decyzją chor. Gryczmana, po godzinie 9.00, rozpoczął się odwrót w kierunku Wartowni nr 1. Na drodze nieprzyjaciela, któremu udało się opanować skrawek terenu, stanęły teraz trzy osłaniające się ogniem punkty oporu - Wartownie nr 1, 2 i 5. Mimo wprowadzenia do walki kolejnego plutonu SS wspartego jednym działem niemiecki atak "ugrzązł" w terenie, kończąc się ostatecznie o godzinie 12.45.
Osiągnięte przez Polaków tego dnia zwycięstwo, uwidaczniające się w odparciu wszystkich ataków nieprzyjaciela, znacznie podbudowało morale załogi, rekompensując początkowe rozczarowanie powstałe w wyniku olbrzymiej przewagi technicznej wroga. Nie obyło się jednak bez strat. Poległo pięciu żołnierzy, a kilku było rannych, w tym por. Pająk. Celny ostrzał artyleryjski wroga wyeliminował z walki jedyne posiadane na placówce działo. Zmianie uległa rubież obrony, która po oddaniu fragmentu terenu i zejściu z wysuniętych placówek oparła się na Wartowniach nr 1 i 2 oraz na placówce "Fort".
Sprawa przebiegu walk na Westerplatte zaczęła interesować wyższe kręgi dowództwa niemieckiego. Adolf Hitler domagał się zdobycia składnicy najpóźniej do 2 września. Brak efektów tłumaczono na różne sposoby. Początkowo uwagę skupiono na rzekomo błędnej taktyce oddziałów szturmowych, obarczając winą za niepowodzenie ciężko rannego dowódcę kompanii szturmowej, por. mar. Henningsena, a po jego śmierci - całą kompanię. Gdy to się okazało niewystarczające, podano informacje o wybudowanym na półwyspie małym Verdun - silnie rozbudowanym pod względem fortyfikacyjnym ośrodku oporu.
Nieprzyjaciel kierowany doświadczeniem nabytym podczas pierwszego dnia walki zmienił swoją taktykę. Przez kilka kolejnych dni każdy poranek na Westerplatte zaczynał się podobnie - od silnego ostrzału artyleryjskiego. Następnie do akcji wkraczało wrogie lotnictwo, bombardując teren całej składnicy. Wyjątkowo tragiczny w skutkach okazał się nalot przeprowadzony 2 września przez dwa dywizjony Junkersów. Na półwysep zrzucono 8 bomb o wadze 500 kg, ponad 50 bomb 250-kilogramowych oraz 200 bomb o wadze 50 kg. W wyniku nalotu Wartownia nr 5 została całkowicie zniszczona, utracono wszystkie cztery moździerze. Zerwana została łączność pomiędzy poszczególnymi punktami oporu, a awaria wodociągu znacznie ograniczyła dostęp załogi do wody pitnej. Ataki piechoty nie były przeprowadzane z tą, jakże widoczną pierwszego dnia walki zawziętością, i skupiały się raczej na drobnych wypadach kontrolujących "kondycję" polskiej załogi.
Po odzyskaniu przez żołnierzy polskich równowagi psychicznej, nadszarpniętej działaniem niemieckiego lotnictwa, przystąpiono do naprawy szkód. Zniszczenie Wartowni nr 5 odsłaniało nieprzyjacielowi niezwykle ważny taktycznie kierunek, wyprowadzający od strony Wisłoujścia. W celu jego zabezpieczenia kpt. Dąbrowski podjął decyzję o zorganizowaniu w pobliżu ruin wartowni trzech placówek, w tym najsilniejszej, znajdującej się w centrum - placówki "Tor". W ten sposób wieczorem 2 września linia obrony przebiegała od plaży, przez placówki "Fort" i "Tor" w kierunku Wartowni nr 1 i 2.
