"Każdy myślący człowiek jest ateistą" - stwierdził Ernest Hemingway prawie sto lat temu. "Gdy tysiąc ludzi przez miesiąc wierzy w jakąś zmyśloną opowieść, jest to fake news. Gdy miliard ludzi wierzy w nią przez tysiąc lat, jest to religia" - pokpiwa Yuval Noah Harari, izraelski historyk i filozof, najbardziej chyba wpływowy intelektualista-celebryta naszych czasów. Czemu więc jeszcze tylu ludzi wciąż wierzy w Boga, albo w cały areopag bożków? Jak można ulegać zmurszałym przesądom w czasach niebywałego postępu nauki, która krok po kroku wyjaśnia kolejne tajemnice zarówno biologii życia i ewolucji człowieka, jak i nieogarnionego Kosmosu czy mikroświata kwantów? "Nauki i religii nie da się pogodzić" - stwierdza autorytatywnie światowej sławy chemik z Oksfordu Peter Atkins. Jak można trzymać się Ewangelii albo jeszcze starszych nauk Mistrza Buddy, kiedy wiemy niezbicie, że w samej tylko naszej galaktyce istnieją setki, a może i tysiące planet, gdzie warunki sprzyjają życiu, a z nim ewolucji rozumu? Jeśli choć na niektórych z nich ukształtowali się niepodobni do nas ludzie, których ze względu na kosmiczną odległość nigdy nie poznamy, to nie sposób uznać, że wierzą w tego samego Chrystusa, Mahometa, Jahwe, Sziwę i Brahmę albo Wielkiego Ducha. Jeśli tak, to i nasze ziemskie religie są tylko majakami rozumu przerażonego własną samotnością. Więc czy warto unikaniem grzechu i pokorną modlitwą zaskarbiać sobie życie wieczne, skoro jest aż tak wątpliwe? Przecież już niedługo inżynieria genetyczna pozwoli nam uczynić człowieka prawie nieśmiertelnym i znacznie od nas inteligentniejszym. Już Gagarin, a po nim Titow - pierwsi sowieccy kosmonauci - zgodnie stwierdzili, że w Kosmosie nie znaleźli żadnego Pana Boga i zaproponowali wykorzystanie swego odkrycia w propagandzie naukowego ateizmu. Własnymi siłami, bez żadnej Bożej łaski osiągniemy to, co nasi zabobonni przodkowie uznawali za zbawienie powierzone wyłącznej kompetencji Zaświatów.
"Boga prawdopodobnie nie ma, więc ciesz się życiem!" - głosi ulubione hasło dzisiejszych ateistów. Czemuż mu nie ulec w imię beztroskiej radości i nadziei na jeszcze lepsze dni? Widziałem ten napis (oczywiście poza Polską) nie tylko na ogłoszeniowych słupach, ale na pojazdach miejskiej komunikacji, gdzie zwykle prezentowane są ponętne reklamy handlowe, oczywiście odpłatnie. Świat dzisiejszy - borykający się z nierównością, ciasnotą, wyczerpywaniem bogactw, zmianą klimatu i złą wolą polityków - dostarcza aż tylu powodów do zmartwień, że przynajmniej nie powinniśmy zaprzątać sobie głów fikcją, przed która nasi dalecy przodkowie padali na twarze, a którą Marks nazwał przytomnie "opium dla ludu", zaś Richard Dawkins skwitował: "Jeśli jedna osoba ma urojenia, mówimy o chorobie psychicznej. Gdy wielu ludzi ma urojenia, nazywa się to religią". Podobnie - nieco ponad 200 lat temu - wielki fizyk i matematyk Pierre de Laplace odparł Napoleonowi pytającemu o miejsce Boga w jego teoriach naukowych: "Nie, Sire. Ta hipoteza nie jest mi do niczego potrzebna". Przy okazji warto przypomnieć, że w oryginale Marks napisał bardziej przenikliwie: "Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu". To był bunt młodego filozofa przeciw ówczesnemu sojuszowi tronu i kropidła, przeciw rozpanoszeniu wyzyskiwaczy, przeciw "świętemu przymierzu" Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów Ale bez wątpienia ten narkotyk beznadziejnie zwietrzał wraz z upływem stuleci.
