Wstęp
WSTĘP
Wieczorem 25 lipca 1965 roku Bob Dylan wszedł na scenę Festiwalu Muzyki
Folkowej w Newport w czarnych dżinsach, czarnych wysokich butach i czarnej skórzanej kurtce, zamiast znajomej gitary akustycznej niosąc
Fendera Stratocastera. Tłum zafalował niespokojnie, gdy Dylan zaczął
sprawdzać, czy jest odpowiednio nastrojony, i kiedy dołączyło do niego
pięciu muzyków towarzyszących. Po chwili zespół ostro uderzył w surowe
chicago boogie, a Dylan, starając się być słyszalny mimo najgłośniejszej
muzyki, jaka kiedykolwiek rozbrzmiała w Newport, zaczął gniewnie śpiewać
pierwszy wers: I ain't gonna work on Maggie's farm no more!
Późniejsze wydarzenia giną w chaosie sprzecznych relacji. "The New York
Times" donosił, że Dylan został jednomyślnie wybuczany przez folkowych
purystów, którzy uznali tę innowację za najgorszą herezję. Według
innych relacji Pete Seeger, tytan sceny folkowej, próbował przeciąć
kable siekierą. Niektórzy tańczyli, inni płakali. Wielu reagowało
rozpaczą i złością. Zdarzały się wiwaty, nie brakowało też osób
przytłoczonych dziką, szokującą muzyką. Jeszcze inni wyglądali na
zdumionych negatywnymi reakcjami.
Jakby rzucając wyzwanie wątpiącym, Dylan wykrzyczał początek Like a Rolling Stone (Jak błądzący łach1), swojego nowego hitu
radiowego, w którym każdy refren konfrontował ich z pytaniem: "jakie to
uczucie?". Publika odpowiedziała rykiem, który wyrażał sprzeczne
uczucia. Dylan już po trzech utworach zszedł ze sceny. Widzowie
krzyczeli głośniej niż zwykle -?niektórzy ze złości na Dylana za zdradę,
której dokonał, ale tysiąckrotnie więcej dlatego, że przyszli zobaczyć
swojego idola, a on prawie nie wystąpił. Peter Yarrow z grupy Peter,
Paul and Mary próbował ich uciszyć, ale było to niemożliwe. Wreszcie
Dylan pojawił się z pożyczoną gitarą akustyczną i zgotował Newport
chłodne pożegnanie utworem It's All Over Now, Baby Blue.
Tak wygląda legenda o Dylanie w Newport i duża jej część jest prawdą.
Seeger nie miał siekiery, ale ta historia tak się rozprzestrzeniła, że w końcu nawet on wpasował ją w swoje wspomnienia, twierdząc, że krzyknął:
Gdybym miał siekierę, przeciąłbym kabel od mikrofonu. Niektórzy
niewątpliwie buczeli, wielu klaskało, a późniejsi fani zagłębiali się w analizę fragmentów filmów z koncertu, próbując wybadać reakcje tłumu.
Było to zadanie skazane na porażkę, bo większość fragmentów spreparowano
tak, by pasowały do legendy -?zrozpaczone krzyki po zejściu Dylana ze
sceny zostały wkomponowane w inne części występu, by stworzyć złudzenie,
że ta mityczna konfrontacja została uchwycona na taśmie.
Dlaczego to miało znaczenie? Dlaczego echa pojedynczego występu jednego
muzyka nie milkną po pół wieku? Jedną z odpowiedzi może być to, że Dylan
był ikonicznym głosem dekady słynącej z buntu, a Newport stanowiło
epokowe zerwanie młodego rockmana z dawnym społeczeństwem, które go nie
zaakceptowało. Był już uznawany za nieprzewidywalnego geniusza,
uosobienie outsidera, porównywany z Woodym Guthriem, autorem Bound for
Glory, Jackiem Kerouakiem, autorem W drodze, Marlonem Brando z filmu
Dziki, Holdenem Caulfieldem z Buszującego w zbożu, wyobcowanym
Mersaultem z Obcego Alberta Camusa i -?najczęściej -?Jamesem Deanem w Buntowniku bez powodu. Był bohaterem egzystencjalnym dekady,
niezależnym przybyszem z zachodniej części kraju, snującym się nocami po
ulicach Greenwich Village, gryzmolącym cięte wersy przy porysowanych
stolikach zatłoczonych kawiarni, pędzącym z hukiem na motocyklu,
nonszalanckim krokiem wchodzącym na scenę i gotowym w każdej chwili z niej zejść.
Dylan z Newport zapisał się w pamięci jako artysta wytyczający nowe
ścieżki, kwestionujący zasady i niezważający na konsekwencje. Od tamtego
czasu zwolennicy nowych trendów w muzyce -?punku, rapu, hip-hopu,
elektroniki -?porównywali ich krytyków do nudnych folkowców, którzy nie
zrozumieli, że jak śpiewał sam Dylan, czasy się zmieniają. Skomplikowany
wybór skomplikowanego artysty w skomplikowanych czasach stał się
przypowieścią: prorok nowej ery idzie własną drogą mimo odrzucenia przez
kpiących dawnych fanów. Dylan rzucił wyzwanie establishmentowi: Coś tu
się dzieje, a pan nie wie co. Prawda, panie Jones? Sam zdefiniował
własną transformację słowami: Wtedy byłem znacznie starszy, teraz
jestem młodszy. Oddzielał siebie od ludzi, którzy próbowali go
zawłaszczyć: Staram się, jak mogę, by być, jaki jestem, ale każdy chce,
bym był taki jak on. A tych, którzy boją się chodzić nowymi ścieżkami,
przestrzega: Ten, kto się nie zajmuje swoim narodzeniem, jest zajęty
umieraniem.
W przypowieściach Dylan najczęściej reprezentuje młodość i przyszłość, a ludzie, którzy go wybuczeli, tkwią w umierającej przeszłości. Istnieje
jednak jeszcze inna wersja, wedle której to publiczność reprezentuje
młodość i nadzieję, a Dylan zamyka się za ścianą elektrycznego hałasu, w cytadeli z bogactwa, porzucając idealizm i nadzieję i sprzedając się
komercji. W tej wersji festiwale w Newport były idealistycznymi
zgromadzeniami, na których pielęgnowano kontrkulturę, próbami przed
Woodstockiem i Latem Miłości, a buczący pielgrzymi nie odrzucali tej
przyszłości, lecz próbowali ją ochronić.
Choć dzielenie historii na zgrabne dziesięcioletnie segmenty może się
wydawać banalne, lata sześćdziesiąte były okresem dramatycznych
przemian, a rok 1965 wyznaczał istotną granicę. Optymizm początku dekady
został zachwiany przez zabójstwa Williama Moore'a, Medgara Eversa,
czterech młodych dziewczyn w Birmingham, Johna F. Kennedy'ego, Goodmana,
Schwernera i Chaneya, Violi Liuzzo oraz wielu innych, a następnie, w lutym, zabicie Malcolma X. Trzy tygodnie po festiwalu w Newport wybuchły
zamieszki w Watts, dzielnicy Los Angeles, a wspólnotowy zew We Shall
Overcome (Zwyciężymy) został zagłuszony okrzykami: Czarna siła!
Zabójstwa Martina Luthera Kinga i Roberta Kennedy'ego miały się zdarzyć
dopiero za trzy lata, a wielu ludzi wciąż wierzyło w marzenie o integracji, równości i powszechnej braterskiej wspólnocie. Jednak w weekend, w którym Dylan wszedł na scenę ze swoją gitarą Stratocaster,
prezydent Lyndon B. Johnson ogłosił podwojenie liczby poborowych i zobowiązanie Stanów Zjednoczonych do zwycięstwa w Wietnamie.
Działo się to dwa lata przed Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band,
trzy lata przed protestami nazwanymi Dniami Gniewu, cztery przed
tragedią na koncercie The Rolling Stones w Altamont, pięć przed masakrą
na uniwersytecie w mieście Kent. W uproszczeniach złożonych z legendy i mądrości po fakcie Dylan jest często pamiętany jako głos tych
późniejszych lat i często się pomija, że po wypadku motocyklowym w roku
1966 usunął się w cień, przestał jeździć w trasy koncertowe, udzielał
nielicznych wywiadów, a resztę dekady spędził na nagrywaniu zagadkowych
albumów wyglądających na celowo nieświadome wydarzeń, o których
krzyczały nagłówki gazet. W roku 1968, przyciśnięty przez starego
przyjaciela, który chciał wyjaśnienia, dlaczego nie angażuje się
bardziej w protesty w sprawie Wietnamu, odparł: A skąd wiesz, że nie
jestem... zwolennikiem wojny?
My wiedzieliśmy, bo nie mógł nim być. Napisał Masters of War, ubrał w słowa niewyraźne uczucia całego pokolenia w piosence The Times They Are
a-Changin' (Czasy nadchodzą nowe2), utworem Mr. Tambourine
Man zapewnił ścieżkę dźwiękową do naszej poszerzającej się świadomości,
w Like a Rolling Stone wykrzyczał odczuwane przez nas osamotnienie i gdziekolwiek aktualnie przebywał i cokolwiek robił, te piosenki były
wszędzie i znaczyły więcej niż kiedykolwiek. Cytowaliśmy go i rozpoznawaliśmy przyjaciół po tym, że kończyli za nas cytaty: nie śledź
przywódców... patrz na parkometry, pieniądze nie gadają... tylko
przeklinają... niepotrzebna pogodynka... żeby znać kierunek
wiatru3. Był kimś więcej niż muzykiem, więcej niż poetą, z całą pewnością więcej niż dostarczycielem rozrywki. Był Zeitgeistem,
duchem czasów.
Ta książka traktuje o Dylanie z czasów, zanim stał się uświęcony, a także o Festiwalu Muzyki Folkowej w Newport i Pecie Seegerze, który
nigdy nie był duchem czasów, ale z całą pewnością patronował odrodzeniu
folku. Opowiadam tu o szczególnym Dylanie -?muzyku, który terminował
jako nastoletni rockandrollowiec i wykorzystał energię, pasję i buntownicze nastawienie z czasów tych praktyk nocą, gdy się pojawił w Newport z zespołem elektrycznym. Który był zarówno oklaskiwany, jak i wyśmiewany, lecz wyszedł z tej konfrontacji silniejszy niż kiedykolwiek.