W ciągu kolejnych czterech dni działania nieprzyjaciela, z niewielkimi jedynie wyjątkami, były analogiczne do tych, które prowadzono 2 września. Jeden z tych "wyjątków" to atak Niemców w nocy z 5 na 6 września. Wtedy to nieprzyjaciel postanowił przy wykorzystaniu cysterny z benzolem toczonej po torze kolejowym podpalić las utrudniający ataki na Westerplatte. Ostatecznie cysterna nie dotarła do celu, wykolejając się na rozmontowanej wcześniej szynie. Reszty dopełnił celny ogień prowadzony z polskiej placówki, który zapalił znajdujące się w cysternie paliwo, niwecząc misternie przygotowany przez wroga plan.
Sytuacja obrońców składnicy stawała się beznadziejna. Całkowity niemal brak wody pitnej, niehigieniczne odżywianie i złe warunki bytowe dały o sobie znać, przyczyniając się do szeregu zachorowań natury jelitowej. U wielu z żołnierzy występowały dolegliwości typowe dla pola walki, takie jak: choroba "prochowa" (podtrucie gazami prochowymi), bojowe urazy narządu słuchu czy wreszcie tzw. zespół wyczerpania walką. W szpitalu polowym brakowało już nie tylko miejsca, ale i podstawowych leków i materiałów opatrunkowych. Wszystkie te czynniki wpłynęły na pojawienie się wśród dowództwa Wojskowej Składnicy Tranzytowej rozbieżności co do sensu prowadzenia dalszej obrony.
Tymczasem strzały z pancernika Schleswig-Holstein oznajmiły początek kolejnego, siódmego dnia obrony, mającego przynieść ostateczne zakończenie walk. Dokładnie o godzinie 5.00 nieprzyjaciel rozpoczął szturm polskich pozycji, działając w dwóch zasadniczych kierunkach: wzdłuż toru kolejowego oraz przez opuszczoną placówkę "Prom" na linie Wartowni nr 1 i 2. Na prawym skrzydle jego ugrupowania walkę prowadził pluton pionierów wsparty plutonem kompanii szturmowej. Lewe skrzydło organizowały dwa plutony pionierów. W drugiej linii ugrupowane zostały dwa pozostałe plutony z kompanii szturmowej. Całej akcji towarzyszyło silne wsparcie niemieckiej artylerii, eliminujące z dalszej walki Wartownię nr 2. Sam atak piechoty został odparty po raz kolejny. Co ciekawe, prowadzący go żołnierze skarżyli się na wzmożoną działalność "strzelców nadrzewnych", prosząc bezustannie o dodatkowe wsparcie artylerii.
Utrata Wartowni nr 2 była decydującym momentem w prowadzonych tego dnia walkach. Luka powstała w polskim ugrupowaniu wymuszała zwinięcie polskich placówek i wycofanie żołnierzy do koszar, co przy takim natężeniu ognia artylerii było niemożliwe do wykonania. Stan zdrowia rannych, pozbawionych z braku odpowiednich leków i sprzętu odpowiedniej pomocy lekarskiej, przedstawiał się coraz gorzej. Oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz, przy dochodzących wiadomościach o zajęciu przez nieprzyjaciela znacznych obszarów kraju, było całkowicie nierealne. Prawdopodobnie mjr Sucharski już 31 sierpnia został poinformowany o rezygnacji polskiego dowództwa z planów jakiegokolwiek wsparcia czy prowadzenia działań odciążających na rzecz składnicy. Wszystkie te czynniki wpłynęły ostatecznie na podjęcie przez dowódcę Westerplatte decyzji o kapitulacji składnicy.
Niezwykle ciężkie do oszacowania do chwili obecnej pozostają straty, jakie poniósł nieprzyjaciel podczas siedmiodniowych walk. W praktyce stronie niemieckiej zależało, aby uszczuplić poniesione straty, a tym samym choć częściowo oddalić od siebie "blamaż" związany z efektywnością podjętych działań. W sumie poległo około 300 osób, a 700 odniosło rany. Straty strony polskiej wyniosły: 15 zabitych, 13 ciężko rannych, 25-40 lekko rannych, z tym że los siedmiu żołnierzy figurujących na listach ewidencji Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte z 31 sierpnia 1939 r. do dnia dzisiejszego nie jest znany.