Tym więcej, że święte księgi nieraz zachęcają do okrucieństwa, a kapłani, którzy powinni świecić przykładem uduchowionej świętości, raczej wykazują zwiększoną podatność na zło i zepsucie otaczającej ich rzeczywistości. "Nie lituj się (...). Wytrać mężczyznę i kobietę, dziecię i niemowlę, wołu i owcę, wielbłąda i osła" - doradza Izraelitom walczącym o Ziemię Obiecaną Pierwsza Księga Samuela. Jeszcze dalej posuwa się Mojżesz w starotestamentowej Księdze Liczb, zachęcając swój lud: "Zabijecie więc spośród dzieci wszystkich chłopców, a spośród kobiet te, które już obcowały z mężczyzną. Jedynie wszystkie dziewczęta, które jeszcze nie obcowały z mężczyzną, zostawicie dla siebie przy życiu". Szczególnie islam uskrzydlił swych wyznawców do największego w dziejach podboju, a dzisiaj - gdy opadł z sił - wciąż jest natchnieniem samobójczych terrorystów. Jeszcze więcej przykładów znajdziemy w historii chrześcijaństwa, z fanatyzmem wypraw krzyżowych, przemocą nawracania pogan, okrucieństwem inkwizycji, zaciekłością wzajemnego posyłania się na stos, co od swych starszych braci szybko przejęli protestanci, też w ten sposób pozbywając się własnych odstępców. Afera pedofilska, która właśnie wstrząsa Kościołem katolickim, to tylko aktualny przejaw zła od wieków trawiącego kler, gdzie chciwość i żądza władzy paczą charaktery jeszcze mocniej niż zboczona chuć. To samo w Azji, gdzie kilka lat mieszkałem, bo trudno tam nie zetknąć się z chciwością buddyjskich mnichów i hinduistycznych braminów, taką samą jak u ich chrześcijańskich kolegów. O nadużyciach seksualnych jest ciszej tylko dlatego, że w tamtych religiach płeć nie jest obłożona chrześcijańskim tabu, traktowana lekko i raczej przyjemnie. Trzeba też wspomnieć słynne w USA afery tamtejszych kaznodziejów protestanckich, którzy swój status telewizyjnych celebrytów wykorzystywali dla wyciskania datków od stumanionych wyznawców, aż w końcu zwykle bywali przyłapani z prostytutkami. Milionerskie życie hersztów przeróżnych sekt o masowym zasięgu, jak choćby"Kościół Zjednoczeniowy" Moona z paroma milionami wyznawców, czy religijny ruch scjentologów. Doprawdy, kompromitacja zawodowych funkcjonariuszy wszelkich wyznań jest równie odrażającą, co niezbywalną cechą zorganizowanych religii. Jakże rzadko spotykamy naprawdę ubogich mnichów buddyjskich i pełnych Chrystusowego ducha chrześcijańskich kapłanów.
Dlaczego więc i jakim prawem ludzie wciąż wierzą w byty nadprzyrodzone, skoro tyle zła sprawiły w dziejach i nadal tumanią łatwowierne umysły? Tylko patrzeć, a wcześniej czy później zobaczymy puste kościoły, nawet nie w zwykłą niedzielę, ale w Wielkanoc. Można jeszcze zrozumieć to, co niektórzy nazywają dzisiaj "zemstą Boga": renesans religii wśród rzesz wykluczonych i nieszczęśliwych biedaków, których dzisiejszy wysoko rozwinięty świat nie dopuszcza do swego stołu, spychając na miejsca najpodrzędniejsze, zamyka w enklawach upośledzenia. Tak powracają wszelkie fundamentalizmy; najczęściej nienawistne, nieraz zbrodnicze, zawsze przywołane ludzką rozpaczą. Nie tylko islamski fanatyzm w Azji i Afryce, coraz częściej przedzierający się do Europy i USA, ale także fanatyzm białych, ubogich protestantów amerykańskich, który wyniósł na prezydenturę Donalda Trumpa; równie mocno wymierzony w kolorowych emigrantów, jak również w protestanckie, lecz zamożne i dobrze dotąd umocowane u władzy elity tego kraju. Można to zrozumieć, bo za ich żarliwą wiarą stoi strach, a któż napoi odrobiną nadziei porzuconych i wystraszonych, jak nie marksowskie "opium"? Podobnie szerzą się charyzmatyczne sekty protestanckie wśród nędzarzy Ameryki Łacińskiej albo Filipin, wypierając tamtejszy katolicyzm przygnieciony biedą wyznawców i zepsuciem kleru. Tak Bóg pomsty i nienawiści powraca w regiony małodusznie opuszczone przez niemrawe bóstwo miłości.
Ale jakim prawem wciąż jeszcze utrzymują się enklawy wiary wśród oświeconych, wykształconych i usiłujących ten świat nie tylko urządzić, ale nade wszystko zrozumieć? Dlaczego nie odrzucali wiary w Boga tacy giganci nauki, jak twórcy fizyki kwantowej, nobliści Max Planck i Erwin Schrödinger, jeden z najwybitniejszych astrofizyków Fred Hoyle, nobliści w dziedzinie fizyki William Phillips, Arthur Schawlow i Frank Wilczek, światowej sławy fizycy Victor Weisskopf i Carl von Weizsäcker, a nawet sam Einstein przyznający się do religijności bardziej bezwyznaniowej, deistycznej? To samo mówi o sobie Roger Penrose, laureat Nobla z fizyki za rok 2020, stwierdzając, że jest agnostykiem, ale na pewno nie ateistą. W 1914 r. na 1000 indagowanych reprezentantów nauk przyrodniczych w USA, 42% wierzyło w Boga osobowego, wysłuchującego modlitw. Tyle samo nie wierzyło, reszta to agnostycy dopuszczający istnienie Boga, ale obojętni na sprawy religijne. Badanie powtórzono w 1996 r.: 40% wierzyło, 45% - nie; sytuacja niewiele się zmieniła, mimo upływu czasu i ogromnego postępu wiedzy. Pierwsze zdanie książki Między Bogiem a prawdą wybitnego uczonego prof. Marka Abramowicza, który przez całe życie pracował z największymi w świecie fizykami, w tym wielu laureatami Nobla, brzmi "Jestem jednym z wielu wierzących w Boga fizyków. Moja wiara nie wymaga rozumowego uzasadnienia (...). Wierzę w jedynego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi".
Czemu więc umysł dociekający prawdy o Kosmosie, kwantach albo tajemnicy życia wciąż formułuje pytania bez odpowiedzi, bo dotyczące niepoznawalnego Absolutu? Dlaczego nie wyzwolić się beztrosko z tych zmurszałych kajdan? Czemu wreszcie nie zdechną wszelkie Kościoły, a ich kapłani nie zajmą się jakąś pożyteczną pracą, albo przynajmniej własną przyjemnością? Czy to tylko bezwład, głupota i konserwatyzm?
Z tym właśnie chce się zmierzyć autor tej książki.