Bóg, człowiek, wszechświat - Jerzy Surdykowski

Kup ebooka

59.90 zł
43.13 zł (59,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Motto Wstęp. Fundament niezgody (Michał Heller) Od Autora. Czyli o czym i po co jest ta książka? 1. Nadzieja na sensowność świata 2. Wygnanie z raju niewiedzy 3. Bóg Newtona umarł, ale wciąż Go żałujemy 4. Nie wiem... 5. Matka wszystkich tajemnic 6. Wnuki Oświecenia 7. Ogień w równaniach 8. Człowiek myśli, Bóg się śmieje 9. Unde malum? 10. Solidarność Boga 11. Lepsi od siebie samych 12. Największa ewolucja 13. Święte dwójmyślenie 14. Wiara jako przygoda 15. Rozpacz Stworzyciela 16. Jeśli Boga nie ma, to chwała Bogu! 17. Przeklęty dar wolności 18. Między metabolizmem a metafizyką 19. Credo dorosłych 20. U progu nowej reformacji 21. Obłok O autorze Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 317

OD AUTORA

CZYLI O CZYM I PO CO JEST TA KSIĄŻKA?

"Każdy myślący człowiek jest ateistą" - stwierdził Ernest Hemingway prawie sto lat temu. "Gdy tysiąc ludzi przez miesiąc wierzy w jakąś zmyśloną opowieść, jest to fake news. Gdy miliard ludzi wierzy w nią przez tysiąc lat, jest to religia" - pokpiwa Yuval Noah Harari, izraelski historyk i filozof, najbardziej chyba wpływowy intelektualista-celebryta naszych czasów. Czemu więc jeszcze tylu ludzi wciąż wierzy w Boga, albo w cały areopag bożków? Jak można ulegać zmurszałym przesądom w czasach niebywałego postępu nauki, która krok po kroku wyjaśnia kolejne tajemnice zarówno biologii życia i ewolucji człowieka, jak i nieogarnionego Kosmosu czy mikroświata kwantów? "Nauki i religii nie da się pogodzić" - stwierdza autorytatywnie światowej sławy chemik z Oksfordu Peter Atkins. Jak można trzymać się Ewangelii albo jeszcze starszych nauk Mistrza Buddy, kiedy wiemy niezbicie, że w samej tylko naszej galaktyce istnieją setki, a może i tysiące planet, gdzie warunki sprzyjają życiu, a z nim ewolucji rozumu? Jeśli choć na niektórych z nich ukształtowali się niepodobni do nas ludzie, których ze względu na kosmiczną odległość nigdy nie poznamy, to nie sposób uznać, że wierzą w tego samego Chrystusa, Mahometa, Jahwe, Sziwę i Brahmę albo Wielkiego Ducha. Jeśli tak, to i nasze ziemskie religie są tylko majakami rozumu przerażonego własną samotnością. Więc czy warto unikaniem grzechu i pokorną modlitwą zaskarbiać sobie życie wieczne, skoro jest aż tak wątpliwe? Przecież już niedługo inżynieria genetyczna pozwoli nam uczynić człowieka prawie nieśmiertelnym i znacznie od nas inteligentniejszym. Już Gagarin, a po nim Titow - pierwsi sowieccy kosmonauci - zgodnie stwierdzili, że w Kosmosie nie znaleźli żadnego Pana Boga i zaproponowali wykorzystanie swego odkrycia w propagandzie naukowego ateizmu. Własnymi siłami, bez żadnej Bożej łaski osiągniemy to, co nasi zabobonni przodkowie uznawali za zbawienie powierzone wyłącznej kompetencji Zaświatów.