Od samego początku działań zbrojnych obrona Westerplatte, choć wiązała walką znaczne siły wroga, miała znaczenie bardziej moralne niż operacyjne i nie wpływała w sposób bezpośredni czy decydujący na ogólny przebieg działań toczących się na terenie odciętego od reszty kraju Pomorza. W czym więc tkwił powód taktycznego sukcesu żołnierzy broniących półwyspu? Podstawowym czynnikiem warunkującym taki właśnie charakter walk było odpowiednie przygotowanie terenu pod względem fortyfikacyjnym. Doskonale usytuowane w terenie wartownie stanowiące swoiste punkty oporu, uzupełnione wysuniętymi placówkami, tworzyły pierścień ogni płaskich wzajemnie się flankujących.
Zawyżone było również znaczenie, jakie po wojnie przypisano okrętom Kriegsmarine operujących w rejonie półwyspu Westerplatte. Ogień prowadzony zarówno z pancernika Schleswig-Holstein, jak i przybyłych później - torpedowca T 196 i trałowca Von der Groeben, z wielu względów nie trafiał do celu. Było to wynikiem zarówno niewielkich odległości dzielących składnicę od zabudowań Nowego Portu, wymuszających szczególną ostrożność w prowadzeniu ognia, jak i właściwości balistycznych pocisków wystrzeliwanych z dział okrętowych Schleswiga. Mowa tu oczywiście o najcięższych pociskach dział kalibru 280 mm, które przy tak krótkim dystansie i niewłaściwym kącie nachylenia armat nie spełniały swojej roli. Niewielka odległość dzieląca okręt od atakowanego celu, wysoki kadłub oraz zbyt wysokie usytuowanie artylerii pancernika nad lustrem wody zmusiło go do prowadzenia "ognia na wprost". Wiele z wystrzelonych pocisków przeleciało nad celem, inne rykoszetowały bądź detonowały w koronach drzew.
Mimo ostatecznej kapitulacji załoga Westerplatte osiągnęła moralny sukces. Wiadomości dotyczące broniącej się, mimo olbrzymiej przewagi nieprzyjaciela, składnicy pozwalały wierzyć Polakom, że zwycięstwo jest możliwe. Jeszcze wiele lat po wojnie w pamięci ludzi powracało pozdrowienie Naczelnego Wodza marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego wygłoszone przez radio dla całej załogi składnicy: Westerplatte broni się nadal - Wytrwajcie.
Mjr Henryk Sucharski (1898-1946)
Urodzony w Gremboszowie 12 listopada 1898 r. Podczas I wojny światowej walczył w armii austro-węgierskiej, uczestniczył w walkach na froncie włoskim. Po odzyskaniu niepodległości w Wojsku Polskim wziął czynny udział w wojnie polsko-rosyjskiej. W okresie od 3 grudnia 1938 r. do 7 września 1939 r. - major Wojska Polskiego, komendant Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Po kapitulacji placówki - w niemieckiej niewoli. Po wojnie służył w 2 Korpusie Polskim. Kawaler orderu Virtuti Militari. Zmarł 30 sierpnia 1946 r. w Neapolu, pośmiertnie w 1971 r. odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari III kl. Urnę z prochami złożono na Westerplatte.
Kpt. Franciszek Dąbrowski (1904-1962)
Urodził się 17 kwietnia 1904 r. w Budapeszcie. W grudniu 1937 r. w stopniu kapitana Wojska Polskiego - przydzielony jako dowódca oddziału wartowniczego i zastępca komendanta do Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Kawaler orderu Virtuti Militari. Zmarł 14 kwietnia 1962 r. w Krakowie.