Tego Dylana często przesłaniał inny: twórczy, medytacyjny autor
piosenek, który nie był wielkim wokalistą, gitarzystą czy wirtuozem
harmonijki ustnej ani też wspaniałym showmanem, ale pisał tak
fascynujące teksty, że nie sposób było go zignorować. Na początku lat
sześćdziesiątych XX wieku prawie każdy słyszał piosenki Dylana, zanim
usłyszał jego: w wykonaniu Seegera, Peter, Paul and Mary, Joan Baez czy
Judy Collins, setek młodych muzyków, którzy śpiewali w kawiarniach, oraz
tysięcy dzieciaków, które śpiewały dla przyjaciół, brzdąkając na
gitarze, a później wykonywane przez Johnny'ego Casha, The Byrds i Cher.
Najpierw były piosenki, a dopiero potem chudy młodzieniec o niesfornych
włosach, który jakimś sposobem je stworzył. Łatwo więc zapomnieć, że
zanim Dylan stał się poetą, nocami doskonalącym swoją ponurą sztukę, był
profesjonalnym muzykiem zakorzenionym w country, westernie, rockabilly,
R&B (rhythm and bluesie) i czystym bluesie albo że był chwalony w "The New York Timesie", a wielka wytwórnia podpisała z nim umowę jako z wokalistą i gitarzystą, zanim stał się znany jako autor piosenek,
recenzja w "Timesie" wspominała, że śpiewa utwory Blind Lemona
Jeffersona, nie Woody'ego Guthriego, a w książeczce jego pierwszego
albumu jako źródła inspiracji wymienieni są The Everly Brothers, Carl
Perkins i Elvis Presley.
W roku 1965 Dylan miał dopiero dwadzieścia cztery lata, ale już
doświadczył wielu zmian, a za każdą z nich był atakowany i krytykowany.
Kiedy był nastoletnim rockandrollowcem, na jego pierwsze występy
reagowano śmiechem i drwiną. Na muzykę folk przerzucił się ku
zakłopotaniu swojej ówczesnej dziewczyny z liceum, która podzielała jego
wczesne pasje i zaczęła pytać, dlaczego porzucił swój "ostry blues".
Kiedy ze śpiewania tradycyjnych utworów folkowych przeszedł do pisania
własnych tekstów, dawni zwolennicy oskarżyli go o melodramatyczność i cukierkowość, a jeden, natknąwszy się na maszynopis The Times They Are
a-Changin', zapytał: Co to za gówno?
Kiedy zrezygnował z pisania ostrych, zaangażowanych tekstów na rzecz
introspektywnych eksploracji politycznych, zwolennicy, którzy obwołali
go głosem pokolenia, zaczęli lamentować, że schodzi z drogi prawdy i "marnuje ich cenny czas". Po dołączeniu zespołu elektrycznego został
wygwizdany na całym świecie przez swoich udręczonych wyznawców, a szczególnie w historii zapisał się ten, który krzyknął: Judasz!
Z każdą zmianą i każdym atakiem publiczność Dylana rosła, a nowi fani
zawsze czuli się lepsi od tych starych, którzy go nie rozumieli. Każda
kolejna fala obwoływała go zbuntowanym outsiderem. Elektryczna apostazja
w Newport była najbardziej dramatyczną deklaracją niepodległości,
symbolem dekady buntu i pokolenia, które nie chciało odnieść sukcesu na
warunkach dyktowanych przez rodziców czy nauczycieli ani się poddać
establishmentowi, systemowi, maszynie. Jeśli buczenie podczas
festiwalowego występu często wyolbrzymiano, to dlatego, że było częścią
legendy, stanowiło dowód, że niezależnie od tego, jak wysokie lokaty
zajmowały utwory Dylana na listach przebojów, nie sprzedawał się ani nie
próbował nikomu się przypodobać, lecz dzielnie podążał własną drogą.
To także książka o Newport i scenie folkowej, wczesnych latach
sześćdziesiątych, ruchu obrony praw obywatelskich, triumfie rocka,
światach, które kształtowały Dylana, odrzucały go, przyjmowały, uczyniły
z niego ikonę i także podążały własną drogą -?czasem z nim, a kiedy
indziej bez niego. Festiwale Muzyki Folkowej w Newport z tamtego okresu
nie przypominały żadnych innych zgromadzeń wcześniej czy później w historii, a niektórzy ludzie wspominający je ze szczególnym sentymentem
nie interesują się Dylanem i nie potrafią nawet sobie przypomnieć, czy w ogóle widzieli go na scenie. Dla wielu z nich Newport było również
symbolem buntu przeciwko żądaniom i oczekiwaniom mainstreamu -?nie tylko
tego oznaczającego segregację rasową i militaryzm, lecz przeciwko
mainstreamowi sprzedającemu miliony egzemplarzy płyt gwiazd rocka, popu
czy nawet muzyki folkowej.
W Newport występowało wielu artystów starszych i bardziej
konserwatywnych od Dylana, nierzadko schludniejszych i bardziej
przystępnych, a także wielu młodszych, dzikszych, trudniejszych,
bardziej zaangażowanych, radykalnych lub mniej znanych. Odrodzenie folku
był to zróżnicowany, ewoluujący świat, który z perspektywy czasu łatwiej
pamiętać jako grupę miłych chłopaków i dziewczyn z gitarami,
zapominając, że oprócz nich występowali Mississippi John Hurt, Eck
Robertson, Moving Star Hall Singers, Blue Ridge Mountain Dancers, Jean
Carignan, Spokes Mashiyane, Bill Monroe, Maybelle Carter, Son House,
Muddy Waters i Reverend [Wielebny] Gary Davis. W szoku wywołanym tym,
że Dylan w elektryczny sposób stworzył się na nowo, łatwo pominąć fakt,
że w ten sam weekend w Newport wcześniej od niego elektryczne sety
zagrali Lightnin' Hopkins, The Chambers Brothers i The Paul Butterfield
Blues Band. Łatwo też oddzielić Dylana, samotnego geniusza, od
przyjaciół, rówieśników i rywali, którzy mu pomagali, uczyli go,
inspirowali i wywierali na niego wpływ. Byli to: Dave van Ronk, Eric von
Schmidt, John Koerner, The Clancy Brothers, The New Lost City Ramblers,
Jim Kweskin, Peter Stampfel, Len Chandler, Joan Baez, a także
przedstawiciele starej gwardii, która ich powitała, czasem gorliwie,
innym razem z obawami: Alan Lomax, Sis Cunningham, Irwin Silber, Odetta,
Theodore Bikel, Oscar Brand i -?zawsze obecny -?Pete Seeger.
Seeger jest tu centralną postacią, bo historia Dylana w Newport jest
również opowieścią o tym, co zbudował, co znaczyło dla niego to miejsce
i o światłach, które przygasały, gdy wzmacniacze zaczynały pobierać
prąd. To opowieść o tym, co zostało utracone, a co zyskane, o przeplatających się ideałach i marzeniach, które nigdy do siebie nie
pasowały, i o ludziach, którzy próbowali to zmienić, wierząc, że się
uda. W uproszczeniu Seeger i Dylan mogą reprezentować dwa ideały
definiujące Amerykę: Seeger -?ideał demokracji, ludzi, którzy
współpracują i sobie pomagają, żyją, wierzą i traktują się jak
członkowie optymistycznego społeczeństwa sobie równych, i Dylan -?ideał
twardego idealisty urządzającego sobie życie w dziczy i polegającego
wyłącznie na sobie. W takim kontekście mogą też reprezentować dwie
połowy lat sześćdziesiątych: w pierwszej muzyka folkowa była kojarzona z ruchem na rzecz praw obywatelskich, wspólnym śpiewaniem w duchu
integracji nie tylko czarnych z białymi, lecz również starych z młodymi
i teraźniejszości z przeszłością, ze starą Lewicą, ruchem robotniczym,
klasą pracującą. "Być może wszyscy jesteśmy jedną wielką duszą",
"Zwyciężymy". W drugiej połowie rock był ścieżką dźwiękową kontrkultury,
Nową Lewicą, ruchem młodzieżowym poszerzającym naszą świadomość. "Jebać
System!", "Włącz się, dostrój, odpadnij", "Uwolnij umysł, a twój tyłek
podąży za nim".
Oczywiście to uproszczenie zarówno postaci Dylana, jak i Seegera, dwóch
skomplikowanych, utalentowanych, nieśmiałych, zdeterminowanych i często
trudnych ludzi. Warto jednak o nich pamiętać, bo tak wielu pojmowało w tych kategoriach siebie i innych. W Newport w roku 1965 doszło nie tylko
do konfliktu na tle muzycznym czy zerwania z przeszłością przez jednego
artystę. Wyznaczało ono koniec odrodzenia folku jako ruchu masowego i narodziny rocka -?dojrzałego artystycznego głosu pokolenia. W swoich
połówkach dekady folk i rock symbolizowały znacznie więcej niż muzykę.
Pięćdziesiąt lat później zarówno muzyka, jak i buczenie wciąż pozostają żywe, bo Dylan nadal jest ikoną, a pokoleniu, któremu zależało, nadal zależy, ale też dlatego, że sam moment stał się ikoniczny. Książka śledzi wątki prowadzące do tego momentu, czasami próbując je rozplątać, kiedy indziej podkreślając, jak bardzo są wciąż splątane, a jeszcze innym razem podpowiadając, w których miejscach kronikarze mogli sobie wymyślić lub dodać kolejne, które nie istniały lub były niewidoczne. Czasem robili tak gwoli wyjaśnienia, a czasem, by podkreślić złożoność całej historii lub pokazać, jak dalece inaczej może wyglądać dobrze znana opowieść, jeśli spojrzymy na nią w nowym świetle. Pierwszym takim wątkiem jest Dylan, drugim festiwale w Newport, a trzecim Seeger. To oczywiście nie wszystkie, ale warto zapamiętać te trzy, ponieważ Dylan jest bohaterem, Newport scenerią, a nie sposób sobie wyobrazić Newport, Dylana czy sceny folkowej z lat sześćdziesiątych bez Pete'a Seegera.
Rozdział 1. DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ PETE
Rozdział 1
DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ PETE
Wiosną 1949 roku Pete Seeger i jego żona
Toshi zaczęli budować drewniany domek na siedmiu hektarach ziemi nad
brzegiem rzeki Hudson w pobliżu miasta Beacon w stanie Nowy Jork.
Mieszkali w namiocie i przygotowywali posiłki na ogniu, ociosywali bale,
wykopywali kamienie i mieszali zaprawę do wzniesienia komina, a jesienią
z pomocą brata Toshi i korowodu przyjaciół, którzy pomagali przy okazji
wizyt, mieli już cztery ściany, dach, proste okna i drzwi. Tego domu
nie można było nazwać wykończonym -?wspominał Seeger. Ale zbudowaliśmy
go.
W taki sam sposób zbudowali dla siebie miejsce w lokalnej społeczności.