"Boga prawdopodobnie nie ma, więc ciesz się życiem!" - głosi ulubione hasło dzisiejszych ateistów. Czemuż mu nie ulec w imię beztroskiej radości i nadziei na jeszcze lepsze dni? Widziałem ten napis (oczywiście poza Polską) nie tylko na ogłoszeniowych słupach, ale na pojazdach miejskiej komunikacji, gdzie zwykle prezentowane są ponętne reklamy handlowe, oczywiście odpłatnie. Świat dzisiejszy - borykający się z nierównością, ciasnotą, wyczerpywaniem bogactw, zmianą klimatu i złą wolą polityków - dostarcza aż tylu powodów do zmartwień, że przynajmniej nie powinniśmy zaprzątać sobie głów fikcją, przed która nasi dalecy przodkowie padali na twarze, a którą Marks nazwał przytomnie "opium dla ludu", zaś Richard Dawkins skwitował: "Jeśli jedna osoba ma urojenia, mówimy o chorobie psychicznej. Gdy wielu ludzi ma urojenia, nazywa się to religią". Podobnie - nieco ponad 200 lat temu - wielki fizyk i matematyk Pierre de Laplace odparł Napoleonowi pytającemu o miejsce Boga w jego teoriach naukowych: "Nie, Sire. Ta hipoteza nie jest mi do niczego potrzebna". Przy okazji warto przypomnieć, że w oryginale Marks napisał bardziej przenikliwie: "Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu". To był bunt młodego filozofa przeciw ówczesnemu sojuszowi tronu i kropidła, przeciw rozpanoszeniu wyzyskiwaczy, przeciw "świętemu przymierzu" Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów Ale bez wątpienia ten narkotyk beznadziejnie zwietrzał wraz z upływem stuleci.

Tym więcej, że święte księgi nieraz zachęcają do okrucieństwa, a kapłani, którzy powinni świecić przykładem uduchowionej świętości, raczej wykazują zwiększoną podatność na zło i zepsucie otaczającej ich rzeczywistości. "Nie lituj się (...). Wytrać mężczyznę i kobietę, dziecię i niemowlę, wołu i owcę, wielbłąda i osła" - doradza Izraelitom walczącym o Ziemię Obiecaną Pierwsza Księga Samuela. Jeszcze dalej posuwa się Mojżesz w starotestamentowej Księdze Liczb, zachęcając swój lud: "Zabijecie więc spośród dzieci wszystkich chłopców, a spośród kobiet te, które już obcowały z mężczyzną. Jedynie wszystkie dziewczęta, które jeszcze nie obcowały z mężczyzną, zostawicie dla siebie przy życiu". Szczególnie islam uskrzydlił swych wyznawców do największego w dziejach podboju, a dzisiaj - gdy opadł z sił - wciąż jest natchnieniem samobójczych terrorystów. Jeszcze więcej przykładów znajdziemy w historii chrześcijaństwa, z fanatyzmem wypraw krzyżowych, przemocą nawracania pogan, okrucieństwem inkwizycji, zaciekłością wzajemnego posyłania się na stos, co od swych starszych braci szybko przejęli protestanci, też w ten sposób pozbywając się własnych odstępców. Afera pedofilska, która właśnie wstrząsa Kościołem katolickim, to tylko aktualny przejaw zła od wieków trawiącego kler, gdzie chciwość i żądza władzy paczą charaktery jeszcze mocniej niż zboczona chuć. To samo w Azji, gdzie kilka lat mieszkałem, bo trudno tam nie zetknąć się z chciwością buddyjskich mnichów i hinduistycznych braminów, taką samą jak u ich chrześcijańskich kolegów. O nadużyciach seksualnych jest ciszej tylko dlatego, że w tamtych religiach płeć nie jest obłożona chrześcijańskim tabu, traktowana lekko i raczej przyjemnie. Trzeba też wspomnieć słynne w USA afery tamtejszych kaznodziejów protestanckich, którzy swój status telewizyjnych celebrytów wykorzystywali dla wyciskania datków od stumanionych wyznawców, aż w końcu zwykle bywali przyłapani z prostytutkami. Milionerskie życie hersztów przeróżnych sekt o masowym zasięgu, jak choćby"Kościół Zjednoczeniowy" Moona z paroma milionami wyznawców, czy religijny ruch scjentologów. Doprawdy, kompromitacja zawodowych funkcjonariuszy wszelkich wyznań jest równie odrażającą, co niezbywalną cechą zorganizowanych religii. Jakże rzadko spotykamy naprawdę ubogich mnichów buddyjskich i pełnych Chrystusowego ducha chrześcijańskich kapłanów.