Kiedy ich dzieci zaczęły chodzić do szkoły, Toshi się zaangażowała i wkrótce była przewodniczącą komitetu rodzicielskiego. Kiedy szkoła
potrzebowała więcej miejsca, grupka ojców zgłosiła się do oczyszczania
terenu. Pete również się zgłaszał, gdy tylko miał wolną chwilę. Praca
fizyczna sprawiała mu przyjemność, lubił brudzić sobie ręce i być
częścią ekipy. Wiele lat później brałem udział w weekendowym wypadzie
dla lewicowych wokalistów i autorów piosenek, niedaleko od Beacon. Jak
zawsze na takich spotkaniach nie brakowało manifestacji ego -?uczestnicy
popisywali się umiejętnościami muzycznymi, nowymi kompozycjami, większym
doświadczeniem, biegłością w głoszeniu radykalnych przekonań. Pete -
wówczas po sześćdziesiątce, cieszący się sławą bez mała ikony -?drugiego
dnia pojawił się na obiedzie, gdzie poproszono go o powiedzenie kilku
słów. Jeśli dobrze pamiętam, jego całe przemówienie brzmiało: To
wspaniałe wydarzenie i żałuję, że nie mogę spędzić z wami całego
weekendu. Niestety mogę tu być tylko kilka godzin, więc jeśli ktoś chce
ze mną porozmawiać, zapraszam do kuchni. Porozmawiamy przy myciu
naczyń.
Poznać Seegera nie było łatwo, tak samo jak polubić, ale podziw dla
niego przychodził z łatwością, zwłaszcza że był to człowiek, który
potwierdza słowa i przekonania czynami. Niektórzy mogliby uznać pomysł
własnoręcznej budowy takiego domu za pretensjonalny. Chłopak z Harvardu,
który próbuje wiejskiego życia na kawałku prerii półtorej godziny drogi
na północ od Manhattanu. Towarzyszyło temu wciąganie na scenę kłody i rąbanie jej siekierą, co stanowiło akompaniament do teksańskiej piosenki
robotniczej. Mój starszy brat widział to w jego wykonaniu w końcówce lat
pięćdziesiątych i na zawsze zapamiętał jako żałosną ściemę. Jednak,
żałosne czy nie, dom powstał, a Pete i Toshi mieszkali w nim przez
następne sześćdziesiąt lat. Dodali wygodną stodołę i kwatery dla gości,
zimą jeździli na łyżwach po pobliskim stawie i czerpali syrop z okolicznych klonów. To stanowiło część jego mitu i pasowało do
wizerunku, ale dom był prawdziwy, a kiedy Pete wracał do domu z trasy,
siadał przy kominku zbudowanym z kamieni z ich ziemi, gościł przyjaciół,
którzy wpadali pograć muzykę, i odpisywał na wszystkie listy, które do
niego pisano, podpisując każdy z nich małym rysunkiem banjo. Wyglądało
na to, że zawsze znajduje czas dla każdego, a przynajmniej bardzo się
starał.
Praktycznie w taki sam sposób Pete zbudował odrodzenie folku w latach
sześćdziesiątych -?dokładając po jednej kłodzie i jednym kamieniu.
Pomagało mu więcej osób, ale pod wieloma względami było to również
przedsięwzięcie rodzinne. Inaczej niż w wypadku domu, nie on był twórcą
-?zawsze wypychał naprzód innych, samemu wchodząc w rolę członka ekipy,
i choć zapraszał każdego napotkanego muzyka, często nie wydawał się
zadowolony z kierunku rozwoju i zmian tej sceny, aż w końcu mu uciekła.
Nawet kiedy bez wątpienia był centralną postacią, prowadził koncerty i planował Festiwale Muzyki Folkowej w Newport, częściej niż organizatorem
czy menedżerem określano go wzorem do naśladowania lub źródłem
inspiracji, a w późniejszych latach coraz częściej nazywano świętym, co
nie zawsze miało być komplementem. Na scenie emanował ciepłem i gościnnością, ale poza nią sprawiał wrażenie zdystansowanego i oschłego,
a nieustanne wysiłki podejmowane przez niego, by zawsze robić to, co
należy, potrafiły być męczące czy zniechęcające. Poza tym słuszne
działania zawsze mogły się okazać niesłuszne, niezależnie od tego, czy
chodziło o sprzeciw wobec udziału Stanów Zjednoczonych w drugiej wojnie
światowej w okresie paktu Stalina z Hitlerem, czy wobec elektrycznego
setu Boba Dylana w Newport w 1965 roku. Próbował naprawiać swoje błędy -
wstępując do wojska w 1942, nagrywając z instrumentami elektrycznymi w 1967, ubolewając nad sowiecką dyktaturą -?ale one też stały się częścią
jego legendy.
Z perspektywy czasu można stwierdzić, że owa legenda często przesłaniała
jego pracę, przez co łatwo zapomnieć, czego dokonał. To szczególnie
prawdziwe, dlatego że Seeger był przede wszystkim wykonawcą muzyki na
żywo, a na nagraniach pozostał tylko cień jego sztuki. Nie przeszkadzało
mu to -?zawsze uważał, że nagrania to tylko jeden ze sposobów wydawania
na świat piosenek i muzyki. Kiedy mówiło mu się komplement, proponował
przesłuchanie dokonań wykonawców, którzy go inspirowali. Wielu z nas
skorzystało z rady i w ten sposób odkryliśmy Woody'ego Guthriego, Lead
Belly'ego, Uncle Dave'a Macona, Boba Dylana i setki innych artystów,
których muzyka często podobała nam się bardziej niż jego. To także mu
nie przeszkadzało. Taką miał misję, a pod wieloma względami zyskała ona
ostateczny wyraz podczas Festiwali Muzyki Folkowej w Newport, zwłaszcza
pierwszych dwóch lub trzech, po tym jak w 1963 roku Pete i Toshi zajęli
się ich planowaniem i reżyserią i wymyślili je od nowa jako inkluzywne
fora dla artystów tradycyjnych z wiejskich obszarów całego kraju i świata, piosenek o ruchu praw obywatelskich i młodych muzyków, którzy
opanowywali stare wiejskie style i pisali w nich nowe piosenki o swoich
czasach i uczuciach.
Odrodzenie folku było najeżone przeciwieństwami, po części dlatego, że
nigdy w żadnym sensie nie stanowiło zorganizowanego ruchu.
Zainteresowania i osiągnięcia Pete'a były podobnie szerokie, a czasami
podobnie sprzeczne. Zawsze kusi, by uprościć historię, nadać postaciom
konkretne atrybuty lub kazać im reprezentować określone poglądy. W historiach o Bobie Dylanie, kulturze młodzieżowej lat sześćdziesiątych i narodzinach rocka Seegerowi często nadaje się rolę konserwatywnego
strażnika tradycji, który utknął w przeszłości, utrzymując stare zasady
i ideały, może i szlachetne, lecz z całą pewnością przestarzałe. W tym
uproszczeniu jest trochę prawdy, tak samo jak w twierdzeniu, że Dylan
był cynicznym karierowiczem, ale jedno i drugie przesłania ciekawsze
historie.
Pete miał zwyczaj cytować swojego ojca, Charlesa Seegera. Prawda jest
jak królik w gąszczu jeżyn. Rzadko można ją precyzyjnie wskazać. Można
tylko krążyć wokół, mówiąc: "jest gdzieś tam". Jeśli chcemy zrozumieć
odrodzenie folku, Pete jest najlepszą osobą do przeprowadzenia nas przez
gąszcz, bo zawsze tam był, krążył, wskazywał miejsca, w których mignęły
lśniące futro, spiczaste uszy czy błyszczące oczy, i może tylko czasem
wydawało mu się, że widział królika, przekonywał ludzi, że też go
widzieli, i był zdumiony lub rozczarowany, kiedy się okazywało, że go
nie ma albo że to coś innego. Przez dwa lub trzy lata we wczesnych
latach sześćdziesiątych wielu ludzi krążących wokół tej gęstwiny
uważało, że królikiem jest Dylan, a chwilami niektórzy sądzili, że
dostali go w swoje ręce. I chociaż zawsze się wymykał, przez kilka lat
scena folkowa niewątpliwie była jego gąszczem jeżyn.
Choć metafora jest mało przejrzysta, warto o niej pamiętać, bo tendencje
i kliki działające na amerykańskiej scenie folkowej w późnych latach
pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych były niemożliwie
zagmatwane, ale Seeger działał jako przewodnik praktycznie dla
wszystkich, bez względu na to, czy uważali samych siebie za
tradycjonalistów, rewizjonistów, agitatorów czy potencjalne gwiazdy
popu. Nawet ci, którzy upierali się przy wydeptywaniu w gąszczu własnych
ścieżek, nie mogli uciec przed jego wpływem, bo ich ścieżki częściowo
definiowało omijanie tych, którymi podążał on. Na niektóre z najistotniejszych elementów historii lub twórczości Seegera często macha
się ręką lub o nich zapomina -?dokładnie z tych powodów, z których
według niego na to zasługiwały, a inne pamiętane są z przyczyn, z których wolał, by o nich zapomniano: jego najtrwalszym osiągnięciom
udało się przetrwać niezależnie od biografii czy nagrań, a reputacja
służy jako artefakt kultury celebryckiej i historycznych koncepcji
"wspaniałego człowieka", z którymi próbował walczyć przez całą swoją
karierę.
Odrodzeniu folku towarzyszyły rzesze poglądów i koncepcji, ale ogólnie
można je podzielić na cztery podstawowe nurty: zachętę do tworzenia
muzyki w lokalnych społecznościach (amatorzy chwytający za gitary i banja i śpiewający z przyjaciółmi), zachowanie piosenek i stylów
kojarzonych z konkretnymi regionami czy grupami etnicznymi (muzyka
wiejskich okolic Appalachów, delty rzeki Missisipi, równin na zachodzie,
regionu Cajunów w Luizjanie, Wysp Brytyjskich, Konga czy jakiegokolwiek
innego miejsca o żywej kulturze ludowej), celebrację "muzyki ludzi" i "kultury folkowej" jako wyrazu szerszej koncepcji ludzi lub ludności
(łączenie wiejskich i proletariackich tradycji muzycznych z postępowymi
i populistycznymi ruchami politycznymi) oraz rozwój profesjonalnej sceny
koncertowej, na której szeroki wachlarz artystów reklamowano jako
wykonawców folkowych. Ludzie oddani jednemu z tych nurtów często
próbowali się dystansować od tych utożsamiających się z drugim -?puryści
krytykowali popularyzatorów, popularyzatorzy wyśmiewali purystów -?ale
wszystkie przenikały się i mieszały, a poza tym każdy z nich wypływał
bezpośrednio od Pete'a Seegera.