Dlaczego więc i jakim prawem ludzie wciąż wierzą w byty nadprzyrodzone, skoro tyle zła sprawiły w dziejach i nadal tumanią łatwowierne umysły? Tylko patrzeć, a wcześniej czy później zobaczymy puste kościoły, nawet nie w zwykłą niedzielę, ale w Wielkanoc. Można jeszcze zrozumieć to, co niektórzy nazywają dzisiaj "zemstą Boga": renesans religii wśród rzesz wykluczonych i nieszczęśliwych biedaków, których dzisiejszy wysoko rozwinięty świat nie dopuszcza do swego stołu, spychając na miejsca najpodrzędniejsze, zamyka w enklawach upośledzenia. Tak powracają wszelkie fundamentalizmy; najczęściej nienawistne, nieraz zbrodnicze, zawsze przywołane ludzką rozpaczą. Nie tylko islamski fanatyzm w Azji i Afryce, coraz częściej przedzierający się do Europy i USA, ale także fanatyzm białych, ubogich protestantów amerykańskich, który wyniósł na prezydenturę Donalda Trumpa; równie mocno wymierzony w kolorowych emigrantów, jak również w protestanckie, lecz zamożne i dobrze dotąd umocowane u władzy elity tego kraju. Można to zrozumieć, bo za ich żarliwą wiarą stoi strach, a któż napoi odrobiną nadziei porzuconych i wystraszonych, jak nie marksowskie "opium"? Podobnie szerzą się charyzmatyczne sekty protestanckie wśród nędzarzy Ameryki Łacińskiej albo Filipin, wypierając tamtejszy katolicyzm przygnieciony biedą wyznawców i zepsuciem kleru. Tak Bóg pomsty i nienawiści powraca w regiony małodusznie opuszczone przez niemrawe bóstwo miłości.

Ale jakim prawem wciąż jeszcze utrzymują się enklawy wiary wśród oświeconych, wykształconych i usiłujących ten świat nie tylko urządzić, ale nade wszystko zrozumieć? Dlaczego nie odrzucali wiary w Boga tacy giganci nauki, jak twórcy fizyki kwantowej, nobliści Max Planck i Erwin Schrödinger, jeden z najwybitniejszych astrofizyków Fred Hoyle, nobliści w dziedzinie fizyki William Phillips, Arthur Schawlow i Frank Wilczek, światowej sławy fizycy Victor Weisskopf i Carl von Weizsäcker, a nawet sam Einstein przyznający się do religijności bardziej bezwyznaniowej, deistycznej? To samo mówi o sobie Roger Penrose, laureat Nobla z fizyki za rok 2020, stwierdzając, że jest agnostykiem, ale na pewno nie ateistą. W 1914 r. na 1000 indagowanych reprezentantów nauk przyrodniczych w USA, 42% wierzyło w Boga osobowego, wysłuchującego modlitw. Tyle samo nie wierzyło, reszta to agnostycy dopuszczający istnienie Boga, ale obojętni na sprawy religijne. Badanie powtórzono w 1996 r.: 40% wierzyło, 45% - nie; sytuacja niewiele się zmieniła, mimo upływu czasu i ogromnego postępu wiedzy. Pierwsze zdanie książki Między Bogiem a prawdą wybitnego uczonego prof. Marka Abramowicza, który przez całe życie pracował z największymi w świecie fizykami, w tym wielu laureatami Nobla, brzmi "Jestem jednym z wielu wierzących w Boga fizyków. Moja wiara nie wymaga rozumowego uzasadnienia (...). Wierzę w jedynego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi".

Czemu więc umysł dociekający prawdy o Kosmosie, kwantach albo tajemnicy życia wciąż formułuje pytania bez odpowiedzi, bo dotyczące niepoznawalnego Absolutu? Dlaczego nie wyzwolić się beztrosko z tych zmurszałych kajdan? Czemu wreszcie nie zdechną wszelkie Kościoły, a ich kapłani nie zajmą się jakąś pożyteczną pracą, albo przynajmniej własną przyjemnością? Czy to tylko bezwład, głupota i konserwatyzm?

Z tym właśnie chce się zmierzyć autor tej książki.

WSTĘP

FUNDAMENT NIEZGODY

To była jedna z tych rozmów, które są ważne same w sobie, ale nie prowadzą do żadnych bezpośrednich wniosków. Duża wzajemna życzliwość i otwarcie na argumenty drugiego. Lecz tylko do pewnego stopnia. To znaczy, obie strony rozumiały swoje argumenty, ale coś jednak blokowało wyciągnięcie wniosku z przesłanek. Rozstaliśmy się w jeszcze większej sympatii, ale każdy z nas pozostał przy swoim1.

Długo potem zastanawiałem się, gdzie leżał "fundament niezgody". Tym bardziej, że nie była to rozmowa pod tym względem szczególnie wyjątkowa. Powiedziałbym nawet, że taka "różnica postaw" zdarza się często w dyskusjach światopoglądowych, czy to prowadzonych w zaufaniu w cztery oczy, czy to w ostrych polemikach na łamach różnych publikacji, chociaż gdy polemika jest zbyt zaangażowana, nierzadko emocje tępią ostrość logicznego myślenia.

Wydaje się jednak, że po pewnym czasie w tamtej rozmowie doszukałem się jednak "fundamentu niezgody"; było nim pojęcie racjonalności. Każdy chce być racjonalny i swoje dialogi - czy to z sobą samym, czy z innymi - prowadzić w sposób racjonalny, ale gdy dwóch (lub dwoje) rozmówców samo pojęcie racjonalności rozumie inaczej i tego sobie nie uświadamia, nie ma żadnych szans na "uzgodnienie stanowisk". W takich sytuacjach na ogół nie chodzi o jakieś bardzo wyrafinowane analizy językowo-filozoficzne, lecz o stosunkowo proste zasady kierujące ścieżkami naszego myślenia. Zasady te tym radykalniej każą nam iść raczej tą ścieżką niż wszystkimi innymi, im bardziej są nieuświadomione, to znaczy, im bardziej działają bez informowania nas o swoim istnieniu.

Oczywiście, nie biorą się one z niczego. Zostały wyżłobione w naszym mózgu przez naszą dotychczasowa historię. Nie jest jednak tak, że nie mamy nad nimi żadnej władzy. Jednym z istotnych elementów bycia racjonalnym jest ćwiczenie się w krytycznym (to znaczy bezstronnym, na ile to możliwe) podejściu do własnych rozumowań.

W dzisiejszym świecie i w naszym kręgu kulturowym swoistym modelem racjonalności jest nauka - nauka szeroko rozumiana, "nawet nie ta 'wielka', ale od dawna przyswojona, która powinna być dobrze znana nie tylko profesorom, ale zwykłym absolwentom szkół, czytelnikom prasy, odbiorcom telewizji, użytkownikom internetu". Właśnie tak rozumiana nauka najskuteczniej kształtuje pojęcie racjonalności wielu ludzi: to, co "mówi nauka", co jest "naukowe", jest racjonalne, a to, co znajduje się poza nauką, znajduje się poza racjonalnością. W ten sposób pojmowane kryterium racjonalności bywa przykładane do wielu poglądów i doktryn, i jeżeli one tego kryterium nie spełniają, nie traktuje się ich poważnie.

W niektórych skrajnie empirystycznych kierunkach myślowych (na przykład w tzw. empiryzmie logicznym, zwanym również neopozytywizmem) starano się to kryterium wyostrzyć, uznając za naukowe tylko to, co da się skonfrontować z wąsko rozumianym eksperymentem. Wszystko, co poza to wykracza, nie należy do dziedziny racjonalności. W swojej najbardziej radykalnej wersji kierunek ten należy już do przeszłości, ale różne jego złagodzone warianty nadal znajdują wielu zwolenników. A w mediach, literaturze i kawiarnianych dyskusjach, zwłaszcza w ich podtekstach, ten styl myślenia jest niemal wszechobecny.