Seeger odziedziczył nazwisko po niemieckim prapradziadku, który w 1787
roku emigrował do Stanów, ale większość jego przodków przybyła z Anglii
we wczesnym okresie podbojów kolonialnych. Jego rodzice byli muzykami
klasycznymi -?matka skrzypaczką, a ojciec pianistą i muzykologiem.
Zdjęcie z roku 1921 pokazuje dwuletniego Pete'a siedzącego na kolanach
ojca, podczas gdy rodzice grają na instrumentach na pasie ziemi między
ich domowej roboty drewnianą przyczepą a prowizorycznym namiotem.
Próbowali dostarczać kultury zwykłym ludziom, wyjeżdżając w trasy
promujące socjalizm i populistyczne rozpowszechnianie "dobrej" muzyki.
Późniejsze zdjęcie ukazuje Pete'a w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat,
gdy stoi w lesie w przepasce biodrowej i opasce na głowie i mierzy z domowej roboty łuku. Przez krótki czas był w domu w przerwie od jednej z szeregu szkół z internatem, które doprowadziły go do Harvardu. Ze
studiów zrezygnował w wieku dziewiętnastu lat i przeprowadził się do
Nowego Jorku, gdzie był reporterem prasowym. Po drodze w ręce wpadło mu
banjo -?tenorowe, o czterech strunach, w odróżnieniu od popularnego na
terenach wiejskich pięciostrunowego -?a pierwsze występy zaliczył w licealnym kwintecie hot jazzowym. Zaczął się też interesować muzyką
folk, po wakacjach w Waszyngtonie, gdzie jego macocha Ruth Crawford
Seeger robiła transkrypcje nagrań terenowych z kolekcji Johna i Alana
Lomaxów -?pionierskiego teamu folklorystów składającego się z ojca i syna.
Ważnym wydarzeniem tamtego lata była wycieczka do Asheville w Karolinie
Północnej, którą odbył z ojcem. Bascom Lamar Lunsford, banjoista,
prowadził tam doroczny Festiwal Pieśni i Tańców Folklorystycznych. Tam
Pete po raz pierwszy doświadczył wiejskiej muzyki w czymś, co
przypominało jej naturalne środowisko, i po czasie wspominał to jako
objawienie:
W przeciwieństwie do popularnych piosenek, które dawniej
harmonizowaliśmy z bratem, słowa w tych utworach zawierały w sobie całe
mięcho ludzkiego życia. Ci wykonawcy śpiewali o bohaterach, wyrzutkach,
mordercach, głupcach. Nie bali się być tragiczni, a nie tylko
sentymentalni. Nie bali się skandalu zamiast śmieszków i nadrabiania
urokiem osobistym. A przede wszystkim wydawali się szczerzy,
bezpośredni, autentyczni.
W Nowym Jorku Lomax przedstawił Pete'a legendarnemu czarnoskóremu
piosenkarzowi Lead Belly'emu, który nauczył go podstaw gry na
dwunastostrunowej gitarze. Załatwił mu też pracę przy katalogowaniu
nagrań folkowych w Bibliotece Kongresu i zaaranżował jego pierwszy
występ jako wokalisty folkowego. Było to 3 marca 1940 roku, podczas
wydarzenia o nazwie Grona Gniewu. Był to koncert na rzecz postępowych
organizacji z Oklahomy, gdzie oprócz niego wystąpili Lomax, balladzista
ze środkowego zachodu Stanów Zjednoczonych o nazwisku Burl Ives, The
Golden Gate Quartet -?grupa wykonująca pieśni gospel, Aunt Molly Jackson
śpiewająca piosenki o pracownikach kopalni w Kentucky i nowo przybyły z zachodu kraju Woody Guthrie. Pete był zestresowany i zapomniał słów do
jednej z piosenek, ale zafascynował go Guthrie, o którym mówił: mały,
niski koleżka w westernowym kapeluszu i wysokich butach, któremu
przydałaby się maszynka do golenia, serwujący wymyślone przez siebie
historyjki i piosenki.
Dwa miesiące później pustynny balladzista i naiwny młody muzyk grający
na banjo wyruszyli na Zachód. Seeger często żartował, że Woody'emu
musiała przypaść do gustu jego muzyka. Wszystko inne we mnie
niewątpliwie wydawało mu się dziwne. Przecież nie piłem, nie paliłem ani
się nie uganiałem za dziewczynami. Guthrie robił to wszystko za trzech
i chociaż dalej pracowali, a niekiedy też mieszkali razem przez resztę
dekady, często była to trudna relacja. Podczas pierwszej wycieczki
dotarli do Teksasu -?Guthrie akurat zostawiał tam żonę i trójkę dzieci.
Potem Pete zaczął działać w pojedynkę -?jeździł autostopem i wskakiwał
do pociągów towarowych, aż dotarł do Montany, skąd kierował się z powrotem w stronę Nowego Jorku. Zarabiał napiwki w zachodnich barach,
dzięki popularnym hitom z szaf grających, których nauczył go Woody, a kilka dodatkowych dolarów wpadło mu dzięki śpiewaniu pieśni politycznych
w salach związkowych. Wprowadzał w życie zachęty Woody'ego, by
wszczepiać się prosto w wielkie prądy i krew ludzi, a po latach
wspominał tę wycieczkę jako zasadniczą część swojej edukacji i radził
młodym fanom, by spędzali wakacje na jeżdżeniu autostopem po kraju,
spotykaniu zwykłych ludzi i nauce radzenia sobie na nieznanym terenie.
W Nowym Jorku Seeger spędził większość lat czterdziestych, grając z Guthriem i rozmaitymi przypadkowymi zespołami na pikietach, w halach
związkowych, na "imprezach czynszowych" we wspólnym domu, który
wynajmowali, i na potańcówkach -?taniec ludowy był znaczącą częścią
odrodzenia miejskiego folku, a przez jedną z grup tańca ludowego, której
akompaniował, Pete poznał swoją przyszłą żonę, Toshi Ohtę. Jedyną
znaczącą przerwę stanowiło dwa i pół roku spędzone w wojsku -?ze względu
na lewicowe poglądy polityczne i żonę, będącą z pochodzenia Japonką,
stanowił zagrożenie bezpieczeństwa i nie posyłano go na front. Służył za
to na południowym Pacyfiku jako koordynator rozrywki -?grał tam na
banjo, był wokalistą w wiejskim zespole i wykonywał takie numery popowe
jak Sidewalks of New York i Tea for Two. Miał już wtedy zebrany
ogromny, zróżnicowany repertuar i szczycił się umiejętnością wciągania
ludzi we wspólne śpiewanie. W liście do domu napisał: nawet jeśli
piosenka nie jest najlepsza, kiedy publiczność ma pewność siebie,
naprawdę śpiewa z przekonaniem i klawo to brzmi.
To na zawsze miało pozostać unikalnym talentem Pete'a: bez względu na
publiczność i w każdej sytuacji potrafił namówić ludzi do śpiewania.
Przez resztę dekady udoskonalał swoje rzemiosło, ćwiczył, improwizował z innymi muzykami i występował, gdzie tylko mógł. Przez jakiś czas
mieszkał w trzykondygnacyjnym domu komunalnym przy West Tenth Street ze
zmieniającymi się postaciami, wśród których byli Woody, przysadzisty bas
z Arkansas o nazwisku Lee Hays, Bess Lomax (siostra Alana, z którą bez
podtekstów dzielił pokój), Sis Cunningham (akordeonistka, która potem
wydawała magazyn "Broadside") i początkujący pisarz Millard Lampell.
Nazwali swój budynek Almanac House i w różnych składach występowali jako
The Almanac Singers. Nazwę wymyślił Hays, tłumacząc, że w wiejskich
domkach jedynymi książkami są Biblia i almanach. Pierwsza ma cię
doprowadzić do innego świata, a druga pomóc przejść przez obecny. Mieli
też kilka nagrań, między innymi album z szantami i drugi zatytułowany
Sod Buster Ballads, na którym Guthrie zaśpiewał House of the Rising
Sun. Ich specjalnością było jednak przygotowywanie
agitacyjno-propagandowych politycznych tekstów piosenek na każdą okazję.
Takie znalazły się na szybko wycofanym ze sprzedaży i zapomnianym
albumie Songs for John Doe, składającym się z "piosenek pokojowych",
skomponowanych w czasach paktu nazistowsko-sowieckiego i atakujących
Franklina Roosevelta jako podżegacza wojennego. Jednak ich
najpopularniejszym albumem był Talking Union, który z czasem był w każdym postępowym domu wraz z podobnymi dziełami Guthriego, Paula
Robesona, Josha White'a i Chóru Armii Czerwonej.
W latach czterdziestych wszyscy oni -?Robeson, Guthrie i White -?byli
bardziej znani niż Seeger. Podobnie Lead Belly, Burl Ives, Richard
Dyer-Bennett i, pod koniec dekady, niektórzy młodsi artyści, jak Susan
Reed. Tak właśnie lubił, bo podstawowa zasada organizacji lewicowej to
być przykładnym członkiem grupy, ciężko pracować i głośno mówić o sprawach, które wszystkich dotyczą, ale nie wystawiać się na czoło jako
publiczny rzecznik czy lider. Seeger zawsze był nieśmiały, a filozofia
anonimowego udziału odpowiadała jego naturze tak samo jak jego poglądy
polityczne -?choć była przyczyną tarć w The Almanac Singers, bo on i większość pozostałych uważali, że ich piosenki powinny być przedstawiane
jako anonimowe wspólne dzieła, podczas gdy Guthrie chciał być oznaczany
jako autor.
Kiedy Seeger w roku 1945 zakończył służbę wojskową, był już bardziej
pewny swoich umiejętności i przyjął kilka zleceń jako solista, ale
większość energii poświęcał na budowanie organizacji o nazwie People's
Songs, która załatwiała wokalistów i utwory na konkretne tematy
dotyczące różnych postępowych spraw. Pamięta się ją przede wszystkim ze
względu na periodyk "People's Songs Bulletin", protoplastę magazynu
"Sing Out!". Grupa działała jako organizacja koncertowa, sponsorowała
nieformalne koncerty połączone ze wspólnym śpiewaniem. To głównie oni
wprowadzili do języka angielskiego słowo hootenannies, którym były
nazywane. W latach pięćdziesiątych "The New York Times" zakazał używania
w reklamach słowa hootenanny ze względu na skojarzenie z lewicowym
radykalizmem. W szczytowym okresie organizacja chwaliła się ponad
tysiącem członków w dwudziestu stanach. Choć często była atakowana jako
"front komunistyczny", nie doczekała się poparcia ze strony Partii. Nie
uważano tam, że piosenki folkowe trafią do miejskich proletariuszy, i wspierano raczej artystów w rodzaju Duke'a Ellingtona. Seeger pamiętał,
że jeden z aparatczyków mówił mu: Jeśli zamierzasz pracować z nowojorskimi robotnikami, powinieneś się zająć jazzem. Może powinieneś
grać na klarnecie.