W tych wszystkich rozważaniach kluczowy jest więc problem granic racjonalności: czy pokrywają się one z granicami metody naukowej, czy też możliwa jest racjonalność poza terenem kontrolowanym przez naukę? Nie chcę we wstępie do tej książki przytaczać argumentów przemawiających na rzecz drugiej części tego pytania, ponieważ w gruncie rzeczy cała ta książka jest na ten temat. Dyskusja poświęcona temu tematowi nie jest łatwa, ponieważ autorytet nauki jest tak duży, że chciałoby się mu zawierzyć w całości i po prostu problem "odfajkować". Jerzy Surdykowski doskonale zna moc tej pokusy. Wielokrotnie tak przekonywająco i z taką pasją przytacza argumenty niemal zmuszające, by jej ulec, że wydaje się sam tej pokusie ulegać, ale tylko po to, by pół strony dalej obnażyć jej nikłą moc przekonywania. Jego krytycyzm jest wszakże bezlitosny również w stosunku do poglądów, które ostatecznie uznaje za swoje. Na przykład pisze: "Aby wierzyć w Boga, o jakim wciąż opowiada katechizm, jakiego wielbią kościelne pieśni i przepisane modlitwy, trzeba unieważnić nawet wiedzę na poziomie szkoły podstawowej albo wytrenować w sobie dwa sprzeczne światopoglądy: jeden dla wiary, drugi dla świata. Tymczasem Bóg o wiele trudniejszy, bardziej tajemniczy i niepojęty, ku któremu prowadzi współczesna nauka, jest nie tylko możliwy, ale i konieczny, choć trudny". Wyznawanie dwu sprzecznych poglądów jest oczywiście czymś wysoce nieracjonalnym, ale aby być racjonalnym chrześcijaninem, wcale nie trzeba odrzucać podstawowych prawd chrześcijańskich, wystarczy jedynie odrzucić ich interpretacje uwikłane w archaiczny obraz świata. O tym właśnie jest ta książka.

Ostrość sformułowań Surdykowskiego niekiedy może się wydawać posunięta za daleko. Na przykład jego teologiczne roztrząsania zapewne zgorszyłyby niejednego teologa, ale tego autora trzeba czytać "długimi partiami": po kilku akapitach bezwzględność krytyki staje się kontrastowym tłem dla głębokiej teologii. Nie dajmy się zwieść jego bezkompromisowej krytyce. Gdy piętnuje on z całą bezwzględnością błędy i nadużycia dzisiejszych chrześcijan, zwłaszcza przedstawicieli Kościoła katolickiego, czyni to jedynie dlatego, że właśnie w chrześcijaństwie widzi środki zaradcze na największe problemy współczesności. Co więcej, nie jest to krytyka odosobniona. Surdykowski reprezentuje poglądy dużej części polskiego społeczeństwa. Tym jednak różni się od tego, co się słyszy niemal na każdym kroku, że nie poprzestaje na krytykowaniu, lecz wskazuje drogi wyjścia.

Nawet wtedy, gdy autor zapuszcza się w dziedziny teologii, polityki i spraw społecznych książka ta nie przestaje być książką o granicy racjonalności i o tym, że ta granica nie pokrywa się z granicą metody naukowej. Ten rodzaj racjonalności, którym posługuje się metoda naukowa i który tę metodę kontroluje, jest - chciałoby się powiedzieć - łatwiejszym rodzajem racjonalności: jego zasady i reguły funkcjonowania zostały dobrze rozpoznane i, po odpowiednim treningu, stosunkowo nietrudno jest się im podporządkować. Racjonalność po drugiej stronie granicy metody naukowej - także wtedy, gdy trzeba racjonalnie porządkować sprawy teologiczne, polityczne i społeczne - jest zasadniczo tą samą racjonalnością (nie ma dwóch różnych racjonalności!), jedynie teren, na którym musi działać, jest trudniej dostępny i pewne "techniki naukowej racjonalności" (na przykład weryfikacja przy pomocy doświadczenia) na nim nie funkcjonują. Ale to nie znaczy, że mamy tu do czynienia z racjonalnością "drugiego sortu". Wręcz przeciwnie - bo, na przykład, aby ocenić wartość metody naukowej, musimy wyjść poza nią. Wszystkie naprawdę ważne dla człowieka rzeczy podlegają Trudnej Racjonalności. Bo jeśli nawet nie jest ona tożsama z Sensem, to bardzo blisko do Sensu podprowadza.

Żałuję, że muszę się ograniczyć do krótkiego wstępu. Jest to ważna książka, która zasługuje na bardziej wnikliwe pochylenie się nad nią, także na polemikę - wszak mądra polemika jest ważnym narzędziem racjonalności.

Tarnów, 28 kwietnia 2023 roku

Ks. Michał Heller