Zimą w roku 1946 i 1947 Seeger po raz pierwszy krótko próbował swoich
sił w świecie nocnych klubów -?wystąpił w Village Vanguard z pianistką
Maxine Sullivan, haitańską piosenkarką i tancerką Josephine Premice i małym zespołem grającym lekką muzykę. Magazyn "Billboard" obwołał go
wysokim, chudym Sinatrą wywodzącym się z folkowców i wyróżnił jego
wykonanie House of the Rising Sun, kilku kompozycji zorientowanych
politycznie i kawałek na banjo zatytułowany Cumberland Mountain Bear
Chase, a także pochwalił jego dobry głos, który całe szczęście nie ma
śladów nosowego tonu tak często słyszalnego u topowych piosenkarzy
ludowych. Jednak przede wszystkim pracował nad periodykiem, raz na
jakiś czas przedstawiał programy edukacyjne na temat muzyki folkowej,
grał na imprezach charytatywnych, potańcówkach i lokalnych wydarzeniach
jak poranne sobotnie "szaleństwa", które organizował dla dzieci w swoim
mieszkaniu w Greenwich Village.
On i Toshi mieszkali w piwnicy domu jej rodziców przy MacDougal Street -
jej japoński ojciec i pochodząca z Wirginii matka byli zagorzałymi
radykałami, więc pasował doskonale i wydawał się zadowolony ze swojej
sytuacji. Zarabiał płacę minimalną, służył postępowym sprawom i, jak to
sam ujął, gratulował sobie, że nie poszedł w komercję. W końcu pewnego
wieczoru w 1949 roku, gdy pracował w siedzibie People's Songs, ktoś
zadzwonił z pytaniem, czy Richard Dyer-Bennett jest dostępny, by
wystąpić na wydarzeniu charytatywnym. Irwin Silber, który kierował
biurem, odparł, że co do Dyera-Bennetta nie jest pewny, ale Seeger ma
czas. Och, znamy Pete'a -?odpowiedział rozmówca -?ale potrzebujemy
kogoś, kto jest w stanie przyciągnąć masową publiczność. Musimy zarobić
pieniądze.
Seeger się obruszył, a rozmowa sprawiła, że musiał "poważnie przemyśleć
parę spraw": Próbowałem podążać ścieżką, która wydawała mi się słuszna
z taktycznego i strategicznego punktu widzenia, a taki Dick
Dyer-Bennett, który robił karierę w tradycyjny sposób, był bardziej
przydatny ode mnie.
Do tego doszła presja rodzinna: mieli już z Toshi dwójkę dzieci, a piwnica u rodziców zaczęła się wydawać zbyt ciasna. W wieku trzydziestu
lat zdecydował więc, że czas zbudować bardziej profesjonalną karierę.
W tej decyzji nie byłoby nic godnego szczególnej uwagi -?w ciągu
kolejnych dwudziestu lat setki piosenkarzy folkowych próbowały budować
kariery komercyjne, najczęściej z miernym skutkiem -?gdyby nie fakt, że
półtora roku później wydał najpopularniejszą płytę w Stanach
Zjednoczonych. Po raz kolejny jako członek grupy: z Lee Haysem i parą
młodszych wokalistów -?Fredem Hellermanem i Ronnie Gilbert -?założył
kwartet The Weavers. Przez kilka miesięcy szlifowali umiejętności na
wiecach i wydarzeniach dobroczynnych, a w grudniu 1949 roku dostali
zaproszenie do występu w klubie Village Vanguard. Sala była mała i musieli się podzielić wynagrodzeniem równym temu, które Seeger otrzymał
za występ solowy trzy lata wcześniej, ale była to szansa, by się pokazać
i dopracować występy przed publicznością, która zapłaciła za bilety. Pod
koniec stycznia dobrze sobie radzili finansowo, a magazyn "Billboard"
zamieścił chwalącą ich recenzję: Są surowi, nieoszlifowani, przydałyby
im się kostiumy i lepiej opracowany układ. Jednak bez względu na
indywidualne niedociągnięcia grupa ma energię i duszę, a to daje
nadzieję na więcej niż tylko chwilowy potencjał komercyjny. Gordon
Jenkins, popularny szef grup muzycznych i wydawca płyt, był tego samego
zdania. The Weavers dokonali już jednego nagrania -?kompozycji Seegera i Haysa zatytułowanej The Hammer Song, ale nie przyciągnęło praktycznie
niczyjej uwagi, choć w maju 1950 roku Irwin Silber zastosował się do ich
wezwania, by "wyśpiewać niebezpieczeństwo, wyśpiewać ostrzeżenie,
wyśpiewać miłość wśród wszystkich moich braci", i swój nowy magazyn o muzyce folkowej zatytułował "Sing Out!". Z myślą o większym audytorium
sprowadził kwartet do firmy Decca Records. Tam do ich banjo, gitary i harmonii wokalnych dodał popową aranżację i latem 1950 roku ich wersja
Goodnight Irene zajęła pierwsze miejsce na liście utworów radiowych i odtwarzanych przez szafy grające oraz na listach sprzedaży.
The Weavers pojawili się w idealnym momencie. Dziesięć lat wcześniej
rynek muzyki pop był zdominowany przez rezydujących na Manhattanie
producentów nut i płyt, ale spór wydawców otworzył radiowy eter dla
autorów piosenek, którzy nie mieli podpisanych kontraktów, szafy grające
nadały pierwiastek demokratyczny śledzeniu gustów słuchaczy, a spór
pomiędzy Amerykańską Federacją Muzyków a głównymi wydawcami płyt
zachęcał do przejęcia sterów mniejsze, regionalne firmy. Jednocześnie w wyniku drugiej wojny światowej wielu mieszkańców wsi z Południa
przeniosło się do miast na wybrzeżu, przywożąc ze sobą swoją muzykę, a coraz częstsze użycie elektrycznych wzmacniaczy oznaczało, że zespoły
wiejskie i bluesowe mogły przyjmować zlecenia, które przedtem wymagały
pełnych orkiestr tanecznych. W rezultacie coraz więcej muzyki popowej
nadciągało z południowych i środkowych części kraju, a style muzyczne
kojarzone z prowincją wkradały się na listy przebojów. Jedynym
nagraniem, które w 1950 roku sprzedawało się lepiej niż Goodnight
Irene, był The Tennessee Waltz -?podobnie delikatny nostalgiczny
numer nagrany przez Patti Page, wokalistkę z Oklahomy, która dorastała
na country i westernie. Irene też trafiła do Top 10 utworów popowych -
w wykonaniu duetu piosenkarzy folkowych Ernesta Tubba i Reda Foleya, a także w wersjach Jo Stafford i Franka Sinatry.
Powojenna scena popowa była spragniona przyjemnych, uspokajających
nagrań, a zaproponowana przez The Weavers mieszanka swojskich harmonii z odrobiną swingu i wyrafinowania odpowiadała na te potrzeby. Jednak
Seeger od samego początku miał wątpliwości. Podobało mu się wyzwanie
pracy w grupie, gdzie wszystko było starannie zaaranżowane i dobrze
przećwiczone, ale z drugiej strony uznawał to za ograniczenie i złościły
go kompromisy związane z sukcesem w mainstreamie. Irene trafiła w szczytowy punkt Czerwonej Paniki czasów makkartyzmu i wytwórnia Decca
robiła, co mogła, by zatuszować i zbagatelizować polityczną przeszłość
wokalistów. Seeger mógł teraz przyciągać tłumy na lewicowych koncertach
charytatywnych, ale menedżer The Weavers zabraniał mu je grać, a piosenki grupy przechodziły weryfikację pod kątem potencjalnie
niebezpiecznej treści. Czternaście lat później w liście do magazynu
"Broadside" Seeger wyjaśniał, w jaki sposób musieli przerobić So Long,
It's Been Good to Know Yuh, jedną z ballad Guthriego opowiadających o katastrofie wywołanej przez burze pyłowe w Oklahomie w latach
trzydziestych:
Firma Decca Records nalegała na zmianę słów, bo nikogo nie obchodzą
burze pyłowe, trzeba to przerobić na ogólną piosenkę, którą może śpiewać
każdy, na całym świecie. W tamtych czasach mieli pełne prawo decydować,
którą piosenkę nagramy i jak (włączając w to wykorzystanie orkiestr).
Omówiliśmy sprawę z Woodym i wszyscy uznaliśmy, że w tej kwestii warto
zawrzeć kompromis. Proszę pamiętać, że wówczas piosenki Woody'ego nie
były nagrywane jak teraz, a facet potrzebował pieniędzy, by nakarmić
rodzinę. Woody zjawił się w mieszkaniu Gordona Jenkinsa, lidera grupy,
zaległ na podłodze i zaczął gryzmolić nowe wersy na wielkim arkuszu
papieru, a wszyscy podrzucaliśmy mu pomysły i sugestie. Nowe teksty nie
dorównywały dawnym przykurzonym strofom, ale też nie były złe. Myślę
jednak, że każdy z The Weavers się ze mną zgodzi, kiedy powiem, że to
głównie te stare są obecnie śpiewane przez młodych amatorów brzdąkania
na gitarze.
Poprzedni list do "Broadside" chwalił Guthriego, a atakował The Weavers
za osłabianie wymowy jego piosenki w pogoni za łatwym zyskiem. Kończył
się konkluzją: To prawdopodobnie nigdy nie zostanie im wybaczone.
Podobne ataki rozpoczęły się, gdy tylko grupa zaczęła być widoczna na
listach popowych przebojów. Irwin Silber oskarżał zespół o spłycanie
sztuki Lead Belly'ego w artykule w "Sing Out!" zatytułowanym Czy zespół
złożony z samych białych może wykonywać piosenki z kultury czarnych?
Przez większość życia Seeger szczycił się tym, że jego piosenki
pozostają poza mainstreamem. Tam on i jego współpracownicy czuli się
najbardziej komfortowo. Wierzyli, że pracują dla dobra ludzkości,
czerpiąc ze wspólnych humanistycznych wartości i tradycji i wskazując
większości ludzi drogę do lepszego życia. Byli jednak doskonale świadomi
zorganizowanych działań ich przeciwników: systemu kapitalistycznego i interesów bogaczy, które go podtrzymywały. Kiedy ten system ich
nagradzał albo gdy czuli, że owe interesy biją im brawo, naturalnym
odruchem było szukanie haczyka -?rozważanie, czy dostarczają alternatywy
dla kapitalistycznej machiny, czy może jakimś sposobem stali się jej
trybikami.
Sukces The Weavers zapewnił Seegerowi platformę, ale też posłużył za
ostrzeżenie. Od lata 1950 do zimy 1952 roku grupa miała całą serię hitów
i ustaliła znaczną część kanonu odrodzonego folku. Goodnight Irene,
So Long, It's Been Good to Know Yuh, Midnight Special, Rock Island
Line, Wreck of the John B., hebrajski Tzena, Tzena, Tzena,
południowoafrykański Wimoweh, On Top of Old Smoky (na którym Pete
stworzył model dla przyszłych animatorów wspólnego śpiewania,
wypowiadając każdy wers, zanim grupa go zaśpiewała, niczym pastor
"podający" hymn), a także kilka kompozycji oryginalnych, jak na przykład
Kisses Sweeter than Wine. Możliwość posłuchania ich w radiu i w szafach grających była ekscytująca, ale orkiestracje Jenkinsa rozwodniły
ich styl, a sukces, który odnieśli, nie tylko zainspirował tysiące
młodych ludzi do sięgnięcia po gitary i banja, ale też skłonił popowych
profesjonalistów do prób zarobienia na trendzie. Sinatra miał hit dzięki
Irene, Mitch Miller nagrał swoją wersję Tzena, Tzena i wyprodukował
przyprawione folkiem hity dla Doris Day, Frankiego Laine'a i Guya
Mitchella, a w ciągu kolejnych piętnastu lat setki grup naśladowały
model wypracowany przez The Weavers, nierzadko osiągając sukces
komercyjny. The Four Lads w 1954 roku uderzyli utworami Down by the
Riverside i Skokiaan, The Tarriers w 1956 zaprezentowali Cindy, Oh
Cindy i The Banana Boat Song, a Kingston Trio -?Toma Dooleya w 1958.
Trio nadało całości świeżego, studenckiego klimatu i we wczesnych latach
sześćdziesiątych stało się grupą emblematyczną dla pop-folku. W roku
1961 The Highwaymen poszli tym samym torem z piosenką Michael, Row the
Boat Ashore, a The Tokens zagościli na szczytach list przebojów,
dodając do Wimoweh rytualne bębny i nowy tekst i zmieniając tytuł na
The Lion Sleeps Tonight. W następnym roku Trio trafiło do pierwszej
czterdziestki listy przebojów dzięki Where Have All the Flowers Gone
[Gdzie są kwiaty z tamtych lat?4] Seegera, Peter, Paul and
Mary mieli pierwszy hit w topowej dziesiątce dzięki jego Hammer Song
(przemianowanej na If I Had a Hammer), a w roku 1965 The Byrds
wskoczyli na pierwszą lokatę dzięki jego Turn, Turn, Turn.
Niektóre z tych grup były złożone z oddanych folkowców, inne tylko
wykorzystały trend, ale wszystkie wywodziły się bezpośrednio z The
Weavers -?do tego stopnia, że w latach pięćdziesiątych i na początku
sześćdziesiątych dla większości Amerykanów muzyka folkowa znaczyła
właściwie to samo co styl The Weavers. Jak często podkreślali ich
krytycy, miało to bardzo niewiele wspólnego z autentycznymi folkowymi
tradycjami. Joe Boyd, założyciel licznych grup folkowych i rockowych w latach sześćdziesiątych, scharakteryzował ich podejście jako spłycone i ideologiczne: takie, w którym bierzemy bluesa, piosenkę country, pieśń
z czasów wojny domowej w Hiszpanii i kolejną, śpiewaną przez górników w RPA, dokładamy szkocką balladę, jakąś rosyjską piosenkę i śpiewamy w sposób maksymalnie zbliżony do oryginału, używając takiej samej harmonii
i tego samego sposobu gry na gitarze. Jakby to miało udowodnić, że
wszyscy ludzie są braćmi, a już na pewno ci z klasy pracującej... Idea
jest moim zdaniem wspaniała, ale nie zaowocowała zbyt ciekawą muzyką.
W chwilach autorefleksji Seeger się z tym zgadzał. Pisząc o Michael,
Row the Boat Ashore, piosence pierwotnie przepisanej w XIX wieku od
afroamerykańskich flisaków z Wysp Karolińskich, snuł rozważania:
To musiało być coś absolutnie wspaniałego. W sensie formalnym głosy były
surowe, ale mimo to znakomicie wyszkolone -?w końcu ci ludzie śpiewali
przez całe życie... Ten kawałek wraca do mnie, śpiewany w rozmaitych
szkołach i na letnich obozach -?tak blady i nijaki w porównaniu z tym,
czym był kiedyś. Zdaję sobie wtedy sprawę, że moje wykonanie jest
właśnie blade i nijakie, jeśli je porównać z tym dawnym. To skłania mnie
do zastanowienia: czy odrodzenie muzyki folk jest możliwe? Wreszcie
doszedłem do wniosku, że tak. Możemy próbować. Na tym świecie tylko to
nam zostaje. A dobra próba z pewnością będzie lepsza niż jej całkowity
brak.
Seeger nie gorzej od innych zdawał sobie sprawę z zawiłości odrodzenia
folku i związanych z nim kompromisów, a gdyby nawet zapomniał, miał
przyjaciół, którzy mu o nich przypominali. Alan Lomax narzekał: Dla
Pete'a muzyka folkowa była okazją do zaproszenia wszystkich, bez względu
na to, czy potrafili śpiewać i grać we właściwej tonacji i tak dalej. Z kolei Lomax chciał skupić uwagę na autentycznych proletariackich
artystach i muzyce. Był szczęśliwy, kiedy dobrze znany wykonawca chciał
pomóc w tej misji, niezależnie od tego, czy byli to Weaversi, czy
popowo-jazzowa piosenkarka w rodzaju Jo Stafford, ale denerwowało go, że
Pete przekonywał miastowych amatorów, że kontynuują folkowe tradycje.
W latach pięćdziesiątych większość profesjonalnych wykonawców -?w tym ci
nieliczni, którzy uważali się za piosenkarzy folkowych -?w dalszym ciągu
zakładało, że autentyczne tradycje są zbyt zgrzebne dla mieszczańskich
uszu, więc Lomax prowadził swoją małą krucjatę w samotności. Jednak pod
koniec dekady kult prawdziwych wyznawców rósł w siłę, a młodzi puryści
powtarzali jego słowa krytyki. W Minneapolis Jon Pankake i Paul Nelson
założyli fanzin pod tytułem "The Little Sandy Review", by promować
autentyczne style folku, i stali się znani z ataków na fałszywy folk, na
który mieli takie określenia jak folkum czy fakelore. W roku 1964
Pankake napisał ośmiostronicowy artykuł Dzieci Pete'a: Odrodzenie
amerykańskiej piosenki folkowej, za i przeciw, który prezentował
Seegera jako źródło ruchu zbyt często schodzącego na manowce. Opisywano
go jako swoisty archaiczny relikt przeszłości, choć "fenomenalny",
ostatnią być może z wielkich scenicznych osobowości w amerykańskiej
tradycji Marka Twaina i Williama Jenningsa Bryana. Nikt nie potrafił
się oprzeć Seegerowi podczas koncertu, ale to tylko podważało
subtelniejsze zalety autentycznych wiejskich tradycji, a do tego
wszystkiego dochodziły potworne aranżacje Kingston Trio, inspirowane
wskazówkami z podręcznika Pete'a "Jak grać na pięciostrunowym banjo" i podsycane jego filozofią spod znaku "pobawmy się piosenkami folkowymi,
będzie fajnie". Nieważne, jak często Pete powtarzał: Nie uczcie się ode
mnie, tylko od moich nauczycieli, zabawniej było po prostu chwycić
gitarę i zaprosić przyjaciół do wspólnego śpiewania kolejnego refrenu
This Land Is Your Land. Jedynym pocieszeniem był drobny odsetek
słuchaczy, którzy słyszeli głębszy przekaz Pete'a: Około pięciu procent
ludzi nawróconych na Seegera stało się fundamentem swoistego odrodzenia
w odrodzeniu, które z czasem okaże się konstruktywne i będzie sprzyjało
zachowaniu amerykańskiej muzyki folk w jej rzeczywistej formie [...]
długo po tym, jak płytcy, podążający za modą słuchacze, znudzeni taką
muzyką, przerzucą się na nową chwilową podnietę.
Artykuł Pankake'a podkreślał zasadniczy fakt: w latach pięćdziesiątych
scena folkowa w miarę rozwoju podzieliła się na frakcje, które często
toczyły ze sobą zażarte spory. Wszystko to jednak odbywało się z udziałem Seegera. Chociaż swoimi nagraniami z The Weavers zapoczątkował
styl pop-folk, jednocześnie sam dał początek jego tradycjonalistycznie
nastawionym oponentom. Podręcznik gry na banjo, o którym wspomniał
Pankake, był charakterystyczny dla jego podejścia: Seeger napisał go w 1948 w reakcji na prośbę słuchaczy, sam kopiował na powielaczu i sprzedawał kilkaset egzemplarzy rocznie na koncertach i pocztą, na
zamówienie. Wielu kupujących korzystało z niego jako z przewodnika po
jego stylu i w rezultacie wypracowało bardzo podobne brzmienie -?należał
do nich Dave Guard z The Kingston Trio. Przewodnik był jednak również
źródłem transkrypcji z występów mało znanych wiejskich artystów, takich
jak B.F. Shelton czy Walter Williams, a późniejsze wydania zawierały
dodatkowo pierwsze instrukcje gry w stylu Earla Scruggsa zwanym
bluegrass, które zainspirowały zarówno najbardziej zatwardziałych
purystów, jak i najbłyskotliwiej nowatorskich wykonawców ze sceny
miejskiej.
Seeger w charakterystyczny dla siebie sposób bagatelizował ten aspekt
swojej działalności. Podczas warsztatów gry na banjo na festiwalu w Newport w 1965 roku zademonstrował dokonaną przez Sheltona aranżację
Darling Corey i oryginalny sposób, w jaki Frank Proffit grał utwór
Tom Dooley, ale oba utwory zostały przez niego zaprezentowane jako
przykłady prostoty, które cenił w starodawnym wiejskim graniu,
sugerując, że każdy może opanować ten styl, jeśli tylko dobrze się
wsłucha i sam spróbuje. Mniej więcej w tym samym czasie ocenił własne
zdolności w anonimowej recenzji, w której napisał: Pete tylko czasami
praktykuje dobre, tradycyjne szarpanie strun. Jego brat Mike bije go w tym na głowę. Wielu fanów dawnej muzyki było tego samego zdania, a tylko nieliczni pamiętali, że to on zapoczątkował wyznawane przez nich
podejście. The New Lost City Ramblers, trio założone w 1957 roku przez
Mike'a Seegera, Johna Cohena i Toma Paleya, stało się sztandarowym
zespołem odrodzenia kapel smyczkowych z dawnych lat, a wydany w 1953
roku longplay Paleya Folk Songs from the Southern Appalachian
Mountains jest często przywoływany jako zapowiedź całego ruchu. Ukazał
się jednak po płycie Darling Corey, którą Seeger wydał w 1950 roku.
Paley chętnie przyznaje, że właśnie nim się inspirował, i stwierdza, że
podziwiał go każdy, kto chciał opanować autentyczne starodawne style:
Rzecz nie w tym, że jego gra brzmiała jak dokonania konkretnego
wykonawcy z przeszłości, lecz że udawało mu się uchwycić esencję.
[...] Miałem poczucie, że gram całkiem przyzwoicie, ale nie uważałem,
że jestem na tym samym poziomie co Pete.
W roku 1950 Seeger miał trzydzieści jeden lat, ale Darling Corey był
jego pierwszym albumem solowym, a drugi nie powstał przez kilka
kolejnych lat. Wydał go nowy, specjalistyczny label o nazwie Folkways -
jedna z wielu małych firm wykorzystujących dostępny od niedawna format
płyty długogrającej (longplaya, LP) do prezentacji muzyki klasycznej,
jazzu i innych niszowych gatunków dla konsumentów z klasy średniej
mieszkających w miastach. Wielcy wydawcy, jak Decca, szukali hitów do
radia i szaf grających, a w Folkways starano się dokumentować ważną
historycznie muzykę z całego świata. Album Seegera miał posłużyć za
przykład południowego wiejskiego grania.
Seeger jak zawsze widział w tym element większej misji. Miejscy
wokaliści folkowi zwykle myśleli o piosenkarzach i muzykach ze wsi jako
o "źródłach", pierwotnych nośnikach prowincjonalnych tradycji, które
często wygładzano, by pasowały do standardów profesjonalnego występu.
Kilku folklorystów próbowało dokonywać profesjonalnych transkrypcji
wiejskiego śpiewu i gry, ale nową ideą było uczenie się i wykonywanie
tradycyjnych utworów w taki sposób, w jaki muzycy klasyczni uczą się i wykonują dzieła Mozarta czy Wagnera. Ucząc aranżacji na banjo poznanych
u Sheltona, Williamsa, Proffitta, Lilly Mae Ledford i Uncle Dave'a Macona, Seeger niejako podsuwał tę analogię, sugerując, że wiejscy
muzycy zasługują na badania i naśladowanie nie tylko jako
przedstawiciele tradycji, ale również kompozytorzy, aranżerzy i wirtuozi. Był także prekursorem nowej koncepcji muzyki folk jako
aktywnego, żywego procesu, kwestii stylu, podejścia i interakcji między
muzykami a słuchaczami. Jak później pisał, słowa i melodie bywają mniej
ważne niż sposób, w jaki są śpiewane lub słuchane... W tym sensie góral
śpiewający sąsiadom piosenkę pop w swojej chacie może mieć w sobie
więcej folku niż artysta koncertowy wykonujący w Carnegie Hall
starożytną brytyjską balladę.
Seeger dał w Carnegie Hall ponad pięćdziesiąt koncertów i wiedział,
gdzie jest jego miejsce w tym równaniu: Kiedy ludzie nazywają mnie
"piosenkarzem folkowym", mówię im, że pod pewnymi względami jestem tylko
nowym rodzajem piosenkarza popowego -?napisał w roku 1965 i chociaż
może nie sformułowałby tej myśli tak samo dziesięć lat wcześniej, zawsze
miał świadomość różnicy. Jak pisał w 1958 roku:
Być może rolę takich wykonawców jak ja najlepiej opisuje słowo
"pośrednik". Możemy przedstawiać muzykę słuchaczom, którym bezpośredni
materiał wydawałby się zbyt surowy, prymitywny lub niezrozumiały. Mamy
też przewagę w tym, że możemy przedstawić szerszy obraz folku, niż mógł
to zrobić którykolwiek z tradycyjnych muzyków. Prawdziwy folkowiec może
być geniuszem w swoim gatunku muzyki, ale ten gatunek to wszystko, co
potrafi grać.
Seeger działał jako pośrednik dla zdumiewającej liczby stylów. Oprócz
podręcznika gry na banjo wydał przewodniki do stosowanej przez Lead
Belly'ego techniki gry na dwunastostrunowej gitarze, izraelskiej fujarce
pasterskiej i czytania standardowego zapisu nutowego. Odtwarzanie
aranżacji innych artystów było tylko elementem większego procesu. W 1947
roku wystąpił jako narrator w filmie Alana Lomaxa To Hear Your Banjo
Play i dostarczył wygrywanych na banjo przerywników towarzyszących
fragmentom z udziałem Guthriego, balladzistki Texas Gladden i bluesowego
duetu, w skład którego wchodzili Sonny Terry i Brownie McGhee. W połowie
lat pięćdziesiątych razem z Toshi zaczęli tworzyć własne filmy
dokumentalne. Początkowo o amerykańskich artystach takich jak Big Bill
Broonzy i Elizabeth Cotten, a potem o muzykach ludowych z Afryki, Europy
i Azji. Było to swoiste kontinuum: w roku 1950 nagrał zuluską piosenkę
Wimoweh z The Weavers, w 1955 z kolei cały album -?Bantu Choral Folk
Songs z The Song Swappers, grupą nowojorskich nastolatków, w skład
której wchodziła między innymi Mary Travers z późniejszego zespołu
Peter, Paul and Mary. W 1964 roku razem z Toshi nakręcili dokument
Singing Fishermen of Ghana, pokazujący autentyczną afrykańską muzykę
wokalną w swoim naturalnym środowisku. Granie na banjo w tradycyjnych
południowych stylach Seeger rozpoczął w latach trzydziestych, przewodnik
opublikował w roku 1948, płytę długogrającą wraz z towarzyszącymi
muzykami nagrał w 1954, a we wczesnych latach sześćdziesiątych
wyprodukował pierwsze wznowienie nagrań Uncle Dave'a Macona, pomagając
sprowadzić artystów z Południa do Newport i Nowego Jorku i przeznaczając
część zysków z festiwali w Newport na wspieranie lokalnych twórców
muzyki w społecznościach południowych.
Seeger zawsze wolał myśleć o sobie nie jako o artyście, lecz pośredniku,
propagatorze i katalizatorze. Mimo doświadczenia w grze na banjo i dwunastostrunowej gitarze jego nagrania zawierały niewiele popisów
instrumentalnych, a kiedy nagrał ambitny album z oryginalnymi wersjami i aranżacjami kompozycji Gershwina, Bacha, Beethovena i Strawińskiego,
zatytułował go The Goofing-Off Suite (czyli Suita Wygłupów) i opisał
swój proces twórczy po prostu jako leżenie na łóżku i brzdąkanie na
banjo. Uważał country za gatunek, który ludzie grają dla siebie i sąsiadów w lokalnych społecznościach. Notatki do Folk Songs of Four
Continents, jednego z czterech albumów, które stworzył w 1955 roku z The Song Swappers, opisywały grupę jako celowo złożoną z przeciętnych
głosów, niewyszkolonych i o ograniczonej skali, a jej cel jako
zachęcanie do grupowego śpiewania miłośników muzyki folk, zarówno
amatorów, jak i profesjonalistów (choć za autorów albumu uznano później
Pete'a Seegera i The Song Swappers, pierwotne wydanie zawierało jego
nazwisko jedynie w dopisku, jako aranżera jednej z piosenek). Czasami
twierdził, że najważniejszą powinnością każdego artysty jest
produkowanie dobrej sztuki, ale nie chciał nikogo zniechęcać
podkreślaniem własnej wirtuozerii. W rezultacie, choć był zdecydowanie
najbardziej płodnym artystą nagrywającym płyty na scenie folkowej -
między rokiem 1954 a 1958 wydał sześć albumów. Jego granie i śpiewanie
często były bardziej rzemiosłem niż popisem wirtuozerii, przez co łatwo
było przeoczyć jego umiejętności i wpływ na innych muzyków.
Dla Seegera wszystko miało związek z polityką. Jego wiara w muzykę folk
pasowała do przekonań na temat demokracji i komunizmu i chociaż często
dotykały go konsekwencje, i tak pozostawał niewzruszony i powtarzał:
jedyne, co można robić na tym świecie, to próbować. W latach
pięćdziesiątych nie nagrał wielu jawnie politycznych piosenek, częściowo
z powodu paranoi wywołanej zimną wojną, ale też dlatego, że lata
spędzone w The Almanac Singers i People's Songs uświadomiły mu, jakie są
ograniczenia takiego podejścia. Dawniej liczył na to, że będzie mógł
wspierać śpiewające ruchy robotnicze, ale przekonał się, że większość
przywódców związków nie dostrzega, co mają wspólnego muzyka i kotlety
mielone, a poza tym zauważył ze smutkiem, że pod koniec lat
czterdziestych utwór Which Side Are You On? był znany w Greenwich
Village, ale nie w choćby jednym lokalnym oddziale związku górników.
Według swojego biografa Davida Dunawaya, stwierdził, że
najskuteczniejszym sposobem na połączenie jego muzyki z polityką było
śpiewanie piosenek stworzonych przez klasę robotniczą, a nie
komponowanie takich z myślą o nich.
Poza tym w połowie lat pięćdziesiątych prezentował najsilniejszą
deklarację polityczną swojego życia, znajdując się w zupełnie innym
miejscu. Sukces The Weavers zwrócił na nich uwagę antykomunistycznych
łowców czarownic i podczas trasy kwartetu po kraju śledzili ich agenci
FBI, a członkowie Legionu Amerykańskiego urządzali demonstracje
przeciwko nim. Nocne kluby i sale koncertowe odwoływały ich występy, w 1953 Decca zerwała z nimi umowę i zespół się rozpadł. Seeger nadal
występował, ale był atakowany w prasie za sympatie komunistyczne, a jego
koncertom towarzyszyły pikiety. W sierpniu 1955 roku otrzymał wezwanie
do stawienia się przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Działalności
Antyamerykańskiej (HUAC).
Chociaż oficjalnie została powołana do badania podejrzeń o szpiegostwo i działalność wywrotową, funkcjonowała głównie jako machina nadająca
rozgłos antykomunistycznym politykom i wzywała do stawiennictwa nie
tylko aktywnych radykałów, lecz również umiarkowanych liberałów, których
nazwiska mogły zainteresować prasę. Najwięcej takich spraw trafiało na
czołówki gazet we wczesnych latach pięćdziesiątych, kiedy to komisja
przepytywała gwiazdy Hollywood i Broadwayu, a fakt, że Seeger został
wezwany dopiero w 1955 roku, dowodzi, że w świecie rozrywki miał niezbyt
znaczącą pozycję. W tamtym czasie przesłuchania komisji były już prawie
czystą formalnością i gdyby zachowywał się jak normalny świadek,
"przyjazny" (podający nazwiska swoich wspólników) lub "nieprzyjazny"
(który nie chce zeznawać, powołując się na piątą poprawkę), jego
pojawienie się nie przyciągnęłoby prawie niczyjej uwagi. Tak postąpili
wcześniej przesłuchiwani piosenkarze folkowi i radziła mu to większość
przyjaciół, ale Seeger czuł się sfrustrowany i nieskuteczny, chciał
wygłosić mocniejszy manifest. Zamiast więc "powoływać się na piątą",
ogłosił, że zamierza bronić swojego prawa do swobodnej wypowiedzi,
wynikającego z pierwszej poprawki, i korzystać z zasady, że nikogo nie
wolno zmuszać do mówienia więcej, niż sam chce na temat swoich przekonań
lub powiązań.
Zyskany w rezultacie rozgłos uczynił z Seegera bohatera na lewicy i zaowocował klątwą ze strony wszystkich patriotycznych obywateli Ameryki
Eisenhowera. Niektórzy z jego fanów stali się bardziej oddani niż
kiedykolwiek, ale otrzymywał mniej zleceń i były słabiej płatne -
podczas jednej z tras po Kalifornii jego wynagrodzenie wynosiło
maksymalnie dwadzieścia pięć dolarów, a typowy dzień składał się z porannych i popołudniowych wizyt w szkołach podstawowych, występu na
placu zabaw o zmierzchu i na prywatnym przyjęciu wieczorem. Zdarzyło się
kilka lepiej płatnych dni: w roku 1955 menedżer The Weavers Harold
Leventhal ponownie zjednoczył grupę z myślą o bożonarodzeniowym
koncercie w Carnegie Hall, na którym był komplet. Zaczęli znów jeździć w trasy i nagrywać. Jednak w lipcu Seeger został oskarżony o obrazę
Kongresu, a w marcu kolejnego roku ława przysięgłych postawiła mu
dziesięć zarzutów, z których każdy mógł się zakończyć karą dziesięciu
lat więzienia. Kolejnych pięć lat wspominał jako wyjątkowo trudne -?za
każdym razem, gdy Toshi rezerwowała trasę koncertową, zdawała sobie
sprawę, że być może będzie musiał ją odwołać, by wziąć udział w procesie
lub pójść do więzienia -?ale te prześladowania nadały jego życiu nowy
sens. Zawsze wątpił w siebie, ale tym razem wiedział, że racja jest po
jego stronie.
Jednym z rezultatów jego świeżo odkrytej pewności siebie było ostateczne
rozstanie z The Weavers. Ponownie zjednoczony kwartet nagrał kilka
albumów dla Vanguard Records, małego labelu specjalizującego się w muzyce klasycznej, ale umówionych koncertów wciąż było bardzo niewiele i płacono za nie skromnie, a Seeger czuł się coraz gorzej z zawodowymi
kompromisami, na które szła grupa. Mimo że The Weavers są często
pamiętani jako strażnicy płomienia tradycyjnego folku, nagrywali również
płyty popowe, nie tracąc z oczu list przebojów. W 1957 młody piosenkarz
wykonujący muzykę rockabilly -?Jimmie Rodgers -?trafił do pierwszej
dziesiątki z ich utworem Kisses Sweeter than Wine, a firma Vanguard
odpowiedziała wydaniem nowego singla The Weavers z tą samą piosenką i na
początku roku 1958 zorganizowała sesję nagraniową z perkusją, gitarą
basową, harmonijką chromatyczną i trzema gitarami elektrycznymi.
Rezultatem był singiel Gotta Travel On, quasi-ludowa piosenka młodego
zbieracza i piosenkarza o nazwisku Paul Clayton, uzupełniona więzienną
pieśnią Afroamerykanów Take This Hammer z tekstem zmienionym na lekki
liryk miłosny: Weź ten list i zanieś go mojej ukochanej. Seeger robił,
co mógł, by się wpasować w rock'n'rollową stylistykę, i chociaż ich
płyta nie odniosła żadnych sukcesów, piosenkarz country Billy Grammer w 1959 roku wszedł do pierwszej dziesiątki przebojów popowych folkrockowym
coverem Gotta Travel On. Jednak nie była to muzyka, którą Pete chciał
grać, i kiedy półtora miesiąca później The Weavers zostali zatrudnieni
do reklamy papierosów, była to kropla, która przelała czarę goryczy.
Jako jedyny niepalący w grupie ugiął się w obliczu procesu
demokratycznego i nagrał sesję, ale odszedł zaraz potem, stwierdziwszy:
ta praca była czystą prostytucją... [co] może być w porządku dla
profesjonalistów, ale dla amatorów to ryzykowny biznes. Na zastępstwo
za siebie polecił Erika Darlinga z The Tarriers i poprzysiągł sobie
nigdy więcej nie wpakować się w taką sytuację.
Choć mowa o pokoleniu, które wyrosło w atmosferze zimnowojennej histerii
i karierowiczostwa rodem z nowojorskiej Madison Avenue, batalie prawne i opór wobec komercjalizacji szły u Seegera w parze z gustem muzycznym.
Muzyka folk nie była tylko kolejnym rodzajem rozrywki -?był to młot
sprawiedliwości, dzwon swobody, pieśń o miłości braci i sióstr, i choć
może to zabrzmieć kiczowato, Seeger i jego muzyka byli nośnikami nadziei
i moralności w czasach, gdy prawie każdy sytuujący się po lewej stronie
uciekał z przestrachem. Peter Stampfel, późniejsza legendarna postać
beatowo-freakowo-narkotycznej sceny w sercu Nowego Jorku, dorastał w latach pięćdziesiątych w Milwaukee i wspomina, że The Weavers w ogóle go
nie ruszali. Wolał surowe, wzmocnione brzmienie Muddy'ego Watersa i Fatsa Domino. Nie był też pod wrażeniem ówczesnych buntowniczych ikon
kinowego ekranu w rodzaju Jamesa Deana i Marlona Brando. Uważał ich za
gwiazdy filmowe, których fani byli po prostu kolejnym rodzajem ludzi
podążających za aktualnymi trendami, którzy chodzili do ogólniaka w jednakowych skórzanych kurtkach. Jednak w 1957 roku spotkał kilku
prawdziwych przedstawicieli bohemy:
Stampfel pozostawał na peryferiach bohemy, ale mnóstwo normalnych
amerykańskich dzieciaków podzielało to uczucie. Nick Reynolds z The
Kingston Trio wspominał, że on i jego partnerzy byli na jednym z ostatnich koncertów The Weavers z Seegerem, i skwitował to słowami: Od
pierwszej nuty, którą wyśpiewali, do ostatniej byliśmy cali we łzach. To
był najbardziej magiczny wieczór w całym moim życiu. Muzyka była jednym
z elementów, ale poza nią to coś. Dołóżmy do tego kilka tysięcy ludzi
złączonych wspólną sprawą i cyk, mamy coś naprawdę niesamowitego.
27 marca 1961, gdy sprawa Seegera wreszcie trafiła na wokandę, album
Tom Dooley The Kingston Trio zapoczątkował wielki boom na folk, a wśród pięciu najlepszych albumów tygodnia znalazły się płyty Tria, The
Brothers Four i The Limeliters. Dziesięć z trzynastu bestsellerowych
albumów nagranych przez duety lub grupy należało do kategorii folk -?w tym Weaversi Bez Seegera. Odpicowane na błysk tria i kwartety wciąż były
najpopularniejszymi wykonawcami folku -?i to mimo że w styczniu tego
samego roku swój pierwszy album wydała Joan Baez, a magazyn "Billboard"
uznał go za wart uwagi. Wciąż dotarł jedynie do wtajemniczonych.
Następowały jednak zmiany w mainstreamie: kilka miesięcy wcześniej
Seeger podpisał umowę z Columbia Records, najsilniejszą z dużych
wytwórni, a "New York Post" wyśmiewał Departament Sprawiedliwości za
dążenie do jego skazania, nadając artykułowi tytuł Groźny minstrel
schwytany u nas i kończąc go dosadną deklaracją: Jeśli trafi do
jednego z naszych więzień, zrobi się tam znacznie weselej, za to na
wolności wszystko zblednie.
29 marca Seeger został uznany za winnego obrazy Kongresu. Tydzień
później, podczas przesłuchania, w czasie którego zapadł wyrok, został
spytany, czy chce wygłosić przemówienie końcowe, a on odpowiedział
podsumowaniem idei, które prezentował na scenie:
Część moich przodków była innowiercami, którzy przybyli do Ameryki ponad
sto lat temu. Inni -?abolicjonistami w Nowej Anglii w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Ufam, że
podążając obecną ścieżką, nie hańbię ani ich, ani moich krewnych, którzy
być może dopiero się narodzą.
Mam czterdzieści dwa lata i uważam się za ogromnego szczęściarza. Mam
żonę i troje zdrowych dzieci, mieszkamy w domu, który zbudowaliśmy
własnymi rękami, nad piękną rzeką Hudson. Od dwudziestu lat śpiewam
ludziom na całym świecie pieśni ludowe Ameryki i innych krain.
Zapytał, czy może zaśpiewać Wasn't That a Time -?pieśń opiewającą
heroizm Amerykanów od zimy pod Valley Forge, przez Gettysburg po wojnę z faszyzmem, którą cytowano jako przykład jego wywrotowych poglądów.
Sędzia się na to nie zgodził i skazał go na rok i jeden dzień
pozbawienia wolności.
W oczach młodych, pełnych romantyzmu fanów folku Seeger dołączył do szeregów bohaterskich, wyjętych spod prawa męczenników, do których należeli Jesse James, Joe Hill i Pretty Boy Floyd. Wrabiają go -?stwierdził młody pieśniarz nazwiskiem Bob Dylan, który dopiero co przybył do Nowego Jorku odwiedzić dawnego towarzysza podróży Seegera, Woody'ego Guthriego. Chcą go uciszyